Niejednoznacznie pozytywny - Filip Chajzer

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Ta książka miała już kilka po­cząt­ków, pierw­szych zdań, które miały zde­cy­do­wać, że bę­dziesz ją da­lej czy­tać i z za­do­wo­le­niem stwier­dzisz, że nie wy­rzu­ci­łeś tych kil­ku­dzie­się­ciu zło­tych do ko­sza za ja­kiś szajs, gra­fo­mań­skie gówno ko­lej­nego ce­le­bryty, który są­dzi, że jego hi­sto­ria ma ja­kiś więk­szy sens.

Także moja może go nie mieć.

Bę­dziesz mieć wtedy dwa wyj­ścia: po­trak­tu­jesz ją jako opał do ko­minka albo zwyżkę do cze­goś, co po­trze­buje być kilka cen­ty­me­trów wy­żej. Albo trze­cią drogę - mimo straty kasy po­czu­jesz pre­stiż, kiedy do­wiesz się, że wła­śnie sta­łeś się człon­kiem eli­tar­nego klubu ofiar zja­wi­ska zwa­nego przez Ja­poń­czy­ków tsun­doku. W ten spo­sób ci dzielni twórcy świet­nych te­le­wi­zo­rów, po­dobno świet­nych sil­ni­ków hy­bry­do­wych i zde­cy­do­wa­nie nie­świet­nego sys­temu kor­po­ra­cyj­nego za­mor­dy­zmu okre­ślają mo­del za­ku­po­wego od­ru­chu, gdy im­pul­syw­nie wy­da­jesz kasę na książkę, sta­wiasz ją na półce i... ni­gdy jej nie czy­tasz.

Ja też je­stem w tym klu­bie. Ba, my­ślę, że mógł­bym za­sia­dać w jego za­rzą­dzie. Niby kasa po­szła psu w dupę, ale pa­mię­taj, że mno­gość ksią­żek na półce upgra­duje twój au­to­ry­tet i sta­tus spo­łeczny, gdy od­wie­dzają cię go­ście. Szcze­gól­nie ci, któ­rzy nie znają cię jesz­cze zbyt do­brze i nie wie­dzą, że je­steś le­ni­wym hi­po­krytą, który prze­orał już Net­flixa do tego stop­nia, że dłu­żej zaj­muje mu szu­ka­nie filmu niż oglą­da­nie cze­goś, czego jesz­cze nie wi­dział. Po­sta­ram się, żeby grzbiet mo­jej książki był cool i ład­nie wy­glą­dał obok Olgi To­kar­czuk, któ­rej oczy­wi­ście też nie prze­czy­ta­łeś, bo tego prze­czy­tać się nie da. Ktoś kie­dyś mó­wił mi, że znał ko­goś, komu się to udało, ale na­dal w to nie wie­rzę.

Tak, je­stem igno­ran­tem i da­lej pi­szę o so­bie, zwa­la­jąc pro­kra­sty­na­cyjne kom­pleksy na bli­żej nie­okre­ślony tłum czy­tel­ni­ków tej książki, którą prze­czy­tasz. Bo se­rio, za­leży mi na tym, że­byś to zro­bił. Prze­pra­szam - zro­biła, po­nie­waż osiem­dzie­siąt pro­cent z pra­wie dwóch mi­lio­nów od­bior­ców mo­ich so­cial me­diów to ko­biety. Oczy­wi­ście je­śli nie je­steś ko­bietą, a i tak masz to przed oczami, jest mi bar­dzo miło - wi­tam mniej­szość! Każdą mniej­szość, bo prze­cież mo­żesz nie czuć się ani jed­nym, ani dru­gim/ani jedną, ani drugą. Brak przy­wi­ta­nia praw­do­po­dob­nie mógłby ko­goś ura­zić, a ja za­raz mu­siał­bym coś przy­chaj­ze­ro­wać, no i znowu przy­pał.

Je­stem kró­lem przy­pału, ale to już pew­nie wie­cie z me­diów. Taka na­tura. Bar­dzo czę­sto zda­rza mi się pal­nąć coś bez za­sta­no­wie­nia i dym go­towy. Sta­ram się nad tym pa­no­wać. Jest jed­nak kilka rze­czy, któ­rych o mnie nie wie­cie. I mam taką ego­cen­tryczną iskierkę na­dziei, że ta lek­tura może do­dać wam skrzy­deł, kiedy zda­rza się, że wa­sza psy­che za­pier­dala w dół jak ko­lejka w Ener­gy­lan­dii albo air­bus, który wła­śnie lą­duje we Frank­fur­cie.

Na szczę­ście dla pa­sa­że­rów nie sie­dzę za ste­rami. Pi­szę ten tekst na ko­la­nie, tro­chę ski­trany przed ste­war­desą, bo niby nie można przy po­dej­ściu, ale pi­lot strasz­nie się guz­dra z lą­do­wa­niem, jakby chciał, a nie mógł. Do­bra, może fak­tycz­nie nie może, bo lap­top co ja­kiś czas osiąga stan nie­waż­ko­ści i le­wi­tuje przed mo­imi oczami. Czy się boję? Wcale. Ja się mało czego boję. Śmierci w ogóle, wręcz prze­ciw­nie. To po­dobno nie­bez­pieczne, ale w moim przy­padku - uwa­żam - uza­sad­nione.

Bo se­rio, musi być eks­tre­mal­nie, że­bym się cze­goś bał. Kie­dyś, kiedy w ży­ciu było mi cią­gle mało emo­cji i ad­re­na­liny, uczy­łem się la­tać sa­mo­lo­tem. Wra­ca­li­śmy z moim in­struk­to­rem i przy­ja­cie­lem Krzysz­to­fem ces­sną z Ma­zur do War­szawy (mu­si­cie wie­dzieć, że pi­lo­to­wa­nie sa­mo­lotu w piękny letni dzień - kiedy pod i przed wami Pan Bóg two­rzy chmury o kształ­tach tak ba­jecz­nie sur­re­ali­stycz­nych, że nie wia­domo, co mu­sie­li­by­ście do­stać od wa­szego de­alera, żeby to wy­my­ślić - jest czymś nie­opi­sa­nie, wręcz fen­ta­ny­lowo fan­ta­stycz­nym; ge­ne­ral­nie, wy­łą­cza­jąc ko­mary, Ma­zury są cudne).

Naj­trud­niej­sze w pi­lo­to­wa­niu jest lą­do­wa­nie. W trak­cie po­dej­ścia do lą­do­wa­nia naj­wię­cej rze­czy może pójść nie tak. Mała pręd­kość, co­raz mniej­sza wy­so­kość, wo­kół prze­szkody, wiatr i mi­lion in­nych splo­tów losu, które za­koń­czyć się mogą żół­tym pa­skiem na ekra­nie w TVN24. Albo na­wet w CNN, je­śli sa­mo­lot jest tro­chę więk­szy. Wła­śnie dla­tego, kiedy przy­go­to­wu­jesz się do zdo­by­cia li­cen­cji pi­lota, lą­do­wa­nie ćwi­czysz do oporu.

Wtedy przez cały piękny ma­jowy dzień ćwi­czy­li­śmy na tra­wia­stym lot­ni­sku ma­newr zwany to­uch and go, czyli lą­do­wa­nie za­koń­czone mu­śnię­ciem ko­łami płyty lot­ni­ska. Sa­mo­lot za­suwa po niej przez chwilę, a ty po chwili wci­skasz gaz do de­chy, za­czy­na­jąc tym sa­mym ma­newr startu, żeby wy­ko­nać pę­tlę nad lot­ni­skiem i po­now­nie po­dejść do lą­do­wa­nia. Cho­dzi o to, żeby za­osz­czę­dzić czas na cały ten lot­ni­skowy szajs z ko­ło­wa­niem. Im wię­cej lą­do­wań wy­ko­nasz, tym więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że w sy­tu­acji kry­tycz­nej nie dasz dupy. Zwłasz­cza że pod wpły­wem gi­gan­tycz­nego stresu twój mózg kur­czy się jak pla­sti­kowa bu­telka po coli wrzu­cona do ogni­ska. Od­ru­chy mu­sisz mieć we krwi.

Lot­ni­sko, na któ­rym ćwi­czy­li­śmy, było wy­jąt­kowo trudne, bo po­czą­tek pasa za­czy­nał się za­raz za ścianą lasu. Każdy metr wy­so­ko­ści w sto­sunku do pręd­ko­ści miał zna­cze­nie. Zbyt wolno i zbyt ni­sko - skoń­czysz w drze­wach i pew­nie na OIOM-ie w Szczyt­nie. Za szybko i za wy­soko - nie zmie­ścisz się na pa­sie. Mu­siało być ide­al­nie, a tym­cza­sem tro­chę wiało. Tro­chę bar­dzo. Mimo wszystko było świet­nie. Wszystko nowe, inne, wy­ma­ga­jące sku­pie­nia.

I dla­tego wła­śnie to ro­bi­łem. Nie lu­bię, gdy rze­czy dzieją się zbyt wolno, nie lu­bię cze­kać, ale nie lu­bię też stanu, kiedy nie po­tra­fię się sku­pić, bo coś bar­dzo szybko za­czyna mnie nu­dzić. Je­stem ADHD-owcem i każda rzecz, która może za­pa­no­wać nad moim ADHD, jest dla mnie na wagę złota. Ow­szem, bar­dzo chęt­nie usiadł­bym na du­pie i prze­czy­tał książkę, tak od A do Z. Ale wtedy ADHD przej­muje kon­trolę nad moim cia­łem, które przez cały czas musi się ru­szać. Na­wet je­śli jest to po­zba­wione sensu. Mówi się, że tacy nadak­tywni lu­dzie są po­nad­prze­cięt­nie in­te­li­gentni i ge­ne­ral­nie przy­pa­dłość tę trak­tuje się jak sy­no­nim ży­wio­ło­wo­ści i ra­do­ści. Gówno prawda. Se­rio, to nie po­maga w ży­ciu.

Lot­nic­two oka­zało się ide­alne, szyte jak na miarę. Mu­sia­łem się sku­pić i nie było nudno. W sa­mo­lo­cie mia­łem po­czu­cie kon­troli i ad­re­na­linę wy­ni­ka­jącą z mie­rze­nia się z si­łami na­tury.

A te­raz płynne przej­ście do pu­enty: z Ma­zur do War­szawy wy­star­to­wa­li­śmy spóź­nieni. Dla Krzysz­tofa, na co dzień pi­lota LOT-u la­ta­ją­cego na em­bra­erach, go­dzina, w któ­rej zwarty i go­towy po­wi­nien sta­wić się na Okę­ciu, zbli­żała się nie­ubła­ga­nie. Wy­myślne kształ­tem chmury, które tak cie­szyły, kiedy le­cie­li­śmy z War­szawy, za­częły tra­cić kształt i au­to­no­mię. Zlały się w jedną wielką szarą masę, któ­rej sza­rość z każdą mi­nutą po­dą­żała w kie­runku ko­loru gra­na­to­wego. Wiało co­raz bar­dziej. Nie by­łem prze­ko­nany, czy w ta­kich wa­run­kach po­wi­nie­nem pi­lo­to­wać. Ra­porty po­go­dowe tym bar­dziej nie prze­ma­wiały za kan­dy­da­turą mo­jej osoby na ka­pi­tana tego lotu. Krzysz­tof jed­nak stwier­dził, że wła­śnie tak ma być, bo mu­szę umieć la­tać w każ­dych wa­run­kach, a on sie­dzi obok.

Mó­wi­łem wam już, że ja się ra­czej nie boję. A na po­kła­dzie na­dal pach­niało fajną przy­godą. Dwa sku­pi­ska chmur bu­rzo­wych zbli­żały się do sie­bie, zo­sta­wia­jąc za­le­d­wie mały prze­smyk, któ­rym mie­li­śmy wśli­zgnąć się nad Że­ra­niem i bez­piecz­nie wy­lą­do­wać w Ba­bi­cach. Wszystko po­li­czone co do me­tra i mi­nuty. Ale plan się ze­srał, kiedy do­sta­li­śmy in­for­ma­cję o za­mknię­ciu prze­strzeni po­wietrz­nej w oko­licy lot­ni­ska Szy­many. To ozna­czało duży łuk do zro­bie­nia w po­wie­trzu, opóź­nie­nie i do­mknię­cie się bu­rzy, bu­du­ją­cej się przed nami ni­czym bar­dzo zła plan­sza w grze Mi­ne­craft. Z każdą mi­nutą na­sza ces­sna do­sta­wała co­raz sil­niej­sze strzały wia­tru. Co kilka se­kund, jak z li­ścia w ryj. Z le­wej, z pra­wej, z góry, z dołu. Za chwilę deszcz lał już z taką siłą, że tra­ci­łem orien­ta­cję - nie tylko w te­re­nie, ale orien­ta­cję ge­ne­ral­nie.

Dy­gre­sja: po to wła­śnie po­wstał sztuczny ho­ry­zont, je­den ze wskaź­ni­ków na wiel­kiej de­sce roz­dziel­czej przed tobą. Po­ka­zuje, co ro­bią skrzy­dełka i twój ogon (oraz dziób, przy oka­zji). Ar­cha­iczny, ale i ge­nialny wskaź­nik, kiedy błęd­nik mówi: "Nara, ja spier­da­lam".

I na to się wła­śnie za­po­wia­dało.

Do­okoła czarno, pio­runy walą je­den obok dru­giego, wiem, że gdzieś nie­dawno, kiedy nie było jesz­cze tak źle, mi­ja­li­śmy lot­ni­sko w Prza­sny­szu. Myśl o za­wrotce po­prze­dziło od­wró­ce­nie się w stronę ogona sa­mo­lotu. Mia­łem na­dzieję, że zo­ba­czę tam ka­wa­łek ja­snego nieba i uda się wy­lą­do­wać z wi­docz­no­ścią. No nie­stety, czarno. Wszę­dzie czarno, a sa­mo­lo­tem rzu­cało jak fo­liówką, którą po­rwał wiatr.

To był wła­śnie ten mo­ment, kiedy na­prawdę się ba­łem. Brak kon­troli nad ma­szyną to już bar­dzo gruba sprawa. Krzysz­tof prze­jął stery, które z ra­cji stop­nia ka­pi­tana po­winny go słu­chać tro­chę bar­dziej. Kiedy z se­kundy na se­kundę zo­sta­łem zde­gra­do­wany - na szczę­ście! - do roli pa­sa­żera, spa­ra­li­żo­wało mnie. Be­ton.

Ten rol­ler­co­aster trwał do­bre dzie­sięć mi­nut, z któ­rych każda ko­lejna zo­sta­nie już ze mną na za­wsze. Chmury wciąż były ciemne i wkur­wione na cały świat ni­czym dziew­czyna, która roz­piż­dża ta­le­rze o wło­ską te­ra­kotę w kuchni, bo do­wie­działa się, że jej fa­cet był na de­le­ga­cji z tą suką San­drą z HR-u. Każ­demu jed­nak kie­dyś prze­cho­dzi, więc i moim chmu­rom też prze­szło. To było jak od­su­nię­cie za­słony w sy­pialni w piękny wio­senny dzień. Słońce ude­rzyło w oczy, a wręcz ośle­piało. Jest Że­rań! Wi­dać już wy­raź­nie ko­min, który jest bar­dzo waż­nym punk­tem orien­ta­cyj­nym na tej tra­sie. Pod­cią­gam wzrok kilka cen­ty­me­trów, a tam Wi­sła, Nowe Mia­sto i war­szaw­ski sky­line, biu­rowce ze stali i szkła, Pa­łac Kul­tury. A nad tym wszyst­kim tę­cza. No, wi­dok jak z ta­niego land­sza­ftu, tak sur­re­ali­styczny i tak piękny za­ra­zem.

Od tam­tej pory za­wsze kiedy jest mi źle, my­ślę wła­śnie o tej chwili. Ona na­stąpi, prę­dzej czy póź­niej, ale na­stąpi! Oby ta książka była pierw­szym kro­kiem do tego stanu.

Ale uprze­dzam - lekko nie bę­dzie. Bo ży­cie nie jest, kurwa, lek­kie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki