Niebezpieczeństwa palenia w łóżku - Mariana Enriquez

Kup ebooka

39.99 zł
21.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gdzie jesteś, serce?

Mam o nim trzy wspomnienia, ale jedno z nich może być fałszywe. Kolejność jest dowolna. W pierwszym siedzi w fotelu, na ręczniku, całkiem nagi, i ogląda telewizję. Nie zwraca na mnie uwagi: chyba go podglądam. Jego penis spoczywa w gąszczu czarnych włosów łonowych, a blizna biegnąca przez owłosioną klatkę piersiową jest ciemnoróżowa.

W drugim jego żona prowadzi go za rękę do sypialni. Znowu jest nagi. Patrzy na mnie kątem oka. Ma dość długie włosy, nawet jak na tamte czasy - lata siedemdziesiąte - i nie widzę jego blizny.

W trzecim uśmiecha się do mnie z bliska, z twarzą niemal przyklejoną do mojej. We wspomnieniu czuję się naga i zawstydzona. Ale nie wiem, czy jest prawdziwe; nie ma tej samej naturalności co inne, może je wymyśliłam, chociaż poznaję owo uczucie wstydu i bezsilności, które często powtarza się w moich snach. Nie wiem, czy mnie dotknął. Wrażenie towarzyszące wspomnieniu o nim przypomina pożądanie, podczas gdy, o ile moje podejrzenia są słuszne, powinno przypominać grozę. Nie boję się go, jego twarz mnie nie przeraża, choćbym na siłę próbowała doszukiwać się w tym czegoś zbliżonego do dziecięcej traumy i jej konsekwencji w dorosłym życiu. Miałam pięć lat, kiedy go poznałam. Był ciężko chory, operowano go na serce i zabieg się nie udał. Dowiedziałam się o tym później, kiedy przestałam przychodzić do jego domu - właściwie do domu moich koleżanek, jego córek; dopiero kiedy umarł. Nie pamiętam, jak miał na imię, i nigdy nie odważyłam się zapytać o to rodziców.

W jakiś czas po jego śmierci zaczęłam używać paznokci, żeby zrobić sobie na piersi, dokładnie pośrodku, znak naśladujący jego bliznę. Robiłam to przed zaśnięciem, naga, i unosiłam głowę, żeby popatrzeć na podłużny ślad na podrażnionej skórze, dopóki nie zniknął i nie rozbolała mnie szyja.

* * *

Kiedy było bardzo gorąco, lubiłam wchodzić do pokoju nazywanego przez moją mamę "panieńskim"; był najchłodniejszy ze wszystkich. I jedyny, którego nikt nie zajmował, gdyż mama używała go jako przechowalnię książek i starych mebli. Ja go uwielbiałam: rzucałam się naga na sofę ze skóry ekologicznej, zawsze zimnej, przynosiłam sobie maleńki wentylator i czytałam przez całe popołudnie. Moi przyjaciele z osiedla i ze szkoły byli na basenie w klubie, ale mnie to nie obchodziło: w tym pokoju pierwszy raz na śmierć się zakochałam, kiedy w na wpół rozlatującym się ilustrowanym wydaniu Dziwnych losów Jane Eyre odkryłam Helenkę Burns.

Nienawidziłam tych ilustracji. Ponieważ ukazywały Helenkę jako znacznie starszą, niż została opisana w książce, i ponieważ z jakiegoś powodu przedstawiały ją jako blondynkę, chociaż w powieści nigdzie nie było wzmianki o kolorze jej włosów. Ona tak nie wyglądała, i wiedziałam o tym, gdyż przez całe lato wyobrażałam ją sobie na sofie, która zamieniła się w łóżko w zakładzie wychowawczym dla sierot, łóżko, w którym Helenka, chora na suchoty, konająca i taka piękna, umierała, a ja trzymałam ją za rękę.

Helenka była drugoplanową postacią książki. Jane, główna bohaterka, przybywa do przerażającego zakładu dla dziewcząt w Lowood i nie może się z nikim zaprzyjaźnić, ponieważ dyrektor, złośliwy pan Brocklehurst, zawstydził ją przed wszystkimi koleżankami. Jednak Helena miała to gdzieś: zaprzyjaźniła się z Jane. Była poza wszystkim, bo była bliska śmierci. Przeczułam, że się w niej zakocham, kiedy Jane zobaczyła ją pierwszy raz na dziedzińcu, jak czytała książkę o takim dziwnym tytule: Rasselas. Jeszcze jeden rozdział i Helenka była martwa. Kiedy w szkole wybuchła epidemia tyfusu, u Heleny doszło do zaostrzenia gruźlicy i została przeniesiona do pokoju na pierwszym piętrze. Pewnej nocy Jane przyszła ją odwiedzić. Tej ostatniej nocy Helena i Jane spały razem. Dzisiaj, kiedy przypominam sobie tamten rozdział (bo nie muszę go na nowo czytać, znam go na pamięć), wszystko rozumiem: kiedy Jane wchodzi do łóżka umierającej, Helenka zwraca się do niej: "Ciepło ci, kochanie?". Kochanie. Kochanie. To scena miłosna. Kiedy Jane się obudziła, jej przyjaciółka Helenka była martwa. Tamten rozdział: każdej, każdziutkiej nocy kładłam się i tuliłam do siebie poduszkę, udając, że to Helenka, ale nie zasypiałam jak ta kretynka Jane, nie, patrzyłam, jak umiera; brałam ją za rękę, a ona, umierając, ze swym szarym spojrzeniem utkwionym w moich oczach (i urywanym oddechem), pozwalała mi zajrzeć na ową drugą stronę, na którą odchodziła na zawsze.

* * *

Szybko zrozumiałam, że mojej fantazji nie da się wprowadzić w czyn. Kiedy miałam czternaście lat, pewna przyjaciółka powiedziała ze smutkiem:

- Wiesz, o czym się dowiedziałam? Pamiętasz brata Mary?

Mara była naszą dawną koleżanką, która zmieniła szkołę.

- No.

- Dobra, odkryli, że ma guza między sercem a płucami i nie można tego zoperować, i umrze.

Tydzień później namówiłam przyjaciółkę, żebyśmy odwiedziły Marę. Chciałam poznać jej umierającego brata, gdyż podejrzewałam, że, no dobra, że mogłabym się w nim zakochać. Jednak kiedy go zobaczyłam... chłopak wyglądał na odpowiednio chorego, ale mi się nie spodobał. W tamtym czasie miałam mętlik w głowie i doszłam do wniosku, który uspokoił moje sumienie: nie podobają mi się prawdziwi chorzy, a zatem nie jestem zdeprawowana. To, że tak myślałam, nie uchroniło mnie przed obsesją. Przez cały rok kieszonkowe od mamy wydawałam na drogie książki medyczne, podczas gdy moi przyjaciele kupowali za nie prochy. Nic mnie tak nie uszczęśliwiało jak te książki. Te wszystkie eufemizmy na określenie śmierci. Te wszystkie piękne medyczne słowa, które nic nie znaczyły, ten twardy żargon, to była pornografia. Do tamtej pory zdążyłam już nabrać pewnej jasności w kwestii tego, co mnie podnieca, a co nie, w związku z tym coraz bardziej nudziły mnie powieści wiktoriańskie, w których zawsze pojawiał się jakiś chory, ale nigdy nie było dokładnie wiadomo, na co umierał. Po tym, jak pokonałam gwałtowne zakochanie w Hipolicie, nastoletnim gruźliku z Idioty, trwające ponad rok, suchotnicy trochę mi się przejedli. Chciałam pornografii: chorzy tacy jak Helenka, Tadzio czy Hipolit byli erotyzmem, inspiracjami. I zawsze postaciami drugoplanowymi. Hipolit stanowił ideał: piękny (Dostojewski włożył w usta księcia Myszkina owo: "On ma ładną twarz", przyprawiające mnie o dreszcze) młody chłopak, zdecydowanie umierający i uparty i wrażliwy i nikczemny. Jednak dużo mówił, a mało mdlał: miałam dosyć opisów bladości i potów, i kaszlu. Chciałam więcej konkretów, chciałam seksu bez niedomówień. Książki były idealne i dodatkowo pomogły mi sprecyzować fetysze. Pomijałam choroby neurologiczne: nie lubiłam konwulsji ani niedorozwojów umysłowych, ani paraliżów, a układ nerwowy zdecydowanie mnie nudził. O dziwo, nie obchodziła mnie cała onkologia: rak wydawał mi się brudny, społecznie przereklamowany, nieco pospolity (biedna kobieta ma guza, szeptały staruszki... a mówi się o nim również "bulwa"!) i zbyt wiele było filmów o bohaterskich pacjentach chorych na raka (podobali mi się bohaterscy chorzy, jednak nie tacy, którzy nie służyli jako "wzór do naśladowania"). Albo pozbawiona wdzięku nefrologia: to oczywiste, że ludzie umierają, kiedy ich nerki przestają funkcjonować, ale miałam to gdzieś, gdyż już samo słowo "nerki" wydawało mi się okropne. Że nie wspomnę o przewodzie pokarmowym, jakże paskudnym.

Było jasne, co lubiłam, przy czym się zatrzymywałam, i kiedy już odkryłam tę specjalność, poświęciłam się tylko jej: podobali mi się chorzy na płuca (reminiscencje po Helenie, Hipolicie i zapewne wszystkich innych suchotnikach) oraz na serce. Z jednej strony było to dość pospolite, jednak tylko w przypadku staruszków (albo takich po pięćdziesiątce, kiedy do akcji zaczynały wkraczać upiory w rodzaju cholesterolu). Za to młodzi... cóż za elegancja. Bo zazwyczaj nic nie było po nich widać. Jeśli byli piękni, to rodzajem urody zniszczonej, lecz tajemniczej. Wszystkie inne schorzenia trwały zwykle jakiś czas: z tym było inaczej. Mogli umrzeć w każdej chwili. Kiedyś w księgarni medycznej (gdzie wszyscy pracownicy myśleli, że jestem studentką medycyny; przezornie dałam im to do zrozumienia) kupiłam sobie CD pod tytułem Tony serca. Nic wcześniej mnie tak nie uszczęśliwiło. Przypuszczam, że to, do czego u normalnych mężczyzn i kobiet prowadzi słuchanie jęków rozkoszy u preferowanej przez nich płci, u mnie wywoływało słuchanie bicia tych schorowanych serc. Jakaż różnorodność! Ileż rozmaitych uderzeń, a każde znaczące co innego i wszystkie piękne! Innych chorób nie było słychać. Więcej, wiele się czuło, a to mnie odrzucało. Kiedy wychodziłam z moim odtwarzaczem mp3 na rower, musiałam przystawać, gdyż za bardzo się podniecałam. Toteż słuchałam sobie w nocy w domu i w tamtym czasie zaczęłam się martwić, gdyż prawdziwy seks mnie nie interesował. Nagrania bicia serca zastępowały wszystko. Godzinami mogłam się masturbować ze słuchawkami na uszach, czując, jak mi cieknie między nogami, ręka drętwieje od ciągłego tarcia, a łechtaczka puchnie do rozmiarów wielkiego winogrona.

Po jakimś czasie postanowiłam pozbyć się nagranego bicia serca. Byłam bliska obłędu. Od tamtej pory jedną z pierwszych rzeczy, jakie robiłam z mężczyzną, było opieranie głowy na jego piersi, aby odkryć jakąś arytmię albo szmer, niemiarowość, trzeci ton wczesnorozkurczowy, trzepotanie przedsionków czy cokolwiek innego. Ciągle zastanawiałam się, kiedy pojawi się ktoś, kto by stanowił niedoścignioną kombinację tych elementów. Teraz przypominam sobie ową tęsknotę i uśmiecham się gorzko.

* * *

Mogę precyzyjnie określić moment, w którym straciłam kontrolę. Po latach bezskutecznych poszukiwań znalazłam w internecie stronę, na której inni fetyszyści uderzeń serca dzielili się nimi z innymi użytkownikami. Robili to na żywo, na czatach, ale istniał również obszerny plik z dźwiękami, który można było sobie ściągnąć, cudownie poklasyfikowanymi na tętno prawidłowe, nieprawidłowe, w czasie treningu, szmery, zaburzenia ektopowe... Nigdy nie uczestniczyłam w tych czatach. Kopiowałam tylko dźwięki i kładłam się, żeby ich posłuchać. Rytm przyspieszony, regularny, nagle dodatkowy skurcz komorowy. A ja myślałam, że moje poprzednie masturbacje były brutalne! Nie miałam pojęcia, nie wiedziałam, jak bardzo można się napalić. Mój środkowy palec między prawą wargą mniejszą a łechtaczką tarł, aż sięgał kości, aż do bólu kości, czasami aż do krwawienia, a orgazmy nadciągały jeden za drugim, nieubłagane, ogromne, całymi godzinami. Wilgotna pościel, pot ściekający między piersiami, skóra stale napięta i uczucie obrzmiałej, wspaniałej łechtaczki, i skurcze pochwy i macicy. Częstoskurcze nadkomorowe, piękny szmer zwężenia zastawki aortalnej, niemiarowe uderzenia wywołane przez hiperwentylację albo próbę Valsalvy, rzeczy, na które porywali się tylko śmiałkowie. Czasami jakieś ukryte serce, bijące ledwie dosłyszalnie i jak oszalałe tłukące się za żebrami, dźwięk, który osiągało się, wstrzymując oddech; i kiedy w końcu tlen znowu do niego docierał, owo serce zaczynało dygotać, jakby żyło w puszce pomidorów, oszołomione, czasem za wolne, jakby za chwilę miało się zatrzymać.

Nie odbierałam telefonów. Wszędzie się spóźniałam. Przestawałam tylko, kiedy ból podrażnionej, nieraz aż obtartej pochwy pozbawiał mnie rozkoszy. W ciemnościach, ze słuchawkami i sercami - to było moje życie, nigdy więcej seksu z ludźmi. Po co?!

Aż wyodrębniłam jedno z serc. Jego bicie nigdy nie zawodziło. Rozpoznawałam je doskonale, nawet nie znając jego autora z nickiem HCM1. Nagrania zawsze były bardzo czyste, a uderzenia za każdym razem inne i niebezpieczne: w migotaniach przedsionków, w niebywale długich tachykardiach, w trzepotaniu. To był mężczyzna. Czasami słychać było jego oddech i urywki głosu. Kiedy odkryłam plik, w którym jęczał, ponieważ - jak głosił tekst towarzyszący nagraniu - podczas sesji poczuł w sercu ból, postanowiłam wejść na czat, żeby go poznać.

Przez jakiś czas robił uniki. Za długo, jak dla mnie, ale przypuszczam, że obiektywnie krótko. Po miesiącu od pierwszego kontaktu zgodził się mnie odwiedzić. O dziwo, mieszkaliśmy w tym samym mieście. Statystycznie nieprawdopodobne, o ile nie niemożliwe, ponieważ do naszego pierwszego spotkania doszło na międzynarodowym portalu społecznościowym dla fetyszystów. Postanowiliśmy nie przywiązywać do tego większej wagi, nie wierzyć w zrządzenia losu albo podobne teorie. Wleźliśmy w to tylko dla przyjemności. Lubił, kiedy słuchano jego serca. Był bardzo chory, dlatego zwykle wyrzucano go z czatów i forów internetowych. Ludzie uważali go za przypadek zbyt ekstremalny, wydawało się im, że poszedł za daleko, psuł ideę zabawy i przyjemności. Wkrótce oboje porzuciliśmy życie wirtualne i zamknęliśmy się w moim pokoju z magnetofonem, stetoskopem oraz lekami i środkami pomagającymi zmieniać pracę jego serca. Oboje wiedzieliśmy, czym to się może skończyć, lecz mieliśmy to gdzieś.

* * *

Włosy miał równie ciemne jak mężczyzna, którego znałam w dzieciństwie, i taki sam uśmiech. Ale blizny trzy zamiast jednej. Rozcięto mu mostek: przypadkowy obserwator zobaczyłby tylko jedną, jednak ja je rozróżniałam, pierwsza była przezroczysta, wąska, niemal całkowicie schowana pod drugą, opalizującą na różowo, błyszczącą jakby pociągniętą emalią; ostatnia, najszersza, brutalna, była ciemniejsza od skóry. Blizna przecinająca mu plecy (szczegółowo opisał mi ową bolesną procedurę) była ogromna, niezgrabna. Niewielkie blizny na brzuchu, dyskretne, rozmieszczone były przypadkowo. Skóra w zgięciu łokcia nosiła ślady jak u ćpuna. Znalazłam jeszcze jedną krótką bliznę, ciemne zagłębienie po prawej stronie szyi. Tyle śladów. I ciężki oddech, i ogromne wargi, które czasami przybierały barwę równie błękitną jak jego oczy.

Chorobę było słychać w owych nagłych wdechach, kiedy podczas mówienia brakowało mu powietrza, w nocnych napadach kaszlu, po których leżał blady i drżący. Cały czas pozwalał mi kłaść głowę na swojej piersi, żebym mogła posłuchać. Normalne bicie serca to dwa tony, otwarcie i zamknięcie. Jednak jego rytm przypominał kołatanie, jakiś rozpaczliwy wysiłek, inny, nienaturalny. Po jednej filiżance kawy czuł się gorzej. Po odrobinie kokainy - strasznie. Często tracił przytomność, a ja, przerażona i podniecona, dalej słuchałam przez stetoskop, aż powracał do pewnego rodzaju normalności i się budził. Godzinami mogłam leżeć mu na piersi, a potem, podekscytowana, całowałam go i przytulałam niemal siłą, a jego śmiech i oddanie martwiły mnie, ponieważ nieraz, coraz częściej, w miarę jak czas płynął, a nasza intymność stawała się coraz większa, nabierałam pewności, że gdybym posłuchała o sekundę dłużej, jeszcze bardziej bym go zniszczyła, ja sama. Otworzyłabym go paznokciami, jeszcze więcej śladów, sposób, aby być jeszcze bliżej, aby jeszcze bardziej był mój. Musiałam powściągać owo pragnienie, ową chęć nasycenia się, otwarcia go, igrania jego organami niczym ukrytym trofeum. Doszło do tego, że narzucałam sobie drobne kary: przez cały dzień nie wolno jeść, przez siedemdziesiąt dwie godziny nie wolno spać, spacerować aż do skurczów w nogach... małe rytuały, jakbym była dziewczynką, która zapragnęła śmierci matki, bo ta nie chciała jej czegoś kupić, a potem wyrzuty sumienia i drobne ofiary, "nie będę więcej mówić brzydkich wyrazów, Boże, przyrzekam, ale niech moja mama nie umiera", i brzydki wyraz, który się wyrywa, a wtedy biegiem w nocy do mamy, żeby sprawdzić, czy jeszcze oddycha, kiedy śpi.

* * *

Jednak myślę, że chyba w końcu go znienawidziłam. A może nienawidziłam go od początku. Tak jak znienawidziłam mężczyznę, który swoim penisem zmęczonym przed telewizorem i tą piękną blizną sprawił, że zrobiłam się nienormalna, chora. Mężczyznę, który mnie zniszczył. Nienawidziłam swojego kochanka. W przeciwnym razie niektórych zabaw nie da się wytłumaczyć. Tak długo kazałam mu szybko oddychać do plastikowej torebki, aż widziałam, jak czoło mu wilgotniało i drżały ramiona. Serce waliło w stetoskop, on zwykle błagał "dosyć", lecz ja prosiłam o więcej, a on nigdy nie odmawiał. Pewnego razu musiałam zawieźć go do szpitala i kiedy przerywano mu jego tachykardię za pomocą kardiowersji - wyładowania elektrycznego zastosowanego na piersi, jak przy resuscytacji - zamknęłam się w toalecie i doprowadziwszy się do orgazmu, wyjąc, osunęłam się na sedes. Kupowałam mu poppersy, kokainę, środki uspokajające, alkohol. Każda substancja wywoływała inny efekt, a on się im poddawał, nigdy nie narzekał, ledwo mówił. Nawet ze swoich oszczędności zapłacił za mnie czynsz, kiedy zagrożono mi eksmisją z mieszkania; przestałam płacić, nie miałam już telefonu, martwiłam się tylko o prąd, żeby magnetofon działał, żebym znowu mogła słuchać swoich eksperymentów, kiedy on był zbyt wyczerpany, niemal nieprzytomny.

Nawet nie zaprotestował, kiedy powiedziałam, że jestem znudzona. Że chcę je zobaczyć. Położyć rękę na sercu wydobytym z żeber, z klatek, trzymać je w dłoni bijące, dopóki się nie zatrzyma, poczuć zastawki, rozpaczliwie otwierające się i zamykające na wolnym powietrzu. Stwierdził tylko, że on też jest zmęczony.

I że będziemy potrzebować piły.

Mięso2

So some of him lived but the most of him died.

Rudyard Kipling

Wszystkie kanały telewizyjne, dzienniki, czasopisma i rozgłośnie chciały z nimi rozmawiać. Wozy transmisyjne ustawiły się poza terenem kliniki psychiatrycznej. Przebywały tam od ponad tygodnia, ale reporterzy i tak nic nie wskórali. Kiedy je wypisano, operatorzy kamer biegiem ruszyli za nimi, niektórzy zaplątali się w kable, wielu przewróciło się na chodnik: one jednak nie uciekały. Tylko patrzyły na nich z uśmiechem, który później opisywano jako "przerażający" i "zagadkowy", i odjechały samochodem prowadzonym przez ojca Marieli, tej starszej. Rodzice też nie rozmawiali: kamery uchwyciły jedynie ich nerwowe krążenie po korytarzach kliniki, bojaźliwe spojrzenia i szloch matki Juliety, tej młodszej, kiedy wychodziła z domu z torbą wypełnioną ubraniem.

Milczenie wywołało niespotykaną dotychczas histerię. Strony tytułowe gazet mówiły o najbardziej wstrząsającym przypadku fanatyzmu nastolatek nie tylko w Argentynie, ale i na świecie. Wiadomość podchwyciły międzynarodowe koncerny medialne. Psychiatrzy i psychologowie byli zapraszani w charakterze ekspertów, temat zmonopolizował programy informacyjne, plotkarskie, popołudniowe tabloidy i talk shows; w radiu nie mówiono o niczym innym. Julieta i Mariela, lat szesnaście i siedemnaście, z Mataderos, dwie fanki gwiazdy rocka Santiaga Espiny, który w ciągu niespełna roku zostawił za sobą przedmieście, a wypełnił teatry i stadiony w centrum Buenos Aires; Santiaga, którego prasa muzyczna tyleż kochała, co nienawidziła; geniusza, pretensjonalnego pozera, artysty wymykającego się wszelkim klasyfikacjom, komercyjnego sztucznego wytworu do hipnotyzowania piejących z zachwytu panienek, przyszłości argentyńskiej muzyki, rozkapryszonego idioty. El Espina - jak go nazywali wielbiciele i przeciwnicy - wprawił krytykę w zdumienie swoją drugą płytą, Mięso, jedenastoma piosenkami, które jeszcze bardziej wszystkich podzieliły: z jednej strony określano ją jako majstersztyk; z drugiej jako anachroniczną autoreklamę. Sprzedaż poszybowała w górę, a wytwórnia płytowa zaczęła marzyć o międzynarodowym rynku muzycznym; Santiago Espina był dziwny, owszem, był nieprzewidywalny i prawie nigdy nie udzielał wywiadów, jednak jak mógłby odmówić promocyjnych tras koncertowych po Meksyku, Chile, Hiszpanii? Trzeba go tylko przekonać, żeby wreszcie nagrał teledysk, żeby świat zobaczył jego oczy i sposób, w jaki spodnie opinają mu się na sterczących kościach biodrowych.

Miesiąc po tym, jak Mięso całkowicie się rozeszło, na kilka dni przed prezentacją hitowego albumu na Stadionie Obras, wytapetowane twarzą Espiny miasto odebrało wiadomość o jego zaginięciu. Bilety były wyprzedane. Fanki - gdyż chodziło głównie o dziewczęta, co tylko zwiększało pogardę jego przeciwników - płakały na spontanicznych wiecach ulicznych, organizowały marsze i klęcząc przed plakatami idola poprzyklejanymi scotchem do pomników i drzew na wszystkich placach Buenos Aires, w ekstatycznej litanii recytowały słowa Mięsa, jakby wznosiły modły do jakiegoś umierającego boga.

Kiedy rozpacz przeniosła się na nastolatki w głębi kraju, odkrycie ciała Espiny wywołało u zdezorientowanych rodziców niebywałe przerażenie. Santiago został znaleziony w hotelowym pokoju w dzielnicy Once, ciało miał całe pocięte: żeby zedrzeć sobie skórę z ramion, nóg, brzucha, świadomie użył żyletki i noża do steków. Na lewym ramieniu ostrzem sięgnął aż do kości. Na piersi widać było mostek. I, prawdopodobnie półprzytomny, odważnym i precyzyjnym ruchem przeciął sobie tętnicę szyjną. Nie okaleczył twarzy. Jeden z policjantów, którzy sforsowali zamek w drzwiach do pokoju, oświadczył, że przypominał on chłodnię: był środek zimy, a Santiago dodatkowo zostawił włączoną klimatyzację. Pojawiły się teorie spiskowe o ewentualnym morderstwie, ale je odrzucono, kiedy się okazało, że pokój był zamknięty na klucz od środka, a jednocześnie do publicznej wiadomości podano treść listu pożegnalnego, prawie nieczytelnego ze względu na nerwowe pismo i plamy krwi. Głosił: "Mięso to pokarm. Mięso to śmierć. Wiecie, jaka jest przyszłość". Bredzenie w agonii, stwierdzili eksperci. A fanki zamilkły i płakały pozamykane w pokojach, w których pluszowe misie, intymne pamiętniki w różowych okładkach i wiecznie przeciążone plecaki mieszały się z fotosami Espiny piękniejszego niż kiedykolwiek, teraz, kiedy w oczach jaśniała mu śmierć.

Kraj spodziewał się epidemii masowych samobójstw wśród nastolatek, ale nigdy do tego nie doszło. Dziewczęta wróciły do szkół i do klubów i tylko w Mendozie zarejestrowano jeden przypadek ciężkiej depresji, chociaż wszystkie wsłuchiwały się w Mięso niczym w ostatnią wolę albo testament swego idola, próbując odszyfrować słowa na forach internetowych i w długich rozmowach telefonicznych. Prasa pożegnała Santiaga Espinę nagłówkami i elegiami i przez jakiś czas mówiono tylko o samobójstwie, prochach i rock and rollu. Pogrzeb na cmentarzu Chacarita zgromadził znacznie mniejsze tłumy i był smutniejszy, niż się spodziewano, a żałoba wygasła, kiedy osoby z otoczenia gwiazdy zakończyły swoje procesje po programach telewizyjnych. Santiago Espina został odesłany do "ważnych rocznic", gotowy do ekshumowania za rok, w dniu swych urodzin albo śmierci.

Nikt nie mógł przypuszczać, że coś się kroi w Mataderos między dwoma dziewczętami, pogniecionym zdjęciem listu samobójcy i Mięsem odtwarzanym na stereo, od początku do końca, na okrągło.

Mariela była jedną z pierwszych espinosas (tak media określały fanki, dziewczęta z oczami podkreślonymi grobową czernią, w tanich boa z piór na szyi i spodniach imitujących skórę lamparta). Jeździła za nim przez rok, noc w noc, gdziekolwiek występował. Znała wszystkie podmiejskie pociągi i autobusy i trzęsąc się z zimna, spędzała mroźne poranki na peronach, z zamkniętymi oczami głaszcząc trzymany w kieszeni papier z listą utworów. El Espina znał Marielę i niekiedy - bardzo rzadko, gdyż prawie nigdy nie zwracał się do publiczności, nawet po to, żeby zapowiedzieć kolejne numery albo rzucić "dobranoc" - dawał jej jakiś drobny prezent: kostkę do gitary albo plastikowy kubek z resztką piwa. W toalecie pewnego lokalu w Burzaco poznała Julietę, najsłynniejszą z espinosas, ponieważ imię idola wytatuowała sobie na szyi; z daleka litery przypominały bliznę, jakby głowa została przyszyta do tułowia. Juliecie udało się zrobić sobie zdjęcie z Espiną: oboje wyglądali bardzo poważnie, nie dotykali się, a od flesza mieli czerwone oczy. Julieta i Mariela mieszkały w odległości zaledwie dziesięciu przecznic od siebie i samobójstwo Espiny tak je połączyło, że upodobniły się fizycznie niczym pary żyjące ze sobą przez dziesiątki lat albo samotnicy z wyglądu przypominający swoje zwierzęta domowe.

Owo mimetyczne podobieństwo zaskoczyło dozorcę cmentarza, który przyłapał je pewnego świtu na próbie zeskoczenia z muru. "Było jeszcze ciemno", powiedział, "ale nawet nie przyszło mi na myśl, że to rabusie. Z daleka widziałem, że to smarkule, a jak podszedłem bliżej, zobaczyłem, że w dodatku bliźniaczki". Julieta i Mariela nie stawiały oporu. Wyraźnie zamroczone, dały się zaprowadzić do biura; mężczyzna pomyślał, że są naćpane, i uznał, że spędziły noc na cmentarzu, czuwając przy Espinie. On i jego koledzy już wcześniej znajdowali dziewczynki, które tuż przed zamknięciem cmentarza chowały się w alejkach między niszami albo pośród drzew, jednak żadnej nie udało się zostać z idolem aż do rana. Dozorca pomyślał, że Julieta i Mariela miały szczęście, ale gdy krzyczał na nie i żądał podania numeru telefonu rodziców, zauważył, że zabrudzone są ziemią, krwią i warstwą błota, która cuchnie i pokrywa ich ręce, ubranie i twarze. Wtedy zadzwonił na policję.

Wieczorem wiadomość wyciekła do mediów. Dwie nastolatki łopatą i własnymi rękami odkopały trumnę Santiaga Espiny. Grób, zaledwie w miesiąc od pogrzebu, nie miał jeszcze marmurowej płyty, co utrudniłoby im zadanie. Jednak to był dopiero początek. Dziewczęta otworzyły trumnę, aby z nabożeństwem i wstrętem pożywić się szczątkami Espiny; o ich wysiłkach świadczyły kałuże wymiocin wokół grobu. Jeden z policjantów również zwymiotował. "Ogryzły go do kości", wyjaśnił reporterowi telewizji, któremu pierwszy raz w karierze z wrażenia odjęło mowę. Dziewczęta odwieziono wozem patrolowym na komisariat i tam zapadła decyzja o umieszczeniu ich w prywatnej klinice psychiatrycznej. Policjanci stwierdzili, że Julieta i Marcela ani razu nie zapłakały, ani z nimi nie rozmawiały; szeptały tylko sobie coś na ucho i przez cały czas trzymały się za ręce. Przeciek głosił, że kiedy w klinice chciano je wykąpać, broniły się tak zaciekle, że jedna z pielęgniarek została pogryziona i podrapana; trzeba było podać im leki i umyć je, kiedy usnęły.

Rozmowa z nimi, ich rodzinami, z lekarzami stała się priorytetem. Jednak wszyscy milczeli. Rodzina Espiny postanowiła nie występować z oskarżeniem przeciwko Juliecie i Marieli, "żeby skończyć z tym horrorem". Mówiono, że matka gwiazdora żyła na proszkach uspokajających. Wersji o wcześniejszej próbie samobójczej Espiny nie udało się potwierdzić; nie znaleziono również żadnej jego dziewczyny, a jedynie kochanki, które spędziły z nim co najwyżej jedną noc i miały niewiele do powiedzenia. Muzycy z zespołu odmówili rozmów z prasą, jednak ci, którzy ich znali, zapewniali, że są zszokowani i przede wszystkim zniesmaczeni. Okazało się, że wszyscy na zawsze porzucili muzykę. Nigdy nie mieli z Santiagiem dobrych układów, byli tylko pracownikami albo raczej niewolnikami, którzy - kierowani ambicją albo chłodnym podziwem - z rezygnacją znosili jego kaprysy.

Fanki z ponurymi minami zasiadały przy okrągłych stołach i brały udział w panelach telewizyjnych, wykłócając się z prowadzącymi i psychologami. Postanowiły unikać czarnych ubrań i z czerwonymi ustami i koralowymi, niebieskimi, zielonymi, różowymi paznokciami, w cętkowanych spodniach i błyszczących T-shirtach rozpierały się w fotelach. Na pytania odpowiadały monosylabami albo czasem ironicznym chichotem. Niemniej jedna z nich rozpłakała się rzewnie, kiedy spytano ją, co myśli o dziewczętach, które jadły idola. Wyzywająco wykrzyknęła: "Zazdroszczę im! One go zrozumiały!". I wymamrotała coś o mięsie i przyszłości, powiedziała, że Julieta i Mariela były bliżej Espiny niż którakolwiek z nich, miały go w swoim ciele, w swojej krwi. Nadano specjalny program o nastoletnich żołnierzach kanibalach z Liberii, wierzących, że przejmują siłę swoich pożartych wrogów, i noszących naszyjniki z ich kości. Stacja, która go emitowała, została zmieszana z błotem za spłycanie problemu i uznana za przykład złego gustu. Mówiono o nekrofilii jako perwersji narodowej, a kanały kablówek wprowadziły do programu filmy Alive, dramat w Andach i Mięso. Nawet Carlitos Páez Vilaró, ocalony z katastrofy, wziął udział w jednym ze spotkań przy okrągłym stole i został zmuszony do wskazania różnic między swoją antropofagią "z konieczności" a "tym obłędem". Specjaliści w dziedzinie kultury rocka i socjologowie rozłożyli na czynniki pierwsze słowa Mięsa; jedni przyrównywali Espinę do Charlesa Mansona; inni, ogarnięci grozą, potępili ignorancję i spłycanie i podnieśli Espinę do kategorii poety i wizjonera.

Tymczasem Julieta i Mariela przebywały w swoich domach w Matadero w odległości dziesięciu przecznic od siebie; zabroniono im się kontaktować. Przestały chodzić do szkoły. Ojciec Marieli, stojąc na tarasie, zagroził bronią kamerzystom i media wycofały się za róg. Sąsiedzi, owszem, byli rozmowni i opowiadali to, co było do przewidzenia: grzeczne dziewczynki, trochę zbuntowane nastolatki, coś okropnego, to nie może się powtórzyć. Wielu się wyprowadziło. Uśmiech tych dziewcząt, zastygły na ekranach telewizorów i na pierwszych stronach gazet, budził w nich lęk.

W całym kraju zaś, w każdej kafejce internetowej espinosas gromadziły się przed ekranami komputerów, ponieważ zaczęły dostawać maile. Żadna nie mogła przysiąc, że zostały wysłane przez Julietę i Marielę, nie wiedziały, czy w swoim odosobnieniu mają dostęp do internetu, jednak wszystkie czuły, że to one, pragnęły, aby tak było, i skrzętnie strzegły sekretu. Maile mówiły o dwóch dziewczynach, które wkrótce miały skończyć osiemnaście lat i uwolnić się od rodziców i lekarzy, aby w piwnicach i garażach zacząć grać piosenki z płyty Mięso. Mówiły o niepowstrzymanym podziemnym kulcie, o Tych, Które Miały Espinę w swoim ciele. Fanki z brokatem na twarzach, paznokciami pomalowanymi na czarno i wargami zaplamionymi czerwonym winem czekały na wiadomość, która zawierałaby datę i miejsce drugiego przybycia, mapę ziemi zakazanej. I słuchały ostatniej piosenki z Mięsa (w której Espina szeptał: "Jeżeli jesteś głodna, zjedz moje ciało. Jeżeli spragniona, wypij moje oczy"), marząc o przyszłości.

Żadnych urodzin ani chrztów

Stale był blisko, taki znajomy pojawiający się na przyjęciach, chociaż nikt nie wie, kto go zapraszał, ale zaprzyjaźniłam się z nim dopiero tamtego lata, kiedy wszyscy moi przyjaciele postanowili zidiocieć albo kiedy to ja postanowiłam znienawidzić wszystkich przyjaciół.

Był inny niż cała reszta. Nigdy nie spał, tak jak ja, i nocny kontakt nas połączył, początkowo przypadkiem podczas samotnych czatów o czwartej nad ranem, kiedy ciągle pojawiały się nasze nicki, jedyne, jakie o tej porze nie spały i miały ochotę pogadać: zedd i crazyjane. On wybrał nazwisko pewnego legendarnego reżysera nowojorskiego kina undergroundu, którego uwielbiał, chociaż nigdy nie widział żadnego z jego filmów. Ja swój wzięłam z poematu Yeatsa. Myślę, że zostaliśmy przyjaciółmi tylko dlatego, że on od razu wiedział, kim była Crazy Jane, a ja - kim był Zedd.

Potem zaczęły się spotkania w barach. Oboje nienawidziliśmy ludzi, którzy tak się upijali, że zbierało im się na rzyganie, na żałosne wynurzenia albo robili z siebie głupków, więc spokojnie sączyliśmy whisky i krytykowaliśmy pozostałych. Nigdy nie znałam nikogo, kto by palił tyle co on: w jedną noc aż trzy paczki.

Nico (tak brzmiało prawdziwe imię Zedda) studiował film przez piętnaście minut i wszystko znienawidził, ale dzięki niedorzecznej pracy (wyprowadzał psy na spacer) udało mu się uskładać pieniądze na zakup kamery. Aż do tamtego lata nie przyszło mu do głowy, co z nią robić. Jednak podczas jednej z owych pogaduszek w barach, kiedy przygrywał jakiś straszny zespół (tamtego lata wszystko wydawało nam się straszne), Nico wpadł na pomysł, jak na niej zarabiać.

Od następnego poniedziałku w gazecie zaczęło wychodzić jego ogłoszenie. Brzmiało tak: "Nicolás. Filmowanie osobliwości. Nie kręcę urodzin, chrztów ani uroczystości rodzinnych. Idealne dla voyeurów. Nie robię nic nielegalnego ani nie pracuję dla mężów rogaczy. Dzwonić na...". Powiedziałam mu, że raczej trudno oczekiwać, że ktoś się z nim skontaktuje albo chociaż zrozumie, co próbuje powiedzieć przez to ogłoszenie. Odpowiedział, że świry albo dziwacy go zrozumieją. Był tego pewien. I miał rację.

* * *

Nie zawiadomił mnie, kiedy dostał pierwsze zlecenia, zadzwonił jednak, gdy miał już gotowe pierwsze nagrania. Żeby je obejrzeć, zamknęliśmy się w jego kawalerce z dwoma regałami bibliotecznymi pełnymi filmów na VHS i DVD, starannie ustawionych w porządku alfabetycznym, oraz stosem książek z pozakreślanymi akapitami na każdej stronie. Mieszkanie było tak zadymione, że normalny człowiek by się tam udusił. Ale kiedy on wypalał trzy paczki, ja wypalałam dwie. Wszystkie moje wysiłki, żeby zejść do dziesięciu papierosów na dobę, okazały się daremne. Tamtego lata moja siła woli się rozwiała i nie potrafiłam spełniać tak prostych postanowień jak to, żeby w nocy spać, a jeść przynajmniej dwa razy dziennie. Jako że mieszkałam sama, nie było nikogo, kto by zwrócił uwagę na moją depresję albo próbował podnieść mnie na duchu. To było najlepsze, co mnie spotkało od lat.

Większość filmów pokazywała bzykające się pary. O dziwo, nikt (albo prawie nikt) nie upewniał się, czy Nico nie zachował sobie kopii. Przypuszczam, że klienci nie mieli jak tego skontrolować i prawdopodobnie wcale im na tym nie zależało. Nico wyjaśnił mi, że świadomość, iż są filmowani, dodatkowo ich rajcowała, traktowali go, jakby był reżyserem jakiegoś pornosa. Nie chcieli sami kręcić swoich amatorskich filmów, niczym czegoś prywatnego, rozgrywającego się między nimi dwojgiem. Woleli, żeby robił to ktoś inny, stanowiło to część ich niezdrowej gry. Pokazał mi kilka nagrań, ale były nudne. Oglądanie pieprzących się ludzi jest nudne. Ani Nico, ani ja nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego pornografia to taki świetny interes i przynosi milionowe zyski.

Inny filmik pokazywał kobiety na wysokich obcasach przechadzające się po ulicy. Nie mogli tego dostać w sex shopach sprzedających filmy dla fetyszystów? No, wyjaśnił mi Nico, mogli, z kobietami na szpilkach, jakżeby nie, jednak tamci faceci życzyli sobie, żeby chodziły konkretnymi ulicami miasta: nie chcieli genderowych obcasów na anonimowych spacerach. Kolejne nagranie faktycznie rejestrowało drogę przez miasto; zamówiła je jakaś ogarnięta fobią dziewczyna, która od sześciu miesięcy nie była zdolna wyjść z domu. Powiedział mi, że kiedy wręczył jej ten film, z płaczem rzuciła mu się na szyję. Nigdy nie widział osoby tak bladej, podkreślił.

A teraz najciekawsze, oznajmił następnie i włożył do odtwarzacza płytę CD z tytułem Smarkule wypisanym czarnym mazakiem. Wyjaśnił, że jakiś mężczyzna podpisał z nim umowę na filmowanie dziewczynek na wolnym powietrzu, na placach, ulicach, dziedzińcach szkolnych. Jedyne, czego chciał, to żeby były w wieku poniżej dwunastu i powyżej sześciu lat i żeby to były wyłącznie blondynki. Nico nie zapytał po co ani dlaczego, ale nietrudno było się tego domyśleć i dlatego musiał udawać, że siedzi na ławce na placu z kamerą na kolanach i czeka, podczas gdy w rzeczywistości trzymał ją włączoną i ukradkiem starał się kierować obiektyw na bawiące się dzieci. Nico nie miał stałej ceny nagrań (zazwyczaj negocjował ją z klientami), jednak nie był zaskoczony, kiedy domniemany pedofil zaproponował mu trzy tysiące pesos. Właściwie nabrał przekonania, że nim jest, dopiero kiedy tamten wymienił kwotę, jaką gotów jest zapłacić.

Oddał nagranie, opowiadał, a na drugi dzień klient zadzwonił ponownie, z reklamacją. Początkowo nie wiedział jak albo nie umiał wyjaśnić dlaczego, aż w końcu, długo plącząc się i klucząc, stwierdził, że na filmie jest za mało golizny. Nico odparł, że chyba ma na to sposób, poprosił, żeby mu zaufał, a mężczyzna obiecał zapłacić podwójnie, o ile go zadowoli. Obejrzeliśmy wideo: Nico wybrał basen z podgrzewaną wodą w jakimś klubie, naukę pływania dla dziewczynek w wieku od sześciu do dziewięciu lat. Wiele z nich było blondynkami: to był klub w zamożnej części Barrio Norte. W kłębach pary biegały nad brzegiem basenu, a zoom powiększał ich wilgotne kostiumy kąpielowe przyklejone do wzgórków łonowych i krople spływające im po tyłeczkach albo wpadające między nogi. Jedna z dziewczynek głaskała po włosach drugą, a ta w porywie dziecięcej czułości pocałowała ją wylewnie i oparła głowę na jej ramieniu. W basenie widać było machające nogi, pupcie oddalające się we wzburzonej wodzie; na brzegu niektóre poprawiały na sobie kostiumy, kiedy opadały im ramiączka, niemal odsłaniając płaskie piersi.

- Podobało mu się? - spytałam.

Nico uśmiechnął się i w formie wyjaśnienia odparł, że dostał sześć tysięcy pesos, a do tego pięćset napiwku.

* * *

Kiedy zadzwonił do mnie w pewien okropny lodowaty wieczór, gdy próbowałam wkuwać jakiś nudny przedmiot, z tonu jego głosu wywnioskowałam, że chodzi o coś pilnego związanego z pracą; jedynie to sprawiało, że brzmiał wesoło.

Dwa dni wcześniej zadzwoniła do niego kobieta, powiedział. Nie chciała mu nic wyjaśniać przez telefon, ale to nie wydało mu się dziwne: zamówienia na filmy erotyczne zawsze były takie. Dotarł do jej domu bez większych oczekiwań. Od razu jednak zdał sobie sprawę, że intuicja go zawiodła. Było coś w tej kobiecie, w jej pochylonej postawie, starannym, chociaż przesadnym makijażu, który nie ukrywał braku snu ani podkrążonych oczu, a przede wszystkim w tym, że zaproponowała mu herbatę. Nimfomanki nigdy nie robiły herbaty, wyjaśnił. Zawsze to była kawa, a w nocy kieliszek czerwonego wina.

Kobieta zaczęła mu wyjaśniać, czego chce, z niemal belferskim spokojem. Nico domyślił się, że była nauczycielką, nie tylko ze sposobu, w jaki przedstawiła fakty, lecz również dlatego, że mimo iż wyłamywała sobie palce i próbowała nie płakać, z dezaprobatą popatrzyła na jego farbowane włosy i, zmieszana, na sekundę zatrzymała wzrok na czarnym lakierze, którym Nico malował sobie paznokcie.

Jej córka zaczęła mieć halucynacje, wyjaśniła. Od niedawna. Mała ciągle mówiła, że widzi różne rzeczy, lecz ona jej nie wierzyła. Zawsze była normalną dziewczynką. Nieśmiałą, ale normalną. Nie miała wielu koleżanek, bo rodzina w ostatnich latach często się przeprowadzała i Marcela, córka, nie miała czasu się zaprzyjaźnić.

Spróbowali terapii psychiatrycznej - bez rezultatu. Była zrozpaczona. Dziewczynka nie chciała przyjąć do wiadomości, że to, co widzi w swoich halucynacjach, nie dzieje się naprawdę. Nikt nie potrafił jej przekonać, że jest inaczej. Tak więc mąż wpadł na pomysł (Nico wiedział, że z tym mężem to ściema: żaden mężczyzna nie poprosiłby kogoś obcego, żeby był świadkiem horroru, jaki przeżywa jego córka; w dodatku z jakiegoś powodu nie było go przy tej rozmowie), żeby w trakcie halucynacji ją sfilmować i w ten sposób, przewijając taśmę, udowodnić jej, że była sama i krzyczała do ścian. Musiał to być VHS, ponieważ Marcela jest nieufna i nie uwierzyłaby im, jeśli użyliby formatów nowocześniejszych i bardziej wymyślnych, powiedziałaby, że zmanipulowali obraz, żeby ją oszukać. Nie było problemu. Nico miał sprzęt. Kiedy powiedział, że tak, że to zrobi, kobieta popatrzyła na niego z determinacją i próbowała ukryć wzruszenie. Nieco ceremonialnie zaprosiła go, aby wszedł na górę do pokoju córki.

Nico wyznał mi, że spodziewał się czegoś innego. Dziewczyny przywiązanej do łóżka albo naćpanej, nawet pokoju o wyściełanych ścianach. Lecz Marcela miała na sobie, powiedział, ogromny, stary różowy sweter, jakby męski, i dżinsy trzy numery za duże. Nie dało się stwierdzić, czy była gruba, czy szczupła. Miała ogoloną głowę, co było więcej niż mądrą decyzją po przedłużającym się i systematycznym wyrywaniu sobie włosów, które zaczęło się równocześnie z halucynacjami, jak to wcześniej wyjaśniła mu matka. Na policzku dziewczyny widniała delikatna blizna, zaledwie jakaś srebrzysta kreska. W pokoju zobaczył na łóżku rzucony biustonosz, mnóstwo lalek siedzących na drewnianym regale ciasno jedna obok drugiej, wyłączony telewizor, liczne zdjęcia Marceli w ramkach albo przyczepione pineskami do ściany: na śniegu w niebieskiej wełnianej czapce, w chwili odbierania dyplomu, przed ołtarzem; z wystraszonym wyrazem twarzy podczas pierwszej komunii. Wtedy jeszcze nie miała halucynacji. Kiedy matka przeprosiła i zostawiła ich samych, Marcela podeszła do niego. Nico powiedział, że używała jakichś tanich staromodnych perfum, które przypominały mu zapach ciotek i matek. Cichutko stwierdziła: "Wiem, po co cię sprowadziła. Zobaczysz, że to prawda. Ja nigdy nie kłamię". Potem uśmiechnęła się do niego i Nico uwierzył jej we wszystko. Kiedy później podeszła jeszcze bliżej i poprosiła go o ogień, Nica uderzył zapach, który staropanieńskie perfumy próbowały ukryć. Pochodził z jej dłoni, śmierdzących upławami, krwią, seksem, zdechłymi rybami gnijącymi na słońcu.

* * *

Tamtego dnia nie miała halucynacji i matka spytała Nica, czy ma komórkę. Oczywiście miał. To na jej numer kobieta zadzwoniła, no i figurował w ogłoszeniu. Biedaczka była trochę nieprzytomna. W każdym razie zadała mu to pytanie, żeby wiedzieć, czy w kolejnych dniach może na niego liczyć full time. Obiecał jej nie przyjmować żadnego zlecenia, ale poprosił o większą gażę. Następny dzień spędziliśmy razem, czekając na telefon w jego kawalerce, uporczywie wpatrując się w komórkę leżącą na łóżku, jakby chodziło o kontakt z porywaczem, który więzi naszą ukochaną osobę. Na podstawie uzyskanych przesłanek próbowaliśmy odtworzyć historię Marceli. Katolicka szkoła. Halucynacje od dzieciństwa. Coś związanego z religią/tabu/seksem i stąd te kompulsywne masturbacje. Samobiczowanie: powiedziałam, że sądzę, iż Marcela stale nosi bluzki albo pulowery, albo T-shirty z długimi rękawami, bo tak samo, jak okaleczyła sobie twarz, zapewne okaleczyła też ciało. Wydawała się nam osobą o silnym charakterze; myślę, że jej zazdrościliśmy. Tak bardzo różniła się od innych, wszystkich tych, którymi pogardzaliśmy albo od których uciekaliśmy, ludzi bez żadnej tajemnicy, z nudnymi problemami i tchórzostwem. Wróciliśmy do opowieści matki. Domyśliliśmy się, nie mogąc tego potwierdzić, że Marcela jest jedynaczką. Zakładaliśmy się o forsę, że również dziewicą.

Matka zadzwoniła do Nica o siódmej wieczorem. Wiedziałam, że nie mogę z nim jechać, i ledwo zniosłam nerwowe napięcie owych dłużących się trzech godzin, podczas których sfilmował ją pod każdym możliwym kątem. Potem razem to obejrzeliśmy, jej ogoloną głowę tłukącą w ściany, podczas gdy ona sama ściągała ogromny sweter (a na jej ramionach były blizny przypominające mapę albo pajęczynę), aż do chwili, gdy kładła się na brzuchu i wsadzała sobie palce w pochwę i w tyłek, krzycząc, że dosyć, że nie. Siedzieliśmy w milczeniu, aż taśma się skończyła i powróciły paski szare, białe i czarne. Nico przyznał mi się, że przez chwilę oczekiwał i miał nadzieję, że to, co Marcela widziała, pojawi się na taśmie. Uwierzył, że coś takiego jest możliwe. Pragnąłby, aby to było realne albo przynajmniej możliwe.

* * *

Marcela nie chciała uwierzyć, że na filmie jest sama. Po tym, co zobaczyła, mówiła matka, bardzo trudno było ją uspokoić. Tym razem nie poczęstowała Nica herbatą. Jedyne, co powiedziała, to że Marcela chce, żeby sfilmował ją jeszcze raz, i że nie mogła jej odmówić, ale nie może mu już zapłacić. Nico odparł, że zrobi to za darmo. Matka nie wydawała się wystarczająco wdzięczna.

Kiedy Nico filmował Marcelę pierwszy raz, matka nagle wypadła z pokoju dokładnie w chwili, gdy jej córka spuściła spodnie. Po masturbacji Marcela wdrapała się na łóżko i zasnęła całkiem naga. Miała piękne ciało pomimo blizn. Nico sfilmował ją śpiącą, a potem, zanim oddał taśmę, wyciął tę część. Zapadnięty brzuch, niemal bez sznytów, piersi sterczące i pozbawione sutków (odciętych), biciem serca wprawiane w lekkie drżenie, łagodne uda pokryte złocistym meszkiem, o teksturze przerywanej jedynie przez brutalne blizny przypominające szwy, oraz oszałamiająca plątanina cięć na ramionach, na których dokonano istnej rzezi.

Powolny ruch kamery wzdłuż nagiego ciała Marceli trwał ponad pół godziny. Nico powiedział, że miał ochotę położyć się obok niej, jednak się powstrzymał. Zamiast tego wyszedł roztrzęsiony z pokoju, żeby poszukać matki. Zastukał nieśmiało w drzwi: przez szparę zobaczył, że leży na brzuchu w małżeńskim łóżku. Matka wstała i poprawiła na sobie ubranie, żeby go odprowadzić do wyjścia, lecz nie odezwała się do niego ani słowem, nawet nie popatrzyła mu w oczy. Nico oznajmił, że odniesie nagranie najszybciej, jak to będzie możliwe, lecz nawet wtedy nie doczekał się jej odpowiedzi.

Podczas następnej wizyty przyjął go ojciec. Wyobrażałam go sobie jako nieśmiałego faceta, jakąś fajtłapę. Jednak Nico powiedział, że z jakiegoś powodu przypominał mu policjanta albo wojskowego. Oboje byliśmy w błędzie. Był zwykłym fizjoterapeutą. Wydawał się bardziej rozmowny od swojej żony. Podał kawę i gładząc się po siwych włosach, dorzucił więcej cennych, chociaż zapewne błędnych informacji. Marcela zawsze miała bujną wyobraźnię, a on czuł się winien, że ją w niej rozwijał. Stale bawiła się z niewidzialnymi przyjaciółmi. Jednak nigdy nie było z nią problemów aż do chwili, gdy w szkole średniej zaczęła się coraz bardziej wycofywać, nie chciała bywać na przyjęciach ani nocować u koleżanek, ani chodzić na tańce, ani tym bardziej poznawać chłopaków. Powiedział, że jest nowoczesnym ojcem, założył, że to taki okres, i odpuścił. W końcu w szkole Marcela dobrze sobie radziła. Poważniejsze problemy zaczęły się raptem przed rokiem, a jemu nie przychodziło do głowy nic, co mogłoby je wywołać, żaden traumatyczny fakt, który by je wyjaśniał. Dla niego załamanie nerwowe córki było tajemnicą.

Żadne z nich, zwrócił mi uwagę Nico, nigdy nie wspomniało o okaleczeniach ani o masturbacji. Było to tak, jakby mówili o problemie mniejszej wagi, jakby na nocnym stoliku córki znaleźli skręta z marihuaną. Nowe wideo również kończyło się długim odkrywaniem ciała Marceli, smukłego i zniszczonego. Podobnie jak na poprzednim kamera nie zarejestrowała istnienia owej istoty, którą, jak twierdziła Marcela, widziała w trakcie swoich halucynacji.

* * *

Nie było kolejnego nagrania, ale kolejny telefon - owszem. Wcześniej Nico pokazał mi z samochodu dom Marceli, prostą fasadę, garaż, boczne drzwi i szerokie okno, z odkrytymi cegłami i elementami z drewna. To ojciec zadzwonił: matka, sądził Nico, przeżywała własne załamanie. Powiedział, że córka nie chce następnego filmowania, natomiast pragnie z nim porozmawiać.

Niewiele mu powiedziała. Poprosiła, żeby usiadł. To był dziwny dzień końca jesieni, wilgotny, niemal upalny. Pierwszy raz Marcela nie miała długich rękawów i mógł zobaczyć blizny. Nie były brzydkie, lecz raczej zadziwiająco symetryczne, jakby skóra służyła jej za płótno albo za obrobione rylcem drewno. Odrastały jej włosy, puszek jasnoblond, lśniący w sztucznym świetle lampy, ponieważ nigdy nie podnosiła żaluzji. Telewizor pozostał wyłączony, za to zdjęcia z dzieciństwa, które Nico widział wcześniej, zniknęły.

Marcela mówiła powoli i nie patrząc na niego, z nieśmiałością, ale i zdecydowaniem, jakby miała do załatwienia jakąś pilną i niezbyt przyjemną formalność. Powiedziała, że jest jedyną osobą, która jej uwierzyła, i szkoda, że nie udało mu się go zobaczyć. Myślała, że Nico jest tym naznaczonym, wybrańcem, lecz się myliła. Powiedziała, że nie chce sobie robić tych rzeczy, ale ostatnio nie może się powstrzymać. I chciała obejrzeć nagrania swojego nagiego ciała. Usłyszawszy to, Nico drgnął i zamierzał poprosić ją, żeby nie mówiła o nich rodzicom. Jednak ona uspokoiła go: nie przeszkadzało jej, że ją filmował. Chciała się tylko zobaczyć.

- Nigdy nie widziałam swojego ciała - wyjaśniła. - Kąpię się z zamkniętymi oczami. Przebieram się z zamkniętymi oczami.

- A kiedy się okaleczasz...?

- Ja się nie okaleczam. To on mi to robi. Kiedy śpię.

Potem poprosiła, żeby sobie poszedł, bo ma coś do zrobienia. Wówczas Nico postanowił nigdy nie pokazywać jej tamtego nagrania i nie wracać do tego domu.

Później prawie nie rozmawialiśmy o Marceli. Myślałam, że Nico zakochał się w niej i że jest tchórzem, skoro nie próbuje się z nią zobaczyć, ale prawdopodobnie ja zrobiłabym to samo. Przestaliśmy się tak często widywać: bycie razem oznaczało bycie z Marcelą, a żadne z nas nie chciało, aby ciągle stała między nami, naga i wyniszczona. Znowu zaprzyjaźniłam się ze swoimi byłymi przyjaciółmi, ale nigdy nic im nie powiedziałam: jakaś lojalność obowiązuje. Kiedyś na jednym z naszych już nie tak regularnych czatów spytałam Nica, czy jeszcze ma te nagrania. Powiedział, że tak. Zapytał, czy je chcę. Powiedziałam, że nie. Zapewnił mnie, że jeszcze tej samej nocy je wyrzuci. Nie wiem, czy to zrobił. Nigdy go o to nie spytałam.

Powracające dzieci

Kiedy podejmowała pracę w dzielnicowym Ośrodku Zarządzania i Interwencji położonym pod autostradą biegnącą obok parku Chacabuco, Mechi myślała, że nigdy nie zdoła przywyknąć do ciągłego hurkotu nad głową, głuchego hałasu, łączącego w sobie dudnienie przejeżdżających samochodów, wibrację spawów asfaltu, naprężenie filarów. Zdawały się pulsować, a ona znajdowała się tuż pod nimi, w idealnie kwadratowym biurze dzielonym z dwiema innymi kobietami, Gracielą i Maríą Laurą, i obie urzędniczki miały od niej więcej doświadczenia i wprawy w obsługiwaniu interesantów, a ona nie potrafiła ani nie chciała tego robić. Jednak w miarę upływających miesięcy zaczęła przyzwyczajać się do autostrady nad głową, a nawet rozróżniać poszczególne pojazdy: kiedy była to wielka ciężarówka, wydawało się, że ktoś wali w sufit, jakby nad biurem kroczył jakiś olbrzym; autobusy wywoływały przeciągły gwizd, a samochody osobowe zaledwie muśnięcie i lekkie uderzenie. Rytm ruchu drogowego towarzyszył jej pracy i budził w niej wrażenie zamknięcia, jakiegoś akwarium, co na swój sposób jej pomagało.

Cicha praca izolowała ją; należało do niej prowadzenie i aktualizowanie archiwum dzieci zgubionych i zaginionych w mieście Buenos Aires, największej kartoteki biura wchodzącego w skład Rady Praw Dzieci i Młodzieży. Jeszcze nie bardzo miała jasność co do biurokratycznych powiązań między radami, ośrodkami i oddziałami, jakim podlegała, i nieraz trudno jej było się połapać, dla kogo właściwie pracuje, ale z dziesięciu lat spędzonych w urzędzie miasta ta praca była pierwszą, którą lubiła. Odkąd zajmowała się archiwum - czyli niemal od dwóch lat - zbierało ono najwyższe pochwały. A przecież miało jedynie wartość dokumentalną: ważne akta, takie, które mobilizowały policję i śledczych do poszukiwań tropów dzieci, znajdowały się w komisariatach i urzędach prokuratorów. Jej archiwum było raczej bezużyteczne, stanowiło jedynie zapis, który stale się rozrastał, co nie prowadziło jednak do podejmowania jakichkolwiek działań. Za to było ogólnodostępne: czasami krewni przychodzili je przejrzeć, żeby sprawdzić, czy jakiś niezauważony wątek pozwoli im rozwiązać łamigłówkę łączącą się z miejscem pobytu ich dzieci. Albo wracali, żeby wysunąć nowe podejrzenia, dodać nowe szczegóły. Do najbardziej zdesperowanych należeli interesanci określani w biurowym żargonie jako "ofiary rodzicielskiego porwania". Ojcowie albo matki, kiedy jedno z nich uciekło ze wspólnym dzieckiem. Zazwyczaj chodziło o matki. Lecz ojcowie, udręczeni, również przychodzili bardzo często: dla nich czas miał kluczowe znaczenie, gdyż niemowlęta bardzo szybko się zmieniały. Ledwie pojawiały się pierwsze zarysy osobowości, wyrastały włosy, oczy nabierały określonego koloru, zastygłe w czasie niemowlę ze zdjęcia na plakacie z podpisem "Poszukiwane" znikało kolejny raz.

Odkąd Mechi objęła archiwum, żadne dziecko porwane przez ojca albo matkę nie zostało odnalezione.

Na szczęście nie musiała patrzeć w twarz krewnym zaginionych dzieci. Kiedy zjawiali się w biurze, żeby zajrzeć do teczki, Graciela albo María Laura najpierw prosiły Mechi o jej przyniesienie, a dopiero potem wręczały ją zainteresowanym. Taki sam mechanizm obowiązywał, jeśli ktoś przychodził dodać jakąś informację: zostawiał ją, w formie ustnej albo pisemnej, jednej z dwóch kobiet, a one przekazywały ją Mechi, która uzupełniała swój plik albo raczej pliki - jeden cyfrowy, a drugi na papierze. Czasami, kiedy Graciela i María Laura urządzały sobie maraton babskich pogaduszek albo wychodziły coś zjeść i długo nie wracały, Mechi otwierała teczki i fantazjowała na temat dzieci. Nawet przechowywała, w osobnym katalogu, sprawy rozwiązane, przypadki dzieci odnalezionych. Prawie zawsze były to nastolatki: dziewczynki mówiły, że idą potańczyć, i nie wracały. Jessica, na przykład. Mieszkała na rogu Piedrabuena i Chilavert, w Villa Lugano. Dom, jak wynikało ze zdjęć, był niski i miał brudną białą fasadę. Nic nie wskazywało na to, co działo się wewnątrz. Sześcioro dzieci, samotna matka i pokój Jessiki ze ścianami z gołych cegieł, gąbkowym materacem na jakichś deskach (z technicznego punktu widzenia nie miała łóżka), i przypadająca na nią część ściany - gdyż pomieszczenie dzieliła z dwojgiem rodzeństwa - ozdobiona zdjęciami Guillego, jej bohatera; wszędzie jego zdjęcia powyrywane z czasopism albo na mniej czy bardziej kompletnych plakatach, pokryte różowymi pocałunkami i wyznaniami "Kocham cię", wypisanymi czerwonym flamastrem. Jessica zawsze spotykała się z innymi nastolatkami na Plaza Sudamérica, niedawno zrewitalizowanym, z nowymi żelaznymi ławkami (żeby nie było wygodnie długo na nich przesiadywać albo, co gorsza, spać) i patrolami policji. Mówiono o niej, że to spokojna dziewczynka, nigdy nie przyłapano jej choćby z papierosem. Jednak któregoś dnia uciekła, a członkowie zrozpaczonej rodziny przeszukali całą dzielnicę i porozlepiali plakaty; fotokopie zdjęcia Jessiki na papierze formatu A4 zostawiali przede wszystkim na postojach taksówek, gdyż taksówkarze wszystkich znali. Znalazła się po dwóch miesiącach: zatrzymała się u koleżanki po kłótni z matką, która wykrzyczała jej: "Jak tak dalej będziesz się zachowywać, odeślę cię do Comodoro Rivadavia". Mieszkał tam ojciec dziewczynki. Kiedy wróciła, Mechi popatrzyła na jej zdjęcie - grzywka przefarbowana na kolor bordo, oczy podkreślone czarną kreską, błyszczyk na ustach i kolczyki w kształcie klucza wiolinowego - i pomyślała, że powinna powiedzieć tej małej - Jessica miała czternaście lat - że Comodoro Rivadavia z pewnością jest znacznie lepsze niż Villa Lugano, że tata może załatwiłby jej łóżko, które nie przypominałoby gąbki. Jednak Jessica wolała zostać w stolicy, gdyż w ten sposób, kiedy tylko się dało, mogła chodzić na recitale Guillego, a on nigdy nie wybrał się do Patagonii.

Takich jak Jessica było mnóstwo, gdyż większość zaginionych dzieci stanowiły nastoletnie dziewczęta. Które zadawały się z kimś starszym; które wpadały w popłoch, że są w ciąży. Które uciekały od ojca pijaka, od ojczyma, który gwałcił je nad ranem, od brata, który nocami się masturbował, ocierając się im o plecy. Które wychodziły potańczyć i upijały się, i przepadały na parę dni, a potem bały się wrócić. Były też dziewczęta szalone, które wieczorem w dniu, kiedy postanawiały nie brać więcej tabletek, słyszały w głowie jakiś klik. I te uprowadzone, porwane, które ginęły w sieci prostytucji, aby nigdy się nie odnaleźć albo żeby odnajdywano je martwe, albo jako morderczynie swoich porywaczy, albo ofiary samobójstw na granicy z Paragwajem, albo poćwiartowane w jakimś hotelu w Mar del Plata.

* * *

Mechi uważała, że jej skrupulatność w utrzymywaniu archiwum, poważne zainteresowanie losem zaginionych dzieci miało związek z Pedrem, jednym z jej nielicznych przyjaciół. Poznała go jakieś pięć lat wcześniej, kiedy jeszcze pracowała w samym centrum miasta, w biurze w okolicach Plaza de Mayo; czasami jej uwagę rozpraszały marsze i manifestacje oglądane z okna, i była to niemal jej jedyna rozrywka - i jedyna silna emocja - kiedy jakiś protest kończył się represjami, i syreny, krzyki i żrący zapach gazów łzawiących docierały aż pod jej okno. W niektóre wieczory przed powrotem do domu Mechi postanawiała napić się piwa. Żaden z barów zbytnio jej się nie podobał. Pod koniec dnia, około szóstej po południu, napełniały się młodymi managerami, urzędnikami administracji z dobrą pensją, sekretarkami w drogich ciuchach. Podczas swoich after hours zamawiali piwo z importu i starali się zwrócić na siebie uwagę, spotkać kogoś i o ile to możliwe, pójść z kimś upatrzonym do łóżka. Nikt nie próbował porozmawiać z Mechi. Była zbyt szczupła i za niska, latem nosiła kozaki na koturnach i nigdy się nie malowała. Była dziwna. Nawet nie oczekiwała, żeby któryś z chłopaków w garniturze, pachnący aromatyczną wodą po goleniu, postawił jej piwo Iguana; Mechi łatwo godziła się z rzeczywistością i zazwyczaj nie cierpiała z tego powodu. Owe bary to nie było jej miejsce. Lubiła jednak wracać do domu lekko wstawiona i podążać aleją o zachodzie słońca, a ignorowanie wszystkiego, co działo się wokół, przychodziło jej bardzo łatwo; czasami nawet brała ze sobą książkę, co przyciągało spojrzenia, jednak nigdy nikt nie zadał sobie tyle trudu, żeby zapytać, co czyta. Lektura pomagała nie słyszeć nieinteresujących jej rozmów innych urzędników.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ekshumacja aniołka

Moja babcia nie lubiła deszczu i zanim spadły pierwsze krople, kiedy niebo ciemniało, wychodziła z butelkami i na podwórku za domem zakopywała je do połowy, szyjką do dołu; wierzyła, że powstrzymają deszcz. Szłam za nią i pytałam, babciu, czemu nie lubisz deszczu, czemu nie lubisz. A ona nic, wykręcała się od odpowiedzi i z łopatką w ręce marszczyła nos, wyczuwając wilgoć w powietrzu. Jeśli w końcu zaczynało padać, czy była to mżawka, czy burza, zamykała drzwi i okna i głośniej nastawiała telewizor, żeby zagłuszyć hałas kropli i wiatru - dach domu był blaszany - a jeśli ulewa zbiegła się z jej ulubionym serialem, Combat!, nie było takiego, kto by zdołał wydusić z niej choćby jedno słowo, gdyż beznadziejnie podkochiwała się w Vicu Morrowie.

Ja uwielbiałam deszcz, ponieważ zmiękczał wyschniętą ziemię i pozwalał mi rozwijać moje zamiłowanie do kopania. Ach, te dołki! Używałam tej samej łopatki co babcia, bardzo niedużej; dziecko mogłoby się bawić taką na plaży, ale moja była z metalu i drewna, a nie z plastiku. Ziemia kryła w sobie okruchy szklanych zielonych butelek - ich krawędzie były tak stępione, że już nie cięły; płaskie kamienie niczym otoczaki albo drobny żwir z plaży. Co one robiły na podwórku za moim domem? Ktoś musiał je tam zakopać. Kiedyś znalazłam owalny kamyk wielkości i koloru karalucha, tylko bez nóg i bez czułków. Z jednej strony był gładki, za to z drugiej karbowania układały się w wyraźne rysy uśmiechniętej twarzy. Pokazałam go tacie, zachwycona, bo myślałam, że to jakaś relikwia, a on powiedział, że znaki przybrały taki kształt przez przypadek. Taty nigdy nic nie cieszyło. Znalazłam też czarne kostki do gry, z białymi, już prawie wyblakłymi kropkami. I resztki matowych szyb w kolorze zielonego jabłka i turkusu. Babcia przypomniała sobie, że to część jakichś starych drzwi. Bawiłam się także dżdżownicami, krojąc je na króciutkie kawałeczki. Nie żebym lubiła patrzeć na ich pocięte ciało, które przez chwilę wciąż się wiło, a potem szło dalej. Wydawało mi się, że jeśli posiekam dżdżownicę cienko jak cebulę, dokładnie rozdzielając wszystkie pierścienie, to już nie będzie mogła się zrosnąć. Nigdy nie lubiłam robali.

Kości znalazłam po pewnej burzy, która skrawek ziemi na tyłach domu zamieniła w błotnistą kałużę. Wrzuciłam je do wiaderka, w którym zwykle zanosiłam swoje skarby do mycia pod kranem na podwórku. Pokazałam je tacie. Powiedział, że to kości kurczaka albo od kotleta schabowego, a może jakiegoś martwego domowego zwierzęcia, pochowanego dawno temu. Psie albo kocie. Upierał się przy kurczaku, bo wcześniej, kiedy był mały, na podwórku za domem babcia miała kurnik.

Wyjaśnienie wydawało się całkiem do przyjęcia dopóty, dopóki babcia nie dowiedziała się o tych kosteczkach i nie zaczęła rwać włosów z głowy, wołając "aniołek, aniołek". Jednakże krzyki nie trwały długo i wystarczyło jedno spojrzenie taty, a ucichły jak ręką odjął: znosił babcine "przesądy" (tak je nazywał), o ile tylko nie przesadzała. Babcia znała już ten jego grymas dezaprobaty i siłą starała się uspokoić. Poprosiła mnie o te kosteczki, więc jej oddałam. Potem odesłała mnie do mojego pokoju, spać. Trochę się zezłościłam, bo nie rozumiałam, za co zostałam ukarana.

Jednak później, tej samej nocy, zawołała mnie i wszystko mi opowiedziała. To była siostra numer dziesięć albo jedenaście, babcia nie była pewna, bo w tamtych czasach niezbyt się dziećmi przejmowano. Umarła kilka miesięcy po narodzinach, z powodu gorączki i biegunki. Ponieważ była aniołkiem - malutką zmarłą dziewczynką - zawinięto ją w różowy gałganek i podparłszy poduszką, posadzono na stole przystrojonym kwiatami. Zrobiono jej kartonowe skrzydełka, żeby szybciej odleciała do nieba, lecz nie napełniono buzi płatkami czerwonych kwiatów, bo dla jej mamy, a mojej prababci, był to okropny widok; miała wrażenie, że to krew. Tańce i śpiewy trwały całą noc i nawet musiano wyrzucić jakiegoś pijanego wujka i reanimować moją prababcię, która zemdlała od szlochania i gorąca. Indiańska płaczka odśpiewała hymny do Trójcy Świętej i jedyne, co za to wzięła, to kilka empanad.

- To było tutaj, babciu?

- Nie, w Salavino, w Santiago. Ależ był upał!

- W takim razie to nie są kości tej dziewczynki, skoro umarła tam.

- To one. Zabrałam je ze sobą, kiedy przyjechaliśmy tutaj. Nie chciałam jej zostawiać, bo po całych nocach płakała, biedactwo. Skoro płakała, kiedy miała nas tak blisko, w domu, dopiero by rozpaczała, gdyby została sama, porzucona! No to ją wzięłam. To już były same kosteczki; włożyłam ją do torby i pochowałam tam w głębi podwórka. Nawet twój dziadek nie wiedział. Ani prababcia, nikt. Bo tylko ja słyszałam, jak płacze. I twój pradziadek, ale udawał głupiego.

- A tutaj płacze?

- Tylko kiedy pada.

Potem spytałam tatę, czy ta historia o dziewczynce aniołku to prawda, a on powiedział, że babcia jest już bardzo stara i mówi od rzeczy. Jednak nie wydawał się zbytnio przekonany; może czuł się skrępowany tą rozmową. Potem babcia umarła, dom został sprzedany, ja zamieszkałam sama, bez męża i dzieci, tata przeniósł się do apartamentu w Balvanerze i zapomniałam o dziewczynce aniołku.

Do czasu, aż dziesięć lat później zjawiła się u mnie w mieszkaniu, płacząc przy moim łóżku w pewną burzową noc.

Dziewczynka aniołek nie przypomina ducha. Nie fruwa w powietrzu, nie jest blada ani nie nosi białej sukienki. Jest na wpół zgniła i nic nie mówi. Gdy pojawiła się pierwszy raz, pomyślałam, że to sen, i próbowałam się obudzić z tego koszmaru; kiedy mi się to nie udało i zaczęłam rozumieć, że jest prawdziwa, krzyknęłam i się rozpłakałam i naciągnęłam na siebie kołdrę i zacisnęłam mocno oczy, a rękami zasłoniłam sobie uszy, żeby jej nie słyszeć, bo w tamtej chwili nie wiedziałam, że jest niemową. Kiedy jednak wyjrzałam, po kilku godzinach, dziewczynka aniołek nadal tam była ze strzępami jakiegoś starego koca zarzuconymi na ramiona niczym poncho. Palcem pokazywała na zewnątrz, w stronę okna i ulicy, i w ten sposób zorientowałam się, że jest dzień. Dziwnie jest widzieć zmarłego za dnia. Zapytałam ją, czego chce, ale w odpowiedzi nadal wskazywała palcem jak w filmie grozy.

Wstałam i pobiegłam do kuchni po rękawiczki, których używałam przy zmywaniu naczyń. Dziewczynka aniołek ruszyła za mną. To był dopiero pierwszy przejaw jej apodyktycznej osobowości. Nie dałam się zastraszyć. Włożyłam rękawiczki, chwyciłam ją za szyjkę i ścisnęłam. W próbie uduszenia zmarłego nie ma zbytniej logiki, jednak nie można być zrozpaczonym i jednocześnie trzeźwo myśleć. Nawet nie zakaszlała, za to mnie na palcach w rękawiczkach zostały resztki rozkładającego się ciała, a z jej szyi wyłoniła się tchawica.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to Angelita, siostra mojej babci. Nadal mocno zaciskałam oczy, licząc na to, że albo ona zniknie, albo ja się obudzę. Ponieważ nic to nie dało, obeszłam ją dokoła i zobaczyłam, że na plecach, z pożółkłych resztek czegoś, co dzisiaj wiem, iż było różowym całunem, zwisały jej dwa prymitywne kartonowe skrzydełka z ponaklejanymi kurzymi piórkami. Po tylu latach już dawno powinny się rozpaść, pomyślałam, a potem roześmiałam się nieco histerycznie i powiedziałam do siebie, że mam w kuchni martwego niemowlaka, że to moja cioteczna babcia i że umie chodzić, chociaż, sądząc po wzroście, żyła niewiele ponad trzy miesiące. Musiałam zdecydowanie przestać myśleć w kategoriach tego, co jest możliwe, a co nie.

Zapytałam, czy jest moją cioteczną babcią aniołkiem. Jako że nie zdążono jej zarejestrować pod oficjalnym imieniem - Angela, Angelita (to były inne czasy) - zawsze określano ją nazwą pospolitą: aniołek. Wtedy przekonałam się, że chociaż nie potrafi mówić, odpowiada skinieniem głowy. A zatem babcia mówiła prawdę, pomyślałam, one nie pochodziły z kurnika, to, co wykopałam, kiedy byłam mała, było kosteczkami jej siostry.

Czego chciała Angelita, pozostało tajemnicą, gdyż poza potakiwaniem albo kręceniem przecząco głową nie robiła nic więcej. A jednak czegoś się domagała, i to pilnie, gdyż nie tylko nadal wskazywała palcem, to jeszcze nie dawała mi spokoju. Chodziła za mną po całym domu. Czekała na mnie za zasłoną, kiedy brałam prysznic; siadała na bidecie, kiedy się załatwiałam; stawała przy lodówce, kiedy zmywałam naczynia; i kucała obok krzesła, kiedy pracowałam na komputerze.

Przez pierwszy tydzień nadal prowadziłam normalne życie. Myślałam, że to może halucynacje wywołane przez nagromadzony stres i że sobie pójdzie. W pracy poprosiłam o kilka dni wolnego, wzięłam tabletki nasenne. Angelita ciągle tu była i stojąc przy moim łóżku, czekała, aż się obudzę. Kilkoro przyjaciół wpadło mnie odwiedzić. Początkowo nie chciałam odbierać ich esemesów ani otwierać im drzwi, jednak nie chcąc, żeby się jeszcze bardziej o mnie martwili, zgodziłam się z nimi zobaczyć. Tłumaczyłam się przepracowaniem, a oni zrozumieli, tyrałaś jak wół, powiedzieli. Żadne z nich nie widziało aniołka. Za pierwszym razem, kiedy przyszła do mnie przyjaciółka Marina, ukryłam Angelitę w szafie, jednak ku mojemu przerażeniu i niezadowoleniu uciekła i z tą swoją brzydką, zgniłą, szarozieloną twarzyczką usiadła na oparciu fotela. Marina niczego nie zauważyła.

Wkrótce potem wyprowadziłam Angelitę na ulicę. I nic. Nie licząc pana, który spojrzał na nią przelotnie, po czym odwrócił się, spojrzał jeszcze raz i zmienił się na twarzy, pewnie spadło mu ciśnienie; albo pani, która dosłownie rzuciła się do ucieczki i prawie wpadła pod czterdziestkę piątkę na ulicy Chacabuco. Niektórzy ludzie musieli ją widzieć, przypuszczałam, choć zapewne niewielu. Żeby oszczędzić im nieprzyjemności, ilekroć wychodziłyśmy gdzieś razem - a raczej kiedy ona szła za mną, a mnie nie pozostawało nic innego, jak zgodzić się na jej towarzystwo - zabierałam coś w rodzaju plecaka, w którym ją niosłam (okropnie wygląda, kiedy chodzi, jest taka malutka, to sprzeczne z naturą). Kupiłam jej też maseczkę z bandaża, jakim osłania się blizny po poparzeniu twarzy. Teraz na jej widok ludzie czują wstręt, lecz zarazem wzruszenie i litość. Patrzą na dziecko bardzo chore albo bardzo okaleczone, ale już nie martwe.

Gdyby tata mógł mnie widzieć, myślałam, on, który stale narzekał, że umrze, nie doczekawszy wnuków (i nie doczekał się ich, rozczarowałam go i w tej, i w wielu jeszcze innych sprawach). Nakupowałam jej zabawek, żeby miała się czym zająć, lalek i plastikowych klocków, i gryzaków, jednak nie wyglądało na to, żeby coś jej się zbytnio spodobało, tylko tym swoim cholernym paluchem ciągle wskazywała na południe - to już zauważyłam, to zawsze było południe - rano, wieczorem i w nocy. Mówiłam do niej, zadawałam jej pytania, ale nie była zbyt rozmowna.

Aż któregoś ranka zjawiła się ze zdjęciem domu z czasów mojego dzieciństwa, gdzie na podwórku znalazłam jej kosteczki. Wyciągnęła fotografię z pudełka, w którym przechowuję stare zdjęcia: ohyda, całą resztę upaćkała swoją gnijącą, obłażącą skórą, były wilgotne i lepkie. Teraz palcem wskazywała na dom, wyraźnie natarczywie. Chcesz tam pojechać?, spytałam, a ona odparła, że tak. Wyjaśniłam jej, że dom już nie jest nasz, że go sprzedaliśmy, na co jeszcze raz powiedziała "tak".

Włożyłam ją do plecaka z maseczką na twarzy i wsiadłyśmy do piętnastki, w kierunku Avellanedy. Ilekroć gdzieś jedziemy, nie patrzy w okno, nie przygląda się ludziom ani niczym nie zajmuje; świat zewnętrzny obchodzi ją tyle samo co zabawki. Posadziłam ją sobie na kolanach, żeby jej było wygodnie, chociaż nie wiem, czy może jej być niewygodnie ani czy to pojęcie cokolwiek dla niej znaczy; nawet nie wiem, co czuje. Jedno, co wiem, to że nie jest zła i że z początku bałam się jej, ale teraz już nie.

Do domu, który kiedyś był mój, dojechałyśmy około czwartej po południu. Jak zawsze latem ciężki zapach rzeki Riachuelo i spalin, docierający od strony Avenidy Mitre, mieszał się z fetorem śmieci. Piechotą przecięłyśmy plac, potem minęłyśmy klinikę Itoiz, gdzie umarła moja babcia, i na koniec obeszłyśmy dokoła stadion klubu Racing. Za nim, dwie przecznice dalej, stał mój dawny dom. Jednak teraz, w drzwiach, co miałam zrobić? Poprosić nowych właścicieli, żeby mnie wpuścili? Pod jakim pretekstem? Nawet o tym nie pomyślałam. Chodzenie wszędzie z martwym niemowlakiem wyraźnie rzuciło mi się na mózg.

To Angelita wkroczyła do akcji. Nie musiałyśmy wchodzić. Żeby zajrzeć na podwórko, wystarczyło przechylić się przez otaczający je murek, a tylko tego chciała: popatrzeć. Zajrzałyśmy obie, trzymałam ją na rękach - murek był dość niski, zapewne byle jak zbudowany. Tam, gdzie wcześniej rozciągało się kwadratowe podwórko, znajdował się niebieski plastikowy basen, wpuszczony w wykopany dół. Żeby zrobić owo zagłębienie, niewątpliwie usunięto całą ziemię i przy okazji kości Angelity zostały wyrzucone nie wiadomo gdzie, rozniesione, pogubione. Zrobiło mi się jej żal, biedactwa, i powiedziałam, że bardzo mi przykro, ale nic nie mogę na to poradzić; powiedziałam nawet, że żałuję, że ich jeszcze raz nie wykopałam, kiedy dom szedł na sprzedaż, żeby je pochować w jakimś zacisznym miejscu albo blisko rodziny, jeżeli tego sobie życzyła. Przecież spokojnie mogłam je włożyć do jakiegoś pudełka albo wazonu i zabrać do domu! Źle ją potraktowałam i zapytałam, czy mi wybaczy. Angelita powiedziała, że tak. Zrozumiałam, że przyjęła moje przeprosiny. Zapytałam, czy teraz czuje się lepiej i czy sobie pójdzie, czy mnie zostawi samą. Odparła, że nie. Dobra, powiedziałam, a ponieważ jej odpowiedź wcale mi się nie podobała, szybkim krokiem ruszyłam na przystanek piętnastki, zmuszając ją, aby pobiegła za mną, przebierając swymi bosymi stópkami, z których - jako że były przegniłe - wyłaniały się białe kosteczki.

Maryja Dziewica z glinianki

Silvia mieszkała sama w wynajmowanym samodzielnie mieszkaniu, z półtorametrowym krzakiem marihuany na patiu i wielką sypialnią z materacem na podłodze. Miała własny gabinet w Ministerstwie Edukacji, pensję, długie włosy, które farbowała na kolor kruczoczarny, i nosiła hinduskie koszule z rozszerzanymi rękawami, przetykane srebrnymi, błyszczącymi w słońcu nitkami. Pochodziła z miasta Olavarría i miała kuzyna, który w tajemniczy sposób zaginął podczas podróży po Meksyku. Była naszą "starszą" koleżanką, pilnowała nas, kiedy wychodziłyśmy z domu, i użyczała nam swego mieszkania, żebyśmy mogły palić skręty i umawiać się z chłopakami. Jednak my pragnęłyśmy zobaczyć ją zrujnowaną, bezradną, załamaną. Bo Silvia zawsze wiedziała więcej: jeśli któraś z nas odkrywała Fridę Kahlo, och, ona zdążyła już zwiedzić jej dom w Meksyku, z kuzynem, zanim zaginął. Jeśli próbowałyśmy jakiegoś nowego dopalacza, ona już wcześniej przedawkowała tę samą substancję. Jeśli odkrywałyśmy jakąś kapelę, która nam się spodobała, ona już przestała być fanką tej grupy. Nienawidziłyśmy tego, że ma proste, ciężkie, czarniusieńkie włosy ufarbowane na kolor, którego nie mogłyśmy znaleźć w żadnym normalnym salonie fryzjerskim. Co to mogła być za marka? Pewnie by nam powiedziała, jednak nigdy nie spytałyśmy. Nienawidziłyśmy tego, że zawsze ma pieniądze na jeszcze jedno piwo, jeszcze jedną działkę, jeszcze jedną pizzę. Jak tak mogło być? Mówiła, że oprócz własnej pensji ma dostęp do konta swojego ojca; był bogaty, nigdy jej nie widział ani nie uznał, niemniej deponował dla niej pieniądze w banku. Jak nic kłamała. Tak samo jak o tym, że jej siostra jest modelką: zobaczyłyśmy ją, kiedy raz do niej przyszła, i nie warto było nawet na nią splunąć: niska, czarniawa, wielka dupa i niesforne kędziory wysmarowane żelem, który już nie mógłby być bardziej tłusty. Zwykła prostaczka - nawet nie mogła marzyć o wybiegu.

Ale najbardziej chciałyśmy zobaczyć Silvię pokonaną dlatego, że podobała się Diegowi. Poznałyśmy go w Bariloche, na wycieczce na zakończenie szkoły. Był chudy, miał krzaczaste brwi i ubierał się w coraz to inną koszulkę Rolling Stonesów (na jednej był język, na drugiej napis "Tatoo You", a na trzeciej Jagger trzymał w garści mikrofon z kablem zakończonym wizerunkiem węża). Po konnej przejażdżce, kiedy na Cerro Catedral zapadała noc, Diego zagrał nam na gitarze akustycznej kilka piosenek, a potem w hotelu pokazał idealne proporcje, w jakich należy zmieszać wódkę i sok z pomarańczy, żeby zrobić dobry "korkociąg". Był dla nas miły, ale chciał nas tylko całować, a nie przespać się z nami, może dlatego, że był starszy (powtarzał klasę, miał osiemnaście) albo że mu się nie podobałyśmy. Później, kiedy wróciłyśmy do Buenos Aires, zadzwoniłyśmy do niego i zaprosiłyśmy na imprezę. Zwracał na nas uwagę przez jakiś czas, dopóki Silvia do niego nie zagadała. I od tamtej pory dalej był dla nas miły, nie można powiedzieć, jednak ona go zawłaszczyła i olśniła (albo przytłoczyła, zdania były podzielone) swoimi opowieściami o Meksyku, peyotlu i cukrowych czaszkach. Też była starsza, ogólniak skończyła dwa lata wcześniej. Diego niewiele podróżował, ale właśnie tamtego lata zamierzał wyjechać z plecakiem na północ. Silvia już tam była (oczywiście!) i zaczęła mu doradzać, mówiła, żeby do niej zadzwonił, to mu poleci tanie hotele i adresy rodzin wynajmujących pokoje, a on wszystko to łykał, mimo że nie miała ani jednego zdjęcia, ani jednego, które mogłoby świadczyć o tym, że ta podróż - czy jakakolwiek inna, Silvia już się sporo najeździła - naprawdę się odbyła.

To ona tamtego lata wpadła na pomysł z gliniankami i musiałyśmy oddać jej sprawiedliwość: był bardzo dobry. Silvia nienawidziła basenów publicznych ani klubowych, nawet tych na prywatnych działkach albo przy domach wynajmowanych na weekendy. Mówiła, że woda w nich nie jest świeża, wydaje jej się stojąca. Ponieważ najbliższa rzeka była skażona, nie miała gdzie się kąpać. My uznałyśmy, że "za kogo się ta Silvia uważa, zupełnie jakby urodziła się na plaży na południu Francji". Ale Diego wysłuchał wyjaśnienia, dlaczego zależy jej na wodzie "świeżej", i całkowicie się z nią zgodził. Porozmawiali trochę o morzach, wodospadach i strumykach, aż na koniec Silvia wspomniała o gliniankach. Ktoś w pracy powiedział jej, że przy południowej wylotówce jest ich mnóstwo i że mało kto w nich się kąpie, bo ludzie się boją; podobno są niebezpieczne. Od razu zaproponowała, żebyśmy pojechali w następny weekend, i zgodziłyśmy się natychmiast, gdyż wiedziałyśmy, że Diego powie tak, a nie chciałyśmy, żeby jechali tylko we dwoje. Może kiedy zobaczy jej brzydkie ciało: strasznie masywne nogi (Silvia mówiła, że to od hokeja, w którego grała jako dziecko, jednak połowa nas grała w hokeja i żadna nie miała takich schabów), płaski tyłek, szerokie biodra (dlatego tak fatalnie jej było w dżinsach); kiedy zobaczy te defekty (i jeszcze te włoski, których nigdy sobie dobrze nie depilowała, może nie potrafiła wyrwać ich z cebulką, była bardzo śniada), Diego przestanie uganiać się za Silvią i wreszcie skupi się na nas.

Popytała tu i tam i powiedziała, że musimy się wybrać nad gliniankę Maryi Dziewicy; że jest najlepsza, najczystsza. I zarazem największa, najgłębsza i najgroźniejsza. Leżała bardzo daleko, prawie przy pętli autobusu 307, w miejscu, gdzie już wjeżdżał na wylotówkę. Glinianka Maryi Dziewicy była wyjątkowa, gdyż podobno nikt się tam nie zapuszczał. Powodem, dla którego ludzie trzymali się na dystans, była nie jej niebezpieczna głębokość, ale właściciel. Ponoć ktoś ją kupił i przyjęłyśmy to do wiadomości: żadna z nas nie wiedziała, do czego mogła służyć ani że można ją nabyć, jednak nie zdziwiło nas, że miała właściciela, i rozumiałyśmy, że ten nie życzyłby sobie, aby ktoś obcy kąpał się na terenie jego posiadłości.

Zgodnie z tym, co opowiadano, kiedy pojawiali się jacyś intruzi, właściciel wyjeżdżał zza skarpy i do nich strzelał. Czasami szczuł ich również psami. Swoją prywatną gliniankę udekorował gigantycznym ołtarzem Maryi Dziewicy, grotą wzniesioną na jednym z brzegów głównego kąpieliska. Można było do niej dotrzeć, kierując się w prawo i okrążając gliniankę bitą ścieżką, biegnącą od prymitywnej furtki wykończonej wąskim żelaznym łukiem, znajdującej się w pobliżu wylotówki. Skarpa, zza której mógł wyjechać samochód właściciela, wznosiła się po przeciwnej stronie. Woda przy Maryi Dziewicy była niezwykle spokojna, czarna. Bliżej wejścia rozciągała się niewielka plaża z gliniastej ziemi.

Wtedy, w styczniu, jeździliśmy tam każdej soboty; panował straszny skwar, a woda była wręcz lodowata: było to tak, jakby zanurzać się w cudzie. Nawet prawie zapomniałyśmy o Diegu i Silvii. Oni też zapomnieli o sobie nawzajem, rozkoszując się ową świeżością i tajemnicą. Staraliśmy się zachowywać cicho, nie hałasować, żeby nie obudzić ukrywającego się gdzieś właściciela. Nigdy nikogo więcej nie widzieliśmy, chociaż kiedy wracaliśmy, na przystanku autobusowym oprócz nas stali też inni ludzie, którzy musieli się domyślać, że wracamy z glinianki, po naszych wilgotnych włosach i zapachu przywierającym nam do skóry, zapachu kamienia i soli. Pewnego razu kierowca autobusu powiedział nam coś dziwnego: żebyśmy uważali na puszczone wolno, na wpół zdziczałe psy. Poczuliśmy dreszcze, jednak w następny weekend byliśmy równie sami co zawsze i nie słyszeliśmy żadnego szczekania, nawet z daleka.

I zauważyłyśmy, że Diego zaczął z zainteresowaniem przyglądać się naszym złocistym udom, naszym wąskim kostkom, płaskim brzuchom. Nadal trzymał się bliżej Silvii i wydawał się nią zafascynowany, chociaż już zdał sobie sprawę, że my jesteśmy znacznie, znacznie ładniejsze. Problem leżał w tym, że oboje bardzo dobrze pływali i chociaż bawili się z nami w wodzie i uczyli nas różnych rzeczy, czasami się nudzili i oddalali szybkimi, precyzyjnymi ruchami. Nie dało się ich doścignąć. Glinianka była naprawdę ogromna: my, przy brzegu, widziałyśmy ich dwie ciemne głowy wystające nad powierzchnią wody oraz to, że poruszają wargami, ale nie miałyśmy pojęcia, co mówią. Dużo się śmiali, o tak, a Silvia miała bardzo donośny śmiech, musiałyśmy zwracać jej uwagę, żeby się uciszyła. Oboje sprawiali wrażenie takich zadowolonych. Wiedziałyśmy, że niedługo przypomną sobie, jak bardzo się sobie podobali, oraz że świeżość lata przy autostradzie jest czymś przejściowym. Musiałyśmy ich powstrzymać. To my znalazłyśmy Diega, ona nie mogła zagarnąć sobie wszystkiego.

Z dnia na dzień Diego wyglądał coraz lepiej. Kiedy pierwszy raz ściągnął podkoszulek, odkryłyśmy, że ma opadające i silne ramiona, a jego szerokie plecy tuż nad spodniami mają kolor piasku, po prostu piękny. Nauczył nas z pudełka zapałek robić cybuch do skręta i pilnował, żebyśmy nie wchodziły do wody naćpane, bo mogłybyśmy się potopić. Przegrywał nam płyty kapel, jakie jego zdaniem powinnyśmy znać, a potem nas przepytywał; był uroczy, cieszył się, kiedy widział, że któraś z jego ulubionych naprawdę nam się spodobała. Słuchałyśmy z nabożeństwem i doszukiwałyśmy się podtekstów: czy chciał nam coś powiedzieć? Na wszelki wypadek nawet przetłumaczyłyśmy ze słownikiem piosenki, które były po angielsku; czytałyśmy je sobie przez telefon i szczegółowo omawiałyśmy. Były bardzo niejasne, zawierały dziesiątki sprzecznych przesłań.

Wszelkie spekulacje zostały ucięte jak nożem - jakby ktoś przesunął nam lodowatym ostrzem wzdłuż kręgosłupa - gdy dowiedziałyśmy się, że Diego i Silvia od dawna są parą. Kiedy!? Jak?! Byli dorośli, nie musieli wcześnie wracać do domu, Silvia miała własne mieszkanie, ależ byłyśmy głupie, żeby tak im przypisywać nasze szczeniackie ograniczenia. Wymykałyśmy się dość często, to fakt, jednak sprawdzano nam rozkłady zajęć, komórki, no i nasi rodzice się znali i wszędzie nas odwozili - na dyskoteki, do koleżanek, do domu, do klubów.

Wkrótce poznałyśmy szczegóły i nie były one zbyt spektakularne. Już od jakiegoś czasu widywali się bez nas: głównie wieczorami, ale nieraz on wpadał po nią do ministerstwa i szli się czegoś napić, a kiedy indziej zostawał u niej na noc. Z pewnością po bzykaniu wypalali w łóżku skręta z krzaka Silvii. Niektóre z nas w wieku siedemnastu lat jeszcze tego nie robiły, okropność; ciągnąć druta owszem, to umiałyśmy już bardzo dobrze, ale pierdolić się tylko nieliczne, nie wszystkie. Ogarnęła nas straszliwa nienawiść. Chciałyśmy Diega dla siebie, lecz nie jako naszego chłopaka, a jedynie żeby nas pieprzył, żeby nas nauczył, tak jak rock'n'rolla, przygotowywania drinków i pływania motylkiem.

Najbardziej ze wszystkich napaliła się Natalia. Była jeszcze dziewicą. Mówiła, że chce zachować siebie dla kogoś, kto będzie tego wart, a Diego był. Kiedy wbiła sobie coś do głowy, trudno było ją od tego odwieść. Któregoś razu połknęła dwadzieścia tabletek swojej mamy, kiedy rodzice zabronili jej przez tydzień chodzić na dyskoteki - w szkole miała okropne stopnie. W końcu ją puścili, ale wysłali do psychologa. Natalia nie chodziła na sesje, a przeznaczone na nie pieniądze wydawała na siebie. Z Diegiem chciała przeżyć coś wyjątkowego. Nie miała zamiaru mu się narzucać. Chciała, żeby to on jej zapragnął, spodobać mu się, doprowadzić go do szaleństwa. Jednak na imprezach, kiedy podchodziła, żeby go zagadnąć, Diego uśmiechał się do niej krzywo i dalej gawędził z którąś z nas. Nie odpowiadał na jej telefony, a jeśli już, to ich rozmowy były drętwe i szybko je kończył. Nad glinianką nie patrzył na jej ciało, długie, mocne nogi i jędrny tyłek, albo robił to tak, jakby oglądał jakąś nudną roślinę, na przykład fikusa. W to już Natalia nie mogła uwierzyć. Nie umiała pływać, ale chlapała się przy brzegu, a potem wychodziła z lodowatej wody w żółtym kostiumie przyklejonym do opalonego ciała tak bardzo, że aż widać jej było sutki sterczące od zimna, i wiedziała, że każdy inny na śmierć by się zabrandzlował, a Diego nie: on wolał tę czarniawą z płaską dupą! Wszystkie zgodnie twierdziłyśmy, że to niepojęte.

Któregoś popołudnia w drodze na lekcję wuefu powiedziała, że do kawy Diega dodała swojej miesiączkowej krwi. Zrobiła to w mieszkaniu Silvii, gdzie, jak nie tam! Byli tylko we troje i w którymś momencie Diego i Silvia wyszli do kuchni, na kilka minut, po ciasteczka; kawa stała już na stole. Natalia pośpiesznie wlała to, co wcześniej udało się jej zebrać w maleńkiej buteleczce po próbce perfum, bardzo niewiele. Musiała wycisnąć wilgotną, zakrwawioną watę, co było ohydne, bo zawsze stosowała podpaski albo tampony, waty użyła tylko po to, żeby zdobyć krew. Była trochę rozwodniona, ale ona twierdziła, że i tak musi zadziałać. Sposób zaczerpnęła z pewnej książki o parapsychologii: pisano tam, że jest mało higieniczny, lecz niezawodny, jeśli chodzi o przywiązanie do siebie ukochanej osoby.

Nie zadziałało. W tydzień po tym, jak Diego wypił krew Natalii, Silvia sama nam powiedziała, że ze sobą chodzą. I to oficjalnie. Kiedy zobaczyłyśmy ich następnym razem, bez przerwy się obcmokiwali. W tamten weekend, kiedy pojechałyśmy z nimi nad gliniankę, trzymali się za ręce, a my nie mogłyśmy tego zrozumieć. Nie mogłyśmy. Czerwone bikini w serduszka u jednej; płaściuteńki brzuch z piercingiem w pępku u drugiej; doskonała fryzura z kosmykiem opadającym na twarz, nogi bez choćby jednego włoska, pachy jak z marmuru. A on wolał ją? Bo co? Bo ją bzykał? Przecież my też chciałyśmy się bzykać, o nic więcej nam nie chodziło! A może tego nie dostrzegał, kiedy siadałyśmy mu na kolanach, całą siłą przyciskając do nich pupę i próbując dotknąć ręką jego wacka, niby to niechcący. Albo kiedy śmiałyśmy się z twarzą tuż przy jego ustach, pokazując język? Czemu nie rzuciłyśmy się na niego i już? Bo to dotyczyło nas wszystkich, to nie była jedynie obsesja Natalii: chciałyśmy, żeby Diego wybrał nas. Chciałyśmy z nim być jeszcze mokre od zimnej wody z glinianki, pieprzyć się jedna po drugiej, a on niechby leżał na maleńkiej plaży, czekając na strzały właściciela, a potem uciekać, półnagie, do szosy pod gradem kul.

Ale nie. Siedziałyśmy tam w całej naszej chwale, a on całował się z Silvią z płaską dupą, w dodatku staruszką. Słońce prażyło, a płaskodupnej Silvii zaczęła schodzić skóra na nosie, ohyda, używała emulsji ochronnych czwartego gatunku. A my nieskazitelne. W pewnej chwili Diega chyba coś tknęło. Popatrzył na nas jakoś inaczej, jakby się zorientował, że jest z brzydką czarnulą. Rzucił: "A może byśmy tak popłynęli do Maryi Dziewicy?". Natalia pobladła, bo nie umiała pływać. My owszem, jednak nie miałyśmy odwagi przeprawiać się przez gliniankę, bardzo głęboką i długą, gdybyśmy zaczęły tonąć, nikt by nas nie uratował, znajdowaliśmy się pośrodku niczego. Diego domyślił się: "Sil i ja przepłyniemy, a wy idźcie brzegiem i spotkamy się na miejscu. Chcę zobaczyć ten ołtarz z bliska, a wy?".

Odpowiedziałyśmy, że tak, jasne, jednak poczułyśmy się skołowane, bo skoro nazwał ją "Sil", może nasze wrażenie, że patrzył na nas inaczej, było mylne, a tylko umierałyśmy z pragnienia, aby okazało się prawdą, i już nam odbijało. Zaczęłyśmy iść. Okrążyć gliniankę nie było łatwo: kiedy siedziało się na plaży, wyglądała na znacznie mniejszą. A była ogromna. Mogła mieć jakieś trzysta metrów długości. Diego i Silvia posuwali się szybciej niż my i widziałyśmy ich ciemne głowy, wyłaniające się miarowo, jakby złocone w promieniach słońca, takie błyszczące, i śliskie ramiona wzbijające strużki wody. W pewnym momencie musieli się zatrzymać, patrzyłyśmy na to z brzegu - my, w pełnym słońcu, z kurzem przyklejonym do spoconych ciał, niektóre z nas z bólem głowy od upału i silnego światła bijącego po oczach, idąc, jakbyśmy wspinały się pod górę - widziałyśmy, że zatrzymują się i rozmawiają. Silvia śmiała się, przechylając głowę do tyłu i poruszając rękami, żeby się nie zanurzyć. Nie dało się przepłynąć aż tylu metrów za jednym zamachem, nie byli zawodowcami. Jednak Natalia odniosła wrażenie, że nie zatrzymali się tylko dlatego, że się zmęczyli, lecz przyszło jej do głowy, że spiskują. "Ta suka coś kombinuje", stwierdziła i dalej ruszyła w stronę Maryi Dziewicy, którą w grocie ledwo było widać.

Diego i Silvia dopłynęli dokładnie w chwili, gdy skręcałyśmy w prawo, żeby przejść ostatnie pięćdziesiąt metrów dzielące nas od groty. Z pewnością widzieli, że ciężko dyszymy, spod pach jedzie nam cebulą, a włosy przyklejają się do skroni. Dokładnie się nam przyjrzeli, roześmieli się tak samo jak wtedy, kiedy przestali płynąć, i znowu rzucili się do wody, żeby z całą prędkością zawrócić do małej plaży. I tyle. Pośród chlupotu dobiegły nas ich drwiące wybuchy śmiechu. "Cześć, dziewczyny!", zawołała triumfalnie Silvia, zanim odpłynęła, a my stałyśmy skostniałe pomimo upału, dziwna rzecz, skostniałe i zgrzane jak nigdy, z uszami płonącymi od nienawiści, obserwując, jak się oddalają i śmieją z nas, głupich, nieumiejących pływać, i domyślają się, że plujemy sobie w brodę. Upokorzone, pięćdziesiąt metrów od Maryi Dziewicy, której nikt już nie chciał oglądać, której żadna z nas nigdy nie chciała oglądać. Popatrzyłyśmy na Natalię. Była tak nabuzowana, że nie uroniła nawet jednej łzy. Stwierdziłyśmy, że musimy wracać. Odparła, że nie, chce zobaczyć Maryję Dziewicę. Byłyśmy zmęczone i zawstydzone, usiadłyśmy, żeby zapalić, powiedziałyśmy, że na nią zaczekamy.

Nie było jej dość długo, jakieś piętnaście minut. Dziwne: czyżby się modliła? Nie zapytałyśmy, dobrze wiedziałyśmy, jaka jest, kiedy się wkurzy, kiedyś jedną z nas ugryzła w ataku furii, naprawdę, został jej potem ogromny ślad widoczny przez prawie tydzień. Wróciła do nas, poprosiła o sztacha - nie lubiła palić całych papierosów - i zaczęła iść. Ruszyłyśmy za nią. Widziałyśmy, jak na plaży Silvia i Diego wycierają się nawzajem, nie słyszałyśmy ich zbyt dobrze, ale się śmiali, i naraz krzyk Silvii: "Nie gniewajcie się dziewczyny, to był żart".

Natalia nagle się odwróciła. Była cała pokryta kurzem. Miała go nawet w oczach. Popatrzyła na nas badawczo. Uśmiechnęła się i powiedziała:

- To nie Maryja Dziewica.

- Co takiego?

- Ma biały płaszcz, dla niepoznaki, ale to wcale nie Maryja Dziewica. Tylko czerwona kobieta, z gipsu, i goła. Ma czarne sutki.

Wystraszyłyśmy się. Zapytałyśmy, kto to w takim razie jest. Powiedziała, że nie wie, to coś brazylijskiego. Dodała też, że o coś ją poprosiła. I że ta czerwień była naprawdę dobrze namalowana i błyszczała, przypominała farbę akrylową. Że figura miała bardzo piękne włosy, czarne i długie, ciemniejsze i bardziej jedwabiste niż te u Silvii. I że kiedy podeszła, fałszywy biały dziewiczy płaszcz sam opadł, a nawet go nie dotknęła, jakby rzeźba chciała, żeby Natalia ją rozpoznała. I wtedy o coś ją poprosiła.

Nic jej nie odpowiedziałyśmy. Czasami robiła takie szalone rzeczy, jak z tą miesiączką w kawie. Ale potem jej przechodziło.

Do plaży dotarłyśmy w bardzo zwarzonych humorach i chociaż Silvia i Diego starali się nas rozśmieszyć, nic im z tego nie wychodziło. Widziałyśmy, jak ogarnia ich poczucie winy. Przepraszali i poprosili o wybaczenie. Przyznali, że to był żart w złym guście, słaby, wymyślony, żeby nas zawstydzić, wdeptać w ziemię, pogrążyć. Z lodóweczki, którą zawsze zabieraliśmy nad gliniankę, wyjęli dobrze schłodzone piwo i kiedy Diego sięgnął po otwieracz w kształcie breloczka do kluczy, usłyszeliśmy pierwsze warczenie. Było takie głośne, wyraźne i mocne, że zdawało się dobiegać z bardzo bliska. Jednak Silvia wstała i wskazała palcem skarpę, zza której miałby wyłonić się właściciel. Stał tam jakiś czarny pies. Chociaż pierwsze słowa Diega brzmiały: "To koń", ledwie skończył je wypowiadać, pies zaszczekał, a jego szczekanie wypełniło popołudnie i mogłyśmy przysiąc, że zmarszczyło nieco powierzchnię wody w gliniance. Był wielki jak źrebak, całkiem czarny i ewidentnie zamierzał zbiec na dół. I nie był jedyny. To pierwsze warczenie dobiegło nas z tyłu, z końca plaży. A tam, bardzo niedaleko, szły trzy śliniące się psy źrebaki, ich boki unosiły się i opadały, wystawały im żebra, były wychudzone. Nie należały do właściciela, pomyślałyśmy, to psy, o których mówił kierowca autobusu, dzikie i niebezpieczne. Diego psyknął do nich "Pst!", żeby nad nimi zapanować, Silvia powiedziała: "Nie wolno pokazać, że się ich boimy", a wtedy Natalia, wkurzona, nareszcie zalana łzami, wrzasnęła: "Zasrane ważniaki, ty jesteś czarna i masz płaską dupę, a ty jesteś gnojek, i to są moje psy!".

Jeden stał o pięć metrów od Silvii. Diego nawet nie słyszał słów Natalii: stanął przed swoją dziewczyną, żeby ją osłonić, ale wtedy za nim pojawił się drugi pies, i jeszcze dwa mniejsze, które ujadając, spuściły się ze skarpy, zza której nie wychynął właściciel, i nagle rozległo się wycie, z głodu czy z nienawiści, nie wiedziałyśmy. To, co wiedziałyśmy, z czego natychmiast zdałyśmy sobie sprawę, bo było takie oczywiste, to że psy nawet na nas nie spojrzały. Na żadną z nas. Nie zwracały na nas uwagi, jakbyśmy nie istniały, jakby tam nad glinianką znajdowali się tylko Diego i Silvia. Natalia włożyła podkoszulkę i spódnicę, szepnęła, żebyśmy też się ubrały, a potem wzięła nas za ręce. Doszła aż do żelaznej łukowatej furtki, wychodzącej na wylotówkę, i dopiero tam rzuciła się pędem na przystanek 307, a my za nią. Jeśli pomyślałyśmy, żeby poszukać pomocy, to tego nie powiedziałyśmy. Jeśli pomyślałyśmy, żeby zawrócić, to też tego nie powiedziałyśmy. Kiedy już przy wylotówce dobiegły nas krzyki Silvii i Diega, pomodliłyśmy się ukradkiem, żeby żadne auto nie zatrzymało się i nikt inny też ich nie usłyszał; czasami, jako że byłyśmy takie młode i śliczne, oferowano nam darmową podwózkę do miasta. Przyjechał autobus 307 i wsiadłyśmy spokojnie, żeby nie budzić podejrzeń. Kierowca zapytał, co u nas słychać, a my odparłyśmy, że dobrze, wporzo, wszystko spoko, wszystko spoko.

Wózek

Tamtego wieczoru Juancho był napruty i krążył po chodniku, udając twardziela, chociaż w dzielnicy już nikt nie czuł się zagrożony czy choćby zaniepokojony jego pijacką obecnością. W połowie kwartału ulic Horacio mył samochód jak w każdą niedzielę, w szortach i klapkach, z wypiętym, sterczącym brzuchem, siwym zarostem na klatce piersiowej i radiem nastawionym na mecz. Na rogu Hiszpanie ze sklepiku "Wszystko za peso" sączyli mate; termos stał na ziemi między dwoma składanymi krzesełkami, które wyciągnęli na dwór, ponieważ było ładne słońce. Po drugiej stronie ulicy chłopaki Coki na progu pili piwo, a grupa świeżo wykąpanych i nazbyt wymalowanych dziewcząt plotkowała w drzwiach garażu Valerii. Wcześniej mój tata próbował powiedzieć sąsiadom dobry wieczór i jakoś nawiązać z nimi rozmowę, jednak jak zwykle wycofał się w głąb domu ze spuszczoną głową, lekko zirytowany, gdyż był dobrym człowiekiem, ale nie miał gadki; każdego niedzielnego wieczoru mówił to samo.

Mama popatrywała przez okno. Nudziła ją niedzielna telewizja, ale nie chciało się jej wychodzić. Wyglądała przez szczeliny w półprzymkniętych żaluzjach i co jakiś czas prosiła nas o herbatę albo ciastko, albo aspirynę. Mój brat i ja w niedziele zwykle siedzieliśmy w domu; czasami, w nocy, robiliśmy rundkę po centrum, o ile tata pożyczył nam auto.

Mama zobaczyła go pierwsza. Szedł od rogu Tuyutí, środkiem ulicy, z wyładowanym po brzegi wózkiem z supermarketu, i był jeszcze bardziej podpity niż Juancho, a jednak radził sobie z pchaniem nagromadzonych śmieci, butelek, kartonów, książek telefonicznych. Zataczając się, przystanął przed autem Horacia. Tamtego wieczoru było gorąco, lecz mężczyzna nosił stary zielonkawy pulower. Musiał mieć z sześćdziesiąt lat. Zatrzymał wózek przy krawężniku, obszedł auto i stanąwszy dokładnie na linii wzroku mamy, spuścił spodnie.

Przywołała nas do siebie głośnym krzykiem. Wszyscy troje, mój brat, tata i ja, podeszliśmy bliżej i popatrzyliśmy przez szczeliny w żaluzjach. Mężczyzna, który pod niechlujnymi spodniami od garnituru nie miał majtek, zesrał się na chodniku: kupa była rzadka, niemal jak przy biegunce, i ogromna; smród dotarł aż do nas, jechało od niego i gównem, i alkoholem.

Biedny człowiek, odezwała się mama. Co za nędza, jak to się można stoczyć, stwierdził tata.

Horacio osłupiał, ale widać było, że zaczyna się wkurzać, bo szyja mu poczerwieniała. Jednak zanim zdołał zareagować, Juancho biegiem przeciął ulicę i popchnął mężczyznę, który nie zdążył jeszcze wyprostować się ani podciągnąć spodni. Staruszek wpadł we własną kupę i umazał sobie pulower i prawą rękę. "Aj", wyszeptał tylko.

- Pieprzony czarnuchu! - wydarł się na niego Juancho. - Ty gnoju, gównojadzie, nie będziesz tu przyłaził srać nam po dzielnicy, łachudro jedna!

Kopnął go, leżącego. Sam też upaćkał stopy kupą, nosił klapki.

- Wstajesz, skurczybyku, wstajesz i szorujesz Horaciowi chodnik, nie ma tu srania, spierdalaj do swoich slumsów, skurwysynu w mordę jebany.

I dalej go kopał po piersiach, po plecach. Mężczyzna nie mógł się podnieść; wyglądał, jakby nie rozumiał, co się dzieje. Nagle wybuchnął płaczem.

Nic takiego się nie stało, rzucił tata. Jak może tak upokarzać tego biedaka, stwierdziła mama, po czym wstała i ruszyła do drzwi. Poszliśmy za nią. Nim dotarła do chodnika, Juancho zdążył podnieść pochlipującego i przepraszającego mężczyznę i próbował wetknąć mu w ręce szlauch, którym Horacio mył samochód, żeby sprzątnął swoją kupę. Cały kwartał ulic cuchnął. Nikt nie miał odwagi się zbliżyć. Horacio rzucił: "Juancho, przestań", ale po cichu.

Do akcji wkroczyła moja mama. Wszyscy czuli przed nią respekt, a zwłaszcza Juancho, gdyż zwykła mu dawać parę drobnych na wino, ilekroć ją prosił; pozostali odnosili się do niej z szacunkiem, ponieważ była kinezjolożką, lecz myśleli, że jest lekarką, i mówili na nią doktorka.

- Daj spokój. Niech sobie idzie i już. My posprzątamy. Jest pijany, nie wie, co robi, nie ma powodu go bić.

Staruszek spojrzał na mamę, a ona zwróciła się do niego: "Proszę pana, niech pan przeprosi i odjedzie". On coś wymamrotał, odrzucił szlauch i z ciągle opuszczonymi spodniami chciał odciągnąć wózek.

- Doktorka darowuje ci życie, czarny cwaniaczku, ale wózka nie zabierzesz. Zapłacisz za ten chlew, łajzowaty dupku, tutaj na dzielni się nie świni.

Mama próbowała powstrzymać Juancha, ale był pijany i wnerwiony i wznosił okrzyki bojowe, a w oczach nie zostało mu ani trochę bieli, tylko czerń i czerwień, jak kolory szortów, które miał na sobie. Stanął przed wózkiem i nie pozwolił mężczyźnie go ruszyć. Bałam się, że dojdzie do kolejnej bójki - a raczej tego, że Juancho znowu spuści mu łomot - lecz mężczyzna jakby się ocknął. Zasunął suwak w spodniach - nie miały guzika - i środkiem jezdni, jak poprzednio, odszedł w stronę ulicy Catamarca; wszyscy odprowadzali go wzrokiem, Hiszpanie szeptali "coś okropnego", synowie Coki podśmiewali się, a spośród dziewczyn stojących w drzwiach garażu Valerii jedne nerwowo chichotały, inne zaś pospuszczały głowy, jakby się wstydziły. Horacio rzucał pod nosem kurwami. Juancho wyciągnął z wózka jakąś butelkę i cisnął nią w mężczyznę, jednak przeleciała bardzo daleko od niego i roztrzaskała się o asfalt. Mężczyzna, usłyszawszy hałas, wzdrygnął się, odwrócił i zawołał coś niezrozumiałego. Nie wiedzieliśmy, czy mówi w obcym języku (ale jakim?), czy po prostu jest zbyt pijany, żeby wyraźnie artykułować słowa. Jednak zanim oddalił się zygzakiem, uciekając przed Juanchem, który gonił go z wrzaskiem, zupełnie przytomnie popatrzył na moją mamę i dwukrotnie skinął głową. Jeszcze coś powiedział, wywracając oczami i obejmując spojrzeniem cały kwartał ulic, a nawet więcej. Potem zniknął za rogiem. Juancho, za bardzo narąbany, nie pobiegł za nim. Tylko dalej się wydzierał, i to długo.

Weszliśmy do domu. Sąsiedzi pewnie wałkowali ten temat przez cały wieczór, a nawet tydzień. Horacio sięgnął po szlauch, cały wkurwiony, i zasrane czarnuchy, zasrane czarnuchy.

W tej dzielnicy już nie da się żyć, stwierdziła mama i zamknęła żaluzję.

* * *

Ktoś, prawdopodobnie sam Juancho, odprowadził wózek na róg ulicy Tuyutí i zostawił go przed opuszczonym domem do?i Rity, zmarłej rok wcześniej. Po kilku dniach nikt nie zwracał na niego uwagi. Z początku jeszcze tak, gdyż spodziewano się, że przybysz ze slumsów - no bo niby kim innym mógłby być - po niego wróci. Jednak się nie pojawił i nikt nie wiedział, co zrobić z jego rzeczami. Więc tam zostały i któregoś dnia zmokły na deszczu, a wilgotne kartony zbutwiały i śmierdziały. W tym syfie cuchnęło coś jeszcze, prawdopodobnie psująca się żywność, lecz obrzydzenie nie pozwalało nikomu go sprzątnąć. Wystarczyło omijać go z daleka, chodzić pod ścianami domów i nie patrzeć. W dzielnicy zawsze unosił się smród zielonkawego szlamu, zbierającego się w rynsztokach wzdłuż chodników oraz od strony Riachuelo, ilekroć zawiał stamtąd pewien określony wiatr, szczególnie o zmierzchu.

Wszystko zaczęło się po jakichś piętnastu dniach od pojawienia się wózka. A może i wcześniej, jednak potrzebne było nagromadzenie nieszczęść, aby w dzielnicy zdano sobie sprawę, że dzieje się coś dziwnego. Pierwszy był Horacio. Miał w centrum knajpę, dobrze mu szło. Którejś nocy, kiedy podliczał kasę, weszli złodzieje i wszystko zabrali. Zdarza się. Jednak tej samej nocy, kiedy złożywszy wcześniej doniesienie - na próżno, jak w większości kradzieży, między innymi dlatego, że dranie przyszli zamaskowani - poszedł do bankomatu, żeby wypłacić forsę, odkrył, że na koncie nie ma ani jednego peso. Zwrócił się do banku, narobił rabanu, skopał drzwi, chciał rzucić się pracownikowi do gardła i dotarł nawet do kierownika oddziału, a następnie do przedstawiciela sieci bankowej. Jednak nic to nie dało: pieniędzy nie było, ktoś je podjął, a Horacio z dnia na dzień został zrujnowany. Sprzedał samochód. Dano mu mniej, niż się spodziewał.

Obaj synowie Coki stracili pracę w warsztacie samochodowym przy alei. Bez wypowiedzenia; właściciel nawet im się nie tłumaczył. Rzucili mu parę kurew, a on wyniósł ich na kopach. W dodatku Coce nie przyznano renty. Chłopaki przez tydzień szukali pracy, po czym zabrali się do wydawania swoich oszczędności na piwo. Coca położyła się do łóżka, mówiąc, że chce umrzeć. Nigdzie nie dawano im na krechę. Nawet na autobus nie mieli.

Hiszpanie musieli zamknąć sklepik. Bo nie chodziło tylko o synów Coki albo o Horacia; każdy sąsiad nagle, w ciągu paru dni, stracił wszystko. Towar z kiosku w tajemniczy sposób zniknął. Taksówkarzowi ukradziono auto. Mąż i jedyny żywiciel rodziny Mari, cieśla, spadł z rusztowania i umarł. Dziewczęta musiały odejść z prywatnych szkół, gdyż rodzice nie mogli za nie płacić: dentysta nie miał już klienteli, modystka podobnie, a rzeźnikowi spięcie elektryczne przepaliło wszystkie lodówki.

Po dwóch miesiącach nikt w dzielnicy nie miał już telefonu, bo nie było go stać. Po trzech musiano odłączyć kable elektryczne, z powodu braku opłat za światło. Synowie Coki poszli kraść i jeden z nich, ten mniej wprawny, wpadł w łapy policji. Drugi którejś nocy nie wrócił; może został zabity. Taksówkarz piechotą zapuścił się na drugą stronę alei. Tam, opowiadał, wszystko było w najlepszym porządku. Jeszcze przez trzy miesiące po tym, jak się to wszystko zaczęło, w sklepach po drugiej stronie dawano na zeszyt. W końcu jednak przestano.

Horacio wystawił dom na sprzedaż.

Wszyscy zamykali drzwi na stare kłódki, bo na alarmy ani skuteczniejsze zamki nie było forsy; z domów zaczęły znikać rzeczy, telewizory i odbiorniki radiowe, i wieże stereo, i komputery, i widać było, jak niektórzy sąsiedzi, we dwóch albo trzech, taszczą AGD w wózkach z supermarketów albo na własnych barkach. Wszystko zawozili do lombardów albo sklepów z używanym sprzętem po drugiej stronie alei. Tymczasem inni sąsiedzi zorganizowali się i kiedy próbowano wyważyć im drzwi, ściskali w dłoniach scyzoryki albo rewolwery, o ile takowe mieli. Cholo z warzywniaka za rogiem zdzielił taksówkarza w łeb żelaznym prętem, którego używał przy grillu. Początkowo grupa kobiet skrzyknęła się, żeby rozdawać jedzenie pozostałe w zamrażarkach, jednak kiedy wyszło na jaw, że niektóre kłamały i chowały je dla siebie, dobrą wolę diabli wzięli.

Coca zjadła swojego kota, a następnie popełniła samobójstwo. Trzeba było pójść do siedziby opieki społecznej przy alei, żeby wywieziono ciało i pochowano je za friko. Jeden z tamtejszych pracowników chciał się dowiedzieć czegoś więcej, opowiedziano mu, i przyjechała telewizja z kamerami, żeby nagrać materiał dotyczący lokalnego pecha, który trzy kwartały ulic w dzielnicy pogrążył w nędzy. Przede wszystkim chciano ustalić, dlaczego sąsiedzi mieszkający dalej, o cztery przecznice na przykład, nie byli solidarni.

Przybyli asystenci społeczni i rozdali jedzenie, lecz jedynie wywołali kolejne wojny. Po pięciu miesiącach nie przyjeżdżała nawet policja i ci, którzy jeszcze chodzili oglądać telewizję na odbiornikach wystawionych w salonach ze sprzętem AGD przy alei, opowiadali, że w wiadomościach nie mówiono o niczym innym. Jednak nagle zostali odizolowani, gdyż ci z alei kazali im się wynosić, kiedy tylko ich rozpoznawali.

Mówię "zostali", gdyż my mieliśmy i telewizję, i prąd, i gaz, i telefon. Zapewnialiśmy, że nie, i mieszkaliśmy tak samo pozamykani jak inni; jeśli mijaliśmy kogoś, kłamaliśmy: zjedliśmy psa, zjedliśmy rośliny, Diego - mój brat - wziął na krechę w sklepie o dwadzieścia przecznic stąd. Mama, żeby wyjść do pracy, skakała po dachach (w dzielnicy, w której wszystkie domy były niskie, nie było to takie trudne). Tata nadal mógł podejmować swoją emeryturę z bankomatu, a za media płaciliśmy online, gdyż jeszcze mieliśmy internet. Nie zostaliśmy okradzeni; może przez szacunek dla doktorki albo bardzo dobre działania z naszej strony.

To Juancho, zwędziwszy alkohol z odległego supermarketu, siedząc na chodniku i pijąc wino z gwinta, zaczął krzyczeć i rzucać kurwami. "To przez ten pieprzony wózek, wózek tego śmierdziela ze slumsów". Całe godziny krzyczał, całe godziny chodził po ulicy, walił w drzwi i okna: "To ten wózek, to wina tego starucha, trzeba po niego iść, zasrani tchórze, zrobił nam macumbę". Po Juanchu bardziej było widać, że jest głodny, niż po wszystkich pozostałych, gdyż nigdy niczego nie miał i żył z datków, jakie uzbierał każdego dnia, dzwoniąc do drzwi (zawsze coś mu dawano, ze strachu albo z litości, kto to wie). Tamtej nocy podpalił wózek, a sąsiedzi z okien obserwowali płomienie. Juancho miał trochę racji. Wszyscy myśleli, że to przez niego. Przez coś, co było w środku. Coś zaraźliwego, co się przywlokło ze slumsów.

Tej samej nocy tata zebrał nas w jadalni na naradę. Powiedział, że musimy się wynieść. Że zorientują się, że jesteśmy uodpornieni. Że Mari, sąsiadka mieszkająca obok, coś podejrzewa, bo raczej trudno było ukryć zapach jedzenia, chociaż gotowaliśmy, pilnując, żeby dym albo zapach nie wydostał się spod drzwi uszczelnionych taśmą. Że szczęście w końcu nas opuści, że wszystko gnije. Mama zgodziła się z nim. Stwierdziła, że widziano ją, jak skacze z dachu od strony podwórza. Nie ma pewności, ale czuła się obserwowana. Diego również. Opowiedział, że pewnego wieczoru, unosząc żaluzje, zobaczył, jak kilkoro sąsiadów ucieka, ale że inni patrzyli na niego wyzywająco; ze złością, już oszaleli. Prawie nikt nas nie widywał, gdyż żyliśmy w zamknięciu, jednak chcąc dalej udawać, musieliśmy szybko się wynieść. I nie byliśmy wychudzeni ani mizerni. Tylko przerażeni, jednak strach nie przypomina rozpaczy.

Wysłuchaliśmy planu taty, który nie wydał się nam zbyt rozsądny. Mama przedstawiła swój, nieco lepszy, ale też nic takiego. Przyjęliśmy plan Diega: mój brat zawsze potrafił myśleć jasno i bardziej trzeźwo.

Poszliśmy do łóżek, jednak żadne nie mogło zasnąć. Długo kręciłam się w pościeli, aż na koniec zapukałam do drzwi pokoju brata. Zastałam go siedzącego na podłodze. Był bardzo blady, jak my wszyscy, z braku słońca. Zapytałam, czy uważa, że Juancho ma rację. Skinął głową.

- Mama nas uratowała. Widziałaś, jak ten facet na nią spojrzał, zanim odszedł? Uratowała nas.

- Na razie - powiedziałam.

- Na razie - odpowiedział.

Tamtej nocy poczuliśmy zapach przypalonego mięsa. Mama była w kuchni; poszliśmy ją zrugać, oszalała, piec befsztyk na grillu o tej porze, zorientują się. Jednak mama stała przy kuchennym blacie i dygotała.

- To nie jest zwykłe mięso - rzuciła.

Uchyliliśmy lekko żaluzję i popatrzyliśmy w górę. Zobaczyliśmy, że dym pochodzi z tarasu domu naprzeciwko. I jest czarny, i pachnie jak żaden inny znany dym.

- Przeklęty stary skurwiel ze slumsów - powiedziała mama i zaczęła płakać.

Cysterna

I am terrified by the dark thing

That sleeps in me;

All day I feel its soft, feathery turnings, its malignity1.

Sylvia Plath

Josefina pamiętała upał i ścisk wewnątrz renaulta 12, jakby ta podróż odbyła się zaledwie kilka dni wcześniej, a nie kiedy miała sześć lat, zaraz po Bożym Narodzeniu, w duszny i słoneczny styczniowy dzień. Ojciec prowadził, niemal się nie odzywając; matka siedziała na przednim fotelu, na tylnym zaś tkwiła ona, uwięziona między swoją siostrą a babcią Ritą, która obierała mandarynki, od czego w samochodzie roznosił się zapach przegrzanych owoców. Jechali na wakacje do Corrientes, w odwiedziny do wujostwa ze strony matki, ale była to zaledwie część ważnego planu, którego Josefina nie mogła się domyślać. Pamiętała, że nikt nie kwapił się do rozmowy; babcia i matka założyły ciemne okulary i otwierały usta jedynie po to, żeby przestrzec ojca, kiedy jakaś ciężarówka przejeżdżała za blisko ich auta, albo poprosić, by zwolnił, gdyż w każdej chwili spodziewały się wypadku.

Bały się. Stale się bały. Latem, kiedy Josefina i Mariela chciały się wykąpać w plastikowym baseniku, babcia Rita napełniała go na głębokość zaledwie dziesięciu centymetrów i siedząc na patiu w cieniu cytrynowca, pilnowała swoich baraszkujących wnuczek, aby zdążyć na czas, gdyby się topiły. Josefina pamiętała, że mama zalewała się łzami i bladym świtem wzywała lekarzy i pogotowie, jeśli ona lub siostra miały kilka kresek temperatury. Albo gdy łapały lekki katar, nie puszczała ich do szkoły. Nigdy nie pozwalała im spać u koleżanek i niechętnie się zgadzała, żeby poszły się pobawić na dworze, a jeśli już, to widziały, jak nad nimi czuwa, wyglądając zza firanki przez okno. Czasami Mariela w nocy płakała, mówiła, że pod łóżkiem coś się rusza, i nigdy nie mogła zasnąć przy zgaszonym świetle. Josefina jako jedyna niczego się nie bała, podobnie jak jej ojciec. Do czasu tamtej podróży do Corrientes.

Ledwo pamiętała, ile dni spędzili u wujostwa, czy byli na bulwarze albo czy spacerowali po deptaku. Za to doskonale przypominała sobie wizytę u do?i Irene. Tamtego dnia niebo było zachmurzone, a powietrze parne i ciężkie, jak zawsze przed burzą w Corrientes. Ojciec nie poszedł z nimi; do?a Irene mieszkała niedaleko wujostwa i wszystkie cztery, w towarzystwie cioci Clarity, wybrały się piechotą. Nie nazywano jej czarownicą, mówiono o niej Se?ora; jej dom miał od frontu piękne patio, trochę zbyt gęsto obsadzone roślinami, na którym niemal pośrodku znajdowała się pomalowana na biało cysterna na deszczówkę; widząc ją, Josefina wyrwała się babci i nie słysząc okrzyków paniki, pobiegła, żeby popatrzeć na nią z bliska i do niej zajrzeć. Nie zdołały jej zatrzymać, dopóki nie zobaczyła głębokiego dna.

Matka wymierzyła Josefinie policzek, a ona byłaby się rozpłakała, gdyby nie przywykła do takiego nerwowego karcenia, które kończyło się szlochaniem i przytulaniem, i "córeńko, córciu kochana, a gdyby coś ci się stało". Coś, czyli co, pomyślała Josefina. Przecież wcale nie zamierzała się tam rzucać. Przecież nikt by jej nie wepchnął. Przecież chciała tylko zobaczyć, czy woda odbije jej twarz, jak to zawsze bywało w studniach z bajek; jej twarz niczym księżyc z jasnymi włosami w czarnej toni.

Josefina miło spędziła tamto popołudnie w domu Se?ory. Matka, babcia i siostra siedziały na ławkach, a jej pozwoliły myszkować wśród darów i świecidełek zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem ciocia Clarita, paląc, czekała z szacunkiem na patiu. Se?ora coś mówiła albo się modliła, lecz Josefina nie potrafiła sobie przypomnieć niczego dziwnego, ani śpiewów, ani okadzania, ani nawet tego, czy ich dotykała. Tylko szeptała na tyle cicho, żeby ona nie usłyszała, co mówi, ale jej to nie obchodziło: na ołtarzu odkryła buciczki dla niemowlęcia, bukiety kwiatów i suche gałązki, kolorowe i czarno-białe zdjęcia, krzyże przybrane czerwonymi wstążkami, obrazki świętych, dużo różańców - z plastiku, z drewna, z posrebrzanego metalu - oraz brzydkie figurki świętego, do którego modliła się babcia, San La Muerte, Świętego Umrzyka w postaci szkieletu z kosą, różnych rozmiarów i z różnych materiałów; czasami toporne, kiedy indziej rzeźbione z zachowaniem szczegółów, z czarnymi wgłębieniami na gałki oczne i szerokim uśmiechem.

Po jakimś czasie Josefina zaczęła się nudzić i Se?ora powiedziała: "Maleńka, może się prześpisz w fotelu, no idź". Usłuchała i od razu zasnęła, na siedząco. Kiedy się obudziła, ciocia Clarita zdążyła już sobie pójść; zmęczyła się czekaniem. Musiały wracać same. Josefina pamiętała, że zanim wyszły, zamierzała znowu spróbować zajrzeć do wnętrza cysterny, ale się nie odważyła. Było ciemno i biała farba lśniła niczym kości Świętego Umrzyka; pierwszy raz obleciał ją strach. Kilka dni później wrócili do Buenos Aires. Pierwszej nocy, kiedy Mariela zgasiła nocną lampkę, Josefina nie mogła zasnąć.

* * *

Mariela spała smacznie w swoim łóżeczku na wprost niej, a lampka stała teraz na stoliku przy łóżku Josefiny, która zaczynała być senna dopiero wtedy, kiedy fosforyzujące wskazówki zegara z rysunkami postaci z serialu Hello Kitty pokazywały trzecią albo czwartą nad ranem. Mariela tuliła do siebie swojego pluszaka, a Josefina widziała, że w półmroku jego plastikowe oczy błyszczą jak ludzkie. Albo w środku nocy słyszała pianie koguta i przypominała sobie - tylko kto jej to mówił? - że taki dźwięk o tej porze oznacza, że ktoś umrze. I to pewnie miała być ona, więc mierzyła sobie tętno; nauczyła się tego od mamy, która zawsze, kiedy miały gorączkę, badała im puls. Jeśli był za szybki, Josefina tak się bała, że nawet nie miała odwagi zawołać rodziców na ratunek. Jeśli za wolny, kładła rękę na piersi, żeby sprawdzać, czy nie zamiera jej serce. Czasami zasypiała, licząc jego uderzenia, czujnie śledząc minutową wskazówkę. Pewnej nocy odkryła, że plama tynku na suficie, dokładnie nad jej łóżkiem - poprawka po zacieku - ma kształt twarzy z rogami, oblicze diabła. O tym już powiedziała Marieli, ale siostra, śmiejąc się, stwierdziła, że plamy są jak chmury i jeśli ktoś za bardzo się im przygląda, może się dopatrzeć różnych kształtów. A ona nie widzi żadnego diabła, dla niej to ptak na dwóch nogach. Innej nocy usłyszała rżenie konia albo osła... lecz dłonie zaczęły się jej pocić, kiedy pomyślała, że to musi być Alma Mula, duch zmarłej, który - zamieniony w muła - nie mógł zaznać spokoju i nocą wychodził sobie potruchtać. O tym opowiedziała ojcu; ten pocałował ją w głowę, powiedział, że to głupstwa, a wieczorem usłyszała, jak krzyczał do mamy: "Niech twoja stara przestanie opowiadać małej bzdury! Nie życzę sobie, żeby jej zapychała nimi głowę, zasrana durna baba!". Babcia zaprzeczyła, jakoby coś jej opowiadała, i nie kłamała. Josefina nie miała pojęcia, skąd jej się to brało, ale czuła, że o tym wszystkim w i e, tak jak wiedziała, że nie może zbliżać ręki do płomienia kuchenki, bo się sparzy, albo że jesienią musi na bluzę wkładać kurteczkę, bo w nocy robi się chłodno.

Wiele lat później, siedząc przed jednym ze swoich kolejnych psychologów, próbowała sobie wytłumaczyć i zracjonalizować każdy dawny lęk: to, co Mariela powiedziała o plamie na tynku, mogło być prawdą; może usłyszała, jak babcia opowiada te historie, bo stanowiły część mitologii prowincji Corrientes; może jakiś sąsiad miał kurnik; może muł należał do właścicieli skupu butelek, którzy mieszkali za rogiem. Ale nie wierzyła w te wyjaśnienia. Mama zwykła chodzić z nią na sesje i tłumaczyć, że ona i jej matka były "strachliwe" i "miały fobie"; że zapewne mogły zarazić nimi Josefinę, ale już im lepiej, a Mariela przestała cierpieć na lęki nocne, tak więc "to z José" to kwestia czasu.

Jednak ów czas przeciągnął się na lata i Josefina znienawidziła ojca, bo któregoś dnia odszedł i zostawił ją samą z tymi kobietami, które teraz, po długim okresie niewychodzenia z domu, planowały wakacje i wyjazdy na weekend, podczas gdy jej robiło się niedobrze, ledwo dotarła do drzwi; nienawidziła tego, że musiała odejść ze szkoły i że matka towarzyszyła jej przy zdawaniu egzaminów na koniec każdej klasy; tego, że jedyni chłopcy, którzy je odwiedzali, byli kolegami Marieli; nienawidziła, kiedy mówili o "tym z José", zniżając głos, a przede wszystkim nienawidziła spędzać całych dni w swoim pokoju, na lekturze opowiadań, nocami przeradzających się w koszmary. Przeczytała historię o Anahí i kwiecie puchowca i w snach objawiła się jej kobieta w płomieniach; przeczytała o urutaú i teraz przed zaśnięciem słyszała tego ptaka, który w rzeczywistości był zmarłą dziewczynką płaczącą pod jej oknem. Nie mogła pójść do dzielnicy La Boca, bo wydawało się jej, że pod powierzchnią wody czarnej rzeczki kryją się topielcy i z pewnością zechcą się wynurzyć, kiedy ona stanie na brzegu. Nigdy nie spała, mając jedną nogę odkrytą, bo spodziewała się muśnięcia czyjejś zimnej ręki. Kiedy jej mama musiała wyjść, zostawała pod opieką babci Rity, a jeśli spóźniała się więcej niż pół godziny, Josefina wymiotowała, gdyż mogło to oznaczać jedynie to, że zginęła w wypadku. Pędem przebiegała obok portretu nieżyjącego dziadka, którego nigdy nie poznała, bo czuła, że wodzi za nią czarnymi oczami, i nigdy się nie zbliżała do pokoju ze starym pianinem mamy, bo wiedziała, że kiedy nikt na nim nie gra, robi to diabeł.

* * *

Siedząc w fotelu z włosami tak przetłuszczonymi, że wydawało się, iż stale są mokre, patrzyła na świat, który powoli traciła. Nawet nie poszła na piętnaste urodziny siostry i wiedziała, że Mariela była jej za to wdzięczna. Od dawna krążyła od jednego psychiatry do drugiego i pewne tabletki pozwoliły jej rozpocząć szkołę średnią, jednak dobrnęła tylko do trzeciej klasy, kiedy odkryła, że na szkolnych korytarzach, poza szmerem rozmów kolegów umawiających się na imprezy i pijaństwa, słychać także inne głosy; kiedy robiąc siusiu, w prześwicie drzwi kabiny zobaczyła czyjeś nagie stopy chodzące po kafelkach, a koleżanka powiedziała jej, że to pewnie zakonnica, która przed laty popełniła samobójstwo, wieszając się na maszcie. Na próżno mama, dyrektorka i pedagog szkolny zapewniali ją, że nigdy żadna zakonnica na dziedzińcu się nie zabiła; Josefina już miała koszmarne wizje Świętego Serca Jezusa, otwartej piersi Chrystusa, która w snach broczyła krwią, zalewając jej twarz; Łazarza, bladego i gnijącego, który wstawał z grobu w skałach; aniołów, które chciały ją zgwałcić.

Tak więc znowu zostawała w domu i na podstawie świadectwa lekarskiego na koniec każdego roku zdawała egzaminy. A tymczasem Mariela wracała o świcie samochodami, które z piskiem opon hamowały pod drzwiami, i u schyłku nocy pełnej przygód, których Josefina nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, słychać było nawoływania chłopaków. Zazdrościła Marieli, nawet kiedy mama na nią krzyczała, że nie ma z czego opłacić rachunku za telefon; gdyby tak ona miała kogoś, z kim mogłaby porozmawiać. Bo nic jej nie dawała terapia grupowa, te wszystkie dzieciaki, które miały prawdziwe problemy, nieobecnych rodziców albo dzieciństwo pełne przemocy, i opowiadały o dragach i seksie, i anoreksji, i braku miłości. A mimo to nadal na nią jeździła, zawsze taksówką, tam i z powrotem, a taksówkarz musiał być stale ten sam i czekać na nią pod drzwiami, bo miała nudności i bicie serca nie dawało jej oddychać, jeśli zostawała sama na ulicy. Od czasu tamtej podróży do Corrientes nie wsiadła do autobusu, a jedyny raz, kiedy znalazła się w metrze, tak krzyczała, że aż straciła głos, i matka musiała z nią wysiąść na następnej stacji; szarpała ją wtedy i ciągnęła po schodach, ale Josefinie było wszystko jedno, bo za wszelką cenę musiała wyjść z owego zamknięcia, owego hałasu, owej wijącej się ciemności.

* * *

Nowe tabletki, niebieskie, jeszcze niemal w fazie eksperymentu, błyszczące, jakby dopiero co opuściły laboratorium, były łatwe do połknięcia i już po chwili sprawiały, że chodnik nie wydawał się polem minowym; dzięki nim nawet spała i nie miała snów, które potrafiłaby zapamiętać, a kiedy pewnej nocy zgasiła lampkę, nie poczuła, że pościel robi się zimna jak mogiła. Nadal się bała, ale umiała sama pójść do kiosku, nie będąc przekonaną, że po drodze umrze. Wydawało się, że Mariela odczuwa z tego powodu większy entuzjazm niż ona sama. Zaproponowała jej wspólny wypad na kawę i Josefina - co prawda taksówką w tę i we w tę - odważyła się to zrobić; tamtego wieczoru porozmawiała sobie z siostrą jak nigdy dotąd i sama była zaskoczona, że planują pójście do kina (Mariela obiecała, że wyjdą w połowie filmu, jeśli będzie trzeba), a nawet przyłapała się na tym, jak wyznaje, że może miałaby chęć iść na studia, o ile w aulach nie byłoby zbyt dużo ludzi i miałaby blisko do okien albo drzwi. Mariela przytuliła ją, wcale się tego nie wstydząc, strącając przy tym na podłogę jedną z filiżanek, która pękła dokładnie na pół. Kelner pozbierał skorupy z uśmiechem; jakżeby nie, przecież Mariela była piękna z tymi swoimi kosmykami jasnych włosów nad czołem, grubymi, wiecznie wilgotnymi wargami i oczami ledwie podkreślonymi czarną kreską, tak żeby zieleń ich tęczówek hipnotyzowała wszystkich, którzy w nie spojrzeli.

Wiele razy wychodziły na kawę - to z kinem nigdy nie doszło do skutku - i kiedyś Mariela przyniosła programy studiów na kierunkach, które mogłyby się Josefinie spodobać: antropologii, socjologii, humanistyce. Robiła jednak wrażenie niespokojnej, i to nie była już ta nerwowość z pierwszych wyjść, kiedy musiała być przygotowana, że trzeba będzie pilnie wezwać taksówkę albo w najgorszym przypadku karetkę i odwieźć Josefinę z powrotem do domu lub na ostry dyżur. Schowała kosmyki długich jasnych włosów za uszy i zapaliła papierosa.

- José - powiedziała. - Jest pewna sprawa.

- Jaka?

- Pamiętasz, jak pojechaliśmy do Corrientes? Ty mogłaś mieć jakieś sześć lat, ja osiem...

- No.

- A pamiętasz, jak poszłyśmy do czarownicy? Mama i babcia miały to samo co ty, to samiusieńko, cały czas się bały, więc chciały się wyleczyć.

Josefina słuchała teraz uważnie. Serce biło jej bardzo szybko, ale wzięła głęboki wdech, wytarła dłonie o spodnie i spróbowała się skoncentrować na tym, co mówiła siostra, tak jak jej to zalecił psychiatra ("Kiedy nadchodzi lęk", powiedział, "skup się na czymś innym. Czymkolwiek. Popatrz, co czyta osoba obok ciebie. Oglądaj plakaty reklamowe albo policz, ile czerwonych samochodów przejeżdża ulicą").

- I ja pamiętam, jak czarownica powiedziała, że mogą wrócić, jeśli znowu by to miały. Może byś pojechała. Teraz, kiedy już ci lepiej. Wiem, że to szaleństwo, jestem jak babcia z tymi jej prowincjonalnymi głupotami, jednak im przeszło, tak czy nie?

- Mariela, ja nie mogę podróżować. Wiesz, że nie.

- A jeśli pojadę z tobą? Ja stawiam, serio. Dobrze to zaplanujemy.

- Nie dam rady. Nie potrafię.

- Dobra. Jasne, że dasz, przemyśl to, co ci szkodzi? Pomogę ci, serio.

* * *

Tamtego ranka, kiedy Josefina próbowała wyjść z domu, żeby się zapisać na uniwersytet, odkryła, że odległość od drzwi do taksówki jest dla niej nie do pokonania. Jeszcze zanim postawiła stopę na chodniku, drżały jej kolana i płakała. Od kilku dni obserwowała zastój, a nawet regres w efektach, jakie dotychczas przynosiły tabletki; wróciła owa niemożność napełnienia płuc, a raczej obsesyjna uwaga, którą poświęcała każdemu wdechowi, jakby musiała kontrolować dopływ powietrza, żeby mechanizm mógł funkcjonować; jakby sama sobie robiła sztuczne oddychanie metodą usta-usta, chcąc pozostać przy życiu. Znowu wobec najdrobniejszej zmiany miejsca przedmiotów w jej pokoju ogarniał ją paraliż; znowu, żeby zasnąć, musiała zapalać już nie tylko nocną lampkę, ale i telewizor oraz światło na suficie, bo nie mogła znieść choćby jednego cienia. Czekała na kolejne objawy, rozpoznawała je; jednak oprócz tej rezygnacji i rozpaczy pierwszy raz poczuła coś jeszcze. Gniew. A także wyczerpanie, jednak nie chciała wracać do łóżka i tam próbować opanować drżenia i tachykardii ani w piżamie wlec się na fotel, żeby rozmyślać o swoim dalszym życiu, o przyszłości w jakimś szpitalu psychiatrycznym albo o prywatnych pielęgniarkach, bo przecież nie mogła się uciec do samobójstwa, skoro tak bardzo bała się umrzeć!

W zamian za to zaczęła myśleć o Corrientes i o Se?orze. I o tym, jak wyglądało życie w jej domu przed tamtą podróżą. Przypomniała sobie babcię płaczącą w kucki przy łóżku, modlącą się, żeby burza ustała, bo bała się piorunów, grzmotów, błyskawic, a nawet deszczu. Przypomniała sobie, jak mama szeroko otwartymi oczami wyglądała przez okno, ilekroć ulica była zalewana, i jak krzyczała, że jeśli woda nie opadnie, wszyscy się potopią. Przypomniała sobie, że Mariela nigdy nie chciała się bawić z dziećmi sąsiadów, nawet kiedy po nią przychodziły, i tuliła do siebie swoje lalki, jakby się bała, że je ukradną. Przypomniała sobie, że ojciec raz w tygodniu zawoził mamę do psychiatry, a ona zawsze wracała na wpół śpiąca i szła prosto do łóżka. A nawet przypomniała sobie do?ę Carmen, która robiła zakupy i odbierała rentę babci, bo ta nie chciała - nie mogła, teraz Josefina to wiedziała - wychodzić z domu. Do?a Carmen nie żyła od dziesięciu lat, o dwa dłużej niż babcia, ale od tamtej podróży do Corrientes odwiedzała ją tylko po to, żeby napić się herbaty, bo całe to izolowanie się i lęki ustały. Dla nich. Bo dla Josefiny dopiero się zaczęły.

Co takiego zaszło w Corrientes? Czyżby Se?ora zapomniała ją "uzdrowić"? Ale przecież nie miała z czego jej uzdrawiać, skoro Josefina się nie bała. Jednak w takim razie, jeśli wkrótce potem zaczęła się uskarżać na to samo co tamte, czemu nie zawiozły jej do Se?ory? Bo jej nie kochały? A jeśli Mariela się myli? Josefina zaczęła pojmować, że ów gniew stanowi granicę i jeśli się go nie uchwyci i nie pozwoli mu się zawieźć dalekobieżnym autobusem do Se?ory, nigdy nie zdoła wyjść ze swojego odosobnienia, oraz że podejmując tę próbę, warto umrzeć.

Któregoś dnia wstała przed świtem i zaczekała na Marielę, a kiedy wróciła, na rozjaśnienie umysłu podała jej kawę.

- Mariela, jedziemy. Dam radę.

- Dokąd?

Josefina przestraszyła się, że siostra odstąpi od swego pomysłu, cofnie obietnicę, jednak zdała sobie sprawę, że tamta jej nie rozumie tylko dlatego, że jest całkiem pijana.

- Do Corrientes, do czarownicy.

W jednej chwili Mariela popatrzyła na nią trzeźwym wzrokiem.

- Jesteś pewna?

- Już to przemyślałam, łyknę dużo tabletek i prześpię całą drogę. A jak mi będzie niedobrze... wezmę więcej. One nic nie zrobią. Najwyżej będę dużo spać.

* * *

Josefina wsiadła do autobusu prawie na śpiąco; czekała na jego przyjazd, siedząc na ławce obok siostry i chrapiąc z głową opartą o torbę. Mariela przestraszyła się, widząc, że bierze aż pięć tabletek i popija łykiem seven-upa, ale nic nie powiedziała. I zadziałało, bo Josefina obudziła się dopiero na terminalu w Corrientes, z kwaśnym posmakiem w ustach i bólem głowy. Przez całą drogę taksówką do domu wujostwa siostra obejmowała ją ramieniem, a Josefina próbowała nie połamać sobie zębów, tak nimi dzwoniła. Poszła prosto do pokoju cioci Clarity, która na nie czekała, i nie przyjęła ani jedzenia, ani picia, ani odwiedzin krewnych; z trudem otwierała usta, żeby przełknąć kolejne tabletki, bolały ją szczęki i nie mogła zapomnieć błysku nienawiści i paniki w oczach matki, kiedy jej powiedziała, że pojedzie do czarownicy, ani tego, jak tamta triumfalnym tonem rzuciła: "Dobrze wiesz, że gówno ci to da". Mariela krzyknęła do niej "ty kurwo, stara krowo" i nie chciała słuchać żadnych wyjaśnień; zamknięta w sypialni z Josefiną, przez całą noc nie spała, tylko bez słowa paliła i wybierała lekkie T-shirty i spodnie odpowiednie na upał w Corrientes. Kiedy wychodziły na dworzec, Josefina była już otumaniona, jednak na tyle przytomna, by zauważyć, iż matka nie opuściła swojego pokoju, żeby się z nimi pożegnać.

Ciocia Clarita powiedziała, że Se?ora nadal mieszka w tym samym miejscu, ale jest bardzo wiekowa i już nie otwiera ludziom przychodzącym z prośbami. Mariela się uparła: przyjechały do Corrientes tylko po to, żeby się z nią spotkać, i nie wyjadą, dopóki ich nie przyjmie. W oczach Clarity czaił się ten sam lęk co u jej matki, zdała sobie sprawę Josefina. I zrozumiała również, że z nimi nie pójdzie, toteż ścisnęła Marielę za ramię, żeby przerwać jej krzyki ("Ale co z tobą, do cholery, czemu ty też nie chcesz jej pomóc, nie widzisz, jak ona wygląda?!"), i szepnęła: "Idziemy same". Pokonując trzy przecznice dzielące je od domu Se?ory, które wydawały się kilometrami, Josefina myślała o owym "nie widzisz, jak ona wygląda?!" i poczuła gniew na siostrę. Ona także mogłaby być ładna, gdyby nie wypadały jej włosy, gdyby nie miała nad czołem tych prześwitów, w których widać było pokrytą meszkiem skórę; mogłaby mieć takie długie i mocne nogi, gdyby dała radę obejść bodaj jeden kwartał ulic; potrafiłaby się malować, gdyby miała po co i dla kogo; jej ręce byłyby piękne, gdyby nie obgryzała paznokci; jej skóra byłaby złotawa jak u Marieli, gdyby słońce częściej jej dotykało. I nie miałaby stale zaczerwienionych i podkrążonych oczu, gdyby mogła spać, a jej rozrywką byłoby coś więcej niż tylko telewizja albo internet.

Na patiu Se?ory Mariela musiała zaklaskać, żeby tamta otworzyła drzwi, gdyż w domu nie było dzwonka. Josefina rozejrzała się po ogrodzie, który teraz wyglądał na bardzo zaniedbany, róże umierały z gorąca, białe lilie były bez życia, za to wszędzie rozsiała się ruta, wyrastając na niebywałą wysokość. Se?ora stanęła w progu, kiedy Josefina wypatrzyła cysternę, niemal ukrytą w zaroślach; biała farba tak poodpadała, że wyzierały spod niej czerwone cegły.

Se?ora natychmiast je poznała i wpuściła do środka. Jakby na nie czekała. Ołtarz nadal stał, ale leżało na nim trzy razy więcej darów oraz ogromny San La Muerte wielkości kościelnego krucyfiksu; w pustych oczodołach migotały mu błyszczące światełka, zapewne z elektrycznego bożonarodzeniowego łańcucha. Chciała posadzić Josefinę w tym samym fotelu, w którym dwadzieścia lat wcześniej zasnęła, ale musiała pobiec po wiadro, bo Josefinie zaczęło się zbierać na mdłości; zwymiotowała żółcią i poczuła, że serce podchodzi jej do gardła i dławi, ale Se?ora położyła jej rękę na czole.

- Oddychaj głęboko, dziecinko, oddychaj.

Josefina usłuchała i pierwszy raz od wielu lat znowu poczuła ulgę oraz to, że jej płuca są pełne powietrza, wolne, już nie ściśnięte między żebrami. Miała ochotę się rozpłakać, dziękować; była pewna, że Se?ora ją uzdrowiła. Ale kiedy, starając się uśmiechnąć przez zaciśnięte zęby, podniosła głowę, żeby spojrzeć jej w oczy, dostrzegła w nich żal i poczucie winy.

- Dziecko, nic nie poradzę. Kiedy cię tu przywiozły, już było gotowe. Musiałam je wrzucić do cysterny. Wiedziałam, że święci mi tego nie darują; że A?á, utopiec, z powrotem cię tu sprowadzi.

Josefina pokręciła przecząco głową. Czuła się dobrze. Co ona jej chciała powiedzieć? Czy naprawdę tak się zestarzała, że już się jej pomieszało w głowie, jak twierdziła ciocia Clarita? Ale Se?ora z westchnieniem wstała, podeszła do ołtarza i wzięła stamtąd jakieś stare zdjęcie. Josefina poznała je: mama i babcia siedziały w fotelach, między nimi po prawej stronie stała Mariela, a po lewej, tam, gdzie powinna stać ona, wycięto dziurę.

- Było mi ich żal, bardzo żal. Wszystkie trzy miały niedobre myśli, gęsią skórę, od wielu lat ciążył na nich zły urok. Już na sam ich widok obleciał mnie strach, odbijało mi się, nie mogłam zdjąć tych czarów.

- Jakich czarów?

- Dawnych czarów, dziecinko, czarów, o których nie wolno mówić. - Se?ora zrobiła znak krzyża. - Nawet Chrystus Podwójnej Światłości nie dał rady, oj nie. Stary był. A one były bardzo udręczone. Jednak ty, maleńka, nie. Nie byłaś dręczona. Nie wiem dlaczego.

- Dręczona przez co?

- Złe czary! Nie wolno o nich mówić. - Se?ora podniosła palec do warg, prosząc o ciszę, i zamknęła oczy. - Nie mogłam usunąć z nich tej zgnilizny i wchłonąć w siebie, bo nie mam takiej mocy, i nikt jej nie ma. Nie mogłam jej upłynnić, nie mogłam odczynić. Mogłam ją tylko przenieść, i przeniosłam. Na ciebie, dziecinko, kiedy tu spałaś. Święty mówił, że nie będzie cię tak dręczył, bo byłaś czysta. Ale mnie oszukał albo go nie zrozumiałam. One chciały przerzucić te uroki na ciebie, mówiły, że się o ciebie zatroszczą. Jednak się nie zatroszczyły. A ja je musiałam wrzucić. To zdjęcie, wrzuciłam je do cysterny. I nie można go wyłowić. Nigdy nie zdołam zdjąć z ciebie tych czarów, bo one są w wodzie, razem z twoim zdjęciem, a ono już pewnie zgniło. Tam zostały, na twoim zdjęciu, przywarły do ciebie.

Se?ora zasłoniła sobie twarz rękoma. Josefinie wydawało się, że Mariela płacze, ale nie zwracała na nią uwagi, bo starała się zrozumieć.

- Same chciały się uratować, dziecko. Ona też. - I pokazała na Marielę. - Była mała, ale już zepsuta, o tak.

Josefina podniosła się, oddychając resztką powietrza, jakie zostało jej w płucach, z nowymi siłami, od których poczuła, że stoi mocno na nogach. To nie miało długo potrwać, była tego pewna, ale niechby wystarczyło; niechby wystarczyło, żeby dobiec do cysterny i rzucić się do deszczówki, i oby była bez dna; utonąć w niej razem z tym zdjęciem i podstępem. Se?ora i Mariela nie ruszyły za nią, a Josefina pobiegła najszybciej, jak potrafiła, jednak kiedy dotarła na miejsce, jej wilgotne dłonie ześlizgnęły się z krawędzi, kolana zesztywniały i nie mogła, nie mogła się wspiąć; ledwo udało się jej dostrzec w wodzie swoją twarz, po czym opadła w wybujałe trawy, siedziała i zanosiła się tłumionym płaczem, bo się bała, tak bardzo bała się skoczyć.

Rambla Smutna

Mądrze, podstępnie, owo miasto

bierze odwet.

Manuel Delgado

Możliwe, że nos zatkany z powodu przeziębienia - w samolotach zawsze łapała jakiegoś wirusa - wywołał u niej zaburzenie węchu; to musiało być to, jednak kiedy smarkała w papierową chusteczkę i mogła wziąć wdech, zapach był jeszcze gorszy. Nie pamiętała, żeby Barcelona była taka brudna, przynajmniej nie zauważyła tego podczas swojej pierwszej podróży, jakieś pięć lat wcześniej. Jednak to musiało być przeziębienie, może jakiś śmierdzący gil, który gdzieś jej utknął, ponieważ mijając kolejne przecznice, nie czuła absolutnie nic i nagle fetor atakował i wywoływał u niej gwałtowny odruch wymiotny. Cuchnęło zdechłym psem, rozkładającym się na poboczu szosy, zepsutym mięsem zapomnianym w lodówce, przybierającym purpurowy kolor czerwonego wina. Smród przyczajał się, a jego podmuchy rujnowały najpiękniejsze ulice, malownicze zaułki z bielizną rozwieszoną między jednym balkonem a drugim, niepozwalającą dostrzec nieba. Docierały nawet do Rambli. Sofía zaczęła z uwagą obserwować turystów, chcąc sprawdzić, czy jak ona marszczą nosy, jednak nie zauważyła, aby ktokolwiek okazywał obrzydzenie. Może to wyobraźnia, ponieważ miasto przestało się jej podobać. Wąskie uliczki, które przedtem wydawały się romantyczne, teraz napawały ją lękiem; bary straciły swój urok i przypominały te z Buenos Aires, pełne pijaków, krzyczących albo silących się na głupie zaczepki; upał, który wcześniej wydawał się śródziemnomorski, suchy i rozkoszny, teraz był męczący. Jednak nie chciała mówić przyjaciołom o tych nowych wrażeniach, wyjść na typową argentyńską turystkę, z wyższością wytykającą defekty rajskiemu miastu.

Chciała wyjechać.

Może z powodu tej dziewczyny.

Pięć lat wcześniej na ulicy Escudellers, na całej jej długości, roiło się od ćpunów leżących na chodnikach na stertach swoich wyświnionych ciuchów. Teraz już ich tam nie było; zostali zapewne usunięci przez policję, grzywny, mandaty, nie mówiąc o polewaczkach, które przez całą noc sprzątały miasto, zraszając każde miejsce, gdzie ktoś mógłby przysiąść i niewinnie wypić piwo albo zjeść kebab. Należało chodzić albo korzystać z barów; ulice służyły jedynie do tego, żeby się nimi przemieszczać. Przecinając dzielnicę Raval znanym sobie szlakiem, ominęła niepokojącą ulicę Robadors - mroczną i pełną złodziei, jak głosiła legenda podtrzymywana przez jej nazwę, której nikt nie ośmielał się kwestionować - i dotarła do ulicy Marqués de Barbera, szerszej i jasnej. Przed nią, nieco chwiejnie, szła jakaś dziewczyna w zbyt niskich i opiętych na biodrach dżinsach; spod krótkiego podkoszulka wylewał się jej sflaczały brzuch, oponka białawego ciała z rozstępami, które łatwo dałoby się ukryć pod długim i szerokim T-shirtem, jednak dziewczyna wyraźnie miała w nosie estetykę. Były same; dochodziła zaledwie ósma wieczór, lecz ulica o dziwo świeciła pustkami, nawet turyści z hostelu obok kawiarenki internetowej nie wyszli na zewnątrz.

W pewnym momencie dziewczyna odwróciła się, spojrzała Sofíi w oczy i powiedziała z silnym katalońskim akcentem, chociaż bardzo wyraźnie po hiszpańsku: "Nie mogę dłużej". Po czym spuściła spodnie i załatwiła się na chodniku; to była eksplozja bolesnej biegunki, od której twarz jej się ściągnęła pod wpływem skrętu kiszek. A potem osunęła się po ścianie. Jeszcze kilka centymetrów, a wpadłaby zemdlona we własne gówno.

Sofía próbowała ją podnieść, pytała, gdzie mieszka, czy ma telefon, żeby zadzwonić do kogoś, kto by po nią przyszedł; pytała, co jej jest, co wzięła. Dziewczyna tylko patrzyła na nią wystraszonym wzrokiem, nie mogąc wydusić ani słowa. Smród nie był już wytworem wyobraźni i od ciągłego powstrzymywania się od wymiotów łzy napłynęły Sofíi do oczu. Dziesięć minut później zjawiło się dwóch policjantów i zabrało dziewczynę; Sofía odpowiedziała na pytania funkcjonariuszy i została, żeby upewnić się, że ją dobrze traktują. Jednak nie zaczekała, aż ktoś uprzątnie ulicę. Żeby przytłumić zapach gówna, zapaliła papierosa i prawie pobiegła w stronę ulicy La Cera, do mieszkania Juliety, w którym zamierzała spędzić owe dziesięć dni w Barcelonie. Miała klucz i użyła go: wejście do budynku zostało wyremontowane, ponieważ kilka miesięcy wcześniej doszło w nim do pożaru. Jako że zamek działał źle, kilku bezdomnych weszło do środka, żeby się przespać, i ognisko, które rozpalili, chcąc się rozgrzać, wymknęło się spod kontroli. Na szczęście w chwili wybuchu pożaru Juliety nie było w domu, ale i tak miała swoje problemy z ogniem: zaledwie rok wcześniej w samym środku zimy trafiła do szpitala z powodu zatrucia tlenkiem węgla, gdyż piecyk gazowy w jej mieszkaniu nie miał zewnętrznego odprowadzenia.

Miejsce, w którym przebywała Julieta, w rzeczywistości nie było mieszkaniem, lecz biurem wynajmowanym jako lokal mieszkalny, bez łazienki, zaledwie ze wspólnym sedesem oraz umywalką na korytarzu, na zewnątrz. Za to było dość duże jak na standardy Barcelony, tanie, i ponieważ chodziło o "poddasze", miało balkon, wielki jak taras, który latem był fantastyczny. Sofía nie wiedziała, po co Julieta przyjechała do Hiszpanii, lecz przypuszczalnie ona sama też tego nie wiedziała. Siedziała tu już osiem lat, kręcąc krótkie filmy animowane oraz wideo dla każdego, kto jej to zlecił. Gdy się znudziła, szła na bezrobocie. A nudziła się często.

Kiedy Sofía się zjawiła, właśnie przygotowywała sałatkę. Julieta została wegetarianką z chwilą przylotu do Europy, między innymi dlatego, że jej pierwszym przystankiem był squat, a tam jedzenie mięsa było grzechem śmiertelnym. Początkowo z zapałem neofity zaakceptowała wegetarianizm swoich nowych przyjaciół. Gdy z nimi zerwała, rozczarowana odrzuciła cały styl życia owych nielegalnych lokatorów z wyjątkiem ich sposobu odżywiania. Sofíi nie przeszkadzało, że musi przejść na dietę swojej gospodyni, a poza tym ilekroć miała ochotę, zjeżdżała kupić sobie pyszną shoarmę z kurczakiem albo wołowiną.

Sofía usiadła w czerwonym fotelu, który rozkładany na noc zamieniał się w łóżko, i opowiedziała Juliecie o dziewczynie i biegunce. Przyjaciółka wymieszała sałatkę i stwierdziła, że w Barcelonie to normalne.

- W żadnym innym mieście w Hiszpanii nie ma tylu świrów. Nawet w Madrycie nie mieszka aż tylu, w Saragossie jeszcze mniej; mój brat mówi, że w Sewilli tak samo. Tylko tutaj. Aż się roi od czubków, i to na swobodzie, sama nie wiem.

Rozłożyła sałatkę na dwa talerze, usiadła do stołu i wyjaśniła, że wariaci w dodatku wychodzą w określonych porach. Pani z tysiącem spinek, na przykład, kobieta, która nosi na głowie tyle ozdób, że nie widać jej włosów, pojawia się latem. Czubek z dredami, pięćdziesięciolatek walący kijem w żelazne żaluzje pozamykanych sklepów, zjawia się jedynie z okazji świąt, w okolicach Bożego Narodzenia. To straszny hałas, opowiadała Julieta; uderzenia przypominają wystrzały i turyści nieraz uciekają w popłochu. Ona już się przyzwyczaiła, ale kiedy zobaczyła go pierwszy raz, pomyślała, że chce ją zaatakować, bo oprócz tego, że grzmocił tym swoim kijem, to wrzeszczał. I poznasz jeszcze, ciągnęła, tego staruszka zza rogu: wychodzi na zmianę, raz rano i raz wieczorem, idzie jakieś pięćdziesiąt metrów i zawraca, czasami krzyczy, czasami skarży się po cichu, zawsze wymachując rękami, jakby starał się przekonać kogoś niewidzialnego o czymś bardzo istotnym. Teoria Juliety głosiła, że rodzina wyprowadzała go codziennie na spacer, zmęczona wysłuchiwaniem jego narzekań w mieszkaniu, które - o ile leżało w tym samym kwartale ulic - musiało być bardzo małe. Dziwne było to, że Julieta nigdy nie widziała, aby wychodził z jakiejś bramy; musi się mu dokładniej przyjrzeć, może zaczekać na przeciwległym chodniku i zlokalizować jego dom, przede wszystkim po to, żeby pozbyć się dziwnego wrażenia, jakie robił na niej ten stary wariat, i nie tylko on, ale wszyscy pomyleńcy z Barcelony stłoczeni w dzielnicy Raval.

- To tak, jakby... to, co ci powiem, jest całkiem od czapy. Ale niech tam. Czasami myślę, że te świry nie są ludźmi, nie są prawdziwi. Są jak wcielenia szaleństwa tego miasta, zawory bezpieczeństwa. Gdyby ich nie było, powybijalibyśmy się nawzajem albo pozdychalibyśmy ze stresu, albo, czy ja wiem, rzucilibyśmy się na tych strażników miejskich, skurwysynów, którzy nie dają ci usiąść na schodach muzeum, na Plaça dels Angels... zauważyłaś? Te bydlaki robią łapanki, tutaj siadanie na chodniku, żeby napić się piwa, to "zachowanie antyspołeczne".

- A to dopiero początek! - dobiegło od strony balkonu.

To Daniel, chłopak Juliety, też Argentyńczyk, ale mieszkający w Barcelonie już od dwunastu lat. Sofía nie zauważyła, że był w domu. Daniel wszedł, wytarł ręce o spodnie i zaczął wygłaszać swoją diatrybę. Że kiedy on tu przyjechał, było wspaniale. Impreza za imprezą, a wszystkie mocno zakrapiane, mów, co chcesz, ale miało klimat. Teraz to miasto policyjne.

- Posłuchaj tego bełkotu - powiedział i zaczął grzebać w stercie gazet, aż na koniec znalazł dziennik "La Vanguardia". Sofía zdała sobie sprawę, że przyjaciele robili wszystko, byle nie wypowiadać się językiem hiszpańskim używanym w Hiszpanii. O mieszkaniu nie mówili piso, ale departamento, na coś do dupy nigdy nie powiedzieli chungo, zły okres to nie mal rollo, byli w związku, lecz nie se líaban, na pieprznik zaś zawsze mówili quilombo, a nie mogollón. Wcześniej, przypomniała sobie, podczas jej pierwszej wizyty, bawiło ją, jak wiele guapas i vengas padało z ust tych dwojga. Teraz wydawało się, że kompletnie wyparli wszelkie lokalne wyrażenia, chyba że jakieś im się wypsnęło. Z pewnością było to celowe; rodzaj argentyńskiego fundamentalizmu, mieszanka nostalgii i autentycznego dyskomfortu.

- Tu jest - oznajmił triumfująco Daniel i rozsiadł się w fotelu, żeby przeczytać:

Wraz z nastaniem dobrej pogody Plaça dels Angels znów przypomina Barcelonę sprzed dwóch lat, żyjącą z piętnem zachowań antyspołecznych. Począwszy od dziewiątej wieczorem na rampie i schodach na wprost MACBY leży porozrzucanych mnóstwo butelek, podczas gdy niewielka armia ulicznych handlarzy krąży po okolicy, sprzedając puszki z piwem. Pomimo starań ekip sprzątających - bardziej aktywnych i wydajnych niż przed dwoma laty - nie udaje się usunąć z chodnika stert butelek, toreb i resztek jedzenia. Wraz z nadejściem ciepła rośnie ochota na spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Skorzystanie z ogródka, żeby po pracy napić się piwa w towarzystwie przyjaciół, wydaje się atrakcyjne, jednak są tacy, którzy wolą usiąść na cemencie Plaça dels Angels, scenie improwizowanych alkoholowych libacji. Młodzi ludzie gromadzą się tam przed kolacją z trunkami zakupionymi w okolicznych supermarketach. Jeśli zapomną, korzystają z usług licznych sprzedawców, oferujących piwo w cenie zaledwie jednego euro, znacznie poniżej tego, co musieliby zapłacić, gdyby wypili je w jakimkolwiek barze w sąsiedztwie.

Uliczny sprzedawca wyjaśnił naszej gazecie, że zwykle zarabia około 30 euro netto za noc. Sprzedawcy ustalają między sobą godziny i strefy działania, żeby nie robić sobie konkurencji. Kupują butelki po 70 centów i sprzedając je po 1 euro, mają 30 centów zysku. Ryzykują, ponieważ rozporządzenie dotyczące norm współżycia w przestrzeni publicznej (Rozporządzenie w sprawie zachowania społecznego) przewiduje grzywny do 500 euro za nielegalną sprzedaż alkoholu oraz przepadek jeszcze niesprzedanego towaru. Podobnie ryzykują zaopatrujący się u nich klienci.

- I tak żyjemy, z tym kapusiowatym dziennikarstwem, w samym środku tego gówna - westchnął z irytacją Daniel. - Nie tak dawno wlepili mandat gościowi, który pił na placu colę. Ściągnęli od niego dwieście euro, bo nie chciał wstać, kiedy miała przejeżdżać polewaczka. Cały czas leją wodę. Teraz w barach nie wolno też palić. Tak, wiem, że wszędzie jest tak samo, ale bar to nie jakieś zdrowe miejsce, na litość boską. Idziesz tam, jak chcesz się z kimś umówić, rozerwać, uwalić. Ale nie tutaj. Wynajem to istny skandal: chcą, żeby w tym mieście mieszkali sami goście przy forsie i więcej nikt. Jest dla turystów. Zamalowują graffiti! Kilka było naprawdę pięknych, żadne inne miasto na świecie takich nie miało. Ale idź i wytłumacz tym dupkom, co to jest sztuka. Cholera by to wzięła. Wszystko niszczą.

- Jeden nasz kumpel poszedł siedzieć, bo wymalował napis: "Turyści, jesteście terroryści". Dostał jakieś cztery miesiące. Biedaczek - odezwała się Julieta. - Nie masz pojęcia, jak byśmy chcieli przenieść się do Madrytu. Ale tutaj znaleźliśmy pracę. Mam dość tego miasta. Nawet nigdzie nie wychodzę. Jak mam się dołować, to już wolę siedzieć w domu.

* * *

Zjedli i poszli się przejść. Noc była piękna i oboje chcieli, żeby Sofía poznała nowe bary, których nie było, kiedy odwiedziła miasto pierwszy raz, oraz odkryła już istniejące, których podczas tamtej podróży nie widziała. Tak dotarli do Yasmine. Sofía próbowała odczytać plakat opowiadający zapewne historię Madame Yasmine, patronki tego miejsca, ale światło było za słabe, a ona nie widziała dobrze bez okularów. Zapytała Daniela, który zwykle znał stare historie o Chińskiej Dzielnicy, jednak nie pamiętał. "Ale skoro nazywali ją Madame, to musiała być dziwką", stwierdził. A potem poprosił, żeby na niego zaczekały. Za chwilę wrócił z Manuelem, znajomym z dzielnicy. Przedstawił go jako jednego z nielicznych Katalończyków do rzeczy. Manuel nosił krótkie dredy i T-shirt w czarno-białe paski. "Ta koleżanka z Buenos Aires chce posłuchać legend o Chińskiej Dzielnicy".

- Zobaczymy, czy zdołam się panience na coś przydać. - Manuel się uśmiechnął. Był trochę pijany. Julieta wyjaśniła, że pracuje z nimi jako dźwiękowiec przy montażu wideo. Po czym spytała go o Madame Yasmine, kobietę, której imię nosił bar. Manuel odparł, że to głośna historia. Yasmine urodziła się w Chińskiej Dzielnicy pod koniec dziewiętnastego wieku. Jako córka kwiaciarki. A że była biedna, to się skurwiła. W tamtym czasie Chińska Dzielnica to był istny syf, a ona została "madame" w burdelu, do którego przychodzili poeci i anarchiści. W jednym z anarchistów zakochała się i urodziła mu syna. Ale frankiści go zabili - tego anarchistę - a ona założyła palarnię opium. A ten syn zginął: jakiś powóz urwał mu na Rambli głowę, powiedział Manuel, i dodał, że więcej szczegółów nie zna, legenda głosi tylko, że wóz urwał dzieciakowi głowę, ale jak, to już nie wie.

- Ojej, to straszne - powiedziała Julieta. A Manuel ciągnął dalej, że Yasmine zamknęła się w domu i zaczęła palić opium i opróżniać butelki. Wychodziła raz w tygodniu, na zakupy, na targ La Boquería, z lalką bez głowy w ramionach, i dodał, że szyja lalki była zrobiona ze skóry jej zmarłego synka.

- Cóż za piękna historia na zakończenie nocy - roześmiał się Daniel, jednak papierosa zapalił nieco nerwowo. Zdanie zabrzmiało głupio, niezręcznie.

- Kamienica, w której mieszkała, była gdzieś tutaj, dlatego to miejsce nazwano Madame Yasmine. Ale zburzono ją, żeby zbudować Ramblę del Raval.

- Przygnębiającą Ramblę del Raval - stwierdził Daniel.

- Stary, nie bez racji mówią na nią Rambla Smutna. Ponoć ten dzieciak ciągle tu krąży, bez głowy. To jeden z wielu duchów dzieci Barcelony...

- Manuel, proszę, wiesz, że robi mi się niedobrze - obruszyła się Julieta.

Na to Manuel uśmiechnął się do Sofíi i rzucił: "Zadowolona? Mam więcej takich historii, ale będziesz musiała umówić się ze mną na kawę, bo ta dama tutaj nie znosi opowieści z dreszczykiem". A następnie, nie czekając na odpowiedź, zapytał Daniela o daty najbliższych spotkań, żeby doszlifować wideo, nad którym pracowali, i rozmowa zeszła na osoby, których Sofía nie znała, oraz na spory zawodowe, które jej nie interesowały. Jako że Julieta również uczestniczyła w wymianie zdań, mogła przez chwilę pomilczeć niemalże w samotności, myśląc o szyi ze skóry umarlaka. Nagle bar ze swoimi dizajnerskimi koktajlami i sałatkami z daktyli wydał jej się okropny i zapragnęła wyjść. Jednak zaczekała, aż przyjaciołom zebrało się na ziewanie.

* * *

Następnej nocy Sofía i Julieta wyszły same. Chciały sobie zrobić babski wieczór. Daniel z radością je puścił; dzięki temu mógł zostać domu i obejrzeć wszystkie zaległe odcinki swoich ulubionych seriali. Wolał oglądać telewizję, niż łazić wieczorami po Barcelonie, stwierdził, i chyba mówił szczerze.

Zamknąwszy bramę budynku, Julieta chwyciła przyjaciółkę za ramię, bardzo mocno. Nie chcę iść do La Concha oglądać drag queens, powiedziała. I tak ten ich show to już nie to samo co kiedyś, teraz urządzają wieczory panieńskie i przez połowę czasu pozdrawiają ze sceny przyszłe mężatki. Nawet dzieci, całkiem małe, tam chodzą. To już dno, bardzo smutne. Kiedyś były takie wspaniałe i dzikie, teraz aż przykro na nie patrzeć, poprzebierane za Marisę Paredes robią przedstawienie dla szerokiej publiczności. Nie i nie. Julieta chciała iść do baru. Chciała pogadać. Opowiedzieć o rzeczach, o których nigdy nie ośmieliła się jej wspomnieć ani w mailach, ani w listach, ani w rzadkich rozmowach telefonicznych. "Zeszły rok był dla mnie fatalny", powiedziała i rozpłakała się jak to ona, nagle i ciężkimi, długo powstrzymywanymi łzami. Sofía wciągnęła ją do pierwszego z brzegu otwartego baru i podała jej swoje papierowe chusteczki; w stojącym powietrzu unosił się zapach stęchlizny, lecz Julieta zdawała się go nie dostrzegać. To nie był dobry moment, żeby pytać przyjaciółkę, czy ona też go czuje.

Zamówiły kawę. Żadna nie miała ochoty na alkohol. Dopiero kiedy trochę doszła do siebie, Julieta zdołała mówić dalej. Odbiło jej, stwierdziła. Może od tego, że tyle myśli o tych psycholach z Barcelony.

- W tym mieście co rusz jest jakaś impreza, jak nie jakieś biennale, to spotkanie prezydentów, mecze Barçy. A wtedy aż się roi od helikopterów, latają nisko, nawet nie wiesz, co to za wrażenie.

Sofía skinęła głową, potrafiła to sobie wyobrazić.

- I w zeszłym roku Danielowi i mnie zachciało się... dobra, mnie się zachciało zajść w ciążę. Całkiem mi odbiło, serio. Teraz uważam, że to był obłęd, wychowywać dziecko, no straszne, bez pieniędzy. A w dodatku... ale o tym potem.

Julieta obejrzała się za siebie, jakby wyczuła czyjąś obecność. Odetchnęła z ulgą i mówiła dalej.

- Chodzi o to, że w zeszłym roku chciałam mieć dziecko, za wszelką cenę. Ale kiedy zaczęliśmy się o nie starać, przyszło mi do głowy, że te helikoptery lecą po mnie. Że przylatują tylko po to, żeby mnie szpiegować.

- No co ty, Julieto.

- Wiem, nie musisz mi nic mówić, miałam paranoję. Dopiero miesiąc temu przestałam brać leki na wyrównanie nastroju. Trochę za nimi tęsknię, ale muszę wytrzymać. No więc: myślałam, że lecą po mnie, żeby porwać mnie i dziecko i przeprowadzać na nas eksperymenty, taka delirka science fiction. Albo żeby ukraść mi dziecko. To było, jak by ci to powiedzieć, coś jak jakieś komando kidnaperów miasta Barcelony. Aż tak poważnie. Daniel zorientował się bardzo późno. W tamtym czasie przez cały dzień zasuwał, już nie pamiętam, co kręcił, jakieś ważne wideo. Chowałam się przed tymi helikopterami pod łóżkiem. Albo robiłam sobie namiot z pościeli. Nie chciałam wychodzić na ulicę. Kiedyś Daniel mnie znalazł, taką schowaną i... no dobra, zabrał mnie do psychiatry. Okropnie się wystraszył, biedaczek.

- Zaszłaś w ciążę?

- Nie. Dziwne, bo nie zabezpieczaliśmy się dobre sześć miesięcy. Może któreś z nas nie może mieć dzieci. I tak kiedy zaczęłam terapię, musiałam przestać się starać, bo te tabletki są niewskazane dla kobiet w ciąży. Poza tym zdałam sobie sprawę, że chęć posiadania dzieci była częścią mojego obłędu.

Julieta dopiła kawę i ściszyła głos.

- W Barcelonie nie należy mieć dzieci. Słyszałaś, co nam wczoraj w nocy opowiedział Manuel? Tutaj nie należy mieć dzieci.

- Co takiego mówił?

- Przecież wiesz! Myślisz, że tamto dziecko Yasmine to jedyny dzieciak, jaki krąży po Barcelonie? Manuel ci powiedział.

Oczy Juliety całkiem zmatowiały, a uśmiech, jaki zastygł jej na twarzy, był taki sztuczny, że stanowił całkowite przeciwieństwo radości. Sofía pomyślała, że przyjaciółka nadal jest szalona, że musi porozmawiać z Danielem, jak tylko wrócą do domu. Julieta ujęła jej dłoń ponad stołem. Miała zimne palce i dygotała.

- Ty już zauważyłaś - stwierdziła.

- Co takiego, Juli, na Boga?

- Już poczułaś ten zapach. Zapach dzieci. Widziałam, jak marszczyłaś nos.

Sofía zadrżała. Julieta uznała, że powinna wiedzieć wszystko. Opowiedziała, że kiedy Daniel i ona zamieszkali na Ravalu w 1997 roku, w dzielnicy wrzało. Największa siatka pedofili w Europie zapuściła tam jedną ze swych głównych macek i mówiło się o dzieciach fotografowanych w sypialniach, oddawanych przez ich matki prostytutki, rzucanych przez te biedne kobiety prosto w łapy pedofila nazwiskiem Xavier Tamarit Tamarit. Dzieciach, na które pedofile polowali na Plaça Negra. Świetlica została zamknięta, nikt nie wiedział, kim były te dzieci; księża i zakonnice zniszczyli kartotekę z danymi osobowymi. Mali nożownicy, wyłudzacze, bandy dzieciaków niechodzących do szkoły. Jeden z chłopców cuchnął; cuchnął, bo jego własne i jedyne ubranie służyło mu za materac. Ten dzieciak krąży po całym mieście, wypełnia je tym smrodem, żeby o nim nie zapomniano. Podobno opiekunowie społeczni nie mogli go rozebrać, bo z brudu ubranie przywarło mu do ciała. Podobno na owłosionej skórze głowy miał wszy, a do tego jakieś białe robaki, i rany pod pachami, z brudu; nigdy nie dał się wykąpać, zwierzątko, ze strachu robił pod siebie i nie podcierał się. Tego małego ludzie widują najczęściej, to najpopularniejszy duch; ten, który dotyka cię czarnymi rękami; sprawia, że twoja kurtka zawieszona na krześle w barze zacznie śmierdzieć martwym mięsem, ledwie ją muśnie. Dzieci, które spadały z balkonów, zostawione tam przez matki ćpunki. W wieku trzech, czterech lat wieszały sobie klucze na szyi. Zabijały taksówkarzy, a same umierały z przedawkowania, kurwiły się, szły tylko za dragi. Ludziom dawano po czterdzieści tysięcy peset, żeby opuścili swoje mieszkania. To była najgęściej zaludniona dzielnica na świecie, zaraz za Kalkutą. Budynki zawalały się, nie było światła, ten, kto miał łazienkę, był szczęśliwcem, brakowało bieżącej wody. Fizyczna eliminacja Dzielnicy Chińskiej. Obszar operacji: Illa Negra, ulice Nou, Sant Ramon, Marqués de Barbera. Na pewnym graffiti można było przeczytać: "Narasta gniew". Zdaniem ludzi odpowiadających za modernizację Ciutat Vella "sprawa Ravalu" miała świadczyć o kryminalnym charakterze działalności ruchu sąsiedzkiego. Tamarit nie jest agresywny, moje badanie pacjenta wykazuje, że potrafi się powstrzymywać, tłumaczy się ze swojej pedofilii, niemniej został poddany chemicznej kastracji mającej na celu obniżenie poziomu libido, anatomiczne zmniejszenie rozmiarów penisa, skurczenie, zwłóknienie, zwężenie cewki moczowej, przeszedł wiele operacji.

Ta sprawa to był podstęp, wyjaśniła jej Julieta, oszustwo. Wykorzystano ją, żeby wyrzucić mnóstwo ludzi, oczyścić dzielnicę. Jedni należeli do jednego komitetu sąsiedzkiego, drudzy do innego, nie bardzo to pojmowała, ale to problemy Generalitat, to taka katalońska Intendencia, dodała argentyński termin, żeby Sofía mogła zrozumieć. Kwestia polityczna.

Jednak nikt już nie mówił o "sprawie Ravalu". A czemu? Julieta wiedziała. Bo gdyby znowu zaczęto mówić, trzeba by wspomnieć o dzieciach. Nie o tych zgwałconych, bo najwyraźniej żadne nie zostało zgwałcone, to był czysty szantaż. O innych dzieciakach. Tych nieżyjących.

- Jeden ciągle krąży po ulicy Tallers i mówi: "Przysięgam na moich zmarłych". Myślałam, że istnieje naprawdę, początkowo, ale nie, bo chodzi zawsze o tej samej godzinie i nie wszyscy go widzą. Okropność, a to taka piękna ulica, tyle sklepów z płytami... Czasami nie mam odwagi, żeby tam pójść. A w dodatku to nie jest jego rewir, to Dzielnica Gotycka.

- Dziewczyno, musisz...

- Nie traktuj mnie jak wariatki. W tym mieście wszyscy o tym wiedzą i udają idiotów. Ale ty już to zauważyłaś, znać to po tobie. Którego widziałaś?

Sofía popatrzyła na filiżankę z wystygłą kawą. Potem podniosła wzrok i omiotła pozostałe stoliki. Obok nich dwóch ogromnych Skandynawów piło piwo, rozmawiając w dziwnym języku pełnym głosek A. Przy maszynie z papierosami dwaj Katalończycy wrzucali do otworu monety. Na ścianach wisiały plakaty reklamujące występy w klubie Sidecar, wystawy w Muzeum Sztuki Współczesnej. Anglicy ugruntowywali swoją złą sławę, wydzierając się na ulicy, być może śpiewając jakąś klasyczną piosenkę, której w ich pijackim wykonaniu nie sposób było rozpoznać. Wszystko wydawało się normalne, miasto z ekskluzywnymi barami jak ten, w którym podawano wyłącznie naturalne soki owocowe i smoothies, ze sklepami z markową odzieżą, z turystami zachwycającymi się modernistyczną architekturą i z dziewczynami rozkoszującymi się morzem w dzielnicy Barceloneta. Sofíę ogarnął lęk, że się zasugerowała, że uległa paranoi przyjaciółki, uczuciu, które zdawało się potwierdzać jej własną udrękę. A może ta obawa to nic innego jak tylko głęboka niechęć do dumnej Barcelony? A jeśli to fobia prowincjonalnej turystki? Postanowiła milczeć, lecz wtedy smród wdarł się jej do nosa niczym ostra papryczka, niczym silny zapach mięty, sprawiając, że łzy nabiegły jej do oczu; smród wyraźnie namacalny, czarny, grobowy.

- Ja nic nie widziałam - odparła Sofía. Mówiła prawdę. Jednak wierzyła przyjaciółce. Wierzyła, że wkrótce zobaczy.

Julieta wydawała się rozczarowana, przestraszona. Sofía ścisnęła uspokajająco jej rękę i dokończyła:

- Ale poczułam. Czuję.

Sofíi zebrało się na wymioty. Powstrzymała je, oddychając głęboko i przykładając do ust serwetkę, żeby stłumić nieco zapach.

- Poczułaś? Gdzie? - wyszeptała Julieta.

- Wszędzie. Teraz.

- Wiesz, co one robią? Nie pozwalają ci wyjechać.

- Co takiego?

- Te dzieciaki nie pozwalają ci wyjechać. Nie możemy wynieść się z Ravalu. Te dzieci były nieszczęśliwe, nie chcą, żeby ktokolwiek wyjeżdżał, chcą, żebyś cierpiała. Wysysają cię. Kiedy chcesz wyjechać, sprawiają, że gubisz paszport. Albo spóźniasz się na samolot. Albo taksówka, którą jedziesz na lotnisko, ma wypadek. Albo dostajesz propozycję pracy, której nie możesz odrzucić, bo to kupa forsy. Są jak te baśniowe duszki przestawiające w nocy w domu rzeczy z miejsca na miejsce, ale znacznie gorsze. Wszyscy, którzy mówią, że nie chcą się wynieść z Ravalu, kłamią. Nie mogą odejść. I uczą się wszystko znosić.

Sofía zamknęła oczy. Wydawało się jej, że słyszy pospieszne kroki malców biegających na bosaka po poprzerabianych mieszkaniach w dzielnicy Raval, i wyobraziła sobie dziecko w brudnym ubranku, służącym mu za materac, takie zagniewane, takie nieszczęśliwe. Niemal widziała jego bezzębne usta i zastarzałą nędzę. Nie chciała zobaczyć go naprawdę, jak siedzi na progu któregoś z domów przy ulicy Escudellers, zajmując stary koc jakiegoś ćpuna. Nie chciała widzieć nocnego obchodu, w jaki wyrusza z koleżkami na Plaça Negra.

- Jutro wyjedziesz - stwierdziła Julieta, teraz poważnym opiekuńczym tonem. - Zmienimy bilet. Pomogę ci. Jesteś z wizytą. Gości nie mogą zatrzymywać.

Po czym, śledząc wzrokiem światła helikoptera, który przecinał niebo, lecąc na północ, wyszeptała:

- Wracaj do domu. Zostaw nas samych. I nie martw się. Pewnego dnia uciekniemy. Już niedługo.

Wieża widokowa

Zawsze chciała powiedzieć tej dziewczynce, córce ostatniego i aktualnego właściciela, żeby się nie bała. Nie miała czego się bać. Była tam, ale dziewczynka jej nie wyczuwała, nie mogła jej zobaczyć; nikt nie mógł, chyba żeby, oczywiście, przybrała kształt. Jednak bez niego obecność nie była jej dana. Nie chodziło o to, że dziewczynka przejawiała jakąś szczególną wrażliwość: była jedynie przerażona. Przebiegała pędem przed schodami prowadzącymi na wieżę widokową hotelu, wyobrażając sobie, że tam, na wieży, przez lata stanowiącej najwyższą budowlę Ostende, ukrywa się jakaś wariatka, wariatka długowłosa, która przegląda się w lustrze, ubrana w białą nocną koszulę; bała się włoskiego kucharza dorzucającego drew do paleniska, nawet po tym, kiedy już został zwolniony (wierzyła, że mogłaby natknąć się na niego, jak szpieguje w korytarzach, i że ją też wrzuciłby do ognia, tak jak te drwa). Teraz, już jako kobieta, córka właściciela nie spędzała zim w hotelu. Mówiła, że nie znosi bylejakości kurortu opuszczonego na czas lodowatych miesięcy, kiedy nic, tylko wiało, a w Pinamar nawet kino nie pozostawało otwarte; mówiła też, że boi się ewentualnych złodziei. Ale to było kłamstwo. Chodziło o ten sam lęk, który paraliżował ją w kolistych korytarzach hotelu, kiedy była mała, trzymał z dala od niemal klasztornej jadalni na pierwszym piętrze albo od wielkiego lustra, czekającego na renowację w pokoju rupieciarni, w którym obawiała się zobaczyć odbicie czegoś nieznanego.

Dziwne. A jeszcze dziwniejsze było to, co opowiadali ludzie, goście, sam właściciel. Historia robotnika, który zginął na budowie i został zamurowany, jakby hotel rościł sobie pretensje do bycia gotycką katedrą. Kobieta zameldowana w nim zapewniała, że w głównej jadalni słyszała odgłosy jakiegoś przyjęcia, które ucichły wraz z ostrożnym "pst", kiedy próbowała się zbliżyć. Kucharz, który potwierdzał plotki o świętujących duchach. Wszystko to fałsz. Do niej należało znalezienie w hotelu tego, czego inni się obawiali albo co zmyślali. I jak dotąd nigdy jej się to nie udało. Ani kiedy Belgowie opuścili go, idąc na wojnę. Ani w sezonach, kiedy piasek z wydm zasypywał budynek aż do pierwszego piętra. Ani w tamto lato z wielorybem i tymi wszystkimi muchami, które opanowały plażę swoim śmiertelnym bzyczeniem, żywiąc się padłym, unieruchomionym zwierzęciem. Lato, kiedy nikt się nie kąpał.

Tak, w hotelu zatrzymywali się ludzie zdesperowani. Tak, słyszała, jak w myślach powtarzają, że pragną śmierci, i obdarowywała ich snami o straszliwym dzieciństwie i zapomnianych cierpieniach. Jednak nikt nie był gotów. I to nieprawda, że dla istot takich jak ona czas nie upływał. Była zmęczona. Miała nadzieję, że każde lato będzie tym ostatnim, i coraz więcej czasu spędzała na wieży widokowej, dokąd ledwo docierały odgłosy żywych, które tak dobrze umiała naśladować, lecz których nie rozumiała.

* * *

Jeśli ten pieprzony żakiet nie wejdzie do walizki, to się posram z zimna, w nocy nad morzem jest ziąb, pomyślała Elina i znowu nie udało się jej powstrzymać od płaczu, tak jak to teraz stale się działo w obliczu każdego niewielkiego niepowodzenia; kiedy przepaliła się żarówka w jadalni i nie miała zapasowej - ani pojęcia, jak ją wymienić; kiedy zapomniała zapłacić za światło i do biura dostawcy musiała iść przez całe miasto; kiedy zabrakło jej tabletek i o czwartej nad ranem wyruszała na poszukiwanie dyżurnej apteki. Na wydziale poprosiła o urlop, a wobec rodziny i przyjaciół próbowała udawać trzeźwość umysłu, jednak było to takie trudne, że już nie odbierała telefonów i rzadko kiedy odpowiadała na maile, i niech się wypchają; nie obchodziło jej, że się martwili. Nawet ich nie powiadomiła, że przerwała terapię i została tylko przy tabletkach; nie było o czym więcej mówić ani czego rozgrzebywać, pragnęła tylko tego chemicznie wywołanego poczucia lekkiego dystansu, który ją wyłączał, jednak pozwalał dalej żyć, coraz to mniej, lecz wystarczająco.

Nawet nie chciało się jej jechać do hotelu, ale obiecała to sobie samej, wiele miesięcy wcześniej, przed szpitalem, kiedy jeszcze wierzyła, że tydzień nad morzem sprawi, iż poczuje się lepiej, zmusi do tego, że przestanie myśleć o Pablu. Odszedł i więcej do niej nie zadzwonił ani nie napisał; nie wiedziała, czy jest żywy, czy martwy, a ona wolała którąkolwiek z tych dwóch wiadomości, którąkolwiek z nich zamiast tego życia w zawieszeniu, w oczekiwaniu na niego już od roku. Jak zwykle posłała mu esemesa, uprzedzając, dokąd jedzie. Nawet podała numer telefonu. Miała spędzić w hotelu swoje urodziny. Jeśli Pablo żył, jeśli kiedykolwiek ją kochał, musiał zadzwonić.

Tęskniła za tym, jak ją głaskał po plecach, jak śmiał się z jej paranoi, jak nieudolnie próbował ją pocieszać, za godzinami, jakie spędzał w kąpieli, za tym, że właściwie nie lubił jeść, za jego kośćmi biodrowymi, za tym, jak mówił, wymachując rękami; chciała znowu oglądać jego zdjęcia i czuć zazdrość, kiedy więcej uwagi poświęcał kotu niż jej, i spacerować z nim w słońcu, zawsze w ciemnych okularach, i za telefonami o świcie, i za patrzeniem na niego, jak śpi, i za tym, że umiał siedzieć cicho, a ona wściekała się na niego, że za długo siedzi cicho, i za porankami, kiedy błagała go, żeby nie wychodził, i płakała, kiedy to robił, chociaż za dwie godziny wracał i ona nigdy, przenigdy by go tak nie zostawiła, bez wiadomości, bez pożegnania niewdzięcznik a co jeśli nie żyje bo mogło tak być nikt o nim więcej nie słyszał chyba że to przed nią ukrywali ale jak mogli ukrywać coś takiego skoro widzieli że wymiotuje krwią bo nic nie je, skoro widzieli że tak gryzie poduszkę że aż rozszarpała poszewkę skoro widzieli jak się okalecza i upija i godzinami ze wzrokiem utkwionym w ekran czeka na mail aż do bólu głowy i zaczerwienionych oczu i płacze nad klawiaturą i nie rusza się z domu czekając na telefon; skoro słyszeli jak posyła ich w cholerę za te wszystkie pierdoły że alleluja i do przodu umarł król niech żyje król życie toczy się dalej musisz się bzykać facetów są tysiące jesteś ładna chodźmy potańczyć chcę ci kogoś przedstawić.

* * *

Dziewczyna jej się spodobała, jednak z latami nauczyła się nie ufać pierwszemu wrażeniu. Pamiętała, jak to było poprzednim razem, niemal dwadzieścia lat wcześniej, kiedy zobaczyła pewną jasnowłosą kobietę, z nosem czerwonym od płaczu i zagubionym spojrzeniem; jeszcze tej samej nocy odkryła, że tamta kobieta przyjechała spędzić kilka dni w hotelu, żeby pobyć nad morzem i próbować się pocieszyć - trochę - po śmierci dziecka. Przybrała kształt chłopca i ukazała się jej w korytarzach, w pokoju, w pobliżu kąpieliska, na schodach prowadzących na pierwsze piętro; jednak kobieta tylko krzyknęła i krzyczała, i wywieziono ją karetką. Była z mężem. Odebrała lekcję: powinna tego próbować tylko na kobietach samotnych.

Dziewczyna nazywała się Elina i przyjechała sama. Była piękna, ale nie zdawała sobie z tego sprawy. Miała oczy podkrążone od bezsenności i zbyt wielu papierosów; miała wyzywający wyraz twarzy i była antypatyczna w stosunku do gadatliwych i uroczych właścicieli. Nawet nie spojrzała na pozostałych gości. Pierwszego dnia nie zeszła na plażę ani na śniadanie, ani na obiad, a przy kolacji rozgrzebała jedzenie na talerzu i ukradkiem popiła winem trzy tabletki. Poznała, że Elina nienawidzi plaży. Czemu zatem tu była? Coś musiało ją spotkać na plaży, przed laty. Musi to ustalić jeszcze tej samej nocy, żeby Elina przypomniała sobie o tym w snach.

Korytarzami wyłożonymi niebieskimi chodnikami przeszła do pokoju. Elina opłaciła jeden z najdroższych, z mikrofalą i lodówką, suite, jednak było oczywiste, że nie zamierza użyć żadnego z tych udogodnień. To jeszcze nie był moment na przybieranie kształtu. Jutro. Tej nocy wystarczyło, że Elina śniła o tamtej nocy na plaży, kiedy miała siedemnaście lat i myślała, że nic nie może jej się stać; tamtej nocy, kiedy wychodząc z dyskoteki, zgodziła się pójść z jakimś pijanym facetem w stronę pustego kąpieliska. Zasłonił jej usta dłonią, żeby nie krzyczała, lecz Elina nawet nie drgnęła, ze strachu. A potem nikomu o tym nie powiedziała. Tylko umyła się i płakała, i nakupowała sobie kremów do higieny intymnej, żeby uśmierzyć ból i pieczenie od piasku palącego jej miękką wewnętrzną skórę.

* * *

Cóż za cudowny moment na wspominanie tamtego gówna, pomyślała Elina i wyjrzała przez okno swojego pokoju wychodzące na basen. Nie żeby o tym zapomniała, lecz owa noc na plaży rzadko pojawiała się w jej snach. Niemniej wiedziała, że to dlatego Pablo ją zostawił. Bo czasami jej dotykał, a ona przypominała sobie piasek między nogami i ból, i musiała powiedzieć dosyć, i nigdy nie zdołała mu nic wyjaśnić ze strachu, aż w końcu mu się znudziło, jakżeby nie, skoro była wrakiem, na zawsze.

Na zewnątrz jakaś para rozmawiała, każde na swoim leżaku, trzymając się za ręce. Nienawidziła ich. Dzieci chlapały się w wodzie, chociaż nie było gorąco, a jakiś na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna czytał książkę w żółtych okładkach, w cieniu. Niewielu gości albo przynajmniej hotel sprawiał takie wrażenie, jakże cichy. To nie był dobry pomysł, uznała Elina i odczekała godzinę, dwie godziny, jednak nikt z recepcji do niej nie zadzwonił, by powiadomić, że jest do niej telefon. Trzydzieści jeden lat i żeby tak nie wiedzieć, co robić. Co robić. Kolejnych dwadzieścia prowadzenia zajęć na wydziale. Kolejnych dwadzieścia lat na stanowisku adiunkta. Kolejnych dwadzieścia za marną forsę, a potem śmierć w samotności; dwadzieścia lat zebrań pracowników wydziału i narzekań. Nie miała innego planu. A poza tym, jeśli miałaby być szczera, może wcale nie potrafiłaby znowu być adiunktem. Na ostatnich zajęciach, kiedy wyjaśniała teorię Durkheima, wybuchnęła płaczem, kretynka. Wybiegła z sali. Nie mogła zapomnieć chichotów studentów, nawet nie tyle okrutnych, co nerwowych, a jednak z jaką chęcią by ich wymordowała. Zamknęła się w gabinecie profesorskim. Ktoś ją tam znalazł, rozdygotaną. Ktoś inny wezwał karetkę i pamiętała niewiele więcej aż do chwili, gdy obudziła się w jakiejś klinice - drogiej, z uroczym i nie do zniesienia personelem, opłaconej przez jej matkę - i sesje grupowe, i to okropne wrażenie, że nie obchodzi jej, co mówią inni, i myślenie podczas zajęć praktycznych, jak umrzeć ("czy potrafię wbić sobie pędzel w żyłę szyjną?"), i sesje terapii indywidualnej, gdzie siedziała jak zamurowana, bo nie umiała niczego wyjaśnić, i podejrzany wypis. Rodzice wynajęli jej mieszkanie, żeby była niezależna, żeby szybciej doszła do siebie, żeby się pozbierała, wszystkie te gadki szmatki. I Pablo, który nawet o nią nie spytał, gdziekolwiek był. I pod naciskiem psychiatry powrót na uczelnię na miesiąc, jednak udało się jej wytrzymać tylko dwa tygodnie, i zwolnienie, i teraz plaża.

Zebrała włosy w niechlujny koński ogon i postanowiła zejść na obiad - jak zwykle zaspała, ponieważ już nie kontrowała liczby przyjmowanych tabletek. A potem, powiedziała sobie, na plażę. Świeciło słońce. Podobno morze uspokaja. Wychodząc, minęła dziwne rzeźby owiec, jakby żywcem wyjętych z jakiejś ogromnej szopki, i z niejaką ciekawością popatrzyła na dwóch nastolatków próbujących trafić korkiem do pyska żaby z brązu.

Znowu rozgrzebała jedzenie na talerzu, jednak udało się jej przełknąć dwa kęsy i wypić cały seven-up, przynajmniej jakiś cukier. I ruszyła w stronę kąpieliska położonego zaledwie sto metrów dalej; dochodziło się tam brukowaną ścieżką, obrośniętą krzakami, na widok których zabrakło jej tchu, a co, jeśli coś się tam ukrywa, jednak pobiegła i dotarła do starych drewnianych schodów i morza, ogromnej plaży, jaśniejszej i o piasku bardziej przejrzystym niż na pozostałej części wybrzeża, pod niebem w kolorze fioletowobłękitnym, gdyż zbierało się na deszcz. Usiadła na jednym z krzeseł, pod namiotem, i popatrzyła na kilku czterdziestoletnich mężczyzn o jeszcze smukłych ciałach, którzy grali w piłkę; pomyślała, żeby podejść, może wziąć sobie któregoś do łóżka, czemu nie, skoro od ponad roku się nie bzykała, jednak wiedziała, że nie, że desperację się wyczuwa, a ona cuchnęła. Zobaczyła dziewczęta w bikini rzucające wyzwanie wiatrowi. I zaczekała na deszcz. Dała się zmoczyć. A kiedy z jej długich włosów krople skapywały już na spodnie, a zimna woda spływała strużką z szyi na pierś i brzuch, wyjęła z kieszeni żyletkę i na ramieniu zaczęła sobie robić dokładne sznyty, jeden, dwa, trzy, aż zobaczyła krew i poczuła ból i coś zbliżonego do orgazmu. Niechby dalej było zimno, wtedy mogłaby się okryć. Chociaż aż tak jej nie zależało. Obawiała się jedynie, że jakaś litościwa dusza to zauważy, zacznie jej współczuć i przerażona zadzwoni do Buenos Aires albo po karetkę, albo na telefon zaufania dla samobójców.

Kiedy wróciła, zapytała, czy ktoś do niej dzwonił. "Nie, kochaniutka", odparła telefonistka, cała w uśmiechach. W pokoju zanurzyła się w wannie i ponownie przeciągnęła żyletką po sznytach, żeby krew mogła unosić się wokół niej i zabarwiać wodę na czerwono. Było pięknie. Włożyła głowę pod wodę i otworzyła oczy na ocean różowawej piany.

* * *

Nie zamierzała z nikim rozmawiać, jednak przy śniadaniu jakaś nowo przybyła dziewczyna - tak jej się wydawało, gdyż była bardzo blada i wyglądała na nieco skrępowaną - przysiadła się do jej stolika. Rano jadalnia się zapełniała. Elina poprosiła o kawę z mlekiem, żeby się rozbudzić, gdyż nie spała i czuła się półprzytomna. Wraz z pierwszym natarciem kofeiny serce wierzgnęło jej w piersiach, ale miała to gdzieś. Jak miło tak umrzeć, nagle, wcale tego nie planując, w taki prosty sposób. Znacznie lepiej niż od tabletek: kiedy tego spróbowała, kiedy obudziła się z rurką w gardle, zdała sobie sprawę, jak trudno jest przedawkować. Później zrozumiała swój błąd, dowiedziała się, jakie tabletki powinna była połknąć, jednak nie ośmieliła się tego powtórzyć.

Po nieśmiałym "cześć" dziewczyna zapytała, czy była już w pokoju Saint-Exupéry'ego. Elina odparła, że jeszcze nie, chociaż pomyślała: "a gówno mnie obchodzi pokój jakiegoś pisarza". Jednak dziewczyna nie odpuściła. Nie z uwagi na zamiłowanie do literatury. "Słyszałam, że jak się tam w środku robi zdjęcia, zawsze wychodzą zamazane. Podobno widać na nich ducha. Ja tam nie wiem. Ale ten hotel zasługuje na ducha".

Może, odparła Elina, jednak, prawdę mówiąc, duch Saint-Exupéry'ego jakoś mnie nie przeraża. Dziewczyna roześmiała się. Miała dziwny śmiech, wymuszony, lecz nie udawany. Jakby nie nawykła się śmiać. Spodobała się jej. Albo przynajmniej nie sprawiała wrażenia takiej antypatycznej jak ci bogaci i wypomadowani młodzieńcy, panowie prowadzący jakże zajmujące rozmowy, wyluzowane dziewczyny z narzeczonymi w okularach, z książkami pod pachą, czterdziestolatkowie, którzy wieczorami odkorkowywali drogie wina i wąchali je, i wzdychali, zanim zapalili cygaro.

"A o tej wieży widokowej wiedziałaś?", spytała dziewczyna. Coś niecoś, powiedziała Elina. Tyle że nie pokazują jej byle komu, bo konstrukcja jest stara, nie wyremontowali jej i jest niebezpieczna. Dziewczyna pokręciła przecząco głową. Miała długie ręce, lecz była bardzo niska. W efekcie wyglądała nieproporcjonalnie, niemalże jakby była zdeformowana. "Nie jest niebezpieczna. Schody są strome. Ja je znam. Mogłybyśmy pójść. Nie zamykają jej na klucz, to kłamstwo. Drzwi trochę się zacinają. Trzeba je pchnąć".

Dobra, zgodziła się Elina. Jutro pójdziemy. Poprosiła o te dwadzieścia cztery godziny zwłoki, żeby sprawdzić, czy zdoła się przespać. I, co ważniejsze, żeby znaleźć jakąś kawiarenkę internetową na wypadek, gdyby Pablo napisał.

Jednak nigdy nie dotarła do kawiarenki. Znała to drżenie rąk, brak powietrza, ową konieczność opuszczenia ciała, owo myślenie stale o tym samym. Idąc korytarzem, zapaliła papierosa i wróciła do pokoju, położyła się na wznak na łóżku i czekała na noc i kolejny dzień, przy włączonym telewizorze, lecz nie mogła uchwycić sensu jakiegokolwiek programu, przerażona, że nie potrafi płakać.

* * *

Istoty takie jak ona nie wpadały w zachwyt ani w podniecenie. Były jedynie pewne. I ona była pewna, że Elina jest tą właściwą. Że to zrobi.

Zaprowadziła ją do wieży widokowej. Właściciele rzeczywiście zamykali drzwi prowadzące na tak strome schody na klucz, jednak, ma się rozumieć, takie działania nie mogły jej powstrzymać. Elina weszła za nią, oddychając z trudem; na schodach wbiła sobie drzazgę w rękę, ale nawet się nie poskarżyła. A kiedy dotarła do kwadratowego pomieszczenia wieży, do okien, z których stojąc na palcach, można było w oddali zobaczyć morze, do światła koloru ochry, do zapachu drewna i cieni gdzieś poniżej, w czymś w rodzaju zapadliny u stóp wieży, zauważyła, że Elina się uśmiecha.

- Córka właściciela, kiedy była mała, wierzyła, że ukrywali tu wariatkę.

- Jaką wariatkę? - Elina ciągle się uśmiechała.

- Żadną, nigdy takiej nie było. Dziewczynka przeczytała jakąś książkę o uwięzionej wariatce i się zasugerowała.

- W książkach zawsze zamykają wariatki - wyszeptała Elina.

- Mogłyby uciec.

- Mogłyby - powiedziała Elina i usiadła na podłodze, żeby pobawić się odłamkami szyb pozostałymi po remoncie, który nigdy nie został zakończony. - Przedwczoraj były moje urodziny - ciągnęła. - Skończyłam trzydzieści jeden lat.

- I nie chciało ci się ich świętować?

Elina popatrzyła na nią i dziewczyna się uśmiechnęła, chociaż na pewno to nie było to, co musiała zrobić. Może powinna objąć Elinę, jak często widywała u ludzi. Jednak to mogłoby wszystko zniweczyć.

Lepiej było przyprowadzić ją na wieżę jeszcze raz, następnego dnia.

I zostawić zamkniętą.

I może pokazać jej swój prawdziwy kształt, przed pozostawieniem jej samej tam na górze.

I nie dopuścić do tego, aby goście i właściciele usłyszeli krzyki. Potrafiła zapanować nad tym, co docierało do ludzkich uszu, a co nie.

I zaczekać, aż głód doprowadzi ją do rozpaczy, i przemawiać do niej przez drzwi, mówić, że nikt nie przyjdzie jej szukać, bo nikogo nie obchodzi.

Może nawet wejść jeszcze raz, wiele razy, jeśli będzie trzeba, i za każdym razem ukazywać jej coś więcej ze swojego prawdziwego kształtu. I swego prawdziwego zapachu. I oczywiście ze swego prawdziwego dotyku. Och, wiedziała, że nic tak nie przeraża, jak jej dotyk.

I czekać na skok, hałas, krzyki: Elina z uwagą obejrzała nie tylko okna, lecz również schody. Jeden fałszywy krok na owych schodach wystarczy. A jak nie, Elina mogła z powrotem wejść na wieżę i ponownie rzucić się z samej góry. Była gotowa to zrobić.

A wtedy hotel miałby Elinę, która krążyłaby w kółko z zimnymi dłońmi i zakrwawionymi ramionami.

A ona byłaby wolna, bo w końcu ją znalazła.