Nienowoczesna encyklopedia nowoczesnej Pani Domu - Gabriela Chmielewska

Kup ebooka

2.80 zł
2.32 zł (2,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wychowały mnie dwie konserwatystki - Mama, usiłująca zachować przedwojenne obyczaje i przyzwyczajenia w powojennej rzeczywistości, "przyszywana" Babcia - czyli niania - osoba o wiele od Mamy starsza, którą charakteryzowały dwie podstawowe cechy: mistrzostwo kulinarne i maniakalna niemal potrzeba dbania o czystość domu, jego mieszkańców i otoczenia. Obie zaś posiadały nieprzebrane zasoby wiadomości, jak przy pomocy najprostszych środków i metod radzić sobie z nękającymi je problemami życia codziennego.

Mimo mikrej wagi i postury, byłam dzieckiem niezmiernie ruchliwym, żądnym indywidualnego poznawania świata, co na ogół kończyło się obkładaniem różnych partii mego regularnie potłuczonego "przypadkiem" ciała miodem (żeby nie było siniaków), albo kapustą (jeśli już były). Kolejno obcinane liście aloesu z domowej hodowli, jak też zbierana skrzętnie babka zwyczajna koiły zadrapania i rany, a próby nakłonienia mnie do zachowywania się jak "dobrze wychowana panienka" z reguły kończyły się niepowodzeniem.

Zabiegi związane z odświeżaniem, czyszczeniem i praniem mojej wiecznie czymś pobrudzonej garderoby, odbywały się w tym czasie bez mojego udziału, ale i na tę edukację przyszła stosowna pora. Kiedy miałam 6 lat, moje wyobrażenia o potędze samodzielności zostały mocno zachwiane, gdy zrzuciłam sobie na stopę czajnik z gotującą się wodą. Przerażona Mama, wioząc mnie "fiakrem" do szpitala, przez całą drogę polewała mi oparzone miejsce zapasem domowej nalewki.

Dyżurny felczer nie chciał niestety uznać Jej racji, założył stosowny opatrunek, po czym stopę dokładnie zabandażował i polecił zgłosić się za kilka dni. Po dwóch dniach miałam już wysoką gorączkę i nogę niczym bania.

Zawieziona do zaprzyjaźnionego lekarza, usiłowałam udowodnić hart ducha podczas zrywania zaschniętego na ranie bandaża, co - jak pamiętam - nie całkiem mi się powiodło. Między jednym a drugim dzikim wrzaskiem słyszałam, iż należało zostawić ranę bez opatrunku i ograniczyć się tylko do polewania jej spirytusem. Wtedy to autorytet Mamy osiągnął w moich oczach apogeum. Przestałam się odtąd buntować przeciwko różnym domowym sposobom leczenia przeziębień, m.in. smarowaniu stóp smalcem i wkładania na nie wełnianych skarpetek maczanych uprzednio w spirytusie, owijania gardła pieluchą skropioną wodą z alkoholem - bo choć nie spało mi się w tym "kołnierzu" zbyt wygodnie, wiedziałam, że jeśli jeszcze uda mi się przełknąć gorące mleko z masłem i miodem - za 2 - 3 dni ruszę znowu "na podbój świata".

W kolejnych etapach mego życia poznawałam nowe tajniki domowych rad "na wszystko", bowiem - jak zgodnie twierdziły obie Panie - poza lekcjami gry na fortepianie i sprytnym zachęcaniem do poszerzania wiedzy ogólnej, poprzez podsuwanie ciekawych pozycji literatury (oczywiście stosownych do płci i wieku) - należało przygotować mnie do roli przyszłej pani domu. Edukację tę przeszłam w zasadzie bezboleśnie, nie licząc oczywiście różnych wpadek, które przytrafiały mi się najczęściej, kiedy bardzo mi zależało na możliwie najlepszym efekcie (np. dziura w swetrze przez zbyt energiczne pocieranie zmechaconych miejsc pumeksem, zmiana koloru kożucha w miejscu, w którym usilnie wywabiałam tłustą plamę itp.). Były też i przyjemne chwile, kiedy np. w szkole w ramach lekcji tzw. prac ręcznych zadziwiłam panią nauczycielkę i koleżanki umiejętnością krojenia cebuli bez łez, trzymając w zębach zapałkę, czy też nawlekając bez trudu nitkę w choćby najmniejsze igielne ucho.

Kiedy wyszłam za mąż, starałam się przy każdej okazji korzystać z moich "domowych" umiejętności, przy okazji podpowiadając dumnie mojej nowej rodzinie co i jak robić należy i wtedy okazało się, że moja teściowa, to też księga wiedzy i umiejętności wykorzystywania właściwości "octu i soli". Przy okazji dowiedziałam się, że mój mąż, jako dziecko, poddawany był o wiele bardziej drakońskim metodom leczenia przeziębień niż ja. Kąpano go bowiem w tak gorącej wodzie, w jakiej zdołał wytrzymać, a potem owijano w lodowate, mokre prześcieradło i przykrywano puchową pierzyną. Jak sam przyznał - choć nie była to kuracja przyjemna, za to prawie zawsze skuteczna.

Pod koniec lat siedemdziesiątych, wraz z kolejnymi zapaściami naszej gospodarki, od lat gromadzona i skrzętnie uzupełniana przeze mnie wiedza stała się niezmiernie użyteczna. Choć półki sklepowe świeciły pustkami, ocet, sól i herbata stanowiły towar "dyżurny", a jak łatwo się Państwo zorientują z kart tego zbiorku informacji - przy ich pomocy, można było poradzić sobie z niejednym domowym problemem, a także zregenerować w razie potrzeby i siebie i różne otaczające nas przedmioty.

Wolny rynek końca lat osiemdziesiątych diametralnie zmienił sytuację. Wabieni gustownie opakowanymi, kolorowymi artykułami do wszelakiego użytku możemy do woli napawać się szczęściem testowania kolejnych "niewiarygodnie lepszych niż zwykłe" artykułów, byle by tylko starczyło na nie gotówki. Rzecz w tym, że używamy coraz więcej substancji chemicznych i innych składników, nie bardzo zdrowych dla ludzi i przyrody.

Mając na względzie zasoby kieszeni i to co dla człowieka nie powinno być bagatelne - otaczające nas środowisko - warto czasem sięgnąć po stare wypróbowane metody i użyć prostych, nieporównywalnie tańszych i zdrowszych środków, do czego szczerze Państwa zachęcam.

Gabriela Chmielewska