Niebezpieczne prądy. Saga rodu Quinnów. Tom 2 - Nora Roberts

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Ethan wynu­rzył się ze snu i stur­lał z łóżka. Wciąż było ciemno, on jed­nak zwy­kle zaczy­nał dzień, nim noc ustą­piła pod napo­rem świtu. Lubił to ciche, pro­ste życie i towa­rzy­szącą mu ciężką pracę. Ni­gdy nie prze­stał żywić wdzięcz­no­ści za to, że mógł doko­nać wyboru i żyć w ten spo­sób. Choć ludzie, któ­rzy dali mu ten wybór i to życie, ode­szli, Ethan wciąż sły­szał ich głosy w pięk­nym domu nad wodą. Zda­rzało mu się uno­sić głowę znad samot­nego śnia­da­nia, jakby się spo­dzie­wał, że lada moment w drzwiach kuchni sta­nie, zie­wa­jąc, matka ze zmierz­wio­nymi od snu rudymi wło­sami i ledwo widzą­cymi oczami.

Choć nie żyła od nie­mal sied­miu lat, ten swoj­ski poranny obra­zek doda­wał mu otu­chy. Więk­szy ból spra­wiało myśle­nie o męż­czyź­nie, który go usy­no­wił. Od śmierci Ray­monda Quinna upły­nęły zale­d­wie trzy mie­siące i wspo­mnie­nie wciąż było zbyt świeże, zwłasz­cza ze względu na nie­przy­jemne i nie do końca wyja­śnione oko­licz­no­ści. Ray zgi­nął w wypadku bez udziału innych samo­cho­dów, w środku dnia, na suchej dro­dze, we wcze­sno­wio­senny mar­cowy dzień. Samo­chód jechał szybko i kie­rowca nie zdo­łał - lub nie chciał - opa­no­wać go na zakrę­cie. Próby dowio­dły, że z fizycz­nego punktu widze­nia nie było powodu, by Ray roz­trza­skał się o słup tele­fo­niczny.

Ist­niały jed­nak przy­czyny emo­cjo­nalne, o któ­rych z cięż­kim ser­cem myślał teraz Ethan.

Myślał o nich, roz­po­czy­na­jąc dzień: pobież­nie przy­cze­su­jąc wciąż mokre po prysz­nicu, gęste, kręte, wypło­wiałe od słońca brą­zowe włosy, zbyt nie­sforne, by cokol­wiek sobie robiły z tych prób; goląc się przed zapa­ro­wa­nym lustrem, zdra­pu­jąc piankę i nocny zarost z ogo­rza­łej, kości­stej twa­rzy skry­wa­ją­cej sekrety, któ­rymi rzadko się dzie­lił. Ze spo­koj­nych, nie­bie­skich oczu także nie dało się ich wyczy­tać.

Na lewo od szczęki bie­gła podłużna bli­zna - pamiątka po naj­star­szym bra­cie, cier­pli­wie zszyta przez matkę. Co za szczę­ście, że mama była lekarką, myślał Ethan, w zamy­śle­niu pocie­ra­jąc bli­znę kciu­kiem. Co rusz któ­ryś z jej trzech synów potrze­bo­wał udzie­le­nia pierw­szej pomocy. Ray i Stella adop­to­wali ich wszyst­kich - trzech obcych, zdzi­cza­łych, pora­nio­nych przez życie wyrost­ków - i utwo­rzyli rodzinę.

Kilka mie­sięcy przed śmier­cią Ray usy­no­wił kolejne dziecko. Seth DeLau­ter był teraz jed­nym z nich. Ethan ni­gdy tego nie kwe­stio­no­wał, ale wie­dział, że inni tak. Mia­steczko St. Chri­sto­pher aż huczało od plo­tek, że Seth nie jest kolej­nym wyrzut­kiem przy­gar­nię­tym przez Raya, lecz jego nie­ślub­nym synem, spło­dzo­nym jesz­cze za życia pani Quinn z inną, młod­szą kobietą.

Ethan potra­fił zigno­ro­wać plotki, lecz faktu, że dzie­się­cio­letni Seth ma oczy Raya, zigno­ro­wać się nie dało.

Dosko­nale dostrze­gał też obecną w tych oczach ciem­ność. Zra­nieni roz­po­znają zra­nio­nych. Wie­dział, że życie Setha przed przy­gar­nię­ciem go przez Raya było kosz­ma­rem. Znał to z autop­sji. Ale teraz dzie­ciak jest bez­pieczny - myślał, wkła­da­jąc luźne baweł­niane spodnie i wypło­wiałą koszulę robo­czą. Teraz jest Quin­nem, nawet jeśli nie ure­gu­lo­wano jesz­cze do końca kwe­stii praw­nych. Na szczę­ście mieli Phi­lipa. Ethan miał nadzieję, że jego skru­pu­latny brat zała­twi wszystko z praw­ni­kiem. Wie­dział też, że Came­ron, naj­star­szy z Quin­nów, zdo­łał nawią­zać z chłop­cem umiar­ko­wany kon­takt.

Zro­bił to wpraw­dzie po dłuż­szych dąsach - Ethan z pół­u­śmie­chem wspo­mi­nał, jak ci dwaj ska­kali sobie do oczu niczym wście­kłe kocury. Teraz, gdy Cam się ustat­ko­wał - oże­nił się ze śliczną pra­cow­nicą socjalną - powinno im się lepiej ukła­dać. Ethan lubił uło­żone życie. Nie­stety, cze­kała ich jesz­cze wojna z firmą ubez­pie­cze­niową, która nie chciała wypła­cić pie­nię­dzy z polisy Raya, ponie­waż ist­niało podej­rze­nie samo­bój­stwa. Poczuł ucisk w żołądku. Tro­chę trwało, nim znów się odprę­żył. Ich ojciec ni­gdy by się nie zabił. Wielki Quinn zawsze sta­wiał czoło pro­ble­mom i nauczył synów robić to samo.

Nad rodziną wisiała jed­nak chmura, która za żadne skarby nie chciała się roz­pro­szyć. Zaczęło się od tego, że pew­nego dnia w col­lege'u, w któ­rym Ray uczył lite­ra­tury angiel­skiej, zja­wiła się nagle matka Setha. Poskar­żyła się dzie­ka­nowi, że Ray Quinn ją mole­sto­wał. Niczego nie dowio­dła, bo jej opo­wieść zawie­rała zbyt wiele nie­wia­ry­god­nych zwro­tów i oczy­wi­stych kłamstw, lecz Ray był wyraź­nie wstrzą­śnięty. Wkrótce po wyjeź­dzie Glo­rii DeLau­ter wyje­chał w ślad za nią - i wró­cił z chłop­cem.

Był też list zna­le­ziony w samo­cho­dzie po wypadku. List, w któ­rym Glo­ria ewi­dent­nie szan­ta­żo­wała Raya. Ponadto wia­domo było, że Quinn dał jej pie­nią­dze. Sporo pie­nię­dzy.

Teraz kobieta znów znik­nęła. Ethan pra­gnął, żeby już ni­gdy nie wró­ciła, ale wie­dział, że plotki nie ucichną, póki wszystko się nie wyja­śni. "Nic na to nie pora­dzę" - pomy­ślał z rezy­gna­cją, po czym wyszedł na kory­tarz i zapu­kał ener­gicz­nie w drzwi pokoju naprze­ciw. Usły­szał stęk­nię­cie, senny pomruk, a potem prze­kleń­stwo. Nie­zra­żony zszedł na dół. Seth znów będzie się pie­klił, że musi tak wcze­śnie wstać. Cóż. Cam i Anna spę­dzali mie­siąc mio­dowy we Wło­szech, a Phi­lip wyje­chał do Bal­ti­more i miał wró­cić dopiero na week­end, więc nie­wdzięczne zada­nie budze­nia chło­paka i pro­wa­dze­nia go do domu zna­jo­mych, by tam prze­cze­kał do roz­po­czę­cia lek­cji, przy­pa­dło w udziale Etha­nowi. Sezon na kraby trwał w naj­lep­sze, więc dzień poła­wia­cza - a do powrotu Came­rona i Anny także dzień Setha - zaczy­nał się przed świ­tem.

W cichym budynku pano­wał mrok, lecz Ethan prze­miesz­czał się bez trudu. Miał wła­sny dom, ale chcąc otrzy­mać opiekę nad Sethem, trzej bra­cia musieli się zobo­wią­zać, że będą żyć pod jed­nym dachem i dzie­lić mię­dzy sie­bie obo­wiązki. Obo­wiązki mu nie prze­szka­dzały, tęsk­nił jed­nak za swoim dom­kiem, za pry­wat­no­ścią i spo­ko­jem daw­nego życia.

Zapa­lił świa­tło w kuchni. Poprzed­niego wie­czoru przy­pa­dała kolej Setha na sprzą­ta­nie w kuchni i na pierw­szy rzut oka widać było, że nie spi­sał się naj­le­piej. Igno­ru­jąc zagra­cony i lepki blat stołu, Ethan pod­szedł pro­sto do kuchenki. Jego pies Simon odwi­nął się z kłębka i prze­cią­gnął leni­wie, ude­rza­jąc ogo­nem o pod­łogę.

Ethan w zamy­śle­niu podra­pał retrie­vera po gło­wie i zapa­rzył kawę.

Powoli przy­po­mi­nał sobie sen, który śnił krótko przed prze­bu­dze­niem. Sie­dział z ojcem na kutrze, spraw­dza­jąc pułapki na kraby. Ośle­pia­jące słońce, nie­ru­choma, krysz­ta­łowo czy­sta tafla wody i tylko oni dwaj. Jakie to wszystko było wyra­zi­ste, pomy­ślał teraz: nawet zapach wody, ryb i potu...

- Wie­dzia­łem, że zaopie­ku­je­cie się Sethem. - Ponad ryk sil­nika i krzyki mew wzniósł się zna­jomy głos ojca.

- Nie musia­łeś umie­rać, żeby to spraw­dzić. - W gło­sie Ethana pobrzmie­wała uraza, może nawet gniew, do któ­rego teraz, po prze­bu­dze­niu, nie chciał się przy­znać.

- Nie pla­no­wa­łem tego - odparł swo­bod­nie Ray, wycią­ga­jąc kraby z klatki wyło­wio­nej przez Ethana osęką spod boi. Jego grube, poma­rań­czowe ręka­wice rybac­kie poły­ski­wały w słońcu. - Zaufaj mi. Masz tu parę dobrych pia­sko­ła­zów i mnó­stwo samic kalinka.

Ethan omiótł wzro­kiem dru­cianą klatkę. Jego wzrok odno­to­wał roz­miary połowu, ale umysł zaprząt­nięty był czymś innym.

- Chcesz, żebym ci zaufał, ale nie chcesz mi nic wyja­śnić.

Ray odwró­cił się i zdjął jaskra­wo­czer­woną czapkę, uwal­nia­jąc impo­nu­jącą szopę siwych wło­sów. Wiatr bawił się nimi i marsz­czył kary­ka­turę Johna Ste­in­becka zdo­biącą front jego luź­nej koszuli okry­wa­ją­cej sze­roką pierś. Wielki ame­ry­kań­ski pisarz trzy­mał trans­pa­rent gło­szący, że chęt­nie podej­mie pracę w zamian za wyży­wie­nie, ale nie wyglą­dał na zbyt zado­wo­lo­nego. Ray Quinn dla odmiany pro­mie­nio­wał rado­ścią i ener­gią dziar­skiego sześć­dzie­się­cio­latka mają­cego przed sobą jesz­cze kawał życia.

- Musisz zna­leźć wła­sny spo­sób, wła­sne odpo­wie­dzi. - Uśmiech­nął się do Ethana błysz­czą­cymi, nie­bie­skimi oczami, wokół któ­rych pogłę­biły się zmarszczki. - Wtedy bar­dziej je doce­nisz. Jestem z cie­bie dumny.

Z palą­cym gar­dłem i ści­śnię­tym ser­cem Ethan machi­nal­nie wło­żył do klatki nową przy­nętę, a potem patrzył, jak poma­rań­czowe boje pod­ska­kują na wodzie.

- Za co?

- Za to, że jesteś. Że jesteś Etha­nem.

- Powi­nie­nem był czę­ściej cię odwie­dzać. Zosta­wi­łem cię samego.

- Bzdury - w gło­sie Raya zabrzmiała nagła iry­ta­cja. - Czy ja byłem jakimś sta­rym inwa­lidą? Na litość boską, jeśli nie chcesz mnie zde­ner­wo­wać, nie waż się tak myśleć, obwi­niać się o brak opieki nade mną! Naj­pierw masz pre­ten­sje do Cama, że wypro­wa­dza się do Europy, potem do Phi­lipa, że jedzie do Bal­ti­more, a teraz to. Zdrowe ptaki wyla­tują z gniazda. Twoja matka i ja wycho­wa­li­śmy zdrowe potom­stwo. - Nim Ethan zdą­żył się ode­zwać, ojciec uniósł rękę. Był to tak typowy gest wykła­dowcy, który tłu­ma­czy swój punkt widze­nia i nie dopusz­cza, aby mu prze­ry­wano, że syn musiał się uśmiech­nąć. - Tęsk­ni­łeś za nimi. Dla­tego chcia­łeś być na nich wście­kły. Oni wyje­chali, a ty zosta­łeś i bra­ko­wało ci ich. Cóż, teraz masz ich z powro­tem, prawda?

- Na to wygląda.

- A w dodatku doro­bi­łeś się pięk­nej bra­to­wej, firmy i tego. - Ray zama­szy­stym gestem ogar­nął wodę, pod­ska­ku­jące boje i wyso­kie kępy lśnią­cej od wil­goci zostery, na któ­rych skraju niczym mar­mu­rowa kolumna stała samotna cza­pla. - A na doda­tek masz w sobie coś, czego potrze­buje Seth. Cier­pli­wość. Może pod nie­któ­rymi wzglę­dami nawet za dużą.

- Co niby chcesz przez to powie­dzieć?

Ray wes­tchnął dra­ma­tycz­nie.

- Bra­kuje ci cze­goś, czego bar­dzo potrze­bu­jesz, Etha­nie. Cze­kasz i wymy­ślasz sobie wymówki, zamiast wziąć się w garść i dzia­łać. Jeśli będziesz sie­dział z zało­żo­nymi rękami, znów ci to umknie.

- Niby co? - zapy­tał Ethan, wzru­sza­jąc ramio­nami i pod­pły­wa­jąc do kolej­nej boi. - Mam wszystko, czego mi trzeba i czego pra­gnę.

- Nie pytaj "co", tylko "kto". - Ray cmok­nął zna­cząco, po czym ujął syna za ramiona i potrzą­snął nim szybko. - Zbudź się, Etha­nie.

I Ethan się zbu­dził, wciąż czu­jąc na ramie­niu dotyk zna­jo­mej wiel­kiej dłoni.

Teraz jed­nak, w zamy­śle­niu popi­ja­jąc poranną kawę, wciąż nie znał odpo­wie­dzi.

Roz­dział pierw­szy

- Mam tu garść ład­nych kalin­ków, kapi­ta­nie. - Jim Bodine wygar­niał kraby z klatki, wrzu­ca­jąc do zbior­nika te, które nada­wały się na sprze­daż. Bli­zny na twar­dych dło­niach sta­no­wiły żywy dowód na to, że kła­piące szczypce są mu nie­straszne. Miał na sobie tra­dy­cyjne ręka­wice poła­wia­cza, które jed­nak, co potwier­dzi każdy przed­sta­wi­ciel tej pro­fe­sji, szybko się nisz­czą. A gdy tylko zrobi się w nich dziura, kraby natych­miast ją znaj­dują.

Jim pra­co­wał bez wytchnie­nia, sto­jąc w roz­kroku dla utrzy­ma­nia rów­no­wagi na roz­ko­ły­sa­nej łodzi i mru­żąc ciemne oczy wyzie­ra­jące z ogo­rza­łej od słońca i ste­ra­nej życiem twa­rzy. Rów­nie dobrze mógł mieć pięć­dzie­siąt, co osiem­dzie­siąt lat i nie­spe­cjal­nie go obcho­dziło, na któ­rym bie­gu­nie go umie­ścisz.

Zawsze nazy­wał Ethana kapi­ta­nem i rzadko wypo­wia­dał wię­cej niż jedno zda­nie oznaj­mu­jące na raz.

Ethan skrę­cił w stronę następ­nej klatki, prze­su­wa­jąc rum­pel, który więk­szość ryba­ków woli od koła ste­ro­wego. Jed­no­cze­śnie lewą ręką regu­lo­wał prze­pust­nicę i biegi. Prze­miesz­cza­jąc się wzdłuż sze­regu puła­pek, na każ­dym kroku trzeba było uwa­żać, żeby się w coś nie wpa­ko­wać. Zatoka Che­sa­pe­ake potra­fiła być hojna, gdy miała na to ochotę, lecz lubiła pła­tać figle i zmu­szała poła­wia­czy, by ciężko haro­wali na swoje kraby.

Znał ją jak wła­sną kie­szeń. Cza­sami miał wra­że­nie, że poznał zmienne nastroje naj­więk­szego estu­arium kon­ty­nentu lepiej niż wła­sne. Zatoka cią­gnęła się z pół­nocy na połu­dnie przez dwie­ście mil, lecz miała zale­d­wie cztery mile sze­ro­ko­ści w oko­li­cach Anna­po­lis i trzy­dzie­ści u ujścia Poto­maku.

Uza­leż­nione od kapry­sów zatoki i prze­kli­na­jące jej kapry­śną naturę mia­steczko St. Chri­sto­pher wci­skało się w połu­dniową część jej wschod­niego wybrzeża. Uko­chane wody Ethana ota­czały mokra­dła poprze­ci­nane nizin­nymi rze­kami o postrzę­pio­nych, prze­dzie­ra­ją­cych się przez gąsz­cze euka­lip­tu­sów i dębów odno­gach. Był to świat kana­łów pły­wo­wych i nagłych pły­cizn, na któ­rych ple­niły się nurza­niec i rupia. Ethan zaak­cep­to­wał ten świat z jego zmienną pogodą, nagłymi burzami, nie­za­mie­ra­ją­cymi ani na chwilę odgło­sami i zapa­chami wody.

Chwy­cił osękę i w odpo­wied­nim momen­cie wyćwi­czo­nym, płyn­nym jak taniec ruchem zaha­czył linkę i przy­cią­gnął klatkę do wycią­garki.

Po kilku sekun­dach klatka wynu­rzyła się z wody, ude­ko­ro­wana wodo­ro­stami i reszt­kami przy­nęty. W środku tło­czyły się kraby: roz­po­znał jasno­czer­wone szczypce samic i sko­śne oczy sam­ców.

- Nie­zły połów. - Tylko tyle miał do powie­dze­nia Jim, nim przy­stą­pił do pracy, wcią­ga­jąc klatkę na pokład, jakby ważyła tyle co piórko.

Wody tego dnia były wzbu­rzone i Ethan wyczuł nad­cią­ga­jący sztorm. Ste­ru­jąc kola­nem, bo rąk potrze­bo­wał do innych czyn­no­ści, zer­k­nął na chmury kłę­biące się w oddali na zacho­dzie. Mamy czas, uznał i ruszył ku kolej­nym pułap­kom, by spraw­dzić, ile kra­bów się zła­pało. Wie­dział, że Jim roz­pacz­li­wie potrze­buje gotówki, a i on sam łak­nął każ­dego gro­sza, jaki mógł wyci­snąć z tej pracy. Sporo jesz­cze musieli zain­we­sto­wać w nową firmę szkut­ni­czą braci Quinn.

Mamy czas, powtó­rzył w myślach, gdy Jim obwie­szał klatkę roz­mro­żo­nymi kawał­kami ryb i spusz­czał do wody. Potem gwał­tow­nym ruchem zaha­czył osękę o linkę kolej­nej boi.

Simon, wypie­lę­gno­wany che­sa­pe­ake bay retrie­ver, stał z wysu­nię­tym języ­kiem, przed­nie łapy trzy­ma­jąc na relingu. Podob­nie jak jego pan, naj­szczę­śliw­szy czuł się na morzu.

Męż­czyźni pra­co­wali w ide­al­nej har­mo­nii, komu­ni­ku­jąc się pomru­kami, wzru­sze­niami ramion i od czasu do czasu jakimś prze­kleń­stwem. Praca dawała im satys­fak­cję, bo kraby w tym roku obro­dziły. Bywały jed­nak i takie sezony, w któ­rych zda­wało się, że zima zabiła wszyst­kie albo woda ni­gdy nie sta­nie się dość cie­pła, by poku­siły się o wypły­nię­cie. Były to cięż­kie lata dla poła­wia­czy, jeśli nie mieli innego źró­dła docho­dów. Dla­tego wła­śnie Ethan zamie­rzał budo­wać łodzie.

Pierw­szy jacht Quin­nów był już nie­mal gotów. I wyglą­dał prze­pięk­nie. Came­ron zna­lazł kolej­nego klienta - jakie­goś nadzia­nego gościa, któ­rego poznał, gdy jesz­cze brał udział w wyści­gach - więc wkrótce mieli zacząć budowę kolej­nej łodzi. Ethan ni­gdy nie wąt­pił, że jego brat przy­cią­gnie gotówkę. Damy radę, powta­rzał sobie, nie­za­leż­nie od wąt­pli­wo­ści i narze­kań Phi­lipa. Zer­k­nął na słońce, spraw­dził czas, przyj­rzał się pły­ną­cym ocię­żale, lecz nie­prze­rwa­nie ku wscho­dowi chmu­rom.

- Wra­camy, Jim - powie­dział.

Byli na wodzie zale­d­wie osiem godzin, ale Jim nie narze­kał. Wie­dział, że to nie nad­cho­dząca burza kazała Etha­nowi zawró­cić do brzegu.

- Chło­pak wró­cił ze szkoły - mruk­nął.

- Mhm.

Seth był dość samo­dzielny, by spę­dzić kilka godzin sam w domu, ale Ethan wolał nie kusić losu. Dzie­się­cio­la­tek z takim tem­pe­ra­men­tem przy­ciąga kło­poty jak magnes. Póki Cam był w Euro­pie, czyli jesz­cze przez parę tygo­dni, opieka nad chłop­cem spo­czy­wała wyłącz­nie na bar­kach Ethana.

Wody zatoki przy­brały mato­wo­szarą barwę nieba i coraz moc­niej koły­sały łodzią, lecz ani męż­czyźni, ani pies nie przej­mo­wali się zbyt­nio sza­loną huś­tawką. Simon stał na dzio­bie z unie­sio­nym łbem i powie­wa­ją­cymi na wie­trze uszami, uśmie­cha­jąc się swoim psim uśmie­chem. Wie­dział, że łajba dowie­zie ich bez­piecz­nie do brzegu, bo zbu­do­wał ją wła­sno­ręcz­nie jego pan. Jim, rów­nie ufny jak pies, schro­nił się pod bre­zen­tem i zapa­lił papie­rosa, ota­cza­jąc pło­mień dłońmi.

Na nabrzeżu w St. Chri­sto­pher tło­czyli się tury­ści. Począ­tek czerwca wygo­nił ich z przed­mieść Waszyng­tonu i Bal­ti­more i przy­gnał tutaj. Ethan przy­pusz­czał, że uwa­żają mia­steczko z jego wąskimi ulicz­kami, drew­nia­nymi gon­tami i maleń­kimi skle­pi­kami za sta­ro­świecko uro­cze. Lubili obser­wo­wać pracę poła­wia­czy i obja­dać się kru­chymi kra­bo­wymi ciast­kami albo chwa­lić zna­jo­mym, że jedli zupę z samic kalinka. Zatrzy­my­wali się w pen­sjo­na­tach - St. Chri­sto­pher miało ich aż cztery - i zosta­wiali pie­nią­dze w restau­ra­cjach oraz skle­pach z pamiąt­kami.

Nie prze­szka­dzali Etha­nowi. Kiedy zatoka ską­piła swo­ich dóbr, to tury­styka trzy­mała mia­sto przy życiu. Kto wie, może kie­dyś nie­któ­rzy z tych ludzi dojdą do wnio­sku, że niczego nie pra­gną bar­dziej niż ręcz­nie zbu­do­wa­nej drew­nia­nej żaglówki.

Gdy cumo­wał, wiatr jesz­cze się wzmógł. Jim zwin­nie prze­sko­czył przez ota­cza­jącą pomost linkę. Ze swo­imi krót­kimi nóż­kami i krępą syl­wetką wyglą­dał jak żaba w bia­łych kalo­szach i usma­ro­wa­nej czapce z dasz­kiem.

Na nie­dbały znak Ethana Simon siadł i cze­kał posłusz­nie w łodzi, aż męż­czyźni wyła­dują kraby. Wypło­wiały, zie­lony bre­zent podry­gi­wał na wie­trze. Ethan pod­niósł głowę i zoba­czył idą­cego ku nim Pete'a Mon­roe z ukry­tymi pod zno­szoną czapką sta­lo­wo­si­wymi wło­sami, w luź­nych spodniach khaki i czer­wo­nej koszuli w kratkę na przy­sa­dzi­stym ciele.

- Nie­zły połów.

Ethan uśmiech­nął się. Lubił pana Mon­roe mimo potwor­nego skąp­stwa, z któ­rym ten zarzą­dzał sku­pem kra­bów. Zresztą wszy­scy poła­wia­cze na świe­cie wiecz­nie narze­kają na ceny. Quinn dotknął daszka czapki i podra­pał się w spo­coną szyję.

- Nie­zły - przy­tak­nął.

- Szybko dziś wró­ci­łeś.

- Burza idzie.

Mon­roe poki­wał głową. Jego ludzie, pra­cu­jący w cie­niu pasia­stego daszku, prze­no­sili się już do budynku. Szef wie­dział, że deszcz prze­goni z nabrzeża także tury­stów, któ­rzy pójdą na kawę albo deser lodowy, a ponie­waż był współ­wła­ści­cie­lem restau­ra­cji "Nad Zatoką", by­naj­mniej mu to nie prze­szka­dzało.

- Masz tu jakieś sie­dem­dzie­siąt buszli.

Ethan uśmiech­nął się z roz­my­słem. Nie­któ­rzy mogliby dostrzec w jego twa­rzy piracki rys. Nie wyglą­dał na ura­żo­nego - raczej na zdu­mio­nego.

- Moim zda­niem bli­żej dzie­więć­dzie­się­ciu.

Znał ryn­kową cenę co do pensa, ale targi były sta­łym ele­men­tem ich współ­pracy. Ethan wyjął z kie­szeni swój nego­cja­cyjny rekwi­zyt w postaci cygara, zapa­lił i zabrał się do dzieła.

Pierw­sze wiel­kie kro­ple desz­czu dopa­dły go w dro­dze do domu. Otrzy­mał godziwą zapłatę za osiem­dzie­siąt sie­dem buszli kra­bów. Jeśli dal­sza część lata będzie rów­nie dobra, zasta­nowi się nad zarzu­ce­niem w przy­szłym roku kolej­nych stu puła­pek i może wyna­ję­ciem paru ludzi do sezo­no­wej roboty. Połowy ostryg w zatoce nie były już takie jak kie­dyś, odkąd więk­szość małży zabiły paso­żyty. Prze­trwa­nie zimy sta­wało się coraz trud­niej­sze. Ethan potrze­bo­wał kilku dobrych sezo­nów kra­bo­wych, by na dobre roz­krę­cić nowy biz­nes i dorzu­cić się do hono­ra­rium praw­nika.

Zaci­snął zęby, wspi­na­jąc się na wyso­kie fale. Nie powinni pła­cić jakie­muś wyga­da­nemu gogu­siowi za to, że oczy­ści imię ich ojca. To i tak nie powstrzyma sąsia­dów od plot­ko­wa­nia. Prze­staną dopiero wtedy, gdy znajdą sobie cie­kaw­szy temat niż życie i śmierć Raya Quinna.

I ten chło­pak, myślał Ethan, wpa­tru­jąc się w drżącą od nie­ubła­ga­nych ude­rzeń desz­czu wodę. Nie­któ­rzy upodo­bali sobie plotki o chło­paku, z któ­rego twa­rzy spo­glą­dają sza­fi­rowe oczy Raya Quinna.

Etha­nowi to gada­nie nie prze­szka­dzało. Jeśli o niego cho­dziło, mogli sobie kła­pać ozo­rami do usra­nej śmierci. Prze­szka­dzało mu nato­miast, i to bar­dzo, plot­ko­wa­nie o czło­wieku, któ­rego całym ser­cem kochał. Dla­tego haro­wał, by opła­cić praw­nika, i gotów był zro­bić co w jego mocy, by otrzy­mać opiekę nad chłop­cem.

Grzmot roz­darł niebo i odbił się od wody niczym wystrzał armatni. Zro­biło się ciemno jak w nocy i z czar­nych chmur lunęła lita ściana desz­czu. Ethan jed­nak nie­spiesz­nie cumo­wał łódź przy domo­wym pomo­ście. W końcu odro­bina wody wię­cej go nie zabije.

Simon naj­wy­raź­niej się z nim zga­dzał, bo kiedy jego pan zabez­pie­czał linkę, pies sko­czył do wody i popły­nął do brzegu. Ethan zabrał pudełko po lun­chu i ruszył w stronę domu, pla­ska­jąc kalo­szami o mokry pomost. Zosta­wił je na tyl­nej weran­dzie. W mło­do­ści matka wciąż go stro­fo­wała, żeby nie roz­no­sił błota po domu. Wciąż jed­nak nie miał nic prze­ciwko wpusz­cze­niu do środka mokrego psa.

...dopóki nie zoba­czył lśnią­cej pod­łogi i bla­tów. "Cho­lera" - zdo­łał jedy­nie pomy­śleć, przy­glą­da­jąc się śla­dom psich łap, zanim usły­szał rado­sne poszcze­ki­wa­nie. Po nim pisk, kolejne szczek­nię­cie, wresz­cie śmiech.

- Jesteś cał­kiem mokry! - zabrzmiał kobiecy głos, niski, swo­bodny i roz­ba­wiony. A także sta­now­czy, co wywo­łało w Etha­nie wyrzuty sumie­nia. - Na dwór, Simon! Wysusz się na weran­dzie!

Roz­legł się kolejny pisk, chi­chot dziecka, śmiech chłopca. Wszy­scy w kom­ple­cie, pomy­ślał Ethan, wycie­ra­jąc mokre włosy. Gdy tylko usły­szał kroki, ruszył żwawo w stronę schowka z mio­tłami i mopami. Rzadko prze­miesz­czał się tak szybko, ale teraz naprawdę się sta­rał.

- Oj, Ethan. - Grace Mon­roe stała z rękami na wąskich bio­drach, prze­no­sząc wzrok to na niego, to na ślady łap na świeżo wypa­sto­wa­nej pod­ło­dze.

- Zaraz to posprzą­tam. Prze­pra­szam. - Zauwa­żył, że mop wciąż jest wil­gotny, więc wolał nie patrzeć kobie­cie pro­sto w oczy. - Nie zasta­na­wia­łem się - mruk­nął, nale­wa­jąc w zle­wie wody do wia­dra. - Nie wie­dzia­łem, że dziś przy­jeż­dżasz.

- Więc kiedy nie przy­jeż­dżam, pozwa­lasz mokrym psom bie­gać po domu i bru­dzić pod­łogę?

Wzru­szył ner­wowo ramio­nami.

- Była brudna, gdy wycho­dzi­łem rano z domu, więc sądzi­łem, że odro­bina wil­goci jej nie zaszko­dzi. - W końcu roz­luź­nił się nieco. Ostat­nio zawsze potrze­bo­wał na to tro­chę czasu, gdy znaj­do­wał się w towa­rzy­stwie Grace. - Ale gdy­bym wie­dział, że tu będziesz i zmy­jesz mi za to głowę, zosta­wił­bym go na weran­dzie.

Odwró­cił się do niej z uśmie­chem. Wes­tchnęła.

- Daj ten mop.

- Nie ma mowy. Mój pies, mój bała­gan. Sły­sza­łem Aubrey.

Grace w zamy­śle­niu oparła się o futrynę drzwi. Była zmę­czona, ale co w tym dziw­nego? Ona też miała za sobą osiem godzin pracy, a wie­czo­rem cze­kały ją cztery kolejne godziny poda­wa­nia drin­ków w pubie Shi­neya. W nie­które wie­czory, wpeł­za­jąc do łóżka, była gotowa przy­siąc, że sły­szy, jak jej stopy łkają.

- Seth jej pil­nuje. Musia­łam prze­ło­żyć robotę. Rano zadzwo­niła pani Lyn­ley i spy­tała, czy możemy prze­nieść sprzą­ta­nie jej domu na jutro, bo teściowa z Waszyng­tonu wpro­siła się na obiad. Pani Lyn­ley twier­dzi, że jej teściowa jest osobą, która każdą dro­binkę kurzu uważa za grzech prze­ciwko Bogu i ludz­ko­ści. Pomy­śla­łam, że nie pognie­wa­cie się, jeśli przy­jadę dziś zamiast jutro.

- Jeste­śmy ci wdzięczni za każdy przy­jazd, Grace.

Przy­glą­dał jej się spod powiek, wycie­ra­jąc pod­łogę. Zawsze uwa­żał ją za piękną. Była jak koń palo­mino: dłu­go­noga i zło­to­grzywa. Włosy przy­ci­nała na chło­pięcą modłę, ale podo­bał mu się spo­sób ich uło­że­nia. Przy­po­mi­nały lśniący cze­pek z frędz­lami. Była szczu­plutka jak jedna z tych mode­lek, które zara­biają miliony dolców; Ethan wie­dział jed­nak, że Grace nie zawdzię­cza figury wyma­ga­niom mody. Odkąd pamię­tał, była chudą, wysoką dziew­czyną. Kiedy przy­je­chał do St. Chri­sto­pher i zamiesz­kał u Quin­nów, mogła mieć sie­dem czy osiem lat. Teraz miała dwa­dzie­ścia parę i słowo "chuda" chyba już do niej nie paso­wało. Jest smu­kła jak wierz­bowa witka, pomy­ślał i omal się nie zaczer­wie­nił.

Grace uśmiech­nęła się do niego. Z jej zie­lo­nych jak u syreny oczu znik­nął chłód, a w policz­kach poja­wiły się dołki. Z jakie­goś powodu bawił ją widok sil­nego faceta z mopem w ręku.

- Jak ci dziś poszło?

- Nie­źle - odparł Ethan, nie prze­ry­wa­jąc skru­pu­lat­nej pracy. Wszystko, co robił, robił skru­pu­lat­nie. Gdy skoń­czył, wró­cił do zlewu, by opłu­kać wia­dro i mop. - Sprze­da­łem two­jemu tacie sporą par­tię.

Na wzmiankę o ojcu Grace spo­chmur­niała nieco. Sto­sunki mię­dzy nimi nie były naj­lep­sze, odkąd dziew­czyna zaszła w ciążę i wyszła za Jacka Caseya, któ­rego Pete nazy­wał "robo­lem bez gro­sza przy duszy". Czas zresztą przy­znał mu rację, bo Jack znik­nął mie­siąc przed naro­dzi­nami Aubrey, zabie­ra­jąc ze sobą oszczęd­no­ści, samo­chód i dumę żony.

Ale to już prze­szłość, pomy­ślała. Teraz radziła sobie cał­kiem dobrze i zamie­rzała radzić sobie w dal­szym ciągu, nie przyj­mu­jąc od rodziny ani gro­sza, nawet gdyby miała się zaha­ro­wać na śmierć. Usły­szała ser­deczny śmiech Aubrey i zapo­mniała o ura­zie. Miała wszystko, czego jej było trzeba. Cały sens jej życia zamy­kał się w tym aniołku z roze­śmia­nymi oczami i głową pełną loków.

- Zro­bię wam jesz­cze coś do jedze­nia, zanim pójdę.

Ethan znów na nią spoj­rzał. Opa­le­ni­zna doda­wała jej urody i czy­niła cerę jakby cie­plej­szą. Pocią­gła twarz paso­wała do figury, choć pod­bró­dek zdra­dzał uparty cha­rak­ter. Przy pierw­szym spoj­rze­niu widziało się ładną, wysoką blon­dynkę o zgrab­nej syl­wetce i twa­rzy, na którą miało się ochotę popa­trzeć nieco dłu­żej. Gdy jed­nak się to zro­biło, dostrze­gało się cie­nie pod wiel­kimi, zie­lo­nymi oczami i zmę­cze­nie wokół mięk­kich warg.

- Nie musisz tego robić, Grace. Powin­naś iść do domu i tro­chę odpo­cząć. Pra­cu­jesz dzi­siaj u Shi­neya, prawda?

- Mam czas. Poza tym obie­ca­łam Sethowi ham­bur­gery. To nie potrwa długo. - Poru­szyła się nie­spo­koj­nie pod spoj­rze­niem Ethana. Już dawno pogo­dziła się z fak­tem, że jego dłu­gie, zamy­ślone spoj­rze­nia burzą w niej krew. Cóż. To był tylko jeden z wielu drob­nych pro­ble­mów, jakimi raczyło ją życie. - Co jest? - zapy­tała, pocie­ra­jąc dło­nią poli­czek, jakby myślała, że jest brudny.

- Nic. Skoro robisz ham­bur­gery, to chyba powin­naś nam pomóc je zjeść.

- Chęt­nie. - Napię­cie ustą­piło. Wzięła z rąk Ethana wia­dro i mop, żeby odło­żyć je na miej­sce. - Aubrey uwiel­bia wasze towa­rzy­stwo. Może dołą­czysz do niej i do Setha? Skoń­czę pra­nie i zabiorę się do obiadu.

- Pomogę ci.

- Nie ma mowy. - Duma ni­gdy by jej na to nie pozwo­liła. Oni jej pła­cili, ona wyko­ny­wała swoją pracę. W cało­ści. - Idź do salonu. I nie zapo­mnij zapy­tać Setha o spraw­dzian z mate­ma­tyki, który im dzi­siaj oddali.

- Co dostał?

- Kolejną piątkę. - Mru­gnęła i ode­gnała go gestem.

Seth to nie­sa­mo­wity bystrzak, myślała, wycho­dząc z kuchni i kie­ru­jąc się do pralni. Gdyby ona miała za młodu lep­szą głowę do liczb i bar­dziej prak­tyczny umysł, nauczy­łaby się cze­goś, zamiast bujać w obło­kach. Zyska­łaby jakąś przy­datną umie­jęt­ność poza poda­wa­niem drin­ków, sprzą­ta­niem domu i opra­wia­niem kra­bów. Gdyby miała zawód, mogłaby do niego wró­cić, kiedy została sama, w ciąży, a wszyst­kie jej marze­nia o wyjeź­dzie do Nowego Jorku i zosta­niu tan­cerką pry­snęły jak bańka mydlana. I tak zresztą były głu­pie, powta­rzała sobie, opróż­nia­jąc wirówkę, a potem wkła­da­jąc do niej mokre ubra­nia wyjęte z pralki. Marze­nie ścię­tej głowy, jak powie­dzia­łaby matka. Prawda była jed­nak taka, że jako nasto­latka Grace pra­gnęła tylko dwóch rze­czy: tańca i Ethana Quinna.

Żad­nej z nich nie zdo­była.

Wes­tchnęła leciutko, przy­kła­da­jąc do policzka cie­płe, gład­kie prze­ście­ra­dło. Prze­ście­ra­dło Ethana, dopiero co zdjęte z jego łóżka. Wciąż czuła na nim jego zapach i przez minutę czy dwie pozwo­liła sobie myśleć, jak by to było, gdyby on jej pra­gnął, gdyby spała z nim na tej pościeli, w tym domu.

Za marze­nia jed­nak nie pła­cili, a ona musiała pokryć czynsz i kupić wszystko, czego potrze­bo­wała uko­chana córeczka. Zaczęła więc ener­gicz­nie skła­dać pościel i ukła­dać ją sta­ran­nie na dud­nią­cej wirówce. Nie wsty­dziła się, że zara­bia na chleb sprzą­ta­niem czy poda­wa­niem drin­ków. Robiła to dobrze, była potrzebna i to jej wystar­czało. Z pew­no­ścią nie potrze­bo­wał jej męż­czy­zna, z któ­rym tak krótko była zamężna. Gdyby naprawdę się kochali, byłoby ina­czej. Nią kie­ro­wała roz­pacz­liwa potrzeba nale­że­nia do kogoś; bycia z kimś, kto pra­gnie jej jako kobiety. A Jack... Pokrę­ciła głową. Naprawdę nie wie­działa, czym się kie­ro­wał.

Chyba po pro­stu mu się podo­bała. A gdy z tego podo­ba­nia wyni­kła ciąża, Jack w swoim mnie­ma­niu wyświad­czył Grace przy­sługę, idąc z nią do urzędu w chłodny jesienny dzień i wypo­wia­da­jąc przy­sięgę mał­żeń­ską.

Ni­gdy jej nie ude­rzył. Nie upił się jak świ­nia i nie pomia­tał nią tak, jak nie­któ­rzy pomia­tają żonami, któ­rych nie pra­gną. Ni­gdy nie uga­niał się za innymi, a przy­naj­mniej nie było jej o tym wia­domo. Gdy jed­nak Aubrey rosła w jej brzu­chu, a ten sta­wał się coraz okrą­glej­szy, Grace widziała w oczach Jacka nara­sta­jącą panikę.

Aż pew­nego dnia znik­nął bez słowa.

Naj­gor­sze w tym wszyst­kim było to, że poczuła ulgę. Jeśli Jack cokol­wiek dla niej zro­bił, to wła­śnie pomógł jej doro­snąć, wziąć życie we wła­sne ręce. Mimo woli ofia­ro­wał jej dar wart wię­cej niż gwiazdka z nieba.

Wło­żyła zło­żone pra­nie do kosza, oparła go o bio­dro i prze­szła do salonu. Jej mały skarb sie­dział roze­śmiany na kola­nach Ethana i traj­ko­tał jak najęty, potrzą­sa­jąc locz­kami. W wieku dwóch lat Aubrey Mon­roe wyglą­dała jak anioł Bot­ti­cel­lego - zło­to­włosa i dłu­go­palca, z jasno­zie­lo­nymi oczami, ząb­kami jak u kociątka i doł­kami w okrą­głych, różo­wych policz­kach. Ethan kiwał głową z powagą, choć rozu­miał zale­d­wie piąte przez dzie­siąte.

- I co wtedy zro­bił Głup­tas? - zapy­tał, orien­tu­jąc się, że pró­buje mu opo­wie­dzieć jakąś histo­ryjkę o szcze­niaczku Setha.

- Poli­zał mnie po buzi! - Ze śmie­chem pogła­skała się po policz­kach. - Całej! - Przy­ło­żyła ręce do jego twa­rzy i prze­su­nęła po zaro­ście. Uwiel­biała tę zabawę. - Auć! Broda!

Ethan posłusz­nie prze­su­nął kłyk­ciami po jej gład­kim policzku, a potem gwał­tow­nie cof­nął rękę.

- Auć! Tu też!

- Nie! Ty masz brodę!

- Nie. - Przy­cią­gnął ją do sie­bie i gło­śno cmo­kał po policz­kach, a ona wyry­wała się ze śmie­chem.

- Ty!

Śmie­jąc się w głos, dziew­czynka wyśli­znęła się z jego objęć, pod­bie­gła do leżą­cego na pod­ło­dze chłopca i zło­żyła na jego policzku dwa wil­gotne całusy. Jak przy­stało na męż­czy­znę, Seth odsu­nął się z uda­wa­nym nie­sma­kiem.

- Jejku, Aub, daj mi spo­kój. - By zająć ją czymś innym, chwy­cił jeden z samo­cho­dzi­ków i leciutko prze­je­chał nim po ramie­niu dziew­czynki. - Jesteś torem wyści­go­wym.

Natych­miast zapa­liła się do nowej zabawy. Chwy­ciła samo­cho­dzik i znacz­nie mniej łagod­nie zaczęła nim jeź­dzić po każ­dej czę­ści ciała Setha, jakiej zdo­łała dosię­gnąć.

Ethan tylko się uśmie­chał.

- Sam zaczą­łeś, chło­pie - rzekł do Setha, gdy Aubrey prze­szła mu po bio­drze, by się­gnąć dru­giego ramie­nia.

- Lep­sze to niż liza­nie po twa­rzy - burk­nął chło­piec, ale pod­niósł rękę, by ochro­nić dziew­czynkę przed upad­kiem.

Przez chwilę Grace przy­glą­dała im się w mil­cze­niu. Męż­czy­zna sie­dział swo­bod­nie w sze­ro­kim fotelu, uśmie­cha­jąc się do dzieci, które bawiły się na pod­ło­dze, głowa przy gło­wie - jedna deli­katna i pokryta zło­tymi lokami, druga z nie­sforną, znacz­nie ciem­niej­szą czu­pryną.

Zagu­biony chłop­czyk, pomy­ślała kobieta, wra­ca­jąc myślą do chwili, w któ­rej zoba­czyła go po raz pierw­szy. Wresz­cie zna­lazł swoje miej­sce.

I jej cudowna dziew­czynka. Kiedy jesz­cze Grace nosiła ją w brzu­chu, przy­rze­kła sobie, że będzie ją roz­piesz­czać, chro­nić i uwiel­biać. Że mała zawsze będzie miała dom.

A obok nich męż­czy­zna, który sam kie­dyś był zagu­bio­nym chłop­cem i który wiele lat temu wkradł się w jej mło­dzień­cze sny, by ni­gdy ich nie opu­ścić. On też zna­lazł swoje miej­sce.

Deszcz bęb­nił o dach. Tele­wi­zor cicho pomru­ki­wał w tle. Psy spały na fron­to­wej weran­dzie, a przez siat­kowe drzwi wdzie­rał się do środka wil­gotny wiatr.

Grace znów się roz­ma­rzyła. Wie­działa, że to nie­roz­sądne, ale pra­gnęła odło­żyć kosz i usiąść na kola­nach Ethana. Czuć się, jakby i ona była u sie­bie. Zamknąć na chwilę oczy i stać się jedną z nich.

Zamiast tego wyco­fała się, czu­jąc, że nie pasuje do tej siel­skiej sce­ne­rii. Wró­ciła do nieco zbyt rzę­si­ście oświe­tlo­nej kuchni, posta­wiła kosz na stole i zajęła się przy­go­to­wy­wa­niem obiadu. Gdy chwilę póź­niej Ethan przy­szedł po piwo, mięso już brą­zo­wiało, ziem­niaki sma­żyły się na oleju z orzesz­ków ziem­nych, a Grace robiła sałatkę.

- Cudow­nie pach­nie.

Przez chwilę stał nie­pew­nie. Nie przy­wykł do tego, by ktoś mu goto­wał. Od lat nikt tego nie robił, a już na pewno nie kobieta. Ojciec dobrze się czuł w kuchni, ale mama... Zawsze żar­to­wali, że ile­kroć gotuje, potrze­bują jej wie­dzy medycz­nej, by prze­żyć posi­łek.

- Za jakieś pół godziny wszystko będzie gotowe. Nie prze­szka­dza ci, że zje­cie dziś tro­chę wcze­śniej? Muszę zawieźć Aubrey do domu, wyką­pać ją i prze­brać się do pracy.

- Jedze­nie ni­gdy mi nie prze­szka­dza, zwłasz­cza kiedy nie muszę sam goto­wać. Poza tym wie­czo­rem chcę jesz­cze wpaść na parę godzin do han­garu.

- Ojej. - Odwró­ciła się i odgar­nęła grzywkę. - Powi­nie­neś był mi powie­dzieć, żebym się pospie­szyła.

- To tempo mi odpo­wiada. - Pocią­gnął łyk z butelki. - Napi­jesz się cze­goś?

- Nie, dzięki. Wezmę sos do sała­tek, który zro­bił Phi­lip. Wygląda znacz­nie ape­tycz­niej niż ten ze sklepu.

Deszcz słabł, prze­cho­dząc w powolną mżawkę, przez którą usi­ło­wały się prze­bić roz­myte pro­mie­nie słońca. Grace spoj­rzała w okno. Zawsze miała nadzieję, że uda jej się zoba­czyć tęczę.

- Kwiaty Anny się trzy­mają - rze­kła. - Deszcz im służy.

- Przy­naj­mniej nie muszę wycią­gać węża. Zabi­łaby mnie, gdyby zwię­dły pod jej nie­obec­ność.

- I słusz­nie. Haro­wała jak wół, żeby je zasa­dzić przed ślu­bem - zauwa­żyła Grace, nie prze­ry­wa­jąc pracy. Szybko i spraw­nie odce­dzała usma­żone ziem­niaki i dorzu­cała na skwier­czącą patel­nię nowych. - Piękny to był ślub - dodała, mie­sza­jąc w misce sos.

- Wyszło, jak trzeba - przy­znał Ethan. - I pogoda nam sprzy­jała.

- Deszcz w taki dzień byłby zbrod­nią.

Przed oczami miała wyra­zi­sty obraz tam­tych chwil. Zie­leń trawy na tyłach domu, zatokę poły­sku­jącą w słońcu, w któ­rym mie­niły się kolo­rami zasa­dzone przez Annę kwiaty, pod­czas gdy inne, w donicz­kach, deko­ro­wały biały dywan, po któ­rym oblu­bie­nica szła na spo­tka­nie z oblu­bień­cem...

Biała suk­nia powie­wała na wie­trze, a cie­niutka woalka tylko uwy­dat­niała ciemne, nie­przy­tom­nie szczę­śliwe oczy. Wokół rzędy krze­seł, na któ­rych zasia­dła rodzina i przy­ja­ciele. Oboje dziad­ko­wie Anny pła­kali. A Cam - znany twar­dziel Came­ron Quinn - patrzył na żonę takim wzro­kiem, jakby wła­śnie wrę­czono mu klucz do nieba.

Ogro­dowy ślub, pomy­ślała Grace. Słodki, pro­sty, roman­tyczny. Ideał.

- To naj­pięk­niej­sza kobieta, jaką w życiu widzia­łam - powie­działa z wes­tchnie­niem, w któ­rym była jedy­nie odro­binka zazdro­ści. - Taka egzo­tyczna.

- Pasuje do Cama.

- Wyglą­dali jak gwiazdy fil­mowe. - Uśmiech­nęła się, doda­jąc do mięsa pikantny sos. - Kiedy ty i Phi­lip zagra­li­ście im tego walca, a oni tań­czyli pierw­szy taniec... to była naj­bar­dziej roman­tyczna scena, jaką widzia­łam w życiu. - Znów wes­tchnęła i wrzu­ciła do sałatki resztę skład­ni­ków. - A teraz są w Rzy­mie. Coś nie­praw­do­po­dob­nego.

- Dzwo­nili wczo­raj rano, zanim wysze­dłem do pracy. Mówili, że dobrze się bawią.

Grace zaśmiała się zmy­sło­wym, per­li­stym śmie­chem, który wywo­ły­wał u Ethana gęsią skórkę.

- Trudno, żeby było ina­czej, gdy się jest w podróży poślub­nej w Rzy­mie. - Wygar­nęła kolejną por­cję ziem­nia­ków i zaklęła cicho, bo tra­fił ją pry­ska­jący olej.

Ethan pod­sko­czył i chwy­cił jej dłoń, nim zdą­żyła ją unieść do ust.

- Opa­rzy­łaś się? - Zoba­czył, jak skóra różo­wieje, i pocią­gnął dziew­czynę do zlewu. - Schłodź zimną wodą.

- Daj spo­kój, to dro­biazg. Zda­rza się.

- Powin­naś bar­dziej uwa­żać. - Zmarsz­czył brwi i mocno trzy­mał ją za rękę, by nie mogła jej wycią­gnąć spod stru­mie­nia wody. - Boli?

- Nie. - Nie czuła nic oprócz jego dotyku i sza­lo­nych ude­rzeń wła­snego serca. Pró­bo­wała się oswo­bo­dzić, myśląc, że lada chwila zrobi z sie­bie idiotkę. - Daj spo­kój, Ethan. Nie musisz się ze mną cac­kać.

- Zaraz ci znajdę jakąś maść.

Się­gnął do szafki, pod­niósł głowę i napo­tkał wzrok Grace.

Woda chło­dziła ich złą­czone dło­nie, a oni stali w mil­cze­niu. Ethan ni­gdy dotąd nie ośmie­lił się stać tak bli­sko niej; tak bli­sko, że dostrze­gał maleń­kie złote plamki w jej oczach. Uni­kał tego, bo a nuż zacząłby myśleć, jak by to było... Musiał przy­wo­łać się do porządku, przy­po­mnieć sobie, że zna tę dziew­czynę od dziecka; że to matka Aubrey, sąsiadka, która mu ufa i uważa go za przy­ja­ciela.

- Musisz być ostroż­niej­sza - wychry­piał przez zaschnięte gar­dło.

Pach­niała cytryną.

- Nic mi nie będzie.

Umie­rała z roz­ko­szy i prze­ra­że­nia jed­no­cze­śnie. Ethan trzy­mał jej dłoń, jakby była zro­biona ze szkła, i marsz­czył brwi, jakby miał przed sobą kogoś nieco mniej roz­sąd­nego od jej dwu­let­niej córeczki.

- Ziem­niaki się przy­palą!

- Ojej. - Prze­ra­żony, bo przez sekundę pozwo­lił sobie myśleć o tym, że jej usta mogą być tak mięk­kie, na jakie wyglą­dają, odsu­nął się gwał­tow­nie i zaczął szpe­rać w szafce w poszu­ki­wa­niu maści.

Serce waliło mu jak mło­tem. Nie­na­wi­dził tego uczu­cia; pra­gnął spo­koju.

- Tak czy owak, posma­ruj. - Poło­żył maść na stole i cof­nął się ku drzwiom. - Przy­pil­nuję... żeby dzie­ciaki umyły ręce przed obia­dem.

Wziął jesz­cze ze stołu kosz z pra­niem i już go nie było.

Powoli, z wiel­kim wysił­kiem wyko­nu­jąc każdy ruch, Grace zakrę­ciła kran i pobie­gła rato­wać ziem­niaki. Gdy już zapa­no­wała nad kuch­nią, wzięła maść i roz­sma­ro­wała odro­binę na czer­wo­nej plamce. Potem odło­żyła maść do kre­densu, oparła się o zlew i wyj­rzała przez okno.

Nie zoba­czyła jed­nak tęczy.

Roz­dział drugi

Nie ma nic lep­szego od soboty - chyba że jest to sobota przed ostat­nim tygo­dniem szkoły, po któ­rym zaczy­nają się waka­cje, czyli wszyst­kie soboty twego życia zwi­nięte w jedną wielką, lśniącą kulę. Sobota ozna­czała spę­dza­nie dnia na kutrze z Etha­nem i Jimem zamiast w szkol­nej ławie. Ozna­czała ciężką pracę, gorące słońce i zimne napoje. Męskie sprawy.

Osło­niw­szy oczy dasz­kiem cza­peczki z logo Bal­ti­more Orio­les i faj­nymi oku­la­rami kupio­nymi w cen­trum han­dlo­wym, Seth zanu­rzył osękę, by przy­cią­gnąć naj­bliż­szą boję znacz­ni­kową. Młode muskuły wybrzu­szyły się pod koszulką z mot­tem Archi­wum X, wska­zu­ją­cym, gdzie należy szu­kać prawdy.

Patrzył, jak Jim prze­chyla klatkę, otwiera przy­cze­pioną do jej dna puszkę z przy­nętą, by wyrzu­cić starą i nało­żyć nowej. Natych­miast z sza­leń­czym wrza­skiem zle­ciały się mewy i zaczęły nur­ko­wać, wyła­wia­jąc resztki z wody. Fajny widok. Teraz trzeba mocno chwy­cić pułapkę, obró­cić ją i potrzą­sać z całej siły, prze­rzu­ca­jąc kraby do zbior­nika. Seth uwa­żał, że gdyby tylko zechciał, byłby w sta­nie sam to wszystko zro­bić. Nie zamie­rzał bać się zgrai dur­nych kra­bów tylko dla­tego, że wyglą­dają jak wiel­kie, zmu­to­wane robale z Wenus i mają ostre szczypce.

Nie­stety, na razie musiał się zado­wo­lić nakła­da­niem nowej przy­nęty w postaci kilku gar­ści obrzy­dli­wych kawał­ków ryb, zamknąć pojem­nik, spraw­dzić, czy linka gdzieś się nie prze­tarła, spraw­dzić odle­głość mię­dzy bojami i jeśli wszystko wyglą­dało dobrze, zrzu­cić klatkę za burtę. Plusk! A potem przy­cią­gnąć kolejną boję.

Seth potra­fił już odróż­niać samce od samic. Jim mówił, że samice kalin­ków malują paznok­cie, bo miały czer­wone szczypce. Nie­sa­mo­wite było to, że wzory na pod­brzu­szach przy­po­mi­nały narządy płciowe. Wszy­scy widzieli, że samce mają tam długą literkę "T", która wygląda zupeł­nie jak fiut.

Jim poka­zał mu też, jak kraby się pie­przą - tyle że on nazy­wał to roz­mna­ża­niem - i to już naprawdę była prze­sada. Samiec po pro­stu wspi­nał się na part­nerkę i tak sobie pły­wali całymi dniami.

Seth doszedł do wnio­sku, że muszą to lubić.

Ethan nazy­wał takie kraby mał­żeń­stwami, a kiedy Seth par­sk­nął śmie­chem, uniósł brwi. Chło­pak był tak zain­try­go­wany, że poszedł do szkol­nej biblio­teki poczy­tać o kra­bach. I chyba zro­zu­miał, o co cho­dziło Etha­nowi. Samiec chro­nił samicę, przy­kry­wa­jąc ją swoim cia­łem, bo mogły się parzyć jedy­nie wtedy, gdy samica zrzu­cała zewnętrzną war­stwę pan­ce­rza, a to, co pod spodem, było bar­dzo mięk­kie. Poza tym parzyła się tylko raz, więc porów­na­nie z mał­żeń­stwem wcale nie było takie głu­pie.

Przy­po­mniał sobie ślub Cama i pani Spi­nelli - to zna­czy Anny, popra­wił się w myślach. Kobiety beczały, a faceci śmiali się i żar­to­wali. Wszy­scy robili z tego wiel­kie halo - były kwiaty, muzyka i fura żar­cia. Naprawdę nie wie­dział, czym tu się eks­cy­to­wać. Czy w mał­żeń­stwie nie cho­dzi tylko o to, że możesz upra­wiać seks, kiedy masz ochotę, i nikt się cie­bie o to nie cze­pia?

Musiał jed­nak przy­znać, że ślub był fajny. Ni­gdy przed­tem nie brał udziału w takiej uro­czy­sto­ści. Wpraw­dzie Cam zacią­gnął go do mar­ketu i zmu­sił do przy­mie­rza­nia gar­ni­tu­rów, ale cała reszta była w porządku.

Cza­sem tylko się zasta­na­wiał, jak teraz będzie. Gdy wresz­cie zaczął się przy­zwy­cza­jać do tutej­szego życia, wszystko miało się zmie­nić. Anna zamieszka z nimi. Ow­szem, lubił ją. Była cał­kiem w porządku jak na pra­cow­nicę spo­łeczną. Ale mimo wszystko była kobietą.

Jak jego matka.

Dość, pomy­ślał. Nie zamie­rzał psuć sobie nastroju myśle­niem o matce i życiu, które z nią pro­wa­dził - o jej face­tach, nar­ko­ty­kach i małych, obskur­nych poko­ikach. W ciągu dzie­się­ciu lat swo­jego życia nie prze­żył aż tylu sło­necz­nych dni, by móc sobie pozwo­lić na zmar­no­wa­nie któ­re­goś.

- Zasną­łeś, Seth? - obu­dził go z zadumy łagodny głos Ethana.

Zamru­gał, zoba­czył odbi­ja­jące się od wody pro­mie­nie słońca i podry­gu­jące poma­rań­czowe boje.

- Zamy­śli­łem się - mruk­nął i szybko przy­cią­gnął następną.

- Ja tam za wiele nie myślę. - Jim posta­wił klatkę na relingu i zaczął wygar­niać kraby. Uśmiech jesz­cze bar­dziej pomarsz­czył jego per­ga­mi­nową twarz. - Głowa od tego boli.

- Kurde. - Seth pochy­lił się nad kra­bami. - Ten zaczyna zrzu­cać pan­cerz.

Jim mruk­nął coś i pod­niósł kraba z pęka­ją­cym na grzbie­cie pan­ce­rzem.

- Jutro ktoś będzie wsu­wał tę pan­nicę z kanapką. - Mru­gnął do Setha i wrzu­cił kraba do zbior­nika. - Może nawet ja.

Głup­tas, wciąż dosta­tecz­nie młody, by zasłu­gi­wać na swoje imię, przy­su­nął nos do klatki, wywo­łu­jąc szybką i bru­talną reak­cję kra­bów. Szczypce kłap­nęły, a psiak odsko­czył, skom­ląc.

- Temu psu nie grozi ból głowy. - Jim ser­decz­nie się roze­śmiał.

*

Nawet kiedy przy­bili do nabrzeża, wyła­do­wali cało­dzienny połów i poże­gnali się z Jimem, nie było mowy o odpo­czynku.

Ethan odsu­nął się od steru.

- Musimy popły­nąć do han­garu. Chcesz popro­wa­dzić?

Oczy chłopca były ukryte za ciem­nymi oku­la­rami, ale widząc, jak opa­dła mu szczęka, męż­czy­zna domy­ślił się ich wyrazu. Kiedy Seth wzru­szył ramio­nami, jakby codzien­nie miał oka­zję ste­ro­wać łodzią, Ethan poczuł roz­ba­wie­nie.

- Jasne, czemu nie. - Chło­pak spo­co­nymi dłońmi ujął drą­żek.

Ethan stał obok z rękoma wetknię­tymi swo­bod­nie w tylne kie­sze­nie spodni, lecz z czuj­nym wzro­kiem. Na zatoce pano­wał duży ruch. Piękne sobot­nie popo­łu­dnie przy­cią­gnęło week­en­do­wych żegla­rzy. Podróż do han­garu nie była jed­nak długa, a dzie­ciak musiał się kie­dyś nauczyć pro­wa­dzić łódź. Nie można było żyć w St. Chri­sto­pher i tego nie umieć.

- Skręć tro­chę w prawo - rzekł do Setha. - Widzisz tego gościa? To nie­dzielny żeglarz. Jeśli nie zmie­nisz kie­runku, wje­dzie ci pro­sto w dziób.

Seth zmru­żo­nymi oczami przy­glą­dał się łódce i ludziom na niej.

- Bo bar­dziej go inte­re­suje ta dziew­czyna w bikini niż wiatr - prych­nął.

- Jest nie­zła.

- Nie wiem, co takiego faj­nego jest w bab­skich cyc­kach.

Trzeba oddać Etha­nowi spra­wie­dli­wość: nie wybuch­nął gło­śnym śmie­chem, tylko z poke­rową twa­rzą poki­wał głową.

- Pew­nie mię­dzy innymi to, że my ich nie mamy.

- I całe szczę­ście.

- Pocze­kaj parę lat - mruk­nął Ethan, wie­dząc, że war­kot sil­nika zagłu­szy jego słowa.

I nagle się skrzy­wił. Co oni, u dia­bła, zro­bią, kiedy ten dzie­ciak zacznie doj­rze­wać? Ktoś będzie musiał z nim poroz­ma­wiać o... tych spra­wach. Oczy­wi­ście Seth sporo już wie­dział o sek­sie, lecz była to głów­nie wie­dza brudna i nie­przy­jemna. Taka, jaką w swoim cza­sie, sta­now­czo zbyt wcze­śnie, posiadł rów­nież sam Ethan.

Któ­ryś z nich musi wytłu­ma­czyć chło­pa­kowi, i to w miarę szybko, jak to naprawdę powinno wyglą­dać, jakie może być. Ethan modlił się, żeby tym kimś nie musiał być on.

Dostrze­gał już w oddali stary ceglany han­gar i nowiuśki pomost zbu­do­wany przez niego i braci. Roz­pie­rała go duma. Może te podzio­bane cegły i łatany dach nie robiły impo­nu­ją­cego wra­że­nia, lecz on wie­dział, że sprawy idą w dobrym kie­runku. Okna budynku, choć przy­bru­dzone, były przy­naj­mniej nowe i całe.

- Zwol­nij prze­pust­nicę i wpły­waj powoli.

Ethan machi­nal­nie poło­żył dłoń na ste­ru­ją­cej dłoni chłopca. Poczuł, jak Seth się napina, a potem roz­luź­nia. Wciąż się dener­wo­wał, gdy ktoś znie­nacka go dotknął. Ale już było lepiej.

- O, tak. Odro­binę w prawo.

Gdy łódź ude­rzyła łagod­nie o pale, Ethan wysko­czył na pomost i przy­wią­zał cumy.

- Dobra robota. - Simon tylko cze­kał na jego ski­nie­nie, by dać susa za burtę. Gdy to zro­bił, Głup­tas wspiął się na reling, szcze­ka­jąc zaja­dle, i po chwili waha­nia ruszył w jego ślady.

- Podaj lodówkę, Seth.

Seth mruk­nął coś pod nosem, ale bez szem­ra­nia pod­niósł torbę chłod­ni­czą.

- Może dał­byś mi cza­sem popro­wa­dzić łódź, kiedy łowimy?

- Może.

Zacze­kał, aż chło­pak wygra­moli się na pomost, po czym ruszył do tyl­nych drzwi budynku. Były otwarte na oścież, a ze środka dobie­gał emo­cjo­nalny śpiew Raya Char­lesa. Ethan posta­wił lodówkę zaraz za drzwiami i wsparł się dłońmi pod boki.

Kadłub był gotowy. Cam przed wyjaz­dem do Europy haro­wał jak wół, by zro­bić jak naj­wię­cej. Przy­go­to­wali deski i sta­ran­nie docięli wpu­sty, żeby je gładko połą­czyć.

Giętą w parze ramę dokoń­czyli już we dwóch z Phi­li­pem, rysu­jąc ołów­kiem linie, a potem powoli, cier­pli­wie wpro­wa­dza­jąc każdy wręg na swoje miej­sce. Kadłub robił wra­że­nie mono­litu: łódź Quin­nów nie mogła mieć żad­nych szcze­lin.

Pro­jekt sta­no­wił przede wszyst­kim dzieło Ethana, choć i Cam doło­żył parę popra­wek. Dno miało kształt litery "U", trudny w budo­wie, ale gwa­ran­tu­jący sta­bil­ność i szyb­kość. Ethan zapro­jek­to­wał dziób z myślą o klien­cie, któ­rego znał. Zde­cy­do­wał się na ostry dziób w stylu krą­żow­nika, atrak­cyjny i rów­nież sprzy­ja­jący roz­wi­ja­niu dużych pręd­ko­ści. Rufa z kolei miała śred­nią dłu­gość i nad­bu­dówkę, która wydłu­żała łódź w sto­sunku do jej linii wod­nej.

Wyglą­dała zgrab­nie i przy­cią­gała wzrok. Ethan rozu­miał, że klien­towi zależy na wyglą­dzie rów­nie jak na spraw­no­ści. Wyko­rzy­stał Setha do lakie­ro­wa­nia wnę­trza łodzi mie­szanką zło­żoną w poło­wie z gorą­cego oleju lnia­nego, a w poło­wie z ter­pen­tyny. Była to ciężka, nie­wdzięczna robota, która mimo ostroż­no­ści i ręka­wic kosz­to­wała go kilka drob­nych opa­rzeń, ale chło­piec świet­nie sobie pora­dził.

Zlu­stro­wał wzro­kiem krzy­wi­znę kadłuba. Zde­cy­do­wał się ją spłasz­czyć, żeby łódź była bar­dziej prze­stronna, sucha, z wysoką kabiną. Klient lubił zabie­rać w rejsy przy­ja­ciół i rodzinę. I uparł się przy teku, choć pró­bo­wali mu wytłu­ma­czyć, że sosna lub cedr są rów­nie dobrym mate­ria­łem na poszy­cie kadłuba. Facet miał jed­nak dość forsy, by fol­go­wać swoim kapry­som i dbać o pre­stiż, a Ethan musiał przy­znać, że były to dobrze wydane pie­nią­dze. Kadłub pre­zen­to­wał się wspa­niale.

Na pokła­dzie pra­co­wał Phi­lip, drugi z braci Ethana. Roze­brany do pasa, z ciem­nymi wło­sami ukry­tymi pod czarną cza­peczką bez żad­nego logo, zało­żoną dasz­kiem do tyłu, moco­wał deski. Co kilka sekund jedwa­bi­sty tenor Raya Char­lesa prze­ry­wał wysoki zgrzyt elek­trycz­nego wkrę­taka.

- Jak idzie? - zawo­łał Ethan.

Nad relin­giem poja­wiła się głowa Phi­lipa. Jego twarz anioła męczen­nika była mokra od potu, a ciem­no­złote oczy ziry­to­wane. Wła­śnie sobie powta­rzał, że jest, na litość boską, spe­cja­li­stą od reklamy, a nie cie­ślą.

- Dopiero czer­wiec, a już jest gorę­cej niż w pie­kle. Musimy tu zamon­to­wać jakieś wen­ty­la­tory. Masz w tej lodówce coś zim­nego albo przy­naj­mniej mokrego? Mnie się wszystko skoń­czyło godzinę temu.

- Odkręć kran w łazience i napij się wody - odparł ze sto­ic­kim spo­ko­jem Ethan, schy­la­jąc się, by wyjąć napój z lodówki. - To taki nowy wyna­la­zek.

- Bóg jeden wie, co pływa w tej wodzie. - Phi­lip zła­pał rzu­coną przez brata puszkę i skrzy­wił się na widok logo. - Tu przy­naj­mniej piszą, jakie che­mi­ka­lia wpu­ścili.

- Wybacz, eviana wypi­li­śmy z Jimem. Wiesz, że ma fioła na punk­cie baje­ranc­kich napit­ków. Żło­pie je hek­to­li­trami.

- Pieprz się - burk­nął Phi­lip, ale bez gniewu. Wychłep­tał pepsi, po czym uniósł brwi, gdy Ethan wspiął się na górę, by obej­rzeć jego dzieło.

- Nie­źle.

- O rany, dzięki, sze­fie. Dostanę pod­wyżkę?

- Jasne, podwoję ci pen­sję. Seth jest dobry z matmy. Seth, ile jest zero plus zero?

- Podwójne zero - odparł z zawa­diac­kim uśmie­chem chło­pak.

Ręce go świerz­biły, by wypró­bo­wać elek­tryczny wkrę­tak. Do tej pory nikt nie pozwa­lał mu dotknąć żad­nego z urzą­dzeń.

- W takim razie stać mnie teraz na rejs na Tahiti.

- Jeśli nie masz nic prze­ciwko myciu się w wodzie z kranu, idź się spry­skać, a ja dokoń­czę robotę.

Dla brud­nego, spo­co­nego i zgrza­nego jak dia­bli Phi­lipa była to kusząca pro­po­zy­cja. Z roz­ko­szą zabiłby trzech zupeł­nie obcych ludzi za kie­li­szek zim­nego wina pouilly-fuisse. Wie­dział jed­nak, że Ethan wstał przed świ­tem i ma za sobą to, co nor­malny czło­wiek uwa­żałby za cało­dzienną pracę.

- Wytrzy­mam jesz­cze parę godzin.

- Świet­nie. - Ethan by­naj­mniej nie spo­dzie­wał się innej odpo­wie­dzi. Phi­lip lubił zrzę­dzić, ale zawsze wywią­zy­wał się z obo­wiąz­ków. - Myślę, że damy radę skoń­czyć dziś ten pokład.

- Mógł­bym...

- Nie - odparli jed­no­cze­śnie Ethan i Phi­lip, wyprze­dza­jąc pyta­nie Setha.

- Niby czemu? - zapy­tał nie­cier­pli­wie. - Nie jestem debi­lem. Nie zabiję nikogo jakimś głu­pim wkrę­ta­kiem.

- Bo sami lubimy się nim bawić - rzekł z uśmie­chem Phi­lip. - A jeste­śmy więksi od cie­bie. Masz. - Się­gnął do tyl­nej kie­szeni, wyjął port­fel i wyło­wił z niego pię­cio­do­la­rówkę. - Idź do Craw­forda i kup mi parę bute­lek wody. Jak nie będziesz maru­dził, możesz sobie za resztę kupić lody.

Seth nie maru­dził, ale zanim wyszedł, przy­wo­łu­jąc przed­tem do sie­bie psa, mruk­nął pod nosem coś o tym, że robi się z niego nie­wol­nika.

- Kiedy będziemy mieli tro­chę czasu - rzekł Ethan - powin­ni­śmy mu poka­zać, jak uży­wać narzę­dzi. Ma sprawne ręce.

- Ow­szem. Po pro­stu chcia­łem się go na chwilę pozbyć. Nie zdą­ży­łem ci wczo­raj powie­dzieć, że detek­tyw wytro­pił Glo­rię DeLau­ter aż w Nags Head.

- Więc jedzie na połu­dnie. - Pod­niósł wzrok, by spoj­rzeć bratu w oczy. - Dorwał ją?

- Nie, wciąż się prze­miesz­cza i wydaje forsę. Dużo forsy. - Zaci­snął szczęki. - Ma co wyda­wać, bio­rąc pod uwagę, ile ojciec zapła­cił jej za Setha.

- Nie wygląda, jakby miała zamiar tu wró­cić.

- Powie­dział­bym, że dzie­ciak inte­re­suje ją mniej niż zeszło­roczny śnieg. - Jego wła­sna matka była taka sama. Ni­gdy nie spo­tkał Glo­rii DeLau­ter, ale mimo to dobrze ją znał i głę­boko nią pogar­dzał. - Jeśli jej nie znaj­dziemy - dodał, chło­dząc czoło zimną puszką - ni­gdy nie poznamy prawdy o tacie. Ani o Secie.

Ethan ski­nął głową. Wie­dział, że Phi­lip trak­tuje te poszu­ki­wa­nia jak misję i że praw­do­po­dob­nie ma rację. Zasta­na­wiał się tylko, i to sta­now­czo zbyt czę­sto, co zro­bią, gdy już tę prawdę poznają.

*

Po czter­na­sto­go­dzin­nym dniu pracy marzył jedy­nie o dłu­gim prysz­nicu i zim­nym piwie. Połą­czył więc jedno z dru­gim. Potem samot­nie zjadł na tyl­nej weran­dzie kanapki, które kupili na kola­cję, pod­czas gdy w domu Seth i Phi­lip spie­rali się, jaki film naj­pierw obej­rzeć. Arnold Schwa­rze­neg­ger wal­czył z Kevi­nem Cost­ne­rem; Ethan już dawno posta­wił na Arnolda.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki