Niebionka na pętli - Miłosz Piotrowski

Reflow text when sidebars are open.
W niebie była dziurka, czarna plamka przypominająca kapkę oleju w kałuży. Coś się do niej sączyło, jakby na glebę krew leciała z rozbitej pięścią wroga wargi, kap, kap, kap, każdego poranka większa dziurka. Powietrze płowiało, słońce ciemniało, spaliny z aut sunących ulicami przykrywały powoli jego ostatnie promienie, gasnące jak oczy zdychającego psa.
O tej porze w Niebionce trudno było znaleźć człowieka, który już sobie nie golnął czegoś z procentem, nie zalał etanolem wszystkich pięciu klepek w głowie. Na końcu ulicy kiwał się Tramp, jego ortalionowa kurtka szeleściła tak głośno, że w oknach pobliskich apartamentowców zapalały się światła. Odbijał się to od znaków drogowych, to od otaczającego osiedle płotu. Targała nim jakaś siła, potężna i bezlitosna, rzucała nim jak szmacianą lalką. Miał zaślinioną twarz, strupiałe ręce, na głowie czapkę z długim niemieckim słowem, miał też buty, z których wystawał czarny palec.
- Co taka piękna pani robi tu sama o tej porze? - zapytał, kiedy chwiejąc się, prawie na mnie wpadł.
Położył mi dłoń na ramieniu, była zimna, pozbawiona krążenia. Otaczający go smród stał się fizyczną bryłą, zastygłą wokół jego łachmanów i osmolonej skóry. Wtedy kopnąłem go w dupę i łokciem popchnąłem na jezdnię. To było proste, nic nie ważył, składał się tylko z zanikających wspomnień i wódczanych majaków. Prawie dało się przez niego oglądać świat. Padł na asfalt, na szczęście nie jechał żaden samochód - albo niestety.
- Znam ludzi z USA, FBI, CIA - mamrotał, wpijając się czarnymi paznokciami w drogę o tym samym kolorze. Potem odpuścił, jakby się zresetował, przełożył jakąś wajchę w swojej pustej głowie. Wstał i rozpłynął się w powietrzu.
Kostki Bauma układały się w mozaikę zjebanych wspomnień, to miejsce wysysało mi z krwiobiegu witaminę D, to miejsce wysysało ją nawet ze słońca, a z witaminy D te cudowne kurwiki, o których tyle gadają zawsze w reklamach. Otworzyłem zapalniczką browarka, pyk, kapsel wystrzelił w kierunku okna jednego z nowiutkich deweloperskich bloków. Kiedyś wpadł mi w ręce katalog reklamujący to osiedle, rozdawali takie foldery pod ratuszem. "Cudowne miejsce, by się zestarzeć", "Twoja niebiańska przystań", "Najprzyjaźniejsze miejsce pod tym niebem" - serio tak tam pisali o Niebionce. Z klatki numer 55 głowę wystawił jakiś facet z telefonem przyspawanym do ucha, spojrzał na mnie i zniknął w mroku korytarza. Krzyczał coś o górkach i dołkach, wielorybach i płotkach, strumieniach i tamach.
Śmigałem właśnie z chaty Lejkersa. Cały dzień kleiliśmy linijki. On to w te klocki jest zajebisty, świr pierwszej klasy. Podobno kiedyś mu nawet oferowali kontrakt na płytę, ale odrzucił, bo chciał działać w podziemiu. W sumie to sławny nigdy nie został, ale zasady trzeba mieć, co nie?
Znowu zasysam trochę świeżych myśli, w końcu się stanie to, co się śni,
teraz jest bieda jak za komuny, ale na trasie będą klaskać tłumy,
na razie parę złotych tylko z jumy, nie ma hajsu za zdarte struny,
jest ciężka praca, rap, ziomale, co druga laska chce mnie na stałe,
Struna nie bawi się w polityka, strzelam palcami i potem znikam,
nie miej mi za złe, że ostro szponcę, mam swoje życie i swoje żądze,
na bloku lipa, na bloku stypa, uważaj, mordo, na komornika
- zafristajlowałem na głos, idąc chodnikiem i próbując przypomnieć sobie najlepsze linijki ulepione z Lejkersem.
Z panoramy Niebionki wyrastała kościelna wieża, oświetlona oczojebnymi reflektorami, świeciła jak te sex shopy upchnięte w najpodlejszych zakamarkach miasta, pod torami kolejowymi, w tunelach, zaszczanych przejściach i na zagraconych podwórkach. Skarlałe drzewa skarcone piłami, ograbione z wolności podpórkami, odwracały się od ulicy. Pamiętam, jak parę lat temu burmistrz chwalił się, że je posadził, nawet konferencję prasową zwołał. Zostały z nich tylko kikuty, suche badyle, takie, że można by nimi co najwyżej liście grabić, gdyby te liście wypuszczały. Kilku przechodniów kitrało się przed nadciągającym do Niebionki zmrokiem, ryglowało się w swoich mieszkaniach, tam czekały na nich kolacje lub pieluchy do przewinięcia. Mieli wyprasowane koszule, cali byli kanciaści. Nie mieszkali w tym miasteczku, tylko udawali - udawali, że to przedmieścia stolicy albo zamknięte osiedle we Wrocławiu, bo nie było ich stać na oryginały. Udawali, że robią zakupy w ekologicznych delikatesach, a nie na bazarku, i że lubią dojeżdżać godzinę do pracy. Jak już wracali na te swoje kolorowe osiedla, to starali się nie wychylać, nie chcieli narażać się na kontakt z tubylcami, podobnymi mi odszczepieńcami, żyjącymi w Niebionce od dekad.
Usłyszałem z oddali znajomy hip-hopowy bit i nawijeczkę. "Za szaleństwo noc głucha, głucha noc, pewna zguba. Głucha noc, pewna zguba, to piekło, pewna zguba". Muzyka dochodziła zza uchylonej szyby nadjeżdżającej Skody Fabii w intensywnym niebieskim odcieniu - taki zawsze mają te najbiedniejsze modele - bez klimy i z drewnianymi kulkami do masażu na fotelach. Zanim usłyszałem muzę, chwilę zdawało mi się, że to moja stara, więc browar powędrował do kieszeni, ale jak zauważyłem durny ryj Norberta za kółkiem, znów go wyciągnąłem i wziąłem łyka. Tak, żeby zobaczył, parszywiec niemyty. Na siedzeniu pasażera zaświeciły jakieś białe oczy wciśnięte w okrągłą czaszkę, przyklejoną do równie okrągłego cielska. Samochód zwolnił, muzyka zawyła głośniej, poczułem wibrujący bas. "Miłości nie ma, mocno zaciskam pięści, w letnich ogrodach okryty czarną płachtą niosę złe wieści. Ja, Mefistofeles, przyniosę twoim cierpieniom kres. Nieprzespane noce, ciągły stres, życie takie piękne jest". Zza szyby w moim kierunku poleciała soczysta mela. Trafiła obok, ale kropelkę poczułem na dłoni. Potem pisk opon i drift na najbliższym zakręcie. Silnik zaturkotał, jakby miał się rozpaść. Jebane parówy. Babinki, które stały przed wejściem do pobliskiej apteki, odwróciły się i wydały z siebie westchnięcie ekscytacji. To uczucie tak bardzo było im obce, że zaraz nałożyły na nie maskę zmartwienia, przejęcia, babcinej troski. Potem już były tylko szepty wzywające Jezusy i duchy różne, stukot różańców, szelest plastikowych reklamówek wypełnionych najtańszymi słodyczami.
Kap, kap, kap, czy coś kapie wewnątrz mojej czaszki? Uderzyłem się otwartą dłonią w potylicę. Wyzerowałem piwo, rozbiłem dół butelki o chodnik. Głos Pei mieszał się z chrobotem auta, które ostatni raz miało przegląd, kiedy w Niebionce był tylko jeden sklep, czyli dawno, bo teraz to mamy nawet supermarkety. Norbert ostrzej wdepnął gaz, spod kół aż poszedł dym. Rzuciłem się w jego kierunku z tulipanem w dłoni, chciałem dorwać cwela i za tę melę rozjebać mu karoserię. Skoda była jednak zbyt szybka, zajechany silnik wciąż produkował więcej energii niż moje nogi, płuca zaczęły odmawiać mi kolejnych porcji powietrza, więc rzuciłem w stronę auta butelką. Rozbiła się kilka metrów od celu, ale jakieś drobinki szkła musiały dolecieć do karoserii, bo Norbert zahamował z piskiem i otworzył drzwi na oścież. Skoda stała na skrzyżowaniu, nie było już słychać żadnej muzyki ani krzyków. Zgasły latarnie, nadchodził zmrok, z oddali widziałem tylko czarną postać i żar jej papierosa. Otaczały ją pola. Z jakiegoś powodu w środku Niebionki nadal było kilka pustych działek, gdzie niekontrolowanie rosły chaszcze. Można tam było znaleźć jabłonie, dęby, dzikie róże, a jak się dobrze poszukało, to i palmy, nieraz widziałem, jak wyskakiwały stamtąd różne stworzenia, w ciemnościach migały mi tylko ich białe zęby, ale takie nie ludzkie ani nie zwierzęce, jakby z jakiegoś innego wymiaru. Podobno kiedyś tam mieli galerię handlową zbudować. Nie pykło. Za dzieciaka marzyłem sobie o tej galerii, że kino będzie u nas na serio, a nie tylko w sflaczałych wspomnieniach starych, co to zawsze gadali, że kina za komuny w każdej mieścinie były, no i u nas też podobno na rynku było takie, ale teraz tam otworzyli market i można oglądać tylko wyschnięte pierniki przez szybę. Chaszcze dalej straszą, mimo że chodzą szepty, że już zaraz zacznie tam wzrastać piękny kolos, ze wszystkimi fast foodami świata w środku. Zrobiłem kilka susów i miałem Norberta na wyciągnięcie pięści, wziąłem zamach. W jego oczach zamiast strachu było jednak rozbawienie, no i ten durny uśmieszek na jego facjacie. To zwiastowało tylko jedno. Ręka zastygła mi w powietrzu, bo czułem już, co nadchodzi. W stronę mojej twarzy nadleciało łapsko grube jak baleron, cios wgniótł mnie w jezdnię.
Ból był inny niż przy ukłuciu czy poparzeniu, rozlewał się po całej twarzy, pulsował, jakby ktoś wcisnął mi go pod skórę, w końcu zadomowił się w nosie.
- Ogarnij się, Struna, bo następnym razem nie skończy się na liściu - ostrzegł grubas, w którym rozpoznałem Czachę. Znałem go, chociaż tak jakby już w innym życiu, w dzieciństwie, jak ja jeszcze gówniarz byłem, a on już starszak. Jumaliśmy razem karty Yu-Gi-Oh! z bazaru. Podobno potem zajął się większymi robótkami. Jego słowa doszły do mnie z opóźnieniem. Zerwałem się z asfaltu gotowy do akcji, ale znów rozległ się pisk opon.
Na pustym parkingu pod domem kultury paru małolatów kręciło bączki swoimi gruzami. Chyba pozdejmowali tłumiki, bo ryk silników słyszałem już trzy ulice wcześniej. W oknach pobliskich mieszkań wisiały dzieciaki, miały twarze uwalane w ciekawości, głowy nierówno ogolone maszynką, z pozostawionymi kępkami włosów. Kilkoro z nich należało do klanu Zmorków, a może nawet wszyscy, bo oni mnożyli się jak króliki. Popatrzyłem na wejście do tej kamienicy i przeszedł mnie dreszcz, nie chciałem tam już nigdy wracać. Obok stała pusta betonowa scena, która czekała na nadchodzący Dzień Niebionki - melanż roku, armagedon. To był jedyny dzień, kiedy używał jej ktoś poza łebkami na deskach. Potem minąłem zardzewiałą halę sportową, wielki blaszak. Kiedyś się tam śmigało z budy na wuef zimą, bo niby w środku miało być cieplej, ale nie było. Brzęk butelek za jej rogiem, tłumiony przez browiec, którymi były napełnione. Na trybunach starego stadionu oglądało się kiedyś KP Niebiańskich Niebionka, ale burmistrz odciął naszych od hajsu, podobno wolał na siatkówkę dawać. Z trzeciej ligi spadliśmy do A-klasy. I tak jeszcze zostało paru takich agentów, co im się granie w nogę nie odwidziało, bo ja to w gimnazjum odpuściłem, płuca zaczęły mi się wtedy zatykać fajkowym smogiem. Zresztą i tak, zamiast popylać na treningi, wolałem robić rap, nikt mi nie będzie ględził, gdzie mam biegać i do kogo podawać. Fakt dobrze znany, że większość tych melepet piłkarzyków, co marzyła o stadionach świata, się srogo na tym przejechała. Pierwsze pierdyknięcie w kolanie i lipa, żaden wioskowy klub im normalnej kuracji nie ogarnie, kariera do piachu, a potem powrotu już nie ma, trzeba śmigać na budowę albo do monopola. Zazwyczaj jedno i drugie.
Daniel, Konstanty, Elvis i Kacha zajęli już te krzesełka, które nie zostały jeszcze wyrwane, ja usiadłem pomiędzy nimi, na betonie, ale ciepły był, bo dopiero co zdechło lipcowe słońce. Murawę boiska wypełniła ciemna maź. Mrok wylewał się z nieba i spomiędzy drzew, wpełzał w każdy zakamarek Niebionki, zagnieździł się w naszych oczach i trawie, chociaż mógłbym się założyć o pół litra, że chwilę wcześniej nie dawał jeszcze o sobie znać. Ryk z drugiej strony stadionu. Nie byliśmy sami. Po głosach poznaliśmy, że to Dżasta i ktoś tam jeszcze. Daniel, który z daleka potrafił rozpoznać każdego, gadał, że Marchlak, ale ja tam nie wiem. W każdym razie butelki brzęczały po obu stronach murawy.
- Co ty masz taki ryj rozdupczony? - zapytał Daniel.
Nos znów mi zapulsował, nadal leciała z niego krew. Wytarłem ją rękawem bluzy. Na szczęście była czarna, więc juchy nie było na niej za bardzo widać. Wysmarkałem się "na piłkarza", kilka czerwonych glutów poleciało na beton.
- Lekki przypał miałem, nieważne, daj łyka lepiej - odpowiedziałem. - Świętujemy dzisiaj? Chyba wyniki maturki przyszły, co?
Daniel zerwał się na równe nogi.
- A co tu, kurwa, świętować! - warknął. - Zabrakło mi trochę do trzydziestaka z matmy, matka prawie mnie z domu wykopała, ale to nic. Brakujące procenty doleję sobie do gardła! - krzyknął i przyssał się do dziewięcioprocentowego browara o smaku wiśni. Jego jabłko Adama zaczęło się wyrywać z gardła, jakby chciało wydostać się na zewnątrz, zduszone odorem chemicznego owocu i siarki.
- Eee, no co ty, przynajmniej spróbowałeś, ja to sobie już dawno dałem siana. Nie na mój łeb były te cyferki, nie na łeb mój - powiedziałem - ale jakbyś słyszał dzisiaj fristajla, co zapodałem, to nie miałbyś wątpliwości, że mój album rozjebie. - Wziąłem od niego trochę tego piwopodobnego szczocha, po czym zwróciłem wszystko atmosferze. Siarkowo-wiśniowy smród rozszedł się dookoła. Oddałem butelkę Danielowi, a ten przytulił ją do piersi.
Popatrzyłem na pozostałych, zaczęli szybciej popijać piwo. Gul, gul, gul. Drogą przejechał radiowóz na sygnale. Na mur z napisem "KP Niebiańscy Niebionka", otaczający sektor dla gości, padło niebieskie światło. Nie wiem, za czym oni wtedy węszyli, życie pewnie komuś uprzykrzali jak zwykle.
- Matma sto procent, polski dziewięć dziewięć, angol dziewięć sześć - powiedziała w końcu Kacha i zakaszlała, jakby chciała zagłuszyć własne słowa.
Konstanty zaczął bić jej brawo, po czym objął ją ramieniem, bo oczy jej się zaszkliły.
- Ej, Kasia, co jest, przecież to świetny wynik - powiedział i ścisnął ją mocniej. Robił to naturalnie, jakby to był już setny raz.
- Tak... mam wejście na każdy najlepszy uniwersytet w tym kraju, nawet na tę medycynę w Warszawie, dostałabym się wszędzie, ale... - Zdusiły ją łzy. Nie przejmowała się dotykiem Konstantego, moją dłoń pewnie już dawno by odrzuciła.
- No to zacznij szukać mieszkania! Czas spełnić amerykański sen! - wtrącił się Elvis. - A jak już tam będziesz, to powiedz o mnie tamtejszym agentom. Na tym zadupiu nawet Michael Jackson musiałby robić na stacji benzynowej - wypluwał słowa coraz szybciej, jego głos zaczynał się łamać.
- Wyślij też czasem pocztówkę starym kumplom! Chyba że cię za bardzo stolica wciągnie - wtrącił Daniel.
- Przymknijcie się, przygłupy, przecież ona płacze - powiedział w końcu Konstanty, w którego wtuliła się Kacha, by zakryć twarz. Gdy się odsunęła, zobaczyłem, że na jego bluzie został biały ślad po jej makijażu.
- Te, lowelas, baby tak czasem mają - skwitowałem, ale reszta zignorowała moją zaczepkę. - Co jest, Kacha? Dygasz się wyjazdu? - dodałem, żeby nie wyjść na dupka.
- Dygam się?! - krzyknęła w końcu, dławiąc się łzami. - Nie masz pojęcia. Tak, mam najlepsze wyniki w szkole, tak, pracowałam na to latami, tak, marzę o medycynie w Warszawie. Jest tylko jedno ale. Serio jedno. Jak stąd wyjadę, to moja matka umrze! Dociera?! - wydarła się, była roztrzęsiona, ledwo łapała oddech. Ponownie objęła Konstantego i wtuliła się w niego jeszcze mocniej.
Zapadła cisza, przerywały ją jedynie krzyki z naprzeciwka. Ktoś śpiewał tam pean na cześć piko, które przywiózł z pikolandii, miejscowości graniczącej z Czechami, gdzie dilusy zaopatrywały się w kryształ. W lesie za naszymi plecami zaczęły hukać sowy. Podobno z perspektywy ptaka ta puszcza zdawała się maciupka, ale gdyby tak do niej wejść w nocy, to można by błądzić do rana albo i dłużej. Mówili, że stary Marchlak tam kiedyś zaginął i do dziś błąka się między drzewami. Podobno to syn zemścił się na nim za codzienne pasy i zakopał go pod jedną z leśnych kapliczek. Tak w sklepie gadali.
Milczenie przerwał Konstanty. Odsunął się delikatnie od Kasi i wstał.
- Wczoraj mój stary powiedział mi, że nie wrócimy do Warszawy i że mam sobie w dupę wsadzić te studia polonistyczne, bo z tego rodziny nie wyżywię. "To dobre dla spedalonych komunistów, chyba nie jesteś spedalonym komuchem?" Po wakacjach mam zacząć robić w jego firmie. Po moim trupie będę siedział w tym blaszaku z robolami - powiedział i wziął głęboki oddech. - Utknęliśmy tu wszyscy, w tej dziurze, napijmy się za to i za to, że możemy, że wątroby nam jeszcze nie siadają. - Wyciągnął z plecaka półlitrową butelką Krupnika, odkręcił ją płynnym ruchem i wziął dużego łyka, w ogóle się przy tym nie krzywiąc.
W przeźroczystym płynie mieniło się światło księżyca.
Podobno jeśli chcesz się utrzymać na powierzchni wody, nie możesz się szarpać, musisz dryfować bez ruchu. Tak samo jest w Niebionce: jeśli gwałtownymi ruchami zwrócisz na siebie uwagę, jeśli zbyt mocno się wyróżnisz, zatoniesz. Pójdziesz na dno.
Szybko wyzerowaliśmy wódeczkę, ale aura tej nocy sprzyjała pragnieniu. Poza tym skończyły mi się szlugi, a bez odpowiedniego sprzętu nawet najtwardszy żołnierz nie przetrwałby na placu boju. "Armagedon jest blisko, przyjdź do nas na boisko" - śpiewał Włodi ze skrzeczącego przenośnego głośnika. Daniel kupił go na bazarku na parkingu przed domem kultury, co tydzień rozbijały się tam wszystkie okoliczne cwaniaki i sprzedawały swoje łupy. Kacha uważała, że te stare rapsy to przypał, ale chyba nie czaiła, o czym oni nawijają. Jak przychodziła jej kolej, zazwyczaj puszczała Łzy albo jakieś hity z radia. Ostatnio ciągle katowała nas też piosenką tego wąsacza, co śpiewał o metrze. Ta muza to chyba jej jedyna wada, bo poza tym jest zajebista. Czasami nawet udawałem, że mi się podobają jej nuty, raz nawet zarapowałem jej ten hipsterski tekst Taco, ale wtedy to już mocne zawirowanie wjechało na beret.
Ruszyliśmy w stronę monopolowego, o tej porze zazwyczaj wujek już zwijał interes, ale wiedziałem, że dla mnie zrobi wyjątek, zresztą w razie czego miałem klucze do sklepu. Uliczne latarnie co chwilę gasły na kilka sekund. Wtedy łatwo było o wdepnięcie w psie gówno lub szkło. Szliśmy błotnistą dębową alejką, drogą raz po raz śmigały samochody na obcych blachach. Dla tych kierowców Niebionka była tylko punktem na mapie, na którym nie zawieszali nawet oka. Kolejne miasteczko nieuwzględnione w przewodniku, co prawda z zabytkowym kościołem, ale takich w Polsce jest więcej niż rowerów w Holandii. No, ten u nas niby ze średniowiecza, ale msza w nim to taka sama zamułka jak w tych nowych, fikuśnych kościółkach z plastikowymi Jezusami sprowadzanymi z Chin. U nas przynajmniej był krzyż wystrugany z drewna, nie jakieś dziadostwo. Zresztą nie chciało mi się już tego kminić, w gardle suszyło i nie myślałem, żeby z kursu schodzić do jakiejś świątyni. Musiałoby chyba w Niebionce Notre Dame wyrosnąć, żebym zmienił zdanie.
Po kocich łbach przed neonem "Alkohole" pałętało się jeszcze kilku weteranów, którzy próbowali dostać się do sklepu, a może czekali już na poranne otwarcie, żeby zająć najlepsze miejsce w kolejce po pierwszą dawkę procentów i rozbudzić się porządnym kopem. Było już po dwudziestej trzeciej, w środku migotała jedynie podświetlana fajka wodna. Chwyciłem za klamkę, w tym samym momencie zrobiła to Kacha. Nasze dłonie na chwilę się spotkały. Przeszedł mnie prąd.
- Stary, wyciągaj klucze, nie widzisz, że zamknięte? - odezwał się Konstanty i szarpnął mnie za ramię.
Zacząłem przeszukiwać wszystkie kieszenie swoich dresów, a było ich sporo, niektóre dorobiłem sam, by kitrać tam samarki. Ręce nie chciały się słuchać mojej głowy, pałętały się bez ładu, zwodzone wódczanymi majakami. W krwiobiegu miałem już tej wódeczki sporo, za sporo, bo klucze gdzieś tam czułem, ale jakoś oddzielone ode mnie, jakoś zatarte, coś jak lądowanie na Księżycu, co to niby było, a go nie było, w każdym razie tak mi Daniel wkręcał. Gdy już zdawało się, że trzymam je w dłoni, znów się wyślizgiwały. W końcu coś zabrzęczało mi w jednej z kieszeni. Coś zastukało też za zakrętem. Glany bijące o bruk. Z bocznej uliczki wyłoniły się cztery sylwetki. Jedna podłużna, damska, chuda jak tyka, druga krótka i krępa, trzecia - tę poznałem od razu, białe gałki, okrągła twarz i okrągłe ciało. Za nimi wlekł się jakiś cień.
- To Dżasta, Norbert, Czacha i... - szepnął mi na ucho Daniel.
- E, Struna! Znowu szukasz guza, płaszczaku? - spytał Czacha. - Widzę, że sobie nową ekipkę znalazłeś, he, he. Już się zapomniało, jakie akcje odstawialiśmy za małolata, co? - powiedział i wyciągnął przed siebie rękę, którą przypierdolił mi wcześniej tego dnia, po czym spojrzał na nią z satysfakcją.
- Teraz chyba woli chłopców - roześmiał się Norbert, patrząc na długie blond włosy Elvisa. Wwiercał się w niego swoimi szczurzymi ślepiami i suszył zęby, były krzywe, trudno powiedzieć, czy naturalnie, czy ktoś mu je poprzestawiał.
- No i bananowe dzieci. Tatuś wie, z kim się zadajesz po nocach, Konstanty? - spytała Dżasta. Z jej ubrań zwisały łańcuchy. Miała zapadnięte policzki z nierówno nałożonym różem i podkrążone oczy, było w nich coś nieoswojonego, błysk jak u dzikiego zwierza, który pierwszy raz widzi człowieka.
- Ciekawe, czy twój wie, co robisz z robolami za dwie dychy w krzakach - odpowiedział Konstanty i na chwilę zapadła cisza.
- Mój tatuś siedzi za kratkami, bo zadźgał takiego leszcza jak ty, Struna coś o tym wie - odparła Dżasta.
Konstanty cofnął się o krok, a ja ruszyłem na tę chudą zdzirę, chciałem rozkwasić jej mordę, tak żeby nawet ci robole nie chcieli jej patykiem tknąć, żeby zdechła pod tym sklepem. Kacha złapała mnie wpół.
- Ty kurwo - krzyczałem.
W głowie słyszałem tylko: kap, kap, kap. Czułem, że zaraz odłączę się od mózgu, stracę łączność z bazą i zgasną wszystkie światła, że zaleje mnie czarna maź.
Potem z ciemności wyłoniła się twarz składająca się z samych blizn. Część skóry, która jeszcze się jej trzymała, była pomarszczona, wysuszona. Jakby spał nad rozpalonym grillem. Nadal był młody, ale coś wyżłobiło w nim starość, paskudną starość. Wpompowało w niego pustkę, wyssało resztki szczęścia, jeśli kiedykolwiek w ogóle coś takiego czuł. Zrobiło z niego zlepek nocnych mar i porannych spazmów. Marchlak podobno przez lata siedział w psychiatryku, podobno, zanim go zamknęli, był największym zabijaką Niebionki, podobno kiedyś po ulicach chodził z klamką, a w naszej budzie powybijał wszystkie szyby po tym, jak nauczycielka go wariatem nazwała. Później ciało pedagogiczne przestało wymawiać jego imię, było zakazane, a gdy ktoś z uczniów to zrobił, bankowo dostawał uwagę. Matki, gdy mijały go na ulicach, chowały swoje potomstwo pod spódnice, żeby tylko nie nasiąknęło bijącym od niego zepsuciem. Byleby nie złapało tego wirusa trawiącego jego umysł i ciało, zarazy pojebaństwa.
- Spokojnie - wycharczał z poharatanych ust. - Życie, życie jest nowelą... Znacie to? Dzisiaj biały, biały welon, jutro białe, białe włosy... - recytował ochrypłym głosem, brzmiał, jakby jego gardło przełykało tylko rozżarzone węgielki. - U mnie na oddziale to ciągle leciało.
- Marchlak, my nie szukamy spiny, chcemy tylko się napić... wiesz, jak jest. Mamy klucze do sklepu, może tobie też coś weźmiemy? - zaproponował Daniel.
Szturchnąłem go łokciem, żeby się zamknął.
- No pewnie, my też nie szukamy kłopotów... przecież to niedobra rzecz jest. Przecież wszyscy chcemy se tu żyć normalnie, jak w tym serialu, taki Klan w Niebionce - powiedział Marchlak. - Kopsnij mi tu te klucze, Struna, moim kolegom chce się pić. - Wystawił w moim kierunku dłoń pokrytą jakby skorupą, pumeksem. - No, dawaj to, kurwiu, szpetny dziobie - zawarczał.
- Nie mogę, to sklep wujka, przecież mnie zajebie - odpowiedziałem, ale on milczał, cały czas nucił tę piosenkę z Klanu i wgapiał się we mnie swoimi ześwirowanymi gałami. Normalnie aż dreszcze poczułem.
- Daj mu te klucze - syknął Elvis, który cały się trząsł.
Kiedy Marchlak zrobił krok w przód, mogłem dokładniej przyjrzeć się jego paskudnej mordzie. Nie miał oczu, tylko dwie czarne dziury, z dolnej wargi spływała mu spieniona ślina. Pewnie wciągnął już dziś całą tablicę Mendelejewa. W dłoni miętosił antystresowego gniotka, takiego uśmiechniętego pomidora. Coraz mocniej, coraz szybciej. Namalowana twarz wyginała się jakby w konwulsjach, jak twarze tych Wietnamczyków, których raziły prądem cwaniaki z CIA.
Wtedy pomiędzy mną a Marchlakiem stanął Konstanty. Wypiął pierś jak jakiś supermen, kochał zgrywać bohatera. Nawet kolory miał podobne, czerwoną bluzę i jeansowe spodnie.
- Gadasz, chłopie, jakby cię piorun jebnął. Może idź oglądać ten Klan w domu i nie zawracaj normalnym ludziom dupy - powiedział mu prosto w twarz, ale Marchlak nawet nie dygnął, tylko przestał maltretować pomidora.
A potem zrobił krok w tył i klepnął Czachę w plecy. Ten chwycił butelkę po piwie, która stała na ławce przed wejściem do sklepu, i rozbił ją o ścianę. Kawałki szkła uderzyły o asfalt. Czacha trzymał w ręku tulipana. Zbliżał się. Dżasta co chwilę wciskała ruskiego papierosa w szpary między swoimi żółtymi zębami, po czym wypuszczała zza nich dym. Też był żółty, jakby po drodze nasiąkał toksynami z jej bebechów. Obłocone glany Dżasty wgniatały kocie łby głębiej w ziemię. Każdy jej ruch był napięty, wściekły, szarpany. Nie sterował nią mózg, tylko instynkty, reagujące na każdy szelest, każdy oddech obcego ciała, wyczuwające strach. Elvis pękł. Wydał z siebie jęk i zerwał się do ucieczki. Najpierw w ciemnościach zniknęło jego kościste ciało, później długie blond włosy.
- Pedałek już odleciał, lepiej zróbcie to samo - rzucił Norbert, siląc się na to, by brzmieć groźnie. Nie przestawał bawić się kluczykami od auta nawet na moment.
Konstanty zrobił krok w przód, chyba prosił się o pociachanie swojej facjaty.
- Nie boję się was - oświadczył.
Kacha zaczęła ciągnąć go za ramię, ale stał niewzruszony.
- I co mi tym zrobisz? - zapytał Czachę.
Wtedy stanął między nimi Daniel.
- Czacha, daj spokój, on jest tu nowy, nie wie, jak świat działa, ale wszystko mu wytłumaczymy. Konstanty, kurwa, to nie Warszawa - powiedział.
Czacha odepchnął Daniela, a ten upadł na bruk, odbijając się wcześniej od nieprzepisowo zaparkowanego auta. Jego maska lekko się wgięła. Zaczął wyć alarm. Wiedziałem, że nie mam wyboru: jeśli zaraz nie wkroczę do akcji, poleje się farba. Zacisnąłem pięść. Wokół czułem zapach spalin, zgniłych śmieci z kubła, alkoholu wylanego na ziemię, świeżo skoszonej trawy i niedawno zgaszonego słońca. Kap, kap, kap, coś dalej kapało do góry, do dziurki w nieboskłonie. Żyła na mojej skroni pulsowała. Spiąłem mięśnie, w bani wykonałem ruch zamachowy, jednak ręka zastygła mi w miejscu, te neurony czy inne chuje nie przesłały danych wystarczająco szybko, zawiesiłem się jak stary Windows podczas odpalania nowej, wymarzonej gry. Czacha był coraz bliżej Konstantego. W jego ręku błyskało ostre szkło. Wpatrywałem się w nie i wyobrażałem sobie już, jak orze skórę Konstantego. Jak masakruje jego ciuchy, zostawia z nich tylko strzępy, jak płacze Kacha i jak ją pocieszam, jak się we mnie wtula, jak pachnie. Coś błysnęło jeszcze mocniej, oślepiło mnie światło. Drzwi do sklepu gwałtownie się otworzyły. Dzwonek nad nimi zadzwonił. Czacha rzucił butelką w ziemię i zniknął za rogiem wraz z Dżastą i Norbertem. Marchlaka już dawno nie było. Pozostawił po sobie tylko strute powietrze.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.