Rozdział 1
1
JEDNO Z DZIECI ZESKOCZYŁO z drabinki do piaskownicy. Roześmiał się,
nagle, krótko. Uciesznie to wyglądało. Też chciałby skoczyć, ale
musiałby wysiąść z samochodu, obejść ogrodzenie, otworzyć furtkę i wdrapać się na czerwono-żółtą drabinkę.
Miał włączone radio, ale nie słuchał. Na szybę spadła kropla deszczu,
jedna, druga. Spojrzał w górę - niebo pociemniało. Popatrzył na plac
zabaw. Dalej, w głębi, i po lewej rosły drzewa. Gałęzie bez liści, nagie
drzewa. Można było zobaczyć to, czego nie było widać latem. Nagie
miasto. Tak myślał, kiedy tutaj jechał mokrymi ulicami. Miasto znów było
nagie. Nie podobało mu się to. Było chyba gorzej niż przedtem.
Znowu zeskoczyło jakieś dziecko. Śmiało się, leżąc na piasku. Usłyszał
to mimo włączonego radia. Nie słuchał radia. Słuchał śmiechu dziecka.
Też się roześmiał. Nie było mu wesoło, ale śmiech dziecka sprawiał mu
przyjemność, przyjemnie być dzieckiem, móc skakać, podnosić się, skakać...
Deszcz ustał, zanim na dobre zaczął padać. Opuścił szybę trochę niżej.
Zapach jesieni na progu zimy. Nic innego tak nie pachniało. Na ziemi
leżały sczerniałe liście. Alejkami w parku chodzili ludzie. Niektórzy
pchali przed sobą dziecięce wózki. Na placu zabaw było kilkoro
dorosłych. I dużo dzieci. Dużo roześmianych dzieci.
On też się śmiał. Nie teraz, w dzieciństwie. Pamiętał, jak się śmiał,
kiedy mama go podniosła tak wysoko, że aż musnął głową żyrandol, i w górze było światło, które zniknęło, kiedy go opuściła.
Ktoś coś mówił w radiu. Nie słyszał co, bo wciąż był w krainie swojego
dzieciństwa, wrócił spod sufitu na ziemię i mama coś powiedziała, czego
teraz nie pamiętał, nic już nie pamiętał, ale powiedziała coś, co potem
usiłował sobie przypomnieć, coś ważnego, to były jej ostatnie słowa,
zanim zamknęła drzwi i nigdy nie wróciła.
Przenigdy nie wróciła.
Miał mokry policzek. Tak jak szyba samochodu, gdyby padał deszcz.
Słyszał, że coś mówi, ale nie wiedział co. Popatrzył na dzieci.
I zobaczył pokój, to było trochę później, wyglądał przez okno, po szybie
spływał deszcz i narysował drzewa za oknem, drzewa bez liści, a pod
drzewami stała mama. Kiedy rysował samochód, mama siedziała w samochodzie. Rysował konia, mama na nim jechała. Rysował dziecko - mama
trzymała je za rękę. Chodzili po trawie usianej czerwonymi i żółtymi
kwiatami.
Rysował pola. Rysował morze za polami.
Wieczorem ścielił mamie niedużą kanapę w swoim pokoju, kładł koc i poduszkę. Gdyby przyszła, miałaby gdzie spać. Od razu mogłaby się
położyć, nie musiałby ścielić, wszystko było gotowe.
Opuścił szybę do końca i głęboko oddychał. Po chwili ją podniósł,
włączył silnik i objechał plac zabaw, żeby zaparkować tuż przed
wejściem. Otworzył drzwi. Wokół stało sporo samochodów. Teraz słyszał
dzieci, jakby siedziały obok niego, jakby do niego przyszły.
W radiu grała muzyka i odezwał się znajomy głos. Towarzyszył mu dość
często, ilekroć wracał z pracy w ciągu dnia. Czasami wracał w nocy.
Wilgotna ziemia pod stopami. Stał przy samochodzie, nie wiedział, jak
się tu znalazł. To dziwne, myślał o radiu i nagle jest przy samochodzie.
Śmiech dzieci.
Był tuż obok placu zabaw, opodal rosły drzewa, drzewa bez liści, nagie
gałęzie.
Miał kamerę wielkości paczki papierosów. No, może ciut większą. Że też
potrafią takie robić. Wcisnął guzik, ledwie słyszalny syk, i już mógł
filmować.
Podszedł bliżej. Wszędzie dzieci, nikogo dorosłego. Gdzie się podziali
dorośli? Dzieci same sobie nie poradzą, mogą sobie zrobić krzywdę,
skacząc z czerwono-żółtej drewnianej drabinki albo z huśtawek.
Drabinka była przy wejściu. On też.
Skok.
Heeeej! Heeeej-hop!
Śmiech. Znowu się roześmiał, nie, nie skoczył, ale mógłby. Pomógł
chłopcu. Do góry, w górę, w górę! Pod niebo!
Wydobył coś z kieszeni. Zobacz, co mam.
Od wyjścia dzieliły ich trzy kroki. Potem cztery do samochodu. Jego
kroki. Kroki chłopca były mniejsze: sześć do wyjścia, osiem do
samochodu.
Dzieci, wszędzie dzieci. Pomyślał, że tylko on widzi chłopca, tylko on
nad nim czuwa. Dorośli stali w pewnej odległości i pili kawę, która
parowała w zimnym, wilgotnym powietrzu, wilgotnym jak ziemia.
Samochody. Teraz chłopca nie było widać, z żadnej strony. Tylko on go
widział i trzymał za rękę.
Tak, tak. Mam całą torebkę, wiesz? Teraz otworzymy drzwi. Wejdziesz sam?
Naprawdę? Zuch chłopak!
Rana na potylicy studenta przypominała kształtem krzyż. Było ją dość
dobrze widać, bo wygolono mu włosy. Ofiara przeżyła i żyła, ale ledwo,
ledwo.
Twarz Bertila Ringmara przybrała niebieski kolor w świetle szpitalnego
holu.
- Pomyślałem, że powinieneś to zobaczyć - powiedział Ringmar.
Winter skinął głową.
- Co to za broń?
- Motyka? Jakieś... narzędzie rolnicze. Kuchenne? Ogrodnicze? Nie wiem,
Bertil.
- Hm, coś mi to przypomina...
Winter otworzył pilotem swojego mercedesa. Na parkingu żywej duszy.
Światła samochodu zamigotały.
- Podpytamy jakiegoś chłopa - skonstatował Winter, zjeżdżając z góry.
- Nie zbywaj tego żartem.
- Żartem? A z czego tu żartować?
Ringmar nie odpowiedział. Na Linnéplatsen - tak jak na parkingu - nie
było żywej duszy.
- To już trzeci - zauważył Ringmar.
Winter przytaknął, poluzował krawat i rozpiął dwa guziki koszuli.
- Trzech młodych ludzi usiłowano zabić nie wiadomo czym - powiedział
Ringmar. - Trzech studentów. - Odwrócił się do Wintera.
- Czy to się układa w jakiś wzór?
- Że są studentami? Czy że ich rany wyglądają jak krzyż?
- Że są studentami.
- To spora gromadka - powiedział Winter, jadąc na zachód. - Około
trzydziestu pięciu tysięcy tylko w naszym mieście.
- Mhm.
- Nielichy krąg znajomych, nawet jeśli się spotykają we własnym gronie.
Ringmar zabębnił palcami po oparciu fotela. Winter zjechał z obwodnicy i ruszył na północ. Węższe ulice, większe wille.
- Motyka - powiedział Ringmar. - Kto chodzi z motyką w sobotę wieczorem?
- Wolę o tym nie myśleć.
- Studiowałeś tutaj?
- Krótko.
- Co?
- Wstępniaka. I na tym poprzestałem.
- Wstępniaka?
- Wstępne nauki prawnicze.
- Wstępniaka i kopniaka.
- Ha, ha.
- A ja byłem a student of life.
- Gdzie? I kiedy się z tego zdaje?
Ringmar prychnął.
- Masz rację, Eriku. Egzamin nie ma końca. To wieczna nagroda.
- Czyja?
Ringmar nie odpowiedział. Winter zwolnił.
- Skręć w prawo, ominiesz krzyżówkę - podsunął Ringmar.
Winter ominął, przemknął obok dwóch samochodów i zatrzymał się przed
rzęsiście oświetloną willą. Jej iluminacja znaczyła trawnik i przesiewała się przez gałęzie klonów, które wyglądały jak ramiona
wyciągające się ku niebu.
- Wpadniesz coś przekąsić? - spytał Ringmar.
Winter spojrzał na zegarek.
- Angela czeka z ostrygami i winem?
- Ciut za wcześnie, jeszcze nie sezon.
- Chcesz powiedzieć Elsie "dobranoc"?
- Już śpi. Okej, przekąska. Masz słowackie piwo?
Ringmar wyjął "przekąskę" z lodówki. Winter przyniósł z piwnicy trzy
butelki piwa.
- Niestety, zostało tylko czeskie - rzucił Ringmar przez ramię.
- Wybaczam ci - powiedział Winter i sięgnął po otwieracz.
- Wędzona sieja i jajecznica? - spytał Ringmar, stojąc przy lodówce.
- Jeśli mamy czas. Dobra jajecznica go wymaga. Masz szczypiorek?
Ringmar uśmiechnął się, skinął głową, wyłożył wszystko co trzeba na
blacie i wziął się do roboty. Winter skosztował piwa. Hm... Dobre,
schłodzone, ale nie za zimne. W sam raz. Zdjął krawat i powiesił
marynarkę na oparciu krzesła. Po długim dniu czuł ucisk na szyi.
Student of life. Wieczna nagroda. Zobaczył twarz studenta, potem jego
potylicę. Też studiował prawo. Gdybym skończył, pomyślał, pociągając łyk
piwa, mógłbym teraz być komendantem. Może byłoby lepiej. Z daleka od
drogówki. Żadnego pochylania się nad tłuczonymi obrażeniami, żadnych ran
postrzałowych, żadnej krwi i ran łudząco podobnych do krzyża.
- Ci pierwsi nie mieli wrogów - powiedział Ringmar, ostrożnie mieszając
jajka drewnianym widelcem.
- Hę?
- Ci, którzy oberwali po głowie, mówią, że nie mają wrogów.
- Typowe dla ludzi młodych. Żadnych wrogów.
- Też jesteś młody - zauważył Ringmar, podnosząc żeliwną patelnię. -
Masz wrogów?
- Nie, ani jednego. Pojawiają się nieco później.
Ringmar przygotował kanapki.
- Najlepsza byłaby wódka.
- Mogę wrócić do domu taksówką.
- No to wszystko jasne - skonstatował Ringmar i sięgnął po alkohol.
- To ten sam sprawca - powiedział Ringmar. - O co mu chodzi?
- O satysfakcję, że trafił.
Winter wypił drugi kieliszek wódki i pokręcił głową, kiedy Ringmar
pytająco podniósł butelkę.
- Ale nie na chybił trafił?
- Ani byle kogo.
- Tak. Chyba tak.
- Jutro spróbujemy się czegoś dowiedzieć.
- Cios od tyłu na ciemnej ulicy. Nic nie widział, nic nie słyszał, nic
nie powiedział, nic nie wie.
- Zobaczymy.
- Pia Fröberg będzie się musiała zdrowo napocić, żeby zidentyfikować
narzędzie zbrodni.
Winter zobaczył spiętą, bladą twarz lekarki sądowej. Kiedyś, u zarania
dziejów, byli parą albo czymś w tym rodzaju. Było, minęło. Żadnej
wrogości.
- Jeśli to coś da - kontynuował Ringmar, patrząc na szklankę po piwie.
Usłyszeli trzask drzwi wejściowych i podniesiony kobiecy głos.
- Tu jesteśmy! - obwieścił Ringmar.
Weszła jego córka, nie zdjęła anoraka. Była ciemna jak ojciec, prawie
tego samego wzrostu, miała jego nos i jego oczy, którymi teraz patrzyła
na Wintera.
- Erik potrzebował towarzystwa - wyjaśnił Ringmar.
- Nie sądzę.
Przywitała się z Winterem uściskiem dłoni.
- Chyba poznajesz Moę? - spytał Ringmar.
- Trochę czasu upłynęło. Masz pewnie...
- Dwadzieścia pięć. Zbliżam się do emerytury i ciągle tu mieszkam.
Nieźle, co?
- Można by powiedzieć, że Moa jest obecnie w sytuacji
międzymieszkaniowej - zauważył Ringmar. - Stacja pośrednia.
- W takich czasach żyjemy - stwierdziła Moa. - Dzieci zawsze wracają do
gniazda.
- To miłe - powiedział Winter.
- Bullshit.
- Zgoda.
Moa Ringmar usiadła.
- Dostanę trochę piwa?
Ringmar przyniósł szklankę i nalał to, co zostało w trzeciej butelce.
- Słyszałam o kolejnym napadzie.
- Gdzie to słyszałaś? - spytał Ringmar.
- W instytucie. Ten chłopak tam studiuje. Ma na imię Jakob, prawda?
- Znasz go?
- Nie. Nie osobiście.
- A znasz kogoś, kto go zna? - spytał Winter.
- To się robi mało przyjemne. Jak rozumiem, jesteście na służbie. -
Popatrzyła na Wintera, a potem na ojca. - Przepraszam. Wiem, że to
poważna sprawa. Nie chciałam kpić.
- A więc... - podjął Winter.
- Może znam kogoś, kto zna kogoś, kto go zna. Nie jestem pewna.
Kiedy wysiadł z taksówki, na Vasaplatsen było pusto i cicho. Latarnie
rzucały refleksy na kiosk przy Universitetsplatsen. Student of life,
pomyślał, wybierając kod domofonu.
W windzie lekko pachniało tytoniem. Kto wie, czy nie jego.
- Zalatujesz alkoholem - powiedziała Angela, kiedy się nad nią pochylił.
- Öd?kra Taffel - wyjaśnił.
- Tak myślałam. - Odwróciła się do ściany. - Jutro odwieziesz Elsę.
Wstaję o wpół do szóstej.
- Właśnie u niej byłem. Śpi jak kamień.
Angela coś wymruczała.
- Co mówisz?
- Poczekaj do jutra.
Przecież wiedział. On miałby nie wiedzieć? Po półrocznym urlopie
tacierzyńskim? Wszystko wiedział o Elsie i ona wszystko wiedziała o nim.
To były wspaniałe dni, może najlepsze w jego życiu. Odkrywał miasto na
nowo, jakby go nie widział od lat. Niby te same ulice, ale poruszał się
po nich inaczej, bez pośpiechu, niczego nie wypatrywał, no, może z wyjątkiem kawiarenek, gdzie mogliby na chwilę przysiąść, gdzie
zanurzyliby się w życie, inne życie.
Ledwie wrócił do pracy, poczuł... głód, bardzo szczególne uczucie, niemal
wstydliwe. Jakby znów był gotowy do walki, ba!, do wojny, której się nie
wygra, ale którą trzeba toczyć. Tak. Tak to jest. Odcina się bestii
rękę, odrasta nowa. Cóż, pozostawało tylko ciąć dalej.
Minutę przed zaśnięciem pomyślał o dziwnej ranie na potylicy studenta.
Rozdział 2
2
WIECZOREM W DYŻURCE BYŁO SPOKOJNIE. Jak przed burzą. Ale na burzę się
nie zanosi, pomyślał dyżurny oficer Bengt Josefsson, patrząc na drzewa,
nieruchome jak przed jesiennymi nawałnicami. Choć jesienne nawałnice już
się przetoczyły. Teraz czekamy na święta Bożego Narodzenia. A potem może
nas już nie będzie. Zamkną komisariat i Redbergsplatsen przejmie wróg.
Zadzwonił telefon na biurku.
- Komisariat Örgryte-Härlanda, Josefsson.
- E... dobry... dobry wieczór. Czy to policja?
- Tak.
- Zadzwoniłam do centrali i mieli mnie połączyć z komisariatem przy
Olskroken. Tu... mieszkamy.
- Dobrze pani trafiła - powiedział Josefsson. - W czym mogę pomóc?
- E... nie wiem, co powiedzieć...
Josefsson już trzymał długopis nad notatnikiem. Jeden z kolegów upuścił
coś ciężkiego w szatni na końcu korytarza.
- Proszę powiedzieć, o co chodzi. Z kim rozmawiam?
Podała imię i nazwisko. Zapisał. Berit Skarin.
- Chodzi o mojego synka - zaczęła. - Dzisiaj... sama nie wiem... dzisiaj
powiedział nam... oczywiście jeśli dobrze zrozumieliśmy... że siedział w samochodzie z wujkiem. Tak powiedział.
Czteroletni Kalle Skarin wrócił z przedszkola i zjadł kanapkę z serem
serwatkowym, którą popił czekoladą. Sam wymieszał kakao i cukier z odrobiną śmietanki, co mama zalała gorącym mlekiem.
A trochę później oznajmił, że siedział w samochodzie.
W samochodzie?
W samochodzie. Duży samochód i radio. Radio mówiło i grało.
Byliście dzisiaj na wycieczce? Nie na wycieczce. Na placu zabaw. Czy tam
są samochody? Chłopiec pokiwał głową. Samochody zabawki?
DUŻY samochód, powiedział. Prawdziwy samochód. Prawdziwy - i tak ułożył
ręce, jakby kręcił kierownicą. Brrrrum, brrrrumm!
Gdzie?
Na placu zabaw.
Kalle, jeździłeś samochodem na placu zabaw? Pokiwał głową. Z kim
jeździłeś? Z wujkiem. Z wujkiem?
Z wujkiem. Wujek miał cukierki! Kalle znów coś pokazał, może tego kogoś
z torebką cukierków, a może nie.
Berit Skarin miała wrażenie, że lodowaty podmuch wiatru przeszywa jej
głowę. Nieznajomy częstuje synka cukierkami.
Olle też musi to usłyszeć, będzie w domu późnym wieczorem.
Kalle siedział naprzeciwko niej. Zatrzymała go, kiedy chciał obejrzeć w telewizji program dla dzieci. Czy samochód odjechał? Jechał, jechał.
Brrrrrrumm! Daleko pojechaliście? Tego pytania nie zrozumiał. Czy była z wami pani z przedszkola? Pani nie. Wujek.
I pobiegł do telewizora. Popatrzyła za nim, zastanawiała się, co ma
robić, wzięła torebkę, która leżała na krześle w kuchni, wyjęła notes,
odszukała domowy numer telefonu jednej z przedszkolanek, wahała się
przez chwilę, ale w końcu zadzwoniła.
E... przepraszam, że przeszkadzam... mówi Berit Skarin... tak, mama Kallego.
Kalle o czymś mi dzisiaj opowiedział i muszę panią spytać...
*
Bengt Josefsson słuchał. Przytoczyła rozmowę z przedszkolanką.
Berit Skarin spytała, czy niczego nie zauważyły. Nie.
- Czy to możliwe? Czy ktoś może zabrać dziecko, gdzieś je wywieźć i nikt
z personelu tego nie widzi?
Zdarzają się gorsze rzeczy, pomyślał Josefsson.
- Nie wiem - skłamał. - Więc personel niczego nie zauważył?
- Nie. Chyba powinien, prawda?
- Chyba tak - przyznał, choć myślał inaczej.
Kto zawsze ma wszystko pod kontrolą? I kim jest ten mężczyzna, który
stoi pod drzewem albo siedzi w samochodzie?
- Jak długo go nie było? Co mówi pani syn?
- Nie wie. Jest mały. Nie odróżnia pięciu minut od pięćdziesięciu.
Bengt Josefsson myślał.
- Czy pani mu wierzy?
Cisza.
- Pani Skarin?
- Nie wiem, naprawdę nie wiem.
- Czy chłopiec ma... bujną wyobraźnię?
- To przecież dziecko. A zdrowe dzieci mają bujną wyobraźnię.
- Tak.
- Co mam robić?
Bengt Josefsson spojrzał na kartkę, na której zapisał kilka zdań.
Za kontuarem przebiegli dwaj koledzy.
- Napad na kiosk! - krzyknął jeden z nich. Zawyła syrena radiowozu.
- Halo? - powiedziała Berit Skarin.
- Tak, tak... wszystko zanotowałem... nie chodzi o zaginięcie... taaak... jeśli
chce pani to zgłosić...
- A co miałabym zgłosić?
Oto jest pytanie, pomyślał Josefsson. Bezprawne pozbawienie wolności?
Nie. Usiłowanie albo zamiar popełnienia przestępstwa na tle seksualnym?
Hm... może. Albo to jedynie wytwór fantazji małego chłopca. Przecież nic
mu się nie stało...
- Chcę go zawieźć do lekarza - poinformowała. - Traktuję to poważnie.
- Tak.
- Czy powinnam go zawieźć do lekarza?
- Czy pani go... obejrzała?
- Nie. Od razu do was zadzwoniłam, jak mi o tym opowiedział.
- Tak.
- Ale teraz obejrzę, a potem pomyślę, co dalej.
Usłyszał, jak woła chłopca, i usłyszał jego odpowiedź.
- Ogląda telewizję - wyjaśniła. - Śmieje się.
- Poproszę o pani adres i numer telefonu.
Znowu zawyły syreny. Koledzy chyba jechali na wschód. Pościg za
rabusiami. Dwóch napakowanych chemią młodocianych mucho macho z getta
na północy. Groźni jak cholera.
- Na razie bardzo dziękuję - powiedział rozkojarzony i się rozłączył.
Skorygował notatki w kilku miejscach i odłożył, by potem wpisać do
komputera. Dzisiaj, jeśli zdąży, włączy je do akt pod... Właśnie, pod co?
Przecież nic się nie stało. Przestępstwo, do którego nie doszło?
Mają co innego na głowie, co już się wydarzyło, sprawy w toku.
Telefon na biurku znowu zadzwonił. W całym komisariacie dzwoniły
telefony. Na południu wyły syreny. Zobaczył światła kogutów, obracały
się jak szalone, jakby za chwilę radiowozy miały się wzbić w powietrze i polecieć na miejsce akcji.
Student Jakob był przytomny, ale oszołomiony i praktycznie bez kontaktu.
Ringmar siedział przy nim i zastanawiał się, co się wydarzyło. Na szafce
koło łóżka stały kwiaty. Jakob nie był sam na świecie.
Ktoś wszedł do pokoju. W oczach Jakoba pojawił się jakiś błysk. Może
tego kogoś rozpoznał? Ringmar odwrócił się do drzwi.
- Powiedzieli, że mogę wejść - odezwała się dziewczyna z bukietem w ręku.
Wygląda na rówieśnicę Moi, pomyślał Ringmar. Może się znają. Wstał.
Podeszła do łóżka, delikatnie uścisnęła Jakoba i położyła bukiet na
szafce. Jakob zamknął oczy, prawdopodobnie zasnął.
- O, jest więcej kwiatów.
Ringmar zauważył, że chętnie przeczytałaby bilecik dołączony do bukietu,
ale się na to nie zdobyła.
- A więc to pan jest ojcem Moi? - spytała, odwracając się do niego.
Dobrze. Moa im pomogła.
- Tak - odparł. - Czy możemy porozmawiać w poczekalni?
- Po prostu miał pecha - powiedziała. - No bo jak to nazwać? Niewłaściwy
człowiek w niewłaściwym miejscu.
Usiedli pod oknem. W siwym świetle dzień wydawał się przezroczysty.
Poczekalnia tonęła w przedziwnym cieniu, mimo że nie świeciło słońce.
Cicho zakasłała jakaś kobieta. Siedziała na kanapie przy drewnianej
ławie uginającej się pod ciężarem kolorowych czasopism, których okładki
zdobiły zdjęcia znanych uśmiechniętych ludzi. Komu znanych? - nie po raz
pierwszy pomyślał Ringmar. Wizyty w szpitalu były częścią jego pracy.
Nieraz się zastanawiał, dlaczego na przykład "Hänt-Extra" i inne podobne
gazety zalegają w ponurych szpitalnych poczekalniach. Może przynoszą
pociechę? Są jak światełko nadziei? Wy, ludzie z czasopism, których się
fotografuje na wszystkich imprezach, może byliście kiedyś tacy jak my,
więc my możemy stać się tacy jak wy. Gdy tylko wyzdrowiejemy, może i nas
ktoś odkryje w tej wielkiej pogoni za talentami. Bo pogoń trwa
nieprzerwanie. Zdjęcia tych ludzi były tego najlepszym dowodem. W kolorowych czasopismach nie ma miejsca na robione polaroidem fotki
strzaskanych potylic.
- To nie był pech - powiedział Ringmar, patrząc na dziewczynę.
- Wygląda pan młodziej, niż myślałam.
- Raczej niż Moa mnie opisała.
Uśmiechnęła się, ale natychmiast spoważniała.
- Czy znasz kogoś, kto źle życzy Jakobowi? - spytał Ringmar.
- Nie, wszyscy go lubią.
- A może on kogoś nie lubi?
- Nie.
- Nikogo takiego nie ma?
- Nie.
Może takie czasy, pomyślał. Jeśli tak, to dobrze. Kiedy ja byłem młody,
zawsze się na coś wkurzałem. Albo na kogoś. Bez przerwy.
- Jak dobrze go znasz?
- Hm... to mój przyjaciel.
- Macie dużo wspólnych przyjaciół?
- Jasne.
Ringmar popatrzył przez okno. Dwóch młodych ludzi stało w deszczu na
przystanku autobusowym pięćdziesiąt metrów stąd i wyciągało ręce do
nieba, jakby z wdzięczności. Żadnych wrogów. Parszywy deszcz to
najdroższy przyjaciel.
- Żadnych agresywnych ludzi w gronie przyjaciół? - spytał Ringmar.
- Absolutnie żadnych.
- Co robiłaś w tym czasie, kiedy Jakob został napadnięty?
- O której to dokładnie było?
- Tego nie mogę powiedzieć.
I powiedział.
- Spałam mniej więcej od dwóch godzin.
Ale Jakob nie spał. Ringmar wyobraził go sobie, jak - lekko pijany -
idzie przez Doktor Fries Torg. Dokąd? Na przystanek tramwajowy? O tej
porze tramwaje już nie jeździły. I nagle ktoś zadaje mu piekielny cios w potylicę. Na pomoc Doktora Friesa nie ma co liczyć. Wykrwawiłby się na
śmierć, gdyby do ich centrali nie zadzwonił chłopak, który akurat
tamtędy przechodził i zauważył leżącego Jakoba w minutę po zajściu.
Jakob, trzecia ofiara. Trzy różne miejsca napaści. Ten sam rodzaj
obrażeń. Właściwie śmiertelnych. Ale nie tym razem. Jeszcze nie. Dwie
poprzednie ofiary niczego nie podejrzewały. Cios w głowę, i tyle. Nic
nie widziały, jedynie czuły.
- Mieszkacie razem? - spytał.
- Nie.
Ringmar milczał przez chwilę. Młodzi ludzie odjechali. Na zachodzie
chyba się przejaśniało, widział błękitną poświatę. Poczekalnia była na
wyższym piętrze budynku szpitalnego, który stał na wzgórzu. Może to nie
poświata, tylko morze, błękitna wstęga pod niebieskim niebem.
- Nie martwiłaś się o niego?
- Jak to?
- No, gdzie on jest, co robi?
- Zaraz, nie jesteśmy małżeństwem ani nic z tych rzeczy. Przyjaźnimy
się...
- To znaczy, że nie wiedziałaś, gdzie Jakob był tej nocy?
- Nie.
- Czy on tam kogoś zna?
- Gdzie?
- Na Guldheden. W okolicach Doktor Fries Torg i szkoły.
- Naprawdę nie mam pojęcia.
- Nikogo nie znasz?
- Z Guldheden? Nieee... chyba nie. Nie.
- Tam został zaatakowany.
- Niech pan jego zapyta.
- Zrobię to tak szybko, jak tylko będzie możliwe.
Winter odwiózł Elsę do przedszkola. Siedział przez chwilę, pił kawę i patrzył, jak córka organizuje sobie dzień pracy: porządkuje swoje małe
biurko, ustawia czerwony telefon, kładzie papier, pióra, kredki, gazety,
taśmę klejącą, sznurki... Rezultat obejrzy po południu. Na pewno będzie to
coś wyjątkowego.
Ledwie zauważyła, kiedy ją uścisnął na pożegnanie. Na dziedzińcu
zaciągnął się corpsem. Próbował się przestawić na inną markę, ale po
tylu latach palenia corpsów nic mu tak nie smakowało. Corpsów już nie
sprowadzali, na szczęście kolega często jeździł do Brukseli i zapewniał
mu bezpośrednie dostawy.
Był łagodny poranek. Mimo zimy w powietrzu czuło się późną jesień.
Rozpiął płaszcz. Wszędzie widział dzieci pochłonięte jakimś projektem
budowlanym: kopały, zajmowały się stolarką, coś odlewały; wszystkie
formy sportu i zabawy. Nauka przez zabawę i sport - tak to się nazywało,
kiedy był mały. Zabawa. Zabawa zniknęła ze sportu. Nagle zobaczył
jakiegoś szkraba wędrującego do rozstępu między krzakami. Odwrócił się.
Dwie przedszkolanki miały mnóstwo pracy z maluchami, które czegoś
chciały, płakały, śmiały się albo rozbiegały we wszystkie strony. Szybko
ruszył za chłopczykiem. Znalazł go za krzakami. Mały uciekinier uderzał
plastikową łopatką w ogrodzenie. Odwrócił się do Wintera i uśmiechnął,
jak więzień, któremu prawie się udało wydostać na wolność.
Ruszyli w kierunku przedszkola, chłopiec coś mu opowiadał, Winter nie
bardzo rozumiał, ale kiwał głową. W połowie zbocza spotkali
przedszkolankę.
- Nie wiedziałem, że tam jest ogrodzenie.
- Całe szczęście - odparła. - Inaczej nigdy byśmy ich nie upilnowały.
Zauważył Elsę. Wychodziła z budynku, widocznie postanowiła zrobić sobie
przerwę w papierkowej robocie.
- Czy trudno mieć wszystkich na oku? - zapytał.
- Niestety. - Usłyszał coś w rodzaju westchnienia. - Nie chcę narzekać,
ale ponieważ pan spytał... Cóż, jest coraz więcej dzieci i coraz mniej
personelu. - Wykonała szeroki gest. - Ale mamy przynajmniej ogrodzenie.
Elsa była na huśtawce. Głośno do niego zawołała, pomachał jej ręką.
- A jak sobie radzicie na wycieczkach? Albo kiedy idziecie z całą grupą
do parku lub na jakiś większy plac zabaw?
- Staramy się tego unikać.
Ringmar siedział przy łóżku studenta Jakoba Stillmana, czyli Jakoba
Spokojnego. Faktycznie, nic dodać, nic ująć. Jakob Spokojny wolno, z wysiłkiem odwrócił głowę i spojrzał na Ringmara. Ringmar się
przedstawił.
- Zadam tylko parę pytań - zaczął. - Proponuję, żebyś na "tak" mrugnął
raz, a na "nie" dwa razy. Okej?
Stillman mrugnął raz.
- Dobrze. - Ringmar przysunął się z krzesłem trochę bliżej łóżka. - Czy
tuż zanim dostałeś w głowę, widziałeś kogoś z tyłu, za sobą?
Jedno mrugnięcie.
- Więc coś zauważyłeś?
Znowu jedno mrugnięcie. Tak.
- Daleko?
Dwa mrugnięcia. Nie.
- Czy byłeś sam, kiedy zacząłeś iść przez plac?
Tak.
- Ale zdążyłeś zobaczyć kogoś idącego w twoją stronę?
Nie.
- Ten ktoś był za tobą?
Tak.
- I udało ci się coś zobaczyć?
Tak.
- Twarz?
Nie.
- Sylwetkę?
Tak.
- Czy był duży?
Żadnego mrugnięcia. Chłopak jest bystrzejszy ode mnie, pomyślał Ringmar.
- Średniej postury?
Tak.
- Mężczyzna?
Tak.
- Rozpoznałbyś go?
Nie.
- Czy był bardzo blisko, kiedy go zobaczyłeś?
Tak.
- Usłyszałeś jakiś dźwięk?
Tak.
- Usłyszałeś ten dźwięk, zanim go zobaczyłeś?
Tak.
- Czy to dlatego się odwróciłeś?
Tak.
- Czy to był odgłos jego kroków?
Nie.
- Czy to był dźwięk jakiegoś narzędzia, które uderzyło o ziemię?
Nie.
- Czy ten dźwięk miał z nim coś wspólnego?
Tak.
- Czy on coś powiedział?
Tak.
- Zrozumiałeś co?
Nie.
- Czy mówił po szwedzku?
Nie.
- W innym języku?
Nie.
- Czy to przypominało krzyk?
Nie.
- Jakiś inny dźwięk?
Tak.
- Cichszy dźwięk?
Tak.
- Ludzki?
Nie.
- Ale pochodził od niego?
Tak.
Rozdział 3
3
JECHAŁ TUNELAMI, których ciemności były gęstsze niż wieczorny mrok.
Nagie lampy na ścianach jeszcze bardziej je podkreślały. Napotkane
samochody przejeżdżały, nie wydając żadnych dźwięków.
Przez otwartą szybę wpadały powietrze i zimny blask. U wylotów tuneli w ogóle nie było światła, tylko czerń.
Jakby jechał w piekle. Tunel za tunelem. Znał je wszystkie, poruszał się
po mieście tunelami. Czy jest na to jakaś nazwa? - pomyślał. Jakiś
termin?
Muzyka w radiu. Albo z CD. Nie pamiętał. Ładny głos, którego lubił
słuchać, kiedy jeździł pod ziemią. Niedługo wszystko w tym mieście
będzie pod ziemią. Cała obwodnica biegnąca nad wodą znajdzie się w piekle.
Siedział przed telewizorem i oglądał swój film. Plac zabaw, drabinka,
zjeżdżalnia, zjeżdżające dzieci, jedno się śmiało, on też się roześmiał,
bo pociesznie to wyglądało. Cofnął taśmę, obejrzał to jeszcze raz i zapisał coś na kartce, którą miał pod ręką, na stole, gdzie stał wazon z tulipanami. Wazon i kwiaty kupił tego popołudnia.
Teraz na ekranie pojawił się chłopiec. Jego twarz, potem szyba
samochodu, radio, tylne siedzenie. Chłopiec powiedział mu, co filmować,
więc filmował. Czemu nie?
Papuga zwisająca ze wstecznego lusterka. Wybrał żółto-czerwoną, w kolorze drabinki na placu zabaw, którą w przeciwieństwie do jego papugi
powinno się pomalować.
Chłopcu - miał na imię Kalle - podobała się papuga. Widział to. Kalle
pokazał palcem ptaszka i on go filmował. Mimo że prowadził samochód. To
wymagało pewnej wprawy, ale on potrafił robić kilka rzeczy naraz, myśląc
przy okazji o czymś innym. Od dawna był w tym dobry.
Usłyszał głosy, jakby nagle włączył dźwięk.
- Puga - powiedział.
- Puga - powtórzył chłopiec i trącił papugę. Wydawało się, że ptaszek za
chwilę odfrunie.
Puga. To był taki chwyt. Gdyby przypadkiem ktoś postronny obejrzał ten
film, co się nigdy nie stanie, ale gdyby, pomyślałby, że on próbuje
mówić do dzieci ich językiem. Tymczasem to jeden z jego wielu chwytów,
które stosował w dzieciństwie, od kiedy nagle głos od-od-od-odmówił mu
po-o-słuszeństwa i zaczął się j-j-j-j-jąkać.
Stało się to po wyjeździe mamy. Nie przypominał sobie, żeby coś
podobnego przytrafiło się wcześniej. Wymyślał różne sposoby, które mogły
mu pomóc, gdyby chciał coś powiedzieć. Nie zdarzało się to zbyt często,
ale jednak. Pierwszym wybiegiem, który zapamiętał, była puga. Nie
potrafił wymówić słowa "papuga". "Pa-pa-pa-pa-pu-pu-pu-pu..." - nic z tego, mógłby się tak zacinać do końca życia i nigdy by nie dotarł do
ostatniej litery. "Puga" mówiła się sama.
Usłyszał dźwięk. Sam go wydawał. Płakał, znowu płakał dlatego, że myślał
o pudze. Kiedy był mały, miał zielono-czerwoną pugę, prawdziwą, która
umiała wypowiedzieć jego imię i jeszcze trzy inne śmieszne słowa. Miała
na imię Bill. Święcie wierzył, że Bill był prawdziwy.
Koniec filmu. Przewinął i obejrzał jeszcze raz. Bill prawie w każdej
scenie. Ilekroć wsiadał do samochodu, zawsze wieszał na wstecznym
lusterku małą pugę. Mogły być różne, różniły się kolorem, ale to nie
miało znaczenia, każda była dla niego Billem. Czasem myślał o niej -
Billy Boy. Chłopiec znowu się roześmiał. Kalle Boy, pomyślał. Film się
skończył. Wstał i przyniósł wszystko, czego potrzebował do kopiowania,
czy jak to nazwać. Do montażu. Lubił to zajęcie.
*
- Wygląda mi na Hulka - zauważył Fredrik Halders.
- Stillman to pierwszy poszkodowany, który coś widział - powiedział
Ringmar.
- Tak... ale to wcale nie takie pewne, że te wszystkie napaści to robota
tego samego Hulka.
Ringmar pokręcił głową.
- Rany są identyczne.
Halders masował kark. Nie tak dawno temu też porządnie oberwał, miał
uszkodzony jeden kręg i przez jakiś czas był sparaliżowany. Na szczęście
odzyskał władzę w nogach. Jakby to się na coś zdało. Zawsze był
niezdarny. Teraz musi upłynąć trochę czasu, zanim powróci do starej
poczciwej niezdarności.
I zanim się odnajdzie w poprzednim życiu. Jego była żona zginęła pod
kołami samochodu. Kierowca uciekł z miejsca wypadku. "Była". Cholerne
słowo. Była, było... Przedtem było inaczej.
Mieszkał w swoim byłym domu z dziećmi, których z całą pewnością nie
można nazwać byłymi.
Masował kark.
- Co to za motyka? - spytał.
Ringmar rozłożył ręce.
- Szpikulec do kruszenia lodu? - drążył Halders.
- Nie. To chyba trochę przestarzałe.
- Gdybyśmy pracowali w Chicago w latach trzydziestych, nie mielibyśmy
cienia wątpliwości.
- Bryły lodu są dzisiaj mniejsze.
- Szpikulec zastąpiły szczypce.
- Ale to nie są szczypce - stwierdził Ringmar.
Halders uważnie przyglądał się zdjęciom rozłożonym na biurku Ringmara.
Ostre kolory, ogolone głowy, rany. Niby nic nowego, ale tym razem ofiary
przeżyły. Najczęściej zdjęcia głów, jakie mieli w archiwum, należały do
nieboszczyków. Ale nie te, pomyślał. Te to talking heads.
- Mniejsza o motyki i szpikulce - powiedział, podnosząc wzrok. - Musimy
dopaść tego szaleńca bez względu na to, jaką ma broń.
- Ale broń ma tu jakieś znaczenie. Coś w tym jest... w tych ranach.
- Dobra, dobra, tak czy inaczej, trzeba gnoja powstrzymać.
Ringmar skinął głową i pochylił się nad zdjęciami.
- Myślisz, że on go znał? - spytał Halders.
- Przyszło mi to na myśl.
- A inni? Dwie poprzednie ofiary?
- Mhm... nic nie widzieli, nic nie słyszeli. Otwarta przestrzeń. Noc.
Żadnych świadków. Przecież wiesz. Nie byli pijani w trupa, tylko lekko
zawiani.
- I trach.
- To ten sam sprawca. Też tak myślisz?
- Tak.
- Mhm.
- Powinniśmy się skupić na kręgu znajomych tych chłopców.
- To różne kręgi - zauważył Ringmar. - Z tego, co wiemy, nie znają się,
nie mają wspólnych znajomych.
- Czyli chadzają innymi drogami. Ale studiują na uczelniach, które są
ulokowane w śródmieściu, i całkiem przypadkowo mogli się przy jakiejś
okazji natknąć na siebie. W klubie, w jakimś stowarzyszeniu, w partii
politycznej, na meczu piłki ręcznej, w kółku ornitologicznym, and you
name it. W męskim klubie, gdzie striptizerki wyskakują z tortu, a potem
świadczą inne usługi, na przykład obciągają laski. Jeśli tak jest,
mieliby powód, żeby kłamać. Może wpadli na siebie w dyskotece?
Studenckie korporacje wciąż istnieją. To całkiem prawdopodobne, że
gdzieś na siebie wpadli.
- No dobrze - zgodził się Ringmar. - I co dalej? Czy sprawca też tam
był?
- Tego nie wiem. Ale to możliwe.
- I świadomie na nich polował?
- To tylko hipoteza.
- Inna hipoteza jest taka, że polował na kogokolwiek i akurat oni się
napatoczyli. Późna pora, pusto, alkohol, który przytępia czujność.
Halders podszedł do mapy wiszącej na ścianie. Przeciągnął się,
rozprostował ramiona. Trzasnęło mu w stawach. Zerknął za siebie, na
Ringmara, leciutko się uśmiechnął, po czym postawił palec na mapie.
- Najpierw Linnéplatsen. - Przesunął palec w prawo. - Potem
Kapellplatsen. - Przesunął palec w dół. - A teraz Doktor Fries Torg. -
Odwrócił się i popatrzył na Ringmara. - W miarę ograniczony teren. -
Spojrzał na mapę. - Kształtem przypomina ekierkę.
- Na piechotę to kawał drogi - zauważył Ringmar.
- Jest komunikacja miejska.
- W nocy niekoniecznie. Tramwaje nie jeżdżą.
- Ale jeżdżą autobusy. Zresztą Hulk może mieć samochód. Albo chodzi na
piechotę. Nie napadł przecież trzy razy tej samej nocy.
- Dlaczego zmienia miejsca?
- Pewnie myśli, że stać nas na skuteczną obserwację, i woli tam nie
wracać.
- Mhm...
- Nie wie, że nas na to nie stać.
- Coś się kryje za tymi miejscami - powiedział Ringmar. - To nie może
być przypadek. - Teraz mówił jakby do siebie. - To rzadko jest
przypadek.
Halders wiedział, co Ringmar ma na myśli. Miejsce przestępstwa często
coś znaczy. Sprawcę albo ofiarę przeważnie coś z nim łączy, nawet jeśli
początkowo nic na to nie wskazuje. Miejsce jest czymś centralnym. To
punkt wyjścia do dalszych poszukiwań.
- Rozmawiałem z Birgerssonem - podjął Ringmar. - Po napaści na
Guldheden. Dostaniemy trochę więcej ludzi, żeby przepytać okolicznych
mieszkańców.
Halders zobaczył szefa wydziału. Sękaty jak roślinność w jego rodzinnej
Norrlandii, namiętny palacz, któremu po raz kolejny nie udało się pozbyć
nałogu.
- Pokazałeś mu ekierkę? - zainteresował się Halders. - Zaprezentowałeś
teorię ekierki? Wystarczy jedna kreska i mamy zamknięty trójkąt.
Halders przesunął palcem od Doktor Fries Torg do Linnéplatsen.
- Nie. Ty pierwszy zauważyłeś ów fascynujący związek.
- Daruj sobie tę ironię, Bertil, to nie w twoim stylu. - Halders się
uśmiechnął. - Po prostu wiem, że Birgersson ma słabość do matematyki,
zwłaszcza do figur geometrycznych.
Halders znowu się uśmiechnął. Może to robota Sturego Birgerssona. Nikt
nie mógł go rozgryźć. Raz w roku gdzieś przepadał, nikt nie wiedział
gdzie. No, może Winter. A może i nie. Może Sture włóczył się po ulicach
w czarnej pelerynie, z norrlandzkimi grabkami do zbierania moroszki i odciskał krzyże na głowach studentów. Halders zobaczył ciemną sylwetkę
pod latarnią: Doktor Sture. A potem: Mister Birgersson. Pytanie, który
był gorszy.
- Aha, czyli dostaniemy więcej ludzi, żebyśmy mogli zobaczyć figurę
geometryczną? - spytał Ringmar.
- Naturalnie.
- A jak zacznie się przepoczwarzać, możemy liczyć na posiłki?
- Jasne. Jeśli z trójkąta zrobi się kwadrat, będzie to oznaczać, że Hulk
znowu zaatakował.
- Wystarczy mi trójkąt.
Halders usiadł za biurkiem.
- Dzięki dwóm dodatkowym zwiadowcom moglibyśmy sprawdzić nocne autobusy.
Przesłuchać kierowców. Nie ma ich znowu tak wielu.
- A taksówki?
- Odbiło ci, czy jak? Nasi ciemnoskórzy przyjaciele jeżdżą na czarno.
Kiedy ostatnio mieliśmy cynk od taksiarza?
- Nie pamiętam - przyznał Ringmar.
Słońce jeszcze bardziej wszystko obnażyło. Tak. Naga prawda. Pnie drzew,
bezlistne gałęzie i ziemia.
Nic tu po słońcu, pomyślał. Nie tu jego miejsce. Niech spada.
Dzieci wysypały się z tramwaju przy Linnéplatsen. Jak zwykle, dzień w dzień. Zawsze maszerowały gęsiego po martwej trawie boiska.
Czasami szedł za nimi.
Zaparkował po drugiej stronie boiska.
Po raz pierwszy przyjechał tu samochodem. I rozmawiał z chłopcem, który
siedział obok niego.
Chciał to powtórzyć. Nie. Nie. Nie! Tak krzyczał ostatniej nocy. Nie!
Ale przyszedł. Chciał tylko... popatrzeć, być... blisko. To nic złego.
Szereg się rozproszył, dzieci były wszędzie. Jakaś dziewczynka przedarła
się przez krzaki i wróciła inną drogą. Popatrzył na dwie przedszkolanki,
wiedział, że tego nie zauważyły.
A gdyby za krzakami czaił się ktoś obcy?
Znowu zobaczył dziewczynkę, jeszcze raz okrążyła krzak i dołączyła do
innych dzieci.
Niósł ją, była lekka jak piórko. Nikt go nie widział. Wprawdzie drzewa
nie miały liści, ale rosły gęsto. Zdziwił się, kiedy wziął ją na ręce i ruszył przed siebie. Czy to na pewno ja? Dłoń na jej ustach. Delikatnie.
Ach, jak szybko. Tam jest samochód. Łatwo tu podjechać, ale nikt tego
nie robi. Pewnie nikt nie myśli, że to możliwe albo dozwolone.
Tak, zaraz to podniesiemy i wejdziemy do środka. Tak, to namiot! Na
niby! Jest radio. Wujek coś mówi. Słyszysz? Muzyka! Patrz! Możesz wziąć,
co tylko zechcesz. Widzisz, ile tego jest? Masz takie ładne włosy. Jak
ci na imię? Nie wiesz? Ooooo, na pewno wiesz. To Bill. Tak się nazywa.
Bill. Billy Boy. Umie latać. Spójrz! Lata, lata, lata. Ellen? Masz na
imię Ellen? Piękne imię. Śliczne imię. Wiesz, jak miała na imię moja
mama? Nie, nie możesz tego wiedzieć. Jak myślisz? Czy moja mama miała
ładne imię? Chcesz więcej? Weź całą torebkę. Pro-pro-pro-proszę...
Pogłaskał dziewczynkę po głowie. Miała włosy jak ptasi puch, puch żywego
ptaka, u którego można było wyczuć bicie serca. Kiedyś czuł, jak bije
serce małego ptaszka, dużo mniejszego niż Bill. Wtedy sam był mały jak
ptaszek.
Znów jej dotknął. Mężczyzna w radiu coś powiedział. Ledwie mógł
oddychać, opuścił szybę, tam było powietrze. Dotykał dziewczynki.
Puszek, drobne kosteczki. Odezwała się.
Zapadał wieczór. Przejrzysta ostrość. Słońce wisiało między domami jak
wspomnienie. Winter stał na balkonie i w chwilach, kiedy się nie
zaciągał, czuł zapach późnej jesieni. Przedsmak zimy. Vasaplatsen powoli
się wyludniał. Wszyscy wracali stąd do siebie autobusami, tramwajami i samochodami, zostawiając jego i jego rodzinę tam, gdzie ich miejsce.
Angela od dawna nie mówiła o własnym domu. Wiedział, że myśli tak jak
on, zawsze tak myślała. Miasto było dla nich i oni dla miasta. Kamienne
miasto, pomyślał, serce, serce z kamienia. Zaciągnął się. Piękne serce z kamienia. Tutaj żyło się łatwiej. W osiedlach willowych, położonych
bliżej morza, człowiek zbliżający się do półmetka szybciej się męczył.
Przytłaczały go cisza i spokój. Rety, przecież on już jest na półmetku.
Czterdzieści dwa lata na karku. Albo czterdzieści trzy. Nie pamiętał, i bardzo dobrze.
Zadrżał z zimna, nic nie włożył na koszulę, czekał, aż dopali się
cygaretka, tak jak dopalał się wieczór. Ulicą przeszło kilku młodych,
pewnych siebie ludzi. Usłyszał ich śmiech. Gdzieś się wybierali.
Wszedł do pokoju. Elsa pokazała mu swój rysunek. Ptak na błękitnym
niebie. W ostatnich tygodniach na jej rysunkach było mnóstwo
niebieskiego i żółtego - piasku, nieba i ziemi. I zielonych łąk, na
których rosły kwiaty we wszystkich kolorach, jakie były w pudełku z kredkami. Wszędzie lato. Elsa jeszcze nie żyła jesienią.
Pomógł jej zebrać i zasuszyć liście z pobliskiego parku, ale w nieskończoność zwlekała z namalowaniem jesieni. I bardzo dobrze.
- Ptaszek - powiedziała.
- A jaki to ptaszek? - zapytał.
Namyślała się przez chwilę.
- Mewa.
- Mewa pospolita.
- Mewa popita - powiedziała i zaczęła nowy rysunek.
- Mewa popita - poinformował Angelę, która wyszła z pokoju Elsy. - Tak,
właściwie czemu nie? Albo mewa pipa.
- Pipa - powtórzyła Elsa.
- Bardzo ładnie - powiedziała kąśliwie Angela.
- To słowo zna od dawna. Niech mewa się uśmiechnie - zwrócił się do
Elsy. - Ha, ha, ha, HA, HA!
Początkowo wydawała się przestraszona, ale po chwili się roześmiała.
Winter wziął kredkę i czysty arkusz papieru i narysował coś, co mogło
przypominać uśmiechniętą mewę. Na górze napisał nazwę gatunku: Śmieszka.
Dla potomności. To jego pierwszy rysunek od trzydziestu lat.
- Wygląda jak latający prosiak - zauważyła Angela.
- Czy to nie fantastyczne? Uśmiechnięta świnka, która umie latać.
- Świnki latają - stwierdziła Elsa.
Siedzieli w kuchni i sączyli czerwone wino. Elsa spała. Winter
przygotował kanapki z sardelą. Już je zjedli.
- Po czymś takim mam pragnienie - powiedział i nalał sobie wody.
- Natknęłam się dzisiaj w szpitalu na Bertila.
- Tak, był tam.
Angela potarła palcem nasadę nosa. Zobaczył pod jej okiem lekki cień,
tylko pod jednym. Też była zmęczona. Jak zwykle po całym dniu w pracy.
Nie zawsze potrafiła się wyłączyć, kiedy wracała do domu, ale i tak była
w tym lepsza od niego. Choć i on poczynił pewne postępy. Dawniej mógł
siedzieć przy PowerBooku pochłonięty służbowymi sprawami do późna w nocy, dopóki nie zasnął na krześle. Teraz wcale za tym nie tęsknił.
- Ten chłopak dostał silny cios - powiedziała. - Mógł umrzeć.
- Jak dwaj inni.
Skinęła głową. Kiedy się pochyliła, cień na jej twarzy pogłębił się;
kiedy podniosła głowę, niemal zupełnie zniknął.
Ich... codzienność, czy jak to nazwać, się splatała. Ich obowiązki
zawodowe. Czy tak miało być? Może. Kiedy się poznali, Angela zdecydowała
się na studia medyczne, a on stawiał pierwsze kroki w wydziale śledczym
jako asystent żółtodziób.
Teraz ich światy się przenikały. Ludzie z jego świata - ranni,
umierający lub martwi - pojawiali się w jej świecie. Poruszali się w dwóch światach. Na przykład Bertil spotkał Angelę, gdy usiłował się
czegoś dowiedzieć od rannego studenta, którego Angela usiłowała
wyleczyć. Cholera. Dopił wino. Angela nalała sobie wody do kieliszka. Na
blacie mruczało radio. Była noc.
- W przedszkolu jest lekki bałagan - powiedział.
- Co masz na myśli?
- No... dużo dzieci i mało personelu.
- Coraz więcej dzieci i coraz mniej personelu?
- Tak.
- Mówisz o tym z jakiegoś szczególnego powodu?
- Hm... nie wiem... może... Kiedy rano odwiozłem Elsę, wyglądało na to, że nie
są w stanie mieć pełnej kontroli nad dziećmi.
- Czy to nie policjant przez ciebie przemawia?
- Jeśli tak, to chyba sprawa jest poważna. Policjant dostrzega brak
dostatecznych środków bezpieczeństwa.
- Brak dostatecznych środków bezpieczeństwa? Mówisz tak, jakbyś
odpowiadał co najmniej za bezpieczeństwo Busha.
- Bush sobie poradzi. To jego otoczenie potrzebuje ochrony.
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
- A mnie chodzi o to, że nie można dopuścić do tego, żeby dzieci
przepadały nie wiadomo gdzie. Dzisiaj jakiś malec przeszedł przez
żywopłot i gdyby nie ogrodzenie...
- Właśnie po to jest ogrodzenie, Eriku. Żeby dzieci nie wychodziły poza
teren i nie ginęły bez śladu.
- Ale nikt nie zauważył, że się tam zabłąkał.
- Nie musiał. Personel wie, że tam jest ogrodzenie.
- Czyli wszystko w porządku?
- Tego nie powiedziałam. O ile mnie pamięć nie myli, powiedziałam, że
jest coraz więcej dzieci i coraz mniej personelu. To jest problem. -
Napiła się wody. - Skomplikowany problem.
- I znowu dochodzimy do... kwestii bezpieczeństwa. Jaką odpowiedzialność
ponoszą te nędzne resztki personelu? Jak można zapanować nad
dzieciakami, które się rozbiegają we wszystkie strony?
- Mhm...
- Jak zorganizować wycieczkę? Zdaje się, że wolą nie ryzykować. - Potarł
brodę, aż zachrzęściła. - To uzasadnione obawy.
Sięgnął po butelkę wina, ale zrezygnował z kolejnego kieliszka.
Spojrzała na niego.
- Za dużo wiesz o zagrożeniach.
- Tak jak ty, Angela. Wiesz o wszystkim, co prowadzi do najróżniejszych
chorób.
- Czy masz na myśli coś konkretnego, co dotyczy przedszkola i bezpieczeństwa?
- Nie... chodzi mi o dzieci i ich bezpieczeństwo. Generalnie. Może
faktycznie za dużo wiem o zagrożeniach, ale ty też sporo byś się
dowiedziała, gdybyś na przykład przyjrzała się dokładniej najbliższemu
otoczeniu placu zabaw. Może zobaczyłabyś kogoś, kto się tam kręci i obserwuje dzieci. Może ktoś wystaje pod przedszkolem. Albo pod szkołą w czasie przerwy. Albo siedzi w samochodzie i patrzy na dziewczynki
grające w piłkę ręczną lub w siatkówkę. Oczywiście na niektórych mamy
oko. Zdarzają się panowie, którzy po posiedzeniu zarządu swojej firmy
podjeżdżają luksusowymi autami pod szkolne boisko, rozkładają na
kolanach "Göteborgs-Posten" i kiedy dziewczęta skaczą pod koszem,
trzepią konia.
- Jesteś cyniczny, Eriku.
- Cyniczny? Bo mówię, jak jest?
- I co wtedy robicie?
- Hę?
- Co robicie z tymi luksusowymi mężczyznami w luksusowych autach? I z innymi, którzy się tam kręcą?
- Przede wszystkim staramy się mieć ich na oku. Nie można przecież
aresztować kogoś, kto siedzi w samochodzie i czyta gazetę, prawda? W demokracji to nie jest karalne.
- Boże.
- Nie rozumiesz? Musimy czekać, aż dojdzie do przestępstwa. I to jest
najbardziej wkurzające. Wiemy, ale nie możemy nic zrobić.
- A nie możecie... ostrzegać?
- Niby jak?
- Erik, to nie jest...
- Mówię szczerze i jestem absolutnie poważny. Chętnie bym ostrzegał, ile
się da, bylebym tylko mógł dalej robić swoje. Ale nie wolno nagle
otwierać drzwi samochodu ani zatrzymać kogoś, kto podejrzanie wygląda i stoi pod drzewem koło placu zabaw.
- Ale się nad tym zastanawiasz.
- Dzisiaj rano w przedszkolu zastanowiło mnie to, jak bardzo są narażone
dzieci i młodzież. Wystawione na cudze spojrzenia i wszystko, co się z tym wiąże. I na niebezpieczeństwo. Realne niebezpieczeństwo.
- Tak...
- Chętnie porozsyłałbym miliony ostrzeżeń, ale to trudne. I wymaga
mnóstwa ludzi. - Mimo wszystko nalał sobie wina. - Jesteśmy w takiej
samej sytuacji jak przedszkolanki.
Uśmiechnął się.
Angela zadrżała, jakby okno otworzyło się na oścież. Tymczasem było
leciutko uchylone, wpuszczało do kuchni, od podwórza, dyskretny zapach
nocy.
- Ciarki mnie przechodzą, Eriku.
Milczał.
- Elsa chodzi do przedszkola. Jest w dużej grupie dzieci, którą się
opiekuje zbyt mało przedszkolanek. O niczym innym nie potrafię teraz
myśleć.
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj. Też się martwisz. - Nagle się roześmiała, krótko i głośno. - Tak, łatwo się martwić, kiedy ma się dzieci. - Spojrzała na
niego. - Co zrobimy? Zmienimy przedszkole? Zatrudnimy opiekunkę?
Załatwimy Elsie ochroniarza?
Znowu się uśmiechnął.
- Więc to tylko taka... sugestia? - Dopiła wodę z kieliszka. - Jeśli tak,
to trafiła na podatny grunt.
- Cholera, niepotrzebnie ci powiedziałem o tych wszystkich zagrożeniach.
- A przynajmniej o tych wszystkich chorych sukinsynach wystających pod
szkołami. Co będzie, kiedy Elsa pójdzie do pierwszej klasy? - Szybko się
podniosła. - Dosyć na dzisiaj. Idę pod prysznic.
Rozdział 4
4
INSPEKTOR JANNE ALINDER po raz pierwszy podniósł słuchawkę tego wieczoru
w trzeciej sekundzie dyżuru. Nawet nie zdążył usiąść.
- Komisariat Majorna-Linnéstaden, Alinder - powiedział, opadając na
obrotowe krzesło, które jęknęło pod jego ciężarem.
- Halo? Czy to policja linnéstadzka?
A niby co ja powiedziałem? - pomyślał. Zawsze to samo. Nikt nie słucha.
Czy to moja wina, czy dzwoniących? Co chcieli potwierdzić? Mógłby
poprzestać na "halo". I tak padłoby to samo pytanie.
- Komisariat na Tredje L?nggatan - poinformował gwoli ścisłości.
- Chodzi o moją córeczkę - powiedziała kobieta. Mogła być młoda albo w średnim wieku. Nie najlepiej znał się na głosach. Zwłaszcza kobiecych.
Zdarzało mu się, że słyszał kogoś o głosie tej, no, jak jej tam, tej
seksownej lektorki, która czyta wiadomości w TV4, a kiedy się potem z tą
osobą spotykał w cztery oczy, okazywało się, że ma do czynienia z hipopotamem w wieku moooooocno zaawansowanym. Albo na odwrót. Głos
meliniary, a ciało Marilyn Monroe.
- Z kim rozmawiam? - spytał z długopisem w ręku.
- Lena Sköld. Jest coś dziwnego...
- Proszę zacząć od początku - przerwał Alinder.
W jego głosie pobrzmiewały lata rutyny. Umiał słuchać.
- Nie bardzo rozumiem...
- Co się stało?
- Chodzi o moją córeczkę... o Ellen... Ellen powiedziała, że dzisiaj po
południu spotkała kogoś.
- Tak?
- Kiedy była z innymi dziećmi z przedszkola w Slottsskogen. W Plikcie.
To plac zabaw, niedaleko skrzyżowa...
- Tak, wiem, gdzie to jest.
Aż za dobrze, pomyślał. Spędził tam lata, kiedy dzieci były małe.
Najczęściej stał i marzł, czasami na kacu gigancie, ale chodził z dziećmi właśnie na ten plac zabaw, bo był najbliżej jego domu przy
Olivedalsgatan, a poza tym nie widział powodu, żeby się wymigiwać. Ba,
cieszył się, że ani razu tego nie zrobił. Tego, kto nie odmawia, czeka
nagroda. Tego, kto odmawia, czeka kara ze strony dzieci, które
opuszczając dom, odwrócą się do ojca plecami. Bye bye! She's leaving
home, bye bye.
- Spotkała tam jakiegoś mężczyznę. Wujka. Siedziała w jego samochodzie.
- A co mówi personel?
- Przedszkolanki? Za... zadzwoniłam do jednej, ale ona niczego nie
zauważyła.
Alinder czekał.
- Czy to normalne, żeby nikt nic nie widział? - spytała Lena Sköld.
To zależy, co się stało, pomyślał Alinder.
- Gdzie jest teraz pani córka?
- Siedzi naprzeciwko mnie przy stole i rysuje.
- Powiedziała, że była w samochodzie z mężczyzną. Czy dobrze
zrozumiałem?
- Tak to odebrałam.
- To znaczy, że poszła z kimś i personel niczego nie zauważył?
- Tak...
- Czy coś jej się stało?
Zapytał prosto z mostu. Tak jest lepiej.
- Z... z tego, co widzę, nie. Sprawdzałam... przed chwilą. A opowiedziała mi
o tym jakąś godzinę temu.
- Godzinę?
- No, może dwie.
- Jak się zachowuje?
- Jest... wesoła. Jak zwykle.
- Aha.
- Nie miałam się kogo poradzić... Sama wychowuję Ellen, do mę... to znaczy
do byłego męża nie chcę się z niczym zwracać.
Skoro tak mówisz, to ci wierzę, pomyślał Alinder. W mieście roi się od
bydlaków i ich eksżony wiedzą, co robią, trzymając się od nich na
kilometr. Z dziećmi.
- Czy pani zdaniem Ellen mówi prawdę?
- E... no... nie wiem. Ma żywą wyobraźnię.
- Jak to dzieci. I niektórzy dorośli.
- Mnie ma pan na myśli?
- Nie, nie, tak mi się... wypsnęło.
- Aha.
- Co pani powiedziała o wyobraźni Ellen? - Usłyszał dziewczynkę. Musiała
siedzieć bardzo blisko matki. Powiedziała: "wyobraźnia", Lena Sköld
wyjaśniła jej, co to znaczy, po czym Ellen zadała jakieś pytanie,
którego nie zrozumiał.
- Przepraszam - odezwała się po chwili Lena Sköld. - Ellen słyszała, co
mówię. Teraz poszła do swojego pokoju po czysty papier rysunkowy.
- Pytałem o jej wyobraźnię - przypomniał Alinder.
- Jeśli mam być szczera, wymyśla sobie różne... rzeczy... albo jakieś
postaci... mówi, że z nimi rozmawia. Na przykład w domu. W swoim pokoju.
Ale u dzieci to chyba nic niezwykłego.
- A jednak postanowiła pani do nas zadzwonić. Na policję.
- Tak. Może to dziwne, ale tym razem było inaczej... jakby niczego nie
wymyślała. Nie wiem, jak to wyjaśnić... po prostu jej uwierzyłam. Mimo że
powiedziała tak niewiele.
- Że siedziała w samochodzie z nieznajomym wujkiem?
- W zasadzie tak.
- I co jeszcze?
- Cukierki. Wydaje mi się, że dostała cukierki.
- Ile lat ma Ellen?
- Prawie trzy i pół roku.
- Czy dobrze mówi?
- Dość dobrze.
- Czy powiedziała coś więcej o samochodzie? Albo o mężczyźnie?
- Nie. Ale nie rozmawiałyśmy o tym przez cały wieczór. Powiedziała kilka
słów, kiedy ją odebrałam z przedszkola, potem zadałam jej parę pytań i zaczęłam się zastanawiać, co dalej, potem zadzwoniłam do przedszkolanki,
a potem na policję i...
Alinder spojrzał na kartkę. Zanotował nazwisko, adres, numery telefonów
i streścił to, co usłyszał. Nic więcej nie mógł zrobić. Ale potraktował
to poważnie. Na swój sposób. Dziewczynka mogła z kimś siedzieć w samochodzie. Albo siedziała w dużym drewnianym samochodzie na placu
zabaw. Był taki w Plikcie. Mogła dziesięciokrotnie powiększyć swojego
kolegę z przedszkola. Mogły jej się zamarzyć łakocie, miliony torebek z cukierkami, tak jak jemu marzyły się przepyszne dania, od kiedy jedzenie
stało się ważniejsze niż seks.
- Jeśli Ellen powie pani coś jeszcze o tym... spotkaniu, proszę to zapisać
i znowu się do nas odezwać.
- A co teraz?
- Zanotowałem pani relację, sporządzę raport i włączę go do archiwum.
- To wszystko?
- A co moglibyśmy jeszcze zrobić, pani Sköld?
- Nie wiem. Porozmawiam z personelem przedszkola i może do was
zadzwonię.
- Dobrze.
- Chociaż... może się okazać, że wszystko zmyśliła. Nie jest podenerwowana
ani nic z tych rzeczy... nie wygląda na przestraszoną ani spłoszoną.
Alinder milczał. Spojrzał na zegarek. Rozmowa trwała dość długo. Ale nie
ponad miarę. Zrobił jeszcze jeden zapisek.
- Przepraszam, jakie nazwisko pan podał?
- Alinder. Janne Alinder.
- Dziękuję.
Nagle coś mu przyszło do głowy. Czemu by nie załatwić tego porządnie,
skoro i tak się tym zajął.
- Proszę się zorientować, czy córce czegoś nie brakuje. Czy Ellen czegoś
ostatnio nie zgubiła.
Miasto przemykało za dużymi szybami - tak samo obnażone teraz,
wieczorem, jak dzisiejszego ranka, jak wczoraj... takie będzie jutro. Miał
wrażenie, że śni, co ani trochę nie przeszkadzało mu w perfekcyjnym
wykonywaniu obowiązków służbowych. Nikt nie mógł mu niczego zarzucić.
Dzień dobry, dzień dobry.
Oczywiście, że jeszcze raz otworzę środkowe drzwi.
Naturalnie poczekam pół minuty, żebyś zdążył dobiec, mimo że zgodnie z rozkładem powinienem odjechać, ale nie jestem zwyrodnialcem, nie uciekam
ludziom sprzed nosa.
Byli tacy motorniczy, ale nie on, absolutnie nie.
Tacy powinni robić co innego. Na pewno nie wozić pasażerów, pomyślał i przełączył wycieraczki na szybszy bieg, bo deszcz się wzmógł.
Dobrze się czuł na tej trasie. Jeździł nią tak długo, że znał na pamięć
każdy zakręt i wzniesienie.
Mógłby prowadzić autobus. Też miał swoje ulubione trasy, nie zamierzał
jednak nikomu o tym opowiadać. Co prawda nikt go nie pytał, ale i tak by
nie powiedział.
Może coś tam napomknął dziewczynce. Nie bardzo pamiętał... A, tak... Dotknął
jej, miał uczucie, że dotyka ptasiego puchu, pod puchem były malutkie
kosteczki, widział, jak drży, i uświadomił sobie, właśnie wtedy sobie
uświadomił, jakby patrzył w przyszłość, co mógłby zrobić z dzie-dzie-dzie-dzie-dziewczynką, gdyby nie cofnął ręki, gdyby jej nie
ukrył pod kurtką i swetrem, i koszulą, gdyby jej nie ukrył przed sobą i przed nią... A potem ukrył twarz, żeby nie widziała... otworzył drzwi,
pomógł jej wysiąść i odjechał. Kiedy wrócił do domu, miał...
- Ruszymy wreszcie?!
Drgnął. W lusterku wstecznym zobaczył jakiegoś mężczyznę, który napierał
na kabinę. To zabronione. Motorniczy musi...
- Już dziesięć razy było czerwone, zielone, fioletowe, białe, może byś
się wreszcie ruszył, dziadu!
Poczuł odór alkoholu mimo szyby, która chroniła go przed tym potworem.
- JEDŹ! - wrzasnął potwór.
Trąbili na niego. Z tyłu i po obu stronach. Spojrzał przed siebie,
światła się zmieniły i...
- JEDŹ, DO CHOLERY!!! - Potwór załomotał w drzwi kabiny.
Ruszył szybciej, niż zamierzał, i nagle coś się stało ze światłami, co
stać się nie powinno, tramwajem szarpnęło, jakby to nie on prowadził,
jakby za pulpitem sterowniczym siedział zapijaczony potwór, wszędzie
cuchnęło wódą, przeraził się, że jeśli zatrzyma go policja i wyczuje
alkohol, pomyśli, że to on, a przecież on nie pije, ale jeśli mu nie
uwierzą, nigdy więcej nie będzie mógł prowadzić. To byłoby straszne.
Kiedy przyspieszył na skrzyżowaniu, jakby chciał uciec od zagrażającego
mu potwora przyklejonego do szklanych drzwi kabiny, światła się zmieniły
i uderzył w tył volvo V70, które zjeżdżało z obwodnicy, a volvo uderzyło
w audi stojące na czerwonym. Inne volvo wbiło się w prawą burtę wagonu,
na volvo wpadło bmw. Tramwaj się zatrzymał. Nie mógł ruszyć żadną
dźwignią, sam nie mógł się ruszyć. W oddali usłyszał dźwięk syren.
- JEDŹ! - wrzasnął potwór.
Rozdział 5
5
JANNE ALINDER SIADAŁ ZA KIEROWNICĄ radiowozu tylko w wyjątkowych
wypadkach, tak jak teraz, i - co dość typowe - rozpętało się piekło.
Kiedy spokojnie, powoli zjeżdżał pięknym bulwarem, jakiś tramwaj ni
stąd, ni zowąd skokami pokonał skrzyżowanie, po czym posłużył za coś w rodzaju twardej poduszki samochodom, które uderzały w niego ze
wszystkich stron.
- Saatans perkella - zaklął siedzący obok Alindera Johan Minnonen,
naturalizowany Fin, który rzadko mówił po fińsku.
Janne Alinder natychmiast zadzwonił po posiłki. Źle to wyglądało.
Samochody wjeżdżały z niewielką prędkością na burty wagonów i osuwały
się. Ktoś krzyknął. W śmiertelnych konwulsjach wył silnik. Po chwili
zawyły syreny. Zamigotały koguty. Znów krzyk. Krzyk kobiety. Przyjechała
karetka. Pewnie była gdzieś w pobliżu, kiedy dzwonił. Przyjechał
radiowóz. Za nim następny, którego nowiutkie światła na dachu omiatały
całą zachodnią Götalandię.
Nikt nie zginął. Skończyło się na jednej złamanej ręce, zwichnięciach i oparzeniach od poduszek powietrznych. Jakiś pijaczyna, który stał przy
kabinie motorniczego, grzmotnął w szybę i rozkwasił sobie czoło. Szyba
ocalała.
Niedługo znowu będzie korzystał z uroków życia, pomyślał Alinder, kiedy
wynoszono rannego do karetki.
Udało mu się na tyle ocucić motorniczego, żeby ten otworzył drzwi.
Alinder wsiadł do tramwaju i się rozejrzał: z przodu zakrwawiony
mężczyzna, dalej głośno zawodząca kobieta, kilkoro dzieci stłoczonych na
fotelu obok mężczyzny, który wciąż je obejmował, żeby ochronić przed
uderzeniem, które już było faktem, z tyłu dwóch młodych ludzi, czarny i biały, biały wydawał się jeszcze bielszy w światłach samochodowych
reflektorów, możliwe, że czarny też pobladł.
Motorniczy siedział nieruchomo i patrzył przed siebie, tam, gdzie mógłby
spokojnie pojechać, gdyby sumiennie wykonywał swoją pracę i stosował się
do sygnalizacji świetlnej. Cuchnęło alkoholem, ale smród pochodził
zapewne od mężczyzny, który leżał na podłodze, blokując drzwi kabiny.
Wyglądał jak rasowy moczymorda. Ale motorniczy też mógł coś chlapnąć. To
się czasami zdarzało.
Motorniczy wolno odwrócił głowę w jego stronę. Był spokojny, nie odniósł
obrażeń. Położył teczkę na kolanach. Alinder nie zauważył w kabinie
niczego szczególnego. A co właściwie powinno tam być? To nie jego
broszka.
Na gałce za motorniczym wisiało coś zielonego. Aha, jakaś zabawka, może
ptaszek? Ledwie odróżniał się od ściany. Miał dziób. Chyba maskotka.
Motorniczy obrócił się na krześle, podniósł lewą rękę, zdjął to coś i włożył do teczki. Tak. Maskotka. Wszyscy potrzebują towarzystwa,
pomyślał Alinder. Albo opiekuna. Pomaga przesądnym. Ale temu chłopakowi
nie pomógł.
Wagon był wypełniony w połowie. Pasażerowie zaczęli wychodzić. Koledzy,
którzy powinni ich zatrzymać i przepytać, jeszcze nie przyjechali.
- Byłbym wdzięczny, gdyby państwo zostali na swoich miejscach, dopóki
nie wyjaśnimy sytuacji - powiedział.
Dwaj młodzi ludzie z kolczykami na całej głowie odwrócili się na pięcie
i wysiedli. Nie mam im tego za złe, pomyślał Alinder. Nie będę ich
zatrzymywać. Nawet gdybym chciał, nie zdążę.
Czarny i biały zniknęli mu z oczu.
Motorniczy był w szoku, ale chyba nie na tyle poważnym, żeby nie mógł
odpowiadać na pytania. W każdym razie był trzeźwy.
Blondyn, około czterdziestki, przezroczyste oczy o tak przenikliwym
spojrzeniu, że Alinder miał ochotę obejrzeć się za siebie, żeby
sprawdzić, na co on patrzy na wskroś niego.
Byle jak skrojony mundur leżał na nim równie źle jak mundur, który nosił
Alinder. W ręku obracał czapkę. Drgało mu lewe oko. W ogóle się nie
odezwał, coś tam tylko mruczał i kiwał głową, kiedy się przeciskali
przez wianuszek ciekawskich zgromadzonych na miejscu wypadku.
Alinder zanotował jego nazwisko i adres.
- Zacznijmy od początku. - Włączył magnetofon i sprawdził długopis,
rysując na kartce malutką czapkę z daszkiem. - Nie zgrał się pan z sygnalizacją?
Motorniczy ledwie zauważalnie skinął głową.
- Dlaczego?
Wzruszył ramionami i obracał czapkę.
- Proszę mówić. Czy to ten pijak panu przeszkadzał?
Pytanie naprowadzające, pomyślał, ale do diabła z tym.
Motorniczy popatrzył na niego z tą dziwną przenikliwością.
- Człowiek, który leżał pod drzwiami kabiny, miał zdrowo w czubie -
powiedział Alinder. - Co on tam robił, kiedy doszło do wypadku?
Motorniczy poruszył ustami, ale nie wydał żadnego dźwięku.
Niemowa? Nie, nie mogą zatrudniać niemych motorniczych w Göteborskiej
Komunikacji Tramwajowej. Motorniczy musi się porozumiewać z pasażerami.
Czy to wynik szoku? Czy szok może pozbawić ludzi głosu? Hm... Co taki
nieuk jak ja może o tym wiedzieć.
- Proszę się odezwać.
Mężczyzna obracał czapkę w dłoni.
- Nie umie pan mówić?
Czapka, czapka, czapka.
Okej, pomyślał Alinder. Kontynuujmy. Podsunął motorniczemu szklankę
wody, ale mężczyzna jej nie tknął.
Przy krześle stała jego służbowa teczka. Alinder zawsze się zastanawiał,
co jest w środku, ilekroć widział motorniczego zmierzającego do
tramwaju. Jak pilot w drodze do samolotu. Alternatywne trasy? Trudniej
na szynach niż w powietrzu. Trudniej krążyć wokół Brunnsparken, czekając
na zjazd do zajezdni, niż kołować nad lotniskiem Landvetter.
Wiedział tylko o jednym drobiazgu, który był w teczce, ale to nie miało
nic wspólnego ze sprawą.
- Czy doszło do awarii sygnalizacji? - spytał.
Milczenie.
- Przejechał pan na czerwonym świetle.
Motorniczy skinął głową.
- To bardzo ruchliwe skrzyżowanie.
Znowu skinął głową, z ociąganiem.
- Mogło się skończyć dużo gorzej.
Motorniczy patrzył gdzieś w bok. Eksmotorniczy, pomyślał Alinder. Nie ma
mowy o prowadzeniu tramwaju, dopóki ludzie z branży dokładnie
wszystkiego nie sprawdzą.
- Możemy panu pomóc.
- J-j-j-j-j-j - wydukał mężczyzna.
- Słucham?
- Ja-ja-ja-ja-jak?
No tak, nieszczęsny jąkała. Albo to szok po wypadku.
- Możemy panu pomóc, jeśli będziemy wiedzieli, co się naprawdę stało.
- Te-te-te-te...
- Tak?
- Te-te-te-te-ten d-d-d-d-dru-dru-drugi.
- Ten drugi? Powiedział pan "ten drugi"?
Motorniczy skinął głową.
- Ten drugi. To znaczy kto?
Motorniczy wskazał głową na podłogę, jakby tam ktoś leżał.
- Ten, który leżał obok kabiny? Czy jego ma pan na myśli?
Motorniczy znowu skinął głową. Alinder spojrzał na magnetofon, taśma się
obracała, obracała, obracała. Znakomicie się nagrały wszystkie ruchy
głową, pomyślał. I wszystkie du-du-du-du-dukania.
- Czy mam rozumieć, że ten mężczyzna przeszkadzał panu w czasie jazdy?
Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek gościli u siebie więcej ludzi. Dorosłych
i dzieci. Stawiła się przede wszystkim dobrze zgrana grupa rodziców
biorących udział w ćwiczeniach relaksacyjnych. Angela utrzymywała
kontakt z wieloma dziewczętami, on zaś - o dziwo! - dobrze się czuł w towarzystwie ich partnerów. Mimo różnicy wieku.
- To dlatego że ciągle jesteś niedojrzały - wyjaśniła Angela, kiedy byli
w trakcie przygotowań do przyjęcia.
- I pomyśleć, że zawsze byłem najmłodszy. - Westchnął, otwierając którąś
z rzędu butelkę wina.
- Czy to naprawdę takie ważne?
- Nie, ale zawsze tak było.
- Było, ale się zmyło.
- Mimo wszystko...
- Zadzwoń do mamy. W rodzinie wciąż jesteś najmłodszy.
- Najmłodszy komisarz w kraju.
- Nadal?
- Zapytaj mamę!
Zadzwonił telefon. Mniej więcej o tej porze dzwoniła jego mama z Andaluzji, myśleli, że to ona. Podniósł słuchawkę. Nie.
- Long time no see, Erik.
- Likewise, Steve.
Komisarz Steve Macdonald był jego współpracownikiem w pewnej przykrej
sprawie kilka lat temu. Winter poleciał do Anglii, do Croydon, gdzie
pracowała grupa dochodzeniowa Macdonalda. Tam się poznali i zaprzyjaźnili.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki