Oczami Arkany
Ta przygłupia, piegowata pustaczka Szukrat
chciała zacząć naszą Księgę od słów: "Tak więc byłam tam... I bla, bla,
bla... I może był tam też alkohol". Taa... Ta dziewczyna nie ma
najmniejszego poczucia godności. Chociaż, prawdę mówiąc, takie otwarcie
pasowałoby do jakiejś połowy historii, które Tatko spisał w swoich
Księgach. Tym razem jednak nie pasuje.
Przepraszam, Szukrat.
Ale niech będzie, odbębnię tę pisaninę, żeby się czymś zająć, póki nie
wymyślę sposobu, jak wrócić do domu. O ile dom wciąż tam jest. Wieści
stamtąd nigdy nie bywają dobre.
Można założyć, iż przekonam się, że marzenie tak naprawdę okaże się
koszmarem.
Musimy podejść do tego poważniej, we dwie. Musimy zacząć tam, gdzie to
wszystko się zaczęło. Problem w tym, że niektóre sprawy rozpoczęły się w pięćdziesięciu różnych miejscach. Niektóre nawet bardzo dawno temu,
zanim jeszcze urodzili się czyikolwiek rodzice. Myślę więc, że rozpocznę
tam, gdzie zaczęło się to dla nas, kiedy przejęłyśmy od Tatki pisanie
Kronik. Bez krztyny entuzjazmu. No bo Tatko suszył mi wciąż o to głowę,
a mnie udawało się trzymać od tego z dala, aż do jego wniebowstąpienia.
Wówczas wyszło na to, że nikt nie chce tej roboty, a potem... Pani
stwierdziła:
- Dlaczego się tym nie zajmiecie, dziewczyny? Powinnyście dać z siebie
coś więcej, a nie tylko się obijać, przerabiać żarcie na gówno i rozpraszać żołnierzy.
Znaczy... Co to w ogóle ma być? Poza tym... nie cierpię jej. Ostatnio
wygląda lepiej ode mnie, tyle że nikt poza mną tego nie dostrzega.
Tak czy siak, odkąd Tatko dorobił się statusu boga... Myślę, że to
przesada, ale jest mi w sumie wszystko jedno. Jakkolwiek było, Szukrat i ja ostatecznie uległyśmy i zaczęłyśmy prowadzić te Kroniki.
I oto jest Księga Arkany i Szukrat Voroszk: "W owych dniach Czarna
Kompania nie służyła nikomu. W tych czasach Kompania była społecznością
samą w sobie".
No więc tak to wyszło...
My - znaczy Czarna Kompania, do której się zaliczam, ponieważ jak się
zdaje przyszło mi tu odsiedzieć dożywocie za me grzechy - była w odwrocie z jednego świata, przez równinę lśniącego kamienia w stronę
Bramy Cienia, która pozwoliłaby nam zamienić niebezpieczeństwa równiny
na wątpliwe bezpieczeństwo dawnego schronienia Kompanii, Hsien; w świecie, który nazywaliśmy Krainą Nierozpoznanych Cieni; w królestwie,
którego ani Szukrat, ani ja żeśmy nie poznały, bo dołączyłyśmy do
Kompanii, gdy zmierzała w inną stronę, opętana zwariowanym pragnieniem,
by ponownie zawładnąć całą masą szaleństwa, do którego się przyczyniła,
jeszcze zanim odbyła wyprawę w te rejony Hsien po raz pierwszy.
Za nami leżała wielka bezimienna forteca, gdzie Konował został
Niezłomnym Strażnikiem i skąd w ostatniej chwili, nim opuściliśmy to
miejsce, Pani ozdrowiała w końcu z niemal paraliżującego napadu depresji
i postanowiła wydobyć swą córkę Pierdu Pierdu, którą Konował złożył po
jej śmierci w lodowym składzie głęboko pod twierdzą. Okazało się to dla
niej całkiem dobre, ponieważ dzięki temu nic a nic się nie postarzała.
Była martwa, ale jakoś tak... nie na stałe. Sziwetja musiał coś tam
zrobić, może w ramach umowy z Konowałem. A może zrobił coś z głową Pani
i dlatego była znów tak pełna energii.
Nie pojmuję podejścia Pani do Pierdu Pierdu. Przebywając w Krainie
Nierozpoznanych Cieni, Pierdu Pierdu mogła jedynie się zestarzeć i ostatecznie umrzeć ponownie. Jednak Pani to Pani i nawet Kapitan czy
Konował nie potrafili skłonić jej do zrobienia tego, czego nie chciała.
Tak czy siak, ja i Szukrat znałyśmy Hsien tylko ze słyszenia, a to, co
słyszałyśmy, nie przyprawiało nas o tęsknotę za tym doświadczeniem.
Mówiono nam, że tam różne sprawy mogą się jawić jeszcze dziwaczniejsze
niż wszystko, co widzieliśmy w świecie, który właśnie opuściliśmy. Tam,
gdzie musieliśmy zostawić w ziemi tak wielu ludzi Kompanii, a wszystko
przez rzeczy, których nadal nie rozumiałam.
Kapitanem jest teraz Sjuwrin. Żal mi go czasami. Nigdy nie spotkałam
nikogo, kto byłby tak pewny, że nie nadaje się do roboty, do której go
wybrano: być panem dowódcą armii jedenastu tysięcy rozwydrzonych,
zgorzkniałych weteranów.
Zgłupiałam. To jedyna przyczyna, dla której tu jestem. Pozwoliłam, żeby
mój dupowaty kuzyn Gromowoł wmówił mi, że jeśli zgadamy się z pewnymi
obcymi, którzy napadali na nasz świat, zwany przez nich Khatovarem,
podczas polowania na jakiegoś starego wroga, moglibyśmy przejść z nimi
do innego świata, gdzie przejmiemy władzę i stworzymy sobie własne
imperium, nie musząc już znosić w milczeniu więcej pierdół staruchów
Voroszk.
Z początku było nas sześcioro, ale Ajdżi stchórzyła, zanim w ogóle
zaczęliśmy, a Daiskei został z nią, mimo że był tak samo napalony na ten
plan jak Gromowoł; okazał się jednak jeszcze bardziej napalony na Ajdżi.
Szukrat została już wtedy pojmana przez Tatkę i Panią. Nasza pozostała
czwórka także, zanim w ogóle tak naprawdę się połapaliśmy, jak wygląda
nasza sytuacja.
Patrząc dzisiaj wstecz, muszę przyznać, że Gromowoł to największy dupek,
zadufany arogant, idiota! spośród wszystkich Voroszk, jakich
kiedykolwiek poznałam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki