Morderca okolicznych kotów
Chwycił kawałek rozbitego talerza i przejechał nim po przegubie. Zbyt słabo, by przeciąć skórę. Zacisnął zęby i raz jeszcze wbił szkło w nadgarstek. Tym razem skutecznie. Pobladł i osunął się na podłogę. Spojrzał na brunatną stróżkę - wyglądała jak błoto.
Miał pod czaszką reaktor czarnych myśli. Niewidzialna łapa zaciskała mu się na szyi, a żołądek podchodził do gardła. Rzucił się do zlewu, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. "Nie możesz się porzygać - pomyślał. - Nie masz już ani jednej".
Otworzył okno. Do środka wlał się wieczór. Według prognoz był to najgorętszy dzień roku. Usiadł na parapecie i przytulił się do framugi; patrzył na miasto - wydawało mu się, że to tylko tekturowa makieta z budynkami namalowanymi przez dziecko chore na autyzm. Wydał z siebie jęk, ale nie był to ani skowyt, ani śmiech. W oddali słyszał syreny, a ich dźwięk był ostry i metaliczny.
Zamknął oczy; pod powiekami przewijał mu się obraz ciężki jak ołów i bolesny jak wspomnienie pierwszej miłości. Widział swojego brata kołyszącego się bezwładnie na kablu od żelazka. Widok ten był jak dłuto, które odłupywało mu z mózgu ostatnie skorupy nadziei.
- Maks - szepnął. - Maks...
Nie odpowiedziało nawet echo. Słowa kleiły się do ścian. Zerknął jeszcze raz na rękę. Krew spływała wolno, jakby serce nie miało siły jej pompować. Zeskoczył z parapetu i odkręcił kran. Włożył dłoń pod lodowaty strumień. Syknął z bólu.
- Poczekaj, poczekaj - rzucił do siebie. - To zaraz minie, zaraz minie, zaraz zaczną działać i to wszystko zaraz minie. Musisz się tylko uspokoić. Uspokój się, a będzie w porządku. - Powtarzał te słowa, mając nadzieję, że w końcu sam w nie uwierzy.
Rozejrzał się po kuchni; po podłodze walały się potłuczone szklanki i talerze. Myślał, kto posprząta po nim ten bajzel i kto za to zapłaci, ale nikt nie przychodził mu do głowy. Pomyślał o tych wszystkich kotach, które leżały w plastikowych workach w przedpokoju. Powolnym krokiem przeciął pomieszczenie i podszedł do lustra.