ROZDZIAŁ 2
Współcześnie
Dom Trupielca z każdym rokiem wyglądał gorzej i zdawał się zmierzać do kresu swego żywota, tak jak jego właściciel. Jedyną osobą, która w ponurej, chylącej się ku upadkowi posiadłości bywała regularnie, był kurier, od lat ten sam, pan Mieczysław. Starzecki zatrudnił go w czasie, gdy jeszcze zdarzało mu się często bywać w mieście.
- Nie mam już cierpliwości ani głowy do takich spraw - powiedział. - Zapominam kupić połowy rzeczy, których potrzebowałem, a wracać mi się potem nie chce. Zna pani kogoś, kto podjąłby się dostarczania mi zakupów? - zapytał pewnego dnia właścicielkę sklepu, w którym się zaopatrywał, a Mieczysław, który akurat stał za nim w kolejce, zgłosił natychmiast swoją kandydaturę. Starzecki zmierzył go uważnym spojrzeniem, a potem kiwnął głową i wyszli ze sklepu, żeby ustalić warunki.
I tak od wielu już lat Mieczysław odbierał we wtorek od Starzeckiego SMS-a z zamówieniem, kupował potrzebne rzeczy i w piątek, już będąc w drodze do klienta, wysyłał mu w odpowiedzi kwotę, jaką ma przygotować za zamówione towary. Pieniądze za zakupy oraz skrzynki, w których dostarczył zamówienie z poprzedniego tygodnia, czekały na niego zawsze w holu wejściowym, oddzielonym od reszty domu grubą bordową zasłoną, za którą mężczyzna nigdy nie zaglądał, bo z natury nie był ani wścibski, ani dociekliwy.
- A co mnie obchodzi, co jest za zasłoną? - odpowiadał tym, którzy ciągnęli go za język i wypytywali, jak wygląda w środku dom Trupielca. - Pewnie bałagan, jak u każdego. Czego się niby spodziewacie? Statku kosmicznego? Prosił, żebym się nie kręcił po domu, to się nie kręcę.
Umowa ze Starzeckim odpowiadała mu, pozwalała na dorobienie sobie do pensji, a później do emerytury, a zajęcie nie było ani uciążliwe, ani czasochłonne. W pewnym momencie siedemdziesięcioparoletni pan Mieczysław poczuł jednak, że nie ma już sił na jazdę na rowerze i dźwiganie skrzynek, więc ustalił z Trupielcem, że teraz dostawy przejmie jego wnuk, Kamil. Chłopak akurat skończył szkołę średnią, nie zdał matury i miał przed sobą rok nauki, żeby nadrobić braki w wiedzy i przystąpić ponownie do egzaminu.
- Trochę sobie zarobisz, a w nauce ci to nie przeszkodzi - stwierdził starszy pan.
Stało się to akurat tuż przed wakacjami, a Kamil bardzo się ucieszył, nie tyle z perspektywy zarobku, który zbyt imponujący nie był, ile z możliwości poznania sekretów Trupielca.
"Zrobię zdjęcia domu, wszystko obejrzę" - myślał. "I każdy będzie chciał ze mną podyskutować, wypytać, pogadać o czymś innym niż te głupie niezdane egzaminy".
Perspektywa bycia popularnym przysłoniła nawet troskę wywołaną oblaną maturą z matematyki i polskiego. Wysłuchał cierpliwie wszystkich pouczeń dziadka i przyrzekł, że będzie się trzymał wyznaczonych przez klienta zasad, które sprowadzały się do tego, że ma przywieźć zamówienie, zabrać pieniądze i sobie pójść.
- Nie próbuj go wołać ani zagadywać, ani nie pchaj się do domu - doradzał dziadek. - Zostaw skrzynki, zabierz wcześniejsze i znikaj.
- Jasne, dziadku - odpowiadał Kamil znudzony już tymi uwagami.
"Ale zanim sobie pójdę, nie zawadzi trochę się rozejrzeć, jeśli się nadarzy okazja" - myślał, kiedy po raz pierwszy jechał do Trupielca na odziedziczonym po dziadku trójkołowym rowerze, a właściwie - rikszy.
Zatrzymał rower przed żelazną bramką i spojrzał niepewnie na zarośla, które rozciągały się za nią. W ogrodzie panował półmrok, bo bujne korony starych drzew zdawały się pochylać nad całą posiadłością, jakby chciały osłonić ten teren przed wzrokiem ciekawskich.
- No to do dzieła - mruknął pod nosem chłopak, żeby dodać sobie otuchy, po czym pchnął masywną furtkę. Spodziewał się upiornego skrzypnięcia, ale otworzyła się niemal bezgłośnie. Wprowadził rower na teren ogrodu i podskoczył ze strachu, bo bramka zamknęła się za nim z hukiem.
"Padnę na zawał i nie będę się musiał przejmować niezdaną maturą" - pomyślał, zły na siebie, i ruszył w stronę domu. Był w połowie ścieżki, gdy z zarośli wyłonił się wielki czarny ptak i przystanął, wpatrując się w Kamila.
- A pójdziesz ty! - pogonił go chłopak, machając rękami, a kruk w odpowiedzi tylko zakrakał i brzmiało to jak szyderczy śmiech.
Kamil przełknął ślinę i skierował rower prosto na ptaka.
- Taki jesteś mądry?! - powiedział.
"Super, gadam do kruka..." - dodał w myślach.
Ptak odfrunął o niecałe pół metra, po czym został tuż przy ścieżce, wciąż gapiąc się na intruza. Kamil przeszedł obok, zezując podejrzliwie i ściskając mocniej kierownicę, jakby miała go ochronić w razie ataku. Kruk jednak nie ruszył się z miejsca, a chłopak już po chwili stanął przed drzwiami wejściowymi i sięgnął w stronę klamki. Nacisnął ją i skrzywił się, bo zgrzytnęła tak, że aż przeszedł go dreszcz. Pchnął drzwi i zrobił krok do przodu, czując rosnącą ekscytację, która opadła od razu, gdy tylko przekroczył próg. Znalazł się bowiem w niewielkim przedsionku, oddzielonym od reszty domu przez ciężkie bordowe kotary. Dziadek niby mu o nich wspominał, ale chłopak sądził, że to bardziej coś jak firana, przez którą bez trudu będzie można zerknąć w głąb... O tym, jak bardzo są ciężkie, przekonał się, gdy spróbował nieco je rozsunąć, aby zobaczyć, co się za nimi kryje.
"Nie da się tego zrobić tak, żeby można było powiedzieć, że to niechcący" - pomyślał.
Ciekawość w nim rosła i był już zdecydowany machnąć ręką na dyskrecję i po prostu bezceremonialnie odsunąć zasłonę, gdy usłyszał ze środka domu miarowe stukanie. Zamarł z ręką wsuniętą pomiędzy fałdy ciężkiej tkaniny i nasłuchiwał. Stukanie narastało, jakby coś się zbliżało w jego stronę. Spanikowany cofnął rękę i zrobił krok do tyłu.
"Ktoś ma podkute buty? Czy to jakieś kopyta?" - rozważał w popłochu Kamil. "Ale chyba gość nie trzyma w domu konia?!"
Stuk... Stuk... Stuk...
Stukot się nasilił i chłopak patrzył w napięciu na zasłony. Nagle ogarnął go dziwny, pierwotny lęk i przeświadczenie, że kiedy te kotary się rozsuną, nic w jego życiu nie będzie już takie jak dawniej. Wycofał się jeszcze bardziej. Z wnętrza domu usłyszał skrobanie i sapanie, które dołączyło do stukotu, teraz już tak wyraźnego, że wydawało się, że ktoś porusza się tuż za kotarą.
Stuk... Stuk... Stuk...
Kamil stał nieruchomo, przekonany, że za moment stanie się coś przerażającego. W pewnym momencie stukot ucichł i zapadła cisza tak straszna, że chłopak poczuł, jak wszystkie włoski na jego ciele się unoszą. Był pewien, że tuż obok niego stoi ktoś lub coś, z czym na pewno nie chciałby się spotkać twarzą w twarz. Trwał w napięciu jeszcze przez kilkanaście sekund, jakby coś rzuciło na niego czar, i nie był w stanie się poruszyć. Potem stukot rozległ się znowu, tak nagle i tak blisko, że Kamil aż podskoczył, przełknął głośno ślinę, po czym chwycił puste skrzynki, w których leżała koperta z zapłatą, pchnął plecami drzwi i wyszedł z domu tak szybko, jak się dało. Rzucił skrzynki na pakę, wsiadł na rower i pomknął do przodu. Nie zatrzymał się nawet przed furtką, tylko trącił ją przednim kołem, żeby się otworzyła. Popędził do domu, nie oglądając się za siebie, i dopiero gdy usiadł w swoim pokoju, zrobiło mu się wstyd.
"Zwiałem jak zając" - wyrzucał sobie w duchu. "Nawet jednego zdjęcia nie zrobiłem! I niby czego się tak bałem?! Starego dziadka z laską? Beznadzieja. Dobrze, że nikt mnie nie widział, bo stałbym się pośmiewiskiem".
***
Przed laty
Dorota Pawlicka wróciła do domu podekscytowana i szczęśliwa tak bardzo, że jej mama, patrząc na pochylającą się nad próbkami materiałów dziewczynę, miała wrażenie, że bije od niej światło.
"Ach, ta miłość" - pomyślała z rozczuleniem kobieta i pogładziła jasne włosy córki. "Nawet nie zauważyłam, kiedy z małej dziewczynki zmieniła się w piękną, młodą panienkę".
Feliks Starzecki także czuł, że rozpiera go szczęście, zmącone jednak obawą o to, czy rodzice Doroty uznają go za godnego ich córki.
Mikołaj i Salomea Pawliccy byli najbogatszymi ludźmi w mieście, a on... Cóż, nie należał do biedoty, ale żadnym krezusem nie był. Wcześnie stracił rodziców, więc od trzynastego roku życia opiekowała się nim babcia, której pomagał, ile mógł, ksiądz Solecki, wieloletni przyjaciel ojca Starzeckiego. Feliks był bardzo zaradny i świetnie zajmował się swoją posiadłością, wiele potrafił naprawić samodzielnie. Z czasem przejął również warsztat garncarski swego ojca i jego wyroby cieszyły się dużym powodzeniem wśród kupców z innych miast. Jednak nie stać go było na zatrudnianie służących, tak jak robili to Pawliccy.
"Dorotka jest jak księżniczka" - myślał. "Jeśli zostanie moją żoną, jej standard życia znacznie się pogorszy... Czy jej rodzice się zgodzą? A jeśli tak, to czy ona sama, za jakiś czas, nie pożałuje, że za mnie wyszła?"
Pawlicki był bogatym człowiekiem, choć nikt w mieście nie znał źródła jego majątku. Wyjechał ze Średniego jako młody chłopak, a kilka lat później wrócił ze skrzynią pełną pieniędzy oraz piękną żoną. Widząc jej nienaganne maniery, wszyscy byli przekonani, że kobieta ma arystokratyczne korzenie.
- Nosi się dumnie jak jakaś hrabianka - mawiali niektórzy, najbardziej zawistni, choć Salomea wcale się nie wywyższała.
Pawliccy kupili ziemię nieopodal rodzinnego domu Mikołaja i postawili tam dom czy raczej pałac, bo imponująca budowla miała wieżyczki i liczne przybudówki. Gdy małżeństwu urodziła się córka - Dorotka, ludzie wieszczyli, że wychowają ją na zarozumiałą księżniczkę, ale pani Pawlicka była kobietą mądrą i skromną i pragnęła, aby jej dziecko nie wynosiło się nad innych tylko dlatego, że ma piękniejsze stroje i służącą. Przekonała męża, by dziewczynka mogła się bawić w towarzystwie dzieci sąsiadów, i z przyjemnością obserwowała, jak pomiędzy nią a Feliksem rodzi się pierwsza miłość. Feliks wiedział, że kobieta go lubi, ale nie był pewien, czy aż tak, by oddać mu swą jedynaczkę, dlatego w niedzielny poranek szedł do kościoła zdenerwowany.
- Niepotrzebnie się martwisz - pocieszała go babcia Kazimiera. - Jesteście dla siebie stworzeni, a Salomea cieszy się, że jej córka trafiła na porządnego chłopaka, który nie wyrządzi jej krzywdy. Sama słyszałam, jak tak mówiła!
"Obyś miała rację, babciu!" - myślał Feliks, gdy ujrzał na horyzoncie budynek kościoła.
Nie potrafił się skupić podczas mszy, bo jego wzrok raz po raz biegł w stronę pierwszej ławki, w której siedzieli Pawliccy. Nagle wydali mu się tak odlegli, niedostępni, wykwintni w swoich eleganckich strojach i poczuł, że nic z tego nie będzie.
"Tylko w bajkach księżniczki wychodzą za rzemieślników" - pomyślał. "Pawlicki będzie wolał jakiegoś bogatego kupca, a może nawet kogoś z tytułem szlacheckim? Dorotka zasługuje na to, co najlepsze".
Mimo tych myśli, które mocno podkopywały jego wiarę w siebie, zebrał się jednak na odwagę i po mszy podszedł do Pawlickich i zapytał nieśmiało, czy może ich odwiedzić po południu, aby porozmawiać.
- Oczywiście! - Salomea Pawlicka wymieniła z mężem porozumiewawcze spojrzenie i zaprosiła chłopaka do powozu, który czekał na nich przed kościołem. - Ale po co czekać do popołudnia, jedź z nami już teraz. Zapraszamy!
Stremowany Feliks w tym momencie nabrał przekonania, że Pawliccy doskonale przejrzeli jego zamiary i chcą załatwić sprawę bez zbędnej zwłoki.
"Mam nadzieję, że nie zabronią mi widywać Dorotki, nawet gdy mnie skreślą jako kandydata na męża dla niej" - myślał, wchodząc po stopniach powozu. "Nie przeżyłbym bez spotkań z nią".
Dorotka uśmiechała się do niego krzepiąco, jednak udzieliło jej się jego zdenerwowanie i niepewność, więc do domu dotarli w milczeniu, oboje drżący z niepokoju.