Ostatni bodaj wyszedłem z
sali balowej... Piłem cokolwiek za wiele wina w przeróżnych
białych
mazurach, dużo tańczyłem i
zbyt długo, patrzyłem w oczy panny Jadwigi, - to też pusty i zimny
korytarz, na którym w stosie futer usiłowałem odnaleźć moją znaną w
świecie literackim algierkę, zwężał mi się w oczach i rozszerzał
znowu, chwilami nawet zapadał poprostu w ziemię wraz z futrami,
wieszadłami i chłopcem kredensowym, pomagającym mi zachować bez
szwanku godność literacką
usque ad finem...
- Zaprowadź mnie, uważasz kawalerze, do jakiegokolwiek pokoju,
potrzebuję bowiem...
- Ale... pokoju? Pokoje wszystkie pozajmowane. Pani
powiedziała, że pan będzie spał u Rzepy, w gorzelni.
- U Rzepy? - zawołałem z nagłym entuzyazmem - w gorzelni? Co
za Rzepa w gorzelni? Kpisz, czy o drogę pytasz!...
-
Ni! Pani
pada... u Rzepy, u pana kasyera u Rzepkowskiego... ja
i mówię.
-
Eh bien... do Rzepy... kasyera, pana Rzepkowskiego...
gorzelni...
Ubrałem się, włożyłem należycie kalosze i ruszyłem,
poprzedzany przez chłopca.
Ciemno było jeszcze na dworze i zaczynał szarzeć zaledwie
przedświt zimowy. Deszcz ze śniegiem bił mię w twarz, błoto
bryzgało z pod bezwładnie opadających w nie kaloszy, aż na kołnierz
znanej w świecie literackim algierki; niebo, ku któremu wznosiłem
kilkakrotnie oczy z najzupełniej bezwiednem westchnieniem, - wydało
się pustą, pozbawioną nawet formy sklepienia głębią, w której
otchłani przelewały się, wznosiły, opadały i sunęły zwolna ciężkie
kłęby burej pary. Jak wieko trumny wisiało nad ziemią, oparte o
kraniec pola, na którym czarne grzbiety zagonów dobywały się z pod
śniegu. Brzozy i akacye, otaczające podwórze, odarte z liści i
jakby napuchnięte od deszczu, szamotały się w wichrze, bijąc się
wzajem wierzchołkami; suche ich konary sterczały nieruchomo w
powodzi dużych, czarnych kropel deszczowych. Tuż za dziedzińcem
dworskim ciągnął się w stronę gorzelni szereg wybojów i oceaników
błota, pełniący nawet w tej postaci obowiązki drogi. Co prawda,
podróżowały tamtędy tylko kartofle do gorzelni. Wlokło się właśnie
kilka fornalek ze skrzyniami kartoflanemi. Mizerne szkapy brnęły po
brzuchy zanurzone w kałużach, - wielkie bryły błota przylegały do
kół i bryzgały, padając na buty i sukmany fornali, konwojujących
transport z wyrazem idealnego stoicyzmu na obliczach, niegolonych
prawdopodobnie od dwu tygodni.
-
Ondzie gorzelnia, - oświecał mię mój przewodnik, wskazując
wielki piętrowy budynek.
Przebyłem suchą względnie nogą oceaniki błota i znalazłem
się pod gorzelnią. Stało tam kilka furmanek. Jakaś olbrzymia
dziewka z głową owiązaną kilkoma chustami, w wielkich butach
niebywałego kształtu, jakby pochodzących z epoki mieszkań
nawodnych, z wiadrami, pełnemi wody w ręku - o mały włos nie
obaliła mię na ziemię... Ukłonił mi się przyjacielsko jakiś
żydek...
- O, tu, na piętro - wskazał drogę lokajczyk.
Weszliśmy po drabinie z desek, nadgniłej, okrytej grubą
warstwą błota na pierwsze piętro, minęli jakąś sionkę, schodki,
znowu sionkę. Znalazłem się wreszcie przed małemi drzwiczkami.
Chłopak zastukał.
- Kto i czego? - zapytano z wewnątrz.
- Ze dwora... - zapiszczał chłopiec, uśmiechając się
tajemniczo.
- Właź!...
Chłopak otwarł drzwi i kiwnął zachęcająco na mnie. Stanąłem
w progu jakiejś ciemnej nory, podobnej do framugi. Izbę tę
oświetlało zakurzone okno, przepuszczające nieco światła, przy
którem stał, plecami do drzwi odwrócony, niski i zgarbiony
człowieczek i przeważał na szalkach aptekarskich jakiś biały
proszek.
- Czego? pytam! - mruknął gniewnie, nie odwracając się.
- Pani powiedziała, że się tu prześpi ten pan...
Stary spojrzał na mnie przez ramię i, nie odwróciwszy się,
ważył swe medykamenty w dalszym ciągu. Nastała chwila milczenia,
tajemnicą brzemienna...
- Sto djabłów zjadłeś z przesypianiem się twojem!... Gdzie?
jak? - zawołał niespodziewanie.
- We dworze miejsca niema... pani mówi...
- Przepraszam uprzejmie pana dobrodzieja, - zaintonowałem, -
że ośmielam się... Jestem...
- Romanse romansami... ale gdzież tu spać, mój mości? gdzie?
zastanów się!
Nad kwestyą tą zastanawiałem się od chwili wkroczenia do
izdebki. Było tam, co prawda, łóżko żelazne, wtłoczone przemocą
między ściany, ale zapadło się pośrodku tak fatalnie, że śpiący na
niem musiałby przybrać kształt litery greckiej
ipsylon. - Na łóżku leżał siennik, okryty tym gatunkiem
kołdry, jakiego w Warszawie dla okręcenia nóg używają podczas słot
panowie dorożkarze. W tem miejscu siennika, gdzie cywilizacja
przyuczyła nas kłaść i widzieć poduszkę, - leżał jakiś, raz na
zawsze w starą poszewkę związany węzeł.
Pod oknem stał ogromny, połowę izby zajmujący stół, a
zapełniony po krawędzie flaszkami, słoiczkami, butlami i
buteleczkami. Zapach jodoformu dominował nad resztą zapachów
aptecznych, ulegając chyba tylko zapachowi gotujących się w
kadziach kartofli, który całą gorzelnię wypełniał.
- To od pani gorzelanej pożyczyć siennika i kołderki? -
zapytał chłopiec.
Stary nie odpowiedział, - sapał tylko, zatopiony w swych
słoikach.
Położenie moje było nad wyraz kłopotliwe, lecz i
kłopotliwość położenia zwyciężyła senność. Zdałem się na los.
Chłopak w przeciągu kilku minut przyniósł od "pani
gorzelanej" siennik, wonne prześcieradełko, kołderkę atłasową, dwie
wielkie poduszki i usłał mi przewyborne łoże pod piecem, pękniętym
od drzwiczek do wierzchniego gzymsu i zakopconego jak stara
latarnia. Za chwilę leżałem już, otulając się kołderką pani
gorzelanej i byłbym usnął w tej chwili, gdyby nie stukanie we
drzwi...
- Kto i czego? - mruknął ponuro aptekarz.
- To ja, wielmożny
dochtorze...
- Sam pójdę, bestyo, sam będę, powiadam... nie leź!...
Doktór... myślałem. Przyglądałem mu się sennemi oczyma. Mały
był, zgarbiony, z głową między ramiona schowaną. Długie, siwe włosy
spadały mu na ramiona; odczesywał je na bok z czoła młodzieńczego
niemal i dziwnie pięknego. Żółtawe, długie wąsy spadały mu po
bokach ust o boleśnie zagiętych ku dołowi kątach. Trudno było
określić, w jakim był wieku: twarz miał człowieka w sile wieku, a
białe jak mleko włosy; w czerwonych wygasłych oczach wyraz wiecznej
posępności i przedwczesną zgrzybiałość w ruchach.
Ubrany był w "kacabaję" brunatną z grubego chłopskiego
sukna, sięgającą kolan, w szerokie, z jakiegoś niezdartego
materyału spodnie, okrywające jak spódnica buty na wysokich
obcasach, których tajemnicę wyrabiania posiadają niektórzy już
tylko majstrowie kunsztu szewckiego. Z bocznej kieszeni kacabai
zwieszał się łańcuszek srebrny od zegarka.
Odwrócił się nagle i popatrzył na mnie przeszywającym,
szyderczym wzrokiem.
- Nóżki pewnie spuchły po walczykach i mazurkach... aa?
- Nie, panie dobrodzieju...
- Ha, ha!... Wesoło na świecie: tańczy się, winko spija... A
dlaczegóżby nie?... Kiwną paluszkiem, już się jest... Skąd?... z
Warszawki pewno?
- Ehe.
- Posażek pewno frapuje... - szepnął ciszej.
- Co pan dobrodziej mówi?
- Żegnam! - krzyknął, kłaniając mi się uroczyście.
- Żegnam.
Trzasnął drzwiami tak, że dźwiękły wszystkie
czerwonawo-zielone szyby w oknie.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.