1
Sierpień dobiegał końca. Léa, druga córka Pierre'a Delmas, która skończyła niedawno siedemnaście lat, z na wpół przymkniętymi oczami siedziała na ciepłym jeszcze kamieniu murku okalającego taras w Montillac. Zwrócona ku równinie, znad której dochodziła niekiedy morska woń sosen, dziewczyna machała opalonymi, gołymi nogami, obutymi w pasiate płótniaki. Podparta rękami o murek poddawała się szczęściu istnienia, czując pulsowanie ciała pod cienką sukienką z białego płótna. Westchnęła z błogością i przeciągnęła się, kołysząc się z wolna, zupełnie jak kotka Mona, kiedy się budzi w słońcu.
Léa, tak jak jej ojciec, kochała tę posiadłość i znała jej najmniejsze zakamarki. Jako dziecko chowała się za młodymi pędami winorośli, za rzędami beczek, bawiła się w berka z kuzynkami i kuzynami, z synami czy też z córkami sąsiadów. Nieodłącznym towarzyszem jej zabaw był syn zarządcy piwnic, starszy od niej o trzy lata Mathias Fayard. Całkowicie jej oddany ulegał urokowi najlżejszego jej uśmiechu. Léa miała kręcone, wiecznie potargane włosy, potłuczone kolana i ogromne oczy fiołkowej barwy, ocienione długimi, czarnymi rzęsami. Jej ulubioną zabawą było wystawianie Mathiasa na próbę. W dniu swoich czternastych urodzin poprosiła go:
- Pokaż mi, jak się kocha.
Oszalały ze szczęścia chwycił ją w ramiona, pokrywając urywanymi pocałunkami jej piękną twarz zanurzoną w sianie. Półprzymknięte, wielkie, fiołkowe oczy śledziły uważnie każdy gest chłopca. Kiedy rozpinał guziki jej cienkiej, białej bluzki, uniosła się, żeby mu pomóc. I zaraz, w przypływie spóźnionej wstydliwości, zakryła małe piersi. Równocześnie poczuła, jak obezwładnia ją nieznane pragnienie.
Gdzieś daleko, wśród zabudowań gospodarczych usłyszeli głos Pierre'a Delmas. Mathias przerwał pieszczoty.
- Nie przerywaj - wymamrotała Léa, przyciskając do siebie głowę młodzieńca o kędzierzawych, kasztanowych włosach.
- Twój ojciec...
- No to co, a może się boisz?
- Nie, ale gdyby zobaczył, wstyd by mi było.
- Wstyd? Dlaczego? Czy robimy coś złego?
- Sama wiesz. Twoi rodzice zawsze byli tacy dobrzy dla mnie i dla mojej rodziny.
- Ale przecież ty mnie kochasz.
Ogarnął ją spojrzeniem. Jakaż była teraz piękna: te jej złociste włosy, poprzetykane suchymi kwiatkami i źdźbłami trawy, lśniące oczy, rozchylone wargi, ukazujące białe, drapieżne zęby, jej młode piersi o sterczących sutkach.
Mathias wyciągnął rękę i zaraz ją cofnął. Powiedział jak gdyby do siebie:
- Nie, to by było źle. Nie w ten sposób... - A potem dodał głosem bardziej stanowczym: - Tak, kocham cię i właśnie dlatego, że ciebie kocham, nie chcę ci... Jesteś panienką z pałacu, a ja...
Odsunął się i zszedł na dół po drabinie.
- Mathias...
Nie odpowiedział i Léa usłyszała, jak zamykają się za nim wierzeje stodoły.
- Co za głupiec z niego...
Pozapinała guziki bluzki i zasnęła. Spała aż do wieczora, kiedy to zbudziło ją drugie uderzenie gongu na kolację.
Gdzieś w oddali, na wieży kościoła w Langon albo też w Saint-Macaire, wybiła piąta. Sułtan, pies podwórzowy, zaszczekał radośnie goniąc dwóch młodych ludzi, którzy ze śmiechem zbiegali w dół po murawie. Raoul Lef?vre przed bratem dopadł muru, na którym siedziała Léa. Zdyszani oparli się o mur z obu stron dziewczyny, a ta popatrzyła na nich z dąsem.
- Co tak wcześnie? Myślałam już, że wolicie tę głupią Noëlle Villeneuve, która sama już nie wie, jak wam się przypodobać.
- Ona wcale nie jest głupia! - wykrzyknął Raoul.
Brat kopnął go w kostkę.
- Zatrzymał nas jej ojciec. Villeneuve uważa, że wojny tylko patrzeć.
- Wojna, wojna, o niczym innym nie mówią. Mam tego dosyć. Nie obchodzi mnie to - powiedziała Léa opryskliwie, przekładając nogi na drugą stronę murku.
Obaj takim samym teatralnym gestem rzucili się śpiesznie do jej stóp.
- Wybacz nam, królowo naszych nocy, słońce naszych dni. Precz z wojną, co wzburza dziewczęta, a chłopców zabija! Twoja fatalna uroda jest ponad te nędzne drobiazgi. Kochamy cię miłością, której nic nie dorówna. Którego z nas wolisz, o królowo? Wybieraj. Jeana? Szczęśliwiec z niego, umieram z rozpaczy - deklamował Raoul, padając na ziemię z rozrzuconymi ramionami.
Ze złośliwością w oczach Léa obeszła dokoła leżącego, z pogardliwą miną przestąpiła przez niego, a następnie, zatrzymawszy się, trąciła go nogą i powiedziała tym samym melodramatycznym tonem:
- Martwy jest jeszcze większy niż żywy.
Ujęła pod rękę Jeana, który ze wszystkich sił starał się zachować powagę, i odeszła z nim.
- Zostaw tutaj to śmierdzące ścierwo.
- Chodź, mój przyjacielu, i zalecaj się do mnie.
Młodzi ludzie odeszli na oczach udającego rozpacz Raoula.
Raoul i Jean Lef?vre odznaczali się niepospolitą siłą. Starszy miał dwadzieścia jeden lat, młodszy dwadzieścia. Byli niezwykle do siebie przywiązani, prawie jak bliźniacy. Jeśli Raoul coś przeskrobał, Jean gotów był natychmiast wziąć winę na siebie; jeśli Jean otrzymał prezent, niezwłocznie darował go swojemu bratu. Chodzili do jednego z coll?ge'ów w Bordeaux i swoją obojętnością wobec wszelkiej wiedzy doprowadzali profesorów do rozpaczy. Wlekli się na szarym końcu, lecz udało im się uzyskać świadectwo maturalne. I to tylko dlatego, aby, jak zapewniali, zrobić przyjemność swojej matce, Amélie. Przede wszystkim zaś, jak powiadali niektórzy, żeby uniknąć razów szpicrutą, gdyż porywcza kobieta nie wahała się przed ich rozdzielaniem pomiędzy swoje liczne i niesforne potomstwo. Owdowiała młodo, pozostając z sześciorgiem dzieci, z których najmłodsze miało dopiero dwa lata, przejęła wówczas w sposób zdecydowany zarządzanie odziedziczoną po mężu winnicą La Verdelais.
Niezbyt lubiła Léę, uważała, że jest nieznośna i źle wychowana. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Raoul i Jean Lef?vre kochają się w dziewczynie, było to nawet tematem kpin innych chłopców i powodem irytacji dziewcząt.
- Nie można jej się oprzeć - mówili. - Kiedy spogląda na nas tymi swoimi na wpół przymkniętymi oczami, umieramy z pragnienia, żeby ją wziąć w ramiona.
- To kokietka - odpowiadały dziewczęta. - Gdy tylko zobaczy, że jakiś mężczyzna interesuje się inną, zaraz robi do niego słodkie oczy.
- Być może, ale z Léą można pogadać o wszystkim: o koniach, sosnach, winnicach i wielu innych rzeczach.
-To dobre dla wieśniaka, zachowuje się jak chłopczyca, a nie jak światowa dama. Czy to przystoi samej albo w towarzystwie mężczyzn lub służących patrzeć, jak cielą się krowy, parzą konie, czy przystoi wstawać w nocy, żeby razem z psem Sułtanem podziwiać światło księżyca? Jej matka jest zrozpaczona. Za nieposłuszeństwo wyrzucili Léę z pensji. Powinna brać przykład ze swojej siostry Françoise. To dopiero dobrze ułożona panna...
- Ale jaka nudna, w głowie jej tylko muzyka i stroje...
Istotnie, Léa działała na mężczyzn niesamowicie. Żaden by się jej nie oparł. Młody czy stary, dzierżawca czy właściciel ziemski - dziewczyna podporządkowywała sobie wszystkich. Dla samego jej uśmiechu niejeden gotów by zrobić głupstwo. A jej ojciec pierwszy.
Kiedy coś przeskrobała, szła do jego gabinetu, siadała mu na kolanach i przytulała się do niego. Wówczas Pierre'a Delmas ogarniało tak wielkie szczęście, że zamykał oczy, aby je pełniej móc przeżyć.
Raoul zerwał się i jednym susem przyłączył się do Léi i Jeana.
- A kuku, zmartwychwstałem. O czym mówiliście?
- O garden-party, które jutro wydaje pan d'Argilat, i o sukni, jaką Léa ma włożyć.
- Obojętne, jaką włożysz suknię, jestem przekonany, że i tak będziesz najpiękniejsza - powiedział Raoul obejmując Léę w talii.
Odsunęła się ze śmiechem.
- Przestań, łaskoczesz mnie. Zapowiada się wspaniałe przyjęcie. W swoje dwudzieste czwarte urodziny Laurent będzie bohaterem dnia. Po pikniku przewidziano tańce, potem kolację, a jeszcze później sztuczne ognie. Ni mniej, ni więcej!
- Laurent d'Argilat stanie się w dwójnasób bohaterem dnia - powiedział Jean.
- Dlaczego? - spytała Léa unosząc w stronę Jeana swoją śliczną buzię, upstrzoną kilkoma piegami.
- Nie mogę powiedzieć, to jeszcze tajemnica.
- Jak to, masz przede mną tajemnice! A ty - powiedziała odwracając się do Raoula - wiesz, o co chodzi?
- Tak, trochę...
- Myślałam, że jestem waszą przyjaciółką, że lubicie mnie na tyle, żeby niczego przede mną nie ukrywać - powiedziała Léa i opadła na kamienną ławeczkę pod ścianą piwnicy; zwróciwszy twarz ku winoroślom, udawała, że rąbkiem sukienki ociera sobie łzy.
Pociągając nosem, kątem oka obserwowała obu braci, którzy spoglądali po sobie z zakłopotaniem. Wyczuwając ich niezdecydowanie, Léa zadała im cios ostateczny, wznosząc ku nim zamglony łzami wzrok.
- Idźcie sobie stąd, za bardzo mi dokuczacie, nie chcę was więcej widzieć.
Raoul nie wytrzymał:
- No więc jutro pan d'Argilat ogłosi zaręczyny swojego syna...
- Zaręczyny swojego syna? - przerwała mu Léa.
W jednej chwili przestała odgrywać komedię i powiedziała gwałtownym tonem:
- Zdurniałeś do reszty, Laurent wcale nie ma zamiaru się żenić, powiedziałby mi o tym.
- Zapewne nie było po temu okazji, ale doskonale wiesz, że od dzieciństwa jest zaręczony ze swoją kuzynką, Camille d'Argilat - ciągnął Raoul.
- Z Camille d'Argilat? Ależ on jej nie kocha! To były dziecinne igraszki, żeby rozbawić rodziców.
- Mylisz się. Jutro zostaną oficjalnie ogłoszone zaręczyny Laurenta i Camille, a ślub wezmą bardzo szybko, ze względu na wojnę...
Léa nie słuchała dalej. Przed chwilą taka radosna, teraz czuła, jak ogarnia ją panika. Robiło jej się na przemian gorąco i zimno, poczuła mdłości i rozbolała ją głowa. Laurent? Żeni się? To niemożliwe... Camille, o której wszyscy tak dobrze mówią, nie jest kobietą dla niego: to intelektualistka nieustannie zatopiona w swoich książkach, mieszczka. On nie może poślubić tej dziewczyny, bo przecież kocha mnie... Zauważyłam to owego dnia, kiedy wziął mnie za rękę, kiedy tak na mnie patrzył... Wiem to, czuję...
- Hitler gwiżdże na wszystko...
- Ale Polska, przecież...
Pochłonięci rozmową obaj bracia nie zauważyli zmiany, jaka zaszła w Léi.
- Muszę się z nim zobaczyć - powiedziała.
- Co mówisz? - spytał Jean.
- Nic, pora wracać do domu.
- Już? Dopiero przyszliśmy.
- Jestem zmęczona, boli mnie głowa.
- W każdym razie jutro w Roches-Blanches chcę, żebyś tańczyła tylko z Raoulem i ze mną.
- Dobrze, dobrze - powiedziała znudzonym głosem Léa, wstając.
- Huraaa! - wykrzyknęli chłopcy zgodnym chórem.
- Przekaż wyrazy szacunku swojej mamie.
- Nie omieszkam. Do jutra.
- Pamiętaj: wszystkie tańce nasze.
Raoul i Jean pobiegli, poszturchując się jak młode psiaki.
Jakie to szczeniaki, pomyślała Léa, odwróciła się energicznie plecami do domu i skierowała swe kroki ku kalwarii, miejsca schronienia wszystkich jej dziecięcych smutków.
Kiedy jako mała dziewczynka pokłóciła się z siostrami, doigrała kary od Ruth za niestaranne odrabianie lekcji, a zwłaszcza kiedy zbeształa ją matka, chroniła się w jednej z kapliczek kalwarii, żeby tu utulić swój ból albo opanować złość. Ominęła zagrodę Sidonie, dawnej kucharki z pałacu, którą raczej choroba, a nie wiek, zmusiła do przerwania pracy. Chcąc się odwdzięczyć za wzorową służbę, Pierre Delmas podarował jej ten dom górujący nad okolicą. Léa często przychodziła pogawędzić ze staruszką, która za każdym razem nalegała, aby dziewczyna wypiła kieliszeczek likieru z czarnej porzeczki, przyrządzonego przez nią z wielką pieczołowitością. Była bardzo dumna ze swojej nalewki i oczekiwała pochwał, których Léa nigdy jej nie poskąpiła, chociaż nie cierpiała czarnych porzeczek.
Lecz teraz, dzisiaj, znosić gadaninę Sidonie i pić jej czarną porzeczkę - to było ponad jej siły.
Zdyszana zatrzymała się u stóp kalwarii i opadła na pierwszy stopień, obejmując głowę lodowatymi dłońmi. Przeszył ją okropny ból, w skroniach jej łomotało i szumiało w uszach. Smak żółci wypełniał usta. Uniosła głowę i splunęła.
- Nie, to nie może być! To nieprawda!
Bracia Lef?vre powiedzieli jej to przez zazdrość. Bo czyż człowiek żeni się dlatego tylko, że jako dziecko był zaręczony? Zresztą Camille była za brzydka dla Laurenta, ze swą mądrą i melancholijną miną, z kruchym - jak mówiono - zdrowiem i wytwornymi manierami. Jakże nudne musiało być życie z kobietą taką jak ona! Nie, Laurent nie mógł jej kochać, to przecież ją, Léę, kochał, a nie tego chudzielca, co nie potrafi nawet poprawnie trzymać się w siodle ani przetańczyć całej nocy... To ją kochał, była tego pewna. Widziała to po sposobie, w jaki przytrzymywał jej rękę, po jego oczach, które szukały jej spojrzenia... Jeszcze wczoraj, na plaży... odrzuciła głowę do tyłu... Czuła, że umierał z pragnienia, by ją pocałować. Nie zrobił tego, to oczywiste... Jacy irytujący byli ci młodzieńcy z towarzystwa, jak bardzo paraliżowało ich dobre wychowanie! Nie, Laurent nie mógł kochać Camille.
Ta pewność dodała jej odwagi, wstała, gotowa sprawdzić, jak się naprawdę rzeczy mają z tą bajką, i kazać sobie drogo zapłacić tym Lef?vre'om za brzydki kawał. Uniosła głowę ku trzem krzyżom i wyszeptała:
- Pomóż mi, Panie.
Jej ojciec pojechał rano do Roches-Blanches, powinien niebawem wracać. Postanowiła wyjść mu naprzeciw. Od niego dowie się prawdy.
Ku swemu zdziwieniu spostrzegła zbliżającego się właśnie ku niej ojca.
- Zobaczyłem, że pędziłaś, jakby cię kto gonił. Znowu jakaś sprzeczka z siostrami? Cała jesteś czerwona i potargana.
Léa spróbowała przywołać odrobinę spokoju na twarz, podobnie jak kobieta przypudrowuje się pośpiesznie, gdy pojawia się nieoczekiwany gość; efekt nie był doskonały. Wysiliła się na uśmiech. Ujmując ojca pod rękę i opierając głowę na jego ramieniu powiedziała jak mogła najsłodziej:
- Cieszę się, że cię widzę, tatuńku, chciałam właśnie wyjść ci naprzeciw. Jaki piękny dzień, prawda?
Zdziwiony nieco tą beztroską paplaniną Pierre Delmas przycisnął córkę do piersi, spoglądając na pagórki pokryte winną latoroślą, których piękna regularność stwarzała wrażenie ładu i idealnego spokoju. Westchnął.
- Tak, piękny dzień, dzień pokoju; być może ostatni.
Léa odrzekła w roztargnieniu:
- Ostatni? Dlaczego? Lato się jeszcze nie skończyło, a w Montillac jesień jest zawsze najpiękniejszą porą roku.
Pierre Delmas zwolnił uścisk i powiedział zamyślony:
- Tak, to najpiękniejsza pora roku, ale twoja beztroska mnie zaskakuje; wszystko wokół wróży wojnę, a ty...
- Wojna!... wojna!... - przerwała mu gwałtownie. - Dosyć mam gadania o wojnie... Hitler nie jest na tyle głupi, żeby wypowiedzieć wojnę Polsce... A poza tym, jeśli nawet ją tam rozpęta, cóż to nas obchodzi? Niech Polacy sami sobie radzą!...
- Zamilcz, nie wiesz, co mówisz! - wykrzyknął ojciec chwytając ją za ramię. - Nigdy więcej nie mów podobnych rzeczy. Istnieje układ pomiędzy naszymi państwami. Ani Anglia, ani Francja nie mogą go zerwać.
- Ale przecież Rosjanie sprzymierzyli się z Niemcami.
- Na swoją hańbę, lecz przyjdzie dzień, kiedy Stalin zda sobie sprawę, że został oszukany.
- A Chamberlain?
- Chamberlain uczyni to, co nakazuje mu honor, ponownie potwierdzi wobec Hitlera swoją wolę poszanowania układu angielsko-polskiego.
- No i co?
- Jak to co? Będzie wojna.
Wypełniona obrazami wojny cisza zapadła pomiędzy ojcem i córką. Léa przerwała milczenie:
- Laurent d'Argilat twierdzi, że nie jesteśmy przygotowani, że nasze uzbrojenie pochodzi z wojny czternastego roku i nadaje się tylko do muzeum, nasze lotnictwo jest bez wartości, a ciężka artyleria do niczego...
- Jak na kogoś, kto nie chce słyszeć o wojnie, dobrze się orientujesz w naszej sile zbrojnej, lepiej niż twój stary ojciec. A co powiesz o odwadze naszych żołnierzy?
- Laurent mówi, że Francuzi nie mają ochoty się bić...
- A jednak będzie trzeba...
- ... i że wszyscy dadzą się wystrzelać, na próżno, za nie swoją wojnę...
- Oddadzą życie za wolność...
- ... wolność... Cóż po wolności, kiedy jest się trupem? Ja nie chcę umierać i nie chcę, żeby Laurent zginął.
Głos jej się załamał i odwróciła głowę, żeby ukryć przed ojcem łzy.
Pierre, poruszony słowami córki, niczego nie zauważył.
- Gdybyś była mężczyzną, Léo, powiedziałbym, że jesteś tchórzem.
- Wiem, tato. Wybacz mi. Sprawiam ci przykrość, ale tak się boję.
- Wszyscy się boimy...
- Nie Laurent, on mówi, że spełni swój obowiązek, choć jest pewny, że nas pobiją.
- Taki sam pogląd wyraził dziś po południu jego ojciec.
- O!... byłeś w Roches-Blanches?
- Tak.
Wsunęła dłoń w rękę ojca i uśmiechając się do niego jak najczulej, pociągnęła go za sobą.
- Chodz, wracajmy do domu, bo się spóźnimy i mama będzie się niepokoić.
- Masz rację - powiedział ojciec odwzajemniając jej uśmiech.
Zatrzymali się w Bellevue, żeby się pokłonić Sidonie, która skończyła właśnie kolację i siedząc na krześle przed domem, zażywała świeżego powietrza.
- Jak zdrowie, Sidonie?
- Och, proszę pana, mogłoby być gorzej. Póki jest ładna pogoda, słońce nagrzewa moje stare kości. A poza tym, jakże serce ma się nie radować na taki widok?
Szerokim ruchem ręki wskazała wspaniały krajobraz. Kiedy powietrze jest przejrzyste, można, jak mówiła, dojrzeć stąd Pireneje. Zachód słońca iskrzył się szmaragdami winnic, złocąc pyliste drogi, rozjaśniając dachówki na składach win, promieniując złudnym spokojem.
- Wejdźcie państwo choć na chwilę, wypijecie kropelkę...
Dotarło do nich pierwsze uderzenie gongu zapowiadające kolację i uwolniło od likieru z czarnej porzeczki.
Léa, idąc uwieszona u ramienia ojca, spytała:
- O czym poza wojną rozmawialiście z panem d'Argilat? Czy mówiliście o jutrzejszym przyjęciu?
Pragnąc zatrzeć w myślach córki rozmowę sprzed chwili, Pierre Delmas odpowiedział:
- To będzie piękna uroczystość, dawno takiej nie oglądano. Wyjawię ci pewien sekret, jeśli mi przyrzekniesz, że nie powtórzysz tego siostrom. One nie potrafią utrzymać języka za zębami.
Odruchowo zwolniła kroku, czując nagłe drętwienie nóg.
- Sekret?
- Jutro pan d'Argilat ogłosi zaręczyny swego syna.
Stanęła jak wryta.
- Nie zapytasz nawet z kim?
- Z kim? - zdołała wykrztusić.
- Ze swoją kuzynką Camille d'Argilat. Nie jest to dla nikogo zaskoczeniem, lecz ze względu na słuchy o wojnie Camille chciałaby przyspieszyć datę ślubu... Ale... co ci jest?
Pierre Delmas podtrzymał córkę, która jakby się zachwiała.
- Moja kochana, jesteś blada jak płótno... co się stało? Chyba nic ci nie jest? Czy to z powodu ślubu Laurenta? Czyżbyś była w nim zakochana?
- Otóż właśnie... Kocham go i on mnie kocha!
Pierre, całkiem oszołomiony, odprowadził Léę do ławki przy drodze, posadził ją i sam ciężko usiadł obok niej.
- Co ty mówisz, nie mógł ci przecież wyznać miłości, bo od dawna wiedział, że ma poślubić swoją kuzynkę. Dlaczego uważasz, że cię kocha?
- Wiem i koniec.
- Wiesz i koniec!...
- Powiem mu, że go kocham, i wtedy nie będzie mógł się ożenić z tą swoją głupią kuzynką.
Pierre Delmas popatrzył na córkę ze smutkiem, a potem surowo.
- Po pierwsze, Camille d'Argilat nie jest głupia. To czarująca dziewczyna, dobrze ułożona i wykształcona, takiej właśnie żony trzeba Laurentowi...
- A ja jestem pewna, że nie.
- Laurent jest chłopcem o niezłomnych zasadach; taka dziewczyna jak ty bardzo szybko miałaby go dość.
- Wszystko mi jedno, kocham go takiego, jaki jest. Powiem mu to...
- Nic mu nie powiesz. Nie życzę sobie, żeby moja córka narzucała się mężczyźnie, który kocha inną.
- Nieprawda. Właśnie że on kocha mnie.
Widząc wzburzenie na twarzy swego dziecka, Pierre Delmas rzekł po chwili wahania:
- On ciebie nie kocha. Z radością mi oznajmił o swoim ślubie.
Krzyk, jaki wyrwał się z gardła córki, poraził go niczym piorun. Jego Léa, która jeszcze tak niedawno była dzieckiem i bojąc się wilka z bajek Ruth przychodziła do niego do łóżka, jego Léa była zakochana.
- Moja wiewióreczko, moje śliczności, moja owieczko, proszę cię...
- Tatusiu... och, tatusiu!
- Dobrze, już dobrze, jestem przy tobie... Wytrzyj oczy, jeśli matka zobaczy cię w takim stanie, gotowa się rozchorować. Obiecaj mi, że będziesz rozsądna. Nie powinnaś poniżać się i wyznawać Laurentowi miłości. Musisz o nim zapomnieć...
Léa nie słuchała. W jej wzburzonym umyśle powoli rodził się pomysł, który sprawił, że się rozpogodziła. Wzięła chusteczkę, którą podał jej ojciec, wytarła głośno nos, "nie jak dama z towarzystwa", jakby powiedziała Françoise, i uniosła swą zaczerwienioną od płaczu, lecz mimo to uśmiechniętą twarz.
- Masz rację, tato, zapomnę o nim.
Zdziwienie, jakie odmalowało się na obliczu Pierre'a Delmas, musiało być komiczne, gdyż Léa wybuchnęła śmiechem.
Istotnie, ani trochę nie znam się na kobietach, powiedział do siebie ojciec i kamień spadł mu z serca.
Przy drugim uderzeniu gongu przyśpieszyli kroku.
Léa pobiegła na górę do swojego pokoju, szczęśliwa, że umknęła przed czujnym spojrzeniem Ruth. Obmyła twarz zimną wodą, wyszczotkowała energicznie włosy. Przez chwilę z pobłażaniem przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze. No cóż, nie jest tak źle, pomyślała. Tylko oczy błyszczały jej bardziej niż zazwyczaj...