Niebezpieczne pragnienia - Danka Braun

Kup ebooka

39.90 zł
30.51 zł (31,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Prolog Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Wydawnictwo Prozami poleca

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 367 368

Rozdział 3

Nicole nie mieszkała długo w domu Barbary i Jona, bo wymogła na dziadku i swoim ojcu, który przyjechał z żoną do Polski w odwiedziny, by zainwestowali część oszczędności, kupując w Krakowie mieszkanie.

- Kraków to miasto akademickie, zawsze znajdą się chętni na wynajem - zachęcała.

- Jak mamy je wynajmować, skoro zamierzasz tam mieszkać? - mruknął Jon.

- Na razie tylko chwilowo, potem można je wynająć lub sprzedać. Babciu, sama mówiłaś, że mieszkania w Krakowie to dobra inwestycja.

Chociaż Barbara Orłowska-Johannson poślubiła Jona, gdy Nicole była już nastolatką, traktowała dziewczynę jak wnuczkę.

- Skąd u ciebie nagle zainteresowanie Krakowem? - zapytała starsza kobieta.

- Chciałabym częściej się z wami widywać, a w Szwecji na razie nie mam co robić. Może uda mi się znaleźć pracę w IKEA, już do nich dzwoniłam w tej sprawie. Po weekendzie mam spotkanie rekrutacyjne.

Wszyscy spojrzeli ze zdziwieniem na dziewczynę. Iza zmarszczyła brwi.

- To do ciebie niepodobne. Nicole i IKEA? Przecież jesteś fotomodelką, a nie sprzedawczynią mebli.

- Może stanę się twarzą IKEA, przecież jestem Szwedką. - Dziewczyna wzruszyła ramionami. - Na przykład będę reklamować sofę albo łóżko. Nic nie wiadomo. Na pewno znajdzie się dla mnie zajęcie.

- Nicole, czy twoje zainteresowanie pracą w Krakowie nie ma związku z pewnym przystojniakiem, którego spotkałyśmy w galerii? - zapytała Iza.

- Możliwe - odparła tajemniczo Szwedka.

Iza miała rację. Powód nagłej miłości Nicole do Krakowa miał sto osiemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu, piwne oczy i brak zarostu na twarzy.

- Iza, chyba się zakochałam - oznajmiła dziewczyna, gdy zostały same w pokoju.

- Coś podobnego! Własnym uszom nie wierzę. Ciekawa jestem, kiedy się odkochasz. No cóż, Nicole, nie należysz do osób stabilnych uczuciowo.

- Mylisz się, jestem bardzo stabilna uczuciowo. Świadczy o tym choćby fakt, że nadal uważam cię za najlepszą przyjaciółkę, mimo twoich ciągłych złośliwości.

- Przyjaźń to nie to samo co miłość. Powiedz mi, ile trwała twoja najdłuższa miłość do faceta?

- Żadnego nie kochałam. Hmm, z niektórymi kochałam się kochać. Z Szymkiem jest inaczej, dlatego chcę osiąść w Krakowie na stałe. To znaczy tak długo, dopóki będę go kochać.

- To może lepiej będzie, jeśli z nim zamieszkasz? No może nie tyle lepiej, ile taniej.

- Po pierwsze, aż tak głupia nie jestem, żeby z nim zamieszkać, bo szybko by się na mnie poznał i nasz związek szybko by się zakończył. A po drugie, on też woli mieć własną przestrzeń. W stu procentach się z nim zgadzam, uważam, że codzienna bliskość zabija miłość. Przykładowo, ty i Johann już tak nie spijacie sobie miodku z ust jak to bywało wcześniej.

- Przestań bredzić. Nadal bardzo się kochamy.

- Jakoś tego nie widać.

- To idź do okulisty - mruknęła Iza. - Oczywiście, że szaleńcze zakochanie nie trwa wiecznie, ale w jego miejsce pojawia się nowe uczucie, może mniej intensywne, lecz bardziej stabilne. Uczucie to nazywa się MIŁOŚĆ. I nie polega na spijaniu sobie miodku z ust, tylko na akceptacji partnera z wszystkimi jego wadami, na poczuciu bezpieczeństwa, na solidarności, na umiejętności wyrzeczenia się własnych przyjemności, na stawianiu swojego ego na drugim planie, na...

- Iza, to ty przestań bredzić. Operujesz komunałami. Przecież widzę, że w waszym związku nie dzieje się dobrze. Mnie nie nabierzesz, znam cię lepiej niż twoi rodzice.

Iza w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.

Nicole miała rację, między nią a Johannem źle się układało. Głównym powodem był brak potomstwa. Przez parę lat nie starali się o dziecko, wręcz przeciwnie, Iza bardzo nie chciała zajść w ciążę. Miała dość obowiązków związanych z synkiem Johanna i nie uśmiechało jej się powiększanie rodziny. Nagłe pojawienie się chłopca w ich świeżym związku zakłóciło dotychczasowy uporządkowany styl życia, jaki wiedli po ślubie. Byli jeszcze młodzi, pragnęli cieszyć się sobą, zwiedzać świat, robić kariery zawodowe, a nie niańczyć dzieci. Oczywiście, chcieli mieć dziecko, ale dopiero za jakiś czas. Los miał jednak dla nich inny scenariusz i nieoczekiwanie postawił na ich drodze nieślubnego syna, o którego istnieniu Johann nie miał pojęcia. Niespodziewana śmierć matki chłopca wymogła na Johannie niechciane ojcostwo, a Izę postawiła na emocjonalnym rozdrożu. Przeważyła miłość do męża i po krótkim rozstaniu dziewczyna ponownie wpuściła męża do swojego życia wraz z jego "przychówkiem" - tak określiła chłopczyka Nicole.

Iza dość szybko się nauczyła roli matki i według rodziny egzamin z macierzyństwa zdała z wyróżnieniem. Teo pokochał Izę, a Iza pokochała chłopca. Przez trzy lata Izie wystarczał jedynak, ale dwa lata temu odezwał się w niej gwałtowny zew prokreacji. Bardzo pragnęła urodzić dziecko. Często sobie wyrzucała, że odkładała ciążę na później, że martwiła się chwilowym brakiem miesiączki, że zażywała tabletki antykoncepcyjne, a raz nawet tabletkę "po". Teraz właśnie ta tabletka najbardziej ją prześladowała. Może właśnie w tym tkwiła przyczyna jej bezpłodności? Mimo że wszyscy ginekolodzy negowali te przypuszczenia, trudno było Izę przekonać. Wciąż uważała, że los postanowił w ten sposób wymierzyć jej karę, że to jej karma. Zadręczała nie tylko siebie, ale też Johanna. Z radosnej i uśmiechniętej dziewczyny, jaką zawsze była, stała się zgorzkniałą i pochmurną sekutnicą. Johann z trudem to znosił, Iza często dostrzegała na jego twarzy zniecierpliwienie i tamowaną złość. Jedynie wobec Teo i w obecności krewnych starała się być taka, jak dawnej, ale coraz trudniej jej szło udawanie.

Oprócz Johanna i ginekologów, których zmieniała często, nikt nie wiedział o jej problemie. Nawet rodzicom nie mogła się zwierzyć. Wiedziała, że mama od razu powiedziałaby o wszystkim tacie, a on w żadnym wypadku nie mógł się o tym dowiedzieć. Ojciec na pewno szukałby przyczyny niepłodności w ich pokrewieństwie - w końcu Iza i Johann mieli wspólnego pradziadka. To głównie z tego powodu jej ojciec długo był przeciwny ich związkowi. Chociaż polskie prawo nie zabraniało takiego małżeństwa, a nawet Kościół katolicki je aprobował, uznając ryzyko wad genetycznych u potomków za niewielkie, to jednak całkowicie znikało ono dopiero wtedy, gdy małżonkowie mieli wspólnego prapradziadka. Iza była przekonana, że gdyby ojciec dowiedział się o jej poronieniach, na pewno by stwierdził, że przyczyną było odrzucenie płodu przez organizm spowodowane wadami genetycznymi z tytułu zbyt bliskiego pokrewieństwa. Dla Izy taka argumentacja byłaby trudna do przyjęcia, świadczyłaby bowiem o porażce ich związku, a Iza kochała Johanna... i nienawidziła porażek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Wcześniej

Iza otworzyła drzwi domu rodziców. W progu stała Nicole Johannson, przybrana wnuczka Barbary Orłowskiej-Johannson, która została dokooptowana do rodziny Orłowskich kilkanaście lat temu po ślubie dziadka Jona z Barbarą. Od tego czasu obie dziewczyny łączyły nie tylko więzy rodzinne, ale również głęboka przyjaźń. Na widok przyjaciółki Iza uśmiechnęła się szeroko i objęła ją na powitanie.

- Dlaczego tak późno? Miałaś być dwie godziny wcześniej - zauważyła z wyrzutem. - Wszyscy czekają na ciebie z kolacją.

- Zażalenie proszę skierować do dyrekcji LOT-u. Samolot znowu miał opóźnienie. No i te wasze krakowskie korki na ulicach. Nie rozumiem, jak można żyć w tym kraju.

- U was w Szwecji nie ma korków? W takim razie jutro zaczynam szukać pracy w Sztokholmie. Wynajmiesz nam część swojego mieszkania? - drażniła się Iza z przyjaciółką.

- Już nie mieszkam w Sztokholmie, przeprowadziłam się do Ystad.

- Dlaczego?

- Bo już tam nie pracuję, a tata nie zamierza mi finansować tak drogiego mieszkania - burknęła dziewczyna.

- Nicole, kiedy wreszcie się ustatkujesz? Znajdź w końcu prawdziwą pracę i normalnego faceta i załóż razem z nim podstawową komórkę społeczną.

- Każda praca jest prawdziwa, gdy zarabia się pieniądze - mruknęła nienaganną polszczyzną Szwedka.

Nicole swoją perfekcyjną znajomość języka polskiego zawdzięczała ojcu, który był Polakiem, no i dziadkowi, Szwedowi, który od kilkunastu lat stał się Polakiem z wyboru, o co postarała się jego żona Barbara Orłowska - w stu procentach Polka.

- No właśnie: GDY się zarabia pieniądze. - Podchwyciła Iza, mocno akcentując słowo "gdy". - Trzeba też koniecznie dodać przymiotnik REGULARNIE zarabia, a nie od czasu do czasu. Praca modelki czy fotomodelki jest bardzo kapryśna, dobrze, że masz rodzinę, która cię utrzymuje.

- Przyganiał kocioł garnkowi, ty bez Johanna też miałabyś problemy finansowe.

- Hmm, w każdym razie coraz lepiej mówisz po polsku, znasz nawet polskie powiedzonka - podsumowała Iza. - Może powinnaś pomyśleć o pracy tłumaczki?

- Kiedy się słyszy te powiedzonka w wykonaniu ojca, dziadka i całej chmary Polaków, człowiek nimi przesiąka. Wiesz, Iza, jakoś mi nie pasuje prawdziwa praca.

Rozmowę dziewczyn przerwała Renata Orłowska, która w tym momencie weszła do przedpokoju.

- Nareszcie jesteś - powiedziała, całując Nicole w policzek. - Gdzie twój bagaż?

- Zostawiłam w domu dziadków - odparła Nicole. - Ciociu, domyślam się, że dziadek i babcia Basia już siedzą za stołem i opychają się smakołykami, które przyrządziłaś.

- Owszem, są smakołyki, ale to nie zasługa mamci tylko ekipy pani Stasi - wtrąciła Iza. - Mama nawet nie musi dziś podawać do stołu.

- Tak? A cóż to się stało?

- Dzisiaj mamy więcej gości niż zwykle, dlatego pani Halinka przyszła mi z pomocą - odpowiedziała Renata. - Jest Aga i Bartek oraz ich znajomy z Białorusi.

- Przystojny ten Białorusin?

- Przystojny, ale nie dla ciebie - mruknęła Iza. - Za stary i za biedny. Nie mógłby cię utrzymywać.

- Ciociu, co ugryzło dziś Izę? Jest wyjątkowo nieprzyjemna.

Orłowska w odpowiedzi wzruszyła ramionami.

- Ostatnio to jej stały stan samopoczucia.

Przy stole w jadalni rzeczywiście siedziało kilkanaście osób. Oprócz starszych i młodszych seniorów, do których zaliczano Renatę i Roberta, a którzy mocno się tym oburzali, były również ich dzieci i wnuki, a także wcześniej już wspomniani okazjonalni goście.

Białorusin okazał się czterdziestokilkulatkiem o miłej fizjonomii i sympatycznym sposobie bycia. Jego brązowe włosy i broda były mocno przetykane siwizną, a okulary w ciemnej oprawie dodawały mu powagi i lat. Anton Moroz miał polskie korzenie i zamiłowanie do demokracji, co nie podobało się białoruskim władzom. Po kilku latach prześladowań udało mu się wyjechać z Mińska do Niemiec, a później do Polski. Nieobarczony rodziną i z uniwersalnym zawodem, bo z wykształcenia był anestezjologiem, nie miał problemów z adaptacją w nowym środowisku. Dobra znajomość języków - angielskiego, niemieckiego i polskiego - była dodatkowym ułatwieniem. Jeszcze nie zdecydował, które państwo wybierze na swą drugą ojczyznę, na razie zakotwiczył się w Krakowie. Mieszkał tu od pół roku, a od trzech miesięcy pracował w klinice Orłowskich. Pracę dostał za wstawiennictwem Bartka Krawczyka - neurochirurga, który był niedoszłym zięciem Roberta, a obecnym ojczymem jego wnuka. Do ślubu Bartka i Izy nie doszło, bo narzeczona wolała wyjść za mąż za swojego dalekiego niemieckiego kuzyna Johanna von Briesta. Bartek znalazł pocieszenie w ramionach eksżony Krzyśka i stał się ojczymem Eryka.

W oczach postronnych obserwatorów historie rodziny Orłowskich, ich dzieci i wnuków, związków i skomplikowanych relacji niewiele odbiegały od losów telewizyjnych bohaterów Mody na sukces czy Dynastii - również były zagmatwane, spektakularne i wręcz nieprawdopodobne. Ludzie z zewnątrz dziwili się, jak można mieć tak popaprane i zwariowane życie jak Orłowscy. Pracownicy kliniki zarządzanej przez Roberta Orłowskiego i jego syna Krzyśka traktowali tę rodzinę jak swoistych celebrytów. Obserwowali ich życie zza szpitalnego parawanu, plotkując przy kawie na ich temat, nierzadko przy tym konfabulując i zniekształcając fakty.

Rozdział 2

Iza z wściekłością wrzuciła woreczek z podpaską do kosza na śmieci. Umyła ręce i spojrzała na kalendarz wiszący w łazience. Znowu nic. Cholerna "ciotka z Ameryki" przybyła wraz z przyjazdem Nicole. Do łazienki wszedł jej mąż Johann - wysoki, ciemnowłosy, trzydziestokilkuletni przystojniak, o którym kilka lat temu marzyło wiele niemieckich dziewczyn. Miłość do kuzynki Izy spowodowała, że przerwał telewizyjną karierę i zamieszkał w Krakowie. Zaadaptował się do nowych warunków, założył z Maksem Gajewskim spółkę produkującą gry komputerowe i stał się Polakiem.

- Dlaczego wchodzisz do łazienki, gdy jest zajęta? - warknęła. - Człowiek nie ma za grosz prywatności.

- To przez miesiączkę jesteś dziś wściekła jak osa?

- Nie musisz się silić na głupie porównania - warknęła. - Czy zawsze muszę kipieć wesołością? Nie mogę mieć złych dni?

- Izis, nie przesadzaj. Nie rób tragedii w szklance wody.

- Pomyliło ci się z burzą - mruknęła. - W kwestii kwiecistych przenośni i porównań to już Nicole jest lepsza od ciebie, a mieszka w Polsce tylko okazjonalnie, podczas gdy ty mieszkasz tu na stałe. I do tego masz maturę z polskiego - prychnęła.

- Izis, nie zamierzam wszczynać kłótni, dlatego nie będę z tobą polemizował - mruknął, a potem dodał: - Jesteśmy jeszcze młodzi, kiedyś na pewno nam się uda.

- Dobrze ci mówić, bo masz już własne dziecko - warknęła. Widząc minę męża szybko się zreflektowała. - Przepraszam. Przecież wiesz, jak bardzo kocham Teo...

- Gdybyś naprawdę go kochała... - nie dokończył.

- To co? Nie chciałabym mieć drugiego dziecka? Większość ludzi marzy o dwójce dzieci. Dla rodziców jedynak to za mało, dla dobra dziecka też jest wskazane, by miał rodzeństwo.

- Izis, to, że mamy problemy z ciążą, nie upoważnia cię do wyżywania się na domownikach. Zresztą, dla obcych też jesteś wredna.

- Nie przesadzaj, nikogo dziś nie uraziłam.

- Byłaś złośliwa wobec Nicole i Eryka. I te uwagi skierowane do Agi i Bartka...

- Wobec Eryka?! Tu już mocno przesadziłeś. To diabeł wcielony, zachowuje się paskudnie, a wszyscy patrzą na to przez palce. Cóż takiego bulwersującego niby powiedziałam?

- Hmm... zacytuję: "ten wasz nieokrzesany bachor powinien zostać odizolowany od innych dzieci. Znęca się nad nimi i daje zły przykład. Powinniście przez miesiąc trzymać go w miejscu odosobnienia, dając do jedzenia miskę kaszy gryczanej, a do picia sok z buraka, bo ich nie lubi, a mają wartości odżywcze".

- To i tak dla niego za mała kara, bo ten łobuz zasługuje jedynie na suchy chleb i wodę. A co do Nicole, czy nie mam racji, że powinna się w końcu ustatkować? Wszyscy tak uważają.

- Ale głoszenie wszem i wobec przy stole, że zmienia facetów częściej niż pościel we własnym łóżku, to chyba nie na miejscu. Tym bardziej, że siedział z nami ten Białorusin.

Iza wzruszyła ramionami.

- Przecież Nicole się nie obraziła.

- Powinnaś być jednak wobec niej milsza.

- Jej ego nie potrzebuje dopalaczy.

Rzeczywiście Nicole się nie obraziła, bo już nazajutrz poszły razem na zakupy do Galerii Krakowskiej. Postanowiły zrobić sobie babski wieczór.

- To cud, że nie wzięłaś z nami Teo - mruknęła Nicole.

- Zamierzałam, ale tatko wziął wszystkie dzieciaki do kina, a Teo uwielbia mojego tatę.

- Uwielbiają go, bo ma podejście do dzieci. Ja go nie mam. Nie jestem macicą na wysokich obcasach, mam w życiu inną rolę do spełnienia niż produkowanie wrzeszczących bachorów.

- Niby jaką rolę? Lali do dmuchania? - sarknęła Iza.

- Mam nadzieję, że za chwilę usłyszę słowo przepraszam.

- Od tego słowa bolą mnie zęby - mruknęła Iza, ale szybko dodała polubownie: - Dzieci jednak cię lubią. Na przykład Teo ciągle dopytywał, kiedy przyjedzie ciocia Nicole.

- Właśnie tego nie rozumiem, bo ja za nimi nie przepadam. Podziwiam ludzi pragnących sprowadzać je na świat. A takich jak ty, którzy decydują się wychowywać cudze dzieci jak swoje, wyrzekając się przy tym własnego życia i narażając na niewygody, to w ogóle nie mogę zrozumieć. No może w twoim wypadku jest trochę inaczej, bo robisz to ze względu na Johanna. W imię miłości można podjąć się różnych heroicznych rzeczy, nawet matkować. Dobrze, że cię ominęło zmienianie pieluch...

- Nicole, przestań bredzić. Teo to mój syn, chociaż go nie urodziłam.

Szły alejkami galerii, oglądając wystawy sklepowe. Właśnie zamierzały wstąpić do sklepu sieci Rossmann, gdy usłyszały za plecami przyjemny baryton.

- Dzień dobry paniom.

Dziewczyny odwróciły się i ujrzały wysokiego przystojnego szatyna. Twarz mężczyzny wydawała się Izie znajoma. Już zaczynała wertować w głowie nazwiska, ale mężczyzna jej to ułatwił.

- Jakiś czas temu byliśmy na tym samym weselu - powiedział, uśmiechając się do obu dziewczyn, ale przytrzymując spojrzenie na Nicole.

- Jesteś bratem Poli, tak? - przypomniała sobie Iza. - Z tego co wiem, pracujesz w klinice mojego taty.

- Czuję się zaszczycony, że mnie zapamiętałaś.

- Zapamiętałam, bo jesteś jednym z nielicznych facetów, którzy nie mają zarostu. Wokół sami brodacze.

- Też miałem, ale zgoliłem. Hmm, twój ojciec również nie nosi zarostu.

- Tatko nie ma brody z próżności, bo choć na głowie ma szpakowate włosy, to zarost jest całkiem siwy. A dlaczego ty nie podążasz za trendem męskiej mody?

- Chciałem się wyróżniać. Poskutkowało, zapamiętałaś mnie - odparł z uśmiechem, po czym zwrócił się w stronę Nicole. - A ty mnie zapamiętałaś?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Jasne, że tak. Rzadko kto wyrzuca mnie z łóżka w środku nocy.

- Mała nieścisłość, to nie była noc, lecz południe, i to nie ja cię wyrzuciłem.

- Owszem nie ty, tylko twoja dziewczyna - burknęła Nicole. - Trzeba było uprzedzić, że masz narzeczoną.

- Nie była moją narzeczoną. Nie przypuszczałem, że wpadnie bez zapowiedzi.

- Miała klucze do twojego mieszkania, więc byliście ze sobą blisko. Dlaczego nie przyszedłeś z nią na wesele siostry?

- Bo nie była moją narzeczoną. I nie miała kluczy do mojego mieszkania. Byłem tak zaaferowany tobą, że zapomniałem zamknąć drzwi na klucz.

Iza przysłuchiwała się rozmowie. Cała Nicole, żadnemu przystojnemu facetowi nie przepuści, pomyślała.

- Usiądźmy gdzieś, porozmawiamy - zaproponowała Szwedka.

Mężczyzna spojrzał na zegarek.

- Niestety, nie mam czasu, za godzinę zaczynam dyżur.

- Może więc innym razem. Oto namiar na mnie - powiedziała Nicole, wyjmując z torebki wizytówkę. - Będę w Polsce jeszcze jakiś czas. Jest tam też moje imię, jeśli zapomniałeś. A jak tobie na imię?

- Szymon. Nerowski. - Uśmiechnął się, chowając wizytówkę do kieszeni. - Do zobaczenia.

Kiedy zniknął z pola widzenia, Iza spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem.

- Boże, Nicole, kiedy w końcu dorośniesz? Naprawdę musisz rozkładać nogi przed każdym napotkanym facetem?

- Nie przed każdym, tylko przed takim, który mi się podoba.

- Za długo marynowałaś mózg w alkoholu. Jesteś beznadziejna. Nawet nie wiesz, czy jest wolny. Może ma żonę albo dziewczynę.

- Gdyby nawet miał, co z tego? Pamiętam, że był niezły w łóżku, więc przydałaby się powtórka. Aha, Iza, pogadaj z babcią, żeby dała mi klucze do tamtego wolnego mieszkania. Kocham dziadków, ale wolę ich kochać kilometr dalej.

- Nic z tego, w mieszkaniu teraz rezyduje ten Białorusin, Anton Moroz. Tatko mu je udostępnił do czasu, aż facet nie znajdzie jakiegoś lokum.

- Szkoda - westchnęła Nicole.