8
Moskwa, październik 1939
Wyjście Berii trochę zdezorientowało Zarubina, wybiło go z rytmu. Przez
chwilę nie wiedział, od czego zacząć, lecz wtedy odezwał się Fitin.
- Przejdźcie, towarzyszu Zarubin, do omówienia pracy Jury i Lany.
- Jura, towarzysz Jakub Szulc, do roku tysiąc dziewięćset trzydziestego
piątego pełnił w nielegalnej rezydenturze w Warszawie funkcje
zabezpieczające i pomocnicze. Występował pod legendą austriackiego
arystokraty, miał też papiery węgierskie. Latem tego roku Saxon
przekazał informację o majorze, obecnie podpułkowniku Zdzisławie
Kornacie-Ciszewskim, urodzonym w tysiąc dziewięćsetnym roku, pseudonim
"Wareg".
Mówiąc to, Zarubin raz po raz zaglądał do notatek.
- Wareg, szlachcic z Pomorza, cały czas służył w Komendzie Garnizonu
Warszawa. Wdał się w ojca, który strwonił majątek na hazardzie. Typ
bawidamka, bywalec warszawskich salonów, polityczny dyletant, ukryty
morfinista. Zwerbowany przez Jurę w grudniu trzydziestego piątego roku
na bazie finansowej, pod flagą niemiecką. Do współpracy wciągany
stopniowo, aż do pełnego uzależnienia od naszych pieniędzy i morfiny.
Przekazywał informacje wojskowe, dosyć fragmentaryczne. Miał za to dobre
rozpoznanie kadry Wojska Polskiego. Sporządził liczne oceny i charakterystyki wyższych oficerów, pozytywnie ocenione przez Centralę.
Niektóre z nich zostały przeznaczone do dalszego rozpracowania. Wareg
był nadzwyczaj przydatny do weryfikacji danych uzyskiwanych od Saxona.
Dobry konspirator, przez lata z powodzeniem ukrywał swoje uzależnienie
od morfiny, co mogło kosztować go karierę w wojsku. Mistrz kamuflażu i pozorów ukształtowanych przez podwójne życie, z łatwością zatem
zaakceptował jeszcze jedną rolę. Brak podstaw do podejrzeń o nielojalność. - Zarubin mówił krótkimi, jasnymi zdaniami, które zwięźle
opisywały Warega. - Mieszkał z matką w małym domu na warszawskim
Żoliborzu, kupionym za jej oszczędności i zadłużonym. Pomogliśmy mu
częściowo go spłacić. Miał z tego powodu chwilowe problemy z żandarmerią, która zaczęła się interesować pochodzeniem pieniędzy.
Sprawę zatuszowała matka, zaślepiona miłością do jedynaka. Wiedziała o jego uzależnieniu od morfiny i kryła go. Można powiedzieć, że Wareg jest
klasycznym typem gotowym na współpracę z każdym, przypuszczam, że nawet
z nami. Dobrze, że byliśmy pierwsi.
Zarubin pokazał surowy, służbowy uśmiech.
- Ostatnie spotkanie Jury z Waregiem miało miejsce w sierpniu
trzydziestego dziewiątego roku. Ustalony został wówczas system łączności
na wypadek wojny, prosty, przez matkę Warega. Jura został wycofany razem
z Sosną we wrześniu.
Zawahał się na chwilę.
- Referując sprawę Saxona, zapomniałem powiedzieć, że zarówno on, jak i Wareg otrzymali kategoryczny zakaz samowolnego nawiązywania kontaktu z władzami niemieckimi, bo mogłoby ich to doprowadzić do dekonspiracji.
Wydaje się, że dobrze zrozumieli powagę chwili. Taką mam nadzieję. Zatem
podjęcie kontaktu z Saxonem i Waregiem będzie obciążone pewnym ryzykiem.
To zadanie powierzymy Sośnie, a potem ocenimy, jaki przyjąć kierunek
dalszego postępowania. Zasadniczo w rezerwie mamy Lanę, która pozostała
w Warszawie, ale nie znamy jej sytuacji po wkroczeniu Niemców. Jest to
zgodne z przyjętym planem działania na okres wojny. Sosna wznowi z nią
kontakt natychmiast po powrocie do Polski.
Znowu przerzucił notatki.
- W tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym roku Jura zwerbował do
współpracy Henryka Złotowskiego, pseudonim "Marek", znanego opozycyjnego
publicystę, poetę, działacza społecznego i politycznego. Urodzony w tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym roku, mieszka pod Warszawą we
własnym domu. Żonaty z Marią Wiktorią Sobańską, pochodzącą z arystokratycznej rodziny. Troje dzieci w wieku dwudziestu pięciu,
osiemnastu i dziesięciu lat. Sytuacja materialna dobra. Marek wywodzi
się z zamożnej zeświecczonej rodziny żydowskiej, która w połowie
dziewiętnastego wieku przeszła na chrześcijaństwo i po powstaniu tysiąc
osiemset sześćdziesiątego trzeciego roku osiedliła się w Polsce.
Pierwszą informację na temat Marka przekazali nam towarzysze z KPP w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim roku. Wynikało z niej, że Marek
jest ukrytym sympatykiem partii komunistycznej. Dokonali równocześnie
wstępnych sprawdzeń i obserwacji Marka, który w Polsce jest dobrze znany
i cieszy się dużym autorytetem w środowiskach opozycyjnych wobec rządów
wojskowo-faszystowskich. W trzydziestym drugim roku, pobity przez
"nieznanych sprawców", spędził dwa miesiące w szpitalu. Utrzymuje
bliskie osobiste kontakty z przywódcami wszystkich partii opozycyjnych,
oprócz skrajnych nacjonalistów. Przed rewolucją Marek studiował w Petersburgu prawo i obracał się w środowisku komunizujących studentów.
Nie należał do żadnej organizacji, był zbyt niezależny, ale cieszył się
pełnym zaufaniem tych grup. Interesowała się nim carska ochrana, a jej
zachowane materiały dają mu dobre świadectwo. Zastępca przewodniczącego
NKWD w Leningradzie, towarzysz Andriej Grigorjewicz, był w tamtym czasie
jego przyjacielem i wystawił mu bardzo pozytywną opinię.
- Czy są na to jakieś dokumenty? - zapytał Fitin.
Zarubin spodziewał się tego pytania, gdyż Andriej Grigorjewicz sam już
niczego nie mógł potwierdzić, rozstrzelany w pierwszej turze dwa lata
temu.
- Tak, jest szczegółowy raport w tej sprawie - odpowiedział szybko
Zarubin i kontynuował: - W związku z powyższym Centrala zaakceptowała
werbunek Marka na bazie ideowej. Dokonał tego, jak już mówiłem, Jura w trzydziestym czwartym roku, bez większego wysiłku. Marek, rozczarowany
rządami wojskowych i faszyzacją życia w Polsce, sytuacją we Włoszech i w Niemczech oraz upadkiem zachodniej demokracji, jednoznacznie
zadeklarował gotowość współpracy z Krajem Rad. To nadzwyczaj
inteligentny i ideowy człowiek. Myślę też, że wspomnienia z okresu
petersburskiego pozostawiły w nim głębokie ślady, tym bardziej że
przeżywał w tym czasie swoją pierwszą wielką miłość.
Zarubin, urodzony wywiadowca, czuł osobistą satysfakcję, kiedy
przedstawiał Marka. Chociaż ta sprawa wpadła im sama w ręce i nie była
wynikiem trudnego, wymagającego najwyższego kunsztu operacyjnego
rozpracowania, jak w wypadku Saxona czy Warega, ani nie dawała tak
ważnych informacji wojskowych, to jednak udowadniała, że są ludzie,
którzy wierzą w światową rewolucję. Bo Zarubin też w nią wierzył.
Szczerze.
Oprócz tego nielegalna rezydentura w Warszawie mogła się pochwalić
umiejętnością stosowania różnorodnych technik operacyjnych, a co za tym
idzie - wywiadowczą wrażliwością, i chociaż Zarubin nie był autorem tych
sukcesów, to jednak splendor spływał teraz także na niego.
Otworzyły się drzwi i do sali wrócił Beria. Zarubin zamilkł, wsłuchując
się w krótkie kroki na skrzypiącej cicho podłodze. Poczuł wyraźną woń
alkoholu. Beria zamknął okno i usiadł na swoim miejscu, wydając dziwne,
głębokie westchnienie, jakby mu to sprawiało trudność.
Zarubin, nie czekając na pozwolenie, kontynuował:
- Przez cały okres współpracy Marek przekazał nam ponad dwa tysiące
stron informacji. Zrealizował trzy operacje o charakterze inspiracyjnym
i dwie dezinformacyjne. Centrala, w zależności od okresu, oceniała pracę
Marka bardzo dobrze lub dobrze. Można stwierdzić, że jeżeli chodzi o kierunek wywiadu politycznego, Marek zaspokajał praktycznie wszystkie
nasze potrzeby, wykazując także dużo własnej inicjatywy.
Zarubin spodziewał się, że Beria czy Fitin zareagują na te słowa,
przeczące zasadzie, że wywiad nie może być syty. Odpowiedziało mu jednak
milczenie, chociaż zawiesił głos jakby w oczekiwaniu na ich komentarz.
Poczuł się dobrze i miał wrażenie, że kontroluje sytuację. Odczuwał już
jednak zmęczenie.
- W czerwcu bieżącego roku Marek za naszą zgodą wyjechał wraz z żoną i najstarszą córką do Francji, dokąd zaprosili go przyjaciele. Przebywa
tam do chwili obecnej. Wiemy, gdzie jest, i w najbliższym czasie nasza
paryska rezydentura pionu S zamierza podjąć z nim kontakt. W Polsce
pozostał u rodziny jego najmłodszy syn.
9
Wydział Specjalny Q od niedawna mieścił się na dwudziestym piętrze
jednego z warszawskich wieżowców, pod legendą firmy konsultingowej Vigo.
Zadania, jakie realizował, ich szczególna delikatność, konieczność
zachowania nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa i konspiracji
spowodowały, że został przeniesiony z Centrali na Miłobędzkiej w anonimowe i dobrze zabezpieczone miejsce, trochę na zasadzie, że
najciemniej pod latarnią.
Wydziału strzegły najnowocześniejsze urządzenia elektroniczne i własne
rozwiązania techników wywiadowczych. Najważniejsza jednak była
dyscyplina i zaufanie do pracujących w nim oficerów. Nikt spoza
czternastoosobowego zespołu Wydziału i ścisłego kierownictwa AW nie
wiedział, co się kryje pod nazwą firmy Vigo. Krąg wtajemniczonych był
ściśle ograniczony i kontrolowany przez Wydział Bezpieczeństwa
Wewnętrznego.
Konrad zostawił samochód w podziemnym garażu, złapał windę i kluczem
włączył przycisk dwudziestego piętra.
Potem wszedł do śluzy bezpieczeństwa i ustawił twarz do kamery, która po
chwili zielonym światłem potwierdziła jego identyfikację i otworzyła
zamek.
Ledwie przestąpił próg Wydziału, natknął się na Marcina o korzystnie
zmienionym wyglądzie. Podwładny, stojąc z kubkiem kawy na korytarzu,
wyraźnie go oczekiwał.
- Szefie, wiem, że po powrocie szef ma mnóstwo spraw na głowie i że
zaraz jedzie do Centrali, ale gdyby szef był tak miły i przed wyjściem
znalazł dla mnie pięć minut... - powiedział takim tonem, jakby mu na tym
bardzo zależało.
- Dobrze... po odprawie. Bądź w pobliżu.
Konrad klepnął Marcina w plecy i ruszył dalej. Całe biuro było
poprzedzielane szklanymi ścianami, więc wszyscy zauważyli jego
przybycie.
Wszedł do swojego pokoju, natychmiast podkręcił klimatyzację i otworzył
sejf.
W tym samym momencie zjawił się Marek Belik, a zaraz po nim Sara.
Przywitali się krótkim "cześć", bez podawania ręki. Taki już mieli
zwyczaj i zawsze go przestrzegali. Może chcieli się w ten sposób odciąć
od przesadnej dbałości o formy, jakiej hołdowało kierownictwo AW, a może
uważali, że w Wydziale są jak rodzina - w rodzinie przecież nikt się nie
wita przez podanie ręki.
Sara ubrana była pogodnie, lekko. Jak zawsze w spodniach, z długimi
złotoblond włosami spiętymi wysoko z tyłu, wyglądała atrakcyjniej niż
zwykle. Chociaż co pewien czas zaskakiwała Konrada, to jednak nigdy nie
dawał po sobie poznać, że robi na nim wrażenie. Zresztą nie tylko na
nim, bo większość dziewczyn pracujących w AW próbowała ją naśladować, i w stylu, i w pracy.
Usiadła w głębokim fotelu i oczywiście zapaliła papierosa, nawet nie
prosząc o zbędne w tym wypadku pozwolenie.
Muszę ją w końcu zapytać, dlaczego używa zapalniczki Zippo. Nigdy nie
widziałem, by jakakolwiek dziewczyna korzystała z takiej ciężkiej i dużej maszynki... jak amerykańscy komandosi, nie przymierzając -
przeleciało Konradowi przez myśl.
Belik oparł się o stół i założył ręce na piersi, jak zwykle zaginając
krawat gryzący się z koszulą.
Jak żona wypuszcza go tak z domu? - pomyślał Konrad, patrząc na jego
krawat i zapuchniętą twarz. Powinna też pożyczyć mu trochę pudru.
Marek nie prowadził żadnych agentów, więc nie musiał "poświęcać się dla
ojczyzny", jak mówiło się w Wydziale o długich nocnych rozmowach z ludźmi zza wschodniej granicy. Zatem było oczywiste, że pił z dyrektorem, podpułkownikiem Ciężkim, który agenta też nigdy nie spotkał.
Konrad zauważył przez szybę, że przyszła już Ewa, jego sekretarka.
Pomachał jej ręką na powitanie i wykonał gest oznaczający trzy kawy.
- Siadaj, Marek... - powiedział i wskazał fotel obok Sary, a sam przysiadł
na swoim biurku. - Ewa zaraz poda kawę, a do tego czasu powiedzcie mi...
czym mnie dzisiaj zmartwicie - zaczął żartobliwie. - Ja zmartwię was
tylko tym, że Safir, pseudonim "Karol"... lub odwrotnie... znów nam się
wyślizgnął. W Jemenie zebraliśmy z Williamem sporo ciekawych i nowych
informacji na jego temat, ale ślad nam się urwał na granicy z Omanem.
William przyjedzie do nas za tydzień. Do tego czasu musimy uporządkować
wszystko, co zgromadziliśmy w tej sprawie przez ostatnie dwa miesiące.
Sara i Marek słuchali go w milczeniu. Tymczasem Ewa sprawnie, prawie
niezauważalnie podała kawę.
- Jutro - kontynuował Konrad - skrzykniemy zespół i przedstawię wam
wyniki moich działań, które porównamy z tym, co przez ten czas udało się
wam uzyskać. Dzisiaj chcę zająć się wyłącznie sprawami organizacyjnymi
Wydziału. Muszę odświeżyć swoją bieżącą wiedzę.
- Chcesz robić zebranie Wydziału? - zapytał Marek trochę niepewnie. -
Sporo ludzi nie ma, są na wyjazdach, więc nie wiem... czy jest sens. Lutek
jutro wychodzi ze szpitala. - Konrad spojrzał nań z niepokojem, więc
Marek pospieszył z wyjaśnieniem: - Złapał w Zimbabwe jakąś tropikalną
chorobę i przeleżał trzy tygodnie w szpitalu w Harare. Wszystko już jest
w porządku, zaopiekowała się nim nasza ambasada. Robotę wykonał na
piątkę z plusem - ciągnął. - Będzie z tego chleb i dla nas, i dla
naszych partnerów. Lutek ląduje w Warszawie w piątek. Odbiorę go z lotniska.
- Co to za choroba?
- Nie pamiętam. Ale mam gdzieś zapisane... - odparł niepewnie Marek. -
Poszukać?
- Nie. Nie teraz. Potem - uciął Konrad, chociaż zaniepokoił się sprawą
Lutka. - Nie, nie będę robił zebrania. Poczekam, aż zbierze się kworum -
zażartował. - Pewnie czeka mnie dzisiaj jeszcze wizyta w Centrali, u pana numer dwa. Spotkamy się w poniedziałek! - zdecydował krótko i zapytał: - Czy są M-Irek?
- Nie ma ich. Buszują na jakichś targach w Szanghaju - odpowiedziała
Sara. - Wciąż szukają tej mitycznej cyfrówki, którą można robić zdjęcia
i zobaczyć, co jest pod bielizną. Obiecałam im, że pokażę im się na
żywo, jeżeli znajdą ten aparat. - Uśmiechnęła się figlarnie.
M-Irek to duma, chluba, nadzieja i Bóg wie co jeszcze Wydziału i Konrada, bo są jego tworem. M-Irek to Mirosław i Ireneusz, zwani też
Q2. Dwukrotnie lepsi od Bonda, bo jest ich
dwóch - jak się mówiło w Wydziale.
Na pierwszy rzut oka obaj byli oficerami operacyjnymi, tak jak inni,
różnili się jednak od całej reszty odmiennym sposobem postrzegania
świata.
Ich żywioł to cyfry, cząsteczki, herce, bity, strumienie, luksy i cała
masa innych słów i zjawisk, na które przekładali otaczającą ich
rzeczywistość, jakby żyli w innym wymiarze, niepojętym dla zwykłych
śmiertelników.
M-Irek cieszyli się w Wydziale Q mitycznym szacunkiem, bliskim temu,
jaki oddaje się bóstwom, bo też krążyli w innym świecie, niezrozumiałym,
ale potrzebnym. Dlatego oficerowie zwracali się do nich z prośbami o rozwiązywanie problemów niemożliwych, zdawałoby się, do rozwiązania.
Najczęściej wynikających z dość słabej, niestety, znajomości obsługi
komputerów, co M-Irkowi szczególnie działało na nerwy. Wyjątkiem w Wydziale był Marcin, którego M-Irek traktowali jak mlecznego brata.
Konrad bez ograniczeń pozwalał im na poszukiwanie nowych rozwiązań
technicznych, najlepszych, najciekawszych, wszędzie tam na świecie,
gdzie tylko uznał, że jest to możliwe.
Efekty ich pracy znalazły szczerych i gorących, ale często też
zazdrosnych zwolenników w CIA, NSA i kilku innych nie mniej
profesjonalnych organizacjach.
- Z pilnych spraw, Konradzie, mam właściwie tylko jedną - powiedziała
Sara. Podniosła się i swoim zwyczajem odstawiła filiżankę na stojący
przy drzwiach bufet. - Travis prosi o pilne spotkanie. Myślę, że trzeba
mu natychmiast odpisać, by chłopak się nie denerwował. Pewnie nie wiesz,
ale sytuacja na Białorusi jest jeszcze bardziej napięta niż w czasie,
kiedy wyjeżdżałeś. - Sara powiedziała to tak, jakby wkrótce miało tam
wybuchnąć powstanie.
Konrad zdawał sobie sprawę, że do spraw białoruskich Sara podchodzi
bardzo emocjonalnie, bo to był teren jej łowów, pierwszych poważnych
sukcesów, a oficer linii S, kryptonim Travis, okazał się jej prawdziwym
arcydziełem.
To ona wypatrzyła go wśród studentów w Białymstoku, namówiła do pracy w wywiadzie, wychowała, wykształciła i wyszkoliła na kogoś więcej niż
dobrego nielegalnego oficera. Poświęciła na to kilka lat, znacznie
więcej, niż normalnie od niej wymagano. Przygotowanie dla niego
"historii" wydawało się zadaniem ponad możliwości Sary i całego
Wydziału. W końcu jednak Travis został przerzucony na Białoruś i dzisiaj
jest młodym, dobrze zapowiadającym się porucznikiem KGB w Mińsku, jednym
z ważniejszych nielegałów Wydziału Specjalnego Q. Jego prawdziwą
tożsamość znało zaledwie trzech oficerów, a twarz - tylko Sara i Konrad.
Myśleli o nim zawsze jak o jednym z nich i tak go traktowali.
- Proponuję wywołać moje spotkanie z Travisem za tydzień w Moskwie,
zgodnie z zatwierdzonym planem łączności. W obecnej sytuacji politycznej
Warszawa ani Wilno nie wchodzą w grę, chociaż byłoby to bardziej
bezpieczne. Patrzcie, do czego doszło! Prostata Łuki ma wpływ na
sytuację wywiadowczą terenu - powiedziała z ironią zmieszaną pół na pół
z nienawiścią do Łukaszenki. - To moje trzecie spotkanie z Travisem w Moskwie, więc sądzę, że wystarczy, jak będzie mnie zabezpieczać tylko
Tadek... dobrze sprawdził się podczas ostatniego wyjazdu do Turkmenistanu...
i proponuję darować mu panikę podczas poprzedniej roboty w Moskwie -
zaproponowała Sara na pozór służbowo, bo wiedziała, że w tej sprawie i tak ona decyduje.
Konrad chciał zapytać o szczegóły wywołania spotkania przez Travisa, gdy
rozległ się dzwonek telefonu na jego biurku. Odruchowo spojrzał na Ewę,
która przełączała rozmowy, i zobaczył jej gest, bez wątpienia
sygnalizujący, że na linii jest Ciężki. Rzucił okiem na zegar i ze
zdziwieniem zauważył, że jest ósma czterdzieści. Szef nigdy nie
rozpoczynał pracy przed dziewiątą piętnaście. Od razu go tknęło, że
stało się coś ważnego.
- Szef! Ciekawe co? - rzucił krótko do Sary i Marka, a oni zrobili
przesadnie zdziwione miny.
- Witam, szefie! - Konrad odebrał rozmowę na interkomie.
- Witam w kraju, panie naczelniku Wolski! Jak udała się wycieczka? Coś
już do mnie dotarło... od pani Sary. Upał panu nie zaszkodził?
Ciężki był bardzo formalny i łatwo dało się wyczuć, że dzwoni w zupełnie
innej sprawie. Użył słowa "wycieczka", bo wiedział, że to denerwuje
Konrada. Ciężki był ignorantem, który nigdy nie realizował zadań za
granicą. A mówiąc w ten sposób, złośliwie deprecjonował jego pracę,
sugerując, że taki wyjazd do Jemenu to czysta przyjemność. W rzeczywistości kryła się za tym zwykła zazdrość.
- Wszystko w porządku, szefie! Trochę schodzi mi skóra z pleców, ale już
się oskubałem. Właśnie mam krótką naradę z zastępcami...
Nie dokończył, bo Ciężki mu przerwał.
- Panie naczelniku, proszę, żeby pan do mnie jak najszybciej przyjechał.
Mamy tutaj taką niezwykłą i pilną sprawę, prosto z pałacu. Jak pan
przyjedzie, wszystko panu wytłumaczę... Za ile może pan być?
- Zaraz wyjeżdżam - odpowiedział Konrad i Ciężki rozłączył się bez
słowa. - Sami słyszeliście - zwrócił się do Sary i Marka.
Oboje podnieśli się bez słowa i ruszyli do wyjścia.
- Saro, zaczekaj! - rzucił, gdy Marek już zniknął za drzwiami. - Marcin
chciał ze mną rozmawiać... mówił coś, że koniecznie przed moim wyjazdem do
Centrali. Pewnie się bał, że to w jego sprawie... Powiedz mu, co
słyszałaś. Uspokój go. Pogadam z nim, gdy wrócę.
10
Moskwa, październik 1939
- Przejdę teraz do omówienia ostatniego punktu mojego referatu -
kontynuował Zarubin. - Lana, towarzyszka Mira Skibiniecka, włączona
została w skład nielegalnej rezydentury w Warszawie z zadaniami
pomocniczymi. Zakładaliśmy, że pod kierunkiem Sosny i Jury wychowamy
dobrego nielegała, z perspektywą przerzucenia dalej, do Wielkiej
Brytanii. Lana ma wybitne zdolności językowe, jest zdyscyplinowana,
inteligentna, pomysłowa i całym sercem oddana sprawie. Jeżeli dorzucić
do tego młody wiek... ma teraz dwadzieścia sześć lat i wyróżnia się
słowiańską urodą... to jej możliwości są nieograniczone.
Beria wyraźnie się ożywił. Zarubin spodziewał się tego i wyciągnął już
przygotowane, lekko wyretuszowane zdjęcie Lany. Podniósł się sprężyście
i podszedł do Berii, który zapalił zieloną lampkę i zbliżył do jej
światła fotografię. Wpatrywał się w nią nienaturalnie długo.
- Prawdziwa piękność! - powiedział, wciąż się uśmiechając wąskimi, jakby
pozbawionymi warg ustami i zabawnie przerzucając wzrok z Lany na
Zarubina i z powrotem.
Po chwili oddał mu zdjęcie i Zarubin wrócił na miejsce.
- Lana bardzo dobrze się spisywała, zabezpieczając Sosnę i Jurę i realizując zadania ustaleniowe. Na wniosek rezydenta otrzymała
kilkakrotnie pochwały Centrali. Jej inteligencja i wrażliwość operacyjna
przyniosły niespodziewane efekty. Pomógł nam też trochę przypadek.
Przerzucając Lanę do Polski, przygotowaliśmy dla niej legendę
dziennikarki. Na miejscu jednak się okazało, że są poważne trudności, by
tę legendę właściwie ugruntować i zabezpieczyć.
Przerwał na chwilę, jakby chciał zaznaczyć, że przechodzi do nowego
rozdziału.
- Od dziecka jej zamiłowaniem było śpiewanie. Lana ma niepowtarzalny
talent muzyczny.
Beria, wyraźnie pobudzony, wiercił się nienaturalnie. Na twarzy Fitina
po raz pierwszy pojawił się nie bardzo służbowy uśmiech.
- Jura również ma talent muzyczny i w wolnych chwilach lubił pisać
piosenki. Miał też prywatne kontakty z warszawskimi artystami, co było
jednym z elementów budowania jego legendy. Skądinąd uzyskiwał w tym
środowisku bardzo ciekawe informacje. Ale do rzeczy!
Zarubin powiedział to specjalnym tonem, żeby wybadać stopień
zainteresowania komisji tą sprawą.
- Nie, nie! To bardzo ciekawe, proszę kontynuować - zareagował
natychmiast Beria, jakby się obawiał, że to już koniec.
Zarubin miał satysfakcję, że dobrze się przygotował. Nie spodziewał się
nawet, że tak łatwo przyjdzie mu sterować komisją. W końcu jest Wielkim
Manipulatorem!
- Jura napisał dla Lany piosenkę, a ją samą zarekomendował swojemu
znajomemu, właścicielowi kabaretu Złota Żaba... - Zarubin zawiesił głos i żeby jeszcze trochę podgrzać atmosferę, zajrzał do notatek. - Piotrowi
Wikowskiemu. Lana poszła na przesłuchanie i tak bardzo spodobała się
Wikowskiemu, że ten postanowił wykonać z nią w duecie piosenkę
Sierdce, która była w tym czasie prawdziwym szlagierem w Warszawie...
- Mówicie o tej piosence z filmu? - Beria przerwał mu w pół zdania.
- Tak jest! Z filmu Wiesiołyje riebiata, który w Polsce był
wyświetlany pod tytułem Świat się śmieje i zdobył wielką popularność.
- Nie tylko tam - wtrącił Fitin. - Dobra muzyka Dunajewskiego i świetna
parodia amerykańskiego kina...
- Lana ma nawet coś z Lubow Orłowej... - odezwał się ponownie Beria i dodał pewnym głosem: - Towarzysz Stalin bardzo lubi ten film.
Zarubin odczekał około trzydziestu sekund i dopiero wtedy zaczął mówić
dalej. Zauważył, że historia Lany wyraźnie się spodobała, a to był dobry
znak, który znacząco mu poprawił i tak już dobre samopoczucie.
- Lana zaczęła występować w Złotej Żabie trzy razy w tygodniu, z coraz
większym powodzeniem. Uzyskiwała z tego nawet pewien dochód. Był rok
tysiąc dziewięćset trzydziesty siódmy. Kabaret znajdował się niedaleko
polskiego MSZ i odwiedzany był przez dyplomatów, a także przez białych
emigrantów, głównie Rosjan i Gruzinów. W miesiąc po rozpoczęciu występów
Lana otrzymała kosz kwiatów z wizytówką hrabiego Tarnowskiego, dalej
pseudonim "Larry". Po kilku dniach ponownie, ale tym razem hrabia
przyszedł osobiście do jej garderoby. Okazało się, że jest to młody,
przystojny arystokrata i, co najciekawsze, radca minister w MSZ.
Sprawiał wrażenie zauroczonego Laną.
Teraz Zarubin mówił płynnie z pamięci, patrząc w wyraźnie pobudzone
twarze.
- Spotykali się przez dwa miesiące niemal codziennie, a Tarnowski
obsypywał Lanę kwiatami i drogimi prezentami. Sprawiał wrażenie
zaślepionego, przychodził na każdy jej występ. Niestety, muszę to
wyraźnie powiedzieć, Lana nie poinformowała rezydenta o swoim kontakcie
z Tarnowskim. Zrobiła to dopiero na początku trzydziestego siódmego
roku. Sosna natychmiast wysłał informację do Centrali i przeprowadził z nią rozmowę. W jego ocenie Lana była zaangażowana emocjonalnie w ten
związek, wyraziła jednak pełną dyspozycyjność do realizacji zadań. Sosna
uznał jej wyjaśnienia za wiarygodne i szczere, a ponieważ Moskwa w tym
czasie nie przesyłała instrukcji - Zarubin wyraźnie podkreślił to tonem
głosu, ale i tak był pewien, że wszyscy wiedzieli dlaczego - podjął
decyzję o pasywnym kontynuowaniu tego związku, czyli de facto romansu
Lany z Tarnowskim. Ona sama zapewniała, że nie doszło do kontaktów
intymnych.
- Zuch dziewczyna! - odezwał się Fitin ku zaskoczeniu Zarubina. - Bardzo
dobrze rozegrała sprawę, zachowała nie tylko wartościowy kontakt z Tarnowskim, lecz także równowagę emocjonalną i psychiczną. A wszystko to
z pożytkiem dla służby. Musimy pamiętać, że naturalność tego związku ma
swoją wartość, oczywiście dopóki jest on pod naszą kontrolą. W tym
wypadku chyba nie mamy wątpliwości? - zapytał na koniec, zaskakując
Zarubina dość elastycznym podejściem do sprawy, nietypowym, nie tak
pryncypialnym, jak to było praktykowane dotychczas.
Było to dziwne o tyle, że Zarubin nie skończył jeszcze omawiać sprawy,
więc przedwczesna deklaracja Fitina była pewnie na coś obliczona.
Zarubin miał nieodparte wrażenie, że Fitin jest inny niż wszyscy jego
poprzednicy. Co to znaczy? - zaczął się zastanawiać.
Beria nie reagował.
- Ostatecznie Centrala zaakceptowała status quo i zgodziła się na
rozwijanie kontaktu z Tarnowskim "we wszystkich korzystnych dla sprawy
kierunkach, z zastosowaniem wszelkich niezbędnych środków i metod". W związku z tym Lana zamieszkała z Tarnowskim i wkrótce została
przedstawiona rodzinie hrabiego. Nie spotkała się z dobrym przyjęciem,
jednakże w najmniejszym stopniu nie wpłynęło to na ich relacje, a nawet
więcej, pogłębiło jego zaangażowanie i determinację. Lana o wszystkim
informowała Sosnę i skrupulatnie realizowała polecenia, które tak
konstruowano, aby były też zgodne z jej emocjami i potrzebami, o czym
ona oczywiście nie wiedziała. Po jakimś czasie pojawił się problem z rodziną Lany, którego praktycznie nie rozwiązaliśmy do dzisiaj. Zresztą
Tarnowski, typ kosmopolity, nie nalegał, nie dopytywał się niepotrzebnie
i w pewnym sensie nie utrudniał nam pracy. Przez te lata Lana dobrze się
zaadaptowała w środowisku, miała licznych znajomych i przyjaciół. Od
trzydziestego siódmego roku uzyskała od Tarnowskiego, w sposób
kapturowy, szereg bardzo ciekawych informacji, głównie dotyczących
polityki zagranicznej Polski. Larry mówił jej wszystko, a pracował w Wydziale Niemieckim MSZ. Dwukrotnie spędzali razem wakacje we Francji.
Larry dużo podróżował służbowo do Niemiec, Francji, Włoch i Wielkiej
Brytanii, a potem o wszystkim jej opowiadał, z najdrobniejszymi
szczegółami. Na początku bieżącego roku oficjalnie się oświadczył, a stan jego zaangażowania emocjonalnego silnie się pogłębiał, z okresami
chorobliwej wręcz zazdrości włącznie. Głównie po jego powrotach z zagranicy. Zgodnie z decyzją Centrali Lana oświadczyny przyjęła, ale
daty ślubu nie wyznaczyli. Stanęliśmy wobec problemu: jak dalej
prowadzić sprawę? Czy podjąć próbę werbunku Larry'ego, a jeżeli tak, to
w jakiej konwencji, pod jaką flagą? Pytań było wiele, ale na żadne nie
mieliśmy satysfakcjonującej odpowiedzi. Brakowało przekonującego modus
operandi. Dlatego Centrala w porozumieniu z Sosną i Laną podjęła decyzję
o czasowym wstrzymaniu się od aktywnych działań, tym bardziej że uzysk
informacyjny od Larry'ego był dobry, a sytuacja międzynarodowa szybko
się zmieniała. Na początku sierpnia Larry został zmobilizowany jako
porucznik rezerwy z przydziałem do Sztabu Naczelnego Wodza. Od tego
czasu przebywał poza domem. Nie wiemy, gdzie dokładnie. Nigdy wcześniej
nie mówił, że jest oficerem rezerwy, a Lana nie miała pretekstu do
zgłębienia tematu. Na początku września poinformował, że wyjeżdża z Warszawy wraz ze Sztabem Naczelnego Wodza na wschód. Był w złym stanie
psychicznym, bardzo boleśnie przeżywał rozstanie. Obiecał, że zrobi
wszystko, by wrócić. Od tego czasu brak jest o nim informacji, zresztą
nie mamy też łączności z Laną, o czym mówiłem.
Zarubin kończył już swoje wystąpienie. Zamknął teczkę, kładąc na niej
dłonie, by dyskretnie spojrzeć na zegarek.
- Przedstawiłem najważniejsze sprawy prowadzone przez naszą nielegalną
rezydenturę w Warszawie. Trzeba jednak dodać, że cała trójka zbierała
też informacje kapturowo, wspierając realizację przedsięwzięć
podejmowanych przez jednostki specjalne kierowane do Polski bezpośrednio
ze Związku Radzieckiego. Od początku, to znaczy od przybycia do Polski,
aż do tego roku nasi agenci uczestniczyli w dobrze znanej towarzyszom
operacji "Mołodcy". Wydatnie przyczynili się do jej sukcesu, szczególnie
Jura, który w najgorętszym okresie kierował naszymi oficerami wewnątrz
Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, co doprowadziło do jej
radykalizacji i w efekcie do wzrostu napięcia na zachodniej Ukrainie.
Przyczyniło się to w poważnym stopniu do załamania oficjalnej współpracy
polsko-ukraińskiej i nasilenia pacyfikacji prowadzonych przez wojsko
polskie na tych terenach...
- Już dobrze, towarzyszu Zarubin - wszedł mu w słowo Beria - wystarczy,
ten temat jest nam doskonale znany. Trochę wyolbrzymiacie rolę waszych
nielegałów w tej sprawie, ale niech wam będzie. Myślę, że i tak wszyscy
tu obecni możemy zgodnie ocenić, że wyniki pracy waszej rezydentury w Warszawie są dobre.
Zarubin miał uczucie, że za chwilę uniesie się w powietrze, tym bardziej
że Fitin służalczo kiwał głową w takt słów Berii.
- Rzeczywiście pion wywiadu nielegalnego zrobił ogromne postępy od
tysiąc dziewięćset trzydziestego roku i muszę was pochwalić za rzetelne
wykonanie dyrektywy Politbiura.
Zarubin nie wierzył własnym uszom.
- Polecam przygotowanie całościowego raportu - kontynuował Beria - także
z naszych poprzednich spotkań. Macie na to tydzień. Zostanie on
przedstawiony na posiedzeniu Politbiura i osobiście towarzyszowi
Stalinowi. Wojna wrześniowa całkowicie zmieniła sytuację
polityczno-wojskową w Europie. Zniknął nareszcie jeden aktor, Polska
jako państwo, ale sprawa polska jeszcze się nie zakończyła i w zgodnej
ocenie kierownictwa partii będzie miała istotne znaczenie dla polityki
ZSRR. Nie ma państwa, ale są Polacy. Z historii wiemy, że jest im
obojętne, czy jesteśmy biali, czy czerwoni, bo i tak będą z nami
walczyć. Zakończyliśmy z sukcesem pewien etap i rozpoczynamy
przygotowania do następnego, a potem... do następnego. Odbiliśmy Białoruś
i Ukrainę i mamy w końcu granicę z Niemcami. Nasze armie stanęły twarzą
w twarz, i to właśnie w Polsce. Rozumiecie przecież, towarzyszu Zarubin,
że nie będą one tak stały wiecznie. - Beria był bardzo przekonujący,
chociaż mówił o rzeczach oczywistych. Po chwili zastanowienia dodał: -
Czeka nas dużo pracy, towarzysze. Polecam zatem podjąć natychmiastowe
działania, przy wykorzystaniu wszystkich naszych możliwości, w celu
określenia, jaki jest aktualny stan sprawy polskiej, gdzie jesteśmy.
Udało nam się wpłynąć, razem z Niemcami, na Rumunów, by zatrzymali i internowali rząd polski. Jednak wiemy, że do Francji spływają rzesze
uchodźców z Polski, a w szczególności elit wojskowych i politycznych.
Należy natychmiast przekazać zadania naszym ludziom we Francji i Wielkiej Brytanii. Nie muszę oczywiście mówić o odbudowaniu kontaktów z naszą polską agenturą...
Nagle Berii przerwał Fitin.
- Informowałem już, że pojutrze przyjeżdża do nas delegacja Gestapo i będziemy poruszali ten temat.
Beria pokiwał tylko głową i kontynuował:
- Towarzyszu Zarubin, proszę się spieszyć z przygotowaniem raportu.
Natychmiast po jego zakończeniu udacie się do obozów dla polskich
jeńców, które właśnie zakończyliśmy organizować. Dobierzecie sobie
zespół współpracowników. Oczywiście nie będziecie występować jako INO.
Trzymamy tam wziętych do niewoli oficerów i innych białych Polaków.
Przebywają oni w obozach Starobielsk, Kozielsk i Ostaszków. Dokonaliśmy
wstępnej selekcji i w obozie w Ostaszkowie trzymamy między innymi
oficerów Oddziału Drugiego, choć pewności nie ma, bo Polacy nie chcą
współpracować i są do nas wrogo nastawieni. Co jest zrozumiałe.
Beria uśmiechnął się szyderczo.
- Zwykli czekiści nie mogą nawiązać z nimi kontaktu - ciągnął w tym
samym tonie. - Nie rozumieją ich psychiki, nie mają pojęcia o Polsce,
brak im elementarnych umiejętności i Polacy nimi manipulują. Musicie się
tym pilnie zająć. Wierzę, że ze swoją znajomością Zachodu i języków
potraficie umiejętnie pozyskać ich zaufanie i wejść w to środowisko.
Oddzielcie ziarno od plew, ustalcie, które osoby mogą być dla nas
przydatne. Może przy okazji dowiecie się czegoś o Saxonie i Waregu. To
trudne zadanie, ale wierzę, że podołacie. - Beria zachęcał Zarubina
łagodnym głosem z odrobiną wyczuwalnej sympatii. - Wasza żona też jest
oficerem wywiadu? - zapytał ni stąd, ni zowąd, chociaż dobrze o tym
wiedział.
- Tak jest, towarz...
- Towarzyszu Zarubin... - odezwała się po raz pierwszy trzecia postać
komisji, Wsiewołod Nikołajewicz Mierkułow, pierwszy zastępca Berii. -
Znam was dobrze i cenię jako oddanego sprawie czekistę.
Zarubin zdał sobie sprawę, że był tak skoncentrowany na Berii i Fitinie,
iż zupełnie o nim zapomniał. O istnieniu Mierkułowa, wciąż popijającego
wodę, przypominało jedynie stukanie karafki o szklankę. Po prostu nie
mieścił się w scenariuszu Zarubina. Nie można mówić do trzech osób. Nie
obejmuje tego standard techniki oficera wywiadu.
Tymczasem Mierkułow przybrał poważny ton.
- Towarzyszu Zarubin, wydam dyspozycje, by udzielono wam wszelkiej
niezbędnej pomocy, otrzymacie specjalne pełnomocnictwa, ale spieszcie
się, bo macie czas tylko do wiosny.
Fitin ze zdziwieniem spojrzał na Mierkułowa, ale zaraz się opanował.
- Rozumiecie?! - niemal wysylabizował znany z aktorskiego talentu
Mierkułow. - Potem już takich możliwości nie będzie.
Zapadła cisza. Zarubin dużo widział, dużo wiedział, jeszcze więcej
słyszał, toteż doskonale zrozumiał, o czym mówił Mierkułow. Przez chwilę
nie potrafił uporządkować myśli. W tym kraju zdarzyło się wiele, ale
tego nie mógł pojąć, był na to za inteligentny. Czuł, że to błąd,
ogromny błąd, za który przyjdzie kiedyś drogo zapłacić.
Popatrzył na Berię i Mierkułowa. Kaukaski styl - pomyślał. Czy oni w ogóle wiedzą, jak myśli i wygląda reszta świata poza filmami i raportami
wywiadu? Otrząsnął się jednak, bo nigdy nie zawiódł się na swojej
intuicji i wrodzonej mimikrze, ważnej umiejętności pozwalającej
czekiście przeżyć.
- Rozumiem, towarzyszu zastępco przewodniczącego - zameldował dobitnie.
- Jeszcze jedna sprawa - powiedział Mierkułow. - Na terenach zachodnich
przejęliśmy polskiego majora, Jerzego Nałęcza-Sosnowskiego. Jest ranny.
Konwojenci, polscy żandarmi, prawdopodobnie chcieli go rozstrzelać.
Został przewieziony do naszego szpitala na Łubiance. Wiecie, o kogo
chodzi? - zapytał.
- Oczywiście! - odpowiedział natychmiast Zarubin. - To as wywiadu
polskiego w Niemczech, barwna postać, znana w całej Europie. Byłem
akurat w Niemczech, kiedy został aresztowany... chyba w trzydziestym
czwartym roku. W pewnym stopniu kontrolowaliśmy jego sprawę przez
naszych agentów w niemieckim kontrwywiadzie. W trzydziestym szóstym
Niemcy wymienili go na siedmiu agentów Abwehry. W Polsce został tuż
przed wojną aresztowany i skazany. Sprawę znamy dosyć dobrze, informował
o tym Wareg, który miał dobre kontakty w prokuraturze wojskowej.
- Sosnowskim zajmuje się teraz nasza Zoja Woskriesienska, ale chciałbym,
żebyście i wy włączyli się do sprawy - powiedział Mierkułow.
- Tak jest! - odpowiedział Zarubin.
- Jak widzicie, nie przesadzałem, kiedy mówiłem, że czeka was dużo
pracy. Liczymy na was i wasz Wydział! - dorzucił Beria.
- Jest jeszcze jedna sprawa, zupełnie nowa - zwrócił się Fitin do Berii.
- Odbyliśmy wstępne konsultacje z towarzyszem Zarubinem i Wydziałem
Polskim. Całość projektu zostanie wkrótce przedstawiona w specjalnym
raporcie, który jest w trakcie przygotowania.
Na twarzy Berii pojawiło się zainteresowanie.
- Projekt przewiduje utworzenie na bazie Wydziału Polskiego
rozszerzonego oddziału specjalnego i przeniesienie go w pobliże granicy
niemieckiej, na przykład do Brześcia Litewskiego. Prowadzenie działań
operacyjno-wywiadowczych z tej pozycji powinno w znacznym stopniu
zwiększyć efektywność naszej pracy, a także rozwinąć, z wykorzystaniem
polskiego elementu, rozpoznanie wywiadowcze sił i ruchów Niemców po
drugiej stronie granicy. Da nam to również możliwość bliższej współpracy
z Gestapo i jednocześnie ich rozpracowania. Z Brześcia do Warszawy jest
przecież niespełna dwieście kilometrów... Przedsięwzięcie ryzykowne, ale
możliwe do realizacji. Wymaga oczywiście odpowiednich przygotowań -
zakończył Fitin pytającym tonem.
Beria, który cały czas słuchał uważnie, spojrzał na Mierkułowa.
- A co ty o tym myślisz, Siewa? - zapytał. - Odważne, jeszcze tak nie
działaliśmy, ale cóż, czasy są trudne i mogą być jeszcze trudniejsze.
- Trzeba szukać nowych rozwiązań - oznajmił Mierkułow.
- Ciekawe... Czekam na raport - powiedział Beria, wstając.
11
Pokój wypełniały kłęby dymu papierosowego wymieszane z oparami wódki,
piwa i uryny z zepsutej toalety. W rogu pokoju stał telewizor włączony
na MTV bez głosu.
Pułkownik Andriej Olegowicz Stepanowycz z mińskiego KGB czuł, że jeżeli
zostanie dłużej, to za chwilę urwie mu się film. Podjął już decyzję:
najwyższy czas iść do domu, zwłaszcza że mieszka niedaleko.
Wydawało mu się, że głosy pięciu pijanych mężczyzn zlewają się w jeden
potężny ryk. W żadnym wypadku nie mógł zasnąć, bo miał nieodparte
wrażenie, że koledzy ze Służby Celnej, nie mniej pijani od niego, tylko
czekają, żeby odebrać mu jego zasłużone pięć tysięcy dolarów.
Później powiedzą, że gdzieś zgubiłem. To skurwysyny... Takim nigdy nie
można ufać! - pomyślał z wysiłkiem.
Co prawda nie napracował się zbytnio, by zasłużyć na te pieniądze, bo i nie było przy czym, zabezpieczał jedynie transport papierosów do Polski,
ale piątka mu się należała, bo jest najstarszy stopniem. Już dawno nie
dostał takiej kasy, więc ciągle odruchowo wsuwał rękę do kieszeni,
sprawdzając, czy pieniądze są na swoim miejscu. I po każdej takiej
kontroli było mu coraz przyjemniej.
- Cisza! - krzyknął chyba ciut za głośno i opierając się o chybotliwy
stół, spróbował wstać. - Baczność! Towarzysz pułkownik wychodzi do domu
- powiedział niezbyt wyraźnie do zamilkłych nagle kompanów. - Nie
sprowadzać mi tu żadnych kurew, jak pójdę. To jest... kurwa... przyzwoite
mieszkanie konspiracyjne Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego Republiki
Białoruś. Zrozumiano?! - Z trudem utrzymywał się w pionie. - Nie trzeba
mi tu żadnych awantur. Nie dzisiaj, kiedy wszyscy są przy kasie. A z kurwami zawsze są kłopoty! Zrozumiano?! - Mimo że mówił bełkotliwie,
starał się być poważny.
Nawet w tym stanie doskonale wiedział, że Służba Bezpieczeństwa
Prezydenta tylko czeka, by przywalić chłopcom z KGB, i jego kasa
poszłaby niechybnie na wczasy w Egipcie dla jakiegoś wałka Łukaszenki.
Patrzył na czerwone twarze pięciu mężczyzn siedzących wokół stołu i nie
był pewny, czy dotarło do nich to, co powiedział.
- Wasia! Chodź tu... chłopie! Odpowiadasz za zakończenie tej imprezy. -
Zachłysnął się powietrzem i odbiło mu się niebezpiecznie. Po chwili
dokończył: - Pilnuj tych celników, to amatorzy, i żeby nie skończyło się
jak poprzednio. Zrozumiałeś, durniu?! - rzucił do kapitana Krupy,
najmłodszego w towarzystwie i, jak mu się wydawało, w miarę trzeźwego.
- Odprowadzę was do domu... towarzyszu pułk... niku! - Kapitan poderwał się
tak gwałtownie, że aż upadło za nim krzesło. Stanął na baczność,
wychylając się do tyłu wbrew prawom fizyki, ale nikt nie zwrócił na to
uwagi.
- Idź w cholerę, Wasia! Mam do domu... może... dwieście metrów! Może mniej.
Masz mi dopilnować tej imprezy. Zrozumiałeś, durniu?! - Stepanowycz
niepewnym krokiem posuwał się w kierunku drzwi.
- Tak jest! Towa...szu... niku! - odpowiedział kapitan Krupa, jakimś cudem
prostując się w postawie zasadniczej.
- Idź, chłopcze, do kuchni, tam na stole są ogórki... tylko weź te
zamknięte. I flaszkę daj. - Stepanowycz radził sobie teraz zupełnie
dobrze. - Jest tam też reklamówka... No idź, Wasia! Włóż to do niej i przynieś.
Krupa, chwytając się framugi drzwi, ruszył do kuchni.
- Jutro też jest dzień! - refleksyjnie rzucił pułkownik i zaraz dodał: -
Daj moje fajki ze stołu... Jutro trzeba jakoś przeżyć! Nie?!
Znalezienie ogórków, wódki, papierosów i torby Media Markt zajęło
kapitanowi dużo czasu.
Stepanowycz stał oparty plecami o drzwi i wyglądał, jakby zasnął.
- Wszystko gotowe, tow...szu puł...niku! - zameldował zadowolony Krupa,
wyciągając przed siebie czerwoną reklamówkę.
- Chodź tu, Wasia! - Pułkownik ocknął się, brutalnie przyciągnął Krupę
za kark i z wolna wyszeptał mu do ucha: - Pilnuj swojej kasy! Ci celnicy
to złodzieje i jak im pozwolisz, to cię opierdolą. I tak zarobili dwa
razy więcej na tych fajkach, niż mówią. Ale ja to ustalę, Wasia! I wszystko oddadzą z procentem. Zobaczysz! - Wciąż nie zdejmował mu ręki z karku. - Ty jesteś dobry chłopak, Wasia! Trzymaj się mnie, a dobrze na
tym wyjdziesz. - Poluźnił uścisk, ale Krupa wciąż stał w postawie
zasadniczej, z zamkniętymi oczami.
Stepanowycz z trudem zszedł z trzeciego piętra, nie odrywając dłoni od
poręczy. Brak żarówek na klatce schodowej nie ułatwiał mu zadania.
Wyszedł przed budynek i poczuł ciepłe, świeże nocne powietrze. Wyjął
papierosa i zaczął intensywnie szukać w kieszeniach zapalniczki. Ruchy
krępowała mu torba z ogórkami i wódką.
Po chwili zaciągnął się mocno darmowym papierosem z ostatniego
transportu i jak pędzący parowóz wypuścił w górę dym.
Czuł się dobrze, jak człowiek sukcesu i władzy.
- The sky is the limit - powiedział głośno po angielsku swoje ulubione
zdanie, jedyne zresztą, jakie znał w tym języku, i ruszył w kierunku
domu gęsto zadrzewioną asfaltową alejką.
Blade światło nielicznych latarni wskazywało kierunek. Była sobota i na
osiedlu, mimo ciepłej nocy, panowała nienaturalna o tej porze cisza.
Szedł powoli, próbując, ze zmiennym szczęściem, trzymać się ścieżki.
Nagle przystanął, odwrócił się i spojrzał do tyłu. Miał wrażenie, że
ktoś za nim idzie. Czuł czyjąś obecność.
Wytężył wzrok, lecz słabe światło i bujne zarośla nie pozwalały mu nic
dostrzec. Nie bał się. Czuł się pewnie. Na oficerskim osiedlu nikt by go
nie tknął, chociaż i tu czasami zdarzały się drobne awantury.
W pewnym momencie zauważył, że kilka metrów od niego nienaturalnie
poruszyły się liście. Chwycił ręką za marynarkę na piersi, gdzie miał
grubą kopertę z pieniędzmi.
Tam ktoś jest! - pomyślał i pożałował, że nie wziął broni.
- Wasia? To ty, bałwanie?! - powiedział gromko, by dodać sobie odwagi. -
Wyłaź, bo cię zastrzelę! - Udał, że sięga po ukryty pistolet.
Zdawał sobie sprawę, że w tym stanie jest bezbronny. Wiedział też, że to
nie może być Wasilij Krupa. Stał jeszcze chwilę, obserwując przez
zmrużone oczy zarośla. Znów mu się wydało, że ktoś tam jest. Nie był
pewny, czy to złudzenie, czy rzeczywiście widzi kształt postaci i jaśniejszą twarz zatopioną w ciemnej zieleni.
Czuł, jak pulsuje mu krew w skroniach i mocno bije napędzone wódką
serce.
Skurwysyny! Chcą mnie oczyścić z kasy! - dotarło do niego nagle z całą
siłą.
Wypełnił go niepokój, jakiego dotąd nie znał, a przecież nic nie
widział. Pewnie mu się tylko zdawało, że ktoś go śledzi. Im bardziej nie
rozumiał, co się z nim dzieje, tym większą czuł panikę.
Przyspieszył kroku. Wyostrzone zmysły działały jak nowe. Już widział
bramę swojego domu.
Energicznie otworzył mocno sfatygowane, skrzypiące drzwi. Po omacku
przeciągnął lewą ręką i odszukał skrzynki na listy, za którymi był
włącznik światła. Znalazł go bezbłędnie i nacisnął, ale światło zapaliło
się tylko na wyższych piętrach, rzucając na dół zaledwie słabą poświatę.
Teraz już poczuł się bezpiecznie. Był w domu. Zrobił pierwszy krok po
schodach i zatrzymał się.
Kątem oka dostrzegł zarys wysokiej postaci. Stała nieruchomo po prawej
stronie, w ciemnej wnęce, przy wejściu do piwnicy. Andriej Olegowicz nie
uciekał, znieruchomiał jak ołowiany posąg. Chciał tam spojrzeć, ale się
bał!
Minęły dwie, trzy sekundy. I nagle poczuł potężne, bezbolesne uderzenie
w plecy i równocześnie na twarzy silny uścisk czyjejś dłoni. Po chwili
spadły na niego dwa następne uderzenia. Zrobiło mu się gorąco na całym
ciele. Jego nozdrza podrażnił słodki, dziwny zapach, ugięły się pod nim
nogi i ciepła, wilgotna plama rozlała mu się po plecach.
- To nóż! Nóż... - usłyszał własny głos, uciekający i metaliczny.
Zawirowało mu w oczach. Chciał zwymiotować. Zobaczył, jak w zwolnionym
tempie przesuwa się nad nim znajoma twarz. Zrozumiał, że leży, i chciał
coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu.
Dwie mocne dłonie sprawnie przeszukiwały mu kieszenie, wyciągając
kopertę z pieniędzmi, portfel i pęk kluczy. Jeszcze przez chwilę
mocowały się z plastikową torbą, która owinęła się wokół nadgarstka.
Potem usłyszał trzaśnięcie drzwi wyjściowych i szybko oddalające się
kroki.
Było cicho i coraz zimniej.
12
- Panie prezesie, przyszedł profesor Kazimierz Barda - zaanonsowała
przez telefon sekretarka.
Doktor Henryk Małecki wstał z fotela i z ledwo zauważalnym ociąganiem
wyszedł z gabinetu.
- Serdecznie witam, panie profesorze, w siedzibie Instytutu Pamięci
Narodowej. To dla nas i dla mnie osobiście zaszczyt gościć twórcę
polskiej cybernetyki i informatyki. Bardzo przepraszam, że musiał pan
tak długo czekać na to spotkanie, ale sam pan rozumie, jak bardzo jestem
teraz zajęty. - Prezes ściskał rękę wysokiego, dystyngowanego pana po
osiemdziesiątce.
- Nic nie szkodzi. Mam teraz sporo wolnego czasu, chociaż moja
macierzysta uczelnia we Wrocławiu nadal powierza mi jakieś zadania i nie
pozwala ostatecznie się zestarzeć. Wciąż mam kontakt ze studentami. -
Głos profesora brzmiał dźwięcznie, wręcz młodzieńczo.
Przeszli do gabinetu prezesa i usiedli w głębokich fotelach przy
przygotowanym wcześniej stoliku.
- Czym mogę panu służyć, panie profesorze? Może odrobinę koniaku, pora
jest już właściwa, lecz może temperatura na zewnątrz zbyt wysoka? -
zapytał Małecki oficjalnie.
- Z przyjemnością, panie prezesie. Myślę, że dobrze mi to zrobi po
podróży, tym bardziej że lekarze nie zabraniają mi tego trunku mimo
moich osiemdziesięciu ośmiu lat.
- Nieprawdopodobne! Świetnie pan wygląda, panie profesorze! - Małecki
był autentycznie zaskoczony.
- Panie prezesie, ile czasu może mi pan poświęcić? - zapytał Barda
prosto z mostu.
- Ile będzie trzeba! Nie mam już dzisiaj żadnych spotkań - skłamał
Małecki, bo kolejka interesantów nigdy się nie kończyła, ale miał
nadzieję, że profesor to zrozumie i nie będzie przeciągał rozmowy.
- Sprawa, z którą do pana przychodzę, jest, jak mi się wydaje, dosyć
nietypowa. Pewnie z racji piastowanego urzędu ma pan cały szereg
nietypowych spraw... albo może wyłącznie nietypowe... zresztą za chwilę sam
pan oceni. Muszę jednak bardzo wyraźnie podkreślić, że ta rozmowa ma dla
mnie osobiście ogromne znaczenie. Mógłbym nawet śmiało powiedzieć, że to
najważniejszy dzień w moim życiu, co pewnie pana zdziwi, panie prezesie.
I rzeczywiście Małecki był zdziwiony tym, co usłyszał. Praktycznie nie
spotykał się z osobami, które figurowały w katalogach IPN. Zanim zgodził
się na rozmowę z Bardą, sprawdził go we wszystkich możliwych rejestrach.
Wydało mu się niepojęte, że ktoś taki jak profesor, który wykładał
przecież na zagranicznych uczelniach, nigdy nie zainteresował służb
specjalnych PRL. Chociaż zdarzały się takie przypadki... Ale to tylko
zwiększało jego zdziwienie tym, co przed chwilą usłyszał.
Profesor zawiesił głos i przyciągnął do siebie filiżankę z kawą i koniak. Małecki miał wrażenie, że jego gość zastanawia się, czy dobrze
zrobił, przychodząc tutaj. Był coraz bardziej ciekaw, co ma do
powiedzenia.
- Proszę mi wybaczyć, panie prezesie, że zapytam tak bezpośrednio.
Rozumiem, że nasza rozmowa... nie jest rejestrowana? Zgadzam się na
robienie notatek, ale nie na nagrywanie. - Profesor był uprzejmie
stanowczy.
- Ależ, panie profesorze! - Małecki zrobił minę, jakby się lekko
obraził, chociaż często nagrywał spotkania. - Może w takim razie
poproszę mojego asystenta Zenona Ruperta, by sporządzał notatki? -
zapytał.
Profesor skinął głową i sięgnął po kieliszek. W tym czasie Małecki
poprosił przez telefon asystenta, by przyszedł do jego gabinetu.
Zauważył, że profesor pociągnął duży łyk koniaku, jakby chciał dodać
sobie odwagi.
- Pan Rupert jest bardzo zdolnym młodym naukowcem, jednocześnie moim
doktorantem. Mam do niego pełne zaufanie, gdyż znam go od dziecka. Jego
ojciec to mój najbliższy przyjaciel, jeszcze z czasów działalności
podziemnej.
- Słyszałem gdzieś to nazwisko... - powiedział Barda.
- Tak, to syn naszego ministra obrony Zbigniewa Ruperta.
Charakterystyczne, nie da się pomylić, prawda? - Małecki sięgnął po swój
kieliszek.
Rupert wszedł do pokoju gwałtownie, bez pukania. Podszedł do profesora z wyciągniętą ręką i sztucznym uśmiechem na twarzy.
- Witam pana profesora - rzucił krótko.
Widać było, że już wcześniej wiedział, kogo zastanie w gabinecie.
Od razu zrobił na Bardzie bardzo złe wrażenie - zbyt pewnego siebie,
aroganckiego młodego człowieka - i chociaż profesor prawie całe życie
spędził z młodzieżą, rzadko spotykał się z takim brakiem szacunku.
- Panie profesorze - powiedział Małecki - przedstawiam panu magistra
Zenona Ruperta.
Barda podał mu rękę, nie wstając z fotela, ale odniósł wrażenie, że
Rupert nie zrozumiał tego gestu.
- Zenek - zwrócił się Małecki do Ruperta - usiądź, będziesz robił
notatki z naszej rozmowy.
- Prawdę mówiąc, wszystko to, co panowie za chwilę usłyszą, powinno być
objęte klauzulą "ściśle tajne". Tak to się mówi? - zapytał Barda, choć
dobrze wiedział, co ten termin oznacza. - Rzecz dotyczy mojego życia i spraw, które nie powinny być zapomniane.
Słowa "życia i spraw" zabrzmiały mocno, groźnie. I chciał, żeby tak
właśnie zostały odebrane.
- Rozmawiałem niedawno z moim synem, który od dwudziestu lat jest
wykładowcą na Massachusetts Institute of Technology. Jemu pierwszemu
opowiedziałem tę historię i to właśnie on mi doradził, bym zwrócił się z tą sprawą do Instytutu Pamięci Narodowej. Przyznam szczerze, panie
prezesie, że nie jest to najlepszy sposób zakończenia mojej odysei, ale
nie mam wyboru. - Na chwilę zawiesił głos. - A może jest to jednak
jedyny wybór, jakiego teraz mogę dokonać, bo, jak mówią mi lekarze,
muszę się szybko decydować.
Profesor mówił spokojnie, dobierając słowa, i nie zwracał uwagi na
reakcje prezesa, a tym bardziej siedzącego za biurkiem wyłysiałego
przedwcześnie doktoranta. Miał wrażenie, że kręci mu się trochę w głowie
od koniaku, że jeszcze nie jest gotowy, że może jednak nie powinien nic
mówić.
- Zdarzyło się to w lipcu czterdziestego trzeciego roku w lasach na
Polesiu, na południowy wschód od Grodna. Teraz to jest Białoruś. Oddział
nasz, wchodzący w skład Zgrupowania AK na Grodzieńszczyźnie, był
jednostką do zadań specjalnych. Dowodził nim major Stanisław
Waszczykowski, pseudonim "Broda". Wraz z bratem zostaliśmy wówczas
przydzieleni do tego oddziału, z bezpośrednią podległością Brodzie. Mój
nieżyjący już dzisiaj brat Jan, starszy ode mnie o cztery lata, był
oficerem zawodowym WP. Do września trzydziestego dziewiątego roku służył
w Oddziale Drugim Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, Referat Wschód, w Warszawie. W chwili wybuchu wojny był już kapitanem, ja natomiast młodym
podchorążym. Nie będę wchodził teraz w szczegóły, powiem jedynie, że
zgodnie z planami operacyjnymi na wypadek wojny przeszliśmy pod koniec
września trzydziestego dziewiątego, z dobrymi papierami, do strefy
sowieckiej, gdzie mieliśmy oczekiwać w ukryciu na dalsze instrukcje.
Mieszkaliśmy w starym domku na przedmieściach Grodna. Gdzieś na
przełomie stycznia i lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego roku
nawiązał z nami kontakt łącznik z Warszawy. Od tej chwili do wybuchu
wojny sowiecko-niemieckiej zajmowaliśmy się rozpoznaniem i budową
organizacji wywiadowczej na zapleczu Rosjan. W szczególności
interesowała nas współpraca niemiecko-sowiecka, stan przygotowań ZSRR do
wojny i tym podobne sprawy.
Profesor mówił płynnie, ze swobodą. Rupert dokładnie wszystko notował,
ale Małecki już słyszał takie historie.
- Byliśmy wtedy podkomendnymi Oddziału Drugiego Komendy Głównej ZWZ.
Jednym z ważniejszych zadań, jakie wypełnialiśmy do chwili wybuchu
wojny, była identyfikacja i jeśli zaszła potrzeba - Barda zawahał się
przez moment - likwidacja współpracowników NKWD oraz wszelkiego rodzaju
renegatów i donosicieli w naszych szeregach. Prowadzenie działalności
konspiracyjnej i wywiadowczej w tych czasach i na tym terenie było
nadzwyczaj trudne, NKWD bowiem miało bardzo sprawną i dobrze
zorganizowaną strukturę oraz liczne grono gorliwych współpracowników.
Udawało nam się uniknąć prowokacji i aresztowania, gdyż pracowaliśmy z bratem sami, a naszą łączniczką była Hania. Wyjątkowa, niezwykła osoba...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
Pomruk czterech wirujących silników potężnego airbusa 340 zapowiadał
bliski start.
Wraz z grupą spóźnionych pasażerów jako ostatni wszedł na pokład Konrad
Wolski. Stewardesa Lufthansy w nienagannym granatowym kostiumie wskazała
mu drogę do przedziału klasy biznes.
Wrzucił plecak do luku bagażowego i ciężko opadł na fotel przy oknie.
Wszystkie miejsca oprócz sąsiedniego były zajęte. Po prawej stronie, w środkowym rzędzie, siedział mężczyzna około trzydziestki, w białej
koszuli, bez krawata, i z wyraźnym zaangażowaniem pisał na laptopie.
Konrad przyglądał mu się przez chwilę i pomyślał, że jest przecież
trzecia w nocy. Będzie tak stukał do rana?
- Nieważne... - mruknął do siebie, nieco zrezygnowany. Nie był w dobrym
nastroju, czuł skutki alkoholu wypitego przez ostatnie dwa dni.
Miał nadzieję, że szybko się rozluźni i zaśnie, że napięcie i rozczarowanie bezowocną akcją w górach Jemenu ustąpią chociaż na jakiś
czas. Od początku wiedział, że szanse powodzenia są niewielkie, a nie
była to przecież jego pierwsza misja wywiadowcza, mimo to obwiniał się o jej fiasko.
Przez całą poprzednią noc, w miarę rozbrajania minibaru w pokoju 347
hotelu Al Bustan Rotana, William Stenton starał się mu wytłumaczyć, że
to nie jego wina, taki po prostu mają zawód. Jednakże wraz z upływem
czasu Konrad coraz bardziej się rozrzewniał, a William popadał w coraz
większą determinację. Każdy z nich bronił swojej opinii do tego stopnia,
że następnego dnia zgodnie zrezygnowali ze śniadania.
Konrad lubił pracować z Williamem. Widział, że jest on zupełnie inny niż
pozostali oficerowie Secret Intelligence Service, a w końcu znał ich
wielu - od herbowych arystokratów, walijskich górników, Irlandczyków,
Żydów do zadziwiających londyńczyków, jakich można spotkać między
Brixton, Soho a East Endem. Jednym z nich był właśnie Stenton, trochę
młodszy od Konrada, ale z dużym szpiegowskim talentem, bezbłędną
znajomością arabskiego, polskim cwaniactwem, odpornością Rosjanina i urodą fińskiego chłopa.
To już nasza kolejna wspólna robota, a chemia wciąż się zgadza -
pomyślał. No i dobrze... bo lubię tego Brytola!
Miał totalny zamęt w głowie. Osądził, że stanowczo przesadzili z ilością
czerwonego wina i burbona, wypitą podczas dwugodzinnego oczekiwania na
lotnisku w Dubaju.
Bill wyleciał godzinę wcześniej do Londynu - pomyślał z zazdrością - a mnie czeka jeszcze przesiadka we Frankfurcie. W Warszawie będę dopiero o jedenastej.
Spojrzał na zegarek.
Najgorsza godzina! Reszta dnia stracona.
Przez moment mu zaświtało, że po drodze z lotniska mógłby wpaść do
Agencji na Miłobędzką, ale natychmiast zrozumiał, że właściwie nie ma
powodu i że takie myśli to zwykły odruch Pawłowa.
Ciekawe, czy w Wydziale udało się uzyskać coś nowego w sprawie tego
cholernego Karola, Safira as-Salama.
Zadziwiający przypadek, ten Karol! Po raz kolejny Konrad analizował
sprawę i chociaż znał ją tak dobrze jak siebie samego, to wciąż nie mógł
znaleźć odpowiedzi na wiele pytań, w tym na najważniejsze: Dlaczego?
Dlaczego Polak konwertyta, dwa fakultety, pięć języków: arabski,
francuski, angielski, niemiecki i włoski, mistrz walk wschodnich, został
łącznikiem między Al-Kaidą w Jemenie i Pakistanie a resztą świata? Co
zrobił, że powierzono mu ważną i delikatną funkcję zaufanego
współpracownika Sajeda al-Szariego? Musiał udowodnić swoje oddanie
dżihadowi i Koranowi, przelewając krew niewiernych! To jasne! Ta myśl
napawała Konrada wściekłością.
Trudno to teraz zweryfikować, ale prawdopodobnie to on pomógł lokalnym
terrorystom porwać naszego ambasadora w Jemenie w 2000 roku. Może to
właśnie była jego przepustka do Al-Kaidy.
Rozmawialiśmy ze wszystkimi, którzy go znają, i nikt nie potrafił
znaleźć rozsądnej odpowiedzi. Kim on jest? Dlaczego napisał do swojej
parafii w Ursusie, że występuje z Kościoła katolickiego? Już tyle
miesięcy Konrad powtarzał sobie te same pytania. Gdyby znał na nie
odpowiedź, już dawno dopadłby Karola.
A tu ciągle to męczące, idiotyczne "dlaczego?". Przypadek nie do
wyjaśnienia, chociaż wszyscy myślą, że wiedzą, w czym rzecz. Jak ten mój
szef, generał szpiegostwa! On też zawsze wszystko wie... Dlaczego
kanadyjski geniusz Gerald Bull budował superdziało dla babilońskiego
geniusza Saddama? Dlaczego został zamordowany? Proste pytania, trudne
odpowiedzi. Generał zawsze odpowiada na pytanie "dlaczego?" zdaniami
wielokrotnie złożonymi i nie jest to odpowiedź zaczynająca się od "nie
wiem, ale..." czy "bo to jest tak...". Konrad wciąż czuł niesmak po
nieudanym pościgu za Safirem bezdrożami Szabwy i rozpierała go
wściekłość towarzysząca porażce.
Musi wiedzieć, że go ścigamy, ma to przecież wkalkulowane w swój los, to
jego ryzyko! Cóż, sam sobie wybrał... Co też mi chodzi po łbie! - obruszył
się. Przecież dlatego znowu zwiał, że wie, iż jest dla nas bezcenny.
Leżał w opuszczonym fotelu, przymknąwszy powieki, gdy ktoś delikatnie
szarpnął go za ramię.
Stewardesa z przyklejonym do twarzy uśmiechem przypomniała o podniesieniu fotela i zapięciu pasów. Poczuł ulgę, gdy przerwała mu te
męczące myśli.
Zapiął pas i dopiero teraz zauważył, że tygodnie spędzone w górach
Jemenu i Omanu zdjęły z niego kilka kilogramów. Jeszcze przez chwilę się
mocował, by rozsznurować i zdjąć buty trekkingowe, po czym oparł głowę o szybę i obserwował, jak samolot toczy się po płycie lotniska. Przygasło
światło i ciężki airbus rozpoczął swój długi rozbieg, by wreszcie
poderwać się do spokojnego, miarowego lotu.
Przeleciałem w swoim życiu już chyba na Księżyc i z powrotem, ale do
startów nigdy się nie przyzwyczaję. Z wyjątkiem airbusa 340! - pomyślał,
wciąż wyglądając przez okno w nadziei, że w końcu zobaczy słynną palmową
wyspę i mapę świata. Samolot jednak dopiero się wznosił i z tej
wysokości niewiele było widać. Wpatrzony w widok za oknem, Konrad nawet
nie zauważył, kiedy zgasł sygnał "zapiąć pasy" i zapaliło się światło.
Rozłożył fotel, który wychylił się niemal horyzontalnie. Lubił latać
klasą biznes, bo przy jego wzroście, prawie metr dziewięćdziesiąt,
zapewniała mu odpowiedni komfort.
Stewardesa podała kartę posiłków. Bez zastanowienia zamówił rybę i podwójną whisky, mając nadzieję, że szybko zaśnie. Obiecał sobie, że
zaraz po powrocie weźmie tydzień wolnego i pojedzie pożeglować na
Mazury. Myśl o jeziorach i soczystej zieleni bez czterdziestostopniowego
upału sprawiła mu wyraźną przyjemność. Poczuł, jak poprawia się jego
nastrój.
Włączył monitor kina pokładowego i przejrzał zestaw tytułów. Wybrał na
chybił trafił film 300. Tymczasem stewardesa przyniosła mu szklaneczkę
whisky z brzęczącym lodem. Założył słuchawki i włączył film. Postanowił
zaczekać na posiłek, a potem oglądać tak długo, aż zaśnie.
Nie zasnął. Obejrzał do końca i ze zdziwieniem stwierdził, że film
zrobił na nim wrażenie. Zaczął się intensywnie zastanawiać, co go tak
poruszyło. Czy to, że komiksowa, barwna i tandetna historia trzystu
Spartan nie odbiegała tak bardzo od świata, w którym żył? Świata
szpiegów, wywiadów, pełnego kłamstwa i hipokryzji, choć także przyjaźni
i bohaterstwa. Świata, w którym nic nie jest tym, na co wygląda, świata,
w którym nie istnieją słowa "wiem" i "nie wiem", kolory zaś są kwestią
umowy. Nie ma nazwisk, tylko imiona, a prawdziwe są może jedynie twarze.
Ale w tym filmie wszystko wydaje się takie jasne, szczere... Chciałbym,
żeby takie było moje życie, chciałbym być takim Leonidasem.
Odbierał film zmysłami wyostrzonymi przez alkohol. Odreagowywał w ten
sposób ostatnie ciężkie miesiące. Był to naturalny odruch obronny, który
pozwalał chociaż na krótko wierzyć, że świat jest prostszy i ludzie są
lepsi. Że istnieją honor, godność i zasady. Jak żona, to taka jak Gorgo,
jak zdrajca, to taki jak Efialtes, jak zwierzchnicy, to tacy jak
eforowie, a moralność i polityka, które w filmie uosabiał Teron, oparte
na jasnych, prostych regułach.
Ale tak nie jest i nigdy nie będzie. W tym zawodzie naprawdę trudno
znaleźć jakiś wyraźny punkt odniesienia. Trudno więc wierzyć także w Boga, o ile to w ogóle możliwe. A w zasadzie lepiej nie wierzyć. Widać
zresztą, jak pobożność oficerów maleje wraz ze wzrostem ich
doświadczenia.
Jeśli szpieg w cokolwiek wierzy, to tylko w to, że może mu się uda -
myślał Konrad, leżąc w fotelu przykryty kocem, i nagle zorientował się,
że nie pamięta, czy zjadł już posiłek, czy nie. Na oczach miał opaskę i czuł, że ołowiane ręce odmówiłyby mu posłuszeństwa, gdyby kazał im się
ruszyć.
2
Obudził się, lecz pozostał jeszcze w łóżku. Pokój wypełniało blade
światło rozpoczynającego się dnia.
Nazywam się Hans Jorgensen - pomyślał.
- Nazywam się Hans Jorgensen - powiedział półgłosem, akcentując
nienaturalnie mocno "H" i "J". - Jestem Duńczykiem i mieszkam w Szwecji.
Zapalił lampkę i spojrzał na zegar: dochodziła piąta trzydzieści.
Usłyszał głośne trzaśnięcie metalowej klapki w drzwiach, gdy doręczyciel
wrzucił do środka gazetę. Lubił ten dźwięk, poranny sygnał dnia
zapowiadający nowe wydarzenia.
W mieszkaniu unosił się wyraźny aromat kawy.
Automat też już się obudził - pomyślał i poczuł przypływ dobrego
nastroju.
Jakiś czas leżał jeszcze w łóżku i myślał o Ingrid, która przez tyle lat
parzyła mu kawę dokładnie o piątej trzydzieści. Odkąd odeszła, jej rolę
przejęło to bezduszne urządzenie.
Poderwał się żwawo, zadowolony, że mimo osiemdziesiątki na karku wciąż
jest w dobrej formie. Wiedział, że osiągnął to nie bez wysiłku.
Wykonał kilka ćwiczeń, by rozluźnić stężałe po nocy mięśnie. Przypomniał
sobie, że nie wykupił jeszcze karnetu na basen, na który uczęszczał
regularnie przez ostatnie trzydzieści siedem lat.
Włożył szlafrok i zaczął przygotowywać śniadanie. Z lodówki wyjął tubkę
pasty rybnej Kalles. Przyjrzał się bliżej opakowaniu i stwierdził, że
wczoraj upłynął termin przydatności do spożycia. Sporo jeszcze zostało,
więc wycisnął tubkę do końca. Wystarczyło na dwie kromki ciemnego
chleba.
- Jak typowy stary Szwed - powiedział, chociaż rzadko myślał o sobie w ten sposób.
Podszedł do drzwi, podniósł z podłogi gazetę "Svenska Dagbladet" i jak
codziennie podczas śniadania zaczął ją przeglądać. Najpierw rzucił okiem
na pierwszą stronę i tytuły artykułów. Szybko jednak przeskoczył do
stron z ogłoszeniami. W dziale "sprzedam", sunąc palcem po tekście,
przejrzał uważnie anonse na literę "Z". Nie potrzebował okularów.
Czynność tę wykonywał dzień w dzień od czterdziestu trzech lat i ani
razu jej nie zaniedbał. Mimo że z niemałym trudem opanował obsługę
internetu, wolał posługiwać się gazetą.
Przepracowawszy ponad czterdzieści lat jako naczelnik wydziału Urzędu
Imigracyjnego w Sztokholmie, odszedł na emeryturę tuż przed kolejną
komputeryzacją. Wiedział aż nazbyt dobrze, że nie poradziłby sobie w nowych warunkach. Był jednak dumny ze swojego przywiązania do czegoś, co
nazywał tradycją i zasadami Hansa.
Na ostatnim miejscu w kolumnie "sprzedam" dostrzegł ogłoszenie:
"Zainteresowani szkicem E. Dahlbergha, Ryga, tel. 0859011678".
Drgnął, poczuł narastające podniecenie. Zawsze tak reagował, gdy czytał
ten anons, choć ostatnio nie zdarzało się to często. Próbował sobie
przypomnieć, który to już raz.
Nie jestem pewien - pomyślał - ale chyba co najmniej pięćdziesiąty.
Podszedł do biblioteki, wyjął książkę, w której zaznaczał numery stron
odpowiadające kolejnym ogłoszeniom. Obliczył, że to jest pięćdziesiąte
piąte, i aż się zdziwił, stwierdziwszy, że poprzednie ukazało się
zaledwie dwa miesiące wcześniej. A był czas, że nie ukazywało się przez
dwa lata.
Stanął przed lustrem w przedpokoju i uśmiechnął się do siebie. Miał
poczucie, jakby satysfakcja mieszała się z młodzieńczym wigorem. Ten
stan, którego doświadczał całkiem często, kojarzył mu się zawsze z pegazem. Nie wiedział właściwie dlaczego, ale darzył sympatią to
niby-zwierzę, którego tandetna figurka stała na regale. Ingrid kupiła ją
wiele lat temu na targu staroci na Skärholmen.
Przeszedł do salonu. Spojrzał na zdjęcie uśmiechniętej Ingrid,
obejmującej wysoką sylwetkę ich syna Carla w granatowym mundurze oficera
Szwedzkiej Marynarki Wojennej. Przez chwilę się zastanawiał, gdzie on
teraz może być. Od wielu dni nie miał z nim kontaktu. Ale tak jest
zawsze, gdy Carl wyjeżdża na ćwiczenia.
Musiał zająć się ogłoszeniem. Wiedział, że ma na to tylko dwanaście
godzin. Nie obawiał się żadnych komplikacji. Był profesjonalistą i nigdy
się nie pomylił.
Spokojnie dokończył śniadanie, powtarzając w pamięci numer telefonu.
Przychodziło mu to z łatwością dzięki wyćwiczonej zasadzie skojarzeń.
Umiejętność zapamiętywania faktów, obrazów, a cyfr w szczególności,
opanował już dawno i mimo upływu pięćdziesięciu pięciu lat wciąż
doskonale sobie radził. Był przekonany, że pomylić się nie może.
Ważniejsze było jednak to, że znów zdał swój egzamin z alzheimera. Bał
się tej choroby bardziej niż jakiejkolwiek innej. Znał ją dobrze, bo
zmagała się z nią Ingrid.
Mimo że od wielu lat był na emeryturze, czuł ogromną potrzebę
aktywności. Nie przeszkadzało mu, że jest teraz wykorzystywany w mniejszym stopniu niż dawniej. Tak czy owak wciąż cieszył się zaufaniem
i był potrzebny.
- Życie w samotności wymaga szczególnego hartu. I ja go mam. Taka
samotność długodystansowca - mruknął pod nosem.
Kolejny raz przyłapał się na tym, że coraz częściej mówi do siebie. Znów
pomyślał o Carlu. Odkąd odeszła Ingrid, tęsknił za nim jeszcze bardziej
i trochę dał się ponieść emocjom.
No proszę, zabrakło mleka do kawy. Ona nigdy by o tym nie zapomniała -
pomyślał. Więc co? Mam dzisiaj dwie sprawy do załatwienia: kupić mleko i odpowiedzieć na ogłoszenie.
- Jestem czasami trochę za bardzo cyniczny - powiedział do siebie i stwierdzenie to sprawiło mu przyjemność.
Wziął prysznic i ubrał się.
Stał teraz na środku salonu. Lubił go, choć wielu mógł się wydawać
staromodny i niepraktyczny. Nigdy nie przekonał się do produktów Ikei,
bo zawsze odrzucała go myśl, że będzie musiał je skręcać. Żałował
jedynie, że po odejściu Carla z domu sprzedał wszystkie jego meble, tak
jakby chciał wyrzucić go z pamięci, a to przecież nieprawda.
Nie ma to jak moja przedwojenna komoda - pomyślał, patrząc na ponury
mebel, który Ingrid kupiła gdzieś na pchlim targu. Przechodząc obok,
przejechał palcem po blacie, żeby sprawdzić poziom kurzu.
W przedpokoju włożył zieloną kurtkę Barboura, którą miał od piętnastu
lat, i stojąc już z kluczami w ręku, spojrzał jeszcze raz na pokój i kuchnię. Utrwalił ten widok w umyśle jak na fotografii. Starał się
zapamiętać ustawienie wszystkich przedmiotów do najdrobniejszego
szczegółu. Odkąd został sam, zawsze tak robił, kiedy opuszczał
mieszkanie na dłużej. Może niepotrzebnie, ale podświadomość nie
pozwalała mu o tym zapomnieć.
Zamknął za sobą drzwi, dwukrotnie się upewniając, czy zamek zaskoczył.
To bardziej intuicja niż przezorność, ale od czasu włamania do sąsiadów
stał się jeszcze ostrożniejszy.
Zszedł z pierwszego piętra i wyszedł na pustą ulicę. Poczuł silne
szarpnięcie wiatru. Było już oczywiste, że tego dnia nie będzie ładnej
pogody. Zaczerpnął głęboko powietrza i poczuł się wyraźnie ożywiony.
Podszedł do swojego wysłużonego volvo 245, które stało na parkingu za
domem, chociaż nieco dalej miał garaż. Wielokrotnie myślał o zmianie
samochodu, ale z tym pojazdem wiązały się jego najważniejsze
wspomnienia.
Ingrid była znacznie lepszym kierowcą niż ja - skonstatował i złapał się
na tym, że coraz częściej ją idealizuje. To takie typowe dla samotnego
człowieka...
Wsiadł do zimnego samochodu, włączył silnik, ogrzewanie i na końcu
radio. Rozległy się dźwięki Stabat Mater Vivaldiego. Lubił tę
kompozycję. Wcześniej słuchali jej zawsze z dużej płyty winylowej
podczas wielkanocnego śniadania. Przypomniał sobie małego Carla, z opadającą na oczy jasną czupryną, i pogodną Ingrid krzątającą się wokół
świątecznego stołu.
Nie słyszał tego utworu od jej śmierci.
Teraz musiał jechać do swojego letniego domu nad brzegiem morza, kilka
kilometrów od miejscowości ?kersberga, na północ od Sztokholmu.
Gdy ucichła muzyka, zdał sobie sprawę, że siedział w samochodzie
kilkanaście minut. Miał jeszcze czas na sprawdzenie numeru telefonu
zamieszczonego w ogłoszeniu, ale był zły na siebie, że przypomniał sobie
o tym tak późno. Właściwie nic się nie stało, niemniej potraktował to
jako ostrzeżenie: powinien być bardziej skoncentrowany.
Jest wcześnie rano, muszę się rozruszać - pomyślał, odrzucając w ten
sposób podejrzenie, że się starzeje.
Zjechał na stację benzynową Shella na Värmevägen, kupił kartę
telefoniczną za dwadzieścia pięć koron i zadzwonił z automatu. Odebrała
zaspana kobieta, zaskoczona pytaniem o sztych Dahlbergha. Po chwili,
żeby się upewnić, wykonał jeszcze jeden, tym razem głuchy telefon na ten
sam numer. Od początku wiedział, że nie ma się czym niepokoić, ale teraz
poczuł się jeszcze lepiej.
Dojazd do ?kersbergi zajął mu o tej porze trzydzieści minut.
Wszedł do domu. Rozejrzał się i od razu nabrał pewności, że wszystko
jest w takim samym porządku jak trzy tygodnie temu, kiedy stąd
wychodził.
Otworzył okna, by wpuścić trochę świeżego powietrza. Wyszedł na taras i odetchnął głęboko. Wstawał dzień. Cisza, przeplatana wiatrem i niewyraźnym odgłosem morskich fal, działała kojąco.
Po chwili zrobiło mu się zimno. Wszedł do domu, zdjął kurtkę i włożył
grubszą, której używał do pracy w ogrodzie. Bardziej jednak nie chciał
pobrudzić swojego starego barboura, który nie nadawał się do prania. Był
z nim związany jak z najbliższym towarzyszem i wcale nie uważał, że to
może być śmieszne.
Podszedł do włazu w podłodze, obok wejścia do kuchni, i z pewnym trudem
go otworzył. Poczuł znajomą lekką woń stęchlizny.
Czy to może być zapach starości?
- Co za idiotyzm! - powiedział do siebie po cichu.
Nie lubił słowa "starość" i szybko odpędził tę coraz bardziej natrętną
myśl. Teraz ma się czym zająć, czymś ważnym, ważniejszym niż tak
prozaiczna sprawa jak starość.
Stał przez chwilę przed ciemnym i wilgotnym wejściem do piwnicy. Zszedł
jedenaście stopni w dół po prawie stuletnich schodkach. Potknął się na
uszkodzonym dziewiątym stopniu, ale szybko odzyskał równowagę. Zapalił
światło, chociaż i bez niego trafiłby bezbłędnie. Przy świetle czuł się
jednak pewniej. Znowu zapomniał rękawiczek. Owinął dłoń rękawem kurtki i zaczął rozgarniać narzędzia ogrodowe.
Nagle odskoczył. Czarny kosmaty pająk tkwił w bezruchu na ogromnej
szarej pajęczynie.
Zawahał się tylko sekundę i wymierzył staranny cios butem.
- Chyba nigdy się z tego nie wyleczę - wyszeptał.
Wydawało mu się, że już dawno pokonał tę słabość, ale lekka gorycz w ustach wskazywała, że jednak nie do końca. Jak przez mgłę zobaczył
niebieski, niedoświetlony pokój z dzieciństwa i prawie usłyszał
przeraźliwy krzyk chłopca stojącego naprzeciw brunatnej zasłony, po
której powoli sunął tłusty pająk... i śmiech dziewczynki z warkoczami.
Olga... Ale niewyraźny obraz szybko się rozpłynął.
Powrócił do pracy. Odstawił narzędzia i otworzył dobrze zamaskowane
przejście do drugiego, niedużego, wąskiego pomieszczenia. Zgasił światło
w piwnicy i zamknął za sobą drzwi. Teraz mógł włączyć światło w bunkrze.
Powiódł ręką po murze, wyczuł niezauważalne dla innych zgrubienie i delikatnie przesunął w prawo kamienną narośl. Kiedy usłyszał zgrzyt,
pewnym ruchem przyciągnął do siebie wystający kawałek ściany.
Ciekawe - pomyślał - tyle lat, a mechanizm działa bez zarzutu. Muszę go
jednak naoliwić.
Był dumny ze swojego pomysłu, a jeszcze bardziej z jego realizacji.
Poprzednia, klasyczna skrytka, mimo że wykonana przez fachowców, była,
jak się później okazało, bardziej zawodna. Służyła mu tylko dziesięć
lat.
Teraz jest dobrze. Bardzo dobrze - pomyślał.
Schowek miał co najmniej siedemdziesiąt centymetrów głębokości i tyle
samo szerokości. Był za to dość niski.
Z wnętrza wyjął gruby notatnik w skórzanej oprawie i z mosiężnym zamkiem
szyfrowym. Usiadł na krześle przy stole, nad którym wisiała metalowa
lampa ze stuwatową żarówką. Otworzył notatnik na pierwszej stronie. Od
góry, w pięciu pierwszych wierszach, biegły grupy pięciocyfrowych
odręcznych zapisów, pozostała część kartki była jeszcze niezapełniona. Z pojemnika na stole wybrał zwykły, dobrze zaostrzony ołówek. Wpisał numer
telefonu z ogłoszenia w "Svenska Dagbladet" i dodał do niego pierwsze
dziesięć cyfr zapisanych powyżej.
Przysunął się do stołu, opuścił lampę i zaczął nasłuchiwać odgłosów z zewnątrz.
Po zsumowaniu powstał dwukrotnie dłuższy nowy zestaw cyfr. Na wyklejce
okładki notatnika znajdował się tezaurus, który pozwolił odczytać tekst
poprzez przypisanie kolejnym dwóm cyfrom odpowiedniej litery. Powoli
wyłonił się tekst: "5 dni, miejsce 12".
Szybko przerzucił kartki do czerwonej zakładki i sprawdził, czy pamięć
go nie zawodzi, choć dobrze pamiętał miejsce numer 12 w Visby na
Gotlandii, które sam przygotował.
- Nareszcie! - westchnął w poczuciu zadowolenia.
Od dłuższego już czasu nie otrzymywał ofensywnych zadań operacyjnych,
jedynie ustaleniowe czy zabezpieczające, choć czasami dość
skomplikowane. Dlatego już dwukrotnie prosił Centralę o przysłanie
nowych dokumentów legalizacyjnych. Swoje duńskie papiery wykorzystywał
już wielokrotnie, toteż za każdym kolejnym razem zwiększało się
niebezpieczeństwo wpadki.
Sięgnął głębiej do ciemnego schowka i wyjął zawinięty w naoliwioną
szmatkę pistolet Walther PP. Rozwinął go, położył na stole i pomyślał,
że może trzeba go wyczyścić. Nie pamiętał, kiedy robił to ostatni raz.
Nigdy z niego nie strzelał. Nie miał emocjonalnego stosunku do broni.
Nawet nie był pewien, czy amunicja po tylu latach może się jeszcze do
czegoś przydać.
A właściwie do czego? Ciekawe, że też się tym nie interesują - pomyślał
z przekąsem.
Zawinął pistolet i włożył z powrotem do skrytki. Jednocześnie wyjął
hermetyczną kopertę ze swoimi dokumentami. Sprawdził je i stwierdził po
raz kolejny, że paszport stracił już ważność. Zaklął. Był prawie pewien,
że nareszcie wysłuchano jego błagań i że na Gotlandii odbierze nowe
dokumenty. Od jakiegoś czasu ta sprawa dziwnie go denerwowała, chociaż
zdarzały się i gorsze sytuacje w relacjach z Centralą.
No tak! Zrobił się już ze mnie typowy zgryźliwy Svensson! - pomyślał z autoironią.
Tak jak zwykle kartkę z rozszyfrowaną wiadomością wyrwał z notatnika i spalił w dużej kamiennej misce. Teraz najważniejsza była realizacja
zadania. Lubił to uczucie, wrażenie przeprogramowania. Stawał się jakby
automatem, niezawodnie pracującą maszyną, mechanicznym cudem dawnych
rzemieślników, a nie jakimś zapisem w programie komputerowym.
3
Samolot wylądował w Warszawie piętnaście minut przed czasem. Pilot
pożegnał się z pasażerami, informując, że na zewnątrz jest trzydzieści
stopni ciepła. Rozwiało się marzenie Konrada o deszczu i chłodzie.
Zanim zgasły silniki, w samolocie zabrzmiały różnobarwne sygnały
telefonów komórkowych.
Konrad miał dwa esemesy. Pierwszy od Marcina - "Czekamy" - i drugi od
Williama - "W porządku? Nigdy więcej mieszanki! Będę za tydzień. OK?".
Zdał sobie sprawę, że zapomniał o ustaleniach, jakie zrobili z Williamem
w Dubaju. O konieczności pilnego podsumowania sprawy Safira i wypracowania jakiejś nowej koncepcji dalszego działania.
Myśl o wyjeździe na Mazury, jeszcze przed chwilą tak miła, stała się
nagle nierealna.
Przecież muszę napisać raport z wyjazdu, co w optymistycznym wariancie
zajmie mi przynajmniej tydzień. Nie zdążę się przygotować do dyskusji z Williamem, a jeszcze czekają na mnie sprawy bieżące. Z pewnością w Wydziale nagromadziło się ich mnóstwo... ale dzięki Bogu Sara czuwa nad
tym wszystkim.
W holu przylotów nowego terminalu na Okęciu, w stałym, dyskretnym
miejscu, czekał Marcin.
Wysoki, w ciemnych okularach za minimum półtora tysiąca złotych, z włosami zaczesanymi do tyłu za pomocą potężnej dawki żelu i kilkudniowym
zarostem, w granatowym garniturze i białym podkoszulku, wyglądał jak
groteskowy szpieg macho z koszmarnego snu reżysera polskich seriali
sensacyjnych. Tak się ubrać potrafił tylko on.
Swoim widokiem rozbawił Konrada, tym bardziej że on sam przypominał
teraz Jeffa Corwina, poszukiwacza przygód z kanału Animal Planet. Nigdy
się głębiej nie zastanawiał, czy to artystyczna dusza zmusza Marcina do
tych metamorfoz, czy też próbuje on w ten sposób wabić kobiety, co
przecież i tak przychodziło mu łatwo.
- Witam w ojczyźnie, szefie - rzucił Marcin na powitanie i założył
okulary na czoło jak włoski żigolak. Wziął od Konrada plecak i skierował
się prosto do wyjścia. - Sara czeka przed terminalem... wiadomo, tu jest
zakaz palenia - dodał, co było oczywiste, bo Sara paliła nieustannie,
jednak w miarę możności starała się przestrzegać zakazów.
Na zewnątrz było wyjątkowo duszno.
Sara stała przy popielniczce. Na widok Konrada uśmiechnęła się pogodnie.
- Nareszcie jesteś! Stęskniliśmy się za tobą... Jak lot? - zapytała z teatralnym grymasem, gdy Konrad objął ją po przyjacielsku. - Czuję i widzę, że trochę męczący... Szkoda, że nie dopadliście tego Safira, ale
nie martw się, mamy nowe informacje na jego temat. Nie przesłałam ich,
bo wymagają weryfikacji. Sam zresztą ocenisz. Poza tym to nie takie
pilne... ale ciekawe! - mówiła z szybkością karabinu maszynowego. -
Schudłeś! Ładna opalenizna! - dorzuciła, taksując go wzrokiem.
Wsiedli do granatowego volkswagena touarega zaparkowanego w garażu.
- Jedziemy do domu... Kabaty? - zapytał Marcin z wahaniem.
- A ty myślałeś, że dokąd, do roboty? Jedziemy do domu! - odpowiedział
Konrad.
- Sorry, szefie, ale Sara mówiła, że numer dwa od rana dopytuje się o szefa. Czy już szef przyleciał... i takie tam. Dlatego pomyślałem, że... -
Urwał w pół zdania.
- O co chodzi, Saro? - zapytał spokojnie Konrad. - Przecież znaliście
termin mojego powrotu. Nie poinformowałaś go?
Był absolutnie pewny, że Sara powiadomiła numer dwa, czyli zastępcę
szefa Agencji do spraw operacyjnych, podpułkownika Lecha Zabłockiego, z powodu zwalistej sylwetki powszechnie zwanego Ciężkim. Od razu
zrozumiał, że ten chce go widzieć - choć raczej nie w sprawie Karola -
bo jak zwykle ma kłopoty z podjęciem jakiejś decyzji. Przyzwyczaił się
już do tego, ale ukrywał charakter i niekompetencję Ciężkiego przed
młodszymi oficerami, by nie szkodzić dodatkowo i tak już zszarganemu
autorytetowi służb specjalnych.
- Oczywiście, że go poinformowałam! - odpowiedziała sucho Sara, patrząc
przez okno. - Jak wrócę do Centrali, to zadzwonię i powiem, że jesteś
zmęczony po podróży i będziesz jutro o dziesiątej. No, chyba że Ciężki
wyznaczy inny termin... A może sam teraz do niego zadzwoń i zamelduj, że
już jesteś - dodała trochę oficjalnie, choć dobrze wiedziała, że tego
nie zrobi.
Przez siedem lat przekopała z nim świat od Kamczatki do Bośni, od
Archangielska do Mombasy i znała go na tyle dobrze, by mieć pewność, że
jego szacunek dla ciągle zmieniających się i czasem przypadkowych
przełożonych był w istocie szacunkiem dla kraju, przyjaciół i siebie
samego.
Konrad nie zareagował i było to dla niej oczywiste.
Marcin ostro prowadził potężnego touarega z widoczną radością dużego
dziecka. Konrad nie lubił takiej zabawy, ale mu na nią pozwalał,
przynajmniej do pierwszego upomnienia. Teraz jednak stanęli w niekończącym się korku na skrzyżowaniu Poleczki i Puławskiej i Marcin
cierpiał.
- Byłam dwa tygodnie temu w twoim mieszkaniu. Umyłam lodówkę, bo jak
zwykle zapomniałeś ją opróżnić przed wyjazdem. Trzeba było wietrzyć całe
mieszkanie po makreli, która wyglądała, jakby ją ktoś ubrał we włochaty
zielony kożuch. Smród niemiłosierny! - Sara zmieniła temat. - Marcin
wysadzi mnie przy sklepie, a ciebie zawiezie do domu. Ja tymczasem
zrobię zakupy. Co chcesz do jedzenia? - zapytała.
- Cokolwiek! - odpowiedział.
Czuł się trochę nieswojo za każdym razem, gdy inni, a w szczególności
podwładni, wyświadczali mu jakąkolwiek przysługę. Ale godził się na to.
Tłumaczył sobie, że żyją w związku, który nie jest tylko zwykłą
przyjaźnią, i takie gesty są czymś naturalnym, co wiąże ich
emocjonalnie, bo przecież w tym zawodzie nie można rządzić za pomocą
rozkazów i poleceń. Może to trochę cyniczne - jak uważał - ale wszyscy
świadomie się na to godzą. Więcej! Chcą i potrzebują tego, bo to odruch
samoobronny przed ciemną stroną ich codziennego życia w Wydziale
Specjalnym Q Agencji Wywiadu.
To lekkie, podobne do wstydu skrępowanie czuł zawsze wtedy, gdy Sara
robiła dla niego o jeden krok więcej, niż było to normalnie potrzebne.
Uczucie to towarzyszyło mu od czasu, gdy wyszedł ze szpitala w Sarajewie
i zrozumiał, że żyje dzięki niej. Do dzisiaj nie potrafił pojąć, jak ta
dziewczyna zdołała wyciągnąć go nieprzytomnego z płonącego domu, z kulą
w nodze, i dowieźć do odległego o pięćdziesiąt kilometrów Sarajewa.
Ilekroć prosił ją o szczegóły tamtych wydarzeń, odpowiadała z uśmiechem:
"Zaniosłam cię na rękach, szefie".
Za tę i za wiele innych akcji Sara cieszyła się uznaniem wszystkich
oficerów, którzy z nią pracowali i znali jej dorobek. Dlatego tak
naprawdę to ona liczyła się najbardziej w Wydziale Q, a nie kapitan
Marek Belik, którego przyniósł jeden z zakrętów historii.
Sara paliła kolejnego papierosa, wydmuchiwała dym przez lekko uchylone
okno samochodu i nie widziała, że Konrad na nią patrzy. Nie widziała,
ale zawsze potrafiła wyczuć na sobie czyjś wzrok.
Wróciła z zakupami i włożyła je do lodówki. Marcin siedział w kuchni i przeglądał stary numer "Polityki".
- Zaraz jedziemy! Musisz odpocząć - zarządziła zdecydowanie, wchodząc do
pokoju, gdzie rozpakowywał się Konrad. - Zapalę jeszcze papierosa... na
balkonie... chodź ze mną! Chcę ci coś powiedzieć - mówiąc to, spojrzała na
Marcina.
Usiedli w słońcu na balkonie, a Konrad opuścił markizę.
- Posłuchaj... - zaczęła - dzieje się coś dziwnego. Wydział Bezpieczeństwa
Wewnętrznego prowadzi dochodzenie, prawdopodobnie w sprawie Marcina. Nie
mam najmniejszego pojęcia, o co chodzi, wiem tylko, że wzywali go już
kilka razy. Próbowałam z nim rozmawiać, ale unika odpowiedzi i bagatelizuje sprawę. Jestem pewna, że dostał polecenie, by nic nam nie
mówić. To go męczy! Widać jak na dłoni... znasz Marcina... Mam też wrażenie,
że od pewnego czasu trochę się zmienił, jakby się czegoś wstydził.
Zaczyna mnie to wszystko irytować, wiesz przecież, w jakich operacjach w tej chwili uczestniczy. Kończy przygotowania przed wyjazdem do
Afganistanu, a to trudna i niebezpieczna akcja, wymaga koncentracji i opanowania. To ja ją nadzoruję, to mój pomysł, moja koncepcja i moje
decyzje. - Sara mówiła szybko, cicho i z głęboką determinacją. - Marcin
jest w wyraźnym stresie... i boję się, że może popełnić błąd. Nie powinno
być żadnych niedopowiedzeń! Ale nie chciałam na niego naciskać i pomyślałam, że zaczekam na ciebie.
Nagle zmieniła ton i zaczęła mówić spokojnie, Konrad jednak zdawał sobie
sprawę, że takie dwuznaczne sytuacje działają na nią wyjątkowo
irytująco.
- I jeszcze coś - kontynuowała. - Rozmawiałam z Belikiem, pytałam go
wprost, o co chodzi z Marcinem. Zupełnie zlekceważył sprawę, a przecież
wiesz, że szef WBW jest jego kumplem. I właśnie to mnie zastanowiło! On
musi wiedzieć, o co chodzi, ale ukrywa to przede mną, mimo że jestem
przełożoną Marcina. - Zgasiła niedopalonego papierosa, co jasno
oznaczało, że jest wściekła.
- Nie denerwuj się. Jutro zajmę się tą sprawą - powiedział uspokajająco
Konrad.
Sara zawsze przejawiała nadwrażliwość na punkcie lojalności i zaufania -
i nic dziwnego, bo sama była uczciwa wobec firmy i przyjaciół. Ale nie
do końca rozumiała - lub nie chciała tego zaakceptować - że istnieje też
szara strefa życia wywiadu. Konrad takie sprawy zawsze brał na siebie,
bo chciał chronić Wydział przed demoralizacją, teraz jednak zrozumiał,
że na dłuższą metę to nie ma sensu. Sara jest zbyt inteligentna, by tego
nie widzieć, i już na tyle doświadczona, że powinna sama się zmierzyć z tymi problemami - pomyślał Konrad.
- Jeżeli jest tak, jak mówisz, to najprawdopodobniej sprawa nie dotyczy
Marcina, tylko Wydziału... może jakiejś naszej sprawy lub kogoś z kierownictwa. - Zastanowił się przez moment. - Pewnie mnie, bo, jak
widzisz, zajęli się Marcinem podczas mojej nieobecności, a szef przecież
powinien o wszystkim wiedzieć... Mogli na mnie zaczekać. - Zrobił krótką
przerwę i po chwili zastanowienia rzucił już bardziej zdecydowanie: -
Czuję, o co tu chodzi! Ludzie z WBW są więcej niż lojalni wobec
kierownictwa, to wiadomo, ale mają zero doświadczenia i kompetencji.
Najlepszy dowód, że od razu wyczułaś, że coś się dzieje. Może to właśnie
w tej sprawie numer dwa chce mnie pilnie widzieć... Jednego jestem pewien:
to nie dotyczy ciebie... nie dotyczy też Belika, z oczywistych powodów. W sprawach zawodowych Belik jest na przyzwoitym poziomie, ale nigdy nie
będzie jednym z nas i dobrze o tym wie. Jest już u nas rok, nic sam nie
zrobił, nic nie wymyślił i cały czas chodzi za naszymi plecami do
Ciężkiego... Wiem o tym! Przecież muszą o czymś rozmawiać! O czym?! -
Konrad zdał sobie sprawę, że chyba się zagalopował. - Nie denerwuj się,
Saro. My wiemy dobrze, że nie mamy nic do ukrycia i że nie popełniliśmy
żadnych błędów, a błąd w sztuce jest zawsze do obrony.
W rzeczywistości Konrad wiedział, że nowe kierownictwo Agencji Wywiadu,
zgodnie zresztą z panującą w kraju atmosferą i nowymi wzorami, używa WBW
jako oręża do załatwiania swoich spraw.
Zawsze tak było, ale tak źle jak teraz to jeszcze nigdy. Wśród
kierownictwa pojawiają się pierwsze symptomy kompleksu
Angletona1, a to zaczyna już być groźne - pomyślał Konrad.
Wiedział, że mimo oficjalnych zapewnień Generała, jakoby liczyły się
tylko kompetencje zawodowe, trzy lata jego służby w wywiadzie PRL
dyskwalifikują wszystkie następne i to, co w tym czasie zrobił. Nie czuł
żalu, wiedział, że będzie musiał wkrótce odejść. To jedna z naszych
polskich paranoi i dotyczy nie tylko wywiadu. Miał poczucie zawodowego
spełnienia i satysfakcję, że przygotował takich oficerów jak Sara, Lutek
czy Marcin, którzy są nadzieją polskich służb specjalnych, a co
najważniejsze - jego towarzyszami broni i jedynymi przyjaciółmi.
Gehlen2 miał więcej szczęścia - pomyślał z sarkazmem.
- Będziesz rozmawiał z Marcinem? - zapytała Sara, wstając.
- Nie! Po co? - ocknął się Konrad. - Nie teraz... nie chcę go stawiać w niezręcznej sytuacji. Zobaczymy, co sam zrobi - odpowiedział bez emocji,
bo nie pierwszy raz spotykał się z podobną sytuacją.
- Zbieraj się, Marcin. Jedziemy! Trzeba dać szefowi odpocząć! -
powiedziała Sara głośno, stojąc już w przedpokoju.
Marcin poderwał się tak gwałtownie, że aż przewrócił krzesło.
- Zaczekaj, Saro. O czymś zapomniałem. - Konrad wrócił do pokoju i wyjął
z plecaka niedużą paczkę. - To prezent! Dla ciebie... kupiłem go na suku w Sanie. Ręczna robota. Mam nadzieję, że ci się spodoba.
Wyjęła z opakowania inkrustowany miedziany dzbanuszek.
- Piękny! Dziękuję! Pamiętałeś o mnie... to miłe! - powiedziała to tak
serdecznie, jak tylko potrafiła, i pocałowała go w policzek.
Gdy wychodzili, Konrad wyszeptał Marcinowi do ucha:
- Zrób coś ze sobą, to nie jest twój styl!
Zmrużył oko, pokręcił głową i włożył mu do kieszeni woreczek z herbatą
imbirową.
4
Drogę do Visby przećwiczył wcześniej wielokrotnie, więc nie musiał się
specjalnie przygotowywać. Prawdę mówiąc, znał ją na pamięć.
Do Nynäshamn, skąd odchodził prom na Gotlandię, udał się kolejką
podmiejską z przesiadką w Västerhaninge. Zajęło mu to półtorej godziny.
Mógł oczywiście jechać samochodem, ale trwałoby to znacznie dłużej.
Może gdyby... Ingrid! Przy okazji pojechalibyśmy na F?rö, na spacer wzdłuż
rauków3 - przemknęło mu przez myśl.
Czasami zabierał ją na takie wyjazdy. Dla niej to były tylko jego
delegacje albo mniej lub bardziej spontaniczne wycieczki. Nigdy niczemu
się nie dziwiła i przyjmowała wszystkie jego pomysły jak coś
naturalnego.
Do Visby dopłynął szybkim promem SF 1500 linii Destination Gotland w ciągu trzech godzin i dwudziestu minut. Podczas podróży obejrzał film,
lecz nie próbował nawet wczuć się w jego akcję i teraz nie potrafiłby
nawet powiedzieć, o co w nim chodziło. Morze było silnie wzburzone, więc
po półgodzinie pomruk silników zaczął działać usypiająco.
Nie lubił szybkich promów.
W bufecie, gdzie za jedyne towarzystwo miał ponurego harleyowca, zjadł
klopsiki z sałatką ziemniaczaną. Zanim wczesnym popołudniem zszedł z promu, krótko podziwiał z górnego pokładu piękny widok średniowiecznego
Visby, którego mury miejskie zawsze kojarzyły mu się z Carcassonne,
gdzie był z Ingrid w 1963 albo 1964 roku.
Z promu zszedł wprost na ulicę Färjeleden. Minął po lewej stronie port
jachtowy, nad którym kołysało się na silnym wietrze kilkadziesiąt
metalowych masztów. Wokół niósł się ostry dźwięk uderzających o nie
stalowych linek.
Skręcił lekko w prawo i jeszcze przez chwilę szedł wąskimi uliczkami.
Porywy siekącego deszczem zimnego wiatru, zupełnie nietypowego dla
Gotlandii o tej porze roku, próbowały wyrwać mu z ręki duży czarny
parasol.
Szedł prosto do dobrze znanego mu hotelu Clarion Wisby na Strandgatan 6,
który stał tuż obok portu, lecz już w obrębie murów miejskich, i utrzymany był w stylu średniowiecznego zajazdu.
Dostał jednoosobowy pokój z oknem wychodzącym na port widoczny nad
pejzażem stromych czerwonych dachów okolicznych kamieniczek.
Wziął szybki prysznic. Włożył koszulę i spodnie, po czym wyciągnął się
na łóżku przykrytym szarą narzutą. Potrzebował teraz kilku minut
relaksu, zanim pójdzie na spacer. Do miejsca, które zawsze odwiedzał,
kiedy był na Gotlandii.
Niedaleko od murów obronnych, na wschód, stoi nieduży kamienny krzyż. Z trudem już można odczytać wykuty na nim napis: "Roku Pańskiego 1361 Goci
wpadli w ręce Dunów. Świeć, Panie, nad ich duszą". Ten napis i to
miejsce masowego mordu dokonanego na mieszkańcach Gotlandii miały dla
niego szczególne znaczenie.
Złożył pod krzyżem kupioną po drodze czerwoną gotlandzką różę i wyszeptał: "Pamiętam o tobie, Olgo". Spędził tam dwie, może trzy minuty
i tą samą drogą wrócił do hotelu.
W restauracji zjadł lekką kolację i resztę dnia spędził w pokoju,
czytając kolejną książkę Petera Englunda - tym razem był to
Niezwyciężony. Nawet nie zauważył, kiedy zasnął.
Rano wstał w wyjątkowo dobrym nastroju, jak zwykle o piątej trzydzieści,
i przed szóstą był już gotowy. Włożył stonowane pistacjowe spodnie
chino, podkoszulek, grubą białą koszulę z kołnierzykiem na guziki i żeglarskie buty firmy Green-Red. Wiatrówkę na zamek błyskawiczny wziął w rękę.
Miał jeszcze czas do hotelowego śniadania, wystawianego o szóstej.
Postanowił zatem obejrzeć miejsce, które było celem jego przyjazdu.
Wcześniej planował, że zrobi to po śniadaniu, ale prognoza pogody na ten
dzień, zamieszczona w "Svenska Dagbladet", nie zapowiadała niczego
dobrego.
Zanim ruszył, posiedział jeszcze chwilę, wygodnie rozparty, w stylowo
urządzonym ogrodzie zimowym, próbując dostrzec niebo przez szklany dach.
Miejsce, które miał odwiedzić, oddalone było od hotelu o zaledwie
trzysta metrów. Szło się tam szeroką jak na Visby Strandgatan lub
labiryntem wąskich zaułków i przejść, by dotrzeć w końcu do rozległego
parku, gdzie tutejsi mieszkańcy i turyści obchodzą czerwcowy Midsommar.
O tej porze dnia było to jeszcze odludne miejsce.
Niezwykłe... jak dobrze pamiętali o wyborze odpowiedniej pory roku -
pomyślał z zadowoleniem Hans Jorgensen.
Większą część parku zajmował ogród botaniczny, a w nim, obok ruin małego
romańskiego kościoła Świętego Olafa, stała nieduża altana spowita gęstym
listowiem dzikiego wina. Było szaro i mimo że słońce już dawno wzeszło,
nie dawało się określić, która może być godzina.
Na pobliskiej Studentallen, biegnącej wzdłuż wewnętrznej strony murów,
pojawili się nieliczni przechodnie. Pomyślał, że na promenadzie nad
morzem musi wiać jeszcze mocniej. Uważnie obserwował okolicę i starał
się zachowywać jak typowy starszy pan na porannym spacerze.
Intuicja, a może raczej suma zespolonych zmysłów, podpowiadała mu, że
wszystko jest w porządku. Nie zauważył niczego niepokojącego.
Spokojnym, wyraźnie zrelaksowanym krokiem wrócił do hotelu tą samą
drogą, nieznacznie tylko ją modyfikując.
Coraz liczniejsi przechodnie przypominali, że dzień wstał już na dobre.
I chociaż słońca nie było, to deszcz również przestał padać.
Wyszedł z hotelu koło południa. Na początku krążył wąskimi, krętymi
uliczkami starego miasta. Improwizował, potrafił to robić, czuł, jakby
miał to we krwi. Doświadczenie i pewność siebie budowały w nim spokój i wewnętrzną równowagę. Był skoncentrowany jak szachista, który ma przed
sobą słabszego przeciwnika i wie, że wygra.
Przystawał przed witrynami, zatrzymał się, by zawiązać but lub wyrzucić
chusteczkę. Wykorzystywał każde naturalne miejsce, które pozwalało mu na
obserwację otoczenia. Nieliczni przechodnie nie wzbudzali jego
podejrzeń. Mechanizm wewnętrznej samokontroli pracował na najwyższych
obrotach, rytmicznie i pewnie.
Od wyjścia z hotelu minęło około czterdziestu pięciu minut. Nie musiał
się spieszyć ani tym bardziej sprawdzać czasu, by właściwie zrealizować
to, co zaplanował. Musiał jednak być pewny, że zrobi to bezpiecznie.
Wyszedł z wąskiej uliczki na Store Torg i wszedł do kawiarni, jednej z nielicznych czynnych o tej porze w mieście.
Był jedynym gościem, wybrał miejsce przy oknie, z którego miał widok na
cały duży plac, kamienny szkielet kościoła po lewej, schodkową fasadę
średniowiecznego budynku z napisem "Gutekällaren" i rząd zaparkowanych
samochodów. Zawsze go denerwowało, że władze miasta godzą się na
parkowanie wozów na najładniejszym placu.
Zaczął padać deszcz. Przejechał zmoknięty rowerzysta i przeszła para
staruszków skulona pod wielkim szarym parasolem. Przez następne
dwadzieścia minut na placu pojawiło się kilka najwyraźniej zupełnie
przypadkowych osób.
Poczuł się pewnie. Wiedział już, że nikt go nie śledzi. Postanowił, że
przeczeka deszcz i dopiero potem ruszy dalej. Wypił dwie filiżanki kawy
i porozmawiał ze śniadym właścicielem lokalu.
Po półgodzinie przestało padać i niemal od razu pojawiły się słabe
promienie słońca. Wyszedł z kawiarni i skręcił w lewo, stromo pod górę,
w Sant Drottensgatan. Zatrzymał się na chwilę przed wystawą jubilera,
skąd miał dobry widok w dół na drogę, którą przeszedł.
- Czysto, czysto, czyściuteńko - powiedział półgłosem z wyraźnym
zadowoleniem.
Robiło się coraz słoneczniej i zza chmur przeświecały już intensywnie
niebieskie fragmenty morskiego nieba. Kluczył jeszcze chwilę uliczkami w pobliżu murów i oglądał wystawy sklepów, coraz bardziej skracając
odległość od miejsca przeznaczenia. Ściany domów ginęły wśród ciężkich
kiści czerwonych gotlandzkich róż.
Poczucie bezpieczeństwa spowodowało, że przez chwilę pozwolił sobie na
mimowolne rozluźnienie i utratę czujności. Skarcił się natychmiast za
ten przejaw beztroski. Wolał nie myśleć, jak jego brak profesjonalizmu
mógł się odbić na karierze Carla.
Dotarł do Bramy Wschodniej. Na placu, przed wejściem na stare miasto,
kręciło się już wielu turystów. Wszedł do pobliskiego lokalu Ali's Kiosk
& Grill.
O tej porze roku w Visby mało kto tu zaglada. Świetnie! - pomyślał.
Był sam. Usiadł w rogu sali, by mieć na oku wejście do lokalu. Zjadł
sałatkę z rukoli i wypił lekkie piwo. Zajęło mu to trzydzieści minut i w tym czasie nikt nie wszedł do środka. Uznał, że sytuacja dojrzała już na
tyle, że powinien przystąpić do realizacji zadania.
Ścieżką wzdłuż murów obronnych udał się do Bramy Północnej, przez którą
mógł wejść do parku, a potem do ogrodu botanicznego. Nie pomyślał
jednak, że po deszczu ścieżka będzie grząska, i mocno zabłocił buty. Był
za to trochę zły na siebie, ale szedł dalej. Zaczął nawet przyspieszać
kroku, chciał mieć to już za sobą, jak najszybciej, a może bardziej
chciał wiedzieć, co tam jest!
Napięcie i stres ostatnich kilkunastu godzin dawały już o sobie znać i przez moment pomyślał, że nie może nad sobą zapanować.
- To przecież normalne - uspokoił się.
Poczuł dreszcz przebiegający po plecach. Miał wrażenie, że myśli mu
uciekają. Fragmenty wspomnień i wrażeń zaczęły się mieszać. Przestraszył
się, że za chwilę zacznie biec, a przecież nie mógł tego zrobić.
Przypomniał sobie, jak mały Carl, w krótkich spodenkach i ze łzami w oczach, nie chciał się ustawić do zdjęcia.
Przeszedł przez Bramę Północną i znów znalazł się w obrębie murów. Po
kilkudziesięciu metrach przez niską żelazną furtkę wszedł do parku.
Spokojnym, wyćwiczonym krokiem przemierzał asfaltowe alejki. Minął młodą
kobietę z wózkiem, pochłoniętą rozmową przez telefon komórkowy. Nikogo
więcej nie zauważył.
Po kilkunastu minutach zbliżył się do altany. Jeszcze raz się zatrzymał,
podciągnął skarpetkę i zlustrował otoczenie. Czuł lekkie stężenie
mięśni. Wszedł do środka i po prawej stronie, na wysokości głowy,
zobaczył zawieszoną żółto-zieloną kulę, która wyglądała jak pokarm dla
ptaków.
Dooobrze! Wszystko w porządku! Teraz szybko i dokładnie... - pomyślał,
nieco uspokojony tym widokiem.
Wyciągnął z kieszeni kurtki czarne skórzane rękawiczki i szybko je
włożył. Zdecydowanym ruchem, może trochę zbyt nerwowo, zerwał kulę.
Rozdarł ją i wyjął ze środka małą czarną tulejkę, którą zacisnął mocno w dłoni.
Nagle po drugiej stronie altany usłyszał zbliżające się szybko kroki.
Poczuł ucisk w żołądku i na chwilę znieruchomiał. Nic nie widział.
Delikatnie rozsunął gęste liście pokrywające altanę i zauważył sylwetkę
śmieciarza w niebieskim kombinezonie. To był zły znak i Hans nie mógł
opanować wściekłości.
Wrócił do hotelu, naruszając zasady bezpieczeństwa, ale to
niespodziewane spotkanie wytrąciło go z równowagi, czym sam był
zaskoczony.
Zamknął drzwi od wewnątrz i zabezpieczył łańcuszkiem. Usiadł za
biurkiem. Ostrożnie złamał u nasady szklaną tulejkę. Wyjął z niej
centymetrowy papierowy rulonik i rozwinął delikatnie.
Kartkę w całości wypełniały pięciocyfrowe liczby wysokości dwóch
milimetrów. Kantem dłoni rozprostował papier i położył na nim szybkę,
którą przywiózł ze sobą. Tezaurus znał na pamięć i mógł rozszyfrować
tekst prędko i bezbłędnie. W miarę jak zestawiał litery, na jego twarzy
coraz wyraźniej pojawiało się zdumienie. Czegoś podobnego już dawno nie
robił!
Zdziwił się nawet trochę, dlaczego on, ale poczucie satysfakcji i rozluźnienie z łatwością stłumiły te myśli. Czekała go przecież ciekawa
podróż.
Nauczył się prostego tekstu na pamięć, ale dla pewności zrobił kilka
kodowanych notatek. Dopiero potem zdał sobie sprawę, że w instrukcji nie
ma ani słowa o jego nowych dokumentach.
Zaklął.
5
Postanowiła, że dzisiaj położy się wcześniej. Była zmęczona kierowaniem
Wydziałem pod nieobecność Konrada. Dlatego trochę ją dotknęło, że
wyraził się pozytywnie o umiejętnościach Belika. Ona najlepiej
wiedziała, że ten facet nie ma zielonego pojęcia o ofensywnym wywiadzie
operacyjnym, o operacjach specjalnych. Przychodził do niej ze wszystkim,
z każdym pytaniem, z każdą sprawą, a dokumenty trzeba było po nim ciągle
poprawiać. Ale był kumplem Ciężkiego, zastępcy szefa Agencji!
Sara ukrywała trochę niekompetencję Belika, żeby chronić Konrada. Miał
tyle spraw na głowie. Czasami był tak wybuchowy i nieobliczalny, że mógł
nawet nie zauważyć, iż szkodzi sobie samemu.
Konrad Wolski - mniejsza o to, jak brzmiało jego prawdziwe nazwisko -
był najważniejszą osobą w jej życiu, które, jeśli nie liczyć krótkiego
dziennikarskiego epizodu, związała z wywiadem. Rok wcześniej zakończyła
luźny związek z pochopnie odświeżoną sympatią ze szkoły średniej. Od
tego czasu nie miała życia prywatnego, a jej cały świat koncentrował się
wokół pracy i dzielił na swoich i obcych.
W wywiadzie operacyjnym służyła już trzynaście lat i też nie nazywała
się Korska. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia. Nazwisko to ostatnia
rzecz, jaka identyfikuje oficera wywiadu.
Kiedy rozpoczynała współpracę z Konradem, miała już swoje osiągnięcia,
poważne werbunki agentury na Wschodzie. Dopiero jednak przy nim poczuła
smak odpowiedzialności za trudne i niebezpieczne operacje. W gronie
najbliższych opowiadała czasami, jak to wszystko się zaczęło.
Siedem lat temu, gdy wrócił do Polski po kilku latach pracy gdzieś za
wschodnią granicą, Wydział Q jeszcze nie istniał. Ni stąd, ni zowąd
Konrad pojawił się w ówczesnym Wydziale XX, który uznawała za obszar
swojej wyłącznej dominacji.
Często widywali się na korytarzu. Ale Konrad nigdy nie mówił jej "dzień
dobry" ani nie zwracał na nią specjalnej uwagi. Uznała go więc za
zarozumiałego gbura i palanta. I nie pomogło mu nawet to, że był
najprzystojniejszy, nie tylko na tym korytarzu. Któregoś dnia wezwał ją
ówczesny szef Wydziału, który znał Konrada jeszcze z niesłusznych czasów
PRL, i zapytał, czy chciałaby z nim pracować. Odpowiedziała, niemal
krzycząc: "Nigdy! Z takim chamem?!".
Szef zaproponował jej wtedy układ: "Popracuj miesiąc z Konradem. Jeśli
po tym czasie nadal będziesz uważała, że to palant i gbur, wycofam cię
natychmiast".
- Nigdy już do niego nie przyszłam - kończyła zwykle swoją historyjkę,
której nie znał tylko Konrad.
Podobał jej się także jako mężczyzna, chociaż potrafiła to zręcznie
maskować. Musiał się podobać również innym kobietom. Miał swój
oryginalny styl, i w stroju, i w zachowaniu, niemożliwy do skopiowania.
Wysoki, może nawet za bardzo, o wyćwiczonej szczupłej sylwetce, z czarnymi włosami z nieznaczną domieszką srebra i sinym zaroście, nawet
rano.
Sara widziała jego zdjęcia z czasów, gdy miał dwadzieścia pięć,
trzydzieści lat, i nigdy nie zamieniłaby go na tę wcześniejszą wersję.
Podobało jej się też samo imię. Nie wiedzieć czemu doskonale pasowało do
jego śródziemnomorskiej urody, chociaż miała uzasadnione powody, by
uważać, że to raczej semicki typ. To był jedyny Konrad, jakiego
kiedykolwiek spotkała, i czasem bała się, że może natrafić na innego.
Ufała mu bezgranicznie, bo po latach znała go lepiej, niż on sam siebie,
i wiedziała, jaki jest naprawdę. Sprawiało jej satysfakcję, że pracuje z człowiekiem, którego oficerowie darzą prawdziwym szacunkiem.
W sprawach zawodowych był zdolny do niezwykłych czynów, pomysłowy i nie
zawsze wystarczająco cierpliwy. W sprawach osobistych, małych sprawach
dnia codziennego, niezaradny jak dziecko. Zupełnie tego nie zauważał.
Zawsze wyglądał na skonfundowanego, gdy zorientował się, że mu pomagała.
A ona przecież zarządzała całym systemem "opieki specjalnej nad szefem",
który obejmował prawie wszystkich oficerów Wydziału Specjalnego Q, o czym Konrad również nie miał pojęcia. Robili to z przyjemnością i pełnym
oddaniem, bo każdy z nich zaliczył już z szefem ostrą robotę za granicą
i wiedział, że może na niego liczyć, na jego doświadczenie i przyjaźń.
Dla nich nie miało znaczenia, że był w wywiadzie PRL, chociaż wszyscy
przyszli do służby już po 1990 roku.
Sara Korska miała za sobą początki dobrze zapowiadającej się kariery
dziennikarskiej. Początkowo w prasie niszowej, która szybko okazała się
tubą polskich nacjonalistów. Współpracę zakończyła, nie pobierając nawet
wynagrodzenia. Potem pracowała przez rok w "Rzeczpospolitej" i jakiś
czas w "Gazecie Wyborczej". Szybko jednak zorientowała się, że ten zawód
nie daje oczekiwanej satysfakcji, nie stawia przed nią wyzwań, a była
wtedy znacznie bardziej naiwną idealistką, niż jest teraz. Zgłosiła się
wówczas jako wolontariuszka do pracy w obozach dla uchodźców w Sudanie.
Otrzymała już przydział, gdy przeczytała w gazecie ogłoszenie o naborze
do Agencji Wywiadu.
Praca w wywiadzie była jak przejście do świata nowych wartości,
prawdziwej przyjaźni. Mimo że na co dzień obcujesz tam z brudami, sam
musisz pozostać czysty.
Zaufała po raz pierwszy mężczyźnie, starszemu o dziewięć lat.
Powiedziała mu o sobie wszystko już na samym początku znajomości, kiedy
czuła, że potrzebuje opieki, i nigdy potem się na nim nie zawiodła.
Tyle lat! Czasami ogarniał ją strach, gdy pomyślała, że może go
zabraknąć. Wtedy, jak na filmie w HD, przewijały się w jej pamięci
obrazy z Bośni, kiedy przez pięć kilometrów ciągnęła go w nocy,
nieprzytomnego, na spacerówce do pierwszego posterunku wojsk ONZ w Zenicy i nikt nie chciał jej pomóc. Pamiętała strach, omdlewające od
wysiłku ręce i własny krzyk odbijający się od pustych domów.
Teraz była zła na siebie, że znów przywołała te wspomnienia przed snem,
i złapała się na tym, że zdarza jej się to coraz częściej. Jak jakiś zły
znak, zła wróżba.
6
Moskwa, październik 1939
- Towarzyszu Zarubin, przystąpcie do referowania. Oczekujemy od was
jasnego przedstawienia sprawy. Jesteście doświadczonym, inteligentnym
oficerem wywiadu, więc liczymy, że wasza informacja pozwoli nam
wyciągnąć właściwe wnioski. Nie muszę wam chyba mówić, że sprawa polska
ma teraz dla kierownictwa partii i osobiście towarzysza Stalina
nadzwyczajne znaczenie. Zawsze miała, ale teraz ma szczególnie! -
zakończył swoje lekko patetyczne przywitanie Ławrientij Beria.
Nie oczekiwał na reakcję Zarubina. Znał go słabo i trudno mu było
polegać na opinii Jeżowa, ale krążące na Łubiance opowieści o wyjątkowym
profesjonalizmie i stos donosów, które nazywały go bezwzględnym,
grubiańskim i nieobliczalnym karierowiczem, w zupełności wystarczały.
Lubił właśnie takich, nie znosił ideowych czekistów.
Beria siedział za długim stołem, nakrytym zielonym suknem, pośrodku
trzyosobowej komisji kierownictwa NKWD. Patrzył Zarubinowi prosto w oczy
i obracał w palcach ostro zatemperowany ołówek.
W sali wisiała chmura papierosowego dymu i chociaż nie było to małe
pomieszczenie, Zarubin, kiedy tylko wszedł, zdał sobie sprawę, że
pierwsze trzy mózgi NKWD musiały tutaj spędzić już dłuższy czas.
Sądzą, że wiedzą, co trzeba robić! - pomyślał pewny siebie. Zobaczymy,
jak poznają szczegóły. Przecież ani Beria, ani kierownictwo INO4
nie mieli nawet czasu zapoznać się szczegółowo z tematem. I to jeszcze
potrwa. Zajęcie zachodniej Ukrainy i Białorusi planowane było przecież
od dawna. Plan awaryjny, nad którym tak się napracowałem, po odejściu
Jeżowa i jego ludzi zaginął. Stało się zatem bardzo... bardzo... dobrze, nie
ma dokumentów! - rozważał z poczuciem satysfakcji. Jeżow jeszcze żyje,
ale to już pewnie tylko kwestia dni. Czyli... towarzysze... teraz ja będę
pociągał za sznurki, a to w tych czasach i przy tym szefie przepustka do
przetrwania. Obudzili się nagle! I to osobiście towarzysz Stalin! A więc? Doskonale! - skonstatował ze szczerym szacunkiem dla siebie major
bezpieczeństwa państwowego Wasilij Michajłowicz Zarubin, czekista z dziewiętnastoletnim stażem i ręką wręcz stworzoną do nagana.
Siedział teraz na krześle wyprostowany, tak by pokazać wzorowo skrojony
i dopasowany mundur. Dbał o wygląd i wymagał tego samego od podwładnych.
Ostre jesienne słońce wpadało przez duże brudne okno i świeciło
Zarubinowi prosto w oczy. Z trudem powstrzymywał grymas i nie mógł
dostrzec twarzy członków komisji, siedzących szeregiem, plecami do okna
- trzech postaci, które sprawiały wrażenie ponurego sądu granitowych,
bezdusznych cieni.
Jak sąd trójkowy - pomyślał Zarubin i zastanowił się, czy to może być
śmieszne. Nie wątpił, że jest obserwowany, ale nie widział tego. Widział
natomiast Berię, a przede wszystkim jego pince-nez, jakby pokryte mgłą,
poruszające się niezauważalnie w takt oddechu, i krążący w palcach
ołówek.
Czuł się jak aktor na scenie i ta rola bardzo mu odpowiadała. Jako
oficer wywiadu miał to we krwi. Umiejętność odgrywania spontanicznych i zaplanowanych maestrii, jak to określał, była jego mocną stroną i słynął
z tego wśród oficerów i przełożonych. Z powodzeniem wykorzystywał tę
swoją tajną broń, realizując zadania dla dobra Kraju Rad, ale również na
własne potrzeby. Trudno nawet powiedzieć, co było ważniejsze, bo w obu
przypadkach stawką było przetrwanie.
Wstęp Berii Zarubin przyjął z satysfakcją i potraktował jako dobry znak.
Sam jednak nigdy się nie zastanawiał, czy jest inteligentny. To sztuka
manipulacji i inspiracji były jego najmocniejszymi atutami. Sprawdziły
się szczególnie w 1937 roku. Najinteligentniejsi jako pierwsi dostali
kulę w łeb. Jemu się udało, lecz od tego czasu musiał się mieć na
baczności, choć nieokreślony, wiszący w powietrzu zapach nadchodzącej
wojny odsuwał to ryzyko coraz bardziej. Tacy jak on są teraz na wagę
złota, a niewielu ich zostało!
Jako Wielki Manipulator zawsze potrafię znaleźć właściwą drogę i wyjść z kłopotów - powtarzał w głębi duszy Zarubin i miał podstawy, by tak o sobie myśleć.
Po chwili milczenia, jak aktor przed deklamacją, otworzył leżącą przed
nim czerwoną teczkę i wyjął z niej plik zapisanych odręcznie kartek.
- Towarzyszu przewodniczący, towarzysze - rozpoczął spokojnym, wyraźnym,
dobrze akcentowanym głosem, siedząc sztywno w pozycji służbowej. -
Sytuacja operacyjna na kierunku polskim po pierwszym września jest
trudna, jak to można określić, albo inaczej, trudna do określenia...
Wymaga szczegółowych objaśnień i, jak sądzę, najlepiej będzie...
towarzyszu przewodniczący... jeśli zacznę referować sprawę od powstania
Wydziału Polskiego Departamentu S i przedstawię proces budowania jego
modus operandi aż do chwili obecnej. Pozwoli to na lepsze zrozumienie, z jakimi problemami i wyzwaniami, nie pomijając naturalnie niewątpliwych
sukcesów, spotkał się radziecki wywiad nielegalny w byłej białej Polsce.
Poruszać będę, z oczywistych powodów, przede wszystkim te aspekty naszej
aktywności, które dotyczą terenów zajętych obecnie przez Rzeszę
Niemiecką.
Zaczerpnął powietrza.
- Wkroczenie Armii Czerwonej na zachodnią Ukrainę i Białoruś praktycznie
zakończyło działalność wywiadowczą na tym terytorium, i to, muszę
wyraźnie podkreślić, z powodzeniem. W związku z wzięciem do niewoli masy
polskich oficerów, urzędników, inteligentów i opanowaniem ważnych
ośrodków administracyjnych otwierają się przed nami ogromne, choć trudne
jeszcze do jednoznacznej oceny, możliwości na przyszłość - kontynuował
Zarubin trochę sztywnym i urzędowym językiem. - Powrócę do tej kwestii w dalszej części swojego referatu.
Nie posługiwał się notatkami, mówił płynnie z pamięci.
- Na posiedzeniu Politbiura trzydziestego stycznia tysiąc dziewięćset
trzydziestego roku przedstawiony został znany towarzyszom raport
kierownictwa INO, relacjonujący i jednocześnie oceniający stan
prowadzonych wówczas działań wywiadowczo-operacyjnych. Wyraźne wytyczne
Politbiura i osobiście towarzysza Stalina zobowiązywały nas, ówczesne
OGPU5, do zdecydowanego zintensyfikowania pracy wywiadowczej.
Dotyczyły między innymi państw sąsiadujących, w tym oczywiście białej
Polski. Byłem wówczas młodym oficerem i przebywałem we Francji, gdzie
organizowałem naszą nielegalną rezydenturę, ale dzięki zaufaniu partii i kierownictwa od początku uczestniczyłem w opracowaniu programu pionu S,
mającego realizować dyrektywę - powiedział Zarubin bez cienia
skromności. - Kierownictwo INO podjęło decyzję, by w celu maksymalnie
efektywnej realizacji wytycznych towarzysza Stalina zdecydowanie
rozbudować pracę z pozycji rezydentur nielegalnych, o czym towarzysze
wiedzą.
Zarubin próbował skracać dystans, jaki dzielił go od komisji, a szczególnie od Berii.
- Dotychczasowe wyniki pracy wywiadowczej, prowadzonej z pozycji naszych
przedstawicielstw czy bezpośrednio z pozycji ZSRR, poddane zostały przez
towarzysza Stalina uzasadnionej krytyce. Zatem ciężar odpowiedzialności
spadł na nas, czyli pion S, który pokazał już wcześniej, że ta nowa
metoda pracy wywiadowczej ma przyszłość. Daje nadzwyczaj dobre
rezultaty, ale wymaga stosunkowo dużej pracy, którą trzeba włożyć w przygotowanie nielegała... Co najważniejsze, burżuazyjne służby specjalne,
w szczególności kontrwywiad, wciąż pracują na poziomie z okresu Wielkiej
Wojny... może z wyjątkiem Niemiec i w jakimś sensie byłej Polski. Brak im
elastyczności i otwartości na nowe idee, dlatego tę walkę wygrywamy -
ciągnął Zarubin.
- Towarzyszu majorze, do rzeczy! - odezwał się zdecydowanie szef INO
NKWD Paweł Michajłowicz Fitin, ale Zarubin się tym nie przejął, bo
wiedział, że Beria lubi polityczne wstępy.
- Idea światowej rewolucji, uznanie świata pracy i postępu dla Kraju Rad
- kontynuował - spowodowały masowy napływ rewolucjonistów gotowych oddać
życie w walce z burżujami i kapitalizmem. Tajne oddziały w partiach
komunistycznych, kierowane przez znaną nam jednostkę w Kominternie,
sprawdziły się doskonale, dostarczając kandydatów na nielegałów. Spośród
nich wybraliśmy brylanty, które, jak to się mówi, podlegały dalszej
obróbce. Z dziesięciu kandydatów warunki spełniał jeden, a wymagania
wciąż podnosiliśmy. Wyniki pracy Departamentu S od tysiąc dziewięćset
trzydziestego roku do dzisiaj są więcej niż zachęcające. Dotyczy to
plasowania oficerów tego pionu i rozbudowy rezydentur na terenie Anglii,
Francji, Niemiec, Włoch i wielu innych krajów. Nasze działania w tym
zakresie referowałem szczegółowo poprzednio, ale w wielu wątkach,
których wówczas nie poruszyłem, wiążą się one ze sprawą polską.
Zarubin zajrzał do swoich notatek. Zauważył, że Fitin otwiera leżący
przed nim zeszyt i zaczyna coś notować. Nie znał go jeszcze dobrze,
chociaż znał prawie wszystkich czekistów, żywych i martwych, jak mówił.
Fitin był człowiekiem z zewnątrz, nowym. Miał dopiero trzydzieści dwa
lata, o jedenaście mniej niż Zarubin, i jeszcze się uczył. Rezultat
swoich dotychczasowych spotkań z Fitinem Zarubin ocenił jako pozytywny.
Ostrożnie dodatni, bo nie wiedział jeszcze, jak ułożą się relacje nowego
szefa INO z Berią, który znał się dobrze na służbach, ale słabo na
wywiadzie, a Fitin był inteligentny i szybko robił postępy.
Wygląda na to, że Paweł Michajłowicz ma przed sobą przyszłość -
zastanawiał się Zarubin, nie przerywając wystąpienia. Po czystce sprzed
dwóch lat i w obliczu niejasnych perspektyw jego nominacja musiała być
głęboko przemyślana. Z pewnością była to decyzja Stalina, nie ma
wątpliwości, ale jaka naprawdę jest pozycja Berii, nikt nie wie. Oznacza
to mimo wszystko, że Beria nie powinien już czuć się tak pewnie. Fitin
to zupełnie nowa postać, niemal znikąd, jakiś redaktor pisma dla
kołchoźników... a ma zaufanie Politbiura. Będzie więc potrzebował
doświadczonego i lojalnego współpracownika, towarzysza Zarubina! Myśl ta
sprawiła mu niespodziewaną przyjemność.
Uznał, że skończył ostrożny występ dla Berii. Teraz musi się
skoncentrować. Będzie mówił do Fitina.
- Plan budowy nielegalnej rezydentury pionu S w Polsce uznaliśmy za
jedno z priorytetowych zadań. Kraj ten miał i zawsze będzie mieć
szczególne znaczenie dla naszych interesów strategicznych. Sytuacja
wewnętrzna w Polsce po wojnie dwudziestego roku i budowa państwa
burżuazyjnego to czas budzenia się silnego antybolszewizmu. Klerykalny
nacjonalizm Polaków stanowił poważną przeszkodę w rozwoju partii
komunistycznej. Musieliśmy się zatem oprzeć na mniejszościach
narodowych, co de facto było półśrodkiem i w pewnym stopniu obróciło się
przeciwko nam. Nie doceniliśmy antysemityzmu Polaków.
Wojskowo-burżuazyjne rządy w Polsce skierowały ostrze swoich służb
specjalnych przede wszystkim przeciwko ZSRR. I trzeba obiektywnie
przyznać, że stworzyły, w porównaniu z innymi państwami, nadzwyczaj
sprawne służby, tak zwany Oddział Drugi Sztabu Generalnego.
Zarubin tylko dla pozoru zaglądał do notatek.
- Jeżeli dodać do tego jeszcze fakt, że Polska stała się siedzibą
wszelkiej maści renegatów białej Rosji, to sytuacja w tym kraju jest
szczególna i wciąż stwarza zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa.
Polskie służby blisko współpracowały z Francuzami i Brytyjczykami, miały
kontakty nawet z Japończykami, wiemy o tym. Kierunki naszego
zainteresowania Polską od tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego roku
ulegały zmianie. Do tysiąc dziewięćset trzydziestego czwartego udało nam
się w wystarczającym stopniu spenetrować środowiska białych emigrantów i tym samym zneutralizować ich wykorzystanie przez polski wywiad,
zwłaszcza że Polacy musieli skoncentrować się w większym stopniu na
sytuacji w Niemczech, co trwało aż do wybuchu wojny.
Fitin zaczął się kręcić na krześle, więc Zarubin pomyślał, że lepiej
przejść do konkretów.
- Nasze rezydentury nielegalne w Europie Zachodniej osiągnęły nadzwyczaj
dobre rezultaty w uzyskiwaniu dostępu do kodów i szyfrów
dyplomatycznych, co pozwoliło naszemu radiowywiadowi na kontrolę
korespondencji większości państw zachodnich. Niestety, tak dobrych
wyników nie udało się osiągnąć względem Niemiec i Polski.
- Towarzyszu Zarubin - odezwał się nagle dziwnym, nienaturalnym głosem
Beria i nie podnosząc wzroku, mówił dalej: - Rozumiem, że jesteście
zaprzyjaźnieni z Andriejem. Czy to, co powiedzieliście przed chwilą, ma
na celu jego obronę?
Zarubin zdrętwiał. Nie spodziewał się takiej reakcji, ale ton głosu
Berii nie pasował do pytania. Stracił na chwilę orientację. Nie mógł
zrozumieć, o co chodzi.
- As naszego wywiadu nielegalnego, Andriej, czyli Dmitrij Aleksandrowicz
Bystrolotow, przechodzi od pewnego czasu procedurę sprawdzeniową -
ciągnął Beria. - Myślę, że komisja weryfikacyjna, która ma ocenić jego
działalność na Zachodzie, zainteresuje się również waszą opinią. Dobrze,
że już przynajmniej znamy jej zarys. Niezwykłe sukcesy Andrieja w sprawie oferentów Giovanniego de Ry, Ernesta Oldhama i innych wymagają
szczegółowego zbadania. To prawda, że uzyskane od nich szyfry oraz kody
włoskie i brytyjskie okazały się niezwykle pomocne w pracy naszego
dekryptażu. Andriej nie jest jednak oficerem i ma dosyć pokrętną
osobowość, zatem trudno ocenić, gdzie zaczynają się u niego
fantazjowanie i improwizacja i czy przypadkowo nie graniczą jeszcze z naiwnością - prowadził spokojnie swój wywód Beria.
Zarubin od razu zrozumiał, że szef NKWD zna dobrze sprawę Bystrolotowa,
a jego cichy, uspokajający ton nie wróży niczego złego, tym bardziej że
Andriej siedzi już od ponad roku. Inaczej dawno byłoby po nim -
pomyślał.
- Naiwny fantasta, agent naturszczyk - ciągnął Beria. - Nawet gdyby był
najinteligentniejszy i na śmierć oddany sprawie Związku Radzieckiego, w starciu z Brytyjczykami ma małe szanse. Anglicy, obok Niemców, są naszym
głównym przeciwnikiem, wiecie o tym dobrze. Sztukę inspiracji i dezinformacji opanowali perfekcyjnie i Andriej może być ich ofiarą. Są
też bezwzględni, a to nie wszystkim tak dobrze wychodzi... - powiedział z przekąsem, a Fitin lekko obrócił głowę i spojrzał na niego z niedowierzaniem - jak nam! - dokończył Beria z pełną powagą i dodał: -
Ale najlepiej wychodzi nam inspiracja i dezinformacja. Zadaniem komisji
jest wyjaśnić, czy Bystrolotow kierował Oldhamem, czy też Brytyjczycy
kierowali Bystrolotowem, czy błąd popełnił Andriej, czy może Centrala, a może było jeszcze inaczej. Nie zakładamy winy umyślnej, natomiast wina
nieumyślna ma w zawodzie wywiadowcy tak wiele odmian, że mało kto z zewnątrz zdaje sobie z tego sprawę, i jest nie mniej, a czasami bardziej
niebezpieczna niż umyślna. Nieprawdaż? - Spojrzał z zaciekawieniem na
Fitina. - Sprawą Bystrolotowa interesuje się osobiście towarzysz Stalin
- zakończył krótko.
Zarubin był zaskoczony, że Beria wypowiada się o Andrieju w tak łagodny
sposób. Miał dziwne uczucie, że Dmitrij przeżyje. Był nawet zadowolony,
że Beria sam rozwinął wątek Bystrolotowa, bo w swoim wystąpieniu chciał
się powołać na uzyskane od niego informacje. Zatem ma rozwiązane ręce,
bo, jak widać, śledztwo najprawdopodobniej zmierza do wykazania
inspiracji Anglików, a jego sprawa się z tym nie łączy.
Lubił i szanował Dmitrija za jego niebywały naturalny szpiegowski
talent, dzięki któremu nie musiał kończyć specjalnych szkół, by
zrealizować zadanie. Nie był przecież oficerem, lecz agentem,
inteligentnym i ekscentrycznym, a to bardzo często nie podoba się szefom
z partyjnej nominacji, bez elementarnej znajomości języków i kultury
Zachodu.
Zarubin myślał tak też o sobie, ale w odróżnieniu od szczerego i trochę
naiwnego Dmitrija potrafił posługiwać się swoimi umiejętnościami jak
niebezpiecznym orężem. Był przecież oficerem. Zachęcony teraz postawą
Berii, postanowił nieco zmienić schemat swojego wystąpienia.
- Tajna sekcja Komunistycznej Partii Polski, zgodnie z wytycznymi
Kominternu, wytypowała w tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym roku
trzech towarzyszy do pracy w pionie wywiadu nielegalnego. Wszyscy
ukończyli z dobrymi wynikami Uniwersytet Mniejszości Narodowych imienia
Marchlewskiego i zostali skierowani do OGPU pod pseudonimami: "Sosna",
towarzysz Arnold Krantz, "Jura", towarzysz Jakub Szulc, i "Lana",
towarzyszka Mira Skibiniecka. Dwaj pierwsi są pochodzenia żydowskiego,
Lana - białoruskiego. Dobór narodowościowy był efektem uzgodnień tajnej
sekcji Kominternu i kierownictwa OGPU. Również w mojej ocenie należy
mieć ograniczone zaufanie do osób narodowości polskiej - stwierdził
Zarubin.
- Czy nie zapomnieliście o czymś, towarzyszu Zarubin? - wtrącił z przekąsem Beria. - Zapomnieliście, kto jest ojcem założycielem naszej
służby?!
Zarubin spuścił wzrok, ale Beria nie czekał na jego reakcję. Wiedział,
co Zarubin miał na myśli, i uważał dokładnie tak samo.
- Na przełomie tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego i dwudziestego
dziewiątego roku cała trójka została przerzucona do Polski - ciągnął
major. - Dla Sosny i Jury sporządzono dokumenty na obywateli polskich
pochodzenia niemieckiego. Obaj rzeczywiście pochodzą z zachodniej
Polski, niegdyś pod panowaniem Niemiec. Legenda dla nich została
opracowana w najdrobniejszych szczegółach: Sosna przedsiębiorca, Jura
arystokrata, natomiast Lana, Polka, dziennikarka. Pochwalić trzeba tajną
sekcję KPP za dobre przygotowanie legendy dla naszych ludzi i pomoc w ich adaptacji środowiskowej w Polsce - podkreślił Zarubin. - Głównym
zadaniem Sosny i Jury było dotarcie do kręgów wojskowych Polski,
natomiast Lana miała się zająć sferami politycznymi. W szczególności
zależało nam na uzyskaniu dostępu do Oddziału Drugiego Sztabu
Generalnego.
Zarubin zaczął teraz częściej zaglądać do notatek.
- W tysiąc dziewięćset trzydziestym pierwszym roku Sosna zwerbował do
współpracy Władysława Kolińskiego, wówczas kapitana Wojska Polskiego.
Otrzymał on kryptonim "Saxon". Był szlachcicem, można nawet powiedzieć,
że arystokratą. Pochodził z rodziny o silnych antyrosyjskich tradycjach.
Jego dziadek został powieszony w czasie polskiego powstania tysiąc
osiemset sześćdziesiątego trzeciego roku, Saxon uczestniczył w wojnie
tysiąc dziewięćset dwudziestego roku w tak zwanych pułkach
wielkopolskich, znanych ze zbrodni przeciw żołnierzom radzieckim.
Koliński był zagorzałym zwolennikiem sojuszu polsko-niemieckiego przeciw
ZSRR i podczas spotkań prywatnych dosyć swobodnie wyrażał swoje poglądy.
Przerwał na chwilę.
- No tak, Koliński pochodzi z Poznania - powiedział półgłosem,
przeglądając notatki, po czym już głośno kontynuował: - Był agresywny,
arogancki, próżny, bezkompromisowy, miał przerost ambicji, duże długi
oraz słabość do kobiet. Brał udział w zamachu majowym i należał potem do
bliskiego grona marszałka Piłsudskiego.
Zarubin poczuł, że jest jakby w transie. Nie widział rozmówców, tylko
myśli, jak obrazy, w idealnym porządku przesuwały mu się przed oczami.
- Sosna zwerbował go pod flagą niemiecką nadzwyczaj łatwo. Do dzisiaj
zapewne Koliński jest przekonany, że pracuje dla Niemców. Wrócę do tej
sprawy nieco później - powiedział.
- Co to znaczy "nadzwyczaj łatwo", towarzyszu Zarubin? Możecie to
wyjaśnić? - zapytał Fitin.
Zarubin spodziewał się tego pytania.
- Saxon przed werbunkiem został wyjątkowo dobrze rozpracowany.
Wiedzieliśmy o nim prawie wszystko. Zresztą otwarcie proniemieckie
poglądy wypowiadało w tym czasie wielu oficerów z kręgów związanych z Piłsudskim. Podsumowując, można w skrócie powiedzieć, że Saxon jakby
czekał na werbunek, choć oczywiście nie był oferentem. Już po drugim
spotkaniu z Sosną zadeklarował ideowe podejście do sojuszu z Niemcami,
oczywiście wsparte poważną kwotą pieniędzy. W rzeczywistości jest on
zwyczajnym hipokrytą. Licząc się z możliwością podstawienia nam Saxona
przez polski kontrwywiad, przeprowadziliśmy wobec niego dwie... - Zarubin
spojrzał w notatki - nie, trzy dobrze zaplanowane kombinacje
sprawdzeniowe, które dały jednoznacznie negatywny wynik. Po ugruntowaniu
werbunku Sosna polecił Saxonowi zdecydowane wyciszenie jego otwarcie
proniemieckich zachowań i generalnie powstrzymanie się od deklaracji
politycznych, co ten wykonał bez zastrzeżeń. Przeszedł różne szczeble
kariery wojskowej. Ostatnie stanowisko piastował w Głównym Inspektoracie
Wojska Polskiego jako kontroler w stopniu pułkownika, stan na sierpień
tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Przydział
mobilizacyjny: Sztab Naczelnego Wodza.
Zarubin był autentycznie przekonujący i sprawiał wrażenie zadowolonego z przejrzystości swoich słów.
- W ciągu ośmiu lat Saxon przekazał nam szereg ważnych danych
dotyczących planów mobilizacyjnych, dyslokacji jednostek, uzbrojenia
Wojska Polskiego i innych. Szczególnie wartościowe były informacje o stanie armii polskiej w pasie wschodnim, wysoko ocenione przez nasz
Sztab Generalny i osobiście towarzysza Stalina. Sosna otrzymał za to
specjalne podziękowania kierownictwa partii.
- Jak rozumiem, Saxon przez tyle lat nie zorientował się, dla kogo
pracuje - wtrącił spokojnie Fitin. - Jeżeli tak było, to chwała dla
Sosny, ale jak uzasadnialiśmy nasze zainteresowanie informacjami
dotyczącymi ZSRR? I drugie pytanie: czy istnieje możliwość odkrycia
przed Saxonem, kto jest rzeczywiście jego partnerem?
Beria się ożywił i wpatrywał w Zarubina przez swoje pince-nez.
- Nie sądzę, byśmy w ogóle mogli stawiać sprawę w ten sposób - odparł
szybko, zdecydowanym głosem Zarubin, bo od razu zauważył, że Fitin
jeszcze słabo rozumie, na czym polega filozofia wywiadu. - Może nie
powiedziałem tego wyraźnie - ciągnął - ale Saxon jest ideowym
antykomunistą i polskim nacjonalistą. Gdybyśmy się odkryli, byłoby to
szokiem nawet dla takiego hipokryty jak on. Trudno przewidzieć jego
reakcję, ale w mojej ocenie rozłożyłoby to naszą współpracę. Saxon
przekazywał informacje wojskowe z pasa wschodniego, gdyż uważał, że
armia polska jest niedostatecznie przygotowana do starcia z ZSRR, a zbyt
wiele inwestuje w przygotowania do wojny z Niemcami. Ostatnie spotkanie
odbyło się przecież... w lipcu trzydziestego dziewiątego roku - odczytał z notatek. - Dojście Hitlera do władzy i zaostrzenie stosunków
polsko-niemieckich nie złagodziło jego podejścia do sojuszu
antysowieckiego. Nie ma zatem potrzeby, byśmy zmieniali formułę
współpracy z Saxonem i zdejmowali niemiecką flagę.
To ostatnie stwierdzenie Zarubin wygłosił z pełnym przekonaniem.
- Saxon wykorzystywany był w jednym z naszych najważniejszych
przedsięwzięć operacyjnych w Europie, obecnie nabierającym szczególnego
znaczenia strategicznego dla bezpieczeństwa ZSRR. Towarzysze znają w ogólnych zarysach sprawę kryptonim "Krab" - powiedział Zarubin, myśląc,
że nie zaszkodzi trochę się zabezpieczyć. - Sprawa "Krab" dotyczy
niemieckiego systemu szyfrowania opartego na maszynie Enigma,
najnowocześniejszego i praktycznie nie do złamania. Tak oceniają go nasi
specjaliści. W tysiąc dziewięćset trzydziestym roku Andriej przy pomocy
towarzyszy francuskich zwerbował młodego oficera wojskowej służby
wywiadowczej Deuxi?me Bureau o kryptonimie "François". Rok później
został on oddelegowany do radiowywiadu francuskiego i współpracował
przez pewien czas blisko z pułkownikiem Gustave'em Bertrandem, kryptonim
"Orieł", szefem tej jednostki. Mimo że nie miał bezpośredniego dostępu
do interesujących nas źródeł, na podstawie jego informacji mogliśmy
ustalić następujące fakty...
Zarubin znów pochylił się nad swoim notatnikiem i odliczywszy pięć
głębokich oddechów, kontynuował:
- Pod koniec lat dwudziestych, w bliżej nieznanych okolicznościach,
Polacy przejęli egzemplarz niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma i powołali w Biurze Szyfrów Oddziału Drugiego specjalny zespół naukowców
mających rozpracować system. Początkowo nasi kryptolodzy nie mogli
uwierzyć, by przedsięwzięcie to miało jakiekolwiek szanse powodzenia,
tym bardziej że było prowadzone przez Polaków, ale w miarę napływu
nowych informacji od naszych źródeł sytuacja wyglądała coraz poważniej.
W tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim roku na podstawie szczątkowych
informacji od François ustaliliśmy, że znany nam dobrze agent francuski
Rodolphe Lemoine, pseudonim "Joseph", prawdopodobnie dokonał werbunku
niemieckiego szyfranta. Sprawę zleciliśmy naszym ludziom w Berlinie.
Nasze źródło w niemieckim kontrwywiadzie nie miało żadnych konkretnych
informacji, jednak na podstawie analizy wytypowaliśmy, że Lemoine
zwerbował szyfranta Hansa-Thilo Schmidta. Nie chcieliśmy zbyt
intensywnie chodzić koło Schmidta, żeby go nie przypalić, bo przyjęliśmy
założenie, że wcześniej czy później uzyskamy przez Francuzów lub Polaków
dostęp do Enigmy, a im wcześniej, tym lepiej, więc Schmidta trzeba było
chronić. Paradoksalnie korzystne było, że niemiecki kontrwywiad nic o tym nie wiedział.
Zarubin dostał zadyszki, mówiąc szybko i bez przerwy. Krew napłynęła mu
do twarzy i poczuł kłujący ból w oku. Zupełnie nie zwracał uwagi na trzy
postacie, ale czuł, że słuchają go uważnie. Teraz najbardziej liczył na
Fitina.
- W tysiąc dziewięćset trzydziestym pierwszym roku kontakt z Rodolphe'em
Lemoine'em, czyli Josephem, od Andrieja przejął Ludwig, występujący pod
amerykańską flagą...
- Czyli Ignacy Reiss - wtrącił niespodziewanie Fitin.
Zarubin spodziewał się w tym miejscu reakcji, ale nie mógł pominąć roli
Ludwiga w sprawie "Krab".
- Na szczęście - ciągnął - udało się zlikwidować tego zdrajcę jeszcze w tysiąc dziewięćset trzydziestym siódmym roku. Trudno jednak ocenić,
jakich dokonał szkód. Wciąż to badamy... Próbowaliśmy wymieniać z Francuzami materiały dotyczące szyfrów i kodów różnych państw, ale po
analizie okazało się, że próbują nas dezinformować.
- Nie możemy wykluczyć, że był to właśnie skutek zdrady Reissa, choć
dowodów bezpośrednich brak - odezwał się znów Fitin, wyraźnie zwracając
się do Berii.
- Postanowiliśmy sfinalizować kontakt z Josephem i podjąć próbę jego
werbunku - kontynuował Zarubin spokojnym głosem. - Niestety, bez
powodzenia. Utrzymywaliśmy ten kontakt jeszcze przez jakiś czas.
Liczyliśmy, że uda nam się ustalić, jaki jest zakres penetracji
niemieckich szyfrów przez Deuxi?me Bureau, ale to, co uzyskaliśmy, miało
niewielką wartość. Nie dowiedzieliśmy się zbyt dużo o polsko-francuskiej
współpracy nad Enigmą.
- Towarzyszu Zarubin - odezwał się Fitin - werbunek Josepha z góry był
skazany na niepowodzenie, to przecież oczywiste.
Zarubin nie przejął się krytyką, bo nie on prowadził tę operację, a jej
autorzy już nic nie mogli powiedzieć na swoją obronę. Zresztą nastały
inne czasy i trzeba agresywnie iść do przodu - pomyślał.
- W tym samym czasie - kontynuował - François informował o częstych
wyjazdach Orieła do Warszawy i przyjazdach polskich kryptologów do
Paryża. Nasi specjaliści przyjęli założenie, że Polacy musieli dokonać
znaczącego postępu w rozpracowaniu systemu Enigma, natomiast Francuzi
mieli przez Schmidta dostęp do kodów. Razem dało to przypuszczenie, że
Polacy czytają niemieckie szyfry Enigmy. Szczątkowa informacja o francusko-polskiej współpracy pojawiła się też w raporcie naszego
młodego wówczas agenta z Londynu... - Zarubin poszukał w notatkach. - Tak,
Harolda Philby'ego... Nie zapisałem jego pseudonimu, przepraszam... W tysiąc
dziewięćset trzydziestym drugim roku Saxon dostał zadanie zbliżenia się
do oficerów Oddziału Drugiego. To było trudne zadanie dotrzeć do tego
hermetycznego środowiska, a musieliśmy przykładać szczególną wagę do
bezpieczeństwa Saxona. Łatwo było go przypalić, a nie był w tym czasie
jeszcze wystarczająco przeszkolony i przygotowany. Pracował nad sprawą
"Krab" przez siedem lat i spisał się nadzwyczaj dobrze, za co został
sowicie wynagrodzony. Oczywiście mogliśmy wykorzystać go bardziej
ofensywnie, podjąć ryzyko, może nawet go poświęcić, ale w ciągu
ostatnich dwóch lat jego informacje wojskowe miały duże znaczenie w związku z przygotowywanym zajęciem Polski.
Beria podniósł głowę i delikatnie przytaknął, jakby potwierdzał słowa
Zarubina.
- Od strony francuskiej dotarcie do "Kraba" straciliśmy wraz z przeniesieniem François do Algierii. Zastanawialiśmy się nad
przewerbowaniem Schmidta, ale Centrala oświadczyła, że nie wyrazi na to
zgody, dopóki nie uzyskamy dostępu do Enigmy, a przede wszystkim do
wyników pracy Polaków. Z początkiem tysiąc dziewięćset trzydziestego
trzeciego roku nastąpiła intensyfikacja współpracy z Francuzami.
Wyczulenie kontrwywiadu polskiego wobec wszystkich interesujących się
komórką kryptoanalizy Biura Szyfrów Cztery Oddziału Drugiego daleko
wykraczało poza normę. BS Cztery otrzymało praktycznie nieograniczone
środki finansowe, a jego nowa siedziba w Pyrach pod Warszawą była
szczelnie zabezpieczona. Pewną dezorientację w naszych działaniach
wprowadziła informacja od agenta Karla z Abwehry, według której Niemcy
wiedzieli o pracach Polaków, ale byli pewni, że system Enigmy jest nie
do złamania. Ośrodek w Pyrach jeszcze we wrześniu trzydziestego
dziewiątego roku, przed wejściem Niemców do Warszawy, został opróżniony.
Nie wiemy dokładnie, kiedy i co się z nim stało. Trzeba założyć, że
został odpowiednio wcześnie ewakuowany. Najcenniejsi są ludzie, ich
wiedza. Nie znamy nazwisk, nie wiemy zatem, kogo i gdzie szukać.
- Co się dzieje z Saxonem? - zapytał krótko Fitin.
- Ze względów bezpieczeństwa kontakt z nim utrzymywał tylko Sosna, który
zgodnie z planem w połowie września przeszedł do strefy zajętej przez
Armię Czerwoną. Łączność z Saxonem jest stosunkowo prosta i bezpieczna.
Prywatnie Sosna zna dobrze jego żonę i obu synów. Prędzej czy później
Saxon odezwie się do rodziny - powiedział Zarubin, nie podnosząc wzroku.
- Sosna przygotowuje się w tej chwili do powrotu do Polski pod legendą
szwajcarskiego biznesmena i szlifuje akcent. Powinien znaleźć się w Warszawie jak najszybciej, gdyż brakuje nam informacji o tym, co się
dzieje w niemieckiej strefie.
W tym momencie otworzyły się drzwi i do sali wszedł młody, wysoki
enkawudzista. Przemaszerował przepisowo kilkanaście metrów, trochę
nienaturalnie stukając wysokimi butami, zameldował się służbiście i zwracając się do Berii, powiedział:
- Towarzyszu przewodniczący...
Nie dokończył, gdyż szef NKWD podniósł się z krzesła i uciszył go
znakiem dłoni, zdejmując jednocześnie swoje pince-nez.
Wszyscy wstali. Beria odwrócił się, otworzył okno i przechodząc obok
Zarubina, rzucił krótko:
- Kontynuujcie.
Przewodniczącego NKWD odprowadziło do drzwi jeszcze mocniejsze stukanie
butów podążającego za nim oficera.
7
Konrad spał prawie dwanaście godzin w swojej dobrze zaciemnionej i wyciszonej sypialni.
Obudził się już o piątej rano, zapuchnięty, z bólem głowy i odciśniętą
na policzku fałdą poduszki. Czuł silne odrętwienie w lewej nodze,
spowodowane uszkodzeniem nerwu przez pocisk. Bolało go zawsze rano,
dopóki się nie rozruszał. Ciągle sobie obiecywał, że podda się operacji,
ale nigdy nie miał na to czasu.
Przejrzał się w lustrze i uznał, że nie jest jeszcze w zadowalającym
stanie.
Muszę pójść do fryzjera! Zadbać jakoś o siebie! Wkrótce będę miał
czterdzieści cztery lata! - pomyślał, patrząc na swoją nieogoloną twarz
i przekrwione oczy.
Dokończył rozpakowywanie plecaka i torby, wrzucając ubranie od razu do
pralki. Wypił z butelki obowiązkowy poranny kefir Robico, jedyny, który
mu smakował jak jego ulubiony rosyjski.
Włożył stary, sprany bawełniany dres i zbiegł po schodach. Zrobił kilka
przysiadów i ruszył w prawo. Najpierw do ulicy Wilczy Dół, później znów
w prawo, wzdłuż bazy metra, do skraju Lasu Kabackiego. Pokonał prawie
dwa kilometry między torami a skrajem lasu, minął Moczydłowską i niemal
dotarł do Żołny.
Teraz poczuł się dobrze. Skręcił w lewo i potem prosto, szeroką aleją,
przez bogaty, wysoki las, pobiegł do Pyr, gdzie obok tablicy
upamiętniającej matematyków, którzy złamali kod Enigmy, odpoczął chwilę,
zanim Leśną wrócił do Kabat.
Po biegu czuł, że żyje, że ma siłę, że jest wytrwały i zdrowy.
Dochodziła już szósta, gdy usiadł w swojej kuchni urządzonej dopiero
miesiąc przed wyjazdem do Dubaju i zaczął czekać, aż jajko ugotuje się
na twardo. Widok słońca nad Lasem Kabackim, jak obraz wypełniający
kuchenne okno, zapowiadał piękny dzień.
W tej kameralnej euforii wydawało mu się, że słyszy metaliczny głos Cata
Stevensa zmieszany z fortepianem i gitarą. Tak mu to pasowało do widoku
z okna, że zaczął głośno śpiewać, za głośno jak na tę porę dnia:
Morning has broken like the first morning,
Blackbird has spoken like the first bird.
Praise for the singing, praise for the morning,
Praise for them springing fresh from the world...
Zorientował się, że zapomniał drugiej zwrotki, więc powtórzył pierwszą
kilka razy, ciesząc się jej słowami.
W pewnym momencie dotarło do niego, że nic nie wie o sytuacji w kraju.
Minęły przecież dwa miesiące, a to wystarczająco dużo jak na dynamikę
polskiego życia politycznego, nawet w okresie wakacji.
Włączył kuchenny telewizor i od razu na ekranie pojawił się Marcin
Kamiński, człowiek o twarzy klowna, zwany powszechnie wiceprezydentem.
Kamiński był szefem kancelarii prezydenta Stanisława Zielińskiego i uchodził za drugą osobę w państwie, ale byli tacy, którzy uważali, że to
właśnie on jest prezydentem RP, a jeżeli nie, to wkrótce nim będzie.
Bezwzględny, arogancki, inteligentny, o niejasnym rodowodzie,
znienawidzony przez inteligencję, ale ukochany przez postpeerelowski
katolicki elektorat. Konrad znał go osobiście i wiedział, że te opinie
są bliskie prawdy.
Gdy nie było w pobliżu dziennikarzy, Kamiński lubił powtarzać, że jest
politykiem, co znaczy, że jest oszustem i kłamcą i jak nie całuje dzieci
w główkę, to kradnie im lizaki, ale nigdy nie pali za sobą mostów.
Konrad zapytał go kiedyś, czy czytał Toma Clancy'ego, ale on z uporem
twierdził, że nie ma czasu na takie głupoty.
Przepłukał jajko zimną wodą i zaczął przygotowywać sobie śniadanie -
mleko, tost i miód. Słyszał głos Kamińskiego dochodzący gdzieś zza
pleców, ale jakoś nie mógł się skupić na jego słowach. Nagle przypomniał
sobie z rozbawieniem, jak ktoś nazwał obecną ekipę rządzącą Partią
Brzydkich w Bordowych Krawatach.
- Rzeczywiście - powiedział do siebie - w tej ekipie nie ma chyba ani
jednego przystojnego mężczyzny. Wszyscy muszą równać do Kamińskiego.
Jakby wszystkie osobliwości urody RP zwarły szeregi w poczuciu
zagrożenia swej odmienności. Kompleks karła i dzwonnika z Notre Dame w jednym. Tacy mogą się poszczycić dużym, stałym elektoratem.
Konrad miał zdrowy dystans do polityki i polityków, chociaż był z tym
światem nierozerwalnie związany. Dla niego życie państwa i społeczeństwa
toczyło się w dwóch wymiarach, które łączą jedynie suche informacje z klauzulą "ściśle tajne".
Ale tylko my wiemy, ile nas kosztuje ich zdobywanie i jakimi metodami to
robimy - myślał, patrząc na Kamińskiego. Za to nie wiemy, czy tacy jak
on potrafią je czytać i podejmować na ich podstawie decyzje dla dobra
tego kraju. Człowiek by zwariował, gdyby ciągle zaprzątał sobie tym
głowę. Szkoda, że dziennikarze, nasi "młodsi bracia w zawodzie", tak
słabo się orientują w istocie funkcjonowania państwa i tak łatwo
pozwalają politykom na kruszenie jego podstaw...
Zastanowił się przez moment, czy nie za bardzo fantazjuje, ale uznał, że
jednak nie. W Polsce tak naprawdę dziennikarze i politycy żyją w symbiozie, żywiąc się sobą wzajemnie... no... może nie wszyscy...
Skończył śniadanie, wyłączył telewizor i poszedł wziąć prysznic.
Włożył jasnobeżowy sportowy garnitur, niebieską koszulę bez krawata i buty typu oxford. Sprawdził, czy ma przygotowane wszystkie dokumenty z podróży. Był w dobrym, pogodnym nastroju.
Zjechał windą do garażu i podszedł do swojego dwudziestopięcioletniego
czarnego saaba 900 cabrio. Z niezadowoleniem stwierdził, że maskę
pokrywa cienka, prawie niewidoczna warstwa kurzu. Ten samochód należał
do niego już ponad dziesięć lat i jeszcze do niedawna był to jedyny taki
model w Warszawie. Z każdym rokiem, gdy stawał się coraz starszy,
nabierał też coraz większej szlachetności, zupełnie inaczej niż
pozostałe marki. Tylko kierowcy saabów pozdrawiają się wzajemnie, bo
uważają, że o samochodach wiedzą więcej niż wszyscy inni.
Zaczynał się ciepły, słoneczny dzień, więc Konrad złożył dach. Wyjechał
z garażu, skręcił w prawo w Wąwozową, potem w KEN i ruszył prosto w kierunku centrum.