Niedoświadczone widmo - Herbert George Wells

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NIEDOŚWIADCZONE WIDMO

Żywo stoją mi jeszcze przed oczyma okoliczności, w których Clayton opowiedział nam swą ostatnią historję. Siedział wtedy przy kominku, w starym dębowym fotelu, a tuż obok Sanderson palił fajkę, noszącą toż samo, co i on, imię. Był też z nami Evans i najwspanialszy z aktorów, człowiek czarującej skromności - Wish. Owej soboty przyszliśmy wszyscy przed południem do klubu "Mermaid". Tylko Clayton nocował w klubie - i to dało początek jego historji. Graliśmy w golfa, póki się nie ściemniło, i po obiedzie odpoczywaliśmy w tym spokojnym, pogodnym nastroju, kiedy to chętnie słucha się zwierzeń i opowieści. Kiedy Clayton zaczął mówić, uważaliśmy, oczywiście, że zmyśla. Może i zmyślał - czytelnik będzie mógł wkrótce osądzić narówni ze mną. Zaczął opowiadanie, co prawda, w formie rzeczowej anegdoty, aleśmy to uznali za umiejętny chwyt dobrego opowiadacza. - Słuchajcie - rzekł, patrząc przeciągle na deszcz iskier, sypiących się z polan drzewnych, gdy Sanderson poprawił ogień na kominku. - Wiecie, żem spędził tutaj noc sam jeden. Prócz mnie, nie było żywej duszy. - Z wyjątkiem służby - zaznaczył Wish. - Która śpi w innem skrzydle domu - dodał Clayton. - Tak. Otóż... Pykał powoli cygaro, jakby zastanawiając się, czy ma mówić dalej. Potem powiedział spokojnie: - Złapałem upiora! - Złapał pan upiora?! - rzekł Sanderson. - Gdzież on jest? A Evans, admirujący ogromnie Claytona, zawołał: - Złapał pan upiora? Ach, jak to dobrze! Niech nam pan opowie, jak się to stało? Clayton zgodził się, poprosił tylko, żeby zamknąć drzwi. Spojrzał na mnie, jakby z usprawiedliwieniem: - Nikt nie podsłuchuje pode drzwiami, to pewne, ale poco straszyć służbę historiami o duchach. Za dużo jest tutaj ciemnych kątów i starych, dębowych boazeryj. A to moje widmo nie było właściwie prawdziwym upiorem. Nie przypuszczam, żeby tu się pojawiło jeszcze kiedykolwiek. - To znaczy, że pan go nie zatrzymał? - zapytał Sanderson. - Nie miałem serca - rzekł Clayton. Sanderson wyraził zdziwienie, myśmy się roześmieli, a Clayton miał twarz zasmuconą. - Wiem - powiedział, usiłując się uśmiechnąć, - Ale to był naprawdę duch; jestem tego tak pewny, jak tego, że was widzę w tej chwili. Nie żartuję. Wiem, co mówię. Sanderson zaciągnął się z fajki i utkwiwszy w Claytonie skośne spojrzenie swych czerwonych oczek, zionął cienką smugą dymu, wymowniejszą, niż słowa. Clayton zignorował ten komentarz. - Jest to najdziwniejsze wydarzenie, jakie przytrafiło mi się w życiu. Wiecie dobrze, że nie wierzę w duchy ani w nic podobnego. Aż tu, nagle, znajduję takiego gościa w kącie i sam muszę się uporać z taką sprawą. Zamyślił się jeszcze głębiej, poczem obciął cygaro zabawnym instrumencikiem własnego wynalazku. - Mówił pan z nim? - zapytał Wish. - Przez jaką godzinę. - Rozmowny! - zauważyłem, stając w obozie sceptyków. - Biedak był strasznie niespokojny - rzekł Clayton, z lekkim wyrzutem, patrząc na koniec swego cygara. - Płakał? - zapytał ktoś. Clayton westchnął głęboko: - Mój Boże! Tak! I po chwili: - Tak! Biedny chłopak! - Grzmotnąłeś go pan? - zapytał Evans z lekkim amerykańskim akcentem. - Nie miałem pojęcia - rzekł Clayton, udając, że go nie słyszy - jak nieszczęśliwem stworzeniem może być takie widmo. I znów pozostawił naszą uwagę w napięciu, szukając po kieszeniach zapałek. - Miałem nad nim przewagę - dodał wreszcie. Nie okazywaliśmy zniecierpliwienia. - Charakter człowieka - mówił - pozostaje bez zmiany, kiedy człowiek zbędzie się ciała. O tem nazbyt często zapominamy. Ludzie o silnej woli i zdecydowanem chceniu stają się duchami silnemi i zdecydowanemi - większość "straszących" upiorów musi pochodzić od manjaków, monoideistów, ludzi upartych, jak kozły, żeby tak wracać ciągle i ciągle zpowrotem. Ten biedak do takich nie należał. Clayton rozejrzał się dziwnie i obszedł pokój dookoła. - Mówię z całą życzliwością - zaznaczył. - Jest to zresztą najzupełniejsza prawda. Na pierwszy rzut oka upiór mój wydał mi się słabiutki.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI