Niedobitek - Stefan Żeromski

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NIEDOBITEK

Ostatni bodaj wyszedłem z sali balowej... Piłem cokolwiek za wiele wina w przeróżnych białych mazurach, dużo tańczyłem i zbyt długo, patrzyłem w oczy panny Jadwigi, - to też pusty i zimny korytarz, na którym w stosie futer usiłowałem odnaleźć moją znaną w świecie literackim algierkę, zwężał mi się w oczach i rozszerzał znowu, chwilami nawet zapadał poprostu w ziemię wraz z futrami, wieszadłami i chłopcem kredensowym, pomagającym mi zachować bez szwanku godność literacką usque ad finem...

- Zaprowadź mnie, uważasz kawalerze, do jakiegokolwiek pokoju, potrzebuję bowiem... - Ale... pokoju? Pokoje wszystkie pozajmowane. Pani powiedziała, że pan będzie spał u Rzepy, w gorzelni. - U Rzepy? - zawołałem z nagłym entuzyazmem - w gorzelni? Co za Rzepa w gorzelni? Kpisz, czy o drogę pytasz!... - Ni! Pani pada... u Rzepy, u pana kasyera u Rzepkowskiego... ja i mówię. - Eh bien... do Rzepy... kasyera, pana Rzepkowskiego... gorzelni... Ubrałem się, włożyłem należycie kalosze i ruszyłem, poprzedzany przez chłopca. Ciemno było jeszcze na dworze i zaczynał szarzeć zaledwie przedświt zimowy. Deszcz ze śniegiem bił mię w twarz, błoto bryzgało z pod bezwładnie opadających w nie kaloszy, aż na kołnierz znanej w świecie literackim algierki; niebo, ku któremu wznosiłem kilkakrotnie oczy z najzupełniej bezwiednem westchnieniem, - wydało się pustą, pozbawioną nawet formy sklepienia głębią, w której otchłani przelewały się, wznosiły, opadały i sunęły zwolna ciężkie kłęby burej pary. Jak wieko trumny wisiało nad ziemią, oparte o kraniec pola, na którym czarne grzbiety zagonów dobywały się z pod śniegu. Brzozy i akacye, otaczające podwórze, odarte z liści i jakby napuchnięte od deszczu, szamotały się w wichrze, bijąc się wzajem wierzchołkami; suche ich konary sterczały nieruchomo w powodzi dużych, czarnych kropel deszczowych. Tuż za dziedzińcem dworskim ciągnął się w stronę gorzelni szereg wybojów i oceaników błota, pełniący nawet w tej postaci obowiązki drogi. Co prawda, podróżowały tamtędy tylko kartofle do gorzelni. Wlokło się właśnie kilka fornalek ze skrzyniami kartoflanemi. Mizerne szkapy brnęły po brzuchy zanurzone w kałużach, - wielkie bryły błota przylegały do kół i bryzgały, padając na buty i sukmany fornali, konwojujących transport z wyrazem idealnego stoicyzmu na obliczach, niegolonych prawdopodobnie od dwu tygodni. - Ondzie gorzelnia, - oświecał mię mój przewodnik, wskazując wielki piętrowy budynek. Przebyłem suchą względnie nogą oceaniki błota i znalazłem się pod gorzelnią. Stało tam kilka furmanek. Jakaś olbrzymia dziewka z głową owiązaną kilkoma chustami, w wielkich butach niebywałego kształtu, jakby pochodzących z epoki mieszkań nawodnych, z wiadrami, pełnemi wody w ręku - o mały włos nie obaliła mię na ziemię... Ukłonił mi się przyjacielsko jakiś żydek... - O, tu, na piętro - wskazał drogę lokajczyk. Weszliśmy po drabinie z desek, nadgniłej, okrytej grubą warstwą błota na pierwsze piętro, minęli jakąś sionkę, schodki, znowu sionkę. Znalazłem się wreszcie przed małemi drzwiczkami. Chłopak zastukał. - Kto i czego? - zapytano z wewnątrz. - Ze dwora... - zapiszczał chłopiec, uśmiechając się tajemniczo. - Właź!... Chłopak otwarł drzwi i kiwnął zachęcająco na mnie. Stanąłem w progu jakiejś ciemnej nory, podobnej do framugi. Izbę tę oświetlało zakurzone okno, przepuszczające nieco światła, przy którem stał, plecami do drzwi odwrócony, niski i zgarbiony człowieczek i przeważał na szalkach aptekarskich jakiś biały proszek. - Czego? pytam! - mruknął gniewnie, nie odwracając się. - Pani powiedziała, że się tu prześpi ten pan... Stary spojrzał na mnie przez ramię i, nie odwróciwszy się, ważył swe medykamenty w dalszym ciągu. Nastała chwila milczenia, tajemnicą brzemienna... - Sto djabłów zjadłeś z przesypianiem się twojem!... Gdzie? jak? - zawołał niespodziewanie. - We dworze miejsca niema... pani mówi... - Przepraszam uprzejmie pana dobrodzieja, - zaintonowałem, - że ośmielam się... Jestem... - Romanse romansami... ale gdzież tu spać, mój mości? gdzie? zastanów się! Nad kwestyą tą zastanawiałem się od chwili wkroczenia do izdebki. Było tam, co prawda, łóżko żelazne, wtłoczone przemocą między ściany, ale zapadło się pośrodku tak fatalnie, że śpiący na niem musiałby przybrać kształt litery greckiej ipsylon. - Na łóżku leżał siennik, okryty tym gatunkiem kołdry, jakiego w Warszawie dla okręcenia nóg używają podczas słot panowie dorożkarze. W tem miejscu siennika, gdzie cywilizacja przyuczyła nas kłaść i widzieć poduszkę, - leżał jakiś, raz na zawsze w starą poszewkę związany węzeł. Pod oknem stał ogromny, połowę izby zajmujący stół, a zapełniony po krawędzie flaszkami, słoiczkami, butlami i buteleczkami. Zapach jodoformu dominował nad resztą zapachów aptecznych, ulegając chyba tylko zapachowi gotujących się w kadziach kartofli, który całą gorzelnię wypełniał. - To od pani gorzelanej pożyczyć siennika i kołderki? - zapytał chłopiec. Stary nie odpowiedział, - sapał tylko, zatopiony w swych słoikach. Położenie moje było nad wyraz kłopotliwe, lecz i kłopotliwość położenia zwyciężyła senność. Zdałem się na los. Chłopak w przeciągu kilku minut przyniósł od "pani gorzelanej" siennik, wonne prześcieradełko, kołderkę atłasową, dwie wielkie poduszki i usłał mi przewyborne łoże pod piecem, pękniętym od drzwiczek do wierzchniego gzymsu i zakopconego jak stara latarnia. Za chwilę leżałem już, otulając się kołderką pani gorzelanej i byłbym usnął w tej chwili, gdyby nie stukanie we drzwi... - Kto i czego? - mruknął ponuro aptekarz. - To ja, wielmożny dochtorze... - Sam pójdę, bestyo, sam będę, powiadam... nie leź!... Doktór... myślałem. Przyglądałem mu się sennemi oczyma. Mały był, zgarbiony, z głową między ramiona schowaną. Długie, siwe włosy spadały mu na ramiona; odczesywał je na bok z czoła młodzieńczego niemal i dziwnie pięknego. Żółtawe, długie wąsy spadały mu po bokach ust o boleśnie zagiętych ku dołowi kątach. Trudno było określić, w jakim był wieku: twarz miał człowieka w sile wieku, a białe jak mleko włosy; w czerwonych wygasłych oczach wyraz wiecznej posępności i przedwczesną zgrzybiałość w ruchach. Ubrany był w "kacabaję" brunatną z grubego chłopskiego sukna, sięgającą kolan, w szerokie, z jakiegoś niezdartego materyału spodnie, okrywające jak spódnica buty na wysokich obcasach, których tajemnicę wyrabiania posiadają niektórzy już tylko majstrowie kunsztu szewckiego. Z bocznej kieszeni kacabai zwieszał się łańcuszek srebrny od zegarka. Odwrócił się nagle i popatrzył na mnie przeszywającym, szyderczym wzrokiem. - Nóżki pewnie spuchły po walczykach i mazurkach... aa? - Nie, panie dobrodzieju... - Ha, ha!... Wesoło na świecie: tańczy się, winko spija... A dlaczegóżby nie?... Kiwną paluszkiem, już się jest... Skąd?... z Warszawki pewno? - Ehe. - Posażek pewno frapuje... - szepnął ciszej. - Co pan dobrodziej mówi? - Żegnam! - krzyknął, kłaniając mi się uroczyście. - Żegnam. Trzasnął drzwiami tak, że dźwiękły wszystkie czerwonawo-zielone szyby w oknie.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.