PROLOG
Ta książka miała już kilka początków, pierwszych zdań, które miały zdecydować, że będziesz ją dalej czytać i z zadowoleniem stwierdzisz, że nie wyrzuciłeś tych kilkudziesięciu złotych do kosza za jakiś szajs, grafomańskie gówno kolejnego celebryty, który sądzi, że jego historia ma jakiś większy sens.
Także moja może go nie mieć.
Będziesz mieć wtedy dwa wyjścia: potraktujesz ją jako opał do kominka albo zwyżkę do czegoś, co potrzebuje być kilka centymetrów wyżej. Albo trzecią drogę - mimo straty kasy poczujesz prestiż, kiedy dowiesz się, że właśnie stałeś się członkiem elitarnego klubu ofiar zjawiska zwanego przez Japończyków tsundoku. W ten sposób ci dzielni twórcy świetnych telewizorów, podobno świetnych silników hybrydowych i zdecydowanie nieświetnego systemu korporacyjnego zamordyzmu określają model zakupowego odruchu, gdy impulsywnie wydajesz kasę na książkę, stawiasz ją na półce i... nigdy jej nie czytasz.
Ja też jestem w tym klubie. Ba, myślę, że mógłbym zasiadać w jego zarządzie. Niby kasa poszła psu w dupę, ale pamiętaj, że mnogość książek na półce upgraduje twój autorytet i status społeczny, gdy odwiedzają cię goście. Szczególnie ci, którzy nie znają cię jeszcze zbyt dobrze i nie wiedzą, że jesteś leniwym hipokrytą, który przeorał już Netflixa do tego stopnia, że dłużej zajmuje mu szukanie filmu niż oglądanie czegoś, czego jeszcze nie widział. Postaram się, żeby grzbiet mojej książki był cool i ładnie wyglądał obok Olgi Tokarczuk, której oczywiście też nie przeczytałeś, bo tego przeczytać się nie da. Ktoś kiedyś mówił mi, że znał kogoś, komu się to udało, ale nadal w to nie wierzę.
Tak, jestem ignorantem i dalej piszę o sobie, zwalając prokrastynacyjne kompleksy na bliżej nieokreślony tłum czytelników tej książki, którą przeczytasz. Bo serio, zależy mi na tym, żebyś to zrobił. Przepraszam - zrobiła, ponieważ osiemdziesiąt procent z prawie dwóch milionów odbiorców moich social mediów to kobiety. Oczywiście jeśli nie jesteś kobietą, a i tak masz to przed oczami, jest mi bardzo miło - witam mniejszość! Każdą mniejszość, bo przecież możesz nie czuć się ani jednym, ani drugim/ani jedną, ani drugą. Brak przywitania prawdopodobnie mógłby kogoś urazić, a ja zaraz musiałbym coś przychajzerować, no i znowu przypał.
Jestem królem przypału, ale to już pewnie wiecie z mediów. Taka natura. Bardzo często zdarza mi się palnąć coś bez zastanowienia i dym gotowy. Staram się nad tym panować. Jest jednak kilka rzeczy, których o mnie nie wiecie. I mam taką egocentryczną iskierkę nadziei, że ta lektura może dodać wam skrzydeł, kiedy zdarza się, że wasza psyche zapierdala w dół jak kolejka w Energylandii albo airbus, który właśnie ląduje we Frankfurcie.
Na szczęście dla pasażerów nie siedzę za sterami. Piszę ten tekst na kolanie, trochę skitrany przed stewardesą, bo niby nie można przy podejściu, ale pilot strasznie się guzdra z lądowaniem, jakby chciał, a nie mógł. Dobra, może faktycznie nie może, bo laptop co jakiś czas osiąga stan nieważkości i lewituje przed moimi oczami. Czy się boję? Wcale. Ja się mało czego boję. Śmierci w ogóle, wręcz przeciwnie. To podobno niebezpieczne, ale w moim przypadku - uważam - uzasadnione.
Bo serio, musi być ekstremalnie, żebym się czegoś bał. Kiedyś, kiedy w życiu było mi ciągle mało emocji i adrenaliny, uczyłem się latać samolotem. Wracaliśmy z moim instruktorem i przyjacielem Krzysztofem cessną z Mazur do Warszawy (musicie wiedzieć, że pilotowanie samolotu w piękny letni dzień - kiedy pod i przed wami Pan Bóg tworzy chmury o kształtach tak bajecznie surrealistycznych, że nie wiadomo, co musielibyście dostać od waszego dealera, żeby to wymyślić - jest czymś nieopisanie, wręcz fentanylowo fantastycznym; generalnie, wyłączając komary, Mazury są cudne).
Najtrudniejsze w pilotowaniu jest lądowanie. W trakcie podejścia do lądowania najwięcej rzeczy może pójść nie tak. Mała prędkość, coraz mniejsza wysokość, wokół przeszkody, wiatr i milion innych splotów losu, które zakończyć się mogą żółtym paskiem na ekranie w TVN24. Albo nawet w CNN, jeśli samolot jest trochę większy. Właśnie dlatego, kiedy przygotowujesz się do zdobycia licencji pilota, lądowanie ćwiczysz do oporu.
Wtedy przez cały piękny majowy dzień ćwiczyliśmy na trawiastym lotnisku manewr zwany touch and go, czyli lądowanie zakończone muśnięciem kołami płyty lotniska. Samolot zasuwa po niej przez chwilę, a ty po chwili wciskasz gaz do dechy, zaczynając tym samym manewr startu, żeby wykonać pętlę nad lotniskiem i ponownie podejść do lądowania. Chodzi o to, żeby zaoszczędzić czas na cały ten lotniskowy szajs z kołowaniem. Im więcej lądowań wykonasz, tym większe prawdopodobieństwo, że w sytuacji krytycznej nie dasz dupy. Zwłaszcza że pod wpływem gigantycznego stresu twój mózg kurczy się jak plastikowa butelka po coli wrzucona do ogniska. Odruchy musisz mieć we krwi.
Lotnisko, na którym ćwiczyliśmy, było wyjątkowo trudne, bo początek pasa zaczynał się zaraz za ścianą lasu. Każdy metr wysokości w stosunku do prędkości miał znaczenie. Zbyt wolno i zbyt nisko - skończysz w drzewach i pewnie na OIOM-ie w Szczytnie. Za szybko i za wysoko - nie zmieścisz się na pasie. Musiało być idealnie, a tymczasem trochę wiało. Trochę bardzo. Mimo wszystko było świetnie. Wszystko nowe, inne, wymagające skupienia.
I dlatego właśnie to robiłem. Nie lubię, gdy rzeczy dzieją się zbyt wolno, nie lubię czekać, ale nie lubię też stanu, kiedy nie potrafię się skupić, bo coś bardzo szybko zaczyna mnie nudzić. Jestem ADHD-owcem i każda rzecz, która może zapanować nad moim ADHD, jest dla mnie na wagę złota. Owszem, bardzo chętnie usiadłbym na dupie i przeczytał książkę, tak od A do Z. Ale wtedy ADHD przejmuje kontrolę nad moim ciałem, które przez cały czas musi się ruszać. Nawet jeśli jest to pozbawione sensu. Mówi się, że tacy nadaktywni ludzie są ponadprzeciętnie inteligentni i generalnie przypadłość tę traktuje się jak synonim żywiołowości i radości. Gówno prawda. Serio, to nie pomaga w życiu.
Lotnictwo okazało się idealne, szyte jak na miarę. Musiałem się skupić i nie było nudno. W samolocie miałem poczucie kontroli i adrenalinę wynikającą z mierzenia się z siłami natury.
A teraz płynne przejście do puenty: z Mazur do Warszawy wystartowaliśmy spóźnieni. Dla Krzysztofa, na co dzień pilota LOT-u latającego na embraerach, godzina, w której zwarty i gotowy powinien stawić się na Okęciu, zbliżała się nieubłaganie. Wymyślne kształtem chmury, które tak cieszyły, kiedy lecieliśmy z Warszawy, zaczęły tracić kształt i autonomię. Zlały się w jedną wielką szarą masę, której szarość z każdą minutą podążała w kierunku koloru granatowego. Wiało coraz bardziej. Nie byłem przekonany, czy w takich warunkach powinienem pilotować. Raporty pogodowe tym bardziej nie przemawiały za kandydaturą mojej osoby na kapitana tego lotu. Krzysztof jednak stwierdził, że właśnie tak ma być, bo muszę umieć latać w każdych warunkach, a on siedzi obok.
Mówiłem wam już, że ja się raczej nie boję. A na pokładzie nadal pachniało fajną przygodą. Dwa skupiska chmur burzowych zbliżały się do siebie, zostawiając zaledwie mały przesmyk, którym mieliśmy wślizgnąć się nad Żeraniem i bezpiecznie wylądować w Babicach. Wszystko policzone co do metra i minuty. Ale plan się zesrał, kiedy dostaliśmy informację o zamknięciu przestrzeni powietrznej w okolicy lotniska Szymany. To oznaczało duży łuk do zrobienia w powietrzu, opóźnienie i domknięcie się burzy, budującej się przed nami niczym bardzo zła plansza w grze Minecraft. Z każdą minutą nasza cessna dostawała coraz silniejsze strzały wiatru. Co kilka sekund, jak z liścia w ryj. Z lewej, z prawej, z góry, z dołu. Za chwilę deszcz lał już z taką siłą, że traciłem orientację - nie tylko w terenie, ale orientację generalnie.
Dygresja: po to właśnie powstał sztuczny horyzont, jeden ze wskaźników na wielkiej desce rozdzielczej przed tobą. Pokazuje, co robią skrzydełka i twój ogon (oraz dziób, przy okazji). Archaiczny, ale i genialny wskaźnik, kiedy błędnik mówi: "Nara, ja spierdalam".
I na to się właśnie zapowiadało.
Dookoła czarno, pioruny walą jeden obok drugiego, wiem, że gdzieś niedawno, kiedy nie było jeszcze tak źle, mijaliśmy lotnisko w Przasnyszu. Myśl o zawrotce poprzedziło odwrócenie się w stronę ogona samolotu. Miałem nadzieję, że zobaczę tam kawałek jasnego nieba i uda się wylądować z widocznością. No niestety, czarno. Wszędzie czarno, a samolotem rzucało jak foliówką, którą porwał wiatr.
To był właśnie ten moment, kiedy naprawdę się bałem. Brak kontroli nad maszyną to już bardzo gruba sprawa. Krzysztof przejął stery, które z racji stopnia kapitana powinny go słuchać trochę bardziej. Kiedy z sekundy na sekundę zostałem zdegradowany - na szczęście! - do roli pasażera, sparaliżowało mnie. Beton.
Ten rollercoaster trwał dobre dziesięć minut, z których każda kolejna zostanie już ze mną na zawsze. Chmury wciąż były ciemne i wkurwione na cały świat niczym dziewczyna, która rozpiżdża talerze o włoską terakotę w kuchni, bo dowiedziała się, że jej facet był na delegacji z tą suką Sandrą z HR-u. Każdemu jednak kiedyś przechodzi, więc i moim chmurom też przeszło. To było jak odsunięcie zasłony w sypialni w piękny wiosenny dzień. Słońce uderzyło w oczy, a wręcz oślepiało. Jest Żerań! Widać już wyraźnie komin, który jest bardzo ważnym punktem orientacyjnym na tej trasie. Podciągam wzrok kilka centymetrów, a tam Wisła, Nowe Miasto i warszawski skyline, biurowce ze stali i szkła, Pałac Kultury. A nad tym wszystkim tęcza. No, widok jak z taniego landszaftu, tak surrealistyczny i tak piękny zarazem.
Od tamtej pory zawsze kiedy jest mi źle, myślę właśnie o tej chwili. Ona nastąpi, prędzej czy później, ale nastąpi! Oby ta książka była pierwszym krokiem do tego stanu.
Ale uprzedzam - lekko nie będzie. Bo życie nie jest, kurwa, lekkie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki