1
Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa nie wyróżniała się tego roku
niczym specjalnym. Może tylko pogoda była ładniejsza i zrobiło się
bardzo ciepło, ale dla Marii Krynickiej to i tak nie miało większego
znaczenia.
Po powrocie z kościoła jak zwykle wzięła się do szykowania obiadu. Jej
mąż Marian, od lat bez pracy, zaległ z butelką piwa w dłoni przed
telewizorem. Z drugiego pokoju dochodziły głosy chłopca i dziewczynki
walczących o dostęp do komputera. Całe mieszkanie z ciemną kuchnią miało
ledwie czterdzieści metrów kwadratowych, a sprawiało wrażenie jeszcze
mniejszego. Tak zostało zaprojektowane w latach sześćdziesiątych.
Zanim Maria Krynicka przygotowała obiad, Marian zdążył już wypić trzy
piwa i wypalić pięć papierosów. Nie usłyszała, jak zachrzęściła zakrętka
od dwusetki żołądkowej gorzkiej schowanej pod starym fotelem przykrytym
narzutą. Po chwili z balkonu drugiego piętra domu przy ulicy Orzyckiej w Warszawie poszybowała w krzaki pusta buteleczka.
Papierosów i piwa Krynicki używał w nadmiarze kosztem dwójki dzieci. I to właśnie najbardziej bolało Marię. Kiedyś próbowała protestować,
walczyć, ale pięści Mariana szybko kończyły dyskusję.
Odkąd dostała pracę sprzątaczki w hotelu Marriott, nie mogła sobie
pozwolić na widoczne sińce, bo to ona utrzymywała dom, Mariana i coraz
bardziej wymagające dzieci.
Instynkt samozachowawczy Krynicki miał rozwinięty nadzwyczaj dobrze, ale
nie tak dobrze, aby hamować popęd seksualny i upodobanie do brutalności.
Dlatego Maria wiedziała doskonale, czym jest gwałt połączony z okrucieństwem. Pozbawiona wyboru godziła się na takie życie, czekając
nie wiadomo na co. Czasami nawet żal jej było Mariana i szczerze mu
współczuła, bo nie mogła inaczej. Brak współczucia to też okrucieństwo -
podpowiadał jej ksiądz.
Nie bała się Mariana, bała się konsekwencji, których właściwie nie
potrafiła określić. Ale najbardziej bała się pójść do ginekologa, choć
organizm od dawna już sygnalizował, że może być za późno. A może
dlatego, że było za późno, uważała, iż nie ma już po co iść do lekarza.
Kiedyś starała się zatrzymywać dzieci w domu, bo tylko w ten sposób
mogła uniknąć natarczywości Mariana. Ale z czasem nauczył się
wykorzystywać każdą okazję i uznała, że lepiej, by dzieci były wtedy
poza domem.
W hotelu pracowała na zmiany, więc przy stale obecnym w domu mężu jej
los był naznaczony cierpieniem, większym, niż ktokolwiek mógł
przypuszczać. Z czasem jednak uznała, że muszą być przecież kobiety,
które cierpią bardziej od niej. O wiele bardziej! Bo cierpienie nie ma
granic - uważała Maria Krynicka wsłuchująca się uważnie w Pismo Święte.
Do pracy szła dopiero w poniedziałek na ósmą rano i od tego dnia, dzięki
jej spostrzegawczości i odpowiedzialności, miał się trochę zmienić
świat. Ale nie ten w ciasnym mieszkaniu na drugim piętrze przy ulicy
Orzyckiej w Warszawie.
10
Szwecja ma tysiące wysp i każda jest inna. Wiele jest prywatnych, inne
nie. Są duże, małe i bardzo małe, czasami tak małe, że miejsca wystarcza
tylko na niewielki domek z dwoma łóżkami i jedno drzewo.
Mają jednak coś wspólnego - skały - są więc niezatapialne.
Niezniszczalne. Bo woda i skały to fundament i dusza Szwecji.
Najpiękniejsze są ponoć sztokholmskie szkiery, które kiedyś broniły
serca kraju i żywiły jego mieszkańców. Każda z setek tysięcy wysp na
wschodnim czy na zachodnim wybrzeżu, nawet taka, którą ledwo widać w wietrzną pogodę, jest najprawdziwszą częścią państwa. Chociaż w języku
szwedzkim wyspa to tylko jedna litera - ö.
Od dziecka wie o tym każdy Szwed, a może nawet ma to w genach. I nigdy
się tym nie chwali przed obcymi, gdzieś w głębi czując niepokój, że ktoś
mógłby mu to zabrać. Dwadzieścia cztery tysiące sztokholmskich wysp,
zwane dźwięcznie skärg?rd, nigdy nie startowało w żadnych konkursach
na cuda świata, bo jakie są, to widać, a Szwedom nie starcza próżności.
Bardziej jednak dlatego, że chcą, by pozostały takie, jakimi są.
Gdy tylko nadchodzi lato, każda szwedzka stacja radiowa, wychodząc
naprzeciw potrzebie serca słuchaczy, przypomina piosenkę Teda Gärdestada
Sol, vind och vatten. Ktoś, kto nie zna tego kraju, zdziwiłby się, że
posłów w Riksdagu do tworzenia prawa napawa natchnieniem nie godło
państwowe, lecz ogromnych rozmiarów kompozycja artystyczna
przedstawiająca właśnie szkiery.
Linda Lund i Olaf Svensson tak samo kochali słońce, wodę i wiatr jak
inni Szwedzi. Spędzali na wyspach każdą wolną chwilę.
Wujek Lindy, komandor Magnus Christian Lund, odszedł ze służby w Szwedzkiej Marynarce Wojennej ponad trzydzieści lat temu. W rodzinie
ojca w każdym pokoleniu był ktoś, kto służył zbrojnie ojczyźnie i koronie na wodzie, lądzie lub w powietrzu. Lundowie mogli to z łatwością
udowodnić aż do XVI wieku, ale nikt ich nigdy o to nie pytał.
Najsłynniejszy żołnierz z rodziny, Daniel, zginął w boju z rąk Rosjan
dziesiątego sierpnia 1808 roku pod Kauhajoki. Linda była pierwszym
pokoleniem, które nie wydało żadnego wojskowego.
Przez chwilę, po skończeniu studiów prawniczych w Uppsali, myślała
nawet, żeby wstąpić do marynarki, ale propozycję pracy w służbie
bezpieczeństwa uznała za ciekawszą. Nawet wtedy nie przypuszczała, jak
bardzo ją ta praca zmieni. Jak głębokie wywrze na niej piętno.
Po ubiegłorocznych wydarzeniach w ?kersberdze, kiedy zginął oficer Säpo
i doszło do strzelaniny z rosyjskim komandem Garbinowa, Linda jeszcze
przez miesiąc trzymała się dobrze.
Potem któregoś ranka niespodziewanie powiedziała Olafowi, że nie może
się podnieść z łóżka, nakryła się kołdrą i zaczęła płakać. Gdy nieco się
uspokoiła, Olaf mógł wyjść do pracy. Dzwonił do niej wielokrotnie i wydawało mu się, że wszystko jest w porządku. Ale kiedy wrócił, zastał
ją w łóżku, w tej samej pozycji, wstrząsaną spazmami. Natychmiast wezwał
karetkę.
Następne trzy miesiące Linda spędziła na zwolnieniu w domu wuja Magnusa
Christiana w Ajkesvik na wyspie F?rö. Mimo usilnych nacisków, a nawet
ukrytych gróźb, nie zgodziła się na opiekę psychologa, twierdząc, że
poradzi sobie sama ze swoim problemem. Potrzebuje tylko trochę czasu,
ciszy i spokoju.
Od razu wiedziała, że chce jechać do domu wuja nad brzegiem morza. Cisza
i jesienny spokój na wyspie, która ma szesnaście na dziewiętnaście
kilometrów i leży niemal na środku Bałtyku, mogłyby się wydać mało
wiarygodne dla kogoś, kto nie jest Szwedem. A jednak rozszalałe morze i wiatr szarpiący karłowatymi sosnami budowały wprost idealną równowagę
psychiczną i przynosiły wewnętrzny spokój. Pozwalały się wyciszyć jak
nigdzie indziej.
Ponaddziewięćdziesięcioletni komandor przebywał w ośrodku opieki w Visby
na sąsiedniej Gotlandii. Chociaż jego syn, wnukowie i prawnukowie
rozbiegli się po świecie w nieustannym poszukiwaniu lepszego życia, to
jednak pamiętali o starym Magnusie i chcieli go zabrać do siebie. Miłość
komandora do wyspy F?rö, gdzie stacjonowała jego nieistniejąca już
jednostka artylerii nabrzeżnej Gotlands Kustartilleriregemente, KA 3,
była jednak silniejsza i wszyscy doskonale go rozumieli.
Linda postanowiła, że przeniesie się na jakiś czas na wyspę i zaopiekuje
wujem. Uznała, że musi to zrobić dla niego i dla siebie. Żaden psycholog
nie był potrzebny, bo uważała, że nikt nie może zrozumieć, dlaczego
człowiek po dziewięćdziesiątce podejmuje cztery próby samobójcze, a nowoczesna medycyna, jak na złość, nie daje mu umrzeć. Jakby się
spieszył na miejsce, które sobie wybrał - na cmentarzu przy jedynym
kościele na wyspie. Nikt też poza Magnusem Christianem nie był w stanie
jej pomóc.
Zabierała go z ośrodka opieki na każdy weekend, by mógł jak najdłużej
się cieszyć swoim nadmorskim domem. Mieli umowę, że w tym czasie nie
będzie próbował jej uciec. Mógł za to pić ze spodka swoją ulubioną kawę
Gevalia. Wystawiali na taras stół, okrywali się kocami i grali w szachy,
wsłuchani w szum morza. Rozmawiali o wszystkim, tylko nie o śmierci,
choć ona siedziała obok nich jak sędzia, gość honorowy, który chciwie
czeka na zbite figury.
Linda czuła, że Magnus Christian jest jedynym człowiekiem, który
rozumie, co to śmierć, i może jej wyjawić tę tajemnicę. I gdy tak
spoglądał na nią pochylony nad szachownicą, miała wrażenie, że starzec
dobrze wie, o co ona chce go zapytać. Obiecała sobie, że zrobi to, kiedy
wygra z nim pierwszą partię, ale żadnej nigdy nie skończyli, bo Magnus
wcześniej zasypiał.
Jakież było jej rozczarowanie, gdy podczas ich ostatniego spotkania
powiedział, że Boga nie ma! Dowodem na jego brak miał być kształt świata
- mówił - złożonego wyłącznie z cierpienia. Tak czy inaczej wyszło na
to, że Magnus Christian nie wie, co jest po drugiej stronie. Może
dlatego tak się tam spieszył.
Mimo gwałtownego oporu Olaf spełnił prośbę Lindy i przez trzy miesiące
nie odwiedzał jej ani do niej nie dzwonił.
Wróciła odnowiona i pełna życia. Szczęśliwa jak nigdy dotąd, gotowa do
pracy i nowych wyzwań. Olaf momentami miał wrażenie, że to ktoś inny, że
to już nie jest jego Puchatka, że za nią nie nadąża. Ale ta odmieniona
Linda bardzo mu odpowiadała, w dzień i jeszcze bardziej w nocy.
W Sztokholmie czekała ją miła niespodzianka. Zastępca szefa Säpo, Kurt
Lövenström, zebrał cały personel Wydziału Wschodniego w sali
konferencyjnej i w imieniu premiera przekazał Lindzie Lund, ubranej w granatowy kostium z dużym dekoltem, wyrazy najwyższego uznania za sprawę
Jorgensena. Szczeremu do bólu Kurtowi starczyło piętnaście minut na
opisanie wszystkich zalet Lindy. Przy okazji skorzystał też trochę Olaf.
Brawa, jakie się potem rozległy, i uśmiechnięte twarze nie pozostawiały
złudzeń, że Linda cieszy się szacunkiem kolegów. Najszerzej uśmiechał
się Hasan Mardan albo tak się Lindzie wydawało, bo właściwie patrzyła
tylko na niego.
Gdy ucichły brawa, Lövenström zupełnie spokojnie oznajmił, że z dniem
pierwszym stycznia Linda Lund zostaje zastępcą naczelnika Wydziału Walki
z Ekstremizmem. Szeroko otwarte oczy pracowników, a u niektórych również
usta, jasno świadczyły, że decyzja kierownictwa Säpo była prawdziwym
zaskoczeniem. Nie dla Olafa oczywiście, ale on jak nikt inny wiedział,
że Linda musi przejść do innej jednostki, jeżeli chce pracować w Säpo.
Utrzymywał to jednak w tajemnicy przed nią aż do tej chwili.
Po odprawie, gdy wszyscy już wyszli po złożeniu gratulacji, Linda
zwróciła się do sympatycznie i szelmowsko uśmiechniętego Kurta.
- Rozumiem, że chcesz mnie zapytać, czy jestem zainteresowana objęciem
wspomnianego stanowiska, tak? - odezwała się z surowym wyrazem twarzy.
Kurt zareagował jeszcze szerszym uśmiechem, wyraźnie rozbawiony pełnym
ironii i godności pytaniem Lindy.
- Więc odpowiadam ci "tak". - Zawiesiła głos, a Olafowi wydawało się, że
jeszcze nigdy nie była taka piękna, taka dumna i twarda. - Po rozważeniu
twojej propozycji doszliśmy z Olafem do wniosku... - znów przerwała i po
chwili uśmiech rozjaśnił jej oczy i rozlał się na całą twarz - że
przyjmuję propozycję! Mam jednak warunek. - Lövenström uniósł siwe
krzaczaste brwi. - Zabieram ze sobą Hasana. Pół Arab, pół Pers, co on
robi w kontrwywiadzie?
- Nieźle, Lindo, nieźle! Będzie z ciebie dobry naczelnik. - Kurt był
wyraźnie rozbawiony. - Załatwiaj to teraz z Olafem Svenssonem. Tylko się
nie pokłóćcie... hm... jestem teraz poważnie zainteresowany waszym zgodnym
pożyciem... Psiakrew! Nie pomyślałem o tym wcześniej.
Gdy Kurt wyszedł i zostali sami, Olaf jako ostatni złożył Lindzie
gratulacje, po czym chwycił ją oburącz wpół, przyciągnął mocno do siebie
i zaczął całować, nie zapominając o żadnym miejscu od szyi wzwyż. Po raz
pierwszy całował się w siedzibie szwedzkich służb specjalnych przy
Polhemsgatan, chociaż pracował tu już prawie dwadzieścia lat.
Kiedyś Linda za coś takiego z pewnością wymierzyłaby mu solidny cios
otwartą dłonią, ale teraz zdecydowanie przejęła inicjatywę i nawet nie
zapytała, dlaczego nie powiedział jej wcześniej o awansie.
Było też oczywiste, że Hasan Mardan przejdzie razem z nią.
Późna wiosna tego roku była wyjątkowo piękna. Południowa Szwecja
zazieleniła się bardzo intensywnie. Temperatura na F?rö dochodziła do
dwudziestu ośmiu stopni, co przy bezwietrznej pogodzie dawało znacznie
mocniejszy efekt. Na wyspie pojawiło się tak wielu przyjezdnych, że
nawet Lisa i Barbro, córki Sylvi, otworzyły wcześniej swoją jedyną na
wyspie piekarnię, a właściwie drugi, obok domu Ingmara Bergmana, ośrodek
kultury szwedzkiej.
Linda i Olaf postanowili spędzić tydzień w domu Magnusa Christiana,
którego miesiąc wcześniej najbliższa rodzina pożegnała na maleńkim
cmentarzu po drugiej stronie wyspy. Tym razem komandor przechytrzył
pielęgniarki oraz nowoczesną medycynę i udało mu się uciec. Pastor w swojej mowie pożegnalnej pominął ten fakt milczeniem i cieszył się ze
wszystkimi, że Magnus Christian osiągnął w końcu tak upragniony spokój.
- Olaf! Zdecyduj się w końcu! - Linda odłożyła na stolik książkę
Dawkinsa Bóg urojony, odczekała jeszcze chwilę i zawołała nieco
głośniej: - Nie słyszysz?! Olaf!
- Słyszę - zabrzmiało niewyraźnie z wnętrza domu.
Linda, owinięta w stary koc z wielbłądziej wełny, siedziała na dużym
drewnianym tarasie z widokiem na dziką kamienistą plażę i spokojne
morze. Słońce zbliżało się do horyzontu i od morza ciągnęło już chłodem.
Olaf przyszedł z narzuconym na ramiona grubym gotlandzkim swetrem.
Postawił na stoliku talerzyk z pachnącymi cynamonem kanelbullami, które
dopiero co przywiózł z piekarni Sylvis Döttrar, i z kubkiem kawy w dłoni
usiadł obok Lindy.
Z wnętrza domu, niezbyt głośno, doleciał ich dźwięczny głos Marie
Fredriksson: Jag vill ha ett hus vid havet, där jag kan se p? alla
b?terna, som lägger till...
- Niesamowite! Jakby tu była! Ubóstwiam ją... dobrze wybrałeś - oznajmiła
Linda z uniesieniem.
- To piękne, ale wolę Evę Dahlgren... - Olaf chciał coś jeszcze
powiedzieć, gdy rozległ się dzwonek jego telefonu. - Nie mogą sobie beze
mnie poradzić - rzucił i wszedł do domu.
Wrócił na taras i dopiero wtedy odebrał.
- Witaj, Konrad! - odezwał się po angielsku i po chwili dodał: - Nie...
jesteśmy z Lindą na F?rö... w domu jej wuja... - Zamilkł na chwilę, a potem
w ciągu prawie dwóch minut powiedział przynajmniej piętnaście razy yes
i na zakończenie stwierdził: - Sprawa może jeszcze poczekać, ale mimo
wszystko dobrze byłoby pogadać... no i... - Znów na moment przerwał i zaraz
zakończył krótko: - Czekamy. Do usłyszenia.
Usiadł na leżaku.
- Nie przyjadą? - Linda zamknęła oczy.
- Mają jakąś pilną robotę. Będą w przyszłym tygodniu.
- Nic im nie mówiłeś, że przeszłam do antyterrorystów?
- Skąd!
- Ale zaprosisz mnie na kolację, jak przyjadą? - zapytała z nutką
zadufania.
- Jasne, Puchatko! - Pochylił się i pocałował ją w nos.
- Masz już pomysł, jak się dobrać do aktywów Carla Jorgensena w Kaliningradzie?
Słońce było już nisko nad horyzontem i nabrało ostrości, oświetlając na
czerwono twarz Lindy.
- Nie mam! To, co zrobiliśmy dotąd, pachnie amatorszczyzną. Zresztą... -
Zamyślił się na moment - Teraz to sprawa KSI i zespołu Pera. Ja mam
tylko głos doradczy.
- No to dlaczego ty zapraszasz Polaków? - zainteresowała się Linda i uniosła powieki. - Chyba nie chcesz powiedzieć, że Sara wpadła ci w oko?
Olaf! Popatrz na mnie!
Jej głos zabrzmiał zupełnie poważnie, aż Olaf spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Nooo... ona jest rzeczywiście atrakcyjna, ale blondynek mamy dostatek...
- Nie takich!
- W porządku! - odparł natychmiast, jakby chciał już zakończyć temat.
Linda zręcznie podchodziła Olafa, który w takich sytuacjach był
zakłopotany, bezradny i taki zabawny. Bez trudu mogła go kontrolować.
- Nie wiem dlaczego, ale sprawa tego nielegała, tej Róży Stefanowicz,
nie daje mi spokoju...
- To ze sprawy Jorgensena? - przerwała mu Linda.
- Tak! Notatki Hansa to kopalnia informacji. Stary wiedział, co
zapisywać, co jest ważne.
Usiadła wygodniej, jakby oczekiwała, że Olaf powie coś ciekawego.
Praktycznie od zakończenia sprawy Jorgensenów w lecie ubiegłego roku nie
miała już z nią do czynienia. Najpierw trzymiesięczne zwolnienie
lekarskie, a potem nowe zadania odsunęły ją od sprawy, którą sama
rozpoczęła. W domu Olaf unikał rozmowy na ten temat, bo bał się, że u Lindy może nastąpić nawrót depresji. Bał się, ale w rzeczywistości to on
był słabszą połową tego związku.
- Kto to jest Róża Stefanowicz? - zapytała z zaciekawieniem.
- Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale postać ta w jakiś
dziwny sposób przyciąga moją uwagę. Mam wrażenie, że różni się od
wszystkich pozostałych, o których opowiedział nam Jorgensen, jest jakaś
inna, tajemnicza...
- To znaczy?
- No, nie wiem! Spośród trzydziestu ośmiu nielegałów KGB i SWZ to była
jedyna Polka, właściwie to był jedyny nielegał z polską tożsamością czy
też pod polską flagą. To była też jedyna kobieta, którą KGB przerzucało
samą. Jeżeli pojawiały się kobiety, to zawsze w parze z mężczyzną. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku Jorgensen
przetrzymywał ją w swojej przechowalni trzy tygodnie. Twierdził, że to
była kobieta niezwykła, piękna. Miała wtedy dwadzieścia sześć lat i Jorgensen poczuł do niej coś szczególnego...
- Zauroczenie? Przecież kochał swoją żonę... Ingrid.
- Nic z tych rzeczy! - odparł zdecydowanie Olaf. - Jorgensen ma lekkie
odchylenie mistyczne czy coś w tym rodzaju i twierdzi, że Róża
Stefanowicz jest teraz gdzieś w pobliżu i odegra jeszcze ważną rolę...
- Gdzie? Co? Jak?! No, rzeczywiście ma odchylenie! - wtrąciła Linda.
- Gdybym ci przytoczył szczegóły tego, co nam powiedział Hans Jorgensen,
tobyś nie uwierzyła. Więcej powściągliwości, Puchatko! - Olaf pomyślał
przez moment, że Linda może mieć uraz do tej sprawy.
- Niech ci będzie. Co dalej?
- Przyjechała do Szwecji jako Róża Stefanowicz, a wyjechała jako Róża
Bielska i wyruszyła gdzieś w świat. Ma teraz sześćdziesiąt jeden lat,
czyli jest jeszcze w sile wieku.
Słońce znikło za horyzontem i w dali majaczyło już tylko halo. Zrobiło
się nagle zimno. Linda zamilkła i wpatrywała się przez chwilę w morze.
Olaf włożył sweter. Siedzieli tak w ciszy kilka minut i wyglądało na to,
że oboje myślą o owej tajemniczej Polce.
- Wiesz... może rzeczywiście coś w tym jest - odezwała się niespodziewanie
Linda. - To o tym chcesz rozmawiać z Konradem? Może ona była nie
radzieckim, tylko polskim nielegałem albo zrobionym w kooperacji z KGB?
- Jorgensen zdecydowanie to wykluczył. Zresztą nielegałów tak się nie
robiło - odpowiedział pewnie Olaf. - Tak, chcę o tym porozmawiać z Konradem, bo ta sprawa nie daje mi spokoju. Zaraziłem się od Hansa czy
co?
- Popatrz, Olaf, jest tyle różnych wysp na świecie, ale F?rö jest tylko
jedna. Przeszywająca swoją atmosferą i tajemnicą. Widziałam tu kiedyś na
plaży kroczącą śmierć w czarnym stroju... i tu... straciłam dziewictwo.
Uwierzyłbyś? - Olaf spojrzał na nią z lekkim półuśmiechem. - Zimno już!
- dodała po chwili, podniosła się z leżaka i wchodząc do domu, rzuciła:
- Pójdziemy do sauny? A potem poczytamy Kubusia Puchatka albo
obejrzymy Łowcę androidów.
- Mmmm... - zamruczał, wchodząc za nią. - To może najpierw obejrzymy, a potem poczytamy... scenariusze Bergmana.
- Najpierw sauna!
- Trzyyy, cztery...
Zaczęli rozbierać się na wyścigi, rozrzucając po salonie części
garderoby. Jego but poszybował tak precyzyjnie, że strącił lampkę ze
stolika.
- Zaczekaj! - zawołał Olaf i pobiegł do przedpokoju. Wrócił z kaskiem
rowerowym i rzucił go nagiej już Lindzie. - Załóż! Jestem nastawiony
dzisiaj bardzo bojowo! - I zaczął niemiłosiernie fałszować Walkirię.
11
- Raszid! - rzucił krótko Sajed i zrobił nieokreślony ruch głową.
Oznaczało to, że chce teraz porozmawiać z Safirem w cztery oczy, a Raszid ma zadbać o ich spokój i bezpieczeństwo.
- Chodź! - Objął gościa ramieniem i wyszli na obszerny taras, z którego
rozpościerał się widok na nocną Sanę.
Karola zaskoczyło, że mafradż jest aż tak wysoko. Nigdy nie widział
Starego Miasta z góry i teraz poczuł, że jego orientalne piękno w tej
księżycowej nocy, tuż po zwrotnikowej burzy, tchnie niebywałym urokiem i pachnie jak cudowny kamienny kwiat. Wydawało mu się, że jeżeli za chwilę
rozłoży ręce, to uniesie się i poszybuje nad miastem z tysiąca i jednej
nocy.
- Pięknie, prawda? - zapytał Sajed i wziął go za rękę. - Tyle światła i ani jednego neonu Coca-Coli, Nokii czy Forda. Czy to nie jest
symboliczne?
- Jest! - odpowiedział Karol z autentycznym przekonaniem. - I niech tak
zostanie! Od krzyżowców weźmiemy tyle, ile trzeba. I kiedy trzeba.
- I co trzeba.
Usiedli na miękkich niskich stołkach. Karol nawet nie zauważył, kiedy
pojawiły się na tarasie, bo w czasie ulewy z pewnością ich tam nie było.
Zanim rozpoczęli rozmowę, siwy, brodaty Ibrahim w nieświeżej galabii i z patologiczną kifozą postawił na inkrustowanym macicą perłową i mosiądzem
stoliku pękate szklaneczki, miseczkę z cukrem i dzbanek z herbatą. Nic
więcej.
- Masz pilną robotę, Safir - oznajmił Sajed, gdy tylko zostali sami.
Karol, zajęty mieszaniem herbaty, nawet nie zareagował, bo Sajed zawsze
zaczynał rozmowę od tego stwierdzenia.
- Posłuchaj. Są dwie sprawy, które musisz załatwić... natychmiast! Potem
przyjedziesz do mnie i zdasz mi relację. - Sajed był rozluźniony, mówił
cicho, bez wysiłku i patrzył Safirowi prosto w oczy. - Dzieje się coś
dziwnego!
- Co? - zapytał Karol, wyraźnie zaskoczony, bo ostatnie słowa Sajeda
zdecydowanie odbiegały od standardu.
- Zapomniałem, jak on się nazywa... - Sajed zmrużył oczy i zaczął nerwowo
pocierać je palcami.
- Kto?
- Ten Irlandczyk, z którym spotkaliśmy się w Kenii... pamiętasz...
- Oczywiście! Ted Kelly...
- Właśnie! Patrz, Safir, zapomniałem. Chyba dlatego, że od dawna nie
mieliśmy z nimi kontaktu. - Sajed zamyślił się na moment. - Z tymi
Irlandczykami tak już jest, chodzą własnymi ścieżkami... Jeden Allah wie,
co bulgocze w tych tępych irlandzkich łbach... Whisky pewnie.
- Ja ich rozumiem! - wtrącił Karol.
- Nie wątpię. W końcu przez dwa lata byłeś łącznikiem.
- Ted to legenda! Wspaniały człowiek... Kiedyś ci o nim opowiadałem.
- Tak, wy Polacy i Irlandczycy macie coś wspólnego. Odwiecznych wrogów!
Oni Anglików, a wy Rosjan. I zamiłowanie do wódki! Kiedyś o tym
pogadamy, może jak wrócisz...
- Ale o co chodzi? - Karol się zaniepokoił.
- Kelly przekazał nam przez Hadżiego, że chce się pilnie spotkać w jakiejś nadzwyczaj ważnej sprawie.
- Dlaczego kontaktuje się przez Hadżiego? - Karol uniósł nieco głos. -
Miał tego nie robić, ma przecież stały kontakt na Abdula... co jest?
Zgubili numer telefonu czy zapomnieli? - Rozłożył ręce.
- No właśnie! Dlatego mówię, że masz dwie sprawy do załatwienia. - Sajed
pokiwał głową i pogładził oburącz brodę, co robił tylko wtedy, gdy
szukał kontaktu z Allahem.
Karol zastanowił się przez moment.
- Myślisz...? - zapytał w końcu.
- Na to wygląda - odparł Sajed.
- Muszę to rozważyć...
- Safir! - ciągnął Sajed coraz chłodniejszym tonem. - To ty wprowadziłeś
Abdula i dałeś mu rekomendację, chociaż wiedziałeś, że nie znoszę
Francuzów. Ufam ci jednak bardziej niż komukolwiek i zgodziłem się na
tego Tunezyjczyka...
- W porządku, Sajed. W porządku. - Karol poczuł się nieswojo.
Natychmiast zrozumiał, że ma poważny problem do rozwiązania, a Sajed
oczekuje od niego konkretnej propozycji. Tu i teraz.
Po raz pierwszy od jedenastu lat coś zazgrzytało.
Na taras wszedł Ibrahim, jakby jeszcze bardziej zgarbiony, i postawił na
stoliku daktyle i figi. Zajęło mu to prawie dwie minuty, dokładnie tyle,
ile potrzebował Karol, by zastanowić się nad odpowiedzią.
- Od ciebie zależy, którą ścieżką pójdziesz, i niech ci Allah pomoże
wybrać tę jedyną, prawdziwą. Masz trudny wybór, ale my też. Rozumiesz? -
Sajed skończył i czekał na ruch Safira.
- No dobrze - odparł Karol, kryjąc zaniepokojenie. - Telefon od
Kelly'ego do Hadżiego z pominięciem Abdula może świadczyć o tym, że
stracili do niego zaufanie i woleli ruszyć kanał, którego nie powinni
wykorzystywać do łączności. Znaczy, że woleli zaryzykować, bo jest
pewniejszy niż Abdul. - Zamilkł na moment i zobaczył, że Sajed drugi raz
tego wieczoru pociera rękami brodę. - Wiedzą, że Abdul zdradził!
- Też tak uważam - odezwał się Sajed.
- Sądzę jednak, że Irlandczycy muszą mieć do nas naprawdę ważną sprawę...
- I pewnie nie chodzi im o Abdula.
- Oczywiście!
- A co z Abdulem? - zapytał Sajed, jakby chciał zignorować ostatnie
słowa Safira.
- Przecież nie spotkam się z Irlandczykami, dopóki się nie dowiem, o co
chodzi z tym Abdulem. To wszystko jest niejasne, podejrzane.
- Safir, bracie! - Sajed położył mu rękę na ramieniu. - Niech cię Allah
prowadzi! Wracaj jak najszybciej. - Popatrzył mu prosto w oczy i dodał:
- A teraz odpocznij. Ibrahim zaprowadzi cię na kwaterę.
Na korytarzu Karol spotkał Raszida. Powiedział mu, że jutro wyjeżdża, i pożegnali się serdecznie. Raszid, który najwyraźniej szedł do Sajeda,
nie zapytał, kiedy znowu przyjedzie, i Karol od razu się domyślił, że
wie o sprawie Abdula.
Wszystko wskazywało na to, że musi jak najszybciej porozmawiać z profesorem Ahmedem. Było źle, a mogło być jeszcze gorzej.
12
- Bladź! Nic nie poznaję! - odezwał się Jagan z tylnego siedzenia.
- To dawny prospekt Pobiedy, teraz imienia Władimira Władimirowicza -
wyjaśnił beznamiętnie Gruzow, a Jagan od razu pomyślał o swoim kizlyarze
i poczuł, jak smok poruszył się nerwowo.
- Dużo się zmieniło. Miasto prawie nie do poznania... wiele się buduje -
rzucił Zaricki.
- Moskwa, Kadyrow, mafia... wszyscy inwestują, bo to też jakiś sposób na
lepsze jutro dla Czeczenów. Ludzie są zmęczeni, chcą choć trochę
normalności - dodał Gruzow.
- Ładnie tu się zrobiło, ale to wciąż Czeczenia - wymamrotał Jagan.
- W Gudermesie byłeś? - zapytał Zaricki.
- W ubiegłym roku... - Jagan obserwował szybko przesuwające się widoki za
oknem samochodu. - Ładnie odbudowany. - Po chwili dodał: - Patrzcie,
jakimi samochodami tu jeżdżą! Mała Moskwa czy co?
- Co ty, starszyna, Czeczenów nie znasz? - zapytał Zaricki i wyrzucił
papierosa przez okno. - Rubelek dla brata, rubelek dla żony, rubelek dla
dziadka, rubelek dla miasta i sto dla mnie.
- To prywatyzacja po kaukasku... zresztą u nas jest tak samo. I tak te
pieniądze kiedyś gdzieś zainwestują - skomentował Gruzow.
- Pies ich jebał! - rzucił niespodziewanie Jagan. - Nie podoba mi się
to. Bladź, przecież my za to płacimy! A za dwa, trzy lata znów to trzeba
będzie rozwalać. Gruzow! - Walnął go dłonią w ramię. - Dwie smiertnice
wybuchły niedawno w metrze w Moskwie. Oglądaliśmy je. Pamiętasz?
- Pamiętam. No i co?
- To my im budujemy miasta, te ulice i domy, a one przyjeżdżają robić u nas fajerwerki!
- Trubow! Coś ty się z kija urwał? - smętnie, ale konkretnie odparł
Gruzow i wszyscy zamilkli.
Jagan był w Groznym ostatni raz w 2003 roku, a i to przejazdem. Nie
lubił tego miasta. Lubił za to i znał Gudermes, bo tam stacjonowała
kiedyś jego jednostka.
Wynikało to może z tego, że pamiętał, jakie klęski ponieśli Rosjanie w walce z góralami, i to w mieście. Przekroczyli wtedy normalny poziom
hańby i na myśl o tym wciąż czuł przypływ wściekłości wymieszanej z bezsilnością. Najgorszy stan ducha, jaki może się przytrafić rosyjskiemu
żołnierzowi specnazu. Tylko pawia puścić!
A może Jagan w ogóle nie potrafił sobie wyobrazić, że musiałby walczyć w mieście. Tyle ulic, domów, ludzi... jak mógłby w każdym z nich wyczuć
niebezpieczeństwo?
Nie próbował tego dotąd. Wiedział, że jego niezwykły dar demaskacji
zagrożenia, ujawnienia planów czyhającej w pobliżu śmierci na nic by się
nie zdał w mieście, szczególnie takim jak Grozny.
Dlatego postanowił kiedyś, że w górach musi być lepszy od górali, i nieźle mu się to udawało, chociaż sam pochodził z Omska. Muhamedow
szybko poznał sierżanta Andrieja Trubowa z imienia i nazwiska, choć
normalnie nie interesowali go podoficerowie.
- Dojeżdżamy! - odezwał się po raz pierwszy od dłuższego czasu Jura
Kosow, który prowadził samochód. - Która godzina? - zapytał. - W tym
gracie nie działa zegar.
- Osiemnasta dwadzieścia pięć - odpowiedział Jagan, nie patrząc na
zegarek.
- To nie żaden grat, tylko dobrze zamaskowany samochód grupy specjalnej
połączonych służb specjalnych Federacji Rosyjskiej - zauważył dowcipnie
Gruzow, ale nikt nie zareagował na jego słowa.
Jechali szerokim, czystym prospektem między nowymi domami o jasnych
elewacjach. Na końcowym odcinku ulica przechodziła w promenadę obsadzoną
młodymi drzewami, które rozdzielały oba pasy ruchu. Po chwili wyjechali
na ogromny plac zajmowany przez monumentalny meczet.
Zaczęło się już ściemniać i włączone zostało oświetlenie budowli
przypominającej Hagię Sophię w Stambule. Cztery wysokie, wyjątkowo
smukłe minarety o ostrych szczytach wyrastały na rogach meczetu, jakby
miały go bronić przed niewidzialnym wrogiem. Tysiące świateł dodawało
świątyni więcej dramatyzmu niż majestatu.
Kosow zwolnił i wszyscy jak zaczarowani wpatrywali się w ten widok.
Jagan pomyślał, że minarety stoją wbrew prawom fizyki i każdy z pewnością pięknie by się zwalił od jednego celnego trafienia z RPG.
Skręcili w lewo, w sześciopasmową aleję, i w ciszy minęli meczet po
prawej stronie. Po trzystu metrach dojechali do stojącego opodal
skrzyżowania nowego dziesięciopiętrowego apartamentowca.
- Jesteśmy na miejscu - zakomunikował Zaricki, blisko czterdziestoletni
major. - To ten dom po lewej... najwyższe piętro.
Kosow i Jagan musieli się pochylić, żeby spojrzeć w górę.
- Ostatnie trzy okna po prawej - dodał Zaricki.
- Ciemno - rzucił Kosow.
- Dobrze! Tak miało być!
- No... to co? - wtrącił Gruzow. - Zaczynamy?
- Dowodzi Fiedieralnaja Służba Biezopasnosti. Panowie oficerowie,
czekamy na sygnał! - Zaricki przypomniał, że od tej chwili gospodarzem
sprawy jest wywiad wojskowy.
- Długo? - zapytał Kosow.
- Wysłałem esemesa... i czekamy.
Na parkingu przed domem stało kilka samochodów. Dwa SUV-y, kilka bmw,
mercedes i dalej w rzędzie inne, nie mniej okazałe pojazdy. Stary opel
astra z 1998, najwyżej z 1999 roku wyraźnie się odróżniał. Jagan wyczuł
to natychmiast.
- Spierdalamy stąd - rzucił cicho.
- Co jest, Trubow? - odezwał się nieco zaskoczony Gruzow.
- Spierdalamy i już! - powtórzył bardziej zdecydowanie Jagan. - Sto
osiem metrów za nami jest budynek administracji miasta. Wyglądamy w tym
gruchocie, jakbyśmy chcieli zrobić jakieś bum, jak niedorobieni amatorzy
Umarowa z Emiratu Kaukaskiego... Spierdalamy!
- Jagan ma rację. Słyszałeś, Zaricki! - Kosow włączył silnik i wrzucił
jedynkę, aż zazgrzytała skrzynia biegów.
- Bez nerwów - zareagował spokojnie Zaricki. - Wszystko jest pod
kontrolą. Co ty, kurwa, myślisz, Trubow, że nie wiedzieliśmy, gdzie stoi
ten budynek? W tym domu mieszkają ludzie Kadyrowa i Muhamedow wiedział,
gdzie zrobić swoją kryjówkę. Pod latarnią najciemniej... nie?!
Gruzow przez całą drogę palił papierosy i wyglądał, jakby denerwował się
bardziej od innych.
Smród papierosów Marlboro nie pozostawiał wątpliwości co do źródła ich
pochodzenia, ale paradoksalnie to dobrze świadczyło o Gruzowie, który
musiał kupować je taniej na bazarze. Oryginalne fajki palili tylko ci
oficerowie, których było na nie stać. Dlatego pewnie Gruzow mimo swoich
pięćdziesięciu pięciu lat - choć wyglądał na więcej - wciąż był majorem
i musiał ryzykować życie, zamiast łowić ryby kijem Megabass Diablo Slant
Bridge z kołowrotkiem Stella Shimano.
Gruzow pstryknął niedopałkiem przez okno i o mało nie trafił
podjeżdżającego motocyklisty bez kasku, w czarnej skórze, który
zatrzymał się cztery metry dalej, pochylił i bez słowa zajrzał do
wnętrza samochodu. Po chwili podjechał drugi motocyklista w identycznej
czarnej skórze i stanął obok.
Jagan delikatnie, powoli, wciąż patrząc w kierunku motocyklistów, wyjął
spod kurtki swojego skorpiona model 61, odbezpieczył go i położył na
kolanach.
- Nie rób głupstw - wyszeptał Gruzow. - Schowaj to, bo nie wyjedziemy z Groznego żywi...
- Wy kto? - zapytał twardo po rosyjsku z kaukaskim akcentem pierwszy
motocyklista. - Czego tu?
- Daj porozmawiać, przyjacielu! - zaczął Gruzow pojednawczo.
Drugi motocyklista przejechał parę metrów dalej i stanął przed
samochodem, najwyraźniej schodząc z możliwej linii strzału.
Zanim Gruzow zdążył otworzyć drzwi samochodu, obaj motocykliści
błyskawicznie rozpięli kurtki i sprawnym ruchem wyjęli pistolety.
Mimo że było już ciemno, Jagan dostrzegł, że Czeczeni mają wypasione,
najnowsze dziewięciomilimetrowe skorpiony model 91, i od razu pomyślał,
że coś jest nie w porządku ze sprawiedliwością na świecie, a w każdym
razie sporo jest na tym polu do zrobienia, przynajmniej w Rosji.
- Nooo... Ruski, tylko bez numerów! - krzyknął ten, który stał z przodu. -
Bo będziemy strzelać!
- Nie chcemy kłopotów. Jesteśmy z Federalnej Służby Bezpieczeństwa. -
Gruzow wysiadł z samochodu i podniósł ręce. - Teraz sięgnę do kieszeni
po legitymację, dobrze? - I zaczął powoli opuszczać jedną rękę.
Jagan obserwował Gruzowa i jednocześnie odciągnął zamek, który cicho
zadźwięczał. Szybko ocenił, że sytuacja nie jest dobra, bo Gruzow
zasłania mu motocyklistę, a drugi Czeczen stoi przed maską, poza
zasięgiem strzału.
- Spokojnie! - powiedział bardzo cicho Zaricki.
Motocyklista wciąż uważnie obserwował samochód i Gruzowa. Po chwili dał
mu znak automatem, żeby się zbliżył. Gdy ten był już półtora metra przed
nim, kazał mu stanąć. Gruzow powoli wyjął swoją legitymację i wręczył
motocykliście.
Chciał opuścić ręce, ale nie dostał pozwolenia.
- Zadzwoń do Fiołkina! - zaproponował.
- Nie bądź taki mądry, Ruski! Wiem, co mam robić - odparł sucho pewny
siebie Czeczen.
Jedną ręką wyjął krótkofalówkę, nacisnął przycisk i z głośnika odezwał
się skrzeczący, niezrozumiały głos. Przez chwilę motocyklista, nie
spuszczając wzroku z samochodu i Gruzowa, rozmawiał z kimś po
czeczeńsku.
Jagan zrozumiał tylko słowa "opel astra" i "Gruzow". Upłynęło dokładnie
dwie i pół minuty, zanim ponownie odezwała się krótkofalówka. Czeczen
powiedział kilka słów, czegoś wysłuchał i w końcu się rozłączył. Oddał
legitymację Gruzowowi, a pistolet schował pod kurtkę. Wrzucił nogą bieg
i bez słowa odjechał. Po kilku sekundach ruszył za nim drugi
motocyklista.
- No i co teraz?! Kurwa! - zaczął Kosow, gdy tylko Gruzow wsiadł do
samochodu. - Zaraz pół Groznego będzie wiedziało, że czterech facetów z FSB stoi w tym gracie, i to akurat pod tym domem. Nie sądzisz, że
Kadyrowa zainteresuje, co tu robimy? - ciągnął spokojnie i logicznie. -
Czy ta nasza akcja ma jeszcze sens? Żaden Czeczen nie ufa drugiemu...
- Robimy tak, jak było zaplanowane! - przerwał mu zdecydowanie Jagan i schował swój automat.
W samochodzie zaległa cisza. Nie było najmniejszej wątpliwości, że
wszyscy chcą kontynuować operację, bo namierzenie lokalu konspiracyjnego
Muhamedowa kosztowało ich dużo pracy, pieniędzy i czasu. I mogło w końcu
doprowadzić do rozbicia tej najniebezpieczniejszej, bo
najinteligentniejszej grupy na Kaukazie, a może i w całej Rosji. Nie
mówili o tym, ale każdy z nich wiedział, że powodzenie akcji może kiedyś
uratować czyjeś życie. Rosyjskie na pewno - pomyślał Jagan.
Jura Kosow też tak myślał, ale był oficerem wywiadu, czyli działał w służbie, w której często forma przerasta treść, i dlatego czasami, w trudnych sytuacjach, stawiał niepotrzebne pytania. Trubow, Zaricki i Gruzow byli inni. Wiedzieli, że to misja bojowa i rozterki Jury, choć
może i słuszne, nie popchną sprawy. Oczywiście wzrósł teraz stopień
zagrożenia, ale w tej profesji to nie pierwszyzna.
To, co się przed chwilą stało, wyzwoliło w Jaganie znane mu miłe uczucie
podniecenia bojowego. Poczuł, że dwugłowy smok na jego plecach drży i lekko się porusza. Odsunął się więc od oparcia, by dać mu więcej
miejsca.
- Kazak! Mołodiec Andriej! - Zaricki bez cienia dwuznaczności
skomentował decyzję Jagana i było już oczywiste, że Jura Kosow jest w mniejszości. - Czyli co? Zaczynamy!
13
Konrad wrócił ze spotkania z szefem Agencji na Miłobędzkiej w gorszym
nastroju, niż był rano, kiedy tam jechał. Prosił o to spotkanie od kilku
dni, bo sprawa pod kryptonimem "Zaraza" nabierała coraz szybszego tempa
i nie mógł podejmować wszystkich decyzji sam. Ale szef wciąż był zajęty,
jakby Karol Hamond niemal nic nie znaczył dla Agencji Wywiadu. Jakby
wszystko inne miało pierwszeństwo. Konradowi trudno było to zrozumieć,
bo po odejściu generała Pęka wydawało się, że może być już tylko lepiej.
Nie była to też kwestia osobistego stosunku nowego szefa do Konrada, bo
znali się od kilku lat i chociaż nie było w tej znajomości ani krzty
sympatii, to nie było też niechęci. Właściwie ich drogi zawodowe nigdy
się ze sobą nie skrzyżowały. Biegły równolegle, jak drogi wielu innych.
Podczas wyproszonego dwugodzinnego spotkania szef zadał raptem cztery
pytania dotyczące Safira, w tym jedno o jakąś datę. Chwilami można było
pomyśleć, że ta sprawa po prostu go nie obchodzi, ale to nie mogło być
prawdą.
Najważniejszą od lat, przełomową informację, że partnerzy brytyjscy z SIS pozyskali do współpracy wiedeńskiego łącznika Al-Kaidy, który został
włączony do struktur Bazy z rekomendacji Safira i miał być skrzynką
kontaktową z Irlandczykami, szef skwitował pytaniem, kiedy ten człowiek
został zwerbowany. Mimo że milczenie szefa drażniło Konrada do żywego,
to jednak mogło być też uznane za błogosławieństwo. Dawało praktycznie
wolną rękę w działaniu. Tak czy inaczej Konrad nie był przyzwyczajony do
takiego prowadzenia spraw i odczuwał silny dyskomfort.
Ten przykry stan pogłębiła druga część rozmowy, w której szef niezwykle
się ożywił, gdy usłyszał o konieczności powołania Międzywydziałowego
Zespołu Analitycznego do spraw Oceny Stanu Zagrożeń Terrorystycznych dla
Bezpieczeństwa Publicznego Rzeczypospolitej Polskiej. Nagle się okazało,
że świetnie włada językiem polskim i jest nawet swoistym erudytą.
Wydawało się, że to nie ujęcie Safira, lecz oczekiwane przez
kierownictwo państwa powołanie zespołu będzie prawdziwym wkładem AW w walkę z międzynarodowym terroryzmem. I tego właśnie Konrad nie mógł
zrozumieć. Podejrzewał oczywiście, co może się za tym kryć, ale ta myśl
była tak irracjonalna, że nie mogła się przebić przez jego zawodową
prostolinijność.
Najgorsza była jednak trzecia część spotkania. Bo o ile dwie pierwsze
mieściły się w schemacie dysfunkcji zawodowych, o tyle ostatnia dotykała
Konrada osobiście. Po raz kolejny zreferował szefowi sytuację Sary i Wydziału Q w związku z prowadzonym dochodzeniem w sprawie Travisa.
Wskazywał, że nie może być tak, by trup w szafie generała Pęka niszczył
- przy pomocy dyżurnych prokuratorów - najlepszych oficerów.
Początkowo, jak zawsze do tej pory, szef zadeklarował solidarność, pomoc
i wszystko, co mieściło się w jego możliwościach. Tym razem jednak
zrobił poważny błąd. Wyraził współczucie. Słowo to, wzmocnione
bezbarwnym spojrzeniem, było dla Konrada wręcz krwawo czytelne, bo
oznaczało, że szefowi jest obojętne, co się dalej stanie, i że nie
zamierza angażować się w sprawę.
Była za kwadrans pierwsza i Konrad jechał na dwudzieste piętro. Wydawało
mu się, że winda porusza się wolniej niż zwykle, jakby ją ciągnęły
niedożywione osły. Właściwie nie miał ochoty wracać do Wydziału, bo
wiedział, że będzie musiał wszystko opowiedzieć Sarze. A jeśli się z tym
spóźni, to Sara będzie miała słuszną pretensję, że jej nie uprzedził, i wyjdzie na to, że jest zbyt miękki.
Konrad zalogował się do kamery, która odczytała biometr jego twarzy, i wszedł do Wydziału. Zanim dotarł do swojego gabinetu, pozaglądał przez
oszklone drzwi do pokoi po obu stronach korytarza. Sara siedziała za
biurkiem i zawzięcie pisała coś na komputerze. Marcin przechadzał się
nerwowo, wymachując jedną ręką, a drugą przyciskając do ucha telefon. U M-Irka były jak zwykle opuszczone żaluzje. W innych pokojach można było
dostrzec umiarkowany ruch, jakby wszyscy jeszcze nie przywykli do tego,
że dzień pracy już dawno się rozpoczął.
Konradowi wydawało się, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nawet
sekretarka Ewa sprawiała wrażenie nieobecnej. Przez moment pomyślał, że
biuro opanował jakiś tajemniczy wirus, a on sam stał się niewidzialny.
Postanowił jednak sprawdzić prawdziwość swoich podejrzeń i nacisnął na
intercomie przycisk z napisem "Sara".
Na jej telefonie wyświetlił się napis "Konrad" i Sara podniosła głowę
znad komputera, spojrzała przez szyby na Konrada i równocześnie zapytała
jakby nieco zdezorientowana:
- No... co jest?
- Przyjdź do mnie... albo nie, ja przyjdę - rzucił i rozłączył się.
Przeszedł do jej pokoju, usiadł w fotelu i już miał zacząć opowiadać o wizycie na Miłobędzkiej, gdy Sara z głośnym trzaskiem zapaliła
papierosa.
- Dlaczego używasz takiej niewygodnej męskiej zapalniczki? To jakiś
szpan czy pamiątka po... nim? - Konrad po raz pierwszy zapytał o to, o co
chciał ją zapytać od zawsze. Zrobił to tak spontanicznie, że aż się
zawstydził. - Mogłabyś rzucić palenie! - dodał świadomy bezsensu tego,
co powiedział.
- Co z tobą, Konrad? - Sara uniosła brwi i założyła nogę na nogę. - Coś
się stało?
Kurwa! - zaklął w duchu. Że też ona zawsze mnie wyczuje...
- Co się stało?
- Nie, nic! - skłamał, przygryzł dolną wargę i zdecydował, że porozmawia
z nią w bardziej sprzyjających okolicznościach.
- Gdybym cię nie znała, to pomyślałabym, że rzuciła cię dziewczyna albo,
co gorsza, ktoś ci porysował saaba... 900i... turbo. Tak?
Konrad zmienił zdanie i chciał już wszystko powiedzieć, gdy zadzwonił
jej telefon komórkowy. Znał tę melodię - to był jego ulubiony motyw z piosenki Cata Stevensa i Sara o tym wiedziała. Kiedyś nawet miał pewne
podejrzenia, dlaczego ściągnęła sobie ten utwór na prywatną komórkę.
Zdążyli wysłuchać sporego kawałka melodii, nim odnalazła telefon w torebce. Konrad chciał już wyjść, ale dała mu ręką znak, żeby został.
Była trzynasta pięćdziesiąt sześć.
- Cześć, Jacek! Kopę lat! - zaczęła Sara, niby uradowana z telefonu.
Konrad od razu zrozumiał, że to Jacek Morawiec, szef ochrony hotelu
Marriott, były oficer Wydziału Wschodniego kontrwywiadu ABW i dawny
chłopak Sary. Razem byli w szkole wywiadu w Kiejkutach i potem jeszcze
przez pół roku ze sobą chodzili. Rozstanie wymusiły alkoholowe problemy
Jacka, lecz, jak zawsze twierdziła Sara, pozostali przyjaciółmi. Wkrótce
odszedł też z ABW, z tych samych powodów.
- Poczekaj - odezwała się do Jacka i zwróciła do Konrada: - Coś dziwnego
dzieje się w Marriotcie. Jacek? Słyszysz mnie dobrze? Jest u mnie
Konrad... przełączę na głośniki... mów.
- Dobrze. - Konrad rozpoznał podniecony głos Morawca. - Słuchajcie
uważnie. Minutę temu zadzwoniła do mnie jedna ze sprzątaczek. Przez
przypadek weszła do pokoju... apartamentu i zobaczyła coś dziwnego. Przy
stole siedziało kilku facetów, którzy bardzo się zdenerwowali jej
niespodziewanym wtargnięciem i zaczęli chować pod stół jakieś papiery.
Ale żeby było dziwniej... trzech facetów to Azjaci. Sprawdziłem. Pokój
jest na Szweda, Gustava Winklunda. Oni tam teraz są...
- Może to jacyś biznesmeni? - zapytała zaciekawiona Sara.
- No... może... może nie?! Jednak znam tę sprzątaczkę. Była wyraźnie
przerażona...
- Może to mafia? - wtrącił Konrad.
- Słuchajcie! - rzucił wyraźnie podniecony Jacek. - Coś tu nie gra! Ale
jak was to nie interesuje...
- Daj spokój - odezwała się Sara. - Oczywiście, że nas interesuje! Co to
za Azjaci? Zapytaj tę sprzątaczkę. Chińczycy, Japończycy...?
- Na głowę upadłaś! Ona rozróżnia co najwyżej białych, czarnych i żółtych...
- Okej! Weź z recepcji dane tego Szweda i podaj nam jego datę urodzenia
i numer paszportu...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
2
Minęło już ponad siedem miesięcy, odkąd wysłał do Zuzy maila z Kijowa.
Odpowiedziała mu dopiero po trzech tygodniach. Później przesyłała
wiadomości co dwa dni. Przeglądał swoją skrzynkę możliwie często. Ale
nie mógł odpisać, bo wokół niego działy się dziwne rzeczy i obawiał się,
że może być śledzony przez rosyjską FSB albo Służbę Bezpieczeństwa
Ukrainy. Doskonale wiedział, że rosyjskie służby mają swoje wtyczki w Al-Takfir, ale sprawa, którą miał załatwić, warta była tego ryzyka.
Rozmowy były tajne i spotkania odbywały się za każdym razem gdzie
indziej, w różnych wsiach i chutorach, od Symferopola do Jałty, więc
Karol Hamond nie miał swobodnego dostępu do internetu i musiał polegać
na przygodnych kawiarenkach. Telefonu również nie mógł używać. Numer,
który podał Zuzie we Lwowie, był już nieaktualny.
Od rozstania na lwowskim peronie nie mógł przestać o niej myśleć. Jej
obraz w oknie pociągu i smutne, oddalające się spojrzenie utkwiły w jego
pamięci z siłą, jakiej dotąd nie znał.
Chwilami wydawało mu się, że popadł w jakiś obłęd, że to wszystko jest
bez sensu. Skłamał przecież, że nazywa się Aleksander Kurtz, i opowiedział jej o sobie zmyślone historie. Zuza poznała kogoś innego,
więc jak mógł nawet pomyśleć, że będzie chciała się z nim spotykać,
jeżeli się zorientuje, że ją okłamał. Była na tyle inteligentną
dziennikarką, że prędzej czy później by się domyśliła, że nie jest tym,
za kogo pragnął uchodzić.
Jednak ta na pozór tak oczywista myśl nie była w stanie zniszczyć
marzenia, by spróbować wytłumaczyć sens swojej misji. Gdyby zrozumiała,
że poświęcił się walce o lepsze jutro, mogłaby się do niego przyłączyć.
We dwoje, razem, mieliby większą szansę przybliżyć tę wizję.
Dlatego kiedy wrócił z Krymu do Polski, postanowił przygotować się do
tej rozmowy. Najpierw musiał ustalić, gdzie mieszka Zuzanna Wilska.
Karol wynajmował na obrzeżach Iwicznej solidny, murowany domek z lat
siedemdziesiątych. Przeciętny, niewyróżniający się niczym szczególnym,
dobrany jednak bardzo starannie, tak by spełniał wszystkie jego
nietypowe potrzeby.
Teren posesji i dom były zabezpieczone minikamerami połączonymi z komputerem ukrytym pod podłogą w kuchni. Tam też miał skrytkę, w której
trzymał broń, dokumenty, pieniądze, zestaw notebooków, iPhone'ów,
BlackBerrych, zdobytych w różnych zakątkach świata. Dom zabezpieczony
był dodatkowo ładunkami wybuchowymi.
W garażu Karol trzymał motor Kawasaki KX 450F, na którym regularnie, co
tydzień, ćwiczył jazdę terenową. Opanował ją w stopniu doskonałym i miał
prawo wierzyć, że kiedy po niego przyjdą, to nie broń, nie ładunki
wybuchowe, ale właśnie ten motor go uratuje.
Spędzał tutaj ledwie kilka miesięcy w roku, lecz uważał ten dom za swoje
miejsce na ziemi, bo czuł się Polakiem.
W domu korzystał z internetu tylko w sprawach, które nie były związane z jego działalnością w Bazie. Sprawy organizacyjne załatwiał wyłącznie w sieciach wi-fi w centrach handlowych.
Nieustannie studiował technologie informatyczne, szczególnie te
wojownicze, lecz nie tylko po to, by podnieść własne umiejętności, ale
również po to, by nawiązywać kontakty z osobami zatrudnionymi w miejscach, które mogą być przydatne dla Bazy.
Dlatego nie miał najmniejszych trudności ze zdobyciem adresu IP Zuzy
Wilskiej, choć zajęło mu to trochę czasu. Jej komputer znajdował się w mieszkaniu na trzecim piętrze przy placu Wilsona 2, nad kinem Wisła.
Wcześniej przejrzał w internecie wszystkie informacje na temat Zuzanny
Wilskiej. Osoby o tym imieniu i nazwisku pojawiały się wielokrotnie,
jednak żadna nie pasowała do jej profilu. Nic też nie wyszło, kiedy
połączył jej nazwisko z hasłem "Ukraina". Wydało mu się dziwne, że
dziennikarka specjalizująca się w tym temacie nie ma w internecie
żadnych publikacji. Jej nazwisko nie pojawiło się na żadnym blogu, forum
ani czacie. Sprawdzał to długo i systematycznie. Zupełnie nic!
Freelancer musi przecież gdzieś istnieć, gdzieś publikować - zastanawiał
się aż do chwili, kiedy zrozumiał, że Zuza publikuje pod pseudonimem.
Skoro jeździ tak często na Ukrainę, woli pewnie pozostać anonimowa. Ta
myśl stała się nagle dla niego tak oczywista, że zaprzestał dalszego
śledztwa.
Teraz, gdy znał już jej adres, postanowił sprawdzić, czy rzeczywiście
tam mieszka.
Wielokrotnie wyobrażał sobie, że po prostu dzwoni do jej drzwi, wchodzi
z wielkim bukietem kwiatów i bez słowa ją całuje. Od tego momentu
wszystko zacznie się od nowa. Im dłużej układał sobie w głowie słowa i myśli, tym mocniej dochodził do przekonania, że ktoś taki jak ona musi
go zrozumieć i zaakceptować.
A jeżeli tak się nie stanie?! - myślał z niepokojem i zaraz sam sobie
odpowiadał: Nie! Nie... Oszalałeś, człowieku! Nie! Na pewno się zgodzi!
Przesłała mu mailem trzydzieści siedem obszernych wiadomości, w których
dawała wyraźne sygnały, że tak właśnie może być, że jej uczucie jest
silne i trwałe, a wrażliwość na krzywdę świata nie mniejsza niż u niego.
Tyle razy już napisał "Kocham Cię!", lecz nie mógł się zdobyć na
uderzenie w klawisz Enter. Teraz trochę żałował.
Od dwóch miesięcy nie miał od niej żadnej wiadomości i poczuł się
zagrożony. Musiał się pospieszyć i jak najszybciej zrobić to, co sobie
zaplanował.
Wcześniej, zanim ją poznał, miał chwilami wrażenie, że walka w Bazie
przemieniła go w bezdusznego, pozbawionego uczuć wojownika. Zuza tchnęła
w niego tak wiele optymizmu, nadziei, że znów poczuł się człowiekiem
pełnym życia, rewolucjonistą. Jej aura sprawiła, że powrót Mahdiego
stawał się realny i bliski.
Teraz najważniejsze było sprawdzić, czy Zuza jest wolna, czy nie ma przy
niej kogoś, czy wciąż mieszka sama. Nawet nie dopuszczał do siebie innej
myśli. Wydawała mu się tak irracjonalna, nieprawdopodobna, że chwilami
się zastanawiał, czy zamiast sprawdzać wszystko i przygotowywać się jak
do akcji bojowej, nie powinien wejść po prostu na trzecie piętro i zadzwonić do drzwi.
Jednak instynkt wojownika nie pozwalał mu ryzykować życia. Od niego
zależało nie tylko powodzenie rewolucji i bezpieczeństwo wielu braci,
lecz także coś znacznie ważniejszego.
Na pewno się do mnie przyłączy! Nie będzie miała wyboru, kiedy zrozumie,
o co trzeba walczyć! - powtarzał sobie uporczywie i z głębokim
przekonaniem, że tak właśnie będzie.
Postanowił jednak, że zanim się z nią spotka, porozmawia z profesorem
Ahmedem. Czuł, że odkąd ją poznał, tak mocno zawładnęły nim emocje, że
chwilami traci samokontrolę, błądzi i coraz częściej się myli. Uznał
więc, że nie powinien sam podejmować decyzji. Nie mógł przecież
sprzeniewierzyć się przysiędze. Są sprawy ważniejsze niż życie, śmierć
czy nawet miłość.
Do domu wchodziło się od tyłu. Pod wysokimi drzewami stały zaparkowane
samochody lokatorów. Była jedenasta rano i Karol miał nadzieję, że Zuzy
nie ma w domu. Dla pewności jednak nacisnął na domofonie numer jej
mieszkania. Tak jak się spodziewał, odpowiedziało mu milczenie.
O tej porze, w dzień powszedni, prawie każdy ma coś do załatwienia w mieście albo jest w pracy. W domach są tylko emeryci, renciści,
bezrobotni, matki z dziećmi, więc wcisnął dowolny numer. Odezwała się
starsza kobieta i na hasło "listonosz" otworzyła drzwi klatki numer 2.
Przypiął sobie podrobiony identyfikator z logo PGNiG ze swoim zdjęciem.
Wziął duży zeszyt i detektor gazu, który kupił w internecie, i zadzwonił
do drzwi piętro niżej.
Dopiero po trzecim dzwonku otworzył mu nieogolony mężczyzna po
czterdziestce, w majtkach i brudnym podkoszulku.
- Dzień dobry panu. Jestem z gazowni. Prowadzimy kontrolę instalacji -
zaczął Karol pewnym siebie głosem. - Można?
- Wchodź pan! - wyrzucił z siebie mężczyzna wraz z alkoholowym odorem.
Karol przeszedł bokiem, bo jedynie tyle mu zostawił miejsca. Już z przedpokoju było widać, że umeblowanie pochodzi z lat siedemdziesiątych,
a ostatni remont robiono tu pewnie jeszcze wcześniej. Mieszkanie
składało się z dwóch dużych pokoi i sporej kuchni. Mogło mieć jakieś
sześćdziesiąt metrów.
Wszedł do kuchni i włączył detektor gazu przy starej kuchence. Choć
miała to być zwykła przykrywka do sprawdzenia rozkładu mieszkania i krótkiej rozmowy, ku jego zaskoczeniu detektor zaczął głośno piszczeć.
- Ma pan silny upływ gazu. To bardzo niebezpieczne! - stwierdził zgodnie
z prawdą Karol i bez pytania usiadł przy stole, rozłożył zeszyt i coś w nim zapisał. - Przyślę dzisiaj do pana gazowników, żeby to uszczelnili.
Sprawia pan zagrożenie dla wszystkich lokatorów. - Pomyślał, że Zuza
nawet nie wie, na jakiej bombie mieszka. - Zrozumiał pan? W przeciwnym
razie grozi panu sąd grodzki...
- Dobra! Dobra! - odezwał się nagle mężczyzna. - Załatwimy sprawę,
kurwa!
- Nie wie pan, kiedy można zastać tego lokatora nad panem? - zapytał
Karol, wciąż coś pisząc w zeszycie. - Pan tu podpisze! - powiedział po
chwili, dał mężczyźnie długopis i podsunął zeszyt.
- Jaki lokator?! Panie! Dupa, i to jaka! - ożywił się tamten.
- To może przyjdę, jak nie będzie męża - odparł Karol z udawaną ironią.
- Gdzie tam, panie! Sama mieszka! Wysoka blondyna, ale żadnego fiuta z nią nie widziałem... No... tego... łóżko też nie wali po nocy.
- Długo tu mieszka?
- Parę lat... nie pamiętam. Kupiła to mieszkanie ze trzy albo cztery lata
temu. I zaraz mi, kurwa, zalała całą kuchnię. Tynk odszedł z sufitu.
Patrz pan! - Karol spojrzał na zagrzybiony sufit. - Potem robiła remont.
Wszystko wypierdoliła na śmieci... Ma cipa kasę, ma... Co ja z nią miałem,
panie!
- Kiedy ją najlepiej zastać?
- Nie wiem. Często wyjeżdża... wraca raczej późno...
- Dobrze. Dziękuję panu. Niech pan czeka na gazowników!
- Dobra. Dobra - zakończył mężczyzna tym samym tonem, jakim zaczął.
Karol wyszedł na klatkę schodową z dziwnym uczuciem, że chętnie pchnąłby
nożem tego obślinionego pijaka, ale jednocześnie był mu wdzięczny, bo
usłyszał to, co chciał, i były to dobre wiadomości. Na tyle dobre, że
nie musiał się zastanawiać, dlaczego w tym mieszkaniu zameldowana jest
jakaś Sara Kaliska. Można było to łatwo wyjaśnić na sto sposobów.
Wiedział o tym aż nadto dobrze.
Następnego dnia o siódmej rano ustawił samochód w miejscu, z którego
miał doskonały widok na drzwi klatki numer 2.
Było dosyć ciepło i sucho. Wiedział, że rozpozna ją z łatwością. Jej
obraz tkwił w jego pamięci, jakby był utrwalony w miejscu wybranym
wyłącznie dla niej.
O siódmej trzydzieści zamknęło się okno sypialni, co oznaczało, że Zuza
wkrótce będzie wychodzić. Pomyślał, że jeżeli codziennie wychodzi o tej
porze, to z pewnością musi gdzieś pracować i pewno nie jest już
freelancerem. Wolał, żeby była wolnym człowiekiem, tak jak mówiła we
Lwowie.
Po chwili otworzyły się drzwi i wyszła Zuza. Karol instynktownie
pochylił się w fotelu. Rozpoznał ją od razu. Słomkowozłote włosy miała
spięte wysoko z tyłu głowy, identycznie jak wtedy, gdy widział ją
ostatni raz w oknie pociągu do Kijowa.
Zatrzymała się na moment przed wejściem, jakby chciała się upewnić, jaka
jest pogoda. Podniosła kołnierz granatowego żakietu w marynarskim stylu,
ze złotymi guzikami. Była w dżinsach i czarnych butach na płaskiej
podeszwie. Na ramieniu miała dużą czarną torbę sportową. Kompozycja
stroju była trochę męska, dosyć prosta, a jednak dobrana z kobiecym
smakiem i stylem, wzmocniona urodą Zuzy i harmonijnymi ruchami jej
ciała.
Pamiętał ją trochę inną, w wakacyjnym otoczeniu, ale teraz, gdy patrzył,
jak idzie szybkim, pewnym krokiem, a spięte włosy kołyszą się w takt jej
ruchów, poczuł, jakby coś ścisnęło go za gardło, jakby niespodziewanie
zamarzł i stracił kontrolę nad własnym ciałem. Nigdy wcześniej nie
doświadczył podobnego doznania. Ale to było przyjemne.
Potrzebował chwili, by się opanować. Dopiero teraz się zorientował, że
Zuza nie będzie jechać samochodem i prawdopodobnie zmierza w kierunku
metra albo tramwaju. Postawił kołnierz kurtki, założył okulary i naciągnął głębiej czarną czapkę. Wyskoczył z samochodu, gdy Zuza znikała
za zakrętem.
Na placu Wilsona było już sporo porannych przechodniów zmierzających w różnych kierunkach. Jemu jednak się wydawało, że w Warszawie jest teraz
tylko ich dwoje.
Weszła do metra. Karol musiał skrócić dystans, ale zachował bezpieczną
odległość. Nie był gotowy na przypadkowe spotkanie, nie w takich
warunkach.
Kupił bilet w automacie, przeszedł przez bramkę i zobaczył ją stojącą na
peronie przy torze w kierunku Centrum. Było dużo ludzi i łatwo mógł się
ukryć. Stanął na końcu peronu. Rzadko jeździł komunikacją miejską w Warszawie, bo bał się, że ktoś mógłby go rozpoznać.
Zuza stała bliżej początku peronu, zatem gdy wysiądzie, pójdzie do
przedniego wyjścia - pomyślał.
Po chwili nadjechał pociąg. Karol odczekał, aż Zuza wejdzie do jednego z pierwszych wagonów, przepuścił wszystkich pasażerów i wsiadł ostatni do
końcowego wagonu.
Wysiadał na każdej stacji, przepuszczając pasażerów, i wracał ostatni.
Manewr ten wymagał od niego sporo zdecydowania i siły, jednak Karol
radził sobie dobrze. Ta prosta technika pozwalała mu kontrolować, czy
Zuza nadal jest w pociągu. Wysiadła z tłumem ludzi na stacji Centrum.
Jej jasne włosy prowadziły go bezbłędnie. Był bardzo blisko i wydawało
mu się, że ona wyczuje jego obecność, odwróci się i spojrzy prosto na
niego.
Gdy wyszli na zewnątrz, zwiększył dystans. Zuza skręciła w prawo i ruszyła w kierunku Dworca Centralnego.
Widział doskonale, jak przeszła na drugą stronę ulicy Emilii Plater i po
chwili zniknęła w jednym z wieżowców. Wszedł za nią wraz z ludźmi
spieszącymi do pracy.
Wrócił do domu w Iwicznej i od razu włączył internet. W budynku, do
którego weszła Zuza, było około czterdziestu instytucji. Skonstatował,
że prawdopodobnie musi teraz pracować dla jakiejś firmy handlowej albo
konsultingowej. Poczuł lekkie rozczarowanie i mocno zatrzasnął pokrywę
komputera.
Oparł się na fotelu i założył ręce za głowę. Przez chwilę trwał w bezruchu. Dotarło do niego, że po tym wszystkim, co go dziś spotkało,
potrzebuje wewnętrznej równowagi i wymiany energii. Postanowił, że
pójdzie do siłowni w garażu i przez godzinę nad sobą popracuje, a potem
za domem poćwiczy Falun Dafa. Zrobi dzisiaj pełny zestaw ćwiczeń, ale
skupi się na Falun Zhou Tian Fa i Shen Tong Jia Chi Fa.
Gdy już będzie odnowiony i gotowy, zasiądzie znowu przy komputerze i spróbuje ustalić, w której firmie pracuje Zuza.
3
Konrad Wolski, naczelnik Wydziału Specjalnego Q Agencji Wywiadu,
siedział w swoim pokoju na dwudziestym piętrze warszawskiego wieżowca i czekał. Przed nim na biurku stał zimny już kubek ze złotym symbolem CIA,
nieduże drewniane pudełko o pięknym ciemnobrązowym wzorze i leżał iPhone
4S.
Minęły już ponad dwie godziny. Nie odbierał telefonów i zabronił
sekretarce Ewie wpuszczania kogokolwiek aż do odwołania. Czas dłużył mu
się niemiłosiernie, a czarne lusterko telefonu wciąż było martwe.
- Co się dzieje? - wymamrotał ze złością i przygryzł dolną wargę. Wziął
do ręki telefon i wcisnął przycisk, jakby chciał się upewnić, czy
przypadkiem nie przeoczył połączenia. Dobrze wiedział, że to bezsensowna
reakcja, ale robił tak czasami, gdy denerwował się bardziej niż zwykle.
Popatrzył na pamiątkowy kubek z okazji pięćdziesięciolecia CIA, który
kiedyś podarował mu warszawski rezydent, i pomyślał, że był to chyba
dziesiąty kubek, jaki dostał od Amerykanów. Wszystkie oprócz tego
jednego rozdał pracownikom, ale ci nigdy ich nie używali do picia kawy,
jakby uważali, że nie może ona smakować z czegoś takiego, i przechowywali w nich przybory biurowe.
Konrad jednak używał go zgodnie z przeznaczeniem, bo odpowiadała mu
powiększona pojemność i wygodny uchwyt.
Przeniósł wzrok na pudełko. Przekręcił srebrny kluczyk. Wewnątrz, pod
spodem, umieszczona była mosiężna tabliczka z wygrawerowanym napisem:
To Konrad with best wishes from your friends in Israel. January 1998.
Dostał je od Dawida Awnera, starszego od niego o siedemnaście lat
oficera Mosadu, z którym współpracował przez wiele lat. Realizowali
razem operację "Condor" w Iranie.
Dawid był prawdziwym przyjacielem i to on nauczył Konrada, czym jest
świat islamu i kim są Izraelczycy. Ale nauczył go też czegoś znacznie
ważniejszego: moralności, jaką powinien się cechować oficer wywiadu.
Zmarł pięć lat temu po wypaleniu miliona papierosów i wypiciu dwustu
pięćdziesięciu hektolitrów arabskiej kawy. Konradowi bardzo brakowało
jego prostej szpiegowskiej mądrości. Nikt tak jak Dawid nie potrafił
wytłumaczyć spraw trudnych do zrozumienia dla wszystkich tych, którzy
nie przeżyli Holokaustu.
Zawsze zachowywał zimną krew i znajdował słuszne rozwiązanie.
Cierpliwość tracił jedynie wtedy, gdy zaczynali rozmawiać o ortodoksyjnych żydach, których uważał za zakałę i prawdziwe nieszczęście
narodu izraelskiego. Sam był żydem reformowanym, urodzonym w Sosnowcu.
Pudełko zostało zrobione przez Izraela Białego, mosadowskiego
arcymistrza wyrobów ręcznych, z dwóch dużych kawałków drzewa oliwnego,
które po tysiącu lat owocowania uschło któregoś dnia na dziedzińcu
jakiegoś starego domu w Jaffie. "Z jego drewna wytworzono przedmioty,
które otrzymali sprawdzeni przyjaciele Izraela - mówił Awner, wręczając
pudełko Konradowi. - W tym świętym drzewie, które przez setki lat
rodziło owoce i które zawsze ktoś otaczał czułością, zaklęta była istota
człowieczeństwa. To drzewo równie żarliwie kochali Żydzi, jak i Arabowie". Tak mówił Dawid, który Arabów nazywał braćmi, a Persów uważał
za przyjaciół.
Gdy wręczał Konradowi to pudełko, przestrzegał go, by dobrze się
zastanowił, co w nim będzie przechowywał. Nie mogły to być jednak
pieniądze. Do dzisiaj Konrad nic w nim nie trzyma. Nie znalazł jeszcze
niczego takiego, co byłoby godne je wypełnić.
Otworzyły się drzwi i do pokoju weszła Sara. Od razu ciężko usiadła w fotelu, zapaliła papierosa i gestem pełnym złości uderzyła zapalniczką
Zippo o ławę.
- No! Mów! - zaczął Konrad.
- Prokurator zapowiedział, że najprawdopodobniej będzie musiał
przedstawić mi zarzut przekroczenia uprawnień. Wyobrażasz sobie?!
Przekroczenia uprawnień! On nic nie rozumie! Co on może wiedzieć o pracy
wywiadu... To nie jest normalny kraj...
- Jak to możliwe?! - Konrad był mocno poruszony.
- To młody prokurator... może chce na tym zrobić karierę... sama już nie
wiem...
- Fuck! Może to jakiś oddany wyznawca sekty Zielińskiego!
- Najgorsze, że jak dostanę zarzuty, to szef będzie musiał mnie zawiesić
w czynnościach.
- Kiedy to może być?
- Nie wcześniej niż za miesiąc, półtora. Tak go przynajmniej
zrozumiałam.
Po powrocie do Polski i zakończeniu sprawy archiwum NKWD Travis złożył
raport o zwolnienie ze służby w Agencji Wywiadu i szczegółowo opisał,
jak doszło do zabójstwa pułkownika Stepanowycza z białoruskiego KGB.
Aresztowanie Rupertów, ojca i syna, wstrząsnęło sceną polityczną w Polsce i wymiotło prezydenta Zielińskiego, który nawet nie próbował
ubiegać się o reelekcję. Ku zaskoczeniu wszystkich wybory wygrał Adam
Poławski, kandydat Zjednoczonej Centrolewicy. Wkrótce nastąpiły też
przedterminowe wybory parlamentarne i dotychczasowa koalicja rządowa
ledwo utrzymała się w Sejmie. Opozycja przy wsparciu mediów doprowadziła
do głębokiej wymiany elit w Polsce i jeszcze przed końcem roku szybka
przebudowa sceny politycznej była zakończona. Powstał
chimeryczno-hybrydowy centrolewicowy rząd, w którym lewica miała
iluzoryczną władzę opartą na licznych trzeciorzędnych stanowiskach.
Jednak odchodząca ekipa, zgodnie ze swoimi ideałami, zostawiła szereg
pułapek, w które naiwnie wpadali nowi politycy. Tak czy siak, albo ich
nie widzieli, albo nie potrafili sobie z nimi poradzić.
Nie inaczej było w Agencji Wywiadu na Miłobędzkiej, gdzie generał
brygady Zdzisław Pęk i jego zastępcy, jeszcze przed odejściem, złożyli
pięć zawiadomień do prokuratury o popełnieniu przestępstw przez
oficerów. Oczywiście starannie wyselekcjonowanych. Sprawa oficera o pseudonimie "Travis" była wręcz idealna, by odpowiednio zapłacić
Konradowi Wolskiemu za wtrącanie się do polityki, jak uważał generał
Pęk.
Przeliczyli się jednak, bo prokuratura wprawdzie wszczęła postępowanie,
lecz nikomu nie postawiła zarzutów i wciąż prowadziła dochodzenie.
Konrad bardzo przeżywał to, co się stało, ponieważ ostrze prokuratury
skierowało się głównie przeciwko Sarze, która wyszkoliła i obsługiwała
Travisa.
Pęk nie znał się na pracy wywiadowczej, ale przez lata po mistrzowsku
opanował prostą zasadę - "dziel i rządź". Doskonale wiedział, że prędzej
czy później prokuratura skupi się na Sarze Korskiej, zastępczyni
Konrada. I o to chodziło! Bo Konrad był odporny na własny ból czy
upokorzenie, ale nie był przygotowany na jakiekolwiek oskarżenie
wymierzone w jego współpracowników, a szczególnie w Sarę.
Dlatego Wydział Bezpieczeństwa Wewnętrznego tak skonstruował
zawiadomienie, by odpowiedzialność przede wszystkim spadła na Sarę. Mimo
rozpaczliwych ruchów Konrada prokuratura nie umiała albo nie chciała
zrozumieć, że to on jest odpowiedzialny za sprawę Travisa. Pęk i jego
zastępca Ciężki, informowani regularnie przez Marka Belika, zastępcę
Konrada, wiedzieli aż nadto dobrze, że to, co zaboli twardą Sarę,
dziesięciokroć mocniej zrani wrażliwego i trochę naiwnego Konrada.
Zawiadomienie o sprawie Travisa i Stepanowycza było oczywiste, bo takie
jest prawo. Jednak uzasadnienie, jakie przekazała Agencja Wywiadu,
wskazywało na możliwość popełnienia przestępstwa. Konrad i Sara byli
dodatkowo sfrustrowani zaistniałą sytuacją, bo był to pierwszy
przypadek, kiedy Agencja oskarżała własnych oficerów. A przecież Travis
działał w stanie wyższej konieczności.
Po akcji w twierdzy brzeskiej i sprawie Rupertów Pęk nie przyjął raportu
Konrada o zwolnienie, bo uznał, że musi mieć go na oku, a może
dokładniej - w zasięgu ręki. Przynajmniej do czasu wyborów.
Po wyborach nowe kierownictwo Agencji Wywiadu zapewniało Konrada, Sarę i Travisa, że zrobi wszystko, by sprawa jak najszybciej została
wyjaśniona, wyrażało sympatię i pełne poparcie, ale gołym okiem było
widać, że nikt nie chce się w to angażować, by nie padło na niego
jakiekolwiek podejrzenie. Po aferze Ruperta nowy premier był wyjątkowo
przewrażliwiony i najpierw dokonywał egzekucji na swoich
współpracownikach, a dopiero potem badał sprawę.
Travis brał na siebie całą odpowiedzialność i był gotowy ponieść karę,
nie mógł więc zrozumieć, dlaczego prokurator wciąż traktuje go jak broń,
narzędzie, którym miała się posłużyć Sara.
- Co będzie, to będzie! Nie ma sensu teraz się tym zamartwiać -
stwierdziła Sara, bo nie chciała już o tym myśleć.
- Widziałaś Marcina?
- Nie.
- Nie widziałaś jego nowego wcielenia?
Sara spojrzała z zainteresowaniem na Konrada, bo Marcin zawsze
dostarczał im dużo radości i czasami trosk. Nie wyobrażali sobie, by
Wydział Specjalny Q mógł bez niego istnieć.
- Już nie ma tego dawnego Marcina z pomadą na włosach, syntezy
macho-żigolo... tych jego ciemnych okularków, podkoszulków i koszul a la
Bahama...
- Chory? - wtrąciła z lekką ironią Sara.
- Sama idź i zobacz. - Konrad ruchem głowy wskazał na drzwi. - Dziś jego
pierwszy dzień w nowej skórze. Dosłownie... nowej skórze. Poczekaj... -
przerwał na moment. - Zawołam go. - Wcisnął interkom. - Ewa! Niech
przyjdzie do mnie Marcin. I... dwie kawy.
Po jakiejś półminucie do gabinetu Konrada wszedł Marcin, ale Sara,
siedząc w fotelu, w pierwszej chwili go nie poznała. Wstała, podeszła
bliżej i z niedowierzaniem obejrzała go od stóp do głów. Konrad
przysiadł na biurku i oglądał tę scenę z rozbawieniem.
- To ty? Marcin! Uszczypnij mnie, Konrad. - Sara z coraz większym
rozbawieniem lustrowała wzrokiem Marcina. - Tak będziesz chodził
codziennie? To... - dotknęła go ręką - to... jest wygodne? Jestem naprawdę...
naprawdę bardzo zaskoczona. Ale... skąd ta niespodziewana zmiana?
- Taaak... - zareagował Marcin z wyraźnym ociąganiem i udawaną flegmą. -
Teraz dopiero jestem sobą.
- Nooo... ja... nic nie mówię... więcej... muszę powiedzieć, że mi się podoba.
Marcin zrobił poważną minę, podciągnął nogawkę czarnych skórzanych
spodni i pokazał wysoką cholewkę kowbojskich butów.
- Tysiąc! - zakomunikował.
- Skąd masz takie przetarte skórzane spodnie? - zapytał Konrad.
- No... kupiłem od jednego kolesia...
- A po co ci te rzemienie na bokach? To tak ma być?
- Nooo... jeszcze dobrze nie wiem, ale są cool.
- Podnieś tę kamizelkę... Frędzelki takie trochę nie tego... niemęskie -
zauważyła z lekką ironią Sara.
- Czaszka ze skrzydłami w jakichś płomieniach. Ciekawe! Co to znaczy? -
zapytał Konrad, oglądając czarną koszulkę Marcina, który kiwał tylko z politowaniem głową nad ignorancją szefa.
Stroju dopełniał srebrny sygnet na palcu, koraliki na szyi, dwudniowy
zarost i zaczesane do tyłu włosy.
- Mam nadzieję, że nie masz tatuaży. Wiesz, że to u nas niedozwolone! -
dorzucił Konrad. - Nooo... i nie jesteś chyba w żadnym gangu?
- Szefie, kurczę, szpieg też potrzebuje trochę wolności! Zawsze chciałem
mieć motor... no... taki Easy Rider. Każdy prawdziwy mężczyzna mnie
zrozumie... Ja dzisiaj tak tylko. Wczoraj zdałem prawo jazdy na motor...
- Jaki masz motor?
- Kupiłem od kolesia czarnego harleya-davidsona V-Rod VRSC z dwa tysiące
piątego roku - ożywił się natychmiast Marcin i wyjął zdjęcie. - Oto
cacuszko! Pojemność tysiąc sto, sto pięć koni... i niech szef patrzy...
wydech Screaming Eagle, to znaczy słyszysz, a nie widzisz... Kupiłem go
już trzy miesiące temu i wiernie na mnie czekał, aż się nauczę jeździć!
- Podoba mi się twoja metamorfoza - wtrąciła Sara. - Będziesz teraz
musiał zabrać mnie na wycieczkę albo na jakiś zjazd... Goście na takich
motorach są sexy. Liczę jednak, że masz też pod ręką nasz strój
służbowy?!
- Czuję, że teraz używasz wody po goleniu Harley-Davidson. - Konrad
przybliżył się do Marcina i pociągnął nosem.
- Szef to ma węch!
- Okej! Obejrzymy twój motor później - oznajmił Konrad. - Teraz odszukaj
mi raport z naszej wizyty w Säpo we wrześniu... ten, który dotyczył
nielegała Jorgensena. Pamiętasz?
- Jakże mógłbym zapomnieć?! Szefie! To moja sprawa... najlepsza... A co? Coś
nowego?
- Przynieś i już!
Marcin wykręcił gwałtownie na wysokim, podciętym obcasie i o mało się
nie przewrócił.
- Coś nowego? - zapytała Sara.
- Przyszła depesza od Olafa Svenssona. Ustalili, dlaczego Rosjanie
chcieli zlikwidować Hansa Jorgensena i oszczędzili jego syna Carla. To
może być ciekawe! Chcą jednak rozmawiać w cztery oczy i zapraszają nas
do Sztokholmu.
- Świetnie! - zareagowała entuzjastycznie Sara. - Ta Linda Lund bardzo
mi przypadła do serca. Profesjonalistka, przy tym wrażliwa. Ma
dziewczyna głowę... i seksapil... nie?
- Podobna do ciebie. Macie coś wspólnego, chociaż to ty bardziej
wyglądasz na Szwedkę niż ona. Masz, przeczytaj sobie całą depeszę ze
Sztokholmu.
- Kiedy jedziemy? Bierzemy Marcina, jak poprzednio?
- Gdyby się dowiedział, że pojechaliśmy rozmawiać o Jorgensenie bez
niego, mógłby być dla siebie niebezpieczny, nie mówiąc już o nas -
zażartował Konrad. - Czekaj! - Nagle jakby coś sobie przypomniał. -
Pamiętasz tego Hasana Mardana z dredami... no, tego arabskiego
przystojniaczka od Olafa... nie pamiętasz?
- Jasne, że pamiętam! Co się tak dopytujesz? Żadna dziewczyna nie
zapomni takiego faceta!
- Olaf mówił mi, że to też harleyowiec...
W tym momencie wszedł Marcin i położył na biurku Konrada raport. Miał
już wyjść, kiedy zatrzymała go Sara.
- Jedziemy do Sztokholmu... w przyszłym tygodniu. - Spojrzała na Konrada,
który potwierdził skinieniem głowy. - Zajmij się wszystkimi
przygotowaniami. Jedziesz z nami, więc odśwież sobie sprawę Jorgensena...
- Pamiętasz Hasana Mardana? - zapytał Konrad.
- Tak.
- To ten oficer Säpo, pół Irańczyk, pół Irakijczyk...
- Pamiętam.
- On też podobno jest harleyowcem.
- Wiem.
- Skąd?
- Bo te spodnie i motor kupiłem od niego - odparł Marcin trochę
niepewnym głosem.
Sara i Konrad popatrzyli na siebie ze zdumieniem, bo Marcin ani słowem
nie zdradził, że utrzymuje kontakt z Mardanem, na co powinien mieć
formalną zgodę przełożonych.
- Hasan to mój najlepszy przyjaciel. Muszę prosić o zgodę na
przyjaciela? - zapytał z rozbrajającą miną.
Odpowiedziało mu wymowne milczenie obojga przełożonych, pokonanych jego
szczerością.
- Nie masz wrażenia, że Marcin czasami czyta w twoich myślach? - zapytał
Konrad, gdy zostali sami, ale Sara tylko wzruszyła ramionami i też
wyszła z pokoju.
4
Swoje plemię zaczął zbierać prawie jedenaście lat temu. W najśmielszych
myślach nie przypuszczał, że stanie się ono tak potężnym orężem.
Karol przewodził w Zatoce Psów Niewiernych jako Mirmillo i nikt spośród
dziesięciu braci nie znał jego prawdziwej tożsamości. Wybrał
najlepszych, najwaleczniejszych i najwierniejszych.
Każdy z nich miał zdolności i osobiste doświadczenie porównywalne z bliznami weteranów Delta Force, lecz zdobyte w świecie cyberwojny.
Dziesięciu hakerów zjednoczonych w plemieniu, którego jedynym celem było
odnaleźć świętego Graala, by z niego czerpać nieograniczoną niczym
wolność i prawdę. I oddać je w służbę ludzkości.
Oni nie wierzyli, oni wiedzieli, że świadomość to jedyna droga do pokoju
i pomyślności skłóconego i podzielonego świata, że wolność jest pełna
albo jej w ogóle nie ma.
Wiedzieli, że poszukiwanie nie jest łatwe i będzie wymagać ofiar. Byli
na to przygotowani. Oddani sobie bezgranicznie, pozbawieni jakichkolwiek
wątpliwości i strachu.
Zatoka Psów Niewiernych była plemieniem wyjątkowym. Idea wolności i świadomości człowieka łączyła ich tak mocno, że dawała siłę
nieporównywalną z niczym, co powstało dotąd w sieci. Najważniejsze było
jednak wzajemne zaufanie i służba, a nie pieniądze, które miały
znaczenie jedynie techniczne. Były właściwie złem koniecznym i powinny
kiedyś zniknąć.
Nie znali takich pojęć jak wiara, Bóg, ojczyzna, honor. Ich zawołaniem
było zapomniane już Wolność, Równość, Braterstwo, Wszystkiego,
Wszystkich i Wszędzie. Albo Śmierć - jak z pełnym przekonaniem dodawał w duchu Karol.
Karol jako Mirmillo był nie tylko twórcą Zatoki i niekwestionowanym
wodzem. Był też jej bankierem i księgowym. To dzięki wierności i wzajemnemu zaufaniu plemię przez tyle lat, niezauważone przez nikogo,
mogło walczyć o swój cel, choć największe potęgi współczesnego świata z pewnością chciałyby je zniszczyć. Nie było na świecie państwa, stolicy,
służby czy koncernu, które świadome możliwości Zatoki Psów Niewiernych
nie zrobiłyby wszystkiego, by wypalić ją do żywego, zniszczyć, wymazać
albo najlepiej zaprząc do własnego rydwanu.
Być może nie było to jedyne takie plemię na świecie, ale z pewnością
najpotężniejsze. Oni sami wiedzieli o tym doskonale i dodawało im to
jeszcze sił, tak jak poczucie, że efekt ich walki jest coraz lepiej
widoczny i - wraz z nieustannym rozwojem świadomości nadchodzących
pokoleń - niemożliwy już do powstrzymania. Każdy dzień przynosił postęp
technologiczny ponad podziałami cywilizacyjnymi i rozszerzał świat
Wolności, Równości i Braterstwa.
Dla Karola dżihad i Zatoka to było jedno. Dwie idealnie uzupełniające
się części. Nie wiedział o tym też profesor Ahmed al-Husajn, który od
lat prowadził Hamonda przez świat. Więcej, to właśnie Ahmed zainspirował
go do założenia Zatoki, choć o tym nie wiedział.
Profesor uważał, że ideały rewolucji francuskiej są dzisiaj największym
sojusznikiem islamu i dzięki nim Francja jest obecnie ojczyzną ośmiu
milionów muzułmanów. Choć twórcy Deklaracji praw człowieka i obywatela
w 1789 roku wcale nie myśleli o Arabach, którzy mieszkają teraz na
przedmieściach, na ulicach, w poprawczakach i więzieniach. Te same
ideały przyświecały setki lat wcześniej Hasanowi ibn Sabbahowi, który
wołał: "Misjonarze dla ludu i mordercy dla przywódców!". - Tak
przynajmniej twierdził profesor i Safir podążał za jego wskazaniem,
pełen wiary i oddania.
Ani Sajed, ani tym bardziej Raszid nie byliby w stanie tego pojąć.
Odrzucali wszystko, czego nie rozumieli, bo widzieli w tym zagrożenie.
Nawet Sajed, który świat zachodni znał bardzo dobrze, uważał, że ideały
plemion cyberprzestrzeni są przedłużeniem żydowsko-krzyżowej konkwisty i z założenia muszą być wrogie islamowi. "I żaden imam prorok jeszcze się
nie narodził" - zwykł mówić z pewną dozą ironii, ale z internetu
korzystał często i sprawnie. Dlatego Karol trzymał sprawę Zatoki Psów
Niewiernych w tajemnicy przed kierownictwem Al-Kaidy, a ono na szczęście
nigdy nie pytało, skąd się bierze ta jego nadzwyczajna efektywność.
Spośród braci najważniejszy i najstarszy jest Retiarius. Przekonany
libertarianin, obywatel Nowego Jorku. Kiedyś był współpracownikiem Erica
Stevena Raymonda w programie Open Source i miał swój wkład w powstanie
Linuxa. Drugie miejsce w Wielkiej Radzie zajmuje Provocator, Amerykanin
z Seattle, który wsławił się wyciągnięciem z Microsoftu dokumentu
Halloween Memo. Wielu uważa, że był ojcem przełomowego momentu w wyzwoleniu się społeczności hakerskiej. Mirmillo cenił go jednak
najbardziej za walkę partyzancką z koncernem IBM.
Pozostali jeźdźcy nie mają takiego doświadczenia i nie byli legendami
środowiska. Byli za to niezwykle utalentowani w żeglowaniu między
chmurami i mają nadzwyczaj ważne i użyteczne kontakty. Wszyscy to typowe
geeki. Gal w Sztokholmie - genialny informatyk i były współpracownik
WikiLeaks, Andabata w Londynie - pracownik serwisu bezpieczeństwa w Citibank, i Bestiarius w Hajfie - inwalida, były oficer Szin Bet. W sumie w Zatoce było dwóch Amerykanów, Niemiec, Szwed, Anglik,
Izraelczyk, Arab - najlepszy phreaker, Chińczyk i Polak - wyjątkowe
black haty, i Rosjanin wyspecjalizowany w wyszukiwaniu samurajów i kontaktach z rosyjską mafią karderską.
Zatoka była zacumowana na anonimowym serwerze w Katarze. Obsługiwał i zabezpieczał go Gal. System komunikacji i język opracował Retiarius przy
pomocy nieświadomego niczego pracownika naukowego NSA.
O tym wszystkim wiedział tylko Mirmillo. Natomiast dla braci liczył się
tylko cel, wolność i zaufanie. Nic więcej! W Zatoce nie było granic,
państw, narodowości, ras, religii ani płci. I mało kto na świecie,
oprócz nich, mógłby to zrozumieć. Ich śmiertelnymi wrogami byli zarówno
wszyscy ci, którzy nie uznawali wolności totalnej, czyli wojsko, służby
specjalne, politycy, jak i wszystko to, co sankcjonowało ich prawny i finansowy byt.
Miejsce szczególne w ich sercu zajmowały Stany Zjednoczone Ameryki
Północnej, żandarm świata i gwarant globalnego pax americana w wydaniu
irackim, afgańskim, kubańskim i setkach innych. Największy wróg
wolności.
5
Wyszedł spod prysznica i owinął się spranym, poszarpanym ręcznikiem
frotté.
Dzień jak co dzień... od dwóch miesięcy - pomyślał, stojąc przed lustrem w łazience służbowego mieszkania na ulicy Krasnodarskiej w moskiewskiej
dzielnicy Lublino.
Przetarł ręką zaparowane szkło, ale jego odbicie wciąż było nieostre.
Otworzył szeroko drzwi i po chwili lustra nabrały wyrazu.
Delikatnie dotknął policzka, gdzie jeszcze niedawno od nosa do ucha
ciągnęła się szeroka, szarpana blizna. Przyzwyczaił się do niej przez
osiem lat. Nawet więcej. Polubił ją! Była jak jego znak firmowy.
Dodawała mu wiary w siebie i bojowego uroku.
Poprowadził palcem po bliźnie cienkiej jak cięcie skalpela i nie wyczuł
żadnych zgrubień. Opuchlizna zeszła już zupełnie. Twarz nabrała teraz
dziwnej symetrii. Pojawiło się zupełnie nowe oblicze Andrieja Trubowa.
Jednak to nie była jedyna ważna odmiana w jego życiu.
Wszystko zaczęło się od tego, że któregoś dnia Trubow postanowił zrobić
sobie tatuaż. Tatuaże nosili wszyscy jego koledzy ze specnazu, ale jemu
najbardziej podobały się rysunki na ciele Gali, co miała farbowane na
zielono włosy i paliła camele. Gala była niedrogą studentką Akademii
Sztuk Pięknych, nigdy się nie spieszyła, nie targowała i można było z nią pogadać. I wyraźnie lubiła go bardziej niż innych klientów.
On też lubił ją bardziej niż inne dziewczyny, z którymi dotąd obcował.
Mimo zielonych włosów Gala wyglądała niemal jak idealna kopia Mii
Wallace. Może miała zbyt duży nos i za krótkie nogi, ale nigdy wcześniej
nie spotkał kobiety tak bliskiej ideału Mii. Vincent Vega był też
jedynym zagranicznym wzorem, który mógł zaakceptować. W Rosji podobnych
do Vincenta macho było pełno, nawet znacznie lepszych, ale Gala w roli
Mii była jedyna. Tytuł filmu, w którym widział Mię i Vincenta, nic mu
nie mówił, więc nawet nie próbował go zapamiętać.
Od Gali dowiedział się sporo o malarstwie. Dotąd malarstwo łączyło się
dla niego nierozerwalnie z nazwiskiem Ajwazowski, a nazwisko Ajwazowski
z malarstwem, ale teraz wiedział znacznie więcej.
Kiedy po raz pierwszy zobaczył Galę nagą, od razu pozazdrościł jej
pięknej żyrafy z wielką grzywą wykłutej na widocznej skoliozie, między
lekko wystającymi łopatkami, i krzywego zegara przyklejonego do ramienia
niczym ciepły blin. Nie podobało mu się jedynie sporych rozmiarów jajko
tuż nad wzgórkiem Wenery. Dlatego od razu zadzwonił z rekomendacji
pewnego kolegi do samego Głogowa, artysty wyjątkowego na skalę
Federacji, który miał dom na Rublowce. Przedstawił mu swój pomysł, a ten
przygotował rysunek. Dużo to kosztowało, ale efekt był tak imponujący,
że gdyby Głogow zażądał za swoją pracę trzy razy więcej, Trubow też by
się nie zawahał zapłacić. Dałby nawet i cztery razy więcej!
Artysta sam był tak zachwycony swoim dziełem, że nie mógł pozwolić, by
klient poszedł do pierwszego lepszego salonu. A że było to dzieło
sygnowane, polecił Trubowa swojemu przyjacielowi, artyście, mistrzowi
tatuażu z salonu Prizim Tatoo na Lublinskiej 171.
Dzieło zrobiło równie duże wrażenie na mistrzu tatuażu. Był głęboko
przejęty jego rozmiarem, szczegółowością i dramatyzmem. Obliczył, iż
potrzeba będzie na nie przynajmniej ośmiu, dziesięciu sesji. Trubow
jednak wolał zapłacić więcej i zakończyć pracę w ciągu czterech spotkań.
Mistrz wątpił, czy klient wytrzyma taki ból, ale skoro on sam tego sobie
życzył, nie mógł mu odmówić. W głębi duszy wiedział, że i tak nie
wytrzyma.
Oczywiście się pomylił! Trubow nie tylko wytrzymał, ale chwilami nawet
przysypiał, chociaż nie był pijany jak wielu innych klientów. Ale
zdziwiłby się mistrz jeszcze bardziej, gdyby wiedział, że tatuowanie
sprawiało mu nawet przyjemność.
Trubow postanowił, że obejrzy dzieło dopiero, kiedy będzie gotowe, i przez te wszystkie noce spał w domu na brzuchu, bo, nie wiadomo
dlaczego, bał się, że może je uszkodzić.
Tego dnia, gdy było już skończone, kupił cztery duże lustra i zawiesił
je w łazience. To był ważny dzień, więc kupił też butelkę wódki i wyłączył telefon komórkowy.
Tydzień później, nim wszedł do łazienki, przygotował się psychicznie i wypił z gwinta pół butelki. Odczekał chwilę, aż wyostrzą mu się zmysły,
i ruszył. Wszedł do pomieszczenia, które wypełniło się jego odbiciami.
Wyglądało, jakby do małej łazienki wkroczył pluton dorodnych
spadochroniarzy.
Powoli rozebrał się do naga, składając każdą część garderoby na
taborecie. Robił to z uwagą i w ściśle ustalonym porządku. Nie potrafił
znaleźć na to właściwego określenia, ale czuł, że właśnie dzieje się coś
niezwykłego i pięknego zarazem.
Zamknął oczy, nabrał głęboko powietrza, podniósł w górę ręce i wyprężył
się tak mocno, jak tylko mógł. Trwał w tej pozycji minutę i pięć sekund,
po czym powoli wypuścił powietrze i otworzył oczy. Najpierw nieśmiało,
potem coraz odważniej oglądał swoje plecy, które początkowo sprawiały
wrażenie, jakby wcale nie były jego. Jakby do łazienki wszedł z nim ktoś
obcy.
Na całych jego plecach widniał symetrycznie rozplanowany dwugłowy,
skrzydlaty smok wyprężony w śmiertelnym starciu z niewidzialnym wrogiem.
Osłaniał się od ciosów potężnymi skrzydłami, a zakrzywione ostre dzioby
zionęły ogniem. Nic jednak nie dodawało mu grozy w równym stopniu co
przerażające oczy podkreślone czerwoną i zieloną barwą.
Szczegółowość rysunku i fantazja kompozycji mogły wzbudzać nie tylko
szacunek, uznanie czy podziw. Ten smok z powodzeniem może budzić także
strach i zmusza do pokory - uznał z dumą Jagan.
Na samym dole kompozycji ptasie szpony smoka schodziły aż na pośladki i dotykały dwóch niedużych blizn. W jednym szponie smok trzymał obciętą,
krwawiącą brodatą głowę z zamkniętymi oczami, a w drugiej duży
zakrwawiony nóż Kizlyar z dedykacją Putina.
Zarówno artysta Głogow, jak i mistrz tatuażu uznali, że głowa Jana
Chrzciciela w szponach smoka ma dużą siłę wyrazu i szczególne znaczenie
dla wszystkich wiernych na Rusi, toteż umieszczenie jej właśnie na
pośladku było trochę kontrowersyjne. Jednak Trubow niewiele wiedział o Janie Chrzcicielu, a obcięta brodata głowa należała do kogoś zupełnie
innego, bardziej realnego, bo wciąż żywego. Niemniej pomysł artysty
Głogowa dotyczący Jana Chrzciciela bardzo mu się spodobał, bo dodawał
mistycznej siły przesłaniu, jakie chciał w tych symbolach zawrzeć.
Narodził się smok, którego mógłby ktoś przyrównać do bizantyjskiego
orła, ale to był jednak smok. Prawdziwy, pięknie wytatuowany na
szerokich, umięśnionych męskich plecach! Nie jakiś chiński dragon,
jakich pełno na tłustych rękach, nogach, anorektycznych plecach i dupach
różnych socjopatów i frustratów na całym świecie.
To był najprawdziwszy rosyjski smok na rosyjskim zdrowym, silnym ciele.
Więc wszystkie spotkania z Galą odbywały się teraz w łazience pełnej
luster i zapalonych świec. Trubow nigdy wcześniej nie przypuszczał, że
obserwowanie smoka w lustrach, jak się wije, wykrzywia, drży, dostarczy
mu tak niezwykłych doznań i wyzwoli z niego siłę, jakiej chyba nie ma
nikt.
Potem zawsze długo stał pod zimnym prysznicem, bo czuł, że rozpalony do
ostateczności, spragniony smok właśnie tego potrzebuje, by się uspokoić.
Nikt jednak, oprócz Gali, nie wiedział o smoku i demonicznej sile, jaką
wyzwalał w Trubowie.
Jagan stał teraz wyprostowany przed lustrem w towarzystwie kilku swoich
kopii i pomyślał, że może powinien odmienić się także duchowo.
- Odmienić? To znaczy, co? Zapuściłem włosy. Zrobiłem smoka. W zasadzie
niby dlaczego miałbym się zmieniać... z powodu usunięcia tej blizny? To
chyba wystarczy... - powiedział na głos, spojrzał sobie prosto w oczy i po
chwili dodał niepewnie: - Przecież nawet nie wiem... nie pamiętam, co się
stało... skąd się wzięła. - I poczuł, jak smok się porusza, zaniepokojony
dreszczem. - Właściwie to ja już się odmieniłem... i duchowo, i fizycznie
- rzucił zdecydowanie i pokiwał głową.
Wspomnienie letniej nocy w zburzonym domu na Kaukazie tkwiło w nim
niezłomnie przez te wszystkie lata, bo to był najważniejszy dzień w jego
życiu. Teraz miał smoka i nie był już sam. Miał z kim dzielić sprawę
czeczeńskiego diabelskiego rodzeństwa.
Amina, Rustam i bliźniacy Szamil i Asłan... Bladź! Nigdy nie zapomnę! -
pomyślał w przypływie złości. Bladź! Nie zapomnę! Jedenaście lat temu to
były małe potworki, jak mówił kapral Zorin, co nie miał oczu... Teraz to
już pewnie dorosłe diabły. Któregoś dnia dopadnę ich... tego Rustama. To
on ma mój nóż! Blizna to blizna, to akurat mógłbym im darować, ale
Zorina...
Zakończył obdukcję swojego nowego oblicza, ostatni raz rzucił okiem na
smoka i zgasił światło. Wziął z taboretu złożone w kostkę ubranie i wyszedł z łazienki.
Jego dziwna przypadłość uniemożliwiająca zapamiętywanie twarzy jakoś
dziwnie nie dotyczyła czeczeńskiego rodzeństwa. Ich twarze utrwaliły mu
się w pamięci, jakby były wyryte w płytce ze stali nierdzewnej. Kiedy
więc poprosił Galę, żeby odtworzyła ich portrety, wynik był
zadziwiający.
Wyglądało to tak, jakby Gala po prostu skopiowała tę stalową płytkę z jego pamięci i powstały trzy wizerunki, jak żywe. Trzy, bo Asłan i Szamil jako bliźniacy niczym się od siebie nie różnili. Teraz wisiały w pokoju, gdzie spał, i w kuchni, i w przedpokoju, niemal wszędzie.
Oczywiście miał je też w swoim telefonie.
Wciąż owinięty w ręcznik, podszedł do okna i wyjrzał z dziesiątego
piętra na daleki rosyjski krajobraz. Tarcza słońca wisiała gdzieś nad
Uralem. Dochodziła szósta trzydzieści. W mieszkaniu było już jasno.
Słońce od kilku godzin wędrowało nad Rosją, budząc kolejne miasta i wsie, i było w tym coś nielogicznego, że jednocześnie każdy Rosjanin
jest w innym momencie swojego życia. Czasami Trubow myślał, że to
niesprawiedliwe, jakby ktoś kogoś oszukiwał.
Zwinął z podłogi materac, na którym ćwiczył, i włączył najnowszy album
Lube, Swoi, który od kilku miesięcy puszczał niemal nieustannie.
Była szósta trzydzieści cztery, gdy zadzwoniła jego służbowa komórka.
Odebrał bez słowa i czekał. Ci, którzy znali jego numer, wiedzieli, że
Jagan ma taki zwyczaj. Nie ufał nawet telefonom.
- Jedziemy! - usłyszał rozradowany głos w słuchawce.
- To dlaczego dzwonisz dopiero dzisiaj? - zapytał.
- Chwilę temu dzwonił do mnie Zaricki - odparł spokojnie głos. -
Dlaczego rano...? Czort jego znajet! Ma swoje powody!
- Kiedy jedziemy?
- Jeszcze nie wiem. Mamy dzisiaj o dziewiątej spotkanie z Zarickim i Gruzowem, więc bierz dupę w troki i pędem melduj się u mnie! - Głos nie
brzmiał groźnie, raczej wesoło.
- Wiesz co, Jura? - rzucił Jagan, wpatrując się w atramentowe niebo.
Czuł, jak rozpiera go coś między euforią a satysfakcją. - Jeżeli nie
jedziemy dzisiaj, to musimy to oblać... ja muszę... to dla mnie dobra
wiadomość, czekałem na nią jedenaście lat!
- Wchodzę, Andriusza! - zapewnił zdecydowanie głos i wyłączył się.
Trubow stał jeszcze przy oknie. Nie mógł się oderwać od widoku, który
teraz, po tym, co usłyszał, uważał za najpiękniejszy, jaki widział.
Wiadomość od partnera, Jury Kosowa, była tym, na co czekał od dawna.
Zaricki z GRU i Gruzow z FSB byli wyjątkowo zdolnymi oficerami
rosyjskich służb i nikt w całej Federacji nie wiedział lepiej od nich,
co się dzieje na Kaukazie. Nawet sam prezydent! Zaricki i Gruzow
prowadzili najlepszą agenturę wewnątrz organizacji islamskich na
Kaukazie, i nie tylko.
Wiadomość, na którą czekał, oznaczała, że złapali w końcu kontakt na
Muhamedowa, cichego, ale najinteligentniejszego ze wszystkich
czeczeńskich komendantów, który zarządzał kontaktami z Al-Kaidą. Był
doktorem socjologii i znał kilka języków, czyli znacznie się różnił od
innych bojowników czeczeńskich. Wzbudzał zaufanie i szacunek także u swoich wrogów. Jagan też go tak traktował i dlatego perspektywa ujęcia
Muhamedowa wykraczała daleko poza sprawę osobistą. Stawała się misją w imieniu Federacji Rosyjskiej i rozliczeniem za tych towarzyszy, którzy
padli z jego ręki.
Opinia publiczna nie wiedziała o nim zbyt wiele, bo nie wsławił się
żadną akcją terrorystyczną w metrze, teatrze czy szkole. Mało kto
również się orientował, że gdyby nie on, to płomień dżihadu na Kaukazie
wygasłby już dawno. Muhamedow stał za finansowym wsparciem dla
bojowników świata islamu. Ludzi dobierał z niezwykłą wnikliwością i intuicją, więc wprowadzenie konfidenta w jego szeregi było prawie
niemożliwe.
Mimo że Zaricki i Gruzow uchodzili za dobrych oficerów, kierownictwo
podjęło decyzję, że sprawę Muhamedowa przejmie Służba Wywiadu
Zagranicznego. Nie tylko dlatego, że działalność Czeczena wykraczała
poza granice byłego Sojuzu, ale przede wszystkim także dlatego, że FSB
nie była na tyle szczelna, żeby sprawa miała szansę na pozytywne
zakończenie. Wiadomo było od dawna, że Muhamedow ma w tych służbach
swoje wtyczki.
Trubow wyraźnie pamiętał szarą, ślepą twarz kaprala Zorina. Wydawało mu
się, że to przez te wyłupane oczy. Nie miał pamięci do twarzy ani
nazwisk, szczególnie tych, którzy zginęli. Ale te oczy to co innego.
Zorin ze swoim cierpieniem w ciemnej komórce pod podłogą uosabiał
wszystkich poległych towarzyszy.
Dla Jagana Muhamedow był przede wszystkim środkiem, drogą, drogowskazem,
pomysłem na to, jak odnaleźć Aminę, Rustama i bliźniaków. Obiecał sobie
kiedyś, że zanim ich zabije, nie z osobistych powodów oczywiście, tylko
za Zorina, będzie musiał odzyskać swój nóż i wyjaśnić, co się stało o świcie w zburzonej chacie w czeczeńskich górach osiemnastego lipca 2001
roku.
Brał potem udział w akcji na Dubrowce w październiku 2002 roku i dokładnie obejrzał wszystkie zabite czeczeńskie smiertnice i męskie
ścierwo, ale Aminy tam nie było. Ani braciszków. W jakimś sensie był
nawet z tego zadowolony, bo to tylko on miał prawo wymierzyć im karę. A tak uniknęliby losu, jaki im zaplanował, i byłoby w tym coś
niesprawiedliwego. Do dzisiaj Amina nie weszła do panteonu świętych,
podobnie jak żaden z jej braci. Jagan sprawdzał to w FSB za każdym
razem, gdy zginął jakiś czeczeński bojownik lub wybuchła smiertnica.
Jeżeli żyją gdzieś na świecie, odnajdę ich. Na pewno! - powtarzał
regularnie po cichu i na głos.
6
Zaczęła się już pora deszczowa i nad ostrymi szczytami gór Ajban i Dżabal Nukum otaczających Sanę zbierały się chmury wypiętrzone na kilka
kilometrów. Wyglądały, jakby były wykute z solidnego marmuru.
Karol najbardziej lubił przyjeżdżać do Jemenu właśnie w porze
deszczowej. Gwałtowne burze jak wodospady oczyszczały wtedy ulice miasta
i poprawiały suche zwykle powietrze. Wszyscy nagle nabierali chęci do
życia, bo przez następne kilka miesięcy wypalona dotąd ziemia obrodzi
wspaniale, w wielu miejscach kraj soczyście się zazieleni i ożywią się
ptaki Kaukabanu. Można by sądzić, że na Półwyspie Arabskim tylko
Jemeńczycy mogą mówić, że w ich kraju występują dwie pory roku. Karol
jednak uważał to stwierdzenie za grubo przesadzone, bo na pustyniach
nigdy nie padał deszcz.
Samolot linii Royal Jordanian z Ammanu przyleciał o czasie, chociaż
rozkład lotów na tej linii był umowny. Podobnie zresztą jak kodeks
drogowy, zwyczajowy i w najwyższym stopniu ogólny. Inaczej mówiąc,
zasady ruchu drogowego były formą zalecenia, sugestii, a nie prawa.
Mustafa, kierowca taksówki, za dwa tysiące riali szybko dowiózł Karola z lotniska El Rahaba do Bab al-Jaman w północnej części starej Sany. Karol
oczywiście nigdy nie pozwoliłby sobie powiedzieć taksówkarzowi, że Koran
ma niewiele wspólnego z zasadami ruchu drogowego, ale obecność Allaha z pewnością pomogła im dojechać bezpiecznie.
Ostatni raz był w Jemenie ponad dwa miesiące temu, w górach u Sajeda
al-Szariego. Jednak od tego czasu działania Amerykanów nabrały
niespodziewanej aktywności, a drony coraz częściej krążyły po niebie,
więc szef jemeńskiej Al-Kaidy musiał czasowo zerwać kontakty z otoczeniem.
Dlatego jego łącznikiem w Sanie był teraz Raszid z klanu Sajeda. Odważny
młody człowiek, ale tak zaślepiony w walce o sprawę islamu, że Karol
miał spore wątpliwości, czy jest odpowiedni do roli, którą mu
powierzono. Planował porozmawiać o tym z Sajedem, jak tylko nadarzy się
okazja.
Sajed bardzo liczył się ze zdaniem Karola, ale nie dlatego, że był on
Europejczykiem i znał kilka języków, tylko przede wszystkim dlatego, że
był jedyny i niezastąpiony. Mógł być tym, kim chciał. Żaden z nich nigdy
nie zagrałby takiej roli!
Argumentował zawsze prosto, a jego pragmatyzm był czymś zupełnie
niepojętym w tym środowisku. Nie uznawał praw klanów i dzięki temu
Al-Kaida miała się dobrze i otwierały się przed nią całkiem ciekawe
perspektywy. Rozumiał to Sajed, Omar i - co najważniejsze - Ajman, który
teraz oficjalnie najlepiej wiedział, co jest dobre dla Bazy.
Wysiadł przy bramie Bab al-Jaman. Po jej drugiej stronie zaczynało się
Stare Miasto. U ulicznego sprzedawcy kupił dwa kubki zimnego soku z limonki i przysiadł na kamiennym murku.
Mimo że w Jemenie czuł się jak w domu, tym razem tę harmonię zakłócały
nieustanne myśli o Zuzie.
Niestety, nie zdążył przed wyjazdem ustalić, w której firmie pracuje,
ale nie miało to większego znaczenia, skoro wiedział, gdzie mieszka. Był
już gotowy z nią porozmawiać. Przeprowadzić najważniejszą rozmowę życia.
Szykował się do niej przez cały czas. Miał przygotowane odpowiedzi na
jej pytania. Miał też swoje pytania, ale jego wyobraźnia biegła
uporczywie do chwili, kiedy wejdzie do jej mieszkania i zanim zaczną
rozmawiać, będą się kochać. I ta myśl pozbawiała go panowania nad sobą,
wyzwalała podniecenie, przez które tracił samokontrolę. Potrzebował
potem sporo czasu, by wyzwolić się z uścisku tego marzenia i zacząć
myśleć logicznie. Zaczynał się bać sam siebie.
Gdyby nie to, że Sajed polecił mu natychmiastowy przyjazd do Sany, byłby
już prawdopodobnie po rozmowie z Zuzą. A kto wie, może byłaby teraz z nim, tu, w jego Arabii.
Było wczesne popołudnie, jakieś dwadzieścia osiem stopni, bezwietrznie,
wilgotno, z niewielkim zachmurzeniem. Na niebie dominował słoneczny
dysk. Karol lubił taką pogodę. Zimny sok z limonki smakował wyśmienicie.
Stare Miasto w Sanie było dla niego kwintesencją wszystkiego co
arabskie, pozbawione jakiegokolwiek konformizmu, pełne piękna i prawdy o historii Arabia Felix. Sana miała to, czego nie miało żadne inne
arabskie miasto - Żywą Przeszłość! Pogoda, architektura, ludzie...
właściwie wszystko razem stanowiło nierozerwalną kompozycję ozdobioną
duchem islamu i wonią przypraw. Parzonej po turecku świeżo mielonej kawy
z kardamonem, ciemnożółtego curry, bordowego sumaku.
Ruszył wypolerowanymi przez wieki wąskimi brukowanymi uliczkami starej
Sany, by dotrzeć do suku Al-Milh, gdzie stragan z sandałami miał
Ramadan, który od dwóch lat był jego pierwszym łącznikiem. Wyłącznie
jego łącznikiem.
Aden, Sana to były miasta Karola, jego miejsce na ziemi. Lokalne służby
specjalne oficjalnie z sukcesami walczyły z Al-Kaidą, ale w rzeczywistości robiły tylko to co niezbędne, byle nie doprowadzić do
wojny domowej, jak w Iraku czy Afganistanie. Bojownicy z Jemenu już
kilka razy pokazali, do czego są zdolni.
Al-Kaida Półwyspu Arabskiego opiera się na związkach plemiennych i świętym prawie gości, a to są więzy znacznie silniejsze niż jakiekolwiek
relacje państwowe. Karol, mimo że czuł się bezpiecznie, musiał
przestrzegać zasad konspiracji nawet tutaj, bo był łącznikiem Al-Kaidy.
Najważniejszym!
Po sprawie Nigeryjczyka Omara, który spartolił robotę w samolocie
Northwest Airlines, Amerykanie mocno się zdenerwowali i zaczęli naciskać
na władze jemeńskie, by ostrzej rozprawiły się z miejscową Al-Kaidą.
Zawsze uważał, że najpierw nazywa się Karol Hamond, a dopiero potem
Safir as-Salam ibn Butrus. Używał zresztą tak wielu nazwisk i dokumentów, że właściwie było to obojętne, jak się nazywa. Jednak imię
Karol nadali mu rodzice, a nazwisko Hamond otrzymał po ojcu i dlatego
miały dla niego szczególne znaczenie. Czuł się Polakiem wyznania
muzułmańskiego, jak jego przewodnik duchowy Michał Czajkowski herbu
Jastrzębiec, a nie jakiś Jusuf Islam.
Choć teraz modlił się i chodził do meczetu stanowczo za rzadko, by
zadowolić współbraci, to miał czyste sumienie, bo był przede wszystkim
wojownikiem Allaha i ważną postacią dżihadu. Lecz dżihad Karola Hamonda
był obliczony nie tylko na szerzenie islamu, lecz również na walkę o wyzwolenie i sprawiedliwość. Skierowaną przeciw kapitalistom,
oligarchom, dyktatorom i amerykańskiej demokracji siły, Rosji i Chinom i wszystkim tym, którzy są z nimi. Przeciw globalizacji wedle ich
standardów.
Od dawna był przekonany, że musi się poświęcić walce. Na świecie nikt
już nie walczył z monopolem na jedyną prawdę judeołacińskiego świata,
tylko islam, religia ludzi biednych, okradanych z tożsamości, godności i majątku.
Odkąd wypaliły się komunistyczne ideały, znikła nadzieja światowej
rewolucji i upadł Związek Radziecki, a Chiny już tylko formalnie
nazywają się Ludową Republiką i bezwzględnie kolonizują świat swoim
kapitałem, Koran pozostał ostatnią szansą na wyzwolenie. W Ameryce
Południowej dawni rewolucjoniści, czciciele Tupaca Amaru i Che Guevary,
zostali demokratycznymi prezydentami i premierami, ale liczba faweli
wcale się przez to nie zmniejszyła. Chrystus z karabinem na ramieniu
strzeże teraz już tylko pól kokainowych.
Mimo że miał wiele wątpliwości, to gdy zrobił pierwszy krok na tej
drodze, wiedział, że nie może się cofnąć. I nigdy tego nie żałował!
Nawet przez chwilę! Wiedział, że zginie, lecz nie bał się śmierci, i nie
dlatego, że uspokajała go wizja raju i tłumu hurys, ale dlatego, że
warto jest walczyć o lepszy świat, lepszego człowieka, oddać życie za
wolność i równość, za cierpiących.
Nigdy też nie zaakceptował talibów i wahabitów, bo wiedział, że to
nieuniknione zjawisko uboczne trwającej rewolucji. Był przekonany, że
islam poradzi sobie z tym problemem później. Jak każda rewolucja. Na
razie są potrzebni. Uważał, że kiedy naród odzyska swoje bogactwa
naturalne, będzie można edukacją walczyć z zacofaniem w świecie islamu i cywilizacja ta rozkwitnie jak przed wiekami. Pojawi się Mahdi. Znikną
talibowie, wahabici, salafici - jak zniknęli albigensi i katarzy - gdy
wyznawcy Allaha zaczną czytać także inne książki niż tylko Koran i Sunnę
i gdy nie będą im potrzebni pośrednicy, by zrozumieć ten najtrudniejszy
przewodnik po życiu człowieka.
O tym, jak Safir pojmował islamską rewolucję, nie wiedział w Bazie nikt.
On sam nie dzielił się z nikim swoimi poglądami, chociaż miał je dobrze
ukształtowane. Chwilami popadał w zniechęcenie, kiedy widział bezkres
wyznawców islamu unikających jakiejkolwiek próby jego zrozumienia i pozbawionych woli odnalezienia w nim nie tylko wiary, lecz także idei i myśli łączącej ludzi. Kiedy jednak patrzył na białą masę wiernych jak
mgławica galaktyczna cudownie wirującą w Mekce podczas hadżu, to czuł,
że w tym ruchu jest potężna magiczna siła, jakiej nie ma nigdzie na
świecie.
Nikt nigdy nie pokona ekstremistów islamskich, nie ma takiej armii na
świecie, tylko sami muzułmanie mogą to zrobić. Karol dobrze o tym
wiedział i był przekonany, że kiedyś tak będzie.
7
Konrad wyjął z niebieskiej tekturowej teczki kilkustronicowy dokument
sporządzony prostą bezszeryfową czcionką. Była to jego własna relacja ze
spotkania z partnerami z Säpo, którą sporządził we wrześniu ubiegłego
roku po powrocie ze Szwecji.
Teraz musiał przypomnieć sobie szczegóły sprawy Hansa Jorgensena,
rosyjskiego nielegała w Szwecji, i wszystko, co się wtedy wydarzyło. Bo
chociaż mogło się wydawać, że sprawa zakończyła się wraz z jego
śmiercią, to jednak w rzeczywistości tak nie było. Toczyła się dalej z nowym impetem i dostarczała wielu wartościowych informacji. Czasami
wprost bezcennych!
Przyniosła też niezamierzone skutki uboczne. Zrodziło się coś
szczególnego, więź sympatii między oficerami AW i Säpo, przypieczętowana
przez Marcina Dolskiego i Hasana Mardana wspólną miłością do motocykli
Harley-Davidson.
Warszawa, 2009.09.09
Ściśle tajne
Egzemplarz pojedynczy
NOTATKA SŁUŻBOWA
dot. wizyty delegacji Wydziału Q AW w Szwecji w dniach 02-04 bm.
Skład delegacji AW: naczelnik mjr Konrad Wolski, z-ca naczelnika kpt.
Sara Korska i inspektor por. Marcin Dolski.
Strona Säpo: z-ca szefa Säpo Kurt Lövenström, szef Wydziału Rosja KW
Olaf Svensson, oficer Linda Lund, oficer Hasan Mardan i oficer KSI Per
Gustavsson.
Do Sztokholmu nasza delegacja przyleciała o godz. 9.50. Z lotniska
odebrał nas Olaf Svensson, którego poznałem już wcześniej podczas jego
wizyty w Warszawie w związku ze sprawą H. Jorgensena. W samochodzie
poinformował nas o programie wizyty.
Udaliśmy się minibusem Säpo do hotelu Scandic Sergel Plaza w centrum
Sztokholmu. O godzinie 13.00 Olaf Svensson odebrał nas z hotelu i pojechaliśmy samochodem na lunch do restauracji Kungsholmen.
Sashimi było wyborne - pomyślał Konrad. To ciekawe, że taka prosta
potrawa może w różnych miejscach różnie smakować... To nie pizza, nie
chińszczyzna...
W restauracji oczekiwali nas wszyscy ww. oficerowie szwedzcy.
Oficjalnie przywitał nas Kurt Lövenström w imieniu szefa Säpo Paulssona.
Przedstawiłem członków naszej delegacji, a Lövenström - oficerów Säpo.
Następnie poinformował krótko, że po lunchu udamy się do siedziby Säpo,
gdzie omówimy wszystkie interesujące nas sprawy.
Lunch przebiegł w nadzwyczaj serdecznej i przyjacielskiej atmosferze.
Korzystną okolicznością było to, że, jak już wspominałem, Svensson i Gustavsson byli w Polsce wcześniej i mieliśmy okazję poznać się bliżej.
Z uwagi na miejsce rozmowy dotyczyły tematów pozasłużbowych.
O godz. 14.20 udaliśmy się do siedziby Säpo na Polhemsgatan. Rozmowy
odbyły się w pomieszczeniu specjalnym.
Rozpoczęły się od wystąpienia Lövenströma, który podziękował AW za
informacje dotyczące Jorgensena, a w szczególności za opis jego
spotkania z Zenonem Rupertem w Sopocie. Miały one decydujące znaczenie
dla prowadzenia całego rozpracowania. W nawiązaniu do słów L.
poinformowałem, że autorem sprawy był por. Marcin Dolski.
Marcin wyglądał wtedy, jakby miał za chwilę eksplodować z zadęcia -
przypomniał sobie z rozbawieniem Konrad. Rzeczywiście! Hasan Mardan
podszedł wtedy do niego, żeby mu pogratulować. Tak było!
Następnie Lövenström poinformował, że sprawa Jorgensena nie dość, że się
nie zakończyła, to jeszcze nabrała nowej dynamiki i że w ramach
szwedzkich służb specjalnych, tj. MUST, KSI, Säpo i FRA, powołany został
specjalny, głęboko utajniony zespół. O wynikach jego prac będą
sukcesywnie informowane służby partnerskie. Lövenström podkreślił, że
ww. służby otrzymają informacje tylko w takim zakresie, jaki nie
doprowadzi do dekonspiracji źródła.
Kierownictwo państwa, w tym osobiście premier Szwecji, podjęło decyzję,
że w dowód uznania dla naszego wkładu w rozpracowanie H. Jorgensena
strona polska (Agencja Wywiadu) w drodze wyjątku otrzyma pełną
informację.
Premier rządu szwedzkiego ma wkrótce podziękować osobiście premierowi
rządu polskiego za wkład polskich służb specjalnych w umacnianie
bezpieczeństwa Szwecji.
Pamiętam, że aż mnie wtedy coś ścisnęło w gardle, bo i ja miałem
poinformować Szwedów, że aresztowano nie tylko Ruperta z IPN - pomyślał
Konrad. Jak premier Szwecji dowiedział się o tym od Lövenströma, to
pewnie stracił ochotę na rozmowę ze swoim polskim kolegą o wzorowej
współpracy służb. Minister obrony Rupert przez kilka lat bynajmniej nie
umacniał międzynarodowego bezpieczeństwa, w tym i Szwecji. Wręcz
odwrotnie!
Następnie K.L. oddał głos Olafowi Svenssonowi, który oświadczył, że
wiadomość, jaką nam przekazano za pośrednictwem naszego łącznika w ambasadzie, nie była kompletna. Stwierdził krótko, że Hans Jorgensen nie
zginął w swoim domu w ?kersberdze, tak jak wcześniej nas poinformowali.
Prosili o zrozumienie, ale sytuacja po tych dramatycznych wydarzeniach
była dynamiczna i musieli najpierw uporządkować sytuację u siebie.
Głos zabrała Linda Lund, która wraz z Hasanem
Mardanem i O.S. była uczestnikiem akcji.
Lund potwierdziła, że przekazane przez nas informacje pozwoliły Säpo
podjąć ofensywne działania operacyjne wobec Hansa Jorgensena i jego syna
Carla Jorgensena, oficera wywiadu szwedzkiego KSI.
Następnie przedstawiła chronologicznie
przebieg wydarzeń.
W domu letniskowym H.J. w ?., gdzie planowane było spotkanie J. i jego
syna Carla, zainstalowana została technika operacyjna, podgląd i podsłuch. Säpo miało przesłanki, żeby przypuszczać, iż będzie w stanie
uzyskać tą drogą informacje o działalności wywiadowczej Jorgensenów na
rzecz Rosji. Tymczasem zanim pojawił się H.J., kamery zarejestrowały w jego domu nieznanego człowieka z blizną na twarzy, mówiącego po
rosyjsku.
Tego samego dnia oficer policji z dzielnicy Solna poinformował Säpo, że
w tamtejszym hotelu zatrzymało się dwóch podejrzanych rosyjskojęzycznych
mężczyzn. Zameldował się tylko jeden, o nazwisku Garbinow. Posługiwał
się paszportem łotewskim. Wieczorem tego samego dnia doszło do
strzelaniny, w której zginął policjant i jeden pracownik hotelu, a drugi
został ciężko ranny. Później ranny policjant potwierdził, że strzelał do
niego mężczyzna z blizną, ujawniony wcześniej w domu J. Wtedy jednakże
nasi partnerzy mieli tylko zdjęcie Garbinowa. Policja rozpoczęła akcję
poszukiwawczą na terenie całego kraju. W tym momencie sprawa H.J. nie
łączyła się jeszcze ze sprawą Garbinowa.
Następnego dnia rano nasi partnerzy otrzymali od SIS informację
potwierdzającą, że Garbinow jest odpowiedzialny za dokonane kilka lat
wcześniej w Szkocji zabójstwo dwóch rosyjskich nielegałów, którzy
przeszli na stronę Brytyjczyków. W tym czasie ustalili również, że
człowiek z blizną, którego zauważono w domu H.J., i ten z hotelu to ta
sama osoba. Po analizie wszystkich informacji doszli do wniosku, że G. i "Blizna" to rosyjskie komando likwidacyjne, które przyjechało do Szwecji
wyeliminować H. Jorgensena i prawdopodobnie jego syna Carla. Dom H.J.
został dodatkowo zabezpieczony przez antyterrorystów i ukrytych
obserwatorów, a równocześnie w całym kraju trwały intensywne
poszukiwania obu Rosjan. Tymczasem do swojego domu przyjechał H.J., a potem przybył jego syn z konkubiną (znaną dziennikarką telewizyjną).
Partnerzy sądzili, że do zamachu może dojść w domu H.J. Nie było
wiadomo, jakimi motywami mogli kierować się Rosjanie, skoro
Jorgensenowie dla nich pracowali.
O godz. 23.20 oficer Hasan Mardan odnalazł w zaroślach ciało
zamordowanego oficera z obserwacji. Wkrótce potem okazało się, że
Garbinow i "Blizna" są w domu H.J., który wraz z synem przebywał w piwnicy, gdzie, jak partnerzy podejrzewali, miał urządzoną kryjówkę.
Napastnicy byli uzbrojeni w automat MP5 i broń krótką. Mieli też
granaty. Partnerzy nie mogli dopuścić do zabójstwa Jorgensenów i wywiązała się intensywna strzelanina z oddziałem antyterrorystów. Po
pierwszej wymianie ognia dom zaczął się palić. Po analizie nagranego
materiału partnerzy doszli do wniosku, że został podpalony w piwnicy.
Nastąpiła kolejna wymiana ognia. Napastnicy użyli dwóch granatów
błyskowych o wyjątkowej sile rażenia. Dotychczas nieznanych. Wymiana
ognia trwała kilka minut i zanim dotarło wsparcie, dom doszczętnie
spłonął. Partnerzy zaprezentowali nam kilkuminutowy film nakręcony przez
kamery wewnątrz i na zewnątrz domu.
Następnie głos zabrał oficer Hasan
Mardan.
W trakcie strzelaniny H.M. przebywał z drugiej strony domu, pod oknem.
"Blizna" prawdopodobnie wyskoczył przez okno i spadł na H.M., który
stracił przytomność. Gdy już niemal cały drewniany dom obejmowały
płomienie, H.M. odzyskał przytomność i zauważył, że z okienka w podpiwniczeniu wysuwa się Hans Jorgensen, a po chwili wyciąga
nieprzytomnego Carla. Po kilku minutach dotarł helikopter ze wsparciem i straż pożarna, ale dom praktycznie już spłonął.
Ponownie głos zabrał Olaf Svensson.
Hans i Carl Jorgensenowie nie zginęli. Nie spłonęły też dokumenty. Obaj
zostali natychmiast przewiezieni do tajnego ośrodka KSI na wyspie w pobliżu Sztokholmu. Jak się okazało po ich przesłuchaniu, Hans Jorgensen
w rzeczywistości nazywa się Andriej Wołkowski. Był rosyjskim nielegałem
najpierw w Danii, a następnie w Szwecji. Urodził się przed wojną jako
obywatel Polski we wsi Miedwiedki pod Grodnem. Obaj, ojciec i syn,
jednoznacznie przyznali, że następnego dnia miał się oddać w ręce władz
szwedzkich. Nikt oprócz Carla nie wiedział, że zamierza się ujawnić. Sam
Carl nie był współpracownikiem rosyjskich służb. Natomiast Rosjanie
prawdopodobnie wiedzieli, że jest on oficerem szwedzkiego wywiadu, i Garbinowowi kategorycznie zakazano jego eliminacji. Sprawa ta jest
obecnie przedmiotem szczegółowego badania, ponieważ Carl osobiście
prowadził najważniejszą szwedzką agenturę w obwodzie kaliningradzkim. Ma
to szczególne znaczenie, gdyż Hans nigdy nie poinformował Moskwy, że
jego syn jest oficerem szwedzkiego wywiadu. Wciąż otwarte pozostaje
zatem pytanie, dlaczego Rosjanie chcieli zabić Hansa Jorgensena, chociaż
nie wiedzieli, że ma zamiar zdezerterować, a postanowili oszczędzić jego
syna Carla. Partnerzy poinformowali nas, że nie wykluczają wersji, iż
Rosjanie mają agenta wewnątrz szwedzkich służb i zorientowali się, że
Hans jest rozpracowywany. W związku z tym Svensson spytał, czy możemy
podobną analizę przeprowadzić w naszej służbie.
Poinformowałem wówczas partnerów, że oczywiście takiej analizy dokonamy,
jednakże Jorgensenem zainteresowaliśmy się na prośbę strony szwedzkiej.
Ponadto aresztowanie agenta Ruperta, z którym się spotkał H.J.,
nastąpiło już po wydarzeniach w ?kersberdze. Zatem wyciek z naszej
strony jest mało prawdopodobny. O sprawie Jorgensena wiedziały w AW trzy
osoby. Zapewniłem jednak partnerów, że sprawę zbadamy dogłębnie i o wszystkim ich poinformujemy.
Olaf Svensson ujawnił, że Hans Jorgensen przekazał uratowany z pożaru
przy pomocy H. Mardana zbiór bezcennych dokumentów, a w szczególności
notatnik, który prowadził skrupulatnie od lat. W notatniku tym, nazwanym
"Berlingske-Posten 1953", H.J. zapisywał wszystkie czynności, które
wykonywał. Ponieważ był uplasowany w Urzędzie Imigracyjnym,
specjalizował się w przygotowywaniu i legalizowaniu przerzucanych na
Zachód radzieckich i rosyjskich nielegałów. Partnerzy prowadzą w tej
chwili szczegółową analizę tego dokumentu, ale już wstępnie oceniają, że
jest to materiał o ogromnym znaczeniu operacyjnym. Dodatkowo H.J. mimo
podeszłego wieku ma doskonałą pamięć i przejawia wolę współpracy.
W związku z tym partnerzy, za zgodą premiera, podjęli decyzję o utajnieniu sprawy Jorgensenów. Następnego dnia zwołana została
konferencja prasowa, na której oficjalnie poinformowano o śmierci Hansa
Jorgensena, Carla Jorgensena i Igora Garbinowa oraz nadano wydarzeniom w ?kersberdze charakter kryminalny.
Jak się później okazało, Garbinow i "Blizna" dotarli do domu Jorgensena
skradzioną łodzią motorową, którą później odnaleziono zatopioną u wybrzeży Wysp Alandzkich. Na tej podstawie partnerzy zakładają, że
"Blizna" wydostał się tą łodzią do Rosji przez Finlandię. Brak bliższych
danych na temat tego człowieka. Wiadomo, że jest brutalny, bezwzględny i wyjątkowo niebezpieczny. Zdjęcia z kamer są słabe i zniekształcone
efektem "rybiego oka", lecz partnerzy pracują nad stworzeniem portretu
"Blizny". Nie ustalono, który z nich zamordował oficera Säpo. Media
zostały poinformowane ogólnikowo, że funkcjonariusz zginął w walce.
Formalnie prokuratura umorzyła śledztwo w związku ze śmiercią sprawcy,
tj. Garbinowa. W ocenie partnerów to najsłabszy punkt prowadzonej
operacji, ponieważ Rosjanie prawdopodobnie wiedzą, że oficer zginął w wyniku podcięcia gardła. "Blizna" wydostał się, ale nie wiadomo, jaką
wersję wydarzeń przedstawi swoim przełożonym w Moskwie.
Głos zabrała Linda Lund.
Zapytana, dlaczego Jorgensen zdecydował się przejść na naszą stronę,
potwierdziła, że był to wynik jego głębokiej przemiany psychicznej, na
którą miało wpływ wiele czynników. Sprawa ta jest przedmiotem głębokiej
analizy psychologicznej i faktograficznej. Już teraz jednak widać, jakie
były dwa zapewne najważniejsze czynniki. Po pierwsze, H.J. bał się, że
Rosjanie się zorientują, kim jest jego syn (pracował przecież na
kierunku rosyjskim), i niewykluczone, że tak właśnie się stało. Po
drugie, H.J. otrzymał od Ruperta kopię dokumentu (raport profesora
Bardy), w którym jest mowa o jego rodzinnej wsi Miedwiedki na
Grodzieńszczyźnie. Jorgensen przeczytał w nim, że mordu na mieszkańcach
tej wsi dokonało NKWD w przebraniu polskich partyzantów. Zginęła wtedy
cała jego rodzina. Nie wiedział o tym i przez całe życie o zbrodnię
obwiniał Polaków. Na tej osobistej tragedii zbudował całe swoje
późniejsze życie, które wiódł i tak pełne wątpliwości aż do dnia, kiedy
pojął, co się stało w Miedwiedkach. Zrozumiał, że nazywa się Hans
Jorgensen, a nie Andriej Wołkowski.
To zadziwiające, z jaką swobodą Linda poruszała się w temacie - pomyślał
Konrad. Szkoda, że tak sucho streściłem to, co mówiła. Piękna
dziewczyna! Już gdzieś widziałem ten typ urody... Nawet mówiąc o naszych
historycznych sprawach, używała właściwej terminologii... chociaż to
Szwedka...
Partnerzy nie wątpią w szczerość Hansa i Carla. Obaj dwukrotnie przeszli
badania na wariografie z wynikiem negatywnym. Niemniej jednak w sprawie
pozostało tak wiele znaków zapytania, a materiał wywiadowczy jest tak
szokujący (właściwie O.S. użył słowa "przerażający"), że jeszcze długo
trzeba będzie pracować nad uwiarygodnieniem źródła jego pochodzenia
(H.J.). Partnerzy zdają sobie sprawę, że nie są w stanie przeprowadzić
tego sami. Nie chcą też na razie angażować Amerykanów ani Anglików,
którzy mają wprawdzie duże doświadczenie w pracy na kierunku rosyjskim,
ale to właśnie oni byli głównym obiektem zainteresowania H.J.
"Jak zwykle pozwolił pan sobie zabardzo naczelniku!" - Konrad przeczytał
na marginesie adnotację generała Pęka, zapewne świadczącą o głębokiej
dysleksji.
Może... może nawet miał rację! - pomyślał.
Per Gustavsson (KSI).
Poinformował, że Carl Jorgensen jest wciąż komandorem Szwedzkiej
Marynarki Wojennej i oficerem wywiadu. Wszystko to, co się zdarzyło
tamtego dnia, było dla niego potężnym wstrząsem. Wciąż jest pod opieką
psychologów, podobnie jak jego konkubina Sophie Lundberg. Mimo to radzi
sobie nadzwyczaj dobrze. Powstała niezwykła sytuacja, z którą partnerzy
nie wiedzą jeszcze, jak sobie poradzić. Carl Jorgensen i Hans właściwie
przestali istnieć, gdyż oficjalnie spłonęli w domu w ?kersberdze i zostali pochowani w Jakobsbergu. Jednocześnie Hans Jorgensen nabył swoje
nazwisko na drodze przestępstwa popełnionego w Niemczech. Czy zatem Carl
Jorgensen nosi to nazwisko zgodnie z prawem? Hans Jorgensen nazywa się
Andriej Wołkowski, ale nie ma na to żadnych dowodów, a jego wieś nie
istnieje. Jak stwierdził z pewnym rozbawieniem P.G., aby uregulować
status Jorgensenów, trzeba by zmienić cztery punkty w konstytucji
Szwecji, pięć ustaw i ogromną liczbę innych przepisów. To jest z oczywistych powodów niemożliwe. Partnerzy poszukują prawnych możliwości
uregulowania tej kwestii.
Najważniejszym problemem pozostaje wyjaśnienie, dlaczego Rosjanie
zdecydowali się na likwidację Hansa Jorgensena, a nie mieli tego samego
zamiaru wobec Carla. Dodatkowo przy zwłokach Garbinowa znaleziono
urządzenie z nieznanym dotąd szwedzkim specjalistom, co podkreślił G.,
środkiem chemicznym mogącym wywołać atak serca. Rosjanie mogli przecież
wezwać H.J. do Moskwy, mogli też go porwać, a tymczasem zdecydowali się
na jego eliminację w tak spektakularnych okolicznościach. Według oceny
partnerów pośpiech w ich działaniu wskazywał, że czegoś się obawiali i nie ufali H.J. Ich determinacja musiała być czymś sprowokowana.
Najbardziej prawdopodobna jest wersja, że Rosjanie odkryli, iż Carl jest
oficerem szwedzkiego wywiadu, i dokonali analizy wszystkich informacji,
jakie na jego temat przekazywał H.J. Mogli uznać, że H.J. ukrywał to z powodów osobistych, bo nie chciał narażać syna. Tak czy inaczej Carl nie
byłby użyteczny dla Rosjan, gdyby Hans nie powiedział mu o sobie prawdy,
a mieli podstawy się obawiać, że Carl nie przeszedłby na ich stronę.
Wówczas straciliby ich obu wraz z całą wiedzą, jaką posiadają. Byłoby
lepiej, gdyby Hans zmarł na atak serca, bo Rosjanie zabraliby swoje
dokumenty i dopiero wtedy przystąpili do kontruderzenia i werbunku
Carla, opierając się na materiałach, jakie mieli na jego ojca. Ta wersja
oznacza zatem, że Carl był rozpracowywany i któryś z jego agentów w Kaliningradzie jest podstawiony przez Rosjan. A może nawet niejeden.
Kolejne pytanie, na które usiłują odpowiedzieć sobie partnerzy, to
dlaczego Garbinow i "Blizna", mimo że zabili policjanta w hotelu i wiedzieli, że postawili w stan gotowości całą Szwecję, podjęli ryzyko
dokończenia akcji. Najwyraźniej musieli mieć takie rozkazy. Oznacza to
ni mniej, ni więcej, tylko konieczność realizacji zadania dokładnie tego
dnia, kiedy Säpo rozpoczęło działania w ?kersberdze. Partnerzy są zatem
przekonani, że Rosjanie wiedzieli o planowanych działaniach i chcieli
uprzedzić służby szwedzkie. Zatem - Rosjanie mają w ich szeregach
swojego informatora. Po "naturalnej" śmierci Jorgensena i wyczyszczeniu
jego schowków nie można by mu nic udowodnić. Wówczas i Carl byłby poza
podejrzeniem. Ta wersja wskazuje, że Rosjanie najprawdopodobniej nie
wiedzieli, że nasza służba (AW) ustaliła tajny kontakt Jorgensena z Rupertem w Sopocie, gdyż inaczej musieliby uznać, że Hans i Carl są
spaleni, więc cała operacja w tym kształcie nie ma sensu. Partnerzy
stoją na stanowisku, że przeciek nastąpił w Szwecji, a nie w Polsce.
Analiza wydarzeń wskazuje też, że informator nie był w grupie
bezpośrednio realizującej zadanie, ponieważ nie wiedział, że w domu
Jorgensena zamontowano kamery i mikrofony. Nie ma najmniejszej
wątpliwości, że gdyby Rosjanie zostali o tym poinformowani, nie weszliby
do domu, tylko zrealizowali inny scenariusz. Czyli - według rozeznania
informatora - Säpo nie miało wtedy jeszcze wystarczających dowodów na
to, że H.J. pracuje dla Rosjan. W przeciwnym razie ci ostatni nie
pokusiliby się o tak ryzykowną akcję.
Linda Lund.
Zgodnie z jej koncepcją, którą popiera kierownictwo Säpo, należy mówić,
że mamy do czynienia nie z jednym, ale z co najmniej dwoma
informatorami. Pierwszym, który wiedział, że Hans Jorgensen znalazł się
w kręgu zainteresowania szwedzkiego wywiadu, gdyż odwiedził altanę w Visby, i drugim, który wiedział, że tego dnia zostaną przeprowadzone
działania w ?kersberdze. Zatem Rosjanie prawdopodobnie mieli nawet dwa,
niezależne źródła informacji.
Do rozmowy włączył się Hasan Mardan.
Partnerzy uważają tę wersję za najbardziej prawdopodobną i, niestety,
najtrudniejszą do rozwikłania, gdyż dotyczy dużej liczby ludzi z różnych
jednostek szwedzkich służb i podjęcie próby ustalenia informatorów
zostałoby zapewne dostrzeżone przez Rosjan. Tym samym cały pomysł z "uśmierceniem" Jorgensenów nie miałby sensu, a Rosjanie zdążyliby
wyczyścić to, co H.J. miałby do przekazania, zanim partnerzy zdążyliby
odebrać od niego informacje. Na szczęście Rosjanie nie wiedzą, że H.J.
prowadził notatnik "Berlingske-Posten 1953".
I to jest przyjaciel Marcina? - przypomniał sobie Konrad. Chyba Arab,
skoro ma na imię Hasan... Sprawiał dobre wrażenie... nie tylko zawodowe.
Muszę porozmawiać teraz z Sarą, żeby mu się nie przyglądała zbyt
nachalnie... Trochę mnie to wkur... Ciekawe! Oficer kontrwywiadu, kierunek
Wschód, Arab, w garniturze i z dredami. Jak on wkłada kask motocyklowy?
Zaraz! - zastanowił się nagle. Jak Marcin powiedział? Najlepszy
przyjaciel! Kurczę, czy tu nie rozkwita jakieś uczucie?
Kurt Lövenström.
Podziękował jeszcze raz za pomoc i informację na temat H.J., która
zapoczątkowała jedną z największych operacji szwedzkich służb
specjalnych. Prosił, byśmy ponownie przejrzeli sprawę Jorgensena.
Podkreślił, że przeciek nastąpił najprawdopodobniej w Szwecji, zbadać
jednak trzeba wszystkie okoliczności.
Na tym o godz. 18.00 zakończył się pierwszy dzień rozmów ze szwedzkimi
partnerami. Wieczorem udaliśmy się do restauracji Den Gyldene Freden w Gamla Stan. Nie poruszaliśmy już tematów służbowych. W kolacji, która
przebiegła w serdecznej i przyjacielskiej atmosferze, nie uczestniczył
Kurt Lövenström.
Kurczę, "w serdecznej i przyjacielskiej", tak... ale Marcin i ten Hasan...
Cholera! - Konrad wyraźnie się zaniepokoił. Siedzieli obok siebie i rzeczywiście... coś tam... nooo... Kurczę! Niemożliwe! Zauważyłbym wcześniej!
Fuck!
Konrad czuł się nieswojo.
A jeżeli nawet, to co? Co mnie to może obchodzić? Nie można się
tatuować, ale preferencje... dlaczego nie?! Muszę porozmawiać z Sarą. Tak
się wpatrywała w tego Hasana, że pewnie coś by zauważyła.
Następnego dnia o godz. 9.30 odebrał nas z hotelu Hasan Mardan. Udaliśmy
się ponownie do siedziby Säpo. Skład partnerów był taki sam jak
poprzedniego dnia.
Twardzi są! - pomyślał z rozbawieniem. Nawet nie można było po nich
poznać, że kolacja przeciągnęła się do północy, a potem był jeszcze
nocny rajd po kilku klubach. Linda przebiła Sarę! To niemożliwe!
Najsłabszy był Per... Fajni są! Jesteśmy tacy podobni do siebie...
Ta część rozmów przeznaczona była na prezentację naszych informacji
(zgodnie z raportem zatwierdzonym przez gen. Zdzisława Pęka).
Na wstępie w imieniu szefa AW i całego zespołu złożyłem wyrazy
ubolewania z powodu śmierci funkcjonariuszy podczas tej trudnej i niebezpiecznej operacji. Zapewniłem też, że dokonamy szczegółowej
analizy sprawy pod kątem ewentualnych zagrożeń dla konspiracji
prowadzonych działań. W nawiązaniu do naszego wcześniejszego
szyfrogramu, w którym donosiliśmy o aresztowaniu Zenona Ruperta pod
zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji, przekazałem partnerom informację,
że Z.R. już na początku przesłuchania przyznał się do kontaktu z Jorgensenem w Sopocie, lecz nie miał najmniejszego pojęcia, kim on jest,
jak się nazywa, skąd przyjechał i jakiej jest narodowości. Ponadto po
spotkaniu z H.J. sprowadził sobie do pokoju hotelowego dwie prostytutki
i pił cały następny dzień. Miał w związku z tym poważne zaburzenia
pamięci. Ani Rupert, ani Jorgensen nie byli pod obserwacją. Jorgensen
sprawdzał się, ale nic nie ustalił. Czyli Rosjanie nie mogli podjąć
decyzji o eliminacji Jorgensena na podstawie tego zdarzenia. Tym
bardziej że od tego spotkania do wydarzeń w ?kersberdze było zbyt mało
czasu na przygotowanie akcji. Także teraz nasi partnerzy nie mają się
czego obawiać, bo te sprawy się ze sobą nie łączą, i w naszej ocenie
mogą spokojnie kontynuować działania.
Szczegółowo przedstawiłem okoliczności rozpracowania i aresztowania
Zenona Ruperta oraz dotychczasowe wyniki jego przesłuchań. Naszych
partnerów ciekawiło szczególnie, jakiego charakteru informacje,
uzyskiwane z tytułu pracy w Instytucie Pamięci Narodowej, przekazywał
Rosjanom. Dlaczego ci ostatni tak wielką wagę przywiązywali do zasobów
IPN i jakie negatywne skutki przyniosła interesom Polski penetracja tego
ośrodka przez SWZ. Wyjaśniłem partnerom, że wciąż badamy zakres
zniszczeń. Jeszcze zbyt wcześnie na obiektywną ocenę, lecz już na tym
etapie możemy powiedzieć, że straty dla państwa polskiego są ogromne.
Partnerzy pytali, kiedy oficjalnie poinformujemy opinię publiczną o aresztowaniu Ruperta (wydaje się, że zdają sobie sprawę z politycznych
konsekwencji ujawnienia tego faktu).
Następnie powiedziałem, że z upoważnienia szefa AW chcę ich powiadomić
nieoficjalnie o zdarzeniu, które wkrótce będzie upublicznione, z jednoczesną prośbą o niezwłoczne przekazanie tej informacji kierownictwu
państwa szwedzkiego. Chodziło o to, że w kilka dni po aresztowaniu
Zenona Ruperta, pracownika IPN, aresztowany został jego ojciec Zbigniew
Rupert, minister obrony narodowej RP. Również pod zarzutem współpracy z wywiadem rosyjskim.
Ale mieli miny! - pomyślał bez satysfakcji Konrad. Kto by nie miał? To
przecież wstyd! Pewnie pomyśleli sobie, że sprawa Jorgensena to pryszcz
przy takiej aferze... a może się mylę. Inteligentni ludzie zdawali sobie
sprawę z międzynarodowych konsekwencji takiego numeru.
Po dłuższym wahaniu Kurt Lövenström wyraził głębokie ubolewanie z powodu
zaistniałej sytuacji. Stwierdził, że jeszcze dzisiaj poinformuje o niej
premiera. Zapytał też, czy nasza służba nie potrzebuje pomocy ze strony
Säpo albo innych szwedzkich instytucji. Wyraził pełną gotowość pomocy i współpracy, jeśli tylko zaistnieje taka potrzeba. Stwierdził też, że
rozumie sytuację i nie będzie teraz zadawać żadnych pytań.
Potwierdziłem, że na razie wstrzymujemy się z przekazywaniem naszym
partnerom szczegółowych informacji. Sprawa jest w tej chwili w gestii
prokuratury. Jednakże gdy tylko zaistnieją odpowiednie okoliczności,
poinformujemy ich o wszystkim...
Konrad właściwie skończył czytać swoją notatkę, ponieważ w dalszej
części nie było już niczego istotnego. Doskonale wszystko pamiętał, bo
przecież sam był jej autorem, chociaż zapiski podczas rozmów robił
Marcin. Atmosfera spotkania załamała się pod ciężarem informacji o ministrze Rupercie, bardziej nawet ze strony Szwedów, którzy
prawdopodobnie uważali, że Polacy przeżywają teraz jakąś traumę.
Od tamtej pory Konrad przez trzy miesiące nie miał bezpośredniego
kontaktu z kolegami z Säpo, ale co jakiś czas pisali do siebie depesze.
Olaf i Linda informowali go o stanie sprawy Jorgensena.
Częstotliwość kontaktów wyraźnie wzrosła, gdy ucichła polityczna burza w Polsce i przygasł międzynarodowy skandal. Olaf nawet dwukrotnie dzwonił
do Konrada i zapraszał go na narty do Szwecji. Wynajął z Lindą duży dom
w ośrodku sportów alpejskich ?re i było tam miejsce również dla gościa z Polski, ale Konrad nie mógł przyjechać. Czego faktycznie bardzo żałował,
bo uwielbiał narty i był prawie wszędzie w Alpach i Karpatach, ale nigdy
nie jeździł po stokach Skandynawii.
Za to Marcin w tym czasie rozwinął znajomość z Hasanem Mardanem i teraz
ma prawdziwego przyjaciela, też miłośnika H-D.
8
- Salam alejkum, Safir!
- Alejkum salam, Raszid!
Objęli się i dotknęli trzy razy policzkami.
Karol wszedł do mafradżu, dużego pomieszczenia wyłożonego miękkim
bordowym dywanem i poduszkami. Nie było w nim żadnych mebli ani
telewizora. Nie było też elektroniki.
Pierwsze dziesięć minut poświęcili na rozmowę o rodzinie, przyjaciołach,
dzieciach przyjaciół, pogodzie i najnowszych filmach. A ponieważ nie
mieli żadnych wspólnych znajomych ani zainteresowań, pytania i odpowiedzi były bardzo ogólnikowe. I o to chodziło w tym niemal
obowiązkowym zwyczaju, od którego Arabowie zaczynają spotkanie.
Dopiero po zakończeniu tej części wstępnej Raszid zadał pierwsze
konkretne i jakże oczekiwane przez Karola pytanie.
- Zjesz coś?
- Tak - odpowiedział Karol niemal natychmiast.
- Zaraz będzie obiad... Chcesz khatu? - Raszid podsunął mu koszyk z zielonymi liśćmi.
- Nie, dziękuję. Czego Sajed chce ode mnie?
- Nie wiem...
- Gdzie on jest?
- Jeszcze w górach. Będzie tu w nocy.
Karol pokiwał głową i spojrzał na zegarek.
- Kiedy w końcu uderzymy? Wiesz coś? - zapytał Raszid, wyciągając się na
dywanie. - Najwyższy czas! Coraz więcej tu Amerykanów... - Poprawił
galabiję.
- Nie wiem. To ty jesteś kuzynem Sajeda... powinieneś coś wiedzieć -
odparował trochę sarkastycznie Karol.
Było oczywiste, że Raszid nie jest wprowadzony we wszystkie działania
Bazy. Karol podejrzewał jednak, że Sajed chowa go po prostu na przynętę
dla Amerykanów. W odpowiednim momencie ogłosi, że on, Sajed, dowódca
Al-Kaidy w Jemenie, zginął w walce albo podczas ataku drona. Wtedy
będzie mógł przeszukać swoje otoczenie i wyłowić zdrajców. Ogłosi
Raszida, kuzyna z klanu, następcą i CIA będzie teraz polować na niego,
dopóki się nie zorientuje, że Sajed jednak żyje. Amerykanie stracą
pieniądze, czas, a co najważniejsze - orientację w sytuacji. Potem może
nawet zabiją niezbyt rozgarniętego Raszida, a wtedy on, Sajed, ożyje z woli Allaha i narodzi się kolejna z legend, które tak kochają Arabowie.
Takie jest życie w Bazie. Każdy ma to wkalkulowane w swój los i musi być
gotowy oddać życie za wiarę czy lepszą przyszłość. Nikt nikogo do walki
nie zmuszał, wszyscy w Bazie są ochotnikami i dlatego pytania, kiedy,
skąd i dlaczego przyjdzie śmierć, nie miały większego znaczenia. Raszid
z pewnością też tak uważał. Zresztą niewielu bojowników potrafiło
powiedzieć, co jest dla nich ważniejsze: życie czy śmierć.
- Musimy uderzyć! Świat powinien o nas usłyszeć! Niedługo będzie już
jedenaście lat od ataku na WTC! Co o tym myślisz, Safir?
- Zrozum, Raszid. Nasza walka to nie tylko samoloty, bomby, zamachy...
rozumiesz? Odkąd świat niewiernych wypowiedział nam wojnę, staliśmy się
podmiotem, a nie przedmiotem światowej gry...
- Nie rozumiem - wtrącił Raszid. - Jakiej gry? Prowadzimy przecież
dżihad... aż zetrzemy wszystkich żydów i krzyżowców...
- Prowadzimy, prowadzimy! Spójrz jednak na to tak... na przykład Japonia.
Mocarstwo, prawda? Najpierw zaatakowali amerykańskie Pearl Harbor, to
było tak jak nasze WTC. Potem była wojna na Pacyfiku, Amerykanie
zrzucili dwie bomby atomowe. Każda ze stron traktowała przeciwników jak
zwierzęta. Dzieliła ich przepaść cywilizacyjna, kulturowa, no... prawie
wszystko. Amerykanie nawet internowali swoich własnych Japończyków.
Jednak kiedy stajesz się wrogiem Ameryki, kiedy jej wojska idą się z tobą bić, to następuje twoja nobilitacja, stajesz się podmiotem, liczą
się z tobą. Amerykanie są praktyczni: jeżeli widzą, że nie mogą cię
pokonać, a koszt walki jest za wysoki, wtedy są gotowi do porozumienia...
no wiesz, oni liczą się tylko z silnymi.
- Jakiego porozumienia? Safir! - oburzył się Raszid. - Ich trzeba
zniszczyć!
- Tak, tak! Na razie jesteśmy na początku drogi - zareagował spokojnie
Karol. Nawet przez moment nie wierzył w siłę swojej perswazji i pomyślał, że tacy ludzie jak Raszid nie posuną sprawy dżihadu naprzód.
Przez chwilę zaległa cisza i obaj się zamyślili, każdy inaczej, nad
swoim sposobem pojmowania islamu.
- "A jeśli oni skłonią się do pokoju, to i ty się ku niemu skłoń i zaufaj Bogu"1 - Raszid wyrecytował werset z Koranu.
Słysząc po raz pierwszy z jego ust fragment mówiący o pokoju, Karol aż
uniósł brwi. Jednak jego zdziwienie było większe niż kiedykolwiek dotąd,
bo wyglądało na to, że Raszid jednak zrozumiał, o co mu chodziło w tej
opowieści o Japonii.
Otworzyły się drzwi i do mafradżu wszedł Ismail, służący Raszida.
Ustawił na podłodze kilka miseczek z potrawami i dużą tacę z pachnącym,
ciepłym jeszcze chlebem czubz. Po chwili przyniósł misę i dzban do mycia
rąk.
Od tej chwili Raszid i Karol poświęcali więcej uwagi na jedzenie niż
rozmowę. Tym bardziej że warto było, bo falafel i szałarma były
doskonałe, chociaż salta już nie i została prawie nieruszona. Z oczywistych względów nie potrafili nawiązać między sobą głębszego
dialogu, ale nie można powiedzieć, żeby czuli do siebie jakąś niechęć.
Raszid był bezgranicznie oddany Sajedowi, który wykorzystywał jego
lojalność jak bufor z otaczającym go światem. Nie ufał nikomu tak jak
Raszidowi, chociaż wcale go nie cenił. Już po krótkiej rozmowie widać
było, że jest on ociężały umysłowo, i z punktu widzenia potrzeb Sajeda
była to prawdopodobnie jego jedyna zaleta.
Jeżeli Sajed tracił kogoś z pola widzenia choć na jeden dzień, to
zakładał, że ten ktoś zdradził. Wyłączeni z tej zasady byli członkowie
jego klanu i ci, którzy nie mieli rodzin. Nie byłoby niczym dziwnym,
gdyby Sajed wcale nie był w górach, lecz siedział w pomieszczeniu obok i słuchał rozmowy Raszida z Safirem. Uznawszy, że jakiś szczegół mu nie
odpowiada, że w zachowaniu Safira jest coś dziwnego, podejrzanego, z pewnością kazałby mu czekać do jutra, a może dłużej. Mógłby go w ogóle
nie przyjąć albo po prostu kazać go zabić. Dużo zależało od tego, co w takiej sytuacji podpowie mu Allah.
Nigdy się jednak nie zdarzyło, żeby Karol musiał czekać na niego dłużej,
niż było to przyjęte. Sajed zresztą nie umawiał się na określoną
godzinę, nie tylko dlatego, że w Jemenie wydawałoby się to dziwne i niezrozumiałe, ale również dlatego, że był bardzo zajęty sprawami Bazy.
Dużo też się modlił, a jako pobożny muzułmanin nigdy modlitwy nie
przerywał.
Karol nawet nie wiedział, ile Sajed ma lat. Wyglądał na trzydzieści
siedem, może czterdzieści dwa. Jak na jemeńskiego Araba był bardzo
wysoki, mierzył ponad metr osiemdziesiąt pięć, i dosyć szczupły. Miał
wyjątkowo jasną karnację i ładne, regularne semickie rysy. Czasami można
było odnieść wrażenie, że jest nawet jakąś odmianą Osamy.
Sajed był człowiekiem wykształconym i dało się to wyczuć już po kilku
chwilach rozmowy. Ukończył socjologię na Uniwersytecie Al-Azhar w Kairze
i zrobił doktorat w Oksfordzie. Wiele lat mieszkał w Europie i dużo
podróżował. Nigdy nie chodził do żadnej medresy i swoje zrozumienie
islamu czerpał z samokształcenia i uważnego wsłuchiwania się w słowa
sunnickich duchownych meczetu Al-Dżami al-Kabir w Sanie, chociaż odkąd
objął dowództwo jemeńskiej Bazy, rzadko tam bywał i poświęcał się
głównie samodzielnej medytacji.
W jaki sposób i kiedy trafił do Bazy, pozostawało tajemnicą, a Karol
nigdy nie próbował go o to pytać. Właściwie nawet się nad tym nie
zastanawiał, bo wiedział, że myśli człowieka widać w jego spojrzeniu,
ruchu, geście i prędzej czy później mógłby powiedzieć o jedno słowo za
dużo. O ile w Europie czy Ameryce mało kto zwracał na to uwagę, o tyle
pustynni Arabowie potrafili odczytywać ten język bezbłędnie.
Ismail sprawnie sprzątnął z podłogi wszystkie naczynia i znikł tak
szybko, jak się pojawił.
- W Polsce są muzułmanie? - zapytał Raszid.
- Oczywiście. Ale nie tak wielu jak na zachodzie Europy czy w Rosji.
- A jak Polacy odnoszą się do islamu?
- Trudno powiedzieć... Nie znam takich badań - odparł zgodnie z prawdą
Karol.
- Ale jak ty uważasz? - dopytywał się Raszid.
- Bo ja wiem... Myślę, że w ogóle o islamie wiedzą niewiele, trochę
przesądów, stereotypów... W znacznym stopniu opinię kształtują medialne
wydarzenia. Sporo w tym hipokryzji, ale jednocześnie to naród głęboko
katolicki, więc z szacunkiem podchodzi do pobożności innych. Wśród
młodzieży pojawia się zainteresowanie albo zauroczenie islamem, ale jest
ono płytkie, typowe dla młodych Europejczyków, którzy buntują się
przeciw obecnemu porządkowi świata... dla antyglobalistów, anarchistów... -
wyłożył Karol z niewielką nadzieją, że Raszid cokolwiek zrozumie.
- Ale to i tak dobrze! To też jacyś sojusznicy dżihadu! Powinni zabijać
Żydów i Amerykanów. Jak dorosną, coś z tego zostanie. Przecież nasza
walka trwa pokolenia. - Reakcja Raszida była mieszaniną naiwności i pozornej wnikliwości, czyli dokładnie tym, czego spodziewał się Karol.
- Zobaczymy, co będzie z Palestyną! Młoda Europa i świat solidaryzują
się z Palestyńczykami, nie z nami...
- Nie sądzisz chyba, że nasi bracia w Palestynie, nawet jak powstanie
niepodległe państwo, pogodzą się kiedykolwiek z istnieniem Izraela, tego
amerykańskiego żandarma, psa niewiernego!
- Zobaczymy - powtórzył Karol.
Nie zamierzał szerzej komentować tej powszechnej w Bazie opinii, którą
sam uważał za mało elastyczną, wiedząc, że Izraela długo nie będzie
można pokonać, o ile w ogóle okaże się to potrzebne. Ale ani Raszid, ani
Sajed nie byliby w stanie tego zrozumieć.
- Polacy mają swoje doświadczenie z islamem. - Karol zmienił temat. -
Przez kilkaset lat walczyli z Turcją i Tatarami, ale to nie była wojna
religijna... no... nie to było w niej najważniejsze... Chodziło o wpływy i panowanie, ekspansję Polski na Ukrainę, a Turcji na Europę. - Raszid
zrobił minę, jakby usłyszał o tym po raz pierwszy, co z pewnością było
prawdą. - W wojsku polskim też służyli muzułmanie i walczyli ze swoimi
braćmi po drugiej stronie...
- Tatarzy to kto?
- Sunnici - wyjaśnił krótko Karol, bo Raszid miałby trudności ze
zrozumieniem historii Mongolii i Chin. - Przed drugą wojną światową
mieli nawet swoją kawalerię w Wojsku Polskim, a na czapkach półksiężyc...
- Ciekawe! - skomentował Raszid i zaczął upychać w ustach liście khatu.
- Z Taizz... hm? - zachęcał niezobowiązująco, zachwalając jakość produktu.
Gdy skończył, wyciągnął się wygodnie na podłodze, podpierając ręką
głowę. Nie wykazywał już zainteresowania polskimi Tatarami, skupiony w oczekiwaniu na bliski efekt działania khatu.
W zasadzie żucie tej rośliny powodowało rozluźnienie, pobudzenie i spadek apetytu, jednak w przypadku Raszida miało tylko ten pierwszy
efekt. Karol, odkąd przeszedł na islam, nie przyjmował tej używki, bo
uważał, podobnie zresztą jak Sajed, że jest to sprzeczne z Koranem.
Podchodził jednak do tego tolerancyjnie, bo bez khatu Jemen po prostu by
nie istniał.
Kiedyś zapytał profesora Ahmeda al-Husajna, jaki wpływ może mieć
odwieczne narkotyzowanie się niemal całego społeczeństwa jemeńskiego na
kształt kultury i sztuki, a szczególnie wiary. Profesor odpowiedział w sposób iście salomonowy: sztuka Jemenu, różnorodna, abstrakcyjna i czasami surrealistyczna, jest nieporównywalna z żadną inną, kultura -
bogata i niepowtarzalna jak Wadi Hadramaut czy Sana, a wiara w Allaha
gorąca i tak bezgraniczna, jak powinna być, choć niepozbawiona
pogańskiej wolności. Takie, w jego swobodnej ocenie, mogłaby mieć skutki
konsumpcja khatu, sam jednak, jak podkreślał, należał do tej niewielkiej
części społeczeństwa, która zachowuje abstynencję, i to z powodów nie
tylko religijnych, lecz także osobistych.
Karol często o nim myślał, bo każde jego słowo, które zapamiętał z tamtej rozmowy, tchnęło mądrością, ale przede wszystkim prostą prawdą, o którą nie jest łatwo w świecie islamu, a którą jeszcze trudniej przyjąć
za swoją, by z przekonaniem za nią podążać. Dlatego profesor Ahmed
al-Husajn, starszy od niego o czterdzieści lat nauczyciel historii i języka arabskiego, a nie żaden pobożny mułła czy mędrzec koraniczny,
potrafił go przekonać do islamu, a właściwie otworzyć drzwi i pokazać,
co jest po drugiej stronie.
Miał wrażenie, jakby to było dzisiaj, gdy szli razem promenadą nad
Zatoką Adeńską, wzdłuż szerokiej piaszczystej plaży opodal uniwersytetu,
a profesor opowiadał o poezji Kasima asz-Szabbiego. Zdążył wyrecytować
słowa poety: "Gdy ludzie chcą żyć, los im da odpowiedź, znikną ciemności
i spadną kajdany", a ciężka ołowiana chmura zasłoniła słońce na
błękitnym niebie i gwałtownie wyrzuciła z siebie strumień wody, jakby
celowo chciała przerwać ich rozmowę. Ledwie zdążyli skryć się przy
wejściu do pobliskiego baru, gdy natura z nową determinacją przybrała na
sile i wokół nie było już nic poza ścianą wody i ogłuszającym hukiem
ciężkich jak kamienie kropli bijących o plastikowe zadaszenie. Zamilkli
oszołomieni bezwzględnością przyrody.
- Masz?! - Karol poczuł lekkie szarpnięcie za ramię. - Przywiozłeś? -
Potrzebował chwili, by dojść do siebie. Wydawało mu się, że jeszcze śni,
i nie mógł zrozumieć, dlaczego zamiast profesora widzi uśmiechniętego
Sajeda.
Dopiero teraz dotarło do niego, że zasnął i został sam w mafradżu.
Raszida nie było. Na zewnątrz zapadła już ciemność. Przez szeroko
otwarte okno słychać było, jak na tarasie głośno dudni zwrotnikowy
deszcz.
- Masz?
Ponowne pytanie Sajeda rozbudziło Karola ostatecznie.
- Mam.
- Dawaj!
Karol rozejrzał się wokół trochę nieprzytomnie, potrząsnął głową i dostrzegł swój plecak w drugim kącie pokoju. Wydawało mu się przez
moment, że kiedy przyszedł, położył go w innym miejscu. Wyjął z plecaka
płytę CD i wręczył ją Sajedowi.
- Raszid, dawaj radio! - krzyknął ten, zanim jeszcze dotknął płyty.
Wziął ją w obie dłonie i ze skupieniem zaczął przyglądać się okładce.
Przez moment nie zwracał uwagi na otoczenie i zdawało się, jakby gdzieś
odpłynął.
- Decca... dobra wytwórnia... taka sama okładka jak na filmie... - wymamrotał
ni to do siebie, ni to do Karola i natychmiast krzyknął: - Raszid, gdzie
to radio?!
Drzwi otworzyły się niemal w tym samym momencie i Raszid wniósł ogromne
srebrne radio Sony - model, jaki można kupić tylko na suku w Dubaju.
Sajed rozpakował płytę i z nabożną czcią włożył ją do stacji CD. Raszid
usiadł obok Karola. Deszcz na zewnątrz przestał padać, jakby posłuszny
życzeniu Sajeda. Pokój wypełniły dźwięki ledwo słyszalnej muzyki. Z początku nieczytelne, rozpływające się, po minucie zaczęły nabierać
wyrazistości. Pojawiło się drżenie arabskich smyczków. Raszid zamknął
oczy i najpierw powoli, a po chwili coraz mocniej zaczął się kiwać w przód i w tył.
- To niesamowite! - rzucił po kilku minutach, gdy tylko umilkły dźwięki.
- Czwórka to Chant! To najlepszy utwór na tej płycie, chociaż wszystko
jest świetne. Dziękuję, Safir! - Uśmiechnął się i przytulił opakowanie
CD do piersi jak dziecko misia.
- To prawda! Cała muzyka Zimmera do Helikoptera w ogniu jest
niezwykła...
- Dlaczego to cię tak bierze, Sajed? - odezwał się Raszid. - Mało mamy
własnej muzyki?
- Kiedyś to zrozumiesz, kuzynie. Widziałeś ten film?
- Widziałem. Amerykańska propaganda...
- To znaczy, że nie widziałeś! - przerwał mu ostro Sajed.
- Obraz i muzyka w tym wypadku to jedno dzieło, ale każde może też żyć
oddzielnie - wtrącił pojednawczo Karol, bo zanosiło się na kłótnię
między kuzynami, a wiedział dobrze, co o tym filmie sądzi Sajed.
- Zastanów się, Raszid, bo Safirowi nie muszę tego tłumaczyć, co by
było, gdyby rangersi musieli walczyć w Sanie... albo nawet w Adenie.
Afganistan, Irak i Somalia razem to nic w porównaniu z piekłem, jakie
byśmy im tutaj zgotowali, i dzięki Allahowi, że natchnął Ridleya Scotta
do zrobienia tego filmu. Teraz zastanowią się dwa razy, zanim zdecydują
się wysłać wojsko tutaj.
Sajed sprawiał wrażenie, że traktuje swoje słowa nadzwyczaj poważnie,
ale Karol wiedział aż nadto dobrze, że nie jest tak naiwny i że
zwyczajnie indoktrynuje Raszida. Bo Sajed w tej dziedzinie był mistrzem,
i to nie tylko dlatego, że studiował Koran pilniej niż inni, ale przede
wszystkim dlatego, że lepiej go rozumiał. Nie mógł się jednak
powstrzymać od indoktrynacji, gdziekolwiek był i z kimkolwiek prowadził
rozmowę. Czasami Karol się zastanawiał, czy Sajed, czytając święte
pisma, medytuje, uczy się czy też z zamiłowaniem indoktrynuje sam
siebie.
- Masz sporo racji, Raszid - przyznał niezobowiązująco Karol, bo
rzeczywiście tak uważał. - W kulturze łacińskiej masy nastawione są na
bierny odbiór świata. Telewizja, film, radio, billboardy, tadżypao...
- Co to? - wtrącił Raszid.
- Nieważne... - ciągnął Karol. - Świat łaciński, wbrew temu, co mówi
oficjalnie, także ustami Kościoła, to świat introwertyczny...
- Jaki? - znów zapytał Raszid, wyraźnie zainteresowany jego słowami,
podczas gdy Sajed wciąż studiował okładki płyty. Wyglądało na to, że
pożyteczna dociekliwość Raszida nie odgrywa w jego planach żadnej roli.
Karol mógł tylko domyślać się dlaczego.
- Ludzie na Zachodzie sądzą, że wojna wygląda tak jak na filmach, że
można być nieśmiertelnym albo wbrew prawom fizyki unosić się w powietrzu. Wehikuł czasu, Park Jurajski... Widziałeś?
- Tak...
- I konfrontują to z bajkami z Biblii...
Sajed podniósł wzrok i spojrzał na Karola z mieszaniną zainteresowania i wyczekiwania. Wydawało się, że zestawienie słów "bajka" i "Biblia" nie
do końca mu odpowiada.
- I tak mają od dziecka - ciągnął Karol, choć czuł, że powinien kończyć.
- Później wierzą, że taki jest świat i że ludzie żyli współcześnie z dinozaurami, a islam, Chiny, Afryka to Atlantyda, która im zagraża i której nie rozumieją. I jest coraz gorzej, chociaż część zachodnich
intelektualistów stara się nas zrozumieć... czasem z sympatią... to są nasi
sojusznicy... ale decydują ci, którzy rządzą masami przed telewizorem...
- Raszid, idź i powiedz, żeby Ismail przyniósł herbatę - przerwał Sajed
ku zaskoczeniu i satysfakcji Karola. - Potem pilnuj, żeby nam nikt nie
przeszkadzał - dorzucił zupełnie abstrakcyjnie, bo było oczywiste, że i tak nikt nie mógłby im przeszkodzić.
Karol przyjął pozycję siedzącą, bo wiedział, że zaraz się dowie, po co
Sajed ściągnął go tak pilnie do Jemenu. I chociaż spotkania odbywały się
zawsze w luźnej i niewymuszonej atmosferze, to jednak Karol znał swoje
miejsce w szeregu, a dyscyplinę cenił ponad wszystko. Kiedy czasami
odzywała się w nim dusza białego człowieka, nie mógł wyjść ze zdumienia,
jak przy braku poszanowania dla dyscypliny Baza może funkcjonować tak
sprawnie.
Pokój wciąż wypełniała muzyka z filmu Helikopter w ogniu. Sajed
ściszył radio i przybliżył się do Karola na odległość pozwalającą
postawić między nimi tacę z szai masbut, turecką słodką herbatą.
Hamond sięgnął do plecaka i wyjął jeszcze jedną płytę CD.
- To prezent ode mnie!
- Co to?
- Zobacz...
- Soundtrack z Afery Thomasa Crowna?
- Tak... Nina Simone... Sinnerman... pamiętasz?
- Pewnie. Do eid jest jeszcze trochę czasu... ale dziękuję!
Sajed schował CD pod poduszkę i przez chwilę wyglądał na lekko
zakłopotanego. Wydawać by się mogło, że to trochę nieodpowiednie
zachowanie jak na charyzmatycznego przywódcę Bazy w Jemenie. Ale właśnie
za to Karol lubił go najbardziej, bo to był taki ludzki odruch, zupełnie
inny od tego, co obowiązywało wśród pozostałych braci.
Sajeda poznał cztery lata temu, kiedy ten mieszkał jeszcze w londyńskim
Enfield i był odpowiedzialny za struktury w Wielkiej Brytanii.
Wynajmował typowy angielski szeregowiec z czerwonej cegły przy Morrison
Avenue. Z pewnością znacznie łatwiej byłoby mu mieszkać w Luton czy też
w Bury Park, ale nie chciał być postrzegany jako tradycjonalista.
I dom, i ulica były tak typowe, że tylko ktoś o nie lada zdolnościach
potrafił odnaleźć je za pierwszym razem. Wtajemniczonym pomagała nieduża
chorągiewka Union Jack widoczna już z daleka i oznaczająca, że jest
bezpiecznie. Znikała tylko wtedy, gdy Sajed wyjeżdżał na dłużej, ale o tym wiedzieli jedynie najbardziej zaufani.
Karol mieszkał wtedy u niego i nieustannie krążył między Islamabadem a Londynem.
Tamtego pamiętnego dnia samolot spóźnił się niemiłosiernie i Karol
dotarł do Enfield w środku nocy. Przez całą drogę się zastanawiał, jak
mu to powiedzieć, i w końcu doszedł do wniosku, że to bezsensowny
dylemat i że trzeba powiedzieć tak, jak było naprawdę. Jak zginął jego
brat Husam i dwadzieścia innych osób. Jak rakieta odpalona z amerykańskiego drona trafiła dokładnie w Husama, tak że jego ciała nie
odnaleziono. Pewnie zostało wymieszane ze szczątkami zabitych kobiet i dzieci i pochowane wraz z nimi w jedynym wspólnym grobie.
I o ile śmierć w walce byłaby uznana za męczeńską, o tyle takiej
sytuacji Allah nie przewidział. Powstał poważny problem, bo muzułmanin
nie otrzymał duszy, jak krzyżowcy czy syjoniści, tylko ciało.
Przez resztę nocy rozpacz Sajeda pogłębiał brak możliwości koranicznego
rozwiązania tego dylematu. Nie pomogła nawet butelka whisky Black &
White, którą wypili jako karę za swoje nie dość pobożne życie.
Sajed długo się zastanawiał, który imam może mu odpowiedzieć na dręczące
go pytania, i kiedy wydawało się, że wypłakał już całą whisky, a w otwartym oknie pojawił się, jak na złość, piękny londyński poranek,
usłyszeli nagle skrzeczący głos Niny Simone i jej modlitwę Sinnerman.
Znali ją już wcześniej, ale wtedy wydawało im się, że słyszą ją po raz
pierwszy. Poczuli, jakby Allah zamówił tę pieśń specjalnie dla nich, na
tę okazję, na ten świt, i chciał im wytłumaczyć coś, nad czym warto się
zastanowić. Wtedy Sajed oznajmił Karolowi, że nie musi już iść do
meczetu i rozmawiać z imamem, a tę pieśń włącza do swojego zikr-e
chaffi. Na zawsze!
Karol wiedział, że było to nadzwyczaj ważne i bardzo osobiste wyznanie,
bo Nina Simone nijak się nie nadawała na kolejnego proroka islamu.
9
Marian Krynicki jeszcze spał. Dzieci były już po śniadaniu i pakowały
plecaki do szkoły. Maria wyjrzała przez okno, żeby sprawdzić, jaka jest
pogoda, i zdecydować, jak się ubrać. Okrągły termometr za oknem
wskazywał trzynaście stopni mrozu. Tak się kiedyś zatrzymał, chyba zimą
1998 albo może 1999 roku.
Do przystanku tramwajowego na ulicy Marynarskiej miała niewiele ponad
trzysta metrów. Był to dopiero trzeci przystanek od pętli, więc o tej
porze tramwaj był zazwyczaj pusty. Tym bardziej że przejeżdżał przez tak
zwany kiedyś Służewiec Przemysłowy, a teraz "Biurowy", więc nie było
zbyt wielu pasażerów w tę stronę.
Dzięki temu Maria zawsze miała miejsce siedzące w tramwaju linii 10 lub
17 i całkiem poważnie traktowała to jak dodatkowy ważny bonus związany z jej pracą w hotelu Marriott. Przez pół godziny mogła się poświęcić tylko
sobie i dzieciom. Tak już było, że w tym czasie myślała wyłącznie o tym,
co sprawiało jej radość i przyjemność. Czasami nawet fantazjowała, bo
mimo przykrych doświadczeń z Marianem widywała w tramwaju przystojnych
mężczyzn, którzy nie musieli być do niego podobni.
W tym tygodniu obsługiwała piętro dwudzieste trzecie. A na nim miała
trzydzieści siedem pokoi standardowych i dwa apartamenty.
Przebrała się w pomieszczeniu socjalnym, po czym zaczęła przygotowywać
swój wózek. Ręczniki, pościel, mydełka, szampony i wszystko to, co było
potrzebne, by uprzątnąć pokój hotelowy i przygotować go dla nowego
gościa.
Hotel Marriott ma pięć gwiazdek i uchodzi za jeden z najlepszych w Warszawie, nie oznacza to jednak, że może sobie wybierać gości.
Maria dzieliła pokoje do sprzątania na trzy rodzaje. Pierwszy to takie,
w których nikt nie mieszkał, chociaż były opłacone. Drugi to te użyte
standardowo, z rozgrzebanym łóżkiem, ręcznikami na podłodze, zabrudzonym
sedesem i brakiem zestawu kąpielowego. I trzeci - z butelkami po
alkoholu, prezerwatywami w koszu lub obok niego, krótkimi włosami na
prześcieradle i wszystkimi innymi śladami, jakie tylko człowiek dowolnej
płci może na nim pozostawić.
Doprowadzając taki pokój do porządku, zawsze miała wrażenie, że robi coś
bardzo ważnego, co sprawia, że znikają brudy i świat staje się lepszy.
Często widywała też na korytarzu gości klasy trzeciej, zajmujących
głównie apartamenty, którzy rzadko odpowiadali na standardowe, ale
uprzejme "dzień dobry". Czasami się ich bała, bo widziała kilka razy na
filmach, że zamordowanie hotelowej sprzątaczki w celu - na przykład -
zdobycia klucza jest dziecinnie proste i nawet nie zwraca niczyjej
uwagi.
Dochodziła za kwadrans pierwsza i Maria właśnie skończyła sprzątać pokój
odbiegający nieco od jej trzystopniowej skali. Tak ją zaskoczył, że aż
postanowiła sprawdzić, kto w nim mieszkał. W koszu na śmieci znalazła
obierki z co najmniej dwóch kilogramów ziemniaków i ewidentne ślady, że
ktoś musiał je gotować w umywalce za pomocą grzałki.
Nieco rozbawiona tym odkryciem, przepchnęła wózek pod drzwi apartamentu
numer 2313 i spojrzała na zegarek. Była dwunasta pięćdziesiąt.
Sprawdziła na wykazie. Gość miał opuścić pokój o wpół do pierwszej i nie
było żadnych zmian.
Zastukała do drzwi i odczekała kilka sekund. Nie usłyszała żadnego
głosu, więc zastukała jeszcze raz. Była prawie pewna, że w środku nikogo
nie ma, i odruchowo włożyła swoją kartę do zamka. Bo jeżeli gość chciał
się zabezpieczyć, to jest przecież zasuwka - uznała. Pchnęła drzwi do
przodu, popychając przed sobą wózek.
Od razu poczuła, że wewnątrz ktoś jest, ale to była tylko jej zawodowa
intuicja. Już nie mogła się wycofać. Tym bardziej że z małego
korytarzyka nie było widać, co się znajduje w głębi pokoju.
Trwało to może dwie, trzy sekundy, gdy nagle zobaczyła nieruchome twarze
wpatrzone w nią w sposób, jakiego nigdy przedtem nie widziała. Ale to,
co miała przed sobą, musiało być wycięte z jakiegoś filmu. Tego akurat
była pewna, więc przerażona zamarła w miejscu, tak jak stała. Dokładnie
w tym momencie mężczyźni gwałtownie pozamykali swoje notatniki, a jeden
z nich zrzucił jakieś papiery pod stół.
Maria wstrzymała bezwiednie oddech, spuściła oczy i bez słowa
"przepraszam" wycofała się z pokoju.
Zostawiła wózek kilka metrów dalej, po czym poszła szybko do pokoju
serwisowego. Wzięła słuchawkę i wybrała numer wewnętrzny szefa ochrony
Jacka Morawca, który podczas cyklicznych szkoleń starał się uwrażliwiać
personel hotelu na wszystkie dziwne i podejrzane sytuacje.
Maria nie miała najmniejszych wątpliwości, że to jest właśnie taka
sytuacja. Była dokładnie dwunasta pięćdziesiąt cztery.