Wstęp
Późnego listopadowego poranka 1941 roku Stefan Zweig - jeden z najsławniejszych pisarzy na świecie, zamożny humanista, który uważał się za przyjaciela Sigmunda Freuda, Alberta Einsteina, Thomasa Manna, Hermana Hessego i Artura Toscaniniego, dobiegający sześćdziesiątki wiedeński kosmopolita, piszący fioletowym atramentem i rzadko podróżujący bez fraka - obudził się na wąskim, czarnym metalowym łóżku, obok podobnego łóżka swojej żony Lotte, wyjął ze szklanki sztuczną szczękę i założył pogniecione spodnie i koszulę. Z dołu dobiegał stukot kopyt zwierząt jucznych. W koronach drzew rozlegał się wrzask ptaków, w powietrzu roiło się od owadów.
Zapaliwszy pierwsze tego dnia cygaro, wyszedł na zewnątrz niewielkiego zatęchłego bungalowu i po obrośniętych kwiatami hortensji stromych schodach skierował się na drugą stronę ulicy, do Café Elegante. Tam w towarzystwie ciemnoskórych poganiaczy mułów wypił filiżankę wspaniałej kawy za pół pensa i rozmawiając z sympatycznym właścicielem, ćwiczył swój portugalski. Ale nie szło mu najlepiej, ciągle przeszkadzała znajomość hiszpańskiego. W końcu ponownie wspiął się po schodach prowadzących do ich domu i na kilka godzin zasiadł do pracy na zadaszonej werandzie, która pełniła rolę salonu; mógł stamtąd spoglądać na szmaragdowe korony palm porastających zbocza i rozciągającą się ponad nimi wspaniałą panoramę gór Serro do Mar. Lotte, która była od niego dwadzieścia siedem lat młodsza i wcześniej pełniła rolę jego sekretarki, siedziała obok i poprawiała maszynopis opowiadania o szachach - królewskiej grze - nad którym właśnie pracował. W głębi domu służąca starała się rozpalić drewnem w dymiącym piecu.
Po dość skromnym lunchu - to co zwykle: kurczak, ryż i fasola - Stefan i Lotte rozgrywali partię szachów ze zbioru zawierającego pojedynki arcymistrzów. Potem szli na długi spacer z dala od głównych ulic Petrópolis - miasta położonego wśród wzgórz ponad Rio, gdzie postanowili spędzić lato - starą ścieżką wiodącą w głąb malowniczej dżungli pełnej dzikich kwiatów i niewielkich strumieni. A po powrocie do bungalowu ponownie zasiadali do pracy. Korespondencja. Wypisy ze znalezionego w piwnicy zakurzonego egzemplarza Montaigne'a ("Wówczas, jak i dziś, świat rozdarty, pole bitwy, wojna sięgająca szczytów bestialstwa, w takich czasach wszystkie problemy życia, przed którymi staje człowiek, stapiają się w jeden: Jak zachować wolność?"). Na koniec sen. I tak dzień za dniem. Tydzień za tygodniem.
Dom przy Rua Gonçalves Dias 34 w Petrópolis, w czasach gdy mieszkał w nim Zweig
Tego dnia jednak w jego umyśle górę wzięło poczucie jaskrawej niedorzeczności sytuacji, w jakiej się znalazł. W liście do rodziny Lotte, nie kryjąc zdumienia, wybuchnął: "Nigdy bym w to nie uwierzył, że w sześćdziesiątym roku życia będę siedział w jakiejś małej brazylijskiej mieścinie, obiad będzie mi podawała bosonoga czarna dziewczyna, setki kilometrów od wszystkiego, co uprzednio składało się na moje życie, książek, koncertów, przyjaciół, rozmów". Cały swój majątek, który pozostawił w Austrii, udziały w rodzinnej fabryce tekstylnej w Czechosłowacji, podobnie jak wszystko to, co zdołał zabrać ze sobą do Anglii, gdzie osiadł, gdy w 1934 roku po raz pierwszy udał się na wygnanie, uważał za bezpowrotnie stracone. Niezwykła kolekcja rękopisów i partytur, jaką zgromadził w ciągu wielu lat swojej pasji kolekcjonerskiej, uległa rozproszeniu po świecie. W liście do mieszkającej w Londynie szwagierki pisał: "Jeszcze raz proszę, abyście korzystali ze wszystkich naszych ubrań, bielizny, pościeli, płaszczy i wszystkiego, cokolwiek tam mieliśmy. [...] W ten sposób wyświadczysz mi jedynie uprzejmość i mogę cię zapewnić, że będę czuł się z tą myślą znacznie lepiej. Mniej będę wtedy żałował tego wszystkiego, czego już nigdy nie zobaczę".
A jednak, wbrew temu, czego można by się spodziewać, mimo odcięcia od wszystkiego, co składało się na dotychczasową egzystencję, Stefan w tym samym liście wyznawał: "Czujemy się tu niezwykle szczęśliwi". Wokół rozciągał się wspaniały krajobraz. Ludzie byli nastawieni przyjaźnie. Życie tanie i pełne barw. Oboje z Lotte nabierali sił niezbędnych do stawienia czoła mrocznym czasom. "Niestety, potrzeba nam więcej sił" - pisał. Cieniem na ich szczęściu kładły się jedynie myśli o niesłychanych cierpieniach, w jakich pogrążyła się ich ojczyzna. Wiadomości na temat codziennego życia na terytoriach okupowanych przez nazistów były jeszcze bardziej przygnębiające niż doniesienia dotyczące działań wojennych. Stefan obawiał się, że w Europie miliony ludzi są skazane na głód, podczas gdy Brazylia cieszy się wciąż pokojem i pomyślnością. Poczucie oddzielenia od wstrząsających Europą konwulsji zrodziło nową falę nacjonalizmu wśród brazylijskich elit, snujących fantazje o znaczącej roli, jaką będą odgrywać w kształtowaniu powojennego świata. Nie zmieniało to jednak przyjaznego usposobienia Brazylijczyków. "Szkoda, że nie możemy wysłać wam trochę czekolady albo kawy i cukru, które są tutaj niedorzecznie tanie, ale na razie nie znaleźliśmy żadnego sposobu" - pisał.
Obraz Stefana Zweiga, który siedzi na zatopionym w bujnej zieleni tarasie niewielkiego domu w Petrópolis, skąd - jak pisał - Europa ze wszystkimi swoimi problemami wydawała się miejscowym czymś równie abstrakcyjnym, jak jeszcze niedawno zmagania toczące się w Chinach były obce podobnym mu Europejczykom, trzeba uznać za równie nieprawdopodobny, co bolesny. Jak to się stało, że jeden z najbardziej uwielbianych pisarzy na świecie, człowiek, który z dumą uważał się za łącznika między intelektualnymi i artystycznymi luminarzami Europy i chlubił się tym nawet bardziej niż swoją twórczością literacką, znalazł się w takim miejscu i przy Rua Gonçalves Dias 34 wiódł - jak sam opisywał - życie mnicha? Właśnie jednak dzięki oddaleniu brazylijskiego azylu, który w liście do wydawcy opisywał jako "całkowitą izolację", zyskał wolność niezbędną do tego, aby - jak pisał - dokończyć wspomnienia Świat wczorajszy i poddać "całkowitej rewizji" napisane wcześniej strony. Okolice Petrópolis - informował jednego z wygnańców - "wydają się przekładem z austriackiego na jakiś tropikalny język". Wraz z pogrążaniem się Wiednia w cieniu, w umyśle Zweiga coraz silniej jaśniało wyobrażenie o mieście jako artystycznej utopii. Pod tym względem przypominał swojego starego przyjaciela Josepha Rotha, o którym powiedziano: "Jego austriacki patriotyzm przybierał na sile, w miarę jak Austria coraz bardziej zaczynała się kurczyć, i osiągnął najwyższe natężenie, w chwili gdy jego ojczyzna przestała istnieć".
Podczas gdy pod oknami jego domu mozoliły się osły dźwigające ładunek bananów, a w kuchni obok służąca nuciła półgłosem, Zweig wracał myślami do najbardziej ekscytujących momentów swojego życia. Szczególnie godny uwiecznienia - jako świadectwo żarliwego oddania sprawom sztuki w środowisku, z którego się wywodził - wydawał mu się ostatni wieczór, który w 1888 roku wiedeńska śmietanka towarzyska spędziła w starym budynku Burgtheatru, zanim zburzono tę wspaniałą budowlę. Ledwo kurtyna opadła po przedstawieniu - pisał Zweig - wszyscy zgromadzeni na widowni, pełni smutku, wdarli się na scenę, "ażeby z desek, na których występowali ich ulubieni artyści, zabrać do domu przynajmniej drzazgę, niby relikwię"1. Przez wiele następnych dziesięcioleci w pełnych przepychu domach burżuazji przy Ringstrasse można było zobaczyć te drzazgi ze sceny Burgtheatru "przechowywane w cennych szkatułkach, tak jak w kościołach przechowuje się odłamki krzyża świętego"2. W tym "fanatycznym umiłowaniu sztuki" - pisał Zweig - uczestniczyły wszystkie warstwy wiedeńskiego społeczeństwa. W dodatku dzięki tej wszechogarniającej obsesji sami artyści mogli wznosić się na wyżyny twórczych osiągnięć, ponieważ artysta czuje się najlepiej i jest najbardziej twórczy tam, gdzie go najbardziej cenią, a nawet przeceniają. "Sztuka osiąga szczyty tam, gdzie staje się sprawą życiową całego narodu"3 - pisał. A kiedy spoglądał znad zapisanej kartki w stronę złotych palm i ciemnej zieleni, jego wzrok omiatał malownicze wzgórza tonące w bujnej roślinności, a nad nim rozciągało się ogromne, bezchmurne niebo. Zastanawiał się, gdzie się podziało wszystko to, co stanowiło esencję jego życia. Zweig był w rzeczy samej uosobieniem człowieka światowego. Wydawało mu się, że w życiu słyszał już wszystko. Ale nigdy nie słyszał takiej ciszy jak ta, która wypełniała jego nowy dom.
Życie niektórych osób wzbudza nasze zainteresowanie, ponieważ ich geniusz - twórczy lub destrukcyjny - rodzi nadzieję, że uda nam się rozwikłać zagadkę. Obok nich są jednak także postaci skupiające naszą uwagę niczym potężne soczewki, dzięki którym możemy lepiej dojrzeć istotę dziejowych przełomów.
Stefan Zweig - zamożny obywatel Austrii, nieustannie wędrujący Żyd, zdumiewająco płodny autor, niezmożony propagator europejskiego humanizmu, niestrudzony komiwojażer idei, wspaniały gospodarz, histeryk w życiu rodzinnym, szlachetny pacyfista, tani populista, człowiek nieśmiało oddający się przyjemnościom zmysłowym, wielbiciel psów, wróg kotów, bibliofil, amator butów ze skóry aligatora, dandys ze skłonnością do depresji, wielbiciel kawiarni, pisarz wrażliwy na cierpienia samotnych serc, przygodny kobieciarz zerkający pożądliwie w stronę mężczyzn, prawdopodobnie czasem ulegający pokusom ekshibicjonizmu, namiętny opowiadacz przymilający się wobec możnych tego świata, walczący o prawa bezbronnych, tchórzliwy wobec spustoszeń, jakie przynosi starość, niezachwiany stoik w obliczu zagadki śmierci - należy do kategorii postaci, które są ucieleśnieniem najbardziej zachwycających i najbardziej odstręczających cech ludzi ze swojego środowiska.
Nowe wydania książek Stefana Zweiga są do dziś dostępne we wszystkich krajach Europy. We Francji jego regularnie wznawiane powieści niemal zawsze błyskawicznie wspinają się na szczyty list bestsellerów. Dzieła Zweiga wypełniają witryny księgarń i sklepików na lotniskach. Autor ten jest popularny we Włoszech i w Hiszpanii, ma wielu miłośników w Niemczech i w Austrii. Ale w świecie anglojęzycznym, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, jeszcze kilka lat temu Zweig był postacią praktycznie nieznaną. Kiedy dorastałem i studiowałem literaturę, nigdy nie natknąłem się choćby na jedną książkę Zweiga. Gdy pytałem o niego przyjaciół, nikt nie słyszał jego nazwiska. A kiedy zorientowałem się, jak chętnie czytywano go także w Ameryce Północnej jeszcze na początku lat czterdziestych XX wieku, zdumiała mnie i zaintrygowała głębia tego zapomnienia. Co się stało, że Stefan Zweig zupełnie zniknął z pola widzenia?
Jego biografia stanowi cenne źródło wiedzy o życiu kulturalnym przedwojennej Europy, lecz równie intrygujące wydaje się to, co wygnańcze losy Zweiga mogą powiedzieć o przemianach, jakim podlegała ta kultura, poszukując swojego wyrazu w idiomie Nowego Świata. To życie staje się okazją do spojrzenia na nieprzemijające pytania o odpowiedzialność artysty w czasach kryzysu, o powinności wobec innych, których dotyka podobny los, w zestawieniu z obowiązkami wobec własnej muzy, o rolę polityki w sztuce oraz sztuki w wychowaniu. Opowieść o losach Zweiga staje się także okazją do postawienia pytań o to, w jaki sposób tworzy się nasze poczucie przynależności - o odpowiedzialność wobec rodziny i przynależność etniczną w obliczu ideałów kosmopolityzmu. W swoich książkach Zweig analizował losy wielu postaci, a na tarasie własnego domu w Salzburgu stworzył bezpieczną przystań dla dziesiątek europejskich humanistów i artystów, którzy mogli zasiadać w cieniu drzew i rozmawiać, on zaś stawał się katalizatorem i przekaźnikiem różnorodnych idei decydujących o kształcie jego epoki. Swoją autobiografię opatrzył mottem: "Śmiało stawmy czoło niebezpieczeństwu, które nam zagraża". Te słowa z Szekspirowskiego Cymbelina w świetle opowieści o życiu samego Zweiga, który czasem nadążał za tempem przemian, a czasem pozostawał w tyle, można interpretować na różne sposoby.
Stefan Zweig w Salzburgu, lato 1931
On sam widział rozstanie ze światem chwały i pogrążanie się w mroku jako symptom szerszego zjawiska. W przedmowie do Świata wczorajszego pisał: "Żadna inna generacja [...] nie doświadczyła tak wielkiego upadku moralnego, z tak wielkich wyżyn jak nasza"4. Ale to, że nie był osamotniony, nie łagodziło dotkliwości upadku. Zweiga nigdy nie przestawało zdumiewać, że po tym, jak został strącony z Olimpu europejskiej sławy artystycznej, przypadł mu los nieszczęsnego uchodźcy, wiodącego przez kilka lat życie nomady. "Jestem bowiem, jak mało kto w tych czasach, oderwany od wszelkich korzeni, a nawet od ziemi, która korzenie te żywi"5 - pisał w tej samej przedmowie, jakby miał złudne poczucie całkowitej utraty wielkości.
Słowo wstępne do wspomnień napisał w Ossining w stanie Nowy Jork, gdzie latem 1941 roku, wkrótce przed wyjazdem ze Stanów Zjednoczonych do Brazylii, nakreślił pierwszy szkic autobiografii. Jeśli w domu w Petrópolis czuł się jak człowiek żyjący w głuszy, na końcu świata, to w swojej amerykańskiej siedzibie nad rzeką Hudson, w miasteczku położonym niecałe dwa kilometry od więzienia Sing Sing, doskwierało mu przede wszystkim opuszczenie i poniżenie. "W Ossining zupełnie nie ma co robić ani co oglądać" - pisała Lotte do rodziny mieszkającej w Anglii. Więzienie Sing Sing było jedynym powodem do sławy miasteczka, przy czym, jak zauważała, "wszyscy starają się raczej o tym zapomnieć". Przyjaciel Stefana, Jules Romains, przewodniczący europejskiego PEN Clubu, wątpił w dokonany przez Zweiga wybór tego banlieue sinistre na tymczasową siedzibę i martwił się, że to miejsce może wtrącić pisarza w jeszcze większe przygnębienie.
W pewne lipcowe popołudnie Suse Winternitz, pasierbica Zweiga z jego pierwszego małżeństwa, zrobiła Stefanowi, siedzącemu w ratanowym krześle na trawniku domu przy Ramapo Road 7, serię fotografii. Zweig, jak zawsze, jest nienagannie ubrany: miękkie letnie spodnie, biała koszula oraz muszka w drobne groszki. Chociaż skończył już pięćdziesiąt dziewięć lat, starannie przycięte wąsy i zaczesane do tyłu włosy odsłaniające wysokie czoło nie są siwe, pasują do ciemnej barwy oczu. Jedynie drobne zmarszczki przy kącikach ust zdradzają jego wiek. Zweig siedzi lekko pochylony do przodu, z prawą nogą założoną na lewą, być może jest zwrócony w stronę jakiegoś rozmówcy. Na jednym ze zrobionych wówczas zdjęć ożywiające jego postać napięcie wskazuje, że właśnie usłyszał coś, co przykuło jego uwagę. Na innym nie ma już śladu poprzedniego ożywienia i Zweig wygląda na najsmutniejszego człowieka na świecie. Na obu zdjęciach w jego spojrzeniu widać pewne zdumienie. Obserwatorzy często podkreślali, że pisarz miał niezwykle towarzyskie usposobienie, był niczym radosny ptak. Kiedy się patrzy na te fotografie, można odnieść wrażenie, że ptak ten właśnie przed chwilą uderzył w szybę, którą wziął za błękitne niebo.
"Moje "dziś" jest tak odmienne od mojego "wczoraj", moje wzloty od moich upadków, iż chwilami wydaje mi się, że przeżyłem nie jedno życie, lecz kilka, a każde jest inne"6 - pisał w autobiografii. Musiał uciekać "jak przestępca"7 z liczącej dwa tysiące lat "metropolii internacjonalnej", w której się wychował, należąc do grona ludzi uprzywilejowanych, mogących korzystać z całego kulturalnego bogactwa Wiednia, i uczestnicząc w bogatym kawiarnianym życiu stolicy. Intensywność, z jaką Zweig o d c z u w a ł dramat pobytu na amerykańskim wygnaniu, była widoczna dla każdego, kto go spotkał. Klaus Mann, który w pewien słoneczny czerwcowy dzień 1941 roku przypadkowo zobaczył go na Fifth Avenue, miał wrażenie, że człowiek, którego od dawna podziwiał jako "niestrudzonego promotora młodych talentów", wyglądał osobliwie: był niechlujny i jakby pogrążony w transie. Zweig był tak mocno zatopiony w swoich mrocznych myślach, że nie zauważył nadchodzącego Manna. Dopiero kiedy ten się do niego odezwał, Zweig wzdrygnął się niczym somnambulik na dźwięk swojego imienia i w jednej chwili przybrał dobrze znaną pozę uprzejmego kosmopolity. Mimo to Mann nie potrafił pozbyć się wrażenia, jakie pozostawiło w nim to pierwsze, dzikie spojrzenie Zweiga - spojrzenie, które dramaturg Carl Zuckmayer, inny uchodźca, dostrzegł kilka tygodni później, gdy przy kolacji usłyszał pytanie, jaki sens ma takie życie, jako cieni. "Jesteśmy tylko duchami - albo wspomnieniem" - zakończył wtedy rozmowę Zweig.
Przede wszystkim Zweig rozumiał, że emigracja nie jest niczym niezmiennym, ale procesem. "Dopiero zaczynasz życie wygnańca - pisał do André Maurois w roku 1940. - Zobaczysz, jak krok po kroku świat zamyka się przed uchodźcą". Wówczas Zweig obijał się już po całej Europie na tyle długo, że w rozmowie z innym z przyjaciół tak podsumował swój status: "Wcześniej pisarz, obecnie ekspert od wiz". Konsularne wpisy, z datami i pieczątkami, podpisami i odręcznie naskrobanymi cyframi, ze ściśle określonymi warunkami wjazdu i ograniczeniami ważności, jakie powoli zapełniały brytyjski paszport Zweiga, od marca 1940 roku aż do końca pobytu w Ossining w ostatnich dniach sierpnia 1941, zajmują dziewiętnaście stron, stanowiąc malowniczą inskrypcję, tak zawiłą i gęstą, że jego dokumenty podróżne przypominają jakiś talizman inkrustowany formułami zaklęć rodem z Księgi tysiąca i jednej nocy.
Co sprawia, że człowiek staje się dobrym uchodźcą? Czy istnieje jakieś równanie arytmetyczne, które po uwzględnieniu czynnika wrodzonej odwagi, otwartości umysłu i zewnętrznych sieci poparcia pozwoli określić szanse emigranta na przetrwanie? Dlaczego Thomas Mann, Carl Zuckmayer i przyjaciel Zweiga, dyrygent Bruno Walter, odnieśli sukces na emigracji w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy Zweig, Bertolt Brecht czy dramaturg Ernst Toller wzdragali się na myśl o niemal wszystkim, czego doświadczyli w Nowym Świecie? Goebbels wyśmiewał się z całej grupy autorów, którzy udali się na emigrację, nazywając ich "trupami na przepustce". To szyderstwo odwołuje się oczywiście do największego lęku każdego uchodźcy, od którego Zweig także nie był wolny: przekonania, że oderwanie od własnych korzeni prowadzi do śmierci w następstwie przecięcia życiodajnych więzi. Takich obaw nie łagodziła liczebność europejskiej społeczności, która starała się odtworzyć jakieś więzi w Nowym Świecie.
Wojenna emigracja artystów i intelektualistów miała tak ogromne rozmiary, że historycy, szukając porównań, odwoływali się do ucieczki uczonych greckich po upadku Bizancjum. Życie Zweiga na terenie obu Ameryk pozwala zajrzeć do wnętrza licznych hoteli w Nowym Świecie, w których w latach czterdziestych, rozczłonkowany i rozbity, trwał w stanie zawieszenia intelekt Europy: wiele pokojów, setki stacji przesiadkowych w czasie beznadziejnej ucieczki znikąd donikąd. Tych hotelowych holi i kawiarni, w których gromadzili się uchodźcy w luźnych spodniach i szerokich płaszczach, szepcząc między sobą i nawet nie starając się udawać, że próbują przekładać swoje słowa na język miejscowych - zobaczyć ławki w położonych nieco na uboczu dzielnicach, w których się zatrzymywali, by popatrzeć na dziedzictwo wcześniejszych uciekinierów, jakiś sklep, nazwisko albo architektoniczny detal, przywołujące wspomnienia domu - zanim wracali do przepełnionych urzędów zajmujących się sprawami ludzi zawieszonych w czasie, gdzie zabiegali o dokumenty i pracę albo o dokumenty upoważniające do pracy.
Tajemnicę powodzenia na emigracji Bruno Walter przypisywał pamięci o różnicy między "tu" a "tam". Zweig, wzór nieudanego emigranta, oferuje idealny przepis na toksyczną emigrację: coś, co można by nazwać syndromem żony Lota. Doskonale zdając sobie sprawę z różnicy między dawnym życiem a obecnym otoczeniem, nie mógł się powstrzymać od nieustannego spoglądania za siebie. Pisząc swoje wspomnienia w domu przy Ramapo Road 7 ("Z otchłani grozy, w której błąkamy się dziś po omacku, na wpół oślepieni, z duszą złamaną lub wypaczoną") - Zweig mówił o wznoszeniu oczu w stronę "starych konstelacji"8 utraconego kontynentu.
W naszej epoce nieustannego przemieszczania się i wywracania do góry nogami wartości kultury doświadczenie Zweiga spoglądającego na świat, który krok po kroku odwraca się od niego - utrata domu, języka, kulturowych punktów odniesienia, przyjaciół, książek, poczucia powołania i wreszcie nadziei - wydaje się nie tylko poruszające, ale także złowieszcze. Przywodzi na myśl słowa Heinricha Manna, brata Thomasa: "Pokonani jako pierwsi dowiadują się, co historia ma dla nich w zanadrzu".
Pewnego czerwcowego dnia wybrałem się w górę rzeki Hudson, żeby zobaczyć dom, w którym Zweig mieszkał w decydującym dla niego okresie emigracji w Ameryce, gdy zdarzało mu się pisać ponad siedemdziesiąt stron autobiografii tygodniowo. Chciałem przekonać się, co pozostało, czy w jakiś sposób zaznaczono jego obecność, na co mógł patrzeć przez okna. Chciałem wyobrazić sobie, jakie uczucia towarzyszyły mu podczas podróży pociągiem na północ, z monumentalnego gmachu dawnego dworca Pensylwania, w czasach gdy w morzu ciemnych kapeluszy biznesmenów coraz częściej pojawiały się klinowate czapeczki w kolorze khaki i okrągłe denka nakryć głowy marynarzy, gdy kraj szykował się do wojny.
Jak często Zweig podróżował tą trasą, nagle pozostawiając za sobą srebrzystoszare błyski miejskich wieżowców ustępujących pokrytym zielenią wzgórzom i kamiennym nabrzeżom rzeki powyżej Manhattanu? Takie doznania są raczej niemożliwe w Wiedniu, gdzie za sprawą ogrodów natura wkracza do centrum miasta, a Las Wiedeński z jego historycznymi winnicami z trzech stron nadaje krajobrazowi romantyczny charakter. Jakie wrażenie musiało wywierać na Zweigu to, że po drodze mijał mury więzienia Sing Sing z wieżami strażniczymi uzbrojonymi w potężne reflektory, zważywszy, że obsesyjnie wracał do myśli o nadrzędnej wartości wolności jednostki?
Mijając surowe kościoły i szpecące krajobraz skupiska sklepów, długo wspinałem się od stacji po wzniesieniu, aż po przecięciu baseballowego boiska dotarłem do samej Ramapo Road, zakończonej skrzyżowaniem na niewielkim osiedlu wzniesionym krótko przed przybyciem Zweiga, choć dom, w którym mieszkał i pisał Świat wczorajszy, jest starszy niż sąsiednie. Został w jakimś momencie wyrwany z korzeniami i wciągnięty na łańcuchach wyżej z miejsca, gdzie pierwotnie go postawiono, gdzieś poniżej, w jakimś sadzie albo za sklepem rzeźnika. Kiedy dotarłem na miejsce, okazało się, że działkę na zboczu, na której stoi obecnie, porastają zasadzone niedawno niskie krzewy japońskiego klonu szkarłatnego. Tylko jeden stary gruby dąb rosnący między frontowymi drzwiami a podjazdem wyglądał, jak gdyby rósł tu jeszcze owego lata 1941 roku. Miał splątane korzenie, które pełzały po nierównym gruncie niczym gniazdo węży.
Na białych drewnianych kolumnach podtrzymujących niewielki łuk nad głównym wejściem łuszczyła się farba, nie dostrzegłem jednak żadnej ścieżki wiodącej do frontowych drzwi, które zabito deskami. Obszedłem dom dokoła i zajrzałem przez zakurzone szyby, starając się dostrzec w głębi mrocznego pokoju coś więcej niż przywiędłą zielistkę stojącą na parapecie i wyblakłe tęczowe barwy plastikowych bratków w białych koszyczkach umieszczonych pod zielono-żółtą imitacją lampy Tiffany'ego. Obok bocznych drzwi wisiała złota tabliczka z napisem "Strzeż się mieszkańców". Kalkomania przyklejona do zewnętrznych drzwi obwieszczała kwiecistym, gotyckim alfabetem: "Od tego miejsca... Smoki".
Zastukałem do drzwi i długo czekałem, a gdy miałem już odejść, nagle rozległ się odgłos otwierania wewnętrznych drzwi, po czym ukazała się w nich mocno zbudowana kobieta o niewielkiej okrągłej, bladej twarzy. Miała ogromne plastikowe okulary, rzadkie kręcone kasztanowe włosy, całkiem białe przy skórze, i obwisły T-shirt, ozdobiony jednym słowem w czerwieni: "DIABŁY".
Spojrzała na mnie nieufnie, nie zamierzając otwierać przezroczystych drzwi zewnętrznych. Powiedziałem, jak się nazywam i spytałem, czy wie, że w jej domu mieszkał kiedyś sławny pisarz europejski Stefan Zweig. Nagle przerwała moją orację:
"A tak, wiem! Dziesięć lat temu przyszła tu jakaś kobieta, która pisała książkę, i powiedziała wtedy to samo. Chciała, żebym wpuściła ją do środka. Powiedziałam jej: "Nie wiem, gdzie ten człowiek siedział, kiedy pisał swoje książki". Nie wiem, czy siedział na górze, czy na dole, czy na ganku, czy w piwnicy. Kto to może wiedzieć? Nie wiem, przez które okno wyglądał, kiedy odrywał wzrok od papieru. Nie mam pojęcia, co mógł widzieć z miejsca, w którym pracował. Nie wiem, co jadł. Nie wiem, w co się ubierał. Ale gdziekolwiek siedział, nie ma tu jego fotela. Nie ma jego biurka. Nie mam żadnego z jego piór. Nie mam jego maszyny do pisania. Nawet trawnik przed domem nie jest ten sam, ale z powodu jakichś fałszywych roszczeń do własności musiałam zapłacić za ścięcie drzew, choć nie należały do mnie. Napisałam do burmistrza list i powiedziałam: "Jak chcecie, możecie próbować zrzucić na mnie odpowiedzialność, ale ja mam kopie oryginalnych aktów własności i udowodnię..."".
Mówiła jeszcze przez pewien czas. Wciąż przytakiwałem, ale moje spojrzenie powędrowało w stronę rzędu wysokich starych drzew za ogrodzeniem z tyłu, które być może rzucały cień na trawę, gdy robiono zdjęcie Zweigowi siedzącemu na ratanowym krześle.
Tuż przed wyjazdem z Anglii Zweig w poruszającym eseju zastanawia się, że spokój demonstrowany przez Anglików w obliczu wojny światowej ma raczej coś wspólnego z ich narodową namiętnością do uprawiania ogrodów niż z wyrafinowanymi manierami czy brytyjskim systemem edukacyjnym. Jak pisze, "to stałe poczucie jedności z naturą", głębiej niż wszystko inne, "niepostrzeżenie przekazuje pewną dawkę ładu każdej jednostce obcującej sam na sam ze swoim ogrodem". Biedny Zweig zastanawiał się nad zagadką angielskiej zimnej krwi, podczas gdy jego własny gorączkowy duch niknął w oczach.
Nagle moja gospodyni porzuciła swoje troski związane z materią prawną, by powiedzieć, że po wizycie ostatniej, niefortunnej poszukiwaczki śladów Zweiga, postanowiła wybrać się do miejscowej biblioteki i dowiedzieć się czegoś o pisarzu budzącym ciekawość kobiety, która zakłóciła spokój jej ustronia.
Aha, pomyślałem, a więc za szybko uznałem to spotkanie za kolejny dowód, że Zweig zniknął bez śladu ze świadomości Amerykanów.
"I co pani znalazła?" - spytałem.
"No cóż, kiedy pan Stefan Zweig mieszkał w Europie, jak pan myśli, kto mieszkał zaledwie ulicę od niego, co?"
Pokręciłem głową.
"Pewien malarz pokojowy nazwiskiem Adolf Hitler. Rany, wiele bym dała, żeby pan Zweig strącił go z drabiny!"
Mój ojciec uciekł z zajętego przez Hitlera Wiednia w 1938 roku, gdy mój dziadek, szanowany lekarz, otrzymał wiadomość od jednego ze swoich dawnych pacjentów, wówczas wysoko postawionego w hierarchii nazistowskiej, że on i jego rodzina znajdują się na liście gestapo i następnego ranka mają zostać aresztowani. Rodzina zaczęła się ukrywać u przyjaciół nie-Żydów i kilka dni później zdołała wydostać się z kraju pociągiem jadącym do Szwajcarii. Mój ojciec - najbardziej zapalony miłośnik gadżetów, jakiego kiedykolwiek spotkałem - do dziś nie potrafi powstrzymać chichotu, któremu towarzyszy spojrzenie pełne lekkiego zdumienia, na myśl o tym, że jedynie nieistnienie komputerów uratowało jego rodzinę od aresztowania na granicy. Gdyby ich imiona i nazwiska dodano do listy, jaką dysponowali naziści odzierający pasażerów z pieniędzy i kosztowności, nigdy nie zdołaliby wymknąć się z Austrii.
Moja rodzina najpierw dotarła do Zurychu, po czym ojciec i jego brat zostali umieszczeni w katolickim sierocińcu u podnóża Alp, ponieważ dziadkowie nie mieli wystarczających środków, by utrzymać rodzinę. Wspomnienia mojego ojca z tego okresu skupiają się wokół nocnych eskapad, kiedy nagle wyrywano go ze snu, żeby zdradliwie stromą ścieżką poszedł do najbliższej wioski i przyniósł stamtąd alkohol dla mocno popijającej zakonnicy kierującej sierocińcem. Po jednym z takich nieprzyjemnych incydentów ojciec razem z bratem zdołali jakoś uciec, po czym odnaleźli w mieście moich dziadków. Właśnie kończyły im się szwajcarskie wizy, a miejscowe władze zamierzały od razu odesłać całą rodzinę z powrotem na granicę z Austrią. Na szczęście dziadek zdołał nawiązać kontakt z pewnym Amerykaninem, którego kilka lat wcześniej wyleczył, gdy ów zachorował podczas wycieczki do Austrii. Amerykanin nie zapomniał o moim dziadku i zgodził się wystawić bezcenne zaświadczenie, które potwierdzało, że rodzina jest wystarczająco zamożna, co stanowiło niezbędny warunek uzyskania wiz wjazdowych do USA. Gdyby nie wspaniałomyślna interwencja nieznanego Teksańczyka, moja rodzina trafiłaby do obozu. Na tym jednak nie koniec nieszczęść. Ktoś ukradł im pieniądze; zaginęły bilety i dokumenty tożsamości. Ale udało im się w jakiś sposób dotrzeć z Zurychu do Genui, a tam, dzięki machinacjom przyjaciół włoskiej gałęzi rodziny, która przechowała dla nich pieniądze, mogli wykupić bilety na rejs do Nowego Jorku na pokładzie parowca Rex.
Podobnie jak opowieści wielu innych uchodźców z czasów tej wojny - prawdę mówiąc, z czasów każdego wielkiego konfliktu - to historia, w której roi się od momentów opisywanych za pomocą sformułowań "gdyby nie to, że", "niemal" oraz "w ostatniej chwili". Ponieważ dzięki temu zakończenie jest zgrabniejsze, te wspomnienia nazbyt często kończą się z chwilą przybycia imigrantów do kraju, który udzielił im schronienia, w domyśle - do Ziemi Obiecanej. W przypadku mojej rodziny opowieść kończyła się mniej więcej w ten sposób: "I tak, mimo tych wszystkich nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, zdołali - Bogu niech będą dzięki! - dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. I chociaż czasy były ciężkie - z początku mieszkali w ponurej kamienicy w Nowym Jorku - ostatecznie udało im się osiedlić w Bostonie, gdzie dziadek zdołał wrócić do praktyki lekarskiej i wysłać obu synów najpierw do Szkoły Łacińskiej w Bostonie, a potem na Harvard. Koniec".
Upłynęło sporo czasu, zanim zrozumiałem, jak wiele moja rodzina bezpowrotnie utraciła w trakcie swojej dramatycznej ucieczki. Zaledwie jedna trzecia europejskich Żydów przetrwała czasy Hitlera, ale jedynie niewielka cząstka z tych, którym udało się uciec, zdołała zachować w nienaruszonym stanie dawną tożsamość i poczucie człowieczeństwa. Życie Zweiga jako uchodźcy intryguje mnie po części dlatego, że na jego przykładzie można zaobserwować, niczym w tableau vivant, archetypowe stadia doświadczeń uchodźcy, jakie stają się udziałem większości osób zmuszonych do szukania za granicą ratunku przed morderczymi dążeniami własnego państwa. Jego historia jest szczególnie pouczająca ze względu na kryjąca się w niej opowieść o problemach, które nie znikają z chwilą, gdy uchodźca odzyskuje wolność.
To prawda, że po kilku latach życia na zasiłku mój niemłody już dziadek zdołał na tyle opanować język angielski, żeby zdać egzaminy potwierdzające jego medyczne umiejętności i podjąć w Stanach Zjednoczonych praktykę lekarską. Niemniej nie miał nigdy zbyt wielu pacjentów i z trudem wystarczało jemu oraz babci na życie. O wiele smutniejsze niż utrata pozycji materialnej, choć po części wynikające z towarzyszących temu trudności, było jednak to, co stało się z ich związkiem.
Moja babcia miała kuzynkę, znaną nam jako ciotka Alice, która zdołała uciec z Wiednia i została psychiatrą na Manhattanie. Odnosiła sukcesy zawodowe, ale jednocześnie budziła pewne przerażenie. Podczas gdy u innych uwagę zwracały dobre maniery, ciotka Alice starała się zainteresować świat opowieściami. Zaklinała się na przykład, że przez kilka lat pracowała dla jednego z potomków Mussoliniego, pomagając mu w opracowywaniu planu przesiedlenia europejskich Żydów bodajże do Ugandy. Twierdziła też, że bywała na Kubie w latach rewolucji i zaprzyjaźniła się z Hemingwayem, który bardzo chciał się z nią przespać (choć nie zdradziła, czy udało mu się spełnić swoje pragnienia). Odwiózł ją ponoć na lotnisko w chwili upadku reżimu Battisty i wepchnął do ostatniego samolotu, który odleciał z wyspy. Z największą dumą opowiadała jednak, jak zdołała - posiłkując się wyłącznie siłą woli - skłonić strażników obozu w Buchenwaldzie do wypuszczenia na wolność jej męża. Wkrótce zresztą rozwiodła się z nim - a wiele lat później ponownie poślubiła. Widziałem go raz, nieco zaniedbaną postać o ciężkim podbródku, która kuliła się w holu Beaumont Theater, dokąd ciotka zabrała mnie na popołudniowe przedstawienie Kupca weneckiego. Minęła go bez słowa, po czym - we wspaniale enigmatycznym geście - wyciągnęła rękę do tyłu, aby go uścisnąć, w chwili gdy zostawiliśmy go już za sobą. Dopiero wiele lat później, z niebezpiecznym błyskiem w oku, zdradziła mi tożsamość człowieka, którego wtedy upokorzyła w ten sposób; w tym momencie byli już po ponownym rozwodzie.
Ciotka Alice dobrze znała moich dziadków z czasów wiedeńskich i często bywała w ich dużym mieszkaniu niedaleko ogrodów Belvedere. Jeździła z nimi ich ciemnym oplem olimpia na różne wydarzenia kulturalne. Przychodziła na obiady i odwiedzała ich w alpejskiej chatce, którą wynajmowali na letnie wakacje. Ilekroć wspominała o moim ojcu, na jej ustach pojawiał się przelotny, czuły, nieco protekcjonalny uśmiech. "Biedny Martin - mówiła wtedy. - Był taki z a n i e d b a n y jako dziecko". Po czym wzdychała głęboko. "Ludzie myślą, że kiedy rodzice się kłócą, ma to straszny wpływ na dzieci. Ale - możesz mi wierzyć - to nic w porównaniu z tym, jak bardzo dziecko jest zdeprymowane, kiedy rodzice żyją ze sobą zbyt dobrze. Twoi dziadkowie kochali się tak bardzo, że w dzieciństwie Martin był praktycznie dzieckiem p o r z u c o n y m".
Z pewnością mój ojciec mógł ocenić wartość obu stron związku swoich rodziców, albowiem w Ameryce ta ponad dwudziestoletnia, niezwykle ścisła więź między moim dziadkiem i moją babcią się rozpadła. Zaczęli się strasznie kłócić. Dopiero wiele lat później uświadomiłem sobie, jakim obciążeniem dla mojego ojca były te awantury. Miałem kilkanaście lat, gdy ojciec, wpatrując się posępnie w ekran telewizora, w którym nadawano jakiś głupi program, powiedział nagle: "Wiesz, ludzie zawsze narzekają: "To takie straszne, że rodziny ciągle teraz gapią się przy stole w telewizor i w ogóle ze sobą nie rozmawiają". Ale powiem ci jedno: to wcale nie była taka rozkosz siedzieć przy moim rodzinnym stole i rozmawiać. Boże, moi rodzice potwornie się kłócili! - Uniósł rękę do czoła. - Dałbym wszystko, żebyśmy wtedy mieli telewizor!".
Powody tych awantur były rozmaite i niezbyt zaskakujące. Ciągle brakowało pieniędzy. W pewnym momencie w grę wchodził przypuszczalnie jakiś romans. Ale prawdziwym przedmiotem tych konfliktów małżeńskich było nagłe radykalne załamanie się równowagi w ich relacjach towarzyskich i społecznych, jakie przyniosło życie w nowym kraju. Zastanawiając się nad losem uchodźców, zwykle myślimy o zmianie ich stosunków ze światem zewnętrznym, o tym, że codzienne czynności stają się w jednej chwili trudne i obce, najeżone problemami. Równie istotne następstwa może mieć jednak zerwanie więzi rodzinnych ukształtowanych w kraju ojczystym. Czasami - jak w przypadku moich dziadków - następuje zamiana ról. W Wiedniu moja babka, osoba obdarzona talentem muzycznym, z upodobaniem oddająca się urokom życia towarzyskiego, cieszyła się większą popularnością niż dziadek, praktykujący lekarz. W Ameryce, z ukochanej żony lekarza, otoczonej rozległym kręgiem inteligentnych przyjaciół, nienarzekającej nigdy na brak zaproszeń, nagle stała się niespełna czterdziestoletnią kobietą samotnie spędzającą czas w domu z dwójką małych dzieci: miała prawo poczuć się podwójnie wygnana. W tym czasie dziadek, choć był dziesięć lat od niej starszy, pod wpływem konieczności związanych z pracą zawodową musiał szybko nauczyć się angielskiego i znaleźć sobie miejsce w świecie zewnętrznym, w którym zdołał do pewnego stopnia odtworzyć swoje życie towarzyskie i społeczne. (Często taka zmiana w relacjach rodzinnych biegła w przeciwnym kierunku; klasyczna austriacko-niemiecka Hausfrau była w ojczyźnie przeciążona pracami domowymi. "Dopiero tutaj wiele kobiet z Europy dostrzega możliwość innego życia i dlatego tak wiele z nich wpada w typowy "zachwyt USA"" - zauważył jeden z emigrantów).
Czasami zamiast odwrócenia wcześniejszych relacji następowało pogłębienie istniejących zależności, co mogło tak samo dezorientować. Tak właśnie, jak sądzę, wyglądał przypadek Stefana i Lotte. Znalazłszy się na uboczu, w maleńkim górskim miasteczku w głębi rozległej, nieznanej Brazylii, mogli czuć, że świat poza ich małżeństwem staje się coraz bardziej niedostępny. W listach do mieszkających w Anglii brata Manfreda i bratowej Hanny Lotte nieustannie powraca do motywu poczucia bezradności, które ogarnia ją na myśl, że nie potrafi w żaden sposób uchronić Zweiga przed ogarniającą go depresją. Tuż przed wyjazdem z Nowego Jorku do Brazylii w liście do przyjaciółki, w słowach stanowiących mroczne echo biblijnej postaci Ruth, Lotte pisała, że nie potrafi już uczynić dla Stefana nic więcej ponad zmuszenie go, by ciągnął ją ze sobą wszędzie, gdziekolwiek postanowi się wybrać.
Kiedy widzimy, że ktoś tak wiele zostawia za sobą, łatwo przyjąć, że doświadczenie wygnania polega jedynie na utracie poprzedniej tożsamości. A jednak opowieści wygnańców to nie tylko historie utraty, ponieważ w swoim nowym świecie emigranci nadal roztaczają wokół siebie aurę minionego życia niczym pył opadający z trzepoczących owadzich skrzydeł - w tym przypadku były to splendor, toksyny i mroczny, połyskliwy blask wiedeńskiego życia w czasach przed Anschlussem. Jedno ze zdjęć mojej babki z lat dwudziestych stanowi dobry kontrapunkt dla tego, które pokazuje przygnębienie Zweiga w Ossining w roku 1941. Moja babka weszła w dorosłość w chwili, gdy Zweig był u szczytu sławy, Austria zaś przeżywała ostatnie momenty bujnego rozkwitu kultury. Na fotografii babka stoi w ciemnej nowoczesnej sukience z wielką owalną złotą broszą w talii, na głowie ma kapelusz w kształcie hełmu, założony pod zawadiacko prowokacyjnym kątem. Ręce trzyma na biodrach, z palcami skierowanymi ku dołowi; lewą nogę założyła na prawą, zadzierając piętę do góry w geście zdradzającym młodzieńczą buńczuczność. Na białej bluzce widać sznur pereł. Uśmiecha się szeroko do świata, z radosną pewnością siebie. I kiedy patrzę na ten jej nieustraszony promienny uśmiech, przypominam sobie, jak podczas jej wizyt w naszym podmiejskim domu w północnej Wirginii, gdzie dorastałem, wszystko wokół niej wydawało się nieproporcjonalne - ogromny ciepły całus, jakim obdarzała mnie i moje rodzeństwo na powitanie, swoboda, z jaką głośno się śmiała, muzyka symfoniczna rozbrzmiewająca w jej pokoju, ogromne bursztynowe oczy, usta i obfite kształty, gdy kołysała się na wodzie w naszym jasnobłękitnym basenie, szczodrość, z jaką obdzielała nas słodyczami, i lekceważąca wzgarda, którą obdarzała wszystkich uważanych za gorszych od siebie. Wydawała się w Fairfax kimś w rodzaju żydowskiego Guliwera, a ja nauczyłem się od niej spoglądać na świat śmiało i z ciekawością. Emanująca z niej namiętność w odnoszeniu się do spraw kultury, tak charakterystyczna dla wielu osób z jej dawnego otoczenia, ożywiała moją własną wyobraźnię.
Max Brod odczuwał zapewne podobną ekscytację, gdy jako młody człowiek, świeżo przybyły z niewielkiej Pragi, po raz pierwszy przekroczył próg kawalerskiego mieszkania Zweiga w Wiedniu i ujrzał niezliczone książki w obcych językach, podczas gdy Zweig podawał mu likier o barwie złota, który wprawił Broda w przekonanie, że doświadcza w tym momencie "najwyższych wzlotów wyrafinowanego, wielkomiejskiego życia". Wiele osób odnotowało fascynację, jaką usposobienie Zweiga budziło u innych, nawet gdy znalazł się na emigracji. Goście odwiedzający "wspaniałe pokoje" wynajmowane przy Hallam Street w Londynie opowiadali o niezwykłych wieczorach, podczas których - jak pisał w liście jeden z jego wiedeńskich znajomych - "pisarze godzinami na głos odczytywali sobie nawzajem fragmenty najnowszych utworów i z szacunkiem przysłuchiwali się słowom kolegów". Takie sceny stanowiły - zdaniem niektórych uchodźców - symboliczne uosobienie "przejściowego życia", jakie wiedli w pierwszych latach emigracji, kiedy intelektualiści i artyści zawiśli jakby w nie do końca określonej sferze "między pretensjami do szlachectwa a vie de boh?me" - między statusem wysiedlonych uchodźców i ekscentrycznych tubylców. W tym okresie sam Zweig często wędrował ulicami Londynu, szukając tabliczek upamiętniających pobyt wcześniejszych emigrantów - między innymi Marksa, Lenina i Sun Jat-sena - aby poczuć, że wciąż jeszcze należy do dobrze znanej społeczności: elity obywateli świata; starając się przekonać samego siebie, że światła rozbłyskujące wokół Piccadilly Circus wyznaczają prawdziwe centrum kosmosu.
U góry: mój dziadek i babcia obok mojego wuja George'a i mojego ojca Martina. U góry po lewej: ulubiona kuzynka mojej babci - Alice Peters albo Selma Peterselka. (Ta sama osoba w środku po prawej). Większość pozostałych zdjęć przedstawia moją babcię. Na dole po lewej: rodzice mojej babci w wiedeńskim atelier. Na dole po prawej: mój wujek George
Przodkowie mojego ojca nie należeli do tej samej warstwy społecznej co rodzina Zweiga. Rodzice mamy przyjechali do Wiednia z Czechosłowacji, rodzice taty pochodzili ze Lwowa. Jedni i drudzy należeli jeszcze niedawno do grupy określanej terminem Ostjuden (wschodni Żydzi). Ale Zweig irytował się na myśl o pretensjach i uprzedzeniach klasowych, które narzucały normy zachowania w świecie jego rodziców, szydząc z tego, że jako dzieci nieustannie słyszeli z bratem, że ten i ów należy do osób "dystyngowanych", podczas gdy inni nie. "Badano rodowód każdego z naszych przyjaciół aż do najdalszych pokoleń, żeby sprawdzić, czy jest z "dobrej rodziny""9 - wspomina pisarz. A jednak - jak chłodno zauważa - zaledwie pięćdziesiąt lat wcześniej, w najlepszym razie sto, wszystkie te żydowskie rodziny wywodziły się z tego samego getta.
Niemniej z czasem Zweig zaczął spokojniej do tego podchodzić, ponieważ nabrał przekonania, że nie tyle chodzi o walkę o czysty status, ile o symptom głębszych dążeń żydowskich, o "awans intelektualny, przejście do wyższej warstwy kulturalnej"10 - w istocie dążenia charakterystyczne dla wszystkich warstw żydowskiej społeczności. Uświadomił sobie, że przez "dobrą" rodzinę należało w ostatecznym rachunku rozumieć taką, która jest wolna od ograniczonych horyzontów narzucanych Żydom przez upokarzające warunki życia w getcie - rodzinę, która jest gotowa dostosować się "do odmiennej kultury - o ile możności, do kultury uniwersalnej"11. W tym sensie moi dziadkowie, którzy tak daleko odeszli od poglądów własnych rodziców na skromne wiejskie życie, stanowią wzorcowy przykład. Pewność siebie mojej babki podczas jej wakacyjnych wizyt w naszym domu była ciężko wywalczona. Trudno uwierzyć, że ta pewność emanująca z jej oblicza na zdjęciu, znikła zaledwie kilka lat później. Jednym "z odwiecznych paradoksów losu żydowskiego"12, jak pisał Zweig, jest fakt, że ta "ucieczka do intelektualizmu" mogła stać się dla Żydów równie katastrofalna, jak ich poprzednie ograniczanie się do trosk materialnych. Zweig zastanawiał się, kto mógł przewidzieć ograniczenia nałożone przez nazistów w dostępie osób pochodzenia żydowskiego do tak zwanych zawodów intelektualnych, medycznych czy prawniczych, oraz w jaki sposób inwestycja w życie umysłowe mogła budzić równie wielką wściekłość mas, jak wcześniejsze skupienie się Żydów na aktywności gospodarczej?
Kiedy zacząłem czytać dzieła Zweiga i podjąłem badania nad jego biografią, przekonałem się, że zaczynam lepiej rozumieć moich dziadków, a to sprawiało, że nawet po wielu latach zajmowania się tematem nie miałem ochoty od niego odstąpić. Nawet jeśli w końcu przyszło im spędzić resztę życia na emigracji, być może opisując wędrówki tej złożonej osobowości, jaką był Zweig, mogę przynajmniej w pewien sposób pokazać, na czym polegał długi proces życia na wygnaniu - odtworzyć jego początek w Europie i jego ewolucję w Nowym Świecie, gdzie krzykliwe nowości dezorientowały emigrantów w równej mierze co hołubione przez nich wspomnienia. Niemniej muszę przyznać, że życie wśród tych wiedeńskich duchów sprawiało mi przyjemność ze względu na tajemnicę ich losu, nawet wtedy gdy zrozumiałem, jak wiele mroku - obok olśniewającego blasku - zawsze kryło się w tym mieście.
Często opisuje się erupcję twórczości wiedeńskich artystów z początku XX wieku jako rodzaj pięknego marzenia. Jutrzenkę jaśniejącą w ostatnich godzinach europejskiej cywilizacji, zanim zawładnęła nią jakaś pierwotna dzikość i zdławiła ten renesans. A jednak te dwa światy - królestwo bujnie rozwijającego się ducha i krainę zaciśniętej pięści - łączyło pewne mroczne pokrewieństwo. Opowieść o życiu Zweiga ukazuje nie tyle opozycję między dobrem a złem, ile raczej sposób, w jaki obie strony były ze sobą splecione w śmiertelnym uścisku. Wiedeńscy artyści i intelektualiści zmagali się często z tymi samymi problemami i pragnieniami, które u ich przeciwników rozpalały gwałtowne namiętności. Podobnie jak dążenia Hitlera były zdominowane przez pewien paneuropeizm w napoleońskim sensie - który należało osiągnąć w drodze podboju i utrzymać za pośrednictwem hegemonicznego panowania jednej kultury narodowej - program Zweiga odwoływał się do marzenia o mającym humanistyczny charakter innego rodzaju paneuropeizmie, który należało osiągnąć ponad barierami narodowymi za pomocą pokojowego procesu wzajemnego zrozumienia i w którym rządy sprawować miała elita artystów i uczonych. Ludzie stojący po obu stronach rozrywających Europę sporów o jej przeznaczenie chodzili do tych samych szkół, byli poddani tej samej dławiącej dyscyplinie i zostali ukształtowani przez tę samą złowrogą mieszankę stłumienia seksualnego oraz wojowniczego, imperialnego militaryzmu. Mieli za sobą wspomnienia tej samej wojny, która odzierała ze złudzeń, i borykali się z tymi samymi społeczno-ekonomicznymi, niszczącymi tkankę społeczną następstwami tego konfliktu. Niezwykle wyrafinowani, kulturalni wiedeńczycy odczuwali potrzebę głębokiego, duchowego odrodzenia i podzielali o wiele więcej niepokojów swoich przeciwników w kwestii przyszłości Europy, niż jesteśmy gotowi to przyznać.
Sam Zweig dostrzegał - przez moment nawet z pewną aprobatą - złudny urok narodowego socjalizmu. Po wrześniowych wyborach w Niemczech w 1930 roku - gdy poparcie dla narodowego socjalizmu skoczyło od niecałego miliona głosujących dwa lata wcześniej do ponad sześciu milionów - o zwycięstwo nazistów obwiniał skostniałość demokratów starej daty, pisząc, że rezultat wyborów to "być może niemądry, ale zasadniczo zdrowy i godny uznania akt buntu młodych przeciwko gnuśności i niezdecydowaniu "zawodowych polityków"". Klaus Mann, młodszy od Zweiga o dwadzieścia pięć lat, musiał mu przypomnieć, że "nie wszystko, co młodzież robi i co myśli, jest a priori dobre i kryje w sobie zarodek przyszłości. Jeśli niemiecka młodzież dzisiaj się radykalizuje, czy nie powinniśmy przede wszystkim spytać, w imię jakiego celu się buntuje?".
I chociaż Zweig oraz jego faszystowscy przeciwnicy wyciągali rozbieżne wnioski w kwestii znaczenia europejskiego kryzysu i sposobów, którymi można mu zaradzić, mieli za sobą - jak wspomniałem - wiele wspólnych przeżyć historycznych, czasami żywili nawet te same przekonania, jeśli chodzi o postęp cywilizacji. Właśnie dlatego Zweig, w chwili gdy udał się na wygnanie, zaczął kwestionować samo pojęcie postępu i twórczości w znaczeniu europejskim. Mimo wszystkich technologicznych i społecznych osiągnięć wprowadzonych w latach międzywojennych, to jednak, jak pisał w autobiografii, "w naszym małym światku zachodnioeuropejskim nie ma ani jednego narodu, który by wiele nie utracił ze swojej uprzedniej radości życia i niewymuszonej swobody"13. Czy można sobie jeszcze wyobrazić, że Austria, którą znali w latach swojej młodości, "była taka swobodna, nieskrępowana i dobroduszna, tak nabożnie wierząca w swojego pana i władcę, cesarza, i w dobrego Pana Boga, który czynił życie prostym i wygodnym"14. Ale właśnie z myślą o obaleniu tego leniwie konwencjonalnego, błazeńskiego i hierarchicznego świata bezpieczeństwa rodziły się rewolucyjne ruchy artystyczne, do których powstania tak gorączkowo przyczynił się on sam i jego rówieśnicy.
W sercu historii Zweiga kryje się pewna zagadka dotycząca miejsca, w którym ścieżki się rozwidlają, a twórcze dążenia oddzielają się od pragnienia anihilacji. Jeśli mielibyśmy wskazać symboliczny odpowiednik tego miejsca na mapie Wiednia, umieściłbym je przy Schillerplatz, w niewielkim parku przed wiedeńską Akademią Sztuk Pięknych, gdzie bez powodzenia pragnął studiować Hitler i gdzie można podziwiać cenioną kolekcję dzieł sztuki europejskiej. W centrum tego parku stoi posąg poety Schillera, apostoła wolności, o którym Gershom Scholem, badacz żydowskiego mistycyzmu, napisał swego czasu: "Dla wielu Żydów intelektualne spotkanie z Friedrichem Schillerem było czymś bardziej rzeczywistym niż ich zetknięcie się z realnymi Niemcami". Zweig jako motto swojego studium o Sigmundzie Freudzie wybrał cytat z Schillera o tym, jak "tajemna gra pożądliwości" przybiera postać "tym jaskrawszą, tym bardziej nośną i okazałą, w sytuacji, gdy do głosu dojdzie gwałtowna namiętność"15. I właśnie z poezji Schillera Zweig zaczerpnął przekonanie leżące u podstaw jego filozofii moralnej, że wolność można osiągnąć jedynie w marzeniach, tak jak prawdziwe piękno zakwita jedynie w pieśni.
U podstawy pomnika Schillera znajduje się medalion z brązu przedstawiający dużą twarz wykrzywioną grymasem, z oczami wytrzeszczonymi z przerażenia. To alegoryczna maska tragedii. Ale jeśli przyjrzeć się uważnie płaskorzeźbie, z plątaniny włosów okalających tę twarz wyłania się inne oblicze - roześmianego satyra: alegoryczna maska komedii. Tragedia i komedia w tym wizerunku oddającym prawdziwie wiedeński dylemat są ze sobą nierozerwalnie splecione. Komedia, znacznie mniejsza i przesłonięta przez długie, rozwiane włosy tragedii, ma oczy częściowo przymknięte. Tragedia wydaje się całkowicie oszalała. Opowieść o niemożliwym wygnaniu Zweiga - o samym Zweigu jako człowieku, który nie mógł być wygnańcem - współbrzmi z tym głęboko niepokojącym, paradoksalnym obrazem. Co jeszcze zdołamy zobaczyć, jeśli przyjrzymy się tej zagadce bliżej?