Żywo stoją mi jeszcze przed oczyma
okoliczności, w których Clayton opowiedział nam swą ostatnią
historję. Siedział wtedy przy kominku, w starym dębowym fotelu, a
tuż obok Sanderson palił fajkę, noszącą toż samo, co i on, imię.
Był też z nami Evans i najwspanialszy z aktorów, człowiek
czarującej skromności - Wish.
Owej soboty przyszliśmy wszyscy przed południem do klubu
"Mermaid". Tylko Clayton nocował w klubie - i to dało początek jego
historji. Graliśmy w golfa, póki się nie ściemniło, i po obiedzie
odpoczywaliśmy w tym spokojnym, pogodnym nastroju, kiedy to chętnie
słucha się zwierzeń i opowieści. Kiedy Clayton zaczął mówić,
uważaliśmy, oczywiście, że zmyśla. Może i zmyślał - czytelnik
będzie mógł wkrótce osądzić narówni ze mną. Zaczął opowiadanie, co
prawda, w formie rzeczowej anegdoty, aleśmy to uznali za umiejętny
chwyt dobrego opowiadacza. - Słuchajcie - rzekł, patrząc przeciągle na deszcz iskier,
sypiących się z polan drzewnych, gdy Sanderson poprawił ogień na
kominku. - Wiecie, żem spędził tutaj noc sam jeden. Prócz mnie, nie
było żywej duszy. - Z wyjątkiem służby - zaznaczył Wish. - Która śpi w innem skrzydle domu - dodał Clayton. - Tak. Otóż... Pykał powoli cygaro, jakby zastanawiając się, czy ma mówić dalej.
Potem powiedział spokojnie: - Złapałem upiora! - Złapał pan upiora?! - rzekł Sanderson. - Gdzież on jest? A Evans, admirujący ogromnie Claytona, zawołał: - Złapał pan upiora? Ach, jak to dobrze! Niech nam pan opowie, jak
się to stało? Clayton zgodził się, poprosił tylko, żeby zamknąć drzwi. Spojrzał
na mnie, jakby z usprawiedliwieniem: - Nikt nie podsłuchuje pode drzwiami, to pewne, ale poco straszyć
służbę historiami o duchach. Za dużo jest tutaj ciemnych kątów i
starych, dębowych boazeryj. A to moje widmo nie było właściwie
prawdziwym upiorem. Nie przypuszczam, żeby tu się pojawiło jeszcze
kiedykolwiek. - To znaczy, że pan go nie zatrzymał? - zapytał Sanderson. - Nie miałem serca - rzekł Clayton. Sanderson wyraził zdziwienie, myśmy się roześmieli, a Clayton miał
twarz zasmuconą. - Wiem - powiedział, usiłując się uśmiechnąć, - Ale to był
naprawdę duch; jestem tego tak pewny, jak tego, że was
widzę w tej chwili. Nie żartuję. Wiem, co mówię. Sanderson zaciągnął się z fajki i utkwiwszy w Claytonie skośne
spojrzenie swych czerwonych oczek, zionął cienką smugą dymu,
wymowniejszą, niż słowa. Clayton zignorował ten komentarz. - Jest to najdziwniejsze wydarzenie, jakie przytrafiło mi się w
życiu. Wiecie dobrze, że nie wierzę w duchy ani w nic podobnego. Aż
tu, nagle, znajduję takiego gościa w kącie i sam muszę się uporać z
taką sprawą. Zamyślił się jeszcze głębiej, poczem obciął cygaro
zabawnym instrumencikiem własnego wynalazku. - Mówił pan z nim? - zapytał Wish. - Przez jaką godzinę. - Rozmowny! - zauważyłem, stając w obozie sceptyków. - Biedak był strasznie niespokojny - rzekł Clayton, z lekkim
wyrzutem, patrząc na koniec swego cygara. - Płakał? - zapytał ktoś. Clayton westchnął głęboko: - Mój Boże! Tak! I po chwili: - Tak! Biedny chłopak! - Grzmotnąłeś go pan? - zapytał Evans z lekkim amerykańskim
akcentem. - Nie miałem pojęcia - rzekł Clayton, udając, że go nie słyszy -
jak nieszczęśliwem stworzeniem może być takie widmo. I znów pozostawił naszą uwagę w napięciu, szukając po kieszeniach
zapałek. - Miałem nad nim przewagę - dodał wreszcie. Nie okazywaliśmy zniecierpliwienia. - Charakter człowieka - mówił - pozostaje bez zmiany, kiedy
człowiek zbędzie się ciała. O tem nazbyt często zapominamy. Ludzie
o silnej woli i zdecydowanem chceniu stają się duchami silnemi i
zdecydowanemi - większość "straszących" upiorów musi pochodzić od
manjaków, monoideistów, ludzi upartych, jak kozły, żeby tak wracać
ciągle i ciągle zpowrotem. Ten biedak do takich nie należał. Clayton rozejrzał się dziwnie i obszedł pokój dookoła. - Mówię z całą życzliwością - zaznaczył. - Jest to zresztą
najzupełniejsza prawda. Na pierwszy rzut oka upiór mój wydał mi się
słabiutki.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI