Nieobliczalna - Magda Stachula

Kup ebooka

34.30 zł
27.78 zł (27,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mar­ty­na

Prze­bie­gam przez uli­cę, o mało nie wpa­da­jąc pod sa­mo­chód. Fa­cet trąbi i wy­gra­ża mi pi­ęścią, otwie­ra szy­bę i się wy­chy­la.

- Czy pani osza­la­ła?! - wrzesz­czy. - Pra­wie bym pa­nią za­bił!

- Śpie­szę się - rzu­cam, na­wet go nie prze­pra­sza­jąc.

- Chy­ba na tam­ten świat. - Kręci gło­wą, po czym za­my­ka okno.

Pędzę przez traw­nik i zer­kam na ze­ga­rek. Mu­szę być za trzy mi­nu­ty w domu ojca - czy to tak trud­no zro­zu­mieć? Wpa­dam na klat­kę i wbie­gam po scho­dach. Gdy prze­kręcam klucz w zam­ku, do­bie­ga mnie dźwi­ęk ko­mór­ki, któ­rą zo­sta­wi­łam na sto­le pod­pi­ętą do ła­do­war­ki. Rzu­cam się do kuch­ni, z hu­kiem za­mknąw­szy drzwi na klat­kę. Naj­wa­żniej­sze, że zdąży­łam. Ser­ce wali mi jak sza­lo­ne, gdy wy­szar­pu­ję ka­bel z te­le­fo­nu i prze­je­żdżam pal­cem po wy­świe­tla­czu.

- Tak? - mó­wię, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad przy­śpie­szo­nym od­de­chem.

- Bie­głaś? - pyta.

A jed­nak nie uda­ło się tego ukryć.

- Sprzątam - kła­mię, sia­da­jąc na krze­śle. - Wła­śnie od­ku­rza­łam. Le­d­wo usły­sza­łam, że dzwo­nisz.

Wsta­ję i de­li­kat­nie za­my­kam za sobą drzwi kuch­ni, nim oj­ciec zdąży wyj­rzeć ze swo­jej sy­pial­ni. Wci­ąż mam na­dzie­ję, że to gło­śne we­jście i te­le­fon nie wy­bu­dzi­ły go z po­po­łu­dnio­wej drzem­ki.

- Od daw­na mó­wi­łem ci, że po­win­naś ko­goś do tego za­trud­nić. A swo­ją dro­gą... - wzdy­cha. Nie­mal wi­dzę wy­raz jego twa­rzy, na samo jej wy­obra­że­nie robi mi się nie­do­brze. - To nie­po­ko­jące, że tak się męczysz przy zwy­kłym od­ku­rza­niu. Po­win­naś za­dbać o kon­dy­cję.

Na samo sło­wo "po­win­naś" cierp­nie mi skó­ra na kar­ku. On za­wsze wie le­piej ode mnie, co jest dla mnie do­bre i co po­win­nam.

- Dbam - mó­wię, sia­da­jąc z po­wro­tem na krze­śle i ręką od­gar­nia­jąc wło­sy kle­jące się do spo­co­ne­go czo­ła. - Będziesz punk­tu­al­nie w domu?

- Spó­źnię się. Ale zdążę po­ło­żyć do snu Kor­ne­lię.

- Świet­nie - kwi­tu­ję ra­do­snym to­nem, co oczy­wi­ście błęd­nie od­bie­ra jako moje za­do­wo­le­nie z jego udzia­łu w opie­ce nad cór­ką, a nie z tego, że spó­źni się na obiad. Bar­dzo się cie­szę, że wró­ci do­pie­ro wie­czo­rem, a ja po­będę sama, z dala od nie­go.

Drzwi do kuch­ni się otwie­ra­ją. W pro­gu sta­je oj­ciec, po­sy­ła mi uśmiech i czła­pie w moją stro­nę. Nie­ste­ty te­le­fon wy­bu­dził go ze snu.

- Zrób na ko­la­cję że­ber­ka - zle­ca Woj­ciech. - Moje ulu­bio­ne w so­sie mio­do­wym.

Za­my­kam na mo­ment oczy, czu­ję cie­płą rękę ojca na ra­mie­niu.

- Mu­szę ko­ńczyć. Za chwi­lę mam spo­tka­nie z klien­tem. - Krót­kie klik­ni­ęcie i ci­sza po dru­giej stro­nie.

Od­dy­cham z ulgą. Tym ra­zem oby­ło się bez ko­lej­nych kłamstw i fa­łszy­wych de­kla­ra­cji uczuć.

- Gdzieś wy­cho­dzi­łaś? - pyta oj­ciec.

- Tak, by­łam w skle­pie.

- I nic nie ku­pi­łaś? - Roz­gląda się do­oko­ła.

Nie jest taki nie­obec­ny w rze­czy­wi­stym świe­cie, jak mo­gło­by się wy­da­wać.

- Była za dłu­ga ko­lej­ka.

- Ko­lej­ka? - Krzy­wi się. - W osie­dlo­wym spo­żyw­czym? Za ko­mu­ny to były ko­lej­ki. - Zdej­mu­je rękę z mo­je­go ra­mie­nia i sia­da na­prze­ciw­ko mnie. - Oj, moje dziec­ko, w tam­tych cza­sach nie umia­ła­byś funk­cjo­no­wać.

Spoj­rze­nie jego wy­bla­kłych oczu mówi ja­sno: tak jak ja nie umiem funk­cjo­no­wać w dzi­siej­szym świe­cie.

- Ugo­tu­ję ci zupę. - Pod­no­szę się z krze­sła.

Rano przy­nio­słam wa­rzy­wa, więc te­raz wy­star­czy je tyl­ko na­sta­wić.

- Jaką?

- Krup­nik. - Wyj­mu­ję pęka­ty gar­nek, ten, w któ­rym mama za­wsze go­to­wa­ła zupy.

- Wolę po­mi­do­rów­kę.

- W tam­tym ty­go­dniu była po­mi­do­rów­ka.

- Z pre­fe­ren­cji ku­li­nar­nych się nie wy­ra­sta - od­po­wia­da oj­ciec. - Zresz­tą nie tyl­ko ku­li­nar­nych.

Wiem, że mówi o bok­sie i pi­łce no­żnej. Ma sta­le włączo­ny Eu­ro­sport. My­ślę, że sta­ro­ść dla lu­dzi, któ­rzy przez całe ży­cie ak­tyw­nie zaj­mo­wa­li się spor­tem, jest w dwój­na­sób okrut­na. Przy­kro pa­trzeć, jak oj­ciec zma­ga się z ogra­ni­cze­nia­mi swo­je­go cia­ła. Mnie też prze­ra­ża upływ cza­su, chy­ba mam to po nim. Sta­le wy­szu­ku­ję w lu­strze ko­lej­nych si­wych wło­sów, no­wych zmarsz­czek i skrzęt­nie ukry­wam je przed mężem oraz resz­tą świa­ta. Fry­zjer­ka i ko­sme­tycz­ka ro­bią wszyst­ko, co w ich mocy, bym wy­gląda­ła mło­do, ale wiem, że przyj­dzie taki dzień, gdy moja skó­ra za­cznie przy­po­mi­nać po­marsz­czo­ne ja­błko. To u nas ro­dzin­ne - pa­mi­ętam, jak bab­cia wiecz­nie na­rze­ka­ła, że jej skó­ra wy­glądem przy­po­mi­na "sta­re­go in­dyj­skie­go sło­nia".

Si­ęgam do ko­szy­ka po mar­chew­kę i za­czy­nam ją obie­rać nad zle­wem. Oj­ciec na­sta­wia czaj­nik, zdej­mu­je z pó­łki pusz­kę z her­ba­tą, po czym bez py­ta­nia sta­wia na bla­cie dwa kub­ki i do ka­żde­go sy­pie ko­pia­stą ły­żecz­kę li­ści. W jego po­wol­nych ru­chach wy­czu­wam spo­kój, któ­re­go tak bar­dzo mi po­trze­ba.

Naj­pó­źniej za go­dzi­nę mu­szę stąd wy­jść, je­śli chcę przed sie­dem­na­stą ode­brać Kor­ne­lię z przed­szko­la. Wy­je­żdża­jąc z osie­dla przy Cie­płej, często tra­fiam na ko­rek, więc dla bez­pie­cze­ństwa po­win­nam wy­jść za czter­dzie­ści pięć mi­nut. Mo­gła­bym po­pro­sić te­ścio­wą, aby dziś ode­bra­ła wnucz­kę, ale wiem, że po­win­nam wcze­śniej usta­lić to z mężem. Ha­li­na za­ba­wi u nas do pó­źna, a on może so­bie tego nie ży­czyć.

Zer­kam na ojca, na jego roz­czo­chra­ne siwe wło­sy, któ­re kie­dyś były kru­czo­czar­ne. Dzi­ęki jego po­po­łu­dnio­wej drzem­ce mo­głam wy­mknąć się z domu. Cie­szę się, że zdąży­łam wró­cić na czas i ode­brać te­le­fon od Woj­cie­cha, bo gdy­by za­dzwo­nił choć mi­nu­tę wcze­śniej, by­ło­by po mnie. Choć to mało praw­do­po­dob­ne - za­wsze jest punk­tu­al­ny. U nie­go wszyst­ko funk­cjo­nu­je co do mi­nu­ty jak w szwaj­car­skim ze­gar­ku. Je­stem pew­na, że na­sta­wia so­bie przy­po­mnie­nie w ko­mór­ce, dla­te­go dzwo­ni do mnie za­wsze o rów­nej go­dzi­nie, chy­ba że wy­szko­lił swo­ją se­kre­tar­kę i to ona wy­bie­ra wte­dy po­łącze­nie. Gdy­bym nie ode­bra­ła, oczy­wi­ście mo­gła­bym się wy­tłu­ma­czyć, mó­wi­ąc, że zo­sta­wi­łam te­le­fon pod­pi­ęty do ła­do­war­ki i ze­szłam do spo­żyw­cze­go, ale Woj­ciech nie lubi, gdy za­po­mi­nam o czym­kol­wiek, a już zwłasz­cza o ba­te­rii. Nie za­bra­łam ze sobą ko­mór­ki, bo nie mógł się do­wie­dzieć, gdzie by­łam. To mo­gło­by mnie sło­no kosz­to­wać. Na samą myśl kary, jaką by dla mnie prze­wi­dział, czu­ję ucisk w żo­łąd­ku. Prze­ły­kam gło­śno śli­nę, gdy po­wra­ca­ją wspo­mnie­nia. Obie­ca­łam mu, że już wi­ęcej nie będę mia­ła przed nim ta­jem­nic. Żad­nych. Jed­nak czy przy­rze­cze­nia skła­da­ne pod przy­mu­sem co­kol­wiek zna­czą? Poza tym nie po­zo­sta­wia mi wy­bo­ru. Mu­szę znów to zro­bić, choć to ozna­cza wal­kę na śmie­rć i ży­cie. Otwie­ram to­reb­kę i wrzu­cam do niej ko­mór­kę wraz z ła­do­war­ką. Ode­bra­łam na czas, a on nie wie, że wy­cho­dzi­łam - jak na ra­zie dwa zero dla mnie. Za­my­kam za­mek, przy­gląda­jąc się mo­jej ręce. Na nad­garst­ku od we­wnętrz­nej stro­ny bli­zna po opa­rze­niu jest jak stra­żnik przed prze­szło­ścią. Od­wra­cam od niej wzrok i zsu­wam rękaw swe­tra. Nie chcę, aby oj­ciec ją za­uwa­żył.

- Coś ci po­móc? - pyta tata.

- Nie, wy­star­czy, że tu będziesz. - Po­sy­łam mu uśmiech.

Jego obec­no­ść dzia­ła na mnie ko­jąco, co in­ne­go to­wa­rzy­stwo mo­je­go męża. Ile żon ma ta­kie my­śli? Czy je­stem je­dy­na? Mam przed Woj­cie­chem wie­le ta­jem­nic, ale jed­ną z nich dzie­li­my ra­zem. Nikt o niej nie wie i ni­g­dy nie może się do­wie­dzieć. Wsty­dzę się przed sobą, ale go­dzę się na to ka­żde­go dnia - mam czter­dzie­ści je­den lat i po­zwo­li­łam mężo­wi za­ło­żyć na moim te­le­fo­nie kon­tro­lę ro­dzi­ciel­ską. Śle­dzi ka­żdy mój ruch w sie­ci i ka­żdy krok w rze­czy­wi­stym świe­cie. Jest moim pa­nem, a ja jego nie­wol­ni­cą.

Ade­li­na

Prze­ci­ągam że­laz­kiem po mi­ęk­kim ma­te­ria­le bluz­ki. Za­pach pra­so­wa­nia wy­pe­łnia miesz­ka­nie - lu­bię go, ko­ja­rzy mi się z po­rząd­kiem, czy­sto­ścią, no­wym po­cząt­kiem. Wy­ci­ągam wtycz­kę z gniazd­ka, skła­dam bluz­kę i cho­wam de­skę. Sto­sik rów­no uło­żo­nych ubrań kła­dę na ko­mo­dzie tuż obok drzwi do po­ko­ju mat­ki, by go za­uwa­ży­ła, gdy się zbu­dzi. Sta­ram się za­cho­wy­wać ci­cho, przy ta­kich tem­pe­ra­tu­rach nie czu­je się do­brze. Zresz­tą pod­czas wi­chur i ulew też nie jest z nią naj­le­piej. Od lat zma­ga się z de­pre­sją, a sto­pień na­si­le­nia cho­ro­by jest ró­żny, uza­le­żnio­ny od wie­lu czyn­ni­ków, na któ­re ani ona, a tym bar­dziej ja nie mamy wpły­wu. Za to jej cho­ro­ba ma ogrom­ny wpływ na mnie. Od za­wsze mia­ła - ukszta­łto­wa­ła mnie, wry­ła się we mnie i na­dal tam tkwi. Od kie­dy pa­mi­ętam, mat­ka była smut­na, sa­mot­na, po­rzu­co­na, bez­bron­na. Cza­sa­mi mam ocho­tę nią po­trząsnąć, krzyk­nąć jej pro­sto w twarz: "Ogar­nij się, ko­bie­to! Two­je ży­cie i two­ja przy­szło­ść leżą w two­ich rękach!", ale nie ro­bię tego. Ona musi mieć we mnie wspar­cie, czu­ję się za nią od­po­wie­dzial­na. Kie­dy ma się le­piej, wy­cho­dzi­my na spa­cer, roz­ma­wia­my, choć gdy za­czy­na na­wi­ązy­wać do prze­szło­ści, znów wpa­da w spi­ra­lę złych wspo­mnień. Dziś dłu­go nie mo­gła za­snąć, kręci­ła się po kuch­ni, więc te­raz szyb­ko nie wsta­nie.

Wcho­dzę do mo­je­go po­ko­ju, za­my­kam ci­cho drzwi, po czym zdej­mu­ję dres i szu­kam cze­goś od­po­wied­nie­go na dzi­siej­szy wie­czór. Ład­ne­go, ele­ganc­kie­go, ale przede wszyst­kim wy­god­ne­go. By­cie bar­man­ką w noc­nym ba­rze rządzi się swo­imi pra­wa­mi. Może nie jest to naj­bar­dziej am­bit­na pra­ca, może nie jest szczy­tem mo­ich ma­rzeń, ale ją lu­bię. Czu­ję się w niej tro­chę jak w te­atrze. Leję piwo, przy­go­to­wu­ję drin­ki i ob­ser­wu­ję lu­dzi. Jed­nym za­le­ży na ta­niej roz­ryw­ce, in­nym na mi­ło­ści albo sek­sie. Wszyst­ko to umiem wy­czy­tać z ich twa­rzy i ze spo­so­bu, w jaki się za­cho­wu­ją. Może po­win­nam zro­bić pro­fe­sjo­nal­ny kurs na co­acha be­ha­wio­ry­stę czy coś w tym sty­lu, tak do­brze po­tra­fię roz­szy­fro­wać mowę cia­ła. Naj­bar­dziej szko­da mi dziew­czyn uza­le­żnio­nych od swo­ich fa­ce­tów. Nie wiem, co oni mają w so­bie albo cze­go brak tym ko­bie­tom, ale przy­kro pa­trzeć, jak dają się trak­to­wać. Być może je­stem prze­wra­żli­wio­na na tym punk­cie, bo tak bar­dzo przy­po­mi­na­ją mi moją mat­kę i wiem, do­kąd ta­kie za­cho­wa­nie je za­pro­wa­dzi. Cza­sem któ­rąś za­ga­dam, choć zda­rza się to rzad­ko, bo ich fa­ce­ci nie od­stępu­ją ich na krok. Niby de­mo­kra­tycz­ny wol­ny kraj, a na ka­żdym kro­ku ucie­mi­ęże­nie ko­biet. Czy tyl­ko ja to wi­dzę?

Bez­sze­lest­nie wy­cho­dzę z po­ko­ju w czar­nych dżin­sach rur­kach i bia­łym T-shir­cie z de­kol­tem. Za ba­rem jest go­rąco, więc wrzu­cam do to­reb­ki jesz­cze jed­ną ko­szul­kę na prze­bra­nie. Kie­dy ru­szam w stro­nę wy­jścia, drzwi od po­ko­ju mat­ki się otwie­ra­ją.

- Znów wy­cho­dzisz na noc? - pyta, sta­jąc w pro­gu.

Wło­sy ma zwi­ąza­ne w nie­chluj­ny ku­cyk, na skro­niach wi­dzę siwe pa­sma - po­win­na je ufar­bo­wać. Ju­tro ku­pię far­bę i za­pro­po­nu­ję, że­by­śmy odświe­ży­ły ko­lor.

- Tak. - Ki­wam gło­wą. - Idę do pra­cy.

- Do ja­kiej pra­cy tak się ubra­łaś? - Tak­su­je mnie wzro­kiem.

Za­uwa­ża mój strój, ale nie wi­dzi swo­ich ubrań, któ­re dla niej wy­pra­so­wa­łam i uło­ży­łam w rów­ny sto­sik tuż przed jej no­sem. Znów jest na moc­nych le­kach, wi­dzę to po jej spoj­rze­niu i sły­szę w to­nie, ja­kim mówi.

- W ba­rze jest go­rąco... - za­czy­nam i od razu ża­łu­ję, że się tłu­ma­czę.

- I tak cię zo­sta­wi - stwier­dza. - Zo­ba­czysz, ka­żdy taki jest, zo­sta­wi cię! Fa­ce­ci są bez­względ­ni. - Spo­gląda na mnie ba­daw­czo. - Mu­sisz na nich uwa­żać, mogą cię wy­ko­rzy­stać.

- Wiem - prze­ry­wam jej.

Nie je­stem już na­sto­lat­ką i nie mam ocho­ty tego słu­chać. Je­śli chcia­ła mi wła­śnie strze­lić wy­kład o ży­ciu sek­su­al­nym i ró­żnych me­to­dach an­ty­kon­cep­cji, to spó­źni­ła się o kil­ka lat. Czy kie­dyś w ko­ńcu prze­sta­nie, czy wy­le­czy się z tego? Jej syl­wet­ka za­czy­na lek­ko drżeć. Nie wiem, czy ze wzru­sze­nia, stra­chu, czy na­głe­go po­gor­sze­nia sta­nu psy­chicz­ne­go - wszyst­ko może być przy­czy­ną.

- Na­pij się wody, mamo - mó­wię, si­ęga­jąc po bu­tel­kę wody mi­ne­ral­nej, któ­ra stoi na sto­le w kuch­ni.

Mo­gła­bym ją przy­tu­lić, spró­bo­wać ugła­skać jej cho­re my­śli, ale to za trud­ne, bo od daw­na nie ma mi­ędzy nami żad­ne­go kon­tak­tu fi­zycz­ne­go. Na­wet przy­pad­ko­we mu­śni­ęcie jej pal­ców na mo­jej skó­rze wy­wo­łu­je we mnie dresz­cze.

- Nie wy­pi­ję tego! - pro­te­stu­je obu­rzo­na, gdy wy­ci­ągam rękę w jej stro­nę. - Chcesz mnie otruć?

- Co?

- Już ja wiem, że by­ło­by ci wy­god­niej, gdy­by mnie nie było.

- Mamo! Prze­stań!

- Sprze­da­ła­byś to miesz­ka­nie i ku­pi­ła so­bie coś no­we­go, zmy­ła śla­dy ca­łej swo­jej prze­szło­ści i mar­ne­go ży­cia, któ­re ci za­fun­do­wa­łam...

- Mamo! - Mu­szę prze­rwać ten cho­ry sce­na­riusz, za­nim mat­ka się roz­kręci. - Uspo­kój się!

W jed­nej z ksi­ążek psy­cho­lo­gicz­nych czy­ta­łam, że aby prze­rwać na­pływ nie­chcia­nych my­śli i sko­ja­rzeń, trze­ba od razu re­ago­wać. Nie mogę po­zwo­lić jej się na­kręcać.

- Stop!

Jed­nak ona już nad sobą nie pa­nu­je. Traj­ko­cze o swo­im mar­nym lo­sie, o pie­kle, któ­re­go do­zna­ła od świa­ta, od mężczyzn. Wy­mi­jam ją w drzwiach i wy­cho­dzę z domu. Wsty­dzę się tych my­śli, ale cza­sem wy­obra­żam so­bie, że kie­dyś na­praw­dę nie wy­trzy­mam i przy­go­to­wu­jąc dla niej her­ba­tę, po­my­lę cu­kier z cy­ku­tą. Chcia­ła­bym jej po­móc, ale ona za ka­żdym ra­zem mnie od­trąca. Będzie te­raz ła­zić po domu przez pół nocy, jak ma w zwy­cza­ju, a po­tem znów spać do po­łud­nia. Gdy­by te wszyst­kie dziew­czy­ny, któ­re dziś będą tak po­tul­nie le­żeć w ra­mio­nach swo­ich sil­nych mężczyzn, mo­gły ją zo­ba­czyć, może uda­ło­by się ura­to­wać choć jed­ną z nich.

Ali­cja

Bu­dzik dzwo­ni rów­no o szó­stej. Wy­ci­ągam rękę i szu­kam ko­mór­ki. Wy­łączam pi­skli­wy dźwi­ęk. Prze­ci­ągam się, a po­tem jesz­cze na chwi­lę za­my­kam oczy. Mimo że sie­dzia­łam do pó­źna nad ar­ty­ku­łem, nie czu­ję zmęcze­nia, wręcz prze­ciw­nie - prze­pe­łnia mnie ener­gia. Dziś przy­je­żdża Da­niel. Nie wi­dzia­łam go od trzech ty­go­dni i stęsk­ni­łam się za nim. Wsta­ję i roz­kła­dam matę. Ka­żdy dzień za­czy­nam od po­ran­ne­go pi­la­te­su. Ro­lu­ję kręgo­słup, wzmac­niam mi­ęśnie we­wnętrz­ne brzu­cha, ukła­da­jąc się na ple­cach i wy­ci­ąga­jąc do góry nogi. Lary, mój sta­ry pies, czła­pie do mnie i kła­dzie się wzdłuż maty. Po pi­ęt­na­stu mi­nu­tach idę w stro­nę ła­zien­ki. W my­ślach prze­glądam już za­war­to­ść lo­dów­ki i do­cho­dzę do wnio­sku, że uda mi się upiec bezę bez wy­cho­dze­nia z domu po pro­duk­ty. To jego ulu­bio­ne cia­sto, okrop­nie cza­so­chłon­ne, ale do po­łud­nia po­win­nam zdążyć. Lary podąża za mną, jego pa­zu­ry ude­rza­ją o de­ski.

- Cho­dź, sta­rusz­ku - mó­wię i uchy­lam drzwi na ta­ras.

Po­zwa­lam mu za­ła­twiać swo­je po­trze­by w ogro­dzie, cza­sem za­bie­ram go na dłu­gi spa­cer wzdłuż rze­ki, ale szyb­ko się męczy, więc ostat­nio rzad­ko wy­bie­ra­my się gdzieś da­lej.

Bio­rę prysz­nic, myję wło­sy, a po­tem bal­sa­mu­ję cia­ło. Do­kład­nie, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze - na­wi­lże­nie skó­ry z ze­wnątrz i we­wnątrz to pod­sta­wa w za­cho­wa­niu na dłu­go mło­de­go wy­glądu. Z lo­dów­ki wyj­mu­ję bu­tel­kę wody. Sta­ram się pić po­nad dwa li­try dzien­nie, za­wsze pierw­szą szklan­kę na czczo. Włączam te­le­wi­zor, znaj­du­ję ka­nał in­for­ma­cyj­ny i krzątam się po kuch­ni. Beza lądu­je w pie­kar­ni­ku na naj­bli­ższe trzy go­dzi­ny, a ja przy­go­to­wu­ję so­bie śnia­da­nie. Po­tem prze­je­żdżam od­ku­rza­czem po domu i wy­cie­ram kurz. Przy ko­min­ku scho­dzi mi naj­dłu­żej. Bio­rę do ręki ram­ki i sta­ran­nie prze­cie­ram szyb­ki. Na ka­żdym zdjęciu Dany sam albo ze mną. Naj­bar­dziej lu­bię to, na któ­rym sto­imy na tle Je­zio­ra Bia­łe­go - kie­dy na nie pa­trzę, od razu się uśmie­cham. Tak bar­dzo go ko­cham.

Te­le­fon wi­bru­je na ku­chen­nym bla­cie, in­for­mu­jąc, że do­sta­łam ma­ila - au­to­ry­za­cję wy­wia­du, któ­ry ostat­nio prze­pro­wa­dzi­łam z pi­sa­rzem kry­mi­na­łów. Zaj­mę się tym po­tem, te­raz mu­szę przy­go­to­wać obiad. Wsy­pu­ję do mi­ski dro­żdże, mąki pszen­ną i żyt­nią, wbi­jam jaj­ka - zro­bię piz­zę. Co praw­da mo­gła­bym po­ku­sić się o coś bar­dziej wy­kwint­ne­go, ale sko­ro on tak uwiel­bia piz­zę mo­jej ro­bo­ty, po co kom­bi­no­wać. Gdy za­czy­nam ugnia­tać cia­sto, dzwo­ni te­le­fon. Przez krót­ką chwi­lę boję się, że to Da­niel - od­wo­ła swój przy­jazd, coś mu wy­pa­dło i nie przy­je­dzie dziś do Za­mo­ścia. Z du­szą na ra­mie­niu pod­cho­dzę do ko­mór­ki i z ulgą wi­dzę, że to Mar­ty­na, moja przy­ja­ció­łka. Ręce mam całe w cie­ście, więc nie od­bie­ram, od­dzwo­nię pó­źniej.

Po­szczęści­ło się jej w ży­ciu, ma nie­po­praw­nie bo­ga­te­go męża, cu­dow­ną có­recz­kę i eks­klu­zyw­ny dom na obrze­żach mia­sta. Lu­bię do nich za­glądać, cho­ciaż ni­g­dy nie uda­ło mi się zła­pać do­bre­go kon­tak­tu z Woj­cie­chem. To ja ich po­zna­łam. Kil­ka lat temu, gdy Mar­ty­na wci­ąż wpa­da­ła w zwi­ąz­ki bez przy­szło­ści, za­bra­łam ją na im­pre­zę or­ga­ni­zo­wa­ną przez ga­ze­tę. Woj­ciech, miej­ski rad­ny i wła­ści­ciel jed­nej z firm spon­so­ru­jących nasz ty­go­dnik, był go­ściem ho­no­ro­wym. Trud­no po­wie­dzieć, kto komu naj­pierw wpa­dł w oko, ale bar­dzo szyb­ko zo­sta­li parą, a po roku wzi­ęli ślub. On często wy­je­żdża słu­żbo­wo, więc gdy wpa­dam do nich, za­zwy­czaj nie ma go w domu, a na­wet je­śli jest, pra­cu­je w swo­im ga­bi­ne­cie na pi­ętrze. I do­brze, wolę spo­ty­kać się tyl­ko z Mar­ty­ną. Poza tym świet­nie go­tu­je i mają do­bry al­ko­hol, co na­praw­dę do­ce­niam.

Myję ręce, przy­kry­wam cia­sto szmat­ką, aby spo­koj­nie wy­ro­sło, i gdy już mam do niej od­dzwo­nić, Da­niel par­ku­je pod do­mem. Jest wcze­śniej, niż obie­cał. Z uśmie­chem na ustach otwie­ram drzwi i wy­cho­dzę mu na­prze­ciw. Lary czła­pie za mną.

- Ko­cha­nie! - wo­łam. - Cie­szę się, że już je­steś!

Spo­ty­ka­my się w po­ło­wie dro­gi do furt­ki. Za­ró­sł przez te trzy ty­go­dnie.

- Za­pusz­czasz bro­dę?

- Jak na praw­dzi­we­go że­gla­rza przy­sta­ło - żar­tu­je, bo wła­śnie wró­cił z ża­gli na Ma­zu­rach.

Ca­łu­je mnie w po­li­czek, po czym kuca i wita się z La­rym. Czo­chra go za usza­mi, a pies mru­ży oczy. My­śla­łam, że uda nam się po­je­chać gdzieś ra­zem, ale po­twier­dzi­łam udział w dwóch fe­sti­wa­lach li­te­rac­kich - jed­nym w gó­rach, dru­gim nad mo­rzem - i mam w zwi­ąz­ku z tym dużo pra­cy, więc w tym roku od­pu­ści­łam.

- Cia­sto na piz­zę już pra­wie go­to­we - mó­wię, gdy wcho­dzi­my do domu.

Rzu­ca ple­cak na podło­gę, zsu­wa z nóg mo­ka­sy­ny w że­glar­skim sty­lu i idzie do ła­zien­ki umyć ręce. Roz­ci­ągam cia­sto na blasz­kę, wy­le­wam sos po­mi­do­ro­wy. Do­dat­ki cze­ka­ją po­kro­jo­ne w mi­secz­kach.

- Upie­kłaś tor­cik bez­owy - mówi Da­niel, wcho­dząc do kuch­ni. - Ale pach­nie.

Ła­mie ka­wa­łek i bie­rze do ust.

- Zo­staw. - Żar­to­bli­wie ude­rzam go w rękę.

- Mamo! - śmie­je się i znów si­ęga po ko­lej­ny okru­szek.

Od dziec­ka pod­ja­dał cia­sto i tak mu zo­sta­ło. Nie­sfor­ny urwis, któ­ry jest te­raz wy­ższy ode mnie o dwie gło­wy. Pod­no­szę na nie­go wzrok - ma pra­wie metr dzie­wi­ęćdzie­si­ąt. Wzrost odzie­dzi­czył po ojcu. Nie lu­bię, gdy na­wet naj­drob­niej­szy szcze­gół przy­po­mi­na mi tego czło­wie­ka.

- I jesz­cze ka­pa­ry - rzu­ca, si­ęga­jąc do szaf­ki nad moją gło­wą.

- Po­łóż tyl­ko na swo­jej części - za­zna­czam.

- Wiem, wiem. - Spo­gląda na mnie z dez­apro­ba­tą.

Być może to też odzie­dzi­czył po ojcu, bo ja nie lu­bię ka­pa­rów, a Dany do­da­je je nie­mal do wszyst­kie­go.

- Chy­ba nie­dłu­go na­wet lody za­czniesz z nimi jeść - mó­wię.

- Dzi­ęki za pod­rzu­ce­nie po­my­słu. - Szcze­rzy się w uśmie­chu i kuca koło pie­kar­ni­ka. - A, nie mó­wi­łem ci - za­czy­na, na­sta­wia­jąc tem­pe­ra­tu­rę. - Do­sta­łem się na Era­smu­sa.

Za­mie­ram. Pa­trzę, jak mój syn kręci po­krętłem i cie­szę się, że nie wi­dzi emo­cji ma­lu­jących się na mo­jej twa­rzy. Kil­ka razy wspo­mi­nał o tym sty­pen­dium, ale w kon­te­kście zna­jo­mych z roku - nie sądzi­łam, że sam będzie sta­rał się o wy­jazd. Od­wra­ca się do mnie, pod­wi­ja­jąc ręka­wy ko­szu­li, a ja uni­kam jego wzro­ku, uda­jąc, że szu­kam cze­goś w naj­ni­ższej szu­fla­dzie. Sły­szę, jak zdej­mu­je kie­lisz­ki z za­wie­szo­nych przy gór­nej szaf­ce sto­ja­ków i prze­płu­ku­je je pod bie­żącą wodą. Pla­nu­je wy­jazd za gra­ni­cę i in­for­mu­je mnie tak, jak­bym była jego da­le­ką zna­jo­mą.

- Do Flo­ren­cji - do­da­je Dany, nie­świa­do­my tego, co dzie­je się w mo­jej gło­wie. - Jak za­wsze bia­łe?

Ku­pi­łam dwa ro­dza­je, chło­dzą się od wczo­raj w lo­dów­ce, ale te­raz prze­szła mi ocho­ta na świ­ęto­wa­nie.

- Ja dzi­ęku­ję - rzu­cam.

Nie ko­men­tu­je tego, tyl­ko wyj­mu­je wino i si­ęga po kor­ko­ci­ąg. Wiem, że wy­pa­da­ło­by coś po­wie­dzieć, po­gra­tu­lo­wać mu. Jako do­bra mat­ka po­win­nam się przede wszyst­kim cie­szyć - prze­cież mój syn do­stał się na Era­smu­sa do Flo­ren­cji, to ogrom­na szan­sa. Jest do­ro­sły, ma pra­wo do wła­snych de­cy­zji, ale my­śla­łam, że cho­ciaż za­py­ta mnie o zda­nie. Tyl­ko co bym mu wte­dy po­wie­dzia­ła? Praw­dę? Nie jedź, bo będzie mi smut­no bez cie­bie? Co za mat­ka my­śli o so­bie? Na pierw­szym miej­scu po­win­no być za­wsze do­bro dziec­ka.

Sta­wiam na bla­cie mi­skę, któ­ra do ni­cze­go nie jest mi po­trzeb­na, i spo­glądam mu w oczy.

- Świet­nie, Dany! Gra­tu­la­cje! - zdo­by­wam się na sło­wa uzna­nia.

Po­ka­zu­ję mu twarz, któ­rą po­wi­nien zo­ba­czyć - po­god­ną i en­tu­zja­stycz­ną, twarz ki­bi­cu­jącej mu mat­ki. Nie chcę, aby oglądał moje roz­dra­żnie­nie i nie­za­do­wo­le­nie, mat­czy­ny strach o utra­tę wa­żnej po­zy­cji w ży­ciu syna.

- Kie­dy wy­je­żdżasz?

- W pa­ździer­ni­ku.

To za dwa mie­si­ące - dud­ni w mo­jej gło­wie. Jego oczy śmie­ją się do mnie, gdy upi­ja łyk wina.

- Na­praw­dę nie na­pi­jesz się ze mną? - upew­nia się.

Nie zro­bię tego, bo mu­szę po­je­chać do Mar­ty­ny po­wie­dzieć o tym, że Da­niel mnie zo­sta­wia. Ona po­mo­że mi to ja­koś po­ukła­dać. Uśmie­cham się, li­cząc, że mój syn nie od­gad­nie, jak bar­dzo jest to nie­szcze­re, i kręcę prze­cząco gło­wą.

- Będę jesz­cze dzi­siaj je­ździć sa­mo­cho­dem.

Da­niel upi­ja ko­lej­ny łyk i sia­da za sto­łem.

- Mamo, wy­obra­żasz to so­bie? - mówi roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny. - Będę snuł się po mie­ście, ob­ra­cał wśród tych wszyst­kich sław­nych miejsc.

Nie myli się - będzie za­chwy­co­ny, spo­tka tam wspa­nia­łych lu­dzi i, kto wie, może na­wet mi­ło­ść swo­je­go ży­cia.

- Tyl­ko o na­uce pa­mi­ętaj. Snu­jąc się po mie­ście, za­ha­czaj cza­sem o sale wy­kła­do­we. - Sta­ram się za­brzmieć za­baw­nie, ale mimo wszyst­ko przy­bie­ram mo­ra­li­za­tor­ski ton za­tro­ska­nej ma­mu­śki.

Na szczęście mój syn ni­g­dy nie po­tra­fił wy­chwy­cić ta­kich niu­an­sów, po­sy­ła mi więc swój znie­wa­la­jący uśmiech, pe­łen ma­rzeń i pla­nów, któ­re chcę za wszel­ką cenę po­móc mu zre­ali­zo­wać, ale jesz­cze bar­dziej nie chcę go stra­cić. A czu­ję, że to wła­śnie nad­cho­dzi. Co in­ne­go, gdy stu­diu­je w War­sza­wie, do któ­rej słu­żbo­wo wpa­dam przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu, a co in­ne­go, gdy wy­je­dzie na dzie­wi­ęć mie­si­ęcy do Włoch. Jest wszyst­kim, co mam. Nie może ze­pchnąć mnie na mar­gi­nes swo­je­go ży­cia.

Mar­ty­na

Kor­ne­lia za­snęła przed ósmą. Rzad­ko jej się to zda­rza, ale dzi­siaj ce­lo­wo ją wy­męczy­łam dłu­gim spa­ce­rem, bo chcia­łam mieć wol­ny wie­czór. Przed obia­dem za­dzwo­ni­ła Ali­cja z pro­śbą o spo­tka­nie. Jej nie­spo­koj­ny głos wró­żył, że roz­mo­wa nie będzie na­le­ża­ła do ła­twych. Jest po­god­ną, opty­mi­stycz­ną oso­bą, ale cza­sem, zresz­tą jak ka­żde­mu, zda­rza jej się spa­dek for­my. I ten dzień wła­śnie nad­sze­dł. Ucie­szy­ła się, gdy po­wie­dzia­łam, że Woj­ciech po­je­chał w de­le­ga­cję i wró­ci do­pie­ro ju­tro wie­czo­rem. Za­pro­po­no­wa­ła, że przy­je­dzie. Od­kąd uro­dzi­ła się Kor­ne­lia i tak spo­ty­ka­my się tyl­ko u mnie albo u Ali­cji. Kil­ka razy pró­bo­wa­ła wy­ci­ągnąć mnie na mia­sto, ale wy­kręca­łam się obo­wi­ąz­kiem opie­ki nad małą. Su­ge­ro­wa­łam, że wy­jście z dziec­kiem do knaj­py to nie naj­lep­szy po­my­sł, bo ani nie po­roz­ma­wia­my, ani się nie zre­lak­su­je­my. Praw­da jed­nak jest taka, że mogę od­wie­dzać tyl­ko kil­ka miejsc, któ­re nie bu­dzą zdzi­wie­nia i sprze­ci­wu mo­je­go męża, gdy spraw­dza, gdzie się znaj­du­ję. Apli­ka­cja sto­jąca na stra­ży mo­je­go bez­pie­cze­ństwa po­ka­zu­je z dużą do­kład­no­ścią, gdzie w da­nej chwi­li je­stem, a knaj­py na ryn­ku na­le­żą do za­ka­za­nych re­wi­rów, bo tam mo­gła­bym prze­cież ko­goś po­znać. Oczy­wi­ście nie­bie­ska krop­ka może prze­su­wać się po mie­ście - to na­tu­ral­ne, że się prze­miesz­czam - ale miej­sca, w któ­rych mogę za­ba­wić dłu­żej, są ści­śle okre­ślo­ne. To dom jego ro­dzi­ców, gdzie wpa­dam cza­sa­mi za­wie­źć czy ode­brać Kor­ne­lię, miesz­ka­nie mo­je­go ojca na Cie­płej, któ­rym zaj­mu­ję się od cza­su, gdy zo­stał wdow­cem, i dom Ali­cji. Woj­ciech nie robi mi też wy­rzu­tów, gdy za­glądam do ga­le­rii, choć nie lubi, jak tam cho­dzę. Na szczęście dzi­siaj nie ru­szam się z domu. Te­le­fon jest na­ła­do­wa­ny, a nie­bie­ska krop­ka świe­ci się tu, gdzie po­win­na. Za­my­kam drzwi po­ko­ju cór­ki i na pal­cach scho­dzę po scho­dach. Do­sko­na­le wiem, któ­ra de­ska wy­da­je nie­przy­jem­ne skrzyp­ni­ęcie, i po­tra­fię ją omi­nąć z pre­cy­zją snaj­pe­ra. Gdy mi­jam bia­łe drzwi pro­wa­dzące do piw­ni­cy, w zam­ku na­gle do­strze­gam klucz. Mo­men­tal­nie wszyst­kie wło­ski na skó­rze sta­ją mi dęba. Chłód prze­szy­wa moje cia­ło. Sto­ję nie­ru­cho­mo, nie mam od­wa­gi po­de­jść bli­żej i wy­jąć klucz. Do­cze­pio­ny do nie­go bre­lo­czek w kszta­łcie focz­ki lek­ko się ko­ły­sze, a ja czu­ję, jak za­war­to­ść żo­łąd­ka pod­cho­dzi mi do gar­dła. Pa­ni­ka przy­cho­dzi nie­spo­dzie­wa­nie, ale nie mogę na to po­zwo­lić, bo za chwi­lę będzie tu Ali­cja i nie chcę, żeby wi­dzia­ła mnie w ta­kim sta­nie. Od­dy­cham głębo­ko i ru­szam w kie­run­ku kuch­ni. Na­le­wam do szklan­ki wody, wy­pi­jam dusz­kiem do dna, za­my­kam oczy, a po­tem cze­kam, aż wszyst­ko się uspo­koi. Pod za­mkni­ęty­mi po­wie­ka­mi focz­ka na­dal ko­ły­sze się na boki, a ja nie­mal czu­ję za­ci­ska­jące się na mo­jej szyi jego wiel­kie dło­nie. W mo­ich uszach dźwi­ęczą sło­wa, któ­re wy­plu­wał z sie­bie z wście­kło­ścią, mój od­dech mi­mo­wol­nie przy­śpie­sza. Gdy na­gle sły­szę dźwi­ęk sil­ni­ka, prze­cho­dzi mnie zim­ny dreszcz - to pew­nie Ali­cja, ale i tak nie po­tra­fię za­re­ago­wać ina­czej. Na pal­cach pod­cho­dzę do okna i wy­glądam zza za­sło­ny. Jako je­dy­ni w oko­li­cy nie mamy ogro­dze­nia, cho­ciaż miesz­ka­my tu od kil­ku lat. Woj­ciech uwa­ża, że to zby­tecz­ne.

- Nie mam ni­cze­go do ukry­cia - po­wie­dział, gdy jesz­cze przed na­ro­dzi­na­mi na­szej cór­ki po­pro­si­łam, aby za­jął się kwe­stią pło­tu. - A jak ktoś rzu­ci okiem na mój wy­staw­ny dom, to mi od tego nie ubędzie.

Jemu może nie, ale ja wci­ąż się boję, że ktoś nie­po­strze­że­nie wej­dzie do środ­ka. Nic na to nie po­ra­dzę, cho­ciaż wiem, że mój naj­wi­ęk­szy wróg wca­le nie czai się gdzieś tam w mro­ku, tyl­ko jest bli­żej, znacz­nie bli­żej. Dzie­lę z nim łó­żko, wła­sne cia­ło i mam z nim cór­kę.

Na wi­dok auta mo­jej przy­ja­ció­łki od­dy­cham z ulgą. Kie­dy idę jej otwo­rzyć, moje spoj­rze­nie prze­śli­zgu­je się po pu­de­łecz­ku - za­po­mnia­łam je scho­wać! To mój mały se­kret­ny skarb, któ­ry wyj­mu­ję tyl­ko pod nie­obec­no­ść męża. Za­bra­łam je z domu bab­ci Woj­cie­cha, sta­rusz­ki, któ­ra cier­pi na de­men­cję. Kil­ka ty­go­dni temu po­je­cha­li­śmy do ma­lut­kiej wsi nie­da­le­ko Ty­szo­wiec koło Hru­bie­szo­wa, bo mój mąż bar­dzo chciał, aby Kor­ne­lia zo­ba­czy­ła się z pra­bab­cią. Ani jed­na, ani dru­ga nie­wie­le ko­ja­rzy­ły z tej wi­zy­ty, ale Woj­ciech czuł się dum­ny, jak­by spe­łniał wła­śnie ja­kąś wa­żną mi­sję bu­do­wa­nia wi­ęzi mi­ędzy­po­ko­le­nio­wej. Mała szyb­ko się znu­dzi­ła, więc za­brał ją na spa­cer do po­bli­skie­go lasu, a mnie zo­sta­wił ze sta­rusz­ką, abym za­ba­wi­ła ją roz­mo­wą. Od sło­wa do sło­wa ko­bie­ta wy­ja­wi­ła mi, że trzy­ma se­kret­ny skarb z bi­żu­te­rią po swo­ich przod­kach. Po­cząt­ko­wo my­śla­łam, że kon­fa­bu­lu­je, ona jed­nak ka­za­ła mi zaj­rzeć do szu­flad­ki w sta­rej ma­szy­nie do szy­cia. Tam, za pu­de­łkiem z ko­lo­ro­wy­mi ni­ćmi, zna­la­złam pu­de­łecz­ko z bi­żu­te­rią. Do­sta­ła ją od swo­jej bab­ki. Ro­dzin­na pa­mi­ąt­ka, któ­ra prze­cho­dzi­ła z rąk do rąk i do któ­rej ona sama ta­kże do­ło­ży­ła kil­ka kosz­tow­no­ści. Bab­cia Woj­cie­cha była kraw­co­wą w cza­sach, gdy ni­cze­go nie dało się do­stać w skle­pie, a zwłasz­cza mod­nej i do­brej ga­tun­ko­wo odzie­ży, więc klien­tów ni­g­dy jej nie bra­ko­wa­ło, a ma­jątek rósł z roku na rok. Jesz­cze za­nim na świe­cie po­ja­wi­ła się Kor­ne­lia, opo­wie­dzia­ła mi hi­sto­rię swo­jej kra­wiec­kiej prze­szło­ści z lat pi­ęćdzie­si­ątych i sze­śćdzie­si­ątych.

- Moje pro­duk­ty były zna­ne, co praw­da nie tak jak ty­szo­wia­ki - po­wie­dzia­ła. - To do­pie­ro był wy­rób po­nad­cza­so­wy - do­da­ła, ki­wa­jąc w uzna­niu gło­wą. - Sły­sza­łaś o ty­szo­wia­kach?

Tam­te­go dnia mia­ła by­stre spoj­rze­nie, jak­by jej sza­re ko­mór­ki cof­nęły się w cza­sie i znów pra­co­wa­ły na pe­łnych ob­ro­tach.

- Nie - od­po­wie­dzia­łam zgod­nie z praw­dą.

- Ty­szow­ce swe­go cza­su sły­nęły z wy­ro­bów szew­skich. Ty­szo­wia­ki to skó­rza­ne buty po­wy­żej ko­lan. - Po­chy­li­ła się i stuk­nęła dło­nią w swo­je udo. - Ta­kie wy­jąt­ko­we, że ka­żdy pa­so­wał na obie nogi i dzi­ęki temu nie trze­ba było się za­sta­na­wiać, któ­ry jest pra­wy, a któ­ry lewy. - Za­ma­cha­ła no­ga­mi w po­wie­trzu. Z da­le­ka wy­gląda­ła jak dziew­czyn­ka. - Wiesz, że w ty­si­ąc czte­ry­sta dzie­si­ątym roku sam Wła­dy­sław Ja­gie­łło za­ma­wiał ty­szo­wia­ki dla swo­ich żo­łnie­rzy, któ­rzy wal­czy­li z Krzy­ża­ka­mi pod Grun­wal­dem? - za­py­ta­ła, spo­gląda­jąc mi w oczy.

- Nie. - Po­kręci­łam gło­wą.

- Oj, dziec­ko, jak ty mało jesz­cze wiesz o ży­ciu - rzu­ci­ła, a ja nie mo­głam nie przy­znać jej ra­cji.

Gdy­bym wte­dy wie­dzia­ła to, co wiem dzi­siaj, nie wpa­ko­wa­ła­bym się w ma­łże­ństwo z Woj­cie­chem.

Gdy on spa­ce­ro­wał po le­sie z Kor­ne­lią, wy­jęłam z szu­fla­dy sta­rej ma­szy­ny Sin­ge­ra pu­de­łecz­ko z bi­żu­te­rią.

- Jest two­je, za­bierz je, Ha­lin­ko - po­wie­dzia­ła sta­rusz­ka, na­wet nie pod­no­sząc na mnie wzro­ku.

My­śla­ła, że je­stem jej cór­ką, moją te­ścio­wą, a ja nie wy­pro­wa­dzi­łam jej z błędu. Po­win­nam była to zro­bić, ale gdy otwo­rzy­łam pu­de­łecz­ko, wie­dzia­łam, że to moja prze­pust­ka do in­ne­go, lep­sze­go świa­ta. Sta­rusz­ka i tak nie roz­po­zna­je już lu­dzi, wszyst­ko jej się myli, nie pa­mi­ęta na­wet, że dała mi to pu­de­łecz­ko. Scho­wa­łam je do to­reb­ki, a gdy ostat­nio wy­mknęłam się z domu ojca, po­szłam do lom­bar­du ro­ze­znać się, ile war­ta jest bi­żu­te­ria. Po­ka­za­łam tyl­ko je­den z kom­ple­tów, a cena i tak oka­za­ła się za­do­wa­la­jąca.

Te­raz szyb­ko chwy­tam pu­de­łecz­ko - mu­szę je scho­wać, za­nim Ali­cja po­ja­wi się w domu, ale w tej sa­mej chwi­li sły­szę, że dzwo­ni ko­mór­ka. Zo­sta­wi­łam ją w przed­po­ko­ju, bie­gnę w tam­tą stro­nę, żeby mała się nie zbu­dzi­ła. Zer­kam na ekran. Woj­ciech. Naj­wi­docz­niej ści­ągnęłam go my­śla­mi.

- Halo? - Przy­kła­dam apa­rat do ucha.

- Co tak szep­czesz? - W jego gło­sie czu­ję wy­rzut.

- Kor­ne­lia przed chwi­lą za­snęła. - Ku­cam i jak naj­ci­szej cho­wam pu­de­łecz­ko do kre­den­su.

- Chcia­łem spraw­dzić, co ro­bi­cie - mówi. - Ale sko­ro ona śpi, to ju­tro za­dzwo­nię - do­da­je i za­nim zdążę się ode­zwać, roz­łącza się.

Ja­sne, ze mną nie ma o czym ga­dać, mnie je­dy­nie kon­tro­lu­je, a sko­ro sie­dzę w domu, to wszyst­ko we­dług nie­go jest w po­rząd­ku - może po­ło­żyć się spać, re­wi­zja żony wy­ko­na­na. Cie­szę się, że tym ra­zem nie mu­sia­łam si­lić się na roz­mo­wę, nie chcia­ła­bym, aby do­wie­dział się o wi­zy­cie Ali­cji. Od­kła­dam te­le­fon na kre­dens i idę otwo­rzyć drzwi, aby dźwi­ęk dzwon­ka nie obu­dził Kor­ne­lii.

Chcia­ła­bym po­wie­dzieć mo­jej przy­ja­ció­łce o sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­la­złam, ale wte­dy mu­sia­ła­bym wy­znać, co wpędzi­ło mnie w ten układ, a na to nie mam ocho­ty. Nie te­raz, nie dzi­siaj, może kie­dyś. Ale czy ona by mnie w ogó­le zro­zu­mia­ła? Czy umia­ła­by mi po­móc? Poza tym wolę, by my­śla­ła, że je­stem szczęśli­wa w ma­łże­ństwie. Nie znio­sła­bym tego, że zna praw­dę, że wie, jak sła­bą i za­le­żną je­stem ko­bie­tą. Czy w ka­żdej przy­ja­źni jest tyle ta­jem­nic, czy brak szcze­ro­ści to tyl­ko moja przy­pa­dło­ść?

Zna­my się nie­mal od za­wsze, wy­cho­wy­wa­ły­śmy się na tym sa­mym osie­dlu - jest ode mnie star­sza o trzy lata, ale nie mia­ło to zna­cze­nia dla na­szej re­la­cji. Szyb­ko się usa­mo­dziel­ni­ła i choć za­li­czy­ła wpad­kę, sta­nęła na nogi, a te­raz świet­nie so­bie ra­dzi, mimo że nie­uda­ny zwi­ązek, z któ­re­go na­ro­dził się uko­cha­ny syn, za­ko­ńczył się po­ra­żką - fa­cet zwi­nął ża­gle i tyle go wi­dzie­li. Po­mo­gła jej ro­dzi­na, bab­cia prze­pi­sa­ła na nią pi­ęk­ną dzia­łkę nad Ła­bu­ńką, a oj­ciec po­sta­wił tam dla nich dom. Nie tak wiel­ki i luk­su­so­wy jak mój, a jed­nak o wie­le le­piej się w nim czu­ję. Tam wszyst­ko na­le­ży do niej, tu­taj nic nie jest moje, tyl­ko Woj­cie­cha. Za­zdrosz­czę jej tej wol­no­ści, nie­za­le­żno­ści i mo­żli­wo­ści de­cy­do­wa­nia o so­bie. Osi­ągnęła to wszyst­ko, po­nie­waż ni­g­dy nie szła na ła­twi­znę i nie chcia­ła ła­ski. Co praw­da przy­jęła spa­dek po bab­ci, po­zwo­li­ła po­ży­czyć so­bie pie­ni­ądze na bu­do­wę domu, ale ni­g­dy nie po­da­ła ojca Da­nie­la o ali­men­ty. Nie chciał uznać dziec­ka, więc za­ci­snęła zęby i żyła swo­im ży­ciem. Mó­wi­łam jej, że to bez sen­su, że fa­cet po­wi­nien po­nie­ść kon­se­kwen­cje, być wspó­łod­po­wie­dzial­ny, a poza tym ona nie musi wy­da­wać pie­ni­ędzy te­raz, może je zbie­rać i dać sy­no­wi, gdy do­ro­śnie, ale nie chcia­ła mnie słu­chać.

- Nic od nie­go nie chcę! Nie chcę mieć z nim nic wspól­ne­go, ro­zu­miesz? Nic!

Nie po­wie­dzia­łam, że na to już za pó­źno, bo prze­cież mają ra­zem naj­wa­żniej­szą oso­bę w jej ży­ciu: Da­nie­la. Dziec­ko, któ­re ni­g­dy nie spra­wia­ło pro­ble­mów, roz­bra­ja­ło swo­ją uro­dą i po­go­dą du­cha. Co jak co, ale syn Ali­cji się udał.

Otwie­ram drzwi i ści­ska­my się moc­no na po­wi­ta­nie, na jej twa­rzy ma­lu­je się smu­tek.

- Co jest? - py­tam od pro­gu.

- Wiem, że to głu­pie... - za­czy­na, schy­la­jąc się, aby roz­wi­ązać tramp­ki.

- Nie zdej­muj.

Mój mąż nie zno­si, jak po na­szym domu cho­dzi się w bu­tach, więc gdy tyl­ko go nie ma, ro­bię tak co­dzien­nie.

Ali­cja ma­cha ręką i wkła­da na gołe sto­py moje do­mo­we kap­cie.

- I wiem, co te­raz po­wiesz - mówi, wcho­dząc do sa­lo­nu. Kro­czy pew­nie, a ja drep­czę za nią. Przez krót­ką chwi­lę czu­ję się, jak­bym to ja była go­ściem w tym domu. W za­sa­dzie sta­le nim je­stem. Woj­ciech nie po­zwa­la mi po­czuć się ina­czej.

- Da­niel wła­śnie po­wie­dział mi - Ali­cja za­trzy­mu­je się w pół kro­ku i od­wra­ca się ku mnie - że wy­je­żdża na rok do Włoch. Ro­zu­miesz?! Na rok! Nie prze­ży­ję tego roz­sta­nia!

Twój syn sko­ńczył dwa­dzie­ścia dwa lata, jest do­ro­sły, ma pra­wo do wła­sne­go ży­cia, a ty po­win­naś się cie­szyć z jego am­bi­cji, z tego, że chce stu­dio­wać za gra­ni­cą, a nie mó­wić, że nie prze­ży­jesz tego roz­sta­nia - my­ślę, pa­trząc na nią. Ich re­la­cje są to­tal­nie po­kręco­ne, ale czy mam pra­wo ją oce­niać? Oczy­wi­ście, że nie. Gdy­by tyl­ko do­wie­dzia­ła się, jaki układ funk­cjo­nu­je mi­ędzy mną a Woj­cie­chem, nie uwie­rzy­ła­by.

- Daj spo­kój - mó­wię. - Prze­cież nie je­dzie na ko­niec świa­ta. Są sa­mo­lo­ty, ta­nie li­nie la­ta­ją do Włoch kil­ka razy w ty­go­dniu, a poza tym, moja dro­ga - sta­wiam na tak­ty­kę ba­ga­te­li­zo­wa­nia pro­ble­mu; cza­sem to dzia­ła - i tak dość dłu­go jest pod two­imi skrzy­dła­mi. W jego wie­ku fa­ce­ci mają już żony i dzie­ci.

Ali­cja spo­gląda na mnie z uko­sa. No do­brze, może w obec­nych cza­sach rzad­ko się to zda­rza, ale już na pew­no w jego wie­ku chło­pa­ki mają dziew­czy­ny, z któ­ry­mi spędza­ją całe dnie i noce. I z tym fak­tem też przyj­dzie jej się po­go­dzić. Kie­dy Da­niel był młod­szy, często się nim opie­ko­wa­łam pod­czas słu­żbo­wych wy­jaz­dów Ali­cji, ale nie wi­dzia­łam go, od­kąd wy­je­chał na stu­dia. Mimo wszyst­ko nie sądzę, że jest z kimś w sta­łym zwi­ąz­ku - jego mat­ka na pew­no by wie­dzia­ła i nie omiesz­ka­ła­by się tym ze mną po­dzie­lić. Jak do tej pory jest naj­wa­żniej­szą ko­bie­tą w jego ży­ciu. Wy­obra­żam so­bie, że trud­no musi być od­dać ko­muś ko­ro­nę.

- Mały bud­da - rzu­cam, sa­dza­jąc ją na so­fie.

- Słu­cham? - Spo­gląda na mnie, marsz­cząc czo­ło.

- Her­ba­ta - wy­ja­śniam, na­pe­łnia­jąc jej fi­li­żan­kę. - Dzia­ła uspo­ka­ja­jąco i re­lak­su­jąco - uśmie­cham się. - No więc kie­dy i gdzie wy­je­żdża?

Na po­czątek niech się wy­ga­da, to jej do­brze zro­bi.

- Do Flo­ren­cji.

- Flo­ren­cji! - prze­ry­wam z uzna­niem. - Wspa­nia­le, już mu za­zdrosz­czę.

Mina Ali­cji wska­zu­je jed­nak, że to zła od­po­wie­dź.

- Jadę w week­end nad Je­zio­ro Bia­łe - wzdy­cha. - Mam wy­na­jęty do­mek. Przy­je­dź do mnie.

Zga­dzam się bez wa­ha­nia. Będę mu­sia­ła tyl­ko do tego po­my­słu prze­ko­nać Woj­cie­cha.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki