Dzieciństwo w blasku Józefa Piłsudskiego
Korzenie
Zbigniew Wójcik, urodzony w pierwszych latach II Rzeczypospolitej, był synem chor. Walentego Wójcika i Stanisławy z Cyranowskich Wójcikowej, a swoje korzenie określił w następujących słowach:
Zacznijmy od, o ile to tak można nazwać, mego "drzewa genealogicznego". Mój rodowód społeczny ma charakter podwójny, po mieczu - chłopski, po kądzieli - rzemieślniczy1.
Ojciec - urodzony w 1893 r. - pochodził z rodziny chłopskiej z położonych w zaborze rosyjskim Trzebiec w gminie i parafii Wielgomłyny (dziś w powiecie radomszczańskim w województwie łódzkim). Udokumentowane związki Walentego Wójcika z tą miejscowością datuje się na drugą połowę XVIII w. Wśród związanych z tymi stronami przodków odnaleźć można zarówno biednych półrolników, jak i średniozamożnych włościan i karczmarza. Nosili nazwiska m.in.: Wójcik, Jaguścik, Baranowscy, Kopeć, Gieszczyk, Marchewka i Mrozińscy. Związani byli nie tylko z Trzebcami i Wielgomłynami, ale również z położonymi po sąsiedzku Niedośpielinem, Borowcem, Wymysłowem, Przedborzem czy Czermnem. Rodzicami Walentego byli Idzi Wójcik i Balbina z Mrozińskich Wójcikowa, jednak bohater niniejszej publikacji poznał tylko swoją babcię, która zmarła w 1941 r., dziadka pochowano bowiem w 1917 r.2
Walenty Wójcik pierwsze lata życia spędził w położonym nad dużym stawem rodzinnym domu, w typowym rolniczym gospodarstwie. W 1910 r. wyjechał ze swoim starszym bratem Janem do Szwajcarii do pracy. Powrócił stamtąd w 1914 r., by podczas I wojny światowej walczyć o niepodległość swojej ojczyzny. Działalność patriotyczną rozpoczął jeszcze w Szwajcarii, gdzie był aktywny w lokalnych oddziałach Związku Strzeleckiego i Polskiej Partii Socjalistycznej (jeszcze przed emigracją zarobkową miał udzielać się wśród zaraniarzy, jednak nic bliższego nie wiadomo na ten temat). Niewątpliwie dopiero wybuch wojny umożliwił mu poważniejsze zaangażowanie się w niepodległościową sprawę. W Krakowie wstąpił do Legionów Polskich, z którymi przeszedł w 2 Pułku Piechoty i w II Brygadzie cały szlak bojowy aż do walk na Wołyniu w 1915 r. Po wycofaniu z frontu i rekonwalescencji przeniesiono go do Biura Werbunkowego Legionów Polskich w Noworadomsku3. Po kryzysie przysięgowym z 1917 r. Wójcik musiał ukrywać się w różnych miejscowościach, aż pod koniec tego roku trafił do Ostrowi4, gdzie wstąpił do Żandarmerii Wojskowej. Ten rodzaj broni bowiem - jak napisał w swym sporządzonym wówczas życiorysie - uważał za odpowiedni dla siebie. Od 1918 r. służył w Warszawie, gdzie pełnił typowe żandarmskie obowiązki, takie jak patrole, sprawy śledcze, rewizje czy eskortowanie więźniów. Na ich tle wyróżniło się rozbrojenie niemieckich żołnierzy w listopadzie 1918 r.5
Z kolei matka Zbigniewa Wójcika - Stanisława Cyranowska, córka stolarza Antoniego Cyranowskiego, uczestnika powstania styczniowego6, i Marianny z Krauzów - urodziła się w 1898 r. Pochodziła z położonej niedaleko Bełchatowa miejscowości Kurnos w parafii Kaszewice w powiecie piotrkowskim, gdzie na świat przyszło także jej liczne rodzeństwo. Jednak w okresie zawarcia znajomości z przyszłym mężem związana była już z Radomskiem. Zbigniew Wójcik nie poznał również dziadka ze strony matki, który zapewne zmarł przed jego urodzeniem7.
Losy rodziny matki po mieczu sięgają połowy XVIII w., a wśród jej przedstawicieli znaleźć można Olkuskich/Olkuckich, Osieckich, Góreckich, Rogalskich i Kurkowskich. Antoni Cyranowski urodził się w folwarku Widzew w parafii Pabianice, a jego przodkowie związani byli z miejscowościami Drużbice w parafii Drużbice, Rząśnia w parafii Kiełczygłów oraz Skoszewy w parafii Sierżnia, a zatem także z ziemią łódzką - z okolicami Bełchatowa, Pajęczna i Zgierza. Wśród wykonywanych przez nich zawodów znaleźć można lokaja, szynkarza, karbowego, stolarza czy gospodynię we dworze. Z kolei ze wspomnianą miejscowością Kurnos, przynajmniej od 1828 r., związani byli przodkowie po kądzieli - Krauzowie, Biszofowie/Byszewscy i Pszonerowie/Prauznerowie (Praussnerowie). Obcobrzmiące nazwiska nie są przypadkowe - wioska była bowiem od początków 1818 r. zamieszkana przez niemieckich i austriackich osadników ekonomicznych. Ostatni z wymienionych przybyli do Kurnosa ze Śląska - z miejscowości "Scheinder Hrabstwa Glachcin", czyli być może z okolic znajdującej się na ziemi prudnickiej miejscowości Klisino w dzisiejszym województwie opolskim8. Tradycje wynikające z takiego pochodzenia przetrwały jeszcze w pokoleniu babci Zbigniewa Wójcika. Marianna z Krazuów Cyranowska modliła się bowiem, jak wspominał, z niemieckojęzycznej książeczki do nabożeństwa. Tymczasem jej córka - matka bohatera niniejszej książki - już nie władała tym językiem9.
Walenty Wójcik i Stanisława Cyranowska najprawdopodobniej poznali się w Radomsku w okresie jego służby w Biurze Werbunkowym. Ich syn po latach wspominał żartobliwie, że to właśnie tam jego ojciec "wygrał drugą bitwę"10. Pobrali się w miejscowym kościele farnym pw. św. Lamberta 3 listopada 1918 r., czyli na krótko przed odzyskaniem niepodległości. Niecały rok po ślubie przenieśli się do Warszawy, gdzie narodziły się ich dzieci - Halina i Zbigniew. W stolicy Polski odradzającej się po latach zaborów Wójcik w stopniu wachmistrza rozpoczął - trwającą ponad 20 lat - służbę w 1 Dywizjonie Żandarmerii Wojskowej11.
Pierwsze lata życia
Początkowo Walenty Wójcik zajmował kwaterę w koszarach wojskowych, jednak pod koniec lutego 1919 r. zamieszkał - prawdopodobnie już z żoną - w wynajętym mieszkaniu w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 40 (mieszkanie nr 12). Jeszcze przed sierpniem tego samego roku Wójcikowie przenieśli się na Nowe Miasto do kamienicy przy ul. Bonifraterskiej 9, która stała się ich domem na kolejnych siedem lat. Była to wówczas dzielnica raczej biedna i zaniedbana, a jej ranga była zapewne odbiciem ówczesnej kondycji finansowej rodziny12.
To właśnie pod tym adresem przyszły na świat ich dzieci - 8 sierpnia 1919 r. córka Halina Maria13, a 29 października 1922 r. syn Zbigniew Stanisław. Jego chrzest, podobnie jak wcześniej jego starszej siostry, odbył się w pobliskim kościele pw. Najświętszej Maryi Panny przy ul. Przyrynek 2, będącym wówczas parafią Wójcików. Jego rodzicami chrzestnymi zostali Zygmunt Olszewski, przyjaciel rodziny z Radomska, oraz Walentyna Spaczyńska, siostra Stanisławy Wójcikowej14.
Półtora miesiąca później - 16 grudnia 1922 r. - Polską wstrząsnęło zabójstwo pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabriela Narutowicza. Władze wojskowe w wyniku tego zamachu wzmocniły ochronę Marszałka Józefa Piłsudskiego, przydzielając do jego boku m.in. właśnie wachm. Walentego Wójcika. Jego odkomenderowanie nastąpiło 20 grudnia 1922 r. i choć w rozkazie zaznaczono, iż jest ono tymczasowe, to w rzeczywistości Wójcik pełnił tę służbę przez kolejnych niemal trzynaście lat15.
Początkowo nie była ona bardzo wymagająca, ponieważ wycofujący się wówczas z życia politycznego Marszałek większość czasu spędzał w domowym zaciszu w swym dworku Milusin w podwarszawskim Sulejówku. Zdarzały się jednak wyjazdy do Warszawy czy do innych miejscowości w Polsce. Żandarmom i pozostałym osobom zaangażowanym w ochronę Marszałka często zlecano wówczas inne obowiązki16. Wójcik pakował bagaże podróżne, robił mu prywatne zakupy czy szukał pracy dla osób z jego otoczenia. Taka wzorowo pełniona służba przyboczna, która obejmowała w głównej mierze zadania dotyczące życia prywatnego Józefa Piłsudskiego i jego rodziny - żony Aleksandry oraz córek Wandy i Jadwigi - wraz z bezwzględnym oddaniem skutkowały zacieśnianiem więzi między gospodarzami a ich podwładnym. Sympatia była obustronna, a Wójcik stał się ulubionym żandarmem Marszałka z jego ochrony17. Świadczyć o tym mogą - późniejsze co prawda - słowa Mieczysława Lepeckiego, jego adiutanta w latach 1931-1935:
Rodzina pana Marszałka lubiła tego starszego, zażywnego wachmistrza, który wszystkie jej sprawy uważał za swoje i jak o swoje się troszczył. Każde zadowolenie czy troska rodziny Marszałka odbijała się na twarzy wachmistrza Wójcika jak w lustrze18.
Niestety niewiele wiadomo na temat ich ówczesnego życia rodzinnego. Domyślać się jedynie można, że już wówczas Walenty zabierał rodzinę do Sulejówka do swojej służbowej kwatery mieszącej się w willi Otradno, potocznie zwanej Drewniakiem, położonej w bezpośrednim sąsiedztwie dworu Milusin. Był to pierwszy dom Piłsudskich, który po wybudowaniu tuż obok murowanego dworku przeznaczono dla ochrony. Rodzina towarzyszyła Wójcikowi także zapewne podczas urlopów - w Radomsku na Boże Narodzenie w 1923 r. oraz w Kaliszu i w Zakopanem w lipcu 1924 r. Zarówno w Radomsku, jak i w Kaliszu mieszkali krewni Stanisławy Wójcikowej, więc przypuszczalnie Wójcikowie urlopy te spędzili u nich. Niewykluczone też, że przy okazji wizyty w Radomsku Walenty Wójcik ze swoimi najbliższymi zajechał do pobliskich rodzinnych Trzebiec19.
Wokół Belwederu
Kolejną istotną cezurą w życiu Wójcików był przewrót majowy, czyli zapoczątkowane przez Marszałka wydarzenia z okresu od 12 do 15 maja 1926 r. Demonstracja z udziałem części lojalnego mu wojska, której celem miało być wywarcie - koniecznego w jego odczuciu - nacisku na prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego, nieoczekiwanie przerodziła się w bratobójcze walki. W ich centrum, podążając wiernie za Józefem Piłsudskim, znajdował się także wachm. Walenty Wójcik, określony nawet z tego względu mianem "nieodstępnego"20. Nie był bezpieczny, ponieważ lojalne wobec prezydenta i rządu wojsko miało rozkaz nieoszczędzania buntowników, nie wyłączając samego Marszałka.
Dramatyczne wydarzenia z maja 1926 r. zapadły w pamięć niespełna czteroletniego Zbigniewa Wójcika, który wspominał wizytę ojca w domu na dwa dni przed przewrotem:
Zanim ujrzałem Marszałka, najpierw o nim usłyszałem. Tę datę pamiętam dobrze. Było to w maju 1926 roku. Miałem wtedy nieco ponad trzy i pół roku, a był chyba 10 maja. Pozostał on na zawsze w mojej pamięci. Około południa wpadł do domu (mieszkaliśmy wówczas przy ulicy Bonifraterskiej 9) z Sulejówka ojciec i poprosił matkę o świeże koszule i jakieś inne drobiazgi. Pamiętam też, że wziął wspaniały pistolet Mauser, który był w naszym domu aż do wybuchu wojny w roku 1939. Na pytanie matki, dokąd idzie, odpowiedział, że nie wie, na drugie pytanie, kiedy wróci, odpowiedź była taka sama. Dodał jeszcze, że idzie za Marszałkiem tam, dokąd będzie trzeba, bez względu na to, co się stanie. Te słowa i imię Piłsudskiego wywarły na mnie ogromne wrażenie, a najlepszy dowód, że pamiętam je po przeszło siedemdziesięciu latach, a słyszałem je jako małe dziecko21.
W jego pamięci zachował się także niebezpieczny moment, gdy w pobliżu ich domu spadła lotnicza bomba:
Pamiętam jedną rzecz, że siedzieliśmy z matką w pokoju, a wtedy spadło na Warszawę kilka bomb lotniczych. Które zrzucił zresztą nie zwolennik Piłsudskiego, tylko przeciwnik jego zaciekły - gen. [Włodzimierz] Zagórski, pilot, który zresztą potem zginął w tajemniczych okolicznościach. W każdym razie zrzucał te bomby i ponieważ jedna z tych bomb gdzieś niedaleko tak upadła, to straszne to było przeżycie i strach22.
Przewrót majowy był tragicznym wydarzeniem, podczas którego naprzeciw siebie stanęli Polacy. W Walentym Wójciku wywoływało to ambiwalentne uczucia, co po latach wspominał jego syn:
I potem gdzieś dopiero chyba koło 18-19 maja, w każdym razie w parę dni po tym, jak ojciec wyszedł z domu, wrócił ojciec upojony zwycięstwem. Ale nie mówię dlatego, że to może byłoby modne powiedzenie, ale nie przypominam sobie, żeby miał jakąś wielką satysfakcję z tego zwycięstwa. Jednak to było przykre23.
Czas pokazał, że okazana wówczas Marszałkowi wierność zaowocowała kolejną istotną zmianą. Rodzina Wójcików - w ślad za Józefem Piłsudskim, który w czerwcu 1926 r. ponownie z żoną i córkami zamieszkał w Belwederze - przeprowadziła się bowiem do Śródmieścia. Do okolicy nie tylko ekskluzywnej, ale również o większym znaczeniu państwowym. Wójcikowie zamieszkali naprzeciwko Belwederu, czyli siedziby najważniejszej osoby w pomajowej Polsce, przy Łazienkach Królewskich będących wówczas jedną z rezydencji prezydenta, obok gmachów Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych (GISZ) i Ministerstwa Spraw Wojskowych, z których Piłsudski kierował polskim wojskiem24.
Ich mieszkanie znajdowało się na terenie wojskowej Kwatery Głównej położonej u zbiegu Alej Ujazdowskich, ul. Belwederskiej i ul. Klonowej. Stanowił ją kompleks kilku budynków rozrzuconych na terenie o niemal parkowym charakterze, który pierwotnie był zapleczem gospodarczym Belwederu, zaaranżowanym na początku XIX w. przy okazji przebudowy pałacu dla ks. Konstantego Romanowa. Największy z obiektów w kształcie podkowy pełnił najpierw rolę belwederskiej stajni i wozowni, ale po przebudowie, przeprowadzonej zapewne przed 1927 r. (według varsavianisty Jarosława Zielińskiego ok. 1930 r.), parterowy korpus podniesiono o dwie kondygnacje. Przed przekształconym budynkiem znajdował się otoczony po bokach jednopiętrowymi skrzydłami dziedziniec z dużym, okrągłym gazonem, co nadawało mu cech pałacowych. Uroku niewątpliwie dodawało mu również ozdobne ogrodzenie od frontu oraz zielone otoczenie25. Tak kompleks wojskowych budynków opisał Cezary Leżeński:
Jego fronton cofnięty do tyłu [sic!] oddziela od samej ulicy poza smukłymi sztachetami coś na kształt podwórka poznaczonego gazonami i trawnikami oraz dość gęsto rosnące w długim rzędzie topole. [...] W dół między krzewy i rosnące tam drzewa prowadzą szerokie schody. Jeśli schodząc nimi, podnieść głowę, widać w oddali dachy domów skąpo rozrzuconych na Dolnym Mokotowie, a nieco w prawo poniżej skarpy rysują się zachwaszczone i zarośnięte nieużytki z bajorkiem pośrodku, zwanym przez miejscowych przekornie Morskim Okiem26.
25 listopada 1927 r. Wójcikowie zostali zameldowani we wspomnianym wyżej budynku w kształcie podkowy przy ul. Belwederskiej 53. Najpierw zamieszkali w lokalu nr 17 w zachodnim skrzydle (prawym), a przed 13 lipca 1931 r. przenieśli się do drugiego skrzydła do mieszkania nr 22, z którego okien widać było Belweder. Po pięciu latach - 20 października 1936 r. - ponownie musieli zmienić mieszkanie i zameldować się w lokalu nr 25 w skrzydle zachodnim. Według wspomnień Zbigniewa Wójcika mieścił się on na piętrze w narożnej części tego gmachu, która łączyła jego korpus z zachodnim skrzydłem. Wchodziło się do niej od strony dziedzińca, jednak okna mieszkania Wójcików wychodziły tylko na południe i zachód, czyli na rozciągający się tam ogród oraz na willę, którą krótko wcześniej zajęła marszałkowa Piłsudska z córkami. Mieszkanie składało się z czterech pomieszczeń - kuchni, jadalni, sypialni rodziców i pokoju dzieci. Zmiana spowodowana była koniecznością przekazania dotychczas zajmowanego mieszkania na potrzeby nowego marszałka Polski Edwarda Rydza-Śmigłego i osób z jego otoczenia27.
Wójcikowie mieszkali tam we czwórkę, jednak zdarzało się, że przyjmowali swoich krewnych. Na kilka lat - zapewne od drugiej połowy lat dwudziestych do śmierci w 1929 r. - dołączyła do nich Marianna z Krauzów Cyranowska, czyli matka Stanisławy Wójcikowej. W tym czasie prawdopodobnie z ich gościny korzystała także siostra Stanisławy - Maria Kaszkiewiczowa. W 1938 r. chciał się do nich wprowadzić również ich brat - farmaceuta Józef Cyranowski. Służby śledcze przeprowadziły więc wywiad w celu sprawdzenia osoby, która miałaby przebywać na terenie wojskowym. Rozeznanie to wykazało jego niekaralność, nienaganną opinię moralną i prorządowe nastawienie. Cyranowski mógł więc wprowadzić się do kompleksu Kwatery Głównej, choć według wspomnień Zbigniewa Wójcika mieszkał tam bardzo krótko28.
Kompleks przy ul. Belwederskiej był specjalnie traktowany, ponieważ służył wojskowym z otoczenia Marszałka Piłsudskiego - przede wszystkim z Belwederu i położonego obok GISZ-u, jak również, według wspomnień Janiny Dunin-Wąsowiczowej, oficerom "dwójki", czyli wywiadowcom z Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego. Wśród sąsiadów Wójcikowie mieli m.in. adiutantów Piłsudskiego - kpt. Lucjana Miładowskiego i por. Tadeusza Jandurę oraz jego sekretarkę Barbarę Czerwijowską (siostrę Kazimiery Iłłakowiczówny), a także zajmującego mieszkanie w korpusie budynku gen. Edwarda Śmigłego-Rydza, który w 1936 r. został mianowany marszałkiem Polski29. Śmigły według wspomnień Zbigniewa Wójcika lubił dzieci:
W dzieciństwie i latach chłopięcych miałem szczęście widywać i znać nie tylko pierwszego marszałka Polski, ale i drugiego, tego tragicznego - Edwarda Śmigłego-Rydza. Po raz pierwszy ujrzałem go w 1927 r., gdy ojciec mój, starszy wachmistrz Walenty Wójcik, "niestrudzony strażnik bezpieczeństwa" marszałka Piłsudskiego, przeprowadził się z rodziną do nowego mieszkania w domu na rogu ulic Klonowej i Belwederskiej. Tam też mieszkał ówczesny inspektor armii, gen. dywizji Śmigły-Rydz. Widywałem go więc niemal codziennie, gdy przychodził w porze obiadowej z Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych do domu, a potem wracał do pracy.
Pamiętam dobrze, że generał bardzo lubił dzieci, cóż dziwnego, skoro własnych nie miał. Zawsze zatrzymywał się przed grupą bawiących się dzieci. A było nas sporo, gdyż w tym samym, dużym budynku mieszkało kilka rodzin, których ojcowie pełnili służbę w Belwederze i częściowo, jeśli mnie pamięć nie myli, w GISZ-u. [...]
Generał lubił z nami rozmawiać, interesował się naszymi dziecięcymi problemami, a te dzieci, które chodziły już do szkoły, niejednokrotnie pytał o postępy w nauce. Zapamiętałem go jako zawsze uśmiechniętego pana, który nas lubił, a my jego30.
Zamieszkiwanie w sąsiedztwie Józefa Piłsudskiego i Edwarda Śmigłego-Rydza miało dla małego Zbigniewa Wójcika ponadto inny, bardzo sympatyczny, wzgląd:
Byłem bardzo dumny, co można wytłumaczyć jedynie naiwnością dziecięcą, że moje imieniny przypadały 17 marca, generała 18, a marszałka Piłsudskiego 19! No, bo proszę pomyśleć - i przed Belwederem, i przed budynkiem na Klonowej odbywały się w przeddzień imienin obu dostojników uroczyste capstrzyki, orkiestry grały marsze i melodie legionowe, z "Pierwszą Brygadą" na czele, a ja cieszyłem się, że mogłem ich słuchać w dniu moich imienin!31.
Było to dla niego wówczas bardzo ważne i po latach wspominał swoje odczucia:
Ja w tym wszystkim chodziłem w glorii, że to też moje imieniny się świętuje. Ale to tak żartobliwie, ale proszę mi wierzyć, że mając te tam osiem czy dziewięć lat, byłem z tego powodu bardzo dumny32.
Z biegiem lat - wraz ze śmiercią Józefa Piłsudskiego i dorastaniem Zbigniewa Wójcika - kontakty na Belwederskiej zmieniły swój charakter:
Po śmierci marszałka Piłsudskiego wiele się zmieniło na naszym podwórku. Generał został generalnym inspektorem sił zbrojnych, a przeszło rok później (10 listopada 1936 roku) prezydent Ignacy Mościcki mianował go marszałkiem Polski. Wiele rodzin wyprowadziło się z gmachu przy Belwederskiej 53. Moja rodzina została. Byliśmy najbliższymi sąsiadami adiutanta marszałka, rtm. Edwarda Mańkowskiego.
"Drugi marszałek" miał teraz mniej czasu niż dawniej. Dzieci, z którymi lubił rozmawiać, wyprowadziły się z "podwórka", a ja nie byłem już małym chłopcem, lecz uczniem gimnazjum. Nadal jednak niejednokrotnie spotykałem marszałka. Na mój uczniowski ukłon odpowiadał zawsze po wojskowemu - salutował z serdecznym uśmiechem. Parę razy nawet porozmawiał ze mną, przy czym do dziś słyszę jego miło brzmiący, lecz jakby z trudem wydobywany głos33.
W kolejnych latach sąsiadkami osób zamieszkujących kompleks przy Belwederskiej zostały ponadto, jak już wspomniano, marszałkowa Aleksandra Piłsudska z córkami Wandą i Jadwigą. Latem 1935 r., po śmierci Józefa Piłsudskiego, przeprowadziły się tam z Belwederu. Zajęły wówczas willę położoną na tyłach budynku zamieszkiwanego przez Wójcików34.
Z wybitnymi postaciami Zbigniew Wójcik stykał się nie tylko w miejscu zamieszkania, ale także w pracy u swego ojca. Bywał bowiem w Belwederze i czasami towarzyszył Walentemu na spotkaniach poza pałacem. Widywał czołowe postaci ówczesnej sceny politycznej: kilkukrotnie prezydenta Ignacego Mościckiego przy okazji składania życzeń przez młodzież szkolną, wspomnianego już marsz. Edwarda Śmigłego-Rydza, Aleksandra Prystora, Józefa Becka, Felicjana Sławoja Składkowskiego, gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, gen. Gustawa Orlicz-Dreszera, Wacława Jędrzejewicza i Walerego Sławka. A zatem widywał premierów, ministrów i najważniejszych wojskowych. Dzięki ojcu miał też okazję być obecny podczas wizyt w Belwederze króla afgańskiego czy amerykańskiego generała Douglasa MacArthura w 1932 r. Zapewne także w takich okolicznościach poznał zaledwie o rok od siebie starszego króla rumuńskiego Michała I, z którym podczas zabawy przypadkowo wybił okno w gabinecie Śmigłego-Rydza35. Po latach wspominał:
Wszystko to dla mnie, małego chłopca, były osoby wielce szacowne, które darzyłem szacunkiem należnym osobom dorosłym, starszym, ale widok ich i spotkanie z nimi nie robiły na mnie nigdy takiego wrażenia, jak spotkanie Piłsudskiego36.
Józef Piłsudski
Niewątpliwie to właśnie możliwość częstego i w pewnym stopniu bezpośredniego kontaktu z Marszałkiem Piłsudskim miała największy wpływ na małego Zbigniewa Wójcika. Nie pamiętał, gdzie i kiedy spotkał go po raz pierwszy. Przypuszczał, że było to nie później niż w 1927 r. w Sulejówku, gdzie jego ojciec nadal czasem wykonywał swą służbę ochronną, a zatem miał zapewne na myśli okres przed przeprowadzką na Klonową37.
Po latach - powołując się na bardzo jego zdaniem adekwatny zwrot "monarchiczny dreszczyk", który wymyśliła pisarka Zofia Nałkowska - wspominał, jakie wrażenie robił Marszałek na nim i innych dzieciach:
Człowiek ten wywierał ogromne wrażenie na każdego, z którym się zetknął, bez różnicy, czy to był wielki dostojnik i mąż stanu, czy prosty żołnierz lub cywil, czy wreszcie dziecko. Pamiętam, iż w czasie kilku "kinderbalów" w Belwederze, gdzie bawiły się dzieci zaproszone przez Wandę i Jadwigę Piłsudskie, gdy zjawiał się Pan Marszałek, co przecież zdarzało się nierzadko, i mnie, i inne dzieci ogarniały jakieś przedziwne emocje38.
Przy innej okazji doprecyzował, że podczas spotkań z Piłsudskim "taki dreszczyk był, ale taki nie strachu, tylko emocji"39. A tak wyjaśnił emocje towarzyszące mu podczas spotkań z Piłsudskim:
Również bardzo często widywałem Marszałka w Sulejówku na spacerze w lesie. Przy czym lubiłem tak chodzić, tak w odległości 100-150 metrów, bo po prostu byłem tą postacią zafascynowany. Ale wydaje mi się, że to nie było związane z moim dziecięcym wiekiem, bo wszyscy - tak jak już potem z lektury, z pamiętników, z książek historycznych dowiedziałem się - tej fascynacji, tej charyzmie, jaką miał, niesłychanie w wielkim, dużym [sic!] stopniu Marszałek Piłsudski, ulegali ludzie starsi, intelektualiści, a nie tylko małe dzieci40.
Z pozabelwederskich spotkań należy wymienić choćby premierę filmu Dziesięciu z Pawiaka nakręconego na podstawie prawdziwej historii ucieczki Jana Jura-Gorzechowskiego i dziewięciu innych działaczy niepodległościowych z tego carskiego więzienia - odbyła się ona w kinie Atlantic 19 września 1931 r. Mały Zbigniew Wójcik, towarzysząc ojcu, miał kolejną okazję do spotkania nie tylko Józefa Piłsudskiego, prezydenta Mościckiego czy premiera Aleksandra Prystora, ale również obecnego na premierze wspomnianego wyżej bohatera akcji sprzed przeszło dwudziestu pięciu lat41. U schyłku życia wspominał:
Ojciec wziął mnie ze sobą na premierę filmu Dziesięciu z Pawiaka, która miała miejsce 19 września 1931 roku w kinie Atlantic. Na premierze obecny był Marszałek z córkami, prezydent Ignacy Mościcki i przede wszystkim główny bohater wykradzenia więźniów, bojowców z PPS z carskiego więzienia na Pawiaku w roku 1905, płk Jan Jur Gorzechowski. Widziałem go wtedy po raz pierwszy i przyglądałem mu się z zaciekawieniem i jakimś podziwem. Rolę jego w filmie grał znakomity polski aktor Józef Węgrzyn42.
Ojciec zabierał go również często do Łazienek Królewskich, w których na hipodromie, wybudowanym w 1927 r. w południowej części parku, co roku w czerwcu rozgrywano Międzynarodowe Zawody Hippiczne. Tak właśnie było 6 czerwca 1934 r., gdy na łazienkowskim stadionie odbywały się zawody o nagrodę armii polskiej, które dziennikarz "Tygodnika Ilustrowanego" określił mianem najciekawszych, jakie oglądano na tym torze43. Zbigniew po latach wspominał:
Ojciec mój brał mnie zawsze na międzynarodowe zawody hippiczne, które odbywały się rok rocznie w Łazienkach. Startowało w nich wiele ekip zagranicznych przede wszystkim wojskowych, głównie z Niemiec, Francji, Włoch, Rumunii, Łotwy, Szwecji, a także jeszcze kilku innych krajów, nawet z Japonii. Jeden z dni zawodów nosił nazwę "konkurs armii polskiej o nagrodę Marszałka Piłsudskiego". Byłem z ojcem tuż obok loży, w której zasiadał Piłsudski.
Konkurs wygrała Niemka, jedyna kobieta startująca w zawodach. Jeździła po damsku i znakomicie pokonywała przeszkody! Drugie i trzecie miejsce zajęli oficerowie niemieccy, których nazwiska zapamiętałem - rtm. Brandt i rtm. von Baranckow.
W loży obok Marszałka znaleźli się gen. Wieniawa-Długoszowski, gen. Juliusz Rómmel, płk Karcz (szef departamentu kawalerii w M[inisterstwie] S[praw] Wojskowych i jeszcze jakiś generał, ale nie pamiętam, który). Gdy ogłoszono wyniki, Piłsudski nieco się wściekł i pół żartem, pół serio (chyba bardziej jednak to drugie) powiedział do zebranych w loży (słowa zapamiętałem bardzo dobrze, bo siedzieliśmy z ojcem tuż obok, a słuch miałem wówczas bardzo dobry, nie to co dziś!): "Jak tak będziecie jeździć, to poślę was wszystkich do piechoty!"44.
Mały Zbigniew Wójcik bywał także w Sulejówku, gdzie Piłsudscy w pomajowych latach nadal posiadali swój dworek Milusin. Jeździli tam już jednak znacznie rzadziej, przeważnie w weekendy.
Początkowo Walenty Wójcik zabierał rodzinę do "Drewniaka", w którym spędzili - razem z krewnymi żony - m.in. Wielkanoc w 1930 r. Częste wizyty w tej podwarszawskiej miejscowości skłoniły go jednak z czasem do wzięcia na 35 lat pożyczki budowlanej w Banku Gospodarstwa Krajowego i wybudowania na zakupionej ok. 1932 r. działce - w bliskim sąsiedztwie marszałkowskiego "Milusina", a bliżej dworku Siedziba Zofii i Jędrzeja Moraczewskich - domu o nazwie "Willa Angora". W krótkim czasie wybudował najpierw w tylnej części posesji mały parterowy domek służący za tymczasowe miejsce zamieszkania, a następnie piętrowy dom o powierzchni 1330 m kw. Odtąd to w nim zatrzymywała się rodzina podczas wizyt w Sulejówku. Nie zamieszkała tam jednak na stałe, ponieważ Walenty Wójcik przez obowiązki służbowe, a jego dzieci przez naukę w szkole związani byli z Warszawą. Traktowali go więc jako dom do letnich i weekendowych pobytów, nadal mieszkając na stałe przy ul. Belwederskiej45.
W kontekście Sulejówka Zbigniew Wójcik najbardziej zapamiętał scenę, którą wspominał po wielu latach:
Często widywałem Marszałka w Sulejówku, lubiłem tam chodzić za nim i obserwować go, gdy udawał się na spacer do lasu. Żadne ze wspomnień sulejówkowskich nie utkwiło mi jednak tak mocno w pamięci, jak pewne drobne wydarzenie, którego byłem świadkiem, a o którym nie jest mi łatwo mówić, boję się bowiem o posądzenie, że jest to wytwór mojej dziecięcej fantazji. Może być jeszcze gorzej - może być uznane za wymysł "dworaka" Piłsudskiego, jak pięknie nazwany zostałem nie tak dawno na łamach "Polityki".
Było to chyba w roku 1930, o ile pamiętam we wrześniu. Komendantem posterunku żandarmerii, znajdującego się na posesji "Milusina", był wówczas st. wachmistrz Roman Maciejewski. Miał on wielkiego psa, wilczura czy też owczarka alzackiego, który wabił się "Muras". Rodzina Marszałka posiadała wówczas równie potężne psisko, które zwano dość dziwnie po prostu "Pies"46. Któregoś dnia oba psy pożarły się okropnie. Wachmistrz Maciejewski przy pomocy innego żandarma oraz kilku innych osób usiłował rozdzielić rozwścieczone zwierzęta, ale wszystkie jego usiłowania okazały się bezskuteczne.
Nagle od strony "Milusina" ukazał się Marszałek. Słysząc straszliwe ujadanie przyspieszył kroku, by dotrzeć do miejsca, gdzie oba psy walczyły ze sobą. Działo się to w pobliżu małej wartowni żandarmerii oraz znajdującego się tuż obok gołębnika. Krzyknął ostro na "Psa", który natychmiast wycofał się z "ringu" i, co ciekawsze, to samo uczynił od razu "Muras", który przecież dobrze znał właściciela "Milusina". Może to śmiesznie pisać o takich "wydarzeniach", ale przecież chodzi tu o to, jak Marszałek był widziany oczami dziecka, a proszę mi wierzyć, że jako mały świadek tej sceny byłem nią ogromnie poruszony47.
Innym miejscem związanym z Józefem Piłsudskim, gdzie również bywał Zbigniew Wójcik, były Druskieniki na Wileńszczyźnie. Było to popularne uzdrowisko przy granicy polsko-litewskiej, do którego Marszałek wielokrotnie jeździł w latach dwudziestych. Wynajmował wówczas skromną, drewnianą willę nad brzegiem Niemna. W ramach swoich obowiązków zazwyczaj w wyjazdach tych towarzyszył mu także m.in. wachm. Walenty Wójcik48.
Podczas jednego z nich Marszałek nie życzył sobie żadnej obstawy, ale jego ochroniarze tylko pozornie spełnili to polecenie. Wójcik pojechał tam bowiem incognito. Zabrał jednak swoje dzieci, które zdekonspirowały go przed Piłsudskim, co tak wspominał Zbigniew Wójcik:
Dobrze zapamiętałem spotkanie z Marszałkiem w Druskienikach. Roku niestety nie pamiętam, Wiem tylko, że Piłsudski nie życzył sobie kategorycznie, by tym razem jakakolwiek ochrona udała się za nim do ulubionej przez niego miejscowości, znanego uzdrowiska. Ale szefostwo jego ochrony (należał do niej dobrze mi znany kpt. Bolesław Ziemiański) nie mogła się na to zgodzić i wysłało "nielegalnie" do Druskienik odpowiednią ekipę, w której znalazł się również mój ojciec, który udał się tam jednak nie w mundurze, lecz po cywilnemu. Wziął ze sobą moją siostrę i mnie.
Któregoś dnia razem z moją siostrą poszliśmy na spacer do lasu w pobliżu Niemna. Nagle z bocznej ścieżki wyszedł Marszałek w swym "roboczym" mundurze, bez dystynkcji i orderów. Ujrzawszy nas, zatrzymał się i zwrócił się do mojej siostry, którą przecież stale widywał w Belwederze, gdzie bawiła się z jego córkami, i dość zdziwionym głosem, ze swym nieco śpiewnym, wileńskim akcentem zapytał: "A co ty tu robisz?". Moja siostra odpowiedziała natychmiast rezolutnie: "Jesteśmy tu z tatusiem, Panie Marszałku!". Marszałek coś mruknął i powiedziawszy nam "do widzenia", oddalił się.
Gdy po powrocie do pensjonatu, w którym mieszkaliśmy, opowiedzieliśmy ojcu, wysoce rozradowani, że spotkaliśmy "Pana Marszałka", ojciec był ogromnie skonsternowany, a nawet chyba zaniepokojony. O ile wiem, zdarzenie to - na całe szczęście - nie przyniosło ani ojcu, ani nikomu z ochrony, żadnych przykrych następstw ani nie ściągnęło na nikogo gwałtownego wybuchu gniewu ze strony "nielegalnie" strzeżonego49.
Piłsudski jeździł jeszcze co roku latem do położonych na Wileńszczyźnie Pikieliszek. Dostał tam wraz z żoną dworek z kawałkiem ziemi. Również Wójcik w ramach osadnictwa wojskowego otrzymał po sąsiedzku z Marszałkiem ziemię o powierzchni przeszło jedenastu hektarów, co Zbigniew Wójcik wspominał:
Piłsudscy musieli mieć sąsiada, a Piłsudski wolał mieć Wójcika, bo już wiedział, kto jest, że zły nie był i że na niego może liczyć. A jak Piłsudski powiedział, że dajcie Wójcikowi, to causa finita50, i koniec51.
Brakuje jednak informacji, czy Wójcik jeździł do Pikieliszek służbowo oraz czy bywała tam jego rodzina. Według wspomnień jego syna położona nad jeziorem ziemia była w tym czasie - z braku środków do wzniesienia domku letniskowego - oddana w dzierżawę52.
Kontakty Zbigniewa Wójcika z Marszałkiem Piłsudskim miały też czasem znacznie swobodniejszy charakter, jak wówczas, gdy wraz z siostrą zaproszono go do Belwederu na kolację. Dzieci Piłsudskich i Wójcików siedziały z marszałkową, ale na chwilę dołączył do nich niespodziewanie sam Marszałek:
W czasie jednej z tych kolacji, które przygotowała dla nas pani Marszałkowa Aleksandra Piłsudska, zjawił się ojciec Wandy i Jagody. Zjadł z nami kolację, był w bardzo dobrym humorze, rozmawiał z nami, opowiadał wiele ciekawych rzeczy. Po skończeniu posiłku pożegnał się z nami i - nie zapomnę - odchodząc od stołu, dygnął pięknie nogą, tak jak to w tamtych czasach robiły grzeczne dziewczynki. Ja natomiast byłem zażenowany i zdziwiony. Jak to! Marszałek zachowuje się jak dziewczynka!53.
Zachowanie Piłsudskiego wzbudziło ogromne zdziwienie małego Zbigniewa. Jak wspominał po latach: "naprawdę ze dwie godziny byłem chory, zanim zrozumiałem, że ostatecznie można jakoś to przeboleć"54.
Wyjaśnieniem takiego zachowania może być to, że Piłsudski "naprawdę lubił z dziećmi żartować, bawić się, wczuwać się w ich świat"55. Zbigniew Wójcik wspominał, że Piłsudski "zwłaszcza z dziećmi potrafił zagadać, czasami zdawałoby się człowiek tak wielki w tym wieku z takim małym o czym będzie rozmawiać, ale coś takiego powiedział, że zainteresowało takiego małego obywatela"56. Potwierdziła to Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska, stwierdzając, że jej ojciec "bardzo lubił dzieci, miał świetny kontakt z dziećmi, ogromnie lubił żartować, bawić się"57.
Jedną z takich sytuacji, zasłyszanych od Zbigniewa Wójcika, opisał historyk Jerzy Kirszak:
Profesor Zbigniew Wójcik powiedział mi jedną ważną rzecz kiedyś, że jest chyba jedynym człowiekiem, który zdzielił kiedyś Marszałka i uszło mu to bezkarnie. Było to wtedy, gdy w Belwederze razem z córkami Marszałka rzucali się poduszkami, zgasło światło, ktoś wszedł, włączył światło i dostał poduszką w głowę od małego Zbysia Wójcika. I był to Józef Piłsudski58.
Z kolei według relacji Jana Józefa Kasprzyka, szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, Zbigniew Wójcik wspominał, że Piłsudski częstował go herbatą, którą przynosili Marszałkowi ordynansi59.
Jako dziecko Zbigniew bywał również w Belwederze na seansach filmowych, które organizowano z myślą o zapewnieniu rozrywki Marszałkowi. Uczestniczyli w nich najbliżsi Piłsudskiego oraz "osoby w różnym wieku z kręgu tzw. "domowników"", choć bardziej - jak wspominał - interesowała go wówczas "treść filmu, nie zaś osoby obecne na seansie"60. Projekcje odbywały się zazwyczaj w zimowej porze i organizowano je w Sali Pompejańskiej, czyli największej na tamten czas z belwederskich sal. Piłsudski - jak wspominała młodsza córka - "lubił się bardzo głośno śmiać na tych filmach, więc mieliśmy na ogół takie zabawne, takie wesołe [seanse]". Najczęściej odtwarzano tam zatem filmy, w których przeważały muzyka i śpiew, często były to komedie, ale i kreskówki Walta Disneya61. Sam Zbigniew Wójcik szczególnie lubił wówczas jednak westerny i filmy historyczne62.
Przyjaźń z córkami Marszałka Piłsudskiego
Tak jak Marszałek Piłsudski i jego żona zapałali sympatią do chroniącego ich bezpieczeństwo Walentego Wójcika, tak Wanda i Jadwiga Piłsudskie zaprzyjaźniły się z Haliną Wójcikówną i Zbigniewem Wójcikiem. Wszyscy byli niemal w jednym wieku, urodzili się bowiem odpowiednio w 1918 i 1920 oraz w 1919 i 1922 r. Ta znajomość - niknąca w odmętach ich pamięci - datowała się na połowę lat dwudziestych, czyli na okres politycznej emigracji Marszałka do Sulejówka i przydzielenia do ochrony jego osoby Walentego Wójcika. Dzieci znały się więc niemal od pierwszych lat życia, razem dorastały, bawiły się i z biegiem czasu również uczyły - w Sulejówku i w Belwederze. Zbigniew Wójcik wspominał, że "znajomość z córkami Marszałka zaczęła się w 1927 r. w Sulejówku, a jeszcze dokładniej w... piaskownicy". Pisał jednak o sobie, więc niewykluczone, że dziewczynki poznały się wcześniej63. Bardziej zażyła była znajomość między córkami Marszałka i córką wachmistrza, co zauważył nawet Mieczysław Lepecki, jeden z adiutantów Marszałka, który w swym pamiętniku zapisał, że "panny Piłsudskie bardzo się z panną Wójcikówną zaprzyjaźniły, zachowując tę przyjaźń również poza murami szkolnymi"64.
Wzmianka o szkole nie była przypadkowa, ponieważ dziewczęta uczyły się najpierw w szkole w Belwederze, prowadzonej tam przez Stowarzyszenie "Rodzina Wojskowa", a następnie przez kilka lat w Gimnazjum Wandy z Posseltów-Szachtmajerowej65. Halina Wójcikówna wspominała wspólne podróże belwederskim samochodem do szkoły w towarzystwie marszałkowej Piłsudskiej:
Wysiadamy przed szkołą, [Marszałkowa] żegna, życzy dobrych stopni, a po drodze jeszcze ostatnia rozmowa o lekcjach, ostatnie rady. I nigdy przestróg w rodzaju uważajcie!, pamiętajcie!, bądźcie grzeczne! Przestróg, tych typowo rodzicielskich przestróg, pani Marszałkowa nam nie udzielała [...] stworzyłyśmy sobie jeden świat, bo świat dziewczęcy, świat szkolnej przyjaźni, świat trzech koleżanek66.
Z kolei Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska wspominając po latach wspólne zabawy w dzieciństwie, powiedziała, że Halina "jeździła z nami do szkoły, przychodziła bardzo często bawić się z nami, bo to było bliskie sąsiedztwo". Stwierdziła również, że "wspaniale bawiłyśmy się we trzy"67.
Natomiast chłopiec, i to jeszcze młodszy, trzymany był na dystans. Jadwiga wspominała wręcz, że "młodszego brata Halinki, Zbyszka, odpędzałyśmy od siebie, bo był za mały"68. W 1997 r., podczas wspólnego wywiadu radiowego, pytanie dziennikarki Hanny Marii Gizy, jak Wójcik traktował obie dziewczynki, wywołało między gośćmi pełną życzliwości i śmiechu rozmowę:
Zbigniew Wójcik: Proszę Pani, ważniejsze jest, jak one mnie traktowały!
Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska: No właśnie, to jest słuszne spostrzeżenie.
ZW: Strasznie.
JP-J: Mówi, że mówiłyśmy, że on jest za mały, żeby się z nim bawić. Ja tego nie pamiętam. Do winy się nie poczuwam, ale [on] się czuje najwyraźniej pokrzywdzony.
ZW: Zawsze one szły razem, a ja ze dwa metry z tyłu. I w ogóle mnie tak traktowały, no owszem, nie mogę powiedzieć, przyjaźnie i tak dalej, ale...69
Przy innej okazji opisał to następująco:
Moja siostra Halina bardzo się przyjaźniła z Wandą i Jagodą Piłsudskimi, i niemal codziennie bywała w Belwederze. Ja jako chłopiec bywałem przez nie traktowany dość lekko, mimo to często brałem udział w ich zabawach, a nawet od czasu do czasu zapraszały mnie na podwieczorek czy kolację70.
Wszystkie dzieci z najbliższego otoczenia Piłsudskiego bawiły się w parku rozciągającym się za Belwederem, który był wówczas prywatnym zakątkiem zieleni przynależnym tylko mieszkańcom tego pałacu, a dziś jest ogólnodostępną częścią Łazienek Królewskich. Halina Wójcikówna wspominała:
Od strony Łazienek, u stóp skarpy belwederskiej, była mała sadzawka. Ot, małe żabie oczko. Tam - zimą - miałyśmy swoją ślizgawkę, nawet z muzyczką. Pani Marszałkowa szła razem z nami, siadała w coś, co nazwałabym fotelem na płozach, bo nie były to sanki klasyczne. I dalejże! Hulaj dusza! Pamiętam doskonale te pierwsze nasze kroki łyżwiarskie. Trudne i nieporadne, ale jakże radosne. My we trzy popychałyśmy za poręcze ten fotel na płozach z panią Marszałkową, oczywiście przewracałyśmy się specjalnie - jak to na ślizgawce, obrzucałyśmy się śnieżkami - i panią Marszałkową również. Dalej chyba nie muszę opowiadać, dla dzieci nie ma lepszej zabawy niż ślizgawka71.
Jej brat biorący udział w tych wspólnych zabawach zapamiętał, że czasami dołączał do nich również gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski, dawny adiutant Piłsudskiego, który "schodził [ze skarpy belwederskiej], jeździł z nami, opowiadał historie"72. Zapewne Zbigniew Wójcik jeździł wówczas na sankach, które dostał w 1931 r. na Gwiazdkę od darzących go sympatią ówczesnego premiera Aleksandra Prystora i jego żony73.
Natomiast do letnich rozrywek należały tenis, "piłeczka" oraz wycieczki, a w Sulejówku także krokiet74. Halina Wójcikówna zapamiętała:
Nie rozgrywałyśmy meczów o mistrzostwa świata. Grywałyśmy dla przyjemności i dla zdrowia. Miałyśmy w Sulejówku sprzęt - pamiętam - stały nawet jakieś bramki. Chyba grywałyśmy między grządkami pani Marszałkowej, bo poza teren "Milusina" żadna z nas nie wychodziła75.
Należy podkreślić, że wszystkie dzieci traktowane tam były tak samo. Córki Piłsudskich nie tworzyły bowiem bariery, która zdawałaby się naturalna z racji pozycji ich ojca, mimo że w gronie bawiących się były zarówno dzieci wojskowych, jak i pracowników najniższego szczebla. Wspominał to Zbigniew Wójcik:
Nigdy nie odnosiłem się do nich z jakimś dystansem, że to przecież są marszałkówny, córki pierwszej osoby w państwie! Pośród dzieci oficerów, podoficerów, woźnych i cywilnych pracowników, które tam w Sulejówku wówczas mieszkały, nie wymagały specjalnego traktowania czy wyróżniania. To były nasze, takie same jak my wszyscy, rówieśnice z tego samego wspólnego podwórka76.
Takie traktowanie sprawiło, że mógł po latach powiedzieć, że córki Józefa Piłsudskiego to jego "serdeczne koleżanki"77.
Śmierć Józefa Piłsudskiego
Zbigniew Wójcik przedostatni raz widział Marszałka 11 listopada 1934 r. na defiladzie, która odbywała się na warszawskim Polu Mokotowskim. Wspominał, że "wyglądał już źle, a w czasie defilady musiano mu podać krzesło na trybunę, gdyż dłużej nie mógł już stać"78.
Natomiast ostatni raz miał okazję zobaczyć go wiosną 1935 r. w Sulejówku, gdy "choroba zniszczyła go już bardzo wyraźnie"79.
I choć jego ochroniarze z Walentym Wójcikiem na czele powinni byli mieć świadomość nadchodzącego końca życia Józefa Piłsudskiego, to jednak, jak wynika z pamiętnika Lepeckiego, niemal do końca nie dopuszczali do siebie tej myśli. 20 kwietnia 1935 r., czyli niespełna miesiąc przed śmiercią Marszałka, zanotował on, że "w ich głowach, być może, nie świtała jeszcze myśl smutna, ale wierne serca biły już niespokojnie", a jako ludzie mu oddani bardzo przeżywali tę sytuację80.
Jego zgon był ciosem nie tylko dla najbliższych, ale również dla szerokich rzesz społeczeństwa. Boleśnie dotknął również Walentego Wójcika i jego rodzinę. Zbigniew stwierdził wręcz po latach: "ogromnie przeżyłem jako młody chłopiec wiadomość o śmierci Marszałka"81. Tak wspominał ten dzień:
Niedziela 12 maja 1935 roku była dniem ciepłym i słonecznym. Wraz z rodzicami i siostrą wcześnie rano pojechaliśmy do Sulejówka, by spędzić dzień świąteczny w tej pięknej, wówczas jeszcze bardzo zalesionej podwarszawskiej miejscowości, gdzie od kilku lat mieliśmy własny dom. Powrót pociągiem do Warszawy przewidziany był na późny wieczór.
Zapamiętałem, że ojciec był jakiś niespokojny, a bezpośrednio po obiedzie powiedział, że musimy wracać do Warszawy, gdyż przypomniał sobie, iż ma coś do załatwienia w Belwederze82.
Po powrocie do Warszawy ojciec udał się do Belwederu, gdzie Marszałek zmarł tego samego dnia o godz. 20.45. Krótko potem był w domu, aby osobiście przekazać rodzinie tę smutną wieść. Jego syn pisał później:
I wreszcie ostatnie wspomnienie, maj 1935 roku. Do końca życia nie zapomnę tego momentu, gdy w niedzielę 12 maja 1935 roku kilka minut po godzinie 9 wieczorem przyszedł z Belwederu do domu mój ojciec i powiedział stłumionym głosem: "Marszałek umarł". Rodzina moja odczuła śmierć tę jak śmierć najbliższej osoby - ojca czy dziadka, płakaliśmy wszyscy, tak jak po kimś z najbliższej rodziny, a nie po człowieku, jeśli chodzi o więzy krwi, przecież obcym, potężnym, zdawało się niedostępnym dla szarych ludzi83.
Zbigniew Wójcik z okien swojego mieszkania mógł obserwować rozgrywające się później przed Belwederem wydarzenia. Wziął też udział w warszawskiej części pogrzebu:
O ile dobrze pamiętam, Radio podało wiadomość o śmierci Piłsudskiego około godziny 10 wieczorem. Już po pół godzinie od podania komunikatu zaczęły się gromadzić tłumy ludzi przed Belwederem. Był to odruch absolutnie spontaniczny. Przez kilka następnych dni, zanim trumnę ze zwłokami Marszałka przewieziono do Krakowa, Warszawa zmieniła zupełnie swój wygląd zewnętrzny, zmieniła się zupełnie atmosfera w stolicy. Każdego, kto przeżywał wówczas te dni, uderzała przede wszystkim powszechna, absolutna, szczera żałoba, która ogarnęła wszystkich ludzi, nawet bardzo wielu jego przeciwników politycznych.
W mojej chłopięcej pamięci pozostanie na zawsze wspaniała rewia przed trumną Marszałka stojącą na lawecie na Polu Mokotowskim, którą poprowadził po raz ostatni przed swoim Komendantem gen. Gustaw Orlicz-Dreszer. Nigdy tej rewii nie zapomnę, jak również tej nagłej, niespodziewanej krótkotrwałej burzy z kilkoma piorunami w tym przepięknym, ciepłym, majowym dniu. A potem żałobny pociąg zdążający do Krakowa, gdzie w grobach królewskich miała zostać złożona trumna Marszałka. I ta wzruszająca reakcja tłumów, zwłaszcza w Kielcach, które żegnały Zmarłego w ostatniej drodze. A potem wielki, manifestacyjny, iście królewski pogrzeb w Krakowie. Ja w Krakowie nie byłem, ale pojechali tam owym żałobnym pociągiem ojciec i siostra. Ojciec należał do honorowej asysty wojskowej, która towarzyszyła trumnie Marszałka w czasie przemarszu żałobnego konduktu ulicami Krakowa84.
Żałobna atmosfera zapanowała także w jego szkole, czyli w I Państwowym Liceum i Gimnazjum im. Stefana Batorego:
Pamiętam też reakcję szkoły na śmierć Piłsudskiego. Byłem wówczas uczniem I klasy Gimnazjum Stefana Batorego w Warszawie. Mnie i większość moich kolegów śmierć ta dotknęła głęboko. Nawet ci koledzy, którzy pochodzili z rodzin zdecydowanie antypiłsudczykowskich, zachowali się, z małymi wyjątkami, bardzo godnie, tak zresztą, jak olbrzymia większość dorosłego społeczeństwa, w tym również zdecydowani przeciwnicy Józefa Piłsudskiego85.
Zbigniew Wójcik dodał ponadto, że jego ojciec wprowadził do Belwederu bez kolejki grupę kilku nauczycieli z gimnazjum Batorego, co odbiło się pozytywnie na sytuacji jego samego - wzrosły jego notowania w szkole86.
Po śmierci Marszałka Piłsudskiego życie Walentego Wójcika i jego rodziny musiało się zmienić, ponieważ zabrakło osoby odgrywającej znaczącą rolę w ich życiu. Czas jednak pokazał, iż te zmiany nie były dla nich aż tak znaczne, ponieważ Wójcik przez kolejne lata pracował jako intendent w powstałym na przełomie lat 1935 i 1936 Muzeum Józefa Piłsudskiego w Belwederze. Dzięki temu dalej służbowo zaangażowany był w sprawy związane z Marszałkiem i nie musiał wyprowadzać się z budynku przy ul. Belwederskiej. W muzeum współpracował wówczas przede wszystkim z dyrektorem ppłk. Adamem Borkiewiczem87, kustoszem Józefem Klussem i kancelistką Wandą Gertz88, a wspomnienia o kontaktach z tymi osobami zachowały się także w pamięci Zbigniewa Wójcika.
Wśród najbliższej rodziny
Znacznie więcej wiadomo o życiu rodzinnym Wójcików w okresie pomajowym. Urlopy wypoczynkowe były okazją do wspólnych wyjazdów w góry do Bukowiny Tatrzańskiej czy Rabki, którą odwiedzili w 1931 i 1932 r., oraz nad morze do Jastarni, gdzie zatrzymywali się w pokojach wynajmowanych u rybaków89.
Stałym kierunkiem były też miejsca związane z ich krewnymi. W pierwszych latach po przewrocie majowym wyjazdy takie odbyły się na przykład w ramach trzydniowych okolicznościowych urlopów w czerwcu 1926 r. do Kalisza i w okresie od 8 do 10 września 1928 r. do Radomska. Kilka razy byli też w Częstochowie, gdzie mieszkała Walentyna Spaczyńska, siostra Stanisławy Wójcikowej. Jeden z pobytów przypadł na 1933 r. i był połączony z wizytą na Jasnej Górze90. Zbigniew Wójcik po latach wspominał odwiedziny u swojej matki chrzestnej:
Nigdy nie zapomnę Bożego Narodzenia 1933 roku, gdy wraz z Rodzicami po raz pierwszy w życiu byłem przy odsłonięciu Cudownego Obrazu, a potem na kolanach obszedłem ołtarz91.
Ich pobyt w Częstochowie zapamiętała także Barbara z Kaszkiewiczów Jaworowska, siostrzenica Stanisławy Wójcikowej. Po latach wspominała, że mały Zbigniew i ich kuzyn Ryszard Spaczyński przebrali się wtedy w prześcieradła za duchy i straszyli swoją rodzinę92.
Wójcikowie jeździli także do Kurnosa, gdzie mieszkała inna siostra Stanisławy Wójcikowej - Helena Iwińska, do Trzebiec do matki Walentego i jego siostry Feliksy Nowackiej93 oraz sąsiednich Wielgomłyn, gdzie mieszkał jego brat Jan Wójcik. Ich pobyty u rodziny z obu stron trwały zazwyczaj dwa, trzy tygodnie, choć do Trzebiec - jak powiedział Zbigniew Wójcik - "prawie nie jeździliśmy, bo nie było warunków lokalowych, nie było wygodnie". Dodał też, że "Trzebce były dość biedne". Jak zapamiętał, był tam pięć albo sześć razy w ciągu swojego życia, a u swojego stryja Jana Wójcika w Wielgomłynach gościł "więcej niż jeden raz, ale znowu nie tak dużo"94.
Jedna z wizyt w Wielgomłynach - zapewne latem 1938 r. - miała odmienny przebieg, ponieważ Wójcik, przebywający tam na urlopie tylko z dziećmi, przyjął zaproszenie miejscowego proboszcza ks. Ignacego Lubeckiego i nocował na wielgomłyńskiej plebanii. Ksiądz przyjął ich - według wspomnień Zbigniewa Wójcika - bardzo serdecznie i gościnnie. Z tą wizytą wiąże się pewien zabawny epizod z kościoła w Wielgomłynach, który wspominał syn wachmistrza:
Przyjechaliśmy do księdza Lubeckiego na jego zaproszenie i w kościele jesteśmy rano. Msza i zbiera się datki na tacę. Jak ksiądz podszedł do Wójcika, to całe Wielgomłyny tak [się patrzą], ile ten Wójcik położy. Ja tylko tak zerknąłem - wszyscy nie na ołtarz, nie na księdza, tylko na tę tacę [się patrzyli]95.
To również wtedy ks. Ignacy Lubecki zabrał Wójcików na odpust do sąsiedniej parafii:
Akurat jak żeśmy byli u księdza Lubeckiego, wtedy co on nas zaprosił, to w sąsiedniej parafii, tylko już zapomniałem, jakiej, chyba właśnie Kluki, nie pamiętam, nie wiem, mniejsza z tym. Maluszyn? Nie, mniejsza z tym. Był odpust i tamtejszy proboszcz zaprosił kolegów proboszczów z sąsiednich parafii. Jak się dowiedział od księdza Lubeckiego, że ma gości, to oczywiście z gośćmi. Mamy nie było, bo była w Truskawcu, bo leczyła wątrobę. Ale Haliny nie wpuścili, bo tylko sami księża byli na tym obiedzie. Znaczy ojciec był i ja z nim byłem. Sami mężczyźni. A Halina została u wujka Jana w Wielgomłynach, ale mniejsza z tym. I zaczęli podawać jedzenie, to nie zełgam ani słowa, jak powiem, że przed każdym stanęła mała kaczka. Nie kurczak, tylko kaczka. Oczywiście myśmy z ojcem - pyszne było - spróbowali!96.
Podczas takich wczasowych wyjazdów Walenty Wójcik odpoczywał, spacerował po lesie i odwiedzał krewnych oraz znajomych, a jego dzieciom ten czas upływał na beztroskich zabawach z kuzynostwem. Tam też, w rodzinnych stronach Walentego i Stanisławy Wójcików, spędzili zapewne ostatni wspólny urlop, który trwał od 18 lipca do 2 sierpnia 1939 r. Później wybuchła wojna, która diametralnie zmieniła ich życie97.
Patriotyczne wychowanie
Niewątpliwie Wójcikowie byli patriotyczną rodziną, która wyznawane przez siebie wartości zaszczepiała swoim dzieciom. Zbigniew wzorował się na ojcu i to z domu wyniósł umiłowanie ojczyzny. Dodatkowo na jego życiową postawę przemożny wpływ miał osobisty kontakt z Marszałkiem Piłsudskim, którego często widywał w tych pomajowych latach98.
Zdarzało się, że syn wachmistrza sam starał się doprowadzić do spotkania z Józefem Piłsudskim, dlatego wyczekiwał go przed swoim domem. Zazwyczaj było tak, gdy Marszałek wychodził z Belwederu do GISZ-u. Wójcik zakładał na tę okazję "ułańską czapkę z czasów Księstwa Warszawskiego, szabelkę i taki pół mundurek"99, które dostał od rodziców na imieniny. Tak było ok. 1928 r., gdy spotkawszy Marszałka w takim właśnie przebraniu, miał nawet okazję z nim porozmawiać:
Bardzo często widywałem Marszałka, gdy codziennie, mniej więcej między godz. 10[.00] a 11[.00] przed południem szedł z Belwederu do Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych (GISZ). Mieszkałem wówczas z rodzicami w narożnym domu przy zbiegu ulic Klonowej i Belwederskiej (adres Belwederska 55). Dostałem na któreś imieniny czapkę ułańską z czasów Księstwa Warszawskiego i do tego piękną szabelkę. Tak ubrany wychodziłem około godziny 10 rano (do szkoły jeszcze nie chodziłem, a "edukację" przedszkolną zakończyłem w roku 1928) na ul. Belwederską i czekałem na moment, kiedy marszałek Piłsudski będzie wychodził do GISZ-u. Gdy przechodził koło mnie, stawałem na baczność i salutowałem. Marszałek zawsze odsalutował, a kilka razy nawet coś zagadnął. Raz spytał mnie, i dobrze to zapamiętałem, czy wiem, z jakich czasów pochodzi moja piękna czapka ułańska. O Księstwie Warszawskim nic jeszcze wówczas nie wiedziałem, ale na pytanie odpowiedziałem bez wahania: "Z czasów księcia Józefa, Panie Marszałku". Odpowiedź ta zadowoliła Marszałka, bo uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu.
Byłem ogromnie dumny, że scenę tę widział mój ojciec, idący kilka kroków za Marszałkiem100.
Zbigniew Wójcik wiedział, z jakiego okresu pochodziło czako, ponieważ w ich domu wisiały duże portrety wybitnych postaci zasłużonych dla Polski - Tadeusza Kościuszki, Jana Henryka Dąbrowskiego i właśnie ks. Józefa Poniatowskiego. Wisiał tam też oczywiście portret Marszałka101.
Ponadto - jak wspominał - ojciec zabierał go zawsze na defiladę organizowaną z okazji 11 listopada. Opisane przez niego okoliczności wskazują jednak, że chodzi o okres już po śmierci Józefa Piłsudskiego:
Co roku chodziłem z ojcem na defiladę 11 listopada, którą w Alejach Ujazdowskich, mniej więcej nad dzisiejszą trasą Łazienkowską, przyjmował Śmigły-Rydz. W moich oczach sylwetka Naczelnego Wodza odbierającego defiladę wyglądała zawsze imponująco, i nie tylko, również bardzo sympatycznie. Byłem dumny, że tego człowieka znałem, widywałem go bardzo często i że rozmawiał ze mną wiele razy. Miałem mieszane uczucia, gdy w 1938 roku w czasie kryzysu polsko-litewskiego widziałem w Alejach Ujazdowskich przed gmachem GISZ-u tłumy, które krzyczały: "Wodzu, prowadź nas na Kowno!". Skłamałbym, gdybym twierdził, że byłem innego zdania niż te wiwatujące tłumy. Sądzę, że mój wiek (miałem wówczas niecałe 16 lat) nie był jedynym wyjaśnieniem takiego stanowiska. Myślałbym tak samo, gdybym miał 26, 36 czy więcej lat. Natomiast na pewno ogarnął mnie wówczas jakiś niepokój, którego przyczyny zupełnie nie znałem. Uczucie to spotęgowało się, gdy stałem się świadkiem zajść antysemickich, spowodowanych przez część uczestników wiecu, zaraz po zakończeniu demonstracji pod GISZ-em102.
Wzmiankowany niepokój spowodowany antysemickimi zajściami wynikał również z wychowania w rodzinnym domu. Po latach syn Zbigniewa Wójcika przytoczył bowiem zasłyszaną od niego historię z międzywojnia, gdy podczas spaceru z ojcem po Warszawie był świadkiem prześladowania Żyda. Walenty Wójcik stanął wówczas w jego obronie, grożąc - w celu osiągnięcia pożądanego efektu - użyciem broni antysemickiemu napastnikowi103.
Zbigniew Wójcik ze względu na powyższe przymioty bardzo wysoko cenił ojca. Po latach powiedział wręcz: "jak mnie ktoś spyta, kogo najbardziej w życiu jako dziecko kochałem, to ojca"104. Imponowała mu nie tylko jego patriotyczna postawa, wojenne zasługi i służba pełniona przy Marszałku Piłsudskim, ale także życiowa zaradność, umiejętność oceny sytuacji i wrodzona inteligencja. Ojciec był dla niego nie tylko nauczycielem patriotyzmu, ale także strzelania z wiatrówki do tarczy, które ćwiczyli w parku Belwederskim, czy pływania. To również on - jak po latach wspominał Zbigniew Wójcik - "właściwie pierwszy mnie zachęcił" do Sienkiewiczowskiej "Trylogii", której tematyka później tak bardzo zaważyła na jego życiu105. Ojciec bez wątpienia był dla niego o wiele bliższy niż matka, o czym pisał osiem lat po jego śmierci:
Kochałem ojca ogromnie - był to wyjątkowo dobry, szlachetny i kryształowo uczciwy człowiek. Kocham matkę ogromnie, bo okazała mi tyle w życiu serca i pomocy, że nigdy Jej się chyba za to nie wywdzięczę, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie dorównywała ojcu pod względem dobroci106.
Wychowywanie dzieci w patriotycznej atmosferze poprzez zabieranie ich na państwowe uroczystości, szycie im historycznych strojów, kupowanie portretów bohaterów narodowych czy też bycie dobrym wzorcem postępowania dało owoce w latach późniejszych, przede wszystkim w okresie II wojny światowej i komunizmu.
Przedszkole i szkoła "Rodziny Wojskowej"
Na postawę życiową Zbigniewa Wójcika miały wpływ nie tylko wychowanie w rodzinnym domu i bezpośredni kontakt z Marszałkiem Piłsudskim, ale także wychowanie przedszkolne i szkolne.
Początki jego edukacji - zarówno przedszkolnej, jak i szkolnej - wiążą się z ideą założenia organizacji skupiającej kobiety z rodzin wojskowych. Inicjatorem powołanego w 1925 r. Stowarzyszenia "Rodzina Wojskowa" był Marszałek Piłsudski, a honorowego przewodnictwa podjęła się jego małżonka. Do celów organizacji należało uświadomienie państwowe żon, matek, córek czy niezamężnych sióstr żołnierzy Wojska Polskiego i przygotowanie ich na czas wojny. Jednym z działań podejmowanych przez członkinie "Rodziny Wojskowej" było zakładanie przedszkoli i szkół w miejscowościach z garnizonami wojskowymi107.
Jedna z takich placówek już w 1926 r. została otwarta w Belwederze. Mimo że przedszkole (i zapewne od razu pierwsza klasa szkoły powszechnej) powstało w Belwederze z myślą o młodszej córce Piłsudskich, która często wówczas zapadała na zdrowiu, to placówki te były też dostępne dla dzieci, których rodzice służyli przy Marszałku oraz mieszkających w sąsiedztwie. W wyniku dość łatwego dostępu do tamtejszych placówek odbywał się "wyścig matek, aby dostać się do tego przedszkola belwederskiego"108. Nie zmienia to jednak faktu, że przedszkole i szkoła mieszczące się w siedzibie Marszałka były elitarne, gdyż uczęszczały do nich dzieci, których nazwiska znamy z kart podręczników i książek109.
Do belwederskiego przedszkola przez półtora roku w latach 1927-1928110 chodził także Zbigniew Wójcik. Była to pierwsza grupa zorganizowana w ramach działalności Stowarzyszenia "Rodzina Wojskowa", dlatego znalazły się w niej dzieci w różnym wieku, m.in. młodsza córka Marszałka Piłsudskiego - Jadwiga, córka gen. Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego - Zuzanna, córka lekarza Marszałka Stefana Mozołowskiego - Hanna, syn polityka Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Tadeusza Hołówki - Stefan, syn gen. Stanisława Roupperta - Bolesław, jak również Halina Stetkowska, Wanda Żuromska, Andrzej Chrzanowski, Jerzy Laskowski, Stefan Maruszewski, Stefan Rakowski, Adam Szostak, Bronisław Wirski, Andrzej Wrotnowski i Andrzej Żwirko. Dzieci zapewne już wtedy były wyróżnione strojem: przedszkolaki nosiły białe fartuszki z kolorowymi lamówkami, a uczniowie - granatowe fartuszki z białymi kołnierzami i berety z metalowym emblematem szkoły "Rodziny Wojskowej"111.
Grupą opiekowała się Kazimiera Lenkszewicz, według której w przedszkolu "panowała bardzo rodzinna atmosfera", ponieważ "wszystkie dzieci i ich rodzice znali się od dawna". Zajęcia trwały pięć godzin dziennie i odbywały się przy czterech kwadratowych stołach w wyznaczonej do tego sali w południowym (prawym) skrzydle Belwederu, a w cieplejsze dni - na przypałacowym tarasie bądź w rozciągającym się wokół pałacu parku. Zabawy w niedostępnym dla osób postronnych parku Belwederskim, sięgającym wówczas aż po Aleję Chińską w Łazienkach Królewskich, były pewnym przywilejem dzieci z tych warszawskich placówek. Mogły tam bawić się, spacerować, pływać łódką po stawie, a zimą jeździć na łyżwach i zjeżdżać z okolicznych górek112.
Nauka w przedszkolu prowadzonym przez Stowarzyszenie "Rodzina Wojskowa" była okazją do spotkań z Marszałkiem Piłsudskim. Jedno z nich odbyło się 19 marca 1927 r., gdy grupa przedszkolna pod opieką Kazimiery Lenkszewicz przywitała go w jego belwederskiej sypialni zaraz po przebudzeniu i jako pierwsza złożyła mu wówczas życzenia imieninowe. Dzieci poprzebierane były w stroje z bibułki, ludowe i góralskie, ale również w mundury uszyte na ich rozmiar.
Opiekująca się belwederską grupą przedszkolanka wspominała:
Był chory, ale nie mógł sobie odmówić przyjemności widzenia dzieci. Przyjął naszą gromadkę w swoim apartamencie, leżąc w łóżku. Dzieci garnęły się do niego, deklamowały wiersze i śpiewały. Była i ulubiona piosenka o Kasztance, i druga, ze słowami - "Ani na nim mundur aksamitny, ani pas go zdobi lity, słucki! W szarej burce, lecz duchem błękitny, jedzie borem brygadier Piłsudski!". Wyraźnie wzruszony, dziękował za kwiaty i wykonane dziecięcymi rączkami prezenty113.
Zbigniew Wójcik miał na sobie mundur międzywojennego żołnierza, a Adam Szostak - mundur z XIX w. z szabelką114. Obu chłopcom przypadła w związku z tym zaszczytna rola pełnienia warty przy łóżku, co pierwszy z nich po latach wspominał następująco:
W dniu 19 marca 1928 roku [sic!] przedszkole prowadzone przez naszą panią Lenkszewicz złożyło dostojnemu solenizantowi życzenia imieninowe. Mnie przypadła w udziale "rola" ówczesnego żołnierza polskiego (miałem śliczny mundurek, czapkę i karabinek!), który "pełnił" wartę u boku jeszcze spoczywającego w łóżku Pana Marszałka. Z drugiej strony łóżka stał "na warcie" jeden z kolegów ubrany w mundurek ułański z czasów Księstwa Warszawskiego. Byłem szalenie dumny z tej mojej "służby wartowniczej"115.
Wizytę dzieci u Marszałka w dniu imienin w 1927 r. odnotowano ponadto na łamach ówczesnej prasy:
Przebieg dnia wczorajszego był następujący: O g[odz]. 10 rano zostały przyjęte przez p. Marszałka w górnych apartamentach kilkuletnie dzieci ze schronisk i ochronek oraz dzieci wojskowych, pozostające w przyjaźni z córeczkami p. Marszałka.
Blisko 200 dzieci zebrało się w pokojach p. Marszałka, gdzie odbyło się okolicznościowe przedstawienie. Część zebranej dziatwy odegrała sztuczkę pt. Sen o Polsce lub imieniny Józia, po czym zostały wygłoszone przez dzieci na cześć Marszałka okolicznościowe wierszyki.
Ogólną uwagę zwracał jeden z chłopczyków w pełnym umundurowaniu strzeleckim116.
Niewykluczone, że wspomnianym na końcu notki chłopcem był właśnie Zbigniew Wójcik. Warto jeszcze dodać, że podczas spotkania z Marszałkiem obecny był fotograf, który wykonał wówczas dwa zdjęcia publikowane następnie kilkukrotnie na łamach prasy117.
W pamięci Zbigniewa utkwiły też sytuacje, w których nieoczekiwanie dwukrotnie trafiał na kolana Marszałka Piłsudskiego:
W czasie jakiejś uroczystości w przedszkolu belwederskim, kiedy wokół dostojnego gościa znalazła się duża grupa dzieci, w pewnym momencie, nie pamiętam już, jak do tego doszło, znalazłem się na kolanach siedzącego Marszałka. Mimo iż przecież wówczas widywałem go dość często, zostałem zupełnie sparaliżowany i właściwie nie zdawałem sobie sprawy z niczego, co się wokół mnie działo. Być może zrobiono wówczas jakieś zdjęcie. Drugi raz znalazłem się na kolanach Marszałka przed "Milusinem" w Sulejówku. Wrażenie było już wtedy znacznie spokojniejsze, ale także pełne emocji118.
Z okresem pobytu w przedszkolu wiąże się też zabawny epizod, do którego doszło pod wpływem jego wuja Józefa Cyranowskiego, "człowieka o dużym poczuciu humoru". Po latach Zbigniew wspominał:
Otóż któregoś dnia zbuntował mnie przeciw przedszkolu, powiedział, że najwyższy czas, żebym zaczął poważną naukę, a nie bawił się ze smarkaczami. W tym celu powinienem zażądać od Pani, żeby wydała mi dyplom i powinienem natychmiast opuścić mury tej "uczelni". Wszystko to powtórzyłem p. Lenkszewicz, która zamiast wydania dyplomu poprosiła mamę, żeby do niej przyszła, a mój bunt przeciw "smarkaczom" zakończył się pełnym skruchy powrotem syna marnotrawnego do belwederskiego przedszkola119.
Z próby ominięcia tego przedszkolnego szczebla nauki nic zatem nie wyszło. Do Prywatnej Koedukacyjnej Szkoły Powszechnej "Rodziny Wojskowej" nr 6 mieszczącej się wówczas w pobliskim gmachu Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych Zbigniew Wójcik - wraz z koleżankami i kolegami z przedszkola120 - poszedł dopiero zgodnie z planem edukacji we wrześniu 1928 r.121.
Należy podkreślić, iż od uczniów tych wojskowych placówek szkolnych oczekiwano w większym stopniu niż w cywilnych odpowiedniego zachowania. Trafnie w swym opowiadaniu oddała to uczennica oddziału na Żoliborzu:
Miło jest maszerować parami przez ulicę. Przechodnie zatrzymują się, stają nieraz dorożki, taksówki, tramwaje. Wszyscy robią nam drogę.
- Dajcie przejść dzieciom! - wołają.
- To Szkoła "Rodziny Wojskowej".
- Słyszysz - mówi Lidka, dając kuksańca w bok Wieśkowi - zachowuj się grzecznie, bo tak jak teraz każdy wie, z jakiej jesteś szkoły, tak później w gimnazjum i w życiu, wszyscy będą ci wspominać, że jesteś wychowankiem "Szkoły Rodziny Wojskowej". Żebyś jej wstydu nie zrobił122.
Zbigniew Wójcik był dodatkowo oceniany przez pryzmat kontaktów z Belwederem, dlatego po jednej z bójek w szkole usłyszał od dyrektorki wyrzut: "Nie przypuszczałam, że chłopiec, który bawi się z dziećmi Pana Marszałka, tak się bije"123.
Przebywanie w pobliżu Belwederu pomagało mu też w szkole, na przykład w napisaniu zadanego wypracowania na temat "Co wiem o Marszałku Piłsudskim". Wspominał:
I ja wygrałem. Numer jeden, najlepiej napisał Zbyszek Wójcik. No bo to nauczyciel powie: co się dziwić, stale siedzisz w Belwederze, bawisz się z Wandą i Jagodą, to co miałbyś nie napisać124.
Wyjątkowym wydarzeniem w tym okresie była dla uczniów pierwsza komunia święta, która - zapewne podobnie jak w przypadku dzieci z poprzednich roczników z warszawskiej "Rodziny Wojskowej" - odbyła się w Łazienkach Królewskich w nieistniejącej już dziś kaplicy, która była przybudowana do zachodniego pawilonu Pałacu na Wyspie. Tradycją było także zapraszanie przez Aleksandrę Piłsudską matek i dzieci na śniadanie do Belwederu oraz wykonywanie na stopniach pałacu wspólnego pamiątkowego zdjęcia.
Janina Dunin-Wąsowiczowa, współpracowniczka marszałkowej w Sekcji Szkolnej i dyrektorka szkoły "Rodziny Wojskowej" na Żoliborzu, wspominała:
Był u nas w szkołach "Rodziny Wojskowej" taki zwyczaj, że 9-letnie dzieci z naszych szkół przystępowały do pierwszej spowiedzi i komunii. Spowiedź dzieci odbywała się w pobliskich kościołach, po prostu w tej parafii, w której znajdowały się szkoły. Komunia zaś uroczyście odbywała się w kaplicy łazienkowskiej. Dziatwa ubrana świątecznie zbierała się w parku... Po nabożeństwie i komunii dzieci parami, prowadzone przez nauczycielki, szły przez park Łazienkowski do Belwederu. Tam, w swoim jadalnym pokoju pani Piłsudska dawała dzieciom śniadanie... Była biała kawa czy kakao, drożdżowe ciastka, aby dzieci się najadły, gdyż przecież były na czczo. Były też konfitury. Specjalnie pamiętam wspaniałe konfitury z wielkich owoców agrestu. Potem jeszcze była zabawa w salonach belwederskich czy w parku, wspólna fotografia i dzieci szły do czekających na nie matek i do domu125.
Z kolei marszałkowa Piłsudska tak po latach odnotowała wspomnienie pierwszych komunii świętych uczniów ze szkół prowadzonych przez Stowarzyszenie "Rodzina Wojskowa":
Ogromny park Belwederski rozbrzmiewał szczebiotem dziecięcym. Bardzo często mąż wychodził do dzieci i rozmawiał z nimi. Zachowałam zawsze świeże i miłe wspomnienie z tego dorocznego święta126.
Komunia święta Zbigniewa Wójcika odbyła się prawdopodobnie 26 maja 1931 r., gdy rocznikowo miał dziewięć lat. Na łamach prasy opisała ją Janina Dunin-Wąsowiczowa:
Jak co roku, tak i teraz, najstarsze dzieci127 opuszczające szkołę przystępowały wspólnie do pierwszej komunii św.
Na zawsze w pamięci zostać musi ten dzień, kiedy pałacowa kaplica Łazienkowska, tonąca w światłach i zieleni, zgromadziła około 50 dzieci, a wielki ich przyjaciel ks. [Jan] Mauersberger natchnionymi słowy wiódł myśl i duszę do stóp tronu Boga.
A potem śniadanie u p. Marszałkowej. Jak ogromnym powodzeniem cieszyły się przysmaki, suto zastawione na wielkim stole, jak długo wesołymi głosami rozbrzmiewał pałac Belwederski i jego park cudowny...
Nawiązując do obchodzonego w tym czasie "Święta Matki", dzieci nasze zebrane wtedy w Belwederze, wysłały swoją delegację na Zamek. Tam przecież mają czcigodną Protektorkę, p. Prezydentową Mościcką, która dzieci "Rodziny Wojskowej" czule przygarnia do matczynego serca. Jak Matce więc, delegacja złożona z 6 dzieci i 3 opiekunek, złożyła p. Prezydentowej własnoręcznie przez dzieci wykonaną laurkę.
A dla swoich własnych mamuś było to było [sic!] przygotowań niemało. Wszystko w szkole pod kierunkiem pań nauczycielek: laurki, i robótki, i wiązanki kwiatów128.
W tym okresie równie ważne i wyjątkowe były także spotkania dzieci z weteranami spotkania styczniowego129.
Zbigniew Wójcik naukę w szkole "Rodziny Wojskowej" ukończył w 1934 r. z wynikiem bardzo dobrym. Tym samym zakończył się dla niego kolejny etap jego edukacji130.
I Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Stefana Batorego
Walenty i Stanisława Wójcikowie postarali się, aby ich dzieci chodziły do możliwie najlepszych szkół. Starsza Halina poszła więc razem z córkami Marszałka do Gimnazjum Wandy z Posseltów-Szachtmajerowej, żeńskiej szkoły cieszącej się dobrą opinią i i znanej z wysokiego poziomu nauczania. Opłaty za naukę były tam bardzo wysokie, dlatego Walenty Wójcik starał się o ulgi. Ostatecznie Halina po czterech latach przeniosła się do Państwowego Żeńskiego Gimnazjum im. Marii Konopnickiej, a następnie do Liceum Handlowego, które ukończyła w 1939 r.131.
Natomiast młodszy Zbigniew, po zdaniu egzaminu w czerwcu 1934 r., dostał się do położonego niedaleko od wojskowego kompleksu przy ul. Belwederskiej czteroletniego Państwowego Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie. Była to szkoła o wysokim poziomie nauczania przedmiotów ścisłych, która dzięki renomie cieszyła się zainteresowaniem wśród męskiej młodzieży z inteligenckich rodzin132.
Ówczesny dyrektor Wiktor Ambroziewicz preferował przyjmowanie uczniów z sąsiedztwa, nie wyłączając mieszkańców biedniejszego wówczas Powiśla. Opinia o tej placówce powodowała, że cieszyła się ona dużym zainteresowaniem i "kandydatów do szkoły im. Batorego było zawsze więcej niż wolnych miejsc"133. Dyrektor przy rekrutacji, starając się wybrać jak najzdolniejszych kandydatów, osobiście rozmawiał z nimi i z ich rodzicami134. Jeden z uczniów po latach wspominał:
Dyrektor Ambroziewicz zwracał dużą uwagę na staranny dobór uczniów do szkoły, którą prowadził. Normalnie po złożeniu przez rodziców podania o przyjęcie syna do Gimnazjum im. Stefana Batorego zwykle ojciec, czasem matka ucznia, wraz z samym kandydatem składali wizytę dyrektorowi. Podczas takiej wizyty dyrektor Ambroziewicz zapoznawał się z dotychczasowym przebiegiem nauki, sytuacją domową ucznia oraz z kilku zadanych pytań wyrabiał sobie pogląd o jego poziomie i inteligencji.
Była to wstępna eliminacja, która decydowała o dopuszczeniu kandydata do obowiązkowego egzaminu wstępnego. Ostateczna decyzja o przyjęciu ucznia do szkoły zależała od pomyślnego zdania tego egzaminu135.
Rozmowa i egzamin, podczas których należało "wykazać się umiejętnością samodzielnego myślenia, inteligencją i szybkością orientacji"136, były zatem dwustopniową rekrutacją, w której - jak wspominał Henryk Rostkowski, jeden z batoraków - "nie pomagały najwyższe protekcje, ordery ojców, łzy matek"137.
Wspomnienie Wójcika z 1963 r. wskazuje, iż również on odbył z ojcem takie spotkanie u dyrektora:
Przypomniał mi się, swoją drogą, mój konkursowy egzamin do gimnazjum Batorego, po którym dyr[ektor] Ambroziewicz tzw. [sic!] popularnie Foką złożył Ojcu gratulacje138.
Zbigniew Wójcik pomyślnie przeszedł także egzamin. Do gimnazjum uczęszczał w latach 1934-1938. Mieszkał niedaleko, dlatego dystans dzielący dom i szkołę zdarzało mu się pokonywać przez park Łazienkowski. Co ciekawe, w szkole obowiązywał wówczas eksperymentalny system, który zakładał m.in. pięciodniowy tydzień nauki z wolnymi od zajęć szkolnych czwartkami. Tego dnia uczniowie spędzali czas na śpiewach, zajęciach klasowych, zajęciach grupowych, wycieczkach i redagowaniu szkolnej gazetki, ale także na pracy społecznej m.in. na terenie Powiśla. W roku szkolnym 1936/1937, w związku ze zmianą na stanowisku dyrektora, eksperyment ten został zarzucony i odtąd czwartki także poświęcone były na naukę139. Szkoła była więc wyjątkowa pod wieloma względami, co dobrze oddała pisarka Barbara Wachowicz, charakteryzując I Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie:
Szkoła-legenda. Wzorowa, wzorcowa, eksperymentalna. Od roku 1924 rezydująca we wspaniałym, stylizowanym na barokowy pałac gmachu przy ul. Myśliwieckiej 6. Ogrody, korty, boiska, pływalnia, laboratoria, sale muzyczna i gimnastyczna, warsztaty, aula z renesansowym fryzem, jesionowe meble... Dobrany zespół pedagogów, najwybitniejszych z wybitnych. Wybrany zestaw uczniów, najlepszych z najlepszych140.
Po ukończeniu gimnazjum w czerwcu 1938 r. Zbigniew kontynuował naukę we wchodzącym w skład tego samego kompleksu szkolnego dwuletnim Państwowym Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie. Przejście na wyższy szczebel edukacji w 1938 r. odbyło się bez egzaminu, co wynikało - jak wspominał Wójcik - z osiągnięcia w gimnazjum bardzo dobrych wyników w nauce. W rzeczywistości najwyższe noty uzyskał tylko z zachowania, religii i historii. Z języka polskiego, łacińskiego i francuskiego, geografii, fizyki, chemii, matematyki, "ćwiczeń cielesnych" i nadobowiązkowego języka włoskiego otrzymał oceny dobre, a z zajęć praktycznych i również nadobowiązkowego rysunku - dostateczne. Najwidoczniej średnia ocen była jednak wystarczająca, aby być zwolnionym z egzaminu141.
Naukę w liceum rozpoczął we wrześniu 1938 r. Każdy kolejny rok szkolny w tamtym okresie inaugurowała w auli uroczysta msza św., podczas której ksiądz katecheta Wacław Kunert miał w zwyczaju mówić do uczniów:
I oto znowu, droga młodzieży, wracacie do szkoły, jak te pszczółki do ula, aby zdobywaną tu wiedzę przetwarzać na miód erudycji142.
W liceum Wójcik był uczniem klasy "b" o profilu matematyczno-fizycznym z językiem francuskim. Jej wychowawcą był nauczyciel matematyki Mieczysław Czyżykowski, zwany przez uczniów Czyżykiem143. Jeden z jego podopiecznych wspominał nauczyciela, podkreślając jego wielkie zdolności dydaktyczne:
Nasz wspaniały Czyżyk! W znakomity i niezrównany sposób, jasny, przystępny, zrozumiały wprowadzał nas w arkana matematyki. Uważał ją za naukę humanistyczną - pamiętam, jak zaczytywaliśmy się w zalecanych przezeń książkach Szczepana Jeleńskiego Lilavati i Śladami Pitagorasa144.
Zbigniew Wójcik, jak sam wspominał, był w gronie uczniów, którzy wiele wynieśli z lekcji Czyżykowskiego145.
Należy dodać, że nauczycielem historii Wójcika w Batorym był prawdopodobnie dr Marian Trojan146.
Do klasowych kolegów Zbigniewa zaliczali się m.in. Mustafa, syn płk. Dżangira Kazum-Beka, z którym siedział w jednej ławce (po latach, zwracając się do niego per "Kochany Musiu", przyznał, iż był jego "pierwszym przyjacielem"147), Jan - syn gen. Stanisława Kwaśniewskiego, Tadeusz - syn profesora geografii Gustawa Michała Wuttkego, a także Jerzy Bartoszewicz, Zbigniew Becker, Andrzej Bieliński, Jerzy Bregman, Włodzimierz Chrobak, Zbigniew Chwedczuk, Zygmunt Czerniakowski, Juliusz Decjusz, Michał Glinka, Wiesław Gutowski, Jerzy Hirschdoerfer, Romuald Jakubowski, Wojciech Jastrzębowski, Zbigniew Jaszczołt, Janusz Jirowiec, Jan Karcz, Witold Konewka (Semkowicz)148, Zbigniew Laskowski, Zbigniew Mroczkowski, Andrzej Olędzki, Ordyński, Andrzej Pomianowski, Zbigniew Prokopowicz, Jerzy Rutkowski, Wiesław Sadowski, Stanisław Sierosławski, Jerzy Smoła, Tadeusz Sokołowski, Jerzy Sierpiński, Zdzisław Szaber, Andrzej Świętorzecki, Andrzej Vincenz, Witold Zawadowski, Mirosław Zieliński i Stanisław Zienkiewicz149.
Wśród szkolnych znajomych Zbigniewa Wójcika znaleźli się natomiast: Jan i Wojciech - synowie prof. Bonawentury Lenarta, Tadeusz - syn ministra spraw wojskowych gen. Tadeusza Kasprzyckiego, Janusz - syn płk. Alojzego Gluth-Nowowiejskiego, Piotr - bratanek poety Antoniego Słonimskiego, jak również przyszły poeta Krzysztof Kamil Baczyński oraz późniejsi bohaterowie podziemnego harcerstwa - Tadeusz Zawadzki, Jan Bytnar i Maciej Aleksy Dawidowski150.
Szkoła w przedwojennym znaczeniu była placówką państwową i państwowotwórczą, a przy tym - w opinii historyka Krzysztofa Dunin-Wąsowicza - "o wyraźnym obliczu piłsudczykowskim"151. Zajęcia rozpoczynały się od odegrania na trąbce hejnału na melodię Bogurodzicy, po którym odmawiano modlitwę i odśpiewywano hymn szkolny. Potwierdził to jeden z uczniów I Państwowego Liceum i Gimnazjum im. Stefana Batorego, który wspominał, że "to była szkoła bardzo patriotyczna i elitarna". Inny dodał, że była wybitna i miała fantastycznych nauczycieli, znanych z doskonałego podejścia do uczniów152.
Wójcik dzięki swej inteligencji dał się tam wówczas poznać z bardzo dobrej strony, co znalazło potwierdzenie w liście jego klasowego kolegi Zbigniewa Beckera. W 1971 r., przy okazji gratulacji z powodu uzyskania tytułu profesora nadzwyczajnego, napisał: "zawsze byłeś "nadzwyczajny" - tyle że wówczas uczniem, a nie profesorem"153.
Czesne za naukę w tak renomowanej szkole, mimo że było niższe niż w szkołach prywatnych, stanowiło zapewne dla rodziny spore obciążenie finansowe. Prawdopodobnie tej sprawy dotyczyło pismo z sierpnia 1936 r., które Walenty Wójcik, uzyskując uprzednio poparcie swojego przełożonego z Muzeum Belwederskiego, wysłał do Kuratora Okręgu Szkolnego. Natomiast w kolejnym piśmie z 17 września 1936 r., tym razem wysłanym do dyrektora gimnazjum, Wójcik poprosił o obniżenie wpisowego równego zapewne półrocznemu czesnemu, które wynosiło 110 zł. Być może zaświadczenie z 8 września 1937 r. wydane przez jego ówczesnego przełożonego dla władz szkolnych, stwierdzające, że pozostawał w służbie czynnej, było w przyszłości przydatne do dopełniania formalności w szkole jego syna154.
Zbigniew Wójcik ukończył tylko pierwszą klasę Liceum im. Stefana Batorego. Po wakacjach w 1939 r. wybuchła wojna, która uniemożliwiła mu dalszą edukację w tej szkole.
Walenty Wójcik z żoną Stanisławą i córką Haliną w mieszkaniu przy ul. Bonifraterskiej 9, 29 grudnia 1919 r. (zbiory autora) Tablica 1. Drzewo genealogiczne przodków Walentego Wójcika Tablica 2. Drzewo genealogiczne przodków Stanisławy z Cyranowskich Wójcikowej Józef Piłsudski w czasie przewrotu majowego na moście Poniatowskiego. Walenty Wójcik pierwszy z prawej (zbiory autora) Gmach naprzeciwko Belwederu, w którym mieszkali Wójcikowie, 18 marca 1937 r. (NAC) Urzędowe potwierdzenie zameldowania Zbigniewa Wójcika w 1927 r. w kompleksie na rogu ul. Belwederskiej i Klonowej (Centralne Archiwum Wojskowe) Walenty i Stanisława Wójcikowie w swoim mieszkaniu na rogu ul. Belwederskiej i Klonowej, lata trzydzieste XX w. (zbiory Małgorzaty Winkler-Cieślak) Rodzina w Sulejówku. Po prawej: Zbigniew Wójcik (z przodu), obok jego siostra, za nimi rodzice; po lewej rodzina matki: Maria i Jan Kaszkiewiczowie, Ewelina Kaszkiewiczowa (siedzi) i Lucyna/Łucja z Cyranowskich Mozdyniewiczowa, ok. 1929-1930 r. (zbiory autora) Zbigniew Wójcik (w pasiastej piżamie) z rodziną matki, m.in. siedzącymi po jego lewej stronie Leszkiem i Stefanią Cyranowskimi, czyli synem i żoną jego wuja Zygmunta (zbiory autora) Zbigniew Wójcik (w ostatnim rzędzie, trzeci od prawej) z rodzicami - Stanisławą (siedzi w drugim rzędzie, trzecia od lewej, z dzieckiem na kolanach) i Walentym (stoi w trzecim rzędzie, pierwszy z lewej) - podczas wizyty u wuja Franciszka Cyranowskiego (w drugim rzędzie pośrodku) w Radomsku (zbiory Małgorzaty Winkler-Cieślak) Jadwiga Piłsudska (po lewej) i Halina Wójcikówna przy oknie Belwederu, z którego wychyla się Aleksander Prystor (zbiory autora) Zbigniew Wójcik (siedzi pierwszy od prawej) z rodzicami (w drugim rzędzie pierwsi od lewej) podczas wizyty u rodziny Heleny z Cyranowskich i Józefa z Cyranowskich Iwińskich (w środku) w Kurnosie, ok. 1937 r. (zbiory autora) Pismo w sprawie postulowanej przez Zbigniewa Wójcika radiofonizacji Trzebiec, rodzinnej miejscowości jego ojca, 1958 r. (zbiory autora) Zbigniew Wójcik (pierwszy od lewej) w przebraniu międzywojennego żołnierza pełniący wartę przy łóżku Józefa Piłsudskiego w Belwederze w dniu jego imienin, 1927 r. (NAC, fot. Witold Pikiel) Aleksandra Piłsudska w szkole Stowarzyszenia "Rodzina Wojskowa" w gmachu GISZ w Alejach Ujazdowskich w otoczeniu uczniów (pośrodku, w drugim rzędzie); na lewo od niej stoi Zbigniew Wójcik, 1930 r. (zbiory autora) Zbigniew Wójcik (w lewym rzędzie, w pierwszej ławce, drugi od lewej) w szkole Stowarzyszenia "Rodzina Wojskowa" w gmachu GISZ. W głębi pośrodku nauczycielka Jadwiga Niewiadomska, ok. 1930 r. (zbiory autora) Zbigniew Wójcik (na dole w berecie ze znaczkiem szkoły "Rodziny Wojskowej" z siostrą (pierwsza z prawej) i rodziną matki w "Drewniaku" w Sulejówku podczas Wielkanocy, 1930 r. (zbiory autora) Zbigniew Wójcik (z przodu, na środku) z Aleksandrą Piłsudską i dziećmi ze szkoły "Rodziny Wojskowej" na mszy św. w intencji min. Sławomira Czerwińskiego, prawdopodobnie 4 września 1931 r. (NAC) Zbigniew Wójcik (drugi od lewej) z kolegą i koleżankami ze szkoły "Rodziny Wojskowej" - Adamem Lizurajem, Zofią Lizuraj i Krystyną Malinowską, ok. 1931 r. (zbiory autora) Zbigniew Wójcik (drugi od lewej, w czapce ucznia gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie) z ojcem, ciotką Stefanią Cyranowską i jej synem Leszkiem, jesień 1934 lub wiosna 1935 r. (zbiory autora) Świadectwo ukończenia Państwowego Gimnazjum im. Stefana Batorego przez Zbigniewa Wójcika, 21 czerwca 1938 r. (zbiory autora) Świadectwo z Państwowego Liceum im. Stefana Batorego potwierdzające ukończenie pierwszego półrocza pierwszej klasy, 22 grudnia 1938 r. (zbiory autora) Zbigniew Wójcik podczas wypoczynku w górach, w czapce Uniwersytetu Warszawskiego, którego studentem został w czasie II wojny światowej, ok. 1945-1947 (zbiory autora)
Dalsza część w wersji pełnej
DZIECIŃSTWO W BLASKU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
1 Z. Wójcik, "Pamiętnik dworaka Marszałka Piłsudskiego", k. 1, zbiory autora. Odnotować warto, że po wojnie w służbowych dokumentach w Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych (dalej: NDAP) i w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk podawał, że jego "pochodzenie społeczne" to "inteligencja - pracująca" (Archiwum Zakładowe NDAP - dalej: AZ NDAP, Teczka Personalna Zbigniewa Wójcika - dalej: TP ZW, 9a/161, Formularz z danymi osobowymi Zbigniewa Wójcika; Archiwum Instytutu Historii PAN - dalej: AIH PAN, Akta osobowe: Prof. dr Zbigniew Wójcik 1959-1992 - dalej: AoZW, 2/589, Karta ewidencji personalnej).
2 Możliwe, że przodkowie Walentego Wójcika mieszkali w Trzebcach już w początkach XVIII w., co wobec enigmatycznych zapisów w księgach metrykalnych pozostaje jednak tylko hipotezą autora (M. Kolmasiak, "Król żandarmów". Biografia Walentego Wójcika, przybocznego Marszałka Piłsudskiego, Radomsko 2013, s. 18-19).
3 Chodzi o Radomsko.
4 Chodzi o Ostrów Mazowiecką (nazwa od 1926 r.).
5 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 27. O ówczesnych losach Walentego Wójcika szerzej zob. M. Kolmasiak, Walenty Wójcik, Warszawa 2020 ("Bohaterowie Niepodległej"), s. 4-14.
6 Antoni Cyranowski miał być kurierem w powstaniu styczniowym (relacja ustna Krzysztofa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 9 IX 2023 r.).
7 List Zbigniewa Wójcika do Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II Fundacji Janiny Porczyńskiej i Zbigniewa Carroll-Porczyńskiego z 28 VII 1994 r., zbiory autora; M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 55.
8 Za pomoc w zidentyfikowaniu odnalezionej w jednej z metryk miejscowości Klisino autor chciałby podziękować dr hab. Izabelli Parowicz.
9 Archiwum Archidiecezjalne w Częstochowie, Akta metrykalne parafii Kiełczygłów, 1860, akt zgonu nr 86; Archiwum Państwowe w Łodzi, Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej w Kaszewicach, 1828/UMZ-1828, akt nr 69, k. 27; ibidem, 1831/UMZ-1831, akt nr 18, k. 72; ibidem, 1856/UMZ-1856, akt nr 29, k. 26; ibidem, 1874/UMZ-1874, akt nr 16, k. 62; Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej w Skoszewach, 1828/UMZ-1828, akt nr 16, k. 50; ibidem, 1831/UMZ-1831, akt nr 13, k. 4; ibidem, 1833/UMZ-1833, akt nr 20, k. 37; Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej św. Mateusza w Pabianicach, 1847/UMZ-1847, akt nr 18, k. 89; ibidem, 1850/UMZ-1850, akt nr 131, k. 46; Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej w Drużbicach, 1866/UMZ-1866, akt nr 68, k. 127; Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 1 VIII 2010 r.
10 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 10 IX 2006 r.
11 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 14-15.
12 Ibidem, s. 56.
13 Halina z Wójcików Gordziejewicz-Gordziejewska (1919-2006) w czasie okupacji prowadziła incydentalną działalność konspiracyjną, możliwe, że w powiązaniu z Armią Krajową. Przez całe życie zawodowe, tj. w latach ok. 1942-1978, pracowała w Powszechnej Spółdzielni Spożywców "Społem", najpierw w Mińsku Mazowieckim, a od 1945 r. w centrali na warszawskim Mokotowie, gdzie awansowała na stanowisko naczelnika wydziału. Była prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej "Spółdzielca" na Grochowie w Warszawie. Z małżeństwa z Hermanem Gordziejewicz-Gordziejewskim miała jednego syna - Andrzeja (Relacje pisemne Andrzeja Gordziejewicz-Gordziejewskiego dla Mariusza Kolmasiaka z 17 III 2013 r. i 21 III 2013 r.).
14 Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego (dalej: AUW), Akta osobowe Zbigniewa Wójcika (dalej: AoZW), WHum AB 1.760, Odpis aktu urodzenia Zbigniewa Wójcika; Urząd Stanu Cywilnego Miasta Stołecznego Warszawy, 1963, akt nr I/1474/1963; Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 30 VII 2012 r. Księga z 1922 r. uległa zniszczeniu w czasie II wojny światowej, a akt urodzenia Zbigniewa Wójcika odtworzono w 1963 r. na podstawie przedwojennego odpisu metryki urodzenia. Autorowi nie udało się jednak dotrzeć do tego dokumentu, przechowywanego w Urzędzie Stanu Cywilnego m.st. Warszawy. Według oficjalnej odpowiedzi: "Dokument ten jest w złym stanie i każda próba wyjęcia go może spowodować trwałe zniszczenie" (Pismo podinsp. Beaty Zybury z Urzędu Stanu Cywilnego m.st. Warszawy z 31 V 2023 r., zbiory autora). Należy w tym miejscu dodać, iż Zbigniew Wójcik miał niebieskie oczy i był człowiekiem niskiego wzrostu. Według oficjalnych dokumentów w 1988 r. liczył 160 cm, a w 2003 r., czyli w wieku 81 lat, 152 cm. Co ciekawe, rok później zadeklarował wzrost 155 cm (Archiwum Dowodów Osobistych dzielnicy Bielany m.st. Warszawy, Koperta dowodowa Zbigniewa Stanisława Wójcika, Wniosek o wydanie dokumentu stwierdzającego tożsamość z 13 IX 1988 r.; Wniosek o wydanie dowodu osobistego z 18 IX 2003 r.; Wniosek o wydanie dowodu osobistego z 16 III 2004 r.).
15 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 63-65.
16 Do grona tzw. żandarmów belwederskich, oprócz stojącego na czele tej grupy Walentego Wójcika, zaliczali się jeszcze st. wachm. Jan Cajbel, st. wachm. Adolf Piekiełko i wachm. Brunon Piechowiak. To o nich Mieczysław Lepecki, adiutant Piłsudskiego, pisał, że to ludzie "oddani Marszałkowi i Jego rodzinie na śmierć i życie" (M. Lepecki, Pamiętnik adiutanta Marszałka Piłsudskiego, Warszawa 1988, s. 313-314).
17 K. Lenkszewicz, Wspomnienia belwederskie, "Zeszyty Historyczne" (Paryż) 1984, z. 68, s. 196.
18 M. Lepecki, Pamiętnik adiutanta..., s. 81.
19 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 73, 78.
20 J. Grzędziński, Maj 1926. Kartki z pamiętnika, Warszawa 1936, s. 28.
21 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 147. Tak wspominał ten moment w audycji radiowej w 2001 r.: "To było czy 12 czy 11 maja. Ojciec wpada i prosi matkę o ze dwie, trzy świeże koszule, jakieś tam przybory toaletowe. Matka się pyta, gdzie Ty idziesz. - Idę z Marszałkiem. - Co będzie? - Nie wiem, co będzie. - Kiedy wrócisz? - Nie wiem, czy w ogóle wrócę. To ja wtedy miałem 3,5 roku, to po raz pierwszy wtedy usłyszałem nazwisko Piłsudskiego. Przedtem zajmowałem się zupełnie czym innym i chociaż wiedziałem, że gdzieś tam ojciec jeździ i pracuje, ale mnie to nie interesowało. [...] Ale w każdym razie było przerażenie, że ojciec wyszedł i nie wiadomo było, czy w ogóle wróci" (Archiwum Polskiego Radia - dalej: APR, 2474/01/I, Trzeci most).
22 APR, 2474/01/I, Trzeci most.
23 Ibidem.
24 Dziś także jest to ekskluzywna i prestiżowa część miasta, w której nadal dominują państwowe gmachy - Belweder jest rezydencją prezydenta, w dawnym gmachu Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojny mieści się Kancelaria Premiera, a w budynku, w którym mieszkali Wójcikowie, znajduje się siedziba Ministerstwa Obrony Narodowej. Łazienki Królewskie są zaś obecnie ogólnodostępnym muzeum.
25 J. Zieliński, Atlas dawnej architektury ulic i placów Warszawy. Śródmieście historyczne, t. 1: Agrykola - Burmistrzowska, Warszawa 1995, s. 145.
26 C. Leżeński, Kwatera 139. Opowieść o marszałku Rydzu-Śmigłym, t. 1, Lublin 1989, s. 262.
27 Relacje ustne prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 3 IX 2009 r. i 15 II 2011 r.; M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 89; C. Leżeński, Kwatera 139..., s. 262.
28 Centralne Archiwum Wojskowe (dalej: CAW), 14334, Akta Personalne Walentego Wójcika; Archiwum Państwowe w Warszawie (dalej: AP Warszawa), Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej Najświętszego Zbawiciela w Warszawie, 1929a/UZ-1929, k. 369, akt nr 37; Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 15 X 2009 r.; Relacja ustna Barbary z Kaszkiewiczów Jaworowskiej dla Mariusza Kolmasiaka z 23 II 2016 r.; M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 89. Warto zaznaczyć, że Wójcikowie utrzymywali w tym czasie częsty kontakt także z młodszym bratem Stanisławy - fotografem-laborantem Zygmuntem Cyranowskim, który wraz z żoną Stefanią oraz dziećmi Leszkiem i Aleksandrą mieszkał po sąsiedzku przy ul. Klonowej. Był on członkiem tajnej ochrony Marszałka Piłsudskiego, którym został - zapewne za sprawą Walentego Wójcika - jeszcze przed przewrotem majowym; po 1935 r. był urzędnikiem Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Sporadyczne natomiast były kontakty z pozostałym rodzeństwem Stanisławy Wójcikowej - siostrami i braćmi mieszkającymi poza Warszawą, w tym z najstarszym z nich - ks. Janem Cyranowskim, z którym zwłaszcza Walenty Wójcik miał bardzo napięte stosunki ze względu na endeckie poglądy duchownego. Z kolei z rodziny Wójcika - poza opisanymi w dalszej części książki kontaktami z bratem Janem z Wielgomłyn i siostrą Feliksą z Trzebiec - rodzina utrzymywała w międzywojniu bliższe stosunki jedynie z dwoma synami wspomnianego Jana Wójcika, Janem i Władysławem. Pierwszy mieszkał w stolicy w latach trzydziestych, drugi zaś bywał tam w związku ze swoją służbą wojskową. Tam też spędził kampanię wrześniową, broniąc oblężonego miasta. W Warszawie do 1939 r. mieszkała także ich siostra Helena, która zachowała się w pamięci Zbigniewa Wójcika (M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 175; idem, Wójcik Jan (1917-1944) [w:] Radomszczański słownik biograficzny, t. 2, red. G. Mieczyński, Radomsko 2019, s. 217; idem, Wójcik Władysław (1914-1946) [w:] ibidem, s. 217-218; Relacja ustna Aliny z Krzyszkowskich Piaskiewicz dla Mariusza Kolmasiaka z 14 IV 2023 r.).
29 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 89; S. Koper, T. Stańczyk, Najdalsze Kresy. Ostatnie polskie lata, Warszawa 2021, s. 520.
30 Z. Wójcik, [Słowo wstępne] [w:] W.J. Wysocki, Edward Śmigły-Rydz. Malarz i poeta, Warszawa 1997, s. 5.
31 Ibidem, s. 6.
32 APR, 11845/95/I, Imieniny Marszałka.
33 Z. Wójcik, [Słowo wstępne] [w:] W.J. Wysocki, Edward Śmigły-Rydz..., s. 6.
34 M. Kolmasiak, Belweder 1818-2018, Warszawa 2018, s. 177.
35 Wątek ten wspominał Michał Kulecki: "Na jednym z posiedzeń pracowni IH PAN Profesor zauważył, w luźnej rozmowie, że "w 1929 roku razem z królem rumuńskim Michałem stłukli szybę w gabinecie Śmigłego-Rydza w Belwederze". Przyjmuję wyrażone swojego czasu przez Pana wątpliwości, ale nie ukrywam, że tak to zapamiętałem, a pamięć ludzka jest zawodna, również moja. Chciałbym przy tym zauważyć, że obaj panowie, Profesor i przyszły król byli rówieśnikami i jeżeli spotkali się, bez trudu nawiązali między sobą nić porozumienia" (Relacja pisemna dr. Michała Kuleckiego dla Mariusza Kolmasiaka z 20 XI 2022 r.). Wspomniane wątpliwości dotyczyły budynku, w którym mieli stłuc szybę. Zdaniem autora musiał to być raczej gmach w wojskowym kompleksie przy Belwederskiej, ponieważ nie ma źródeł wskazujących na urzędowanie Śmigłego-Rydza w Belwederze.
36 List Zbigniewa Wójcika do redakcji "Tygodnika Powszechnego" z 26 VI 2000 r., zbiory autora; Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 149.
37 APR, PR III 133064, W cieniu legendy Piłsudskich; Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 147.
38 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 149.
39 APR, 467/14/II, Córka Marszałka Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska. Kwadrans bez muzyki. Audycję nagrano w 1997 r. i przypomniano na radiowych falach 25 listopada 2014 r. w związku ze śmiercią Jadwigi Piłsudskiej-Jaraczewskiej (W Belwederze Piłsudski układał pasjanse, http://www.polskieradio.pl/8/3669/Artykul/1299957,W-Belwederze-Pilsudski-ukladal-pasjanse, dostęp 20 XII 2015 r.).
40 APR, 11845/95/I, Imieniny Marszałka.
41 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 148; W. Jędrzejewicz, J. Cisek, Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego 1867-1935, t. 4, Łomianki-Kraków 2007, s. 207, 235-236; Uroczysta premjera filmu pt. "10-ciu z Pawiaka", "Ilustrowany Kuryer Codzienny", 22 IX 1931, s. 5.
42 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 148.
43 Tydzień hippiki w Łazienkach, "Tygodnik Ilustrowany", 17 VI 1934, s. 485.
44 Z. Wójcik, "Wspomnienia", b.d., zbiory autora.
45 Archiwum Akt Nowych w Warszawie (dalej: AAN), Bank Gospodarstwa Krajowego, 1795, Teczka Walentego Wójcika, Pokwitowanie odbioru pożyczki oraz Pierwszy wypis aktu zeznanego w księdze wieczystej nieruchomości "Willa Angora", powiatu warszawskiego; Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 30 III 2011 r.
46 Pies Piłsudskich wabił się wówczas "Dorek".
47 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 150.
48 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 120-121.
49 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 150.
50 Causa finita (łac.) - sprawa zakończona.
51 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 1 VIII 2010 r.
52 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 120, 123.
53 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 148. Wójcik wspominał o tym także w audycji radiowej, czyniąc przy tym spostrzeżenie na temat mniej znanej strony Piłsudskiego: "Nikogo poza tym nie było i nagle przyszedł Pan Marszałek, przysiadł się do nas, była bardzo miła rozmowa. Tu właśnie chciałem podkreślić, że na ogół Marszałka się zna jako wielkiego męża stanu, jako głównego architekta niepodległości Polski, ale poza tym był człowiekiem w życiu codziennym niesłychanie sympatycznym. Potrafił być bardzo miły, zwłaszcza dla dzieci. I pamiętam, że po tej kolacji, gdzie Marszałek żartował itd., wstał, następnie wziął tak w dwie ręce spodnie, ukłonił się jak dziewczynka, powiedział "dziękuję" i odszedł. Więc to taki dyg, jak to wtedy było modne wśród dziewcząt, że brały spódniczkę i pięknie dygnąwszy, odchodziły od stołu" (APR, 11845/95/I, Imieniny Marszałka).
54 APR, 467/14/II, Córka Marszałka Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska. Kwadrans bez muzyki.
55 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 100.
56 APR, 467/14/II, Córka Marszałka Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska. Kwadrans bez muzyki.
57 Ibidem.
58 Relacja ustna Jerzego Kirszaka dla uczestników konferencji "Londyńska reduta. Prezydenci RP na uchodźstwie 1939-1945" z 6 VI 2017 r.
59 Relacja ustna Jana Józefa Kasprzyka dla Mariusza Kolmasiaka z 4 XI 2023 r.
60 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 148.
61 M. Kolmasiak, Belweder..., s. 161-162, 164; M. Lepecki, Pamiętnik adiutanta..., s. 112.
62 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 14 XI 2013 r.
63 APR, PR III 133064, W cieniu legendy Piłsudskich; Z. Turowska, Gniazdo. Rodzina Onyszkiewiczów, Warszawa 2005, s. 112; M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 95.
64 M. Lepecki, Pamiętnik adiutanta..., s. 81.
65 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 95.
66 J. Kochański, Wyznawcy Niepodległej. Piłsudscy, Moraczewscy. Przed Sulejówkiem. W Sulejówku, Warszawa 2009, s. 481.
67 W. Kalicki, Powrót do Sulejówka, Warszawa 2001, s. 87; Relacja ustna Jadwigi Piłsudskiej-Jaraczewskiej dla Mariusza Kolmasiaka z 22 VIII 2007 r.
68 Relacja ustna Jadwigi Piłsudskiej-Jaraczewskiej dla Mariusza Kolmasiaka z 14 II 2011 r.
69 APR, 467/14/II, Córka Marszałka Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska. Kwadrans bez muzyki.
70 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 30 III 2011 r.; Relacja ustna Jadwigi Piłsudskiej-Jaraczewskiej dla Mariusza Kolmasiaka z 14 II 2011 r.; W. Kalicki, Powrót do Sulejówka..., s. 87; Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 148.
71 J. Kochański, Wyznawcy Niepodległej..., s. 478-479.
72 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 15 II 2011 r.
73 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 1 IX 2013 r.
74 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 97.
75 J. Kochański, Wyznawcy Niepodległej..., s. 484-488.
76 Z. Turowska, Gniazdo..., s. 112.
77 APR, PR III 133064, W cieniu legendy Piłsudskich.
78 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 151.
79 Ibidem.
80 M. Lepecki, Pamiętnik adiutanta..., s. 313-314.
81 APR, 11845/95/I, Imieniny Marszałka.
82 Z. Wójcik, Józef Piłsudski 1867-1935, Warszawa 1999, s. 7.
83 Idem, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 151.
84 Ibidem. W 1995 r. w audycji radiowej tak wspominał uroczystości pogrzebowe: "W związku z tym też pamiętam jedną scenę. Około godziny 10.00 [wieczorem], nie później jak o 10.00, Polskie Radio podało wiadomość o śmierci Marszałka 12 maja w niedzielę w 1935 r. Ale za pół godziny już gromadziły się tłumy ludzi w Belwederze. Przez nikogo nie zganiane. Tylko po prostu ludzie przyszli, usłyszawszy w radio, i to całą noc, do rana, trwało. Te tłumy przychodziły, bo widziałem to z okna, bo wtedy nikt u nas tej nocy w domu nie spał. [...] I jeszcze ogromne wrażenie na mnie wywarła ta ostatnia rewia przed Marszałkiem Piłsudskim na Polu Mokotowskim. Właściwie przed trumną Marszałka Piłsudskiego. Szczególnie dwa momenty. Mianowicie otwierała defiladę orkiestra 1 Pułku Szwoleżerów imienia Marszałka Piłsudskiego. Podjechali dość szybko na pięknych koniach, w pięknych strojach, podnieśli trąby i wszystkie inne instrumenty, tak jakby mieli za chwilę zagrać, i nic nie zagrali, i przejechali. To było jedno wrażenie. A drugie wrażenie było, że piękny był dzień. Piękny był dzień, słońce piękne, ładny, i w czasie tej uroczystości ni stąd ni zowąd zjawiła się na pięć minut chmura, z której chyba nawet jeden piorun uderzył, a na pewno trochę deszczu spadło. Więc to w dziecięcej mojej pamięci to też tak utkwiło. Oczywiście nie tłumaczyłem tego w żaden sposób, tylko po prostu jako dzieciak odczuwałem to, że jakieś takie przedziwne wrażenie z tego Pola Mokotowskiego odniosłem" (APR, 11845/95/I, Imieniny Marszałka).
85 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 152.
86 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 1 IX 2013 r.
87 O Adamie Borkiewiczu szerzej zob. M. Kolmasiak, Pułkownik Adam Borkiewicz - konspirator, żołnierz, historyk, "Niepodległość" 2015, t. 64, s. 179-221.
88 O Wandzie Gertz szerzej zob. idem, Wanda Gertz, Warszawa 2022 ("Bohaterowie Niepodległej"), s. 2-43.
89 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 14 XI 2013 r.
90 CAW, 1 Dywizjon Żandarmerii Wojskowej, I.375.1.16, Rozkaz dzienny nr 134 z 16 VI 1926 r.; ibidem, I.375.1.20, Rozkaz dzienny nr 209 z 12 IX 1928 r.; Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 16 I 2013 r.
91 List Zbigniewa Wójcika do o. Eustachego Rakoczego z 7 XI 2002 r., zbiory autora.
92 Relacja ustna Barbary z Kaszkiewiczów Jaworowskiej dla Mariusza Kolmasiaka z 23 II 2016 r.
93 Warto w tym miejscu przytoczyć fragment listu córki Feliksy Nowackiej - Antoniny Pawlik - do Zbigniewa Wójcika z 16 grudnia 2007 r. Wspomina w nim o spotkaniu z autorem niniejszej biografii, które było jednym z pierwszych działań w kierunku badania historii rodziny Wójcików: "Kochani, zaniedbaliśmy nasze kontakty rodzinne, a tak nas już niewiele zostało, nasza rodzina się wykrusza, obecnie jest tylko po jednej osobie z rodziny naszych Rodziców, ja i ty, ciotki Marysi z Sokolej Góry jest Jadwiga w moim wieku, a od Redaktora Kolmasiaka się dowiedziałam, że wujka Janka jeszcze jest najmłodszy Czesiek. Od śmierci córki Marysi wujka Janka, która mieszkała w Częstochowie, skończył mi się kontakt z tą rodziną, już nic więcej o nich nie wiedziałam, dopiero ich wnuczki szukały swoich korzeni i twojego ojca" (List Antoniny Pawlik do Zbigniewa Wójcika z 16 XII 2007 r., zbiory autora). Wątek wspomnianego tu wykruszania się ich rodziny Zbigniew Wójcik poruszył już kilkanaście lat wcześniej. W liście do tej kuzynki z 1995 r. skonkludował: "Dziękuję za wiadomości o Twej Rodzinie. Cóż, coraz nas mniej, jeszcze trochę i całe nasze pokolenie przeniesie się na tamten świat. Takie to już prawo i boskie, i ludzkie". Swój list w nawiązaniu do tego zakończył następująco: "Serdecznie Cię ściskam i całą jeszcze żyjącą rodzinę w Trzebcach, Sokolej Górze i Wielgomłynach" (List Zbigniewa Wójcika do Antoniny Pawlik z 24 III 1995 r., zbiory autora).
94 Relacje ustne prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 1 VIII 2010 r., 28 I 2012 r. i 16 I 2013 r.; Relacja ustna Antoniny Pawlik dla Mariusza Kolmasiaka z 16 VIII 2007 r.
95 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 14 X 2009 r.
96 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 1 VIII 2010 r.
97 AAN, Muzeum Józefa Piłsudskiego w Belwederze (dalej: MJPB), 13, Okólnik wewnętrzny nr 1 z 27 VI 1939 r.; Relacja ustna Antoniny Pawlik dla Mariusza Kolmasiaka z 16 VIII 2007 r.; Relacje ustne prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 14 X 2009 r., 1 VIII 2010 r. i 2 I 2011 r.
98 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 94.
99 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 1 IX 2009 r.
100 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 148. Zbigniew Wójcik opowiadał o tym również w audycji radiowej w 1995 r. (APR, 11845/95/I, Imieniny Marszałka).
101 Relacje ustne prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 1 IX 2009 r. i 25 XI 2010 r.
102 Z. Wójcik, [Słowo wstępne]..., s. 6.
103 Relacja ustna Krzysztofa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 5 XI 2021 r.
104 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 14 XI 2013 r.
105 Ibidem. Warto w tym miejscu dodać, że po latach Zbigniew Wójcik w jednej z prac historycznych tak napisał o swoim stosunku do "Trylogii": "Autor niniejszej książki znajduje się również od przeszło dwudziestu lat pod przemożnym urokiem Ogniem i mieczem, Potopu i Pana Wołodyjowskiego. W każdej wolnej chwili wraca do tej wspaniałej lektury" (Z. Wójcik, Dzikie Pola w ogniu. O Kozaczyźnie w dawnej Rzeczypospolitej, Warszawa 1968, s. 234). Z kolei jego syn stwierdził: "Mój ojciec w ciężkich chwilach zawsze czytał Ogniem i Mieczem" (Relacja ustna Krzysztofa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 9 IV 2022 r.).
106 List Zbigniewa Wójcika do Stefanii Wójcikowej z 5 II 1948 r., zbiory autora.
107 O "Rodzinie Wojskowej" szerzej zob. I. Ciećkowska, Stowarzyszenie "Rodzina Wojskowa" 1925-1939, "Wojskowy Przegląd Historyczny" 1996, nr 4, s. 97-120. Stanisława Wójcikowa prawdopodobnie nie należała do "Rodziny Wojskowej", brak bowiem jej nazwiska na liście członkiń warszawskiego oddziału tego Stowarzyszenia z 1932 r. (Jednodniówka koła warszawskiego "Rodziny Wojskowej", Warszawa 1932, s. 24-28).
108 J. Dunin-Wąsowicz, Wspomnienia, Warszawa 2005, s. 67.
109 K. Lenkszewicz, Wspomnienia belwederskie, "Zeszyty Historyczne" (Paryż) 1984, z. 68, s. 196.
110 Niewykluczone, że chodził tam już od 1926 r.
111 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 91.
112 K. Lenkszewicz, Wspomnienia belwederskie, "Zeszyty Historyczne" (Paryż) 1984, z. 68, s. 195-197; M. Kolmasiak, Belweder..., s. 149.
113 K. Lenkszewicz, Wspomnienia belwederskie, "Zeszyty Historyczne" 1984, z. 68, s. 198.
114 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 147; Józef Piłsudski 1867-1935, Kraków 1935, s. 134; K. Lenkszewicz, Wspomnienia belwederskie, "Zeszyty Historyczne" (Paryż) 1984, z. 68, s. 200.
115 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 147. Tak opowiadał o tym wydarzeniu w audycji radiowej w 1995 r.: "największym przeżyciem to było to, zanim jeszcze zacząłem chodzić do szkoły, byłem w przedszkolu belwederskim [...]. Poszliśmy złożyć życzenia Marszałkowi, który wtedy chorował - bo dość często się przeziębiał, dość często chorował - i ja byłem ubrany w mundur szeregowego Wojska Polskiego II Rzeczypospolitej, z karabinkiem. I miałem zaszczyt stanąć przy łóżku i pełnić wartę. To było dla mnie ogromne przeżycie" (APR, 11845/95/I, Imieniny Marszałka).
116 Wczorajszy dzień w Belwederze, "Polska Zbrojna", 20 III 1927, s. 4.
117 Zob. Dzieci Rodziny Wojskowej na imieninach Marszałka (fotografia), "Młody Obywatel" 1935, nr 9 (specjalny); "Józef Piłsudski. XI rocznica 12 maja 1946. Umarłych czczę - żywych wołam!", Rzym 1946 (biuletyn Związku Ziem Wschodnich RP Oddział "Włochy"). Nieznacznie inne ujęcie zob. Marszałek i dzieci (fotografia), "Płomyk" 1935, nr 2.
118 Z. Wójcik, Marszałek Piłsudski w mojej pamięci, "Niepodległość i Pamięć" 1997, nr 3 (9), s. 148.
119 List Zbigniewa Wójcika do Wacława Jędrzejewicza z 24 VIII 1984 r., zbiory autora.
120 Wójcik po latach wspominał, że chodził do Szkoły "Rodziny Wojskowej" także z Andrzejem Englertem oraz z Andrzejem lub Markiem Długoszowskim (List Zbigniewa Wójcika do Wacława Jędrzejewicza z 2 VIII 1989 r., zbiory autora; List Zbigniewa Wójcika do Stefanii Wójcikowej z 2 VIII 1959 r., zbiory autora).
121 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 91.
122 Jeden dzień w naszej szkole [w:] Jednodniówka uczniów i uczennic Pryw. Koedukacyjnej Szkoły Powszechnej "Rodziny Wojskowej" w Warszawie na Żoliborzu, Warszawa 1937, s. 8.
123 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 22 XI 2012 r.
124 Ibidem.
125 J. Dunin-Wąsowicz, Wspomnienia..., s. 24-25.
126 A. Piłsudska, Wspomnienia, Warszawa 1989, s. 250.
127 Janina Dunin-Wąsowiczowa w swoich wspomnieniach podała, że do komunii świętej przystępowały dzieci dziewięcioletnie, natomiast w zacytowanym tu jej artykule napisała o najstarszych - dwunastoletnich - dzieciach. Jeśli prawdziwa byłaby druga z wersji, to Zbigniew Wójcik przyjąłby komunię świętą w 1934 r.
128 J. Dunin-Wąsowicz, Niech żyją wakacje!, "Polska Zbrojna" 20 VI 1931, s. 7.
129 Relacja ustna prof. Teresy Chynczewskiej-Hennel dla Mariusza Kolmasiaka z 13 XI 2021 r.
130 AUW, AoZW, WHum AB 1.760, Z. Wójcik, Życiorys, ok. 1945 r.
131 M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 90-91.
132 AUW, AoZW, WHum AB 1.760, Z. Wójcik, Życiorys, ok. 1945 r.; M.M. Drozdowski, Warszawiacy i ich miasto w latach drugiej Rzeczypospolitej, Warszawa 1973, s. 180.
133 Archiwum Państwowe w Szczecinie (dalej: AP Szczecin), Spuścizna Zbigniewa Flisowskiego (1923-1995), Materiały do monografii Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, 124, k. 100.
134 Ibidem, k. 101.
135 Ibidem.
136 B. Wachowicz, Rudy, Alek, Zośka. Gawęda o bohaterach "Kamieni na szaniec", Warszawa 2011, s. 97.
137 Ibidem, s. 97.
138 List Zbigniewa Wójcika do Stefanii Wójcikowej z 15 VII 1963 r., zbiory autora. Warto dodać, że to wspomnienie zostało przywołane podczas pierwszych odwiedzin mogiły ojca w Londynie.
139 AP Szczecin, Spuścizna Zbigniewa Flisowskiego (1923-1995), Materiały do monografii Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, 124, k. 106, 109, 111.
140 B. Wachowicz, Rudy, Alek, Zośka..., s. 93.
141 AUW, AoZW, WHum AB 1.760, Z. Wójcik, Życiorys, ok. 1945 r.; Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 14 XI 2013 r.; Świadectwo ukończenia gimnazjum przez Zbigniewa Wójcika z 21 VI 1938 r., zbiory autora. Zachował się też egzemplarz tego świadectwa, który przed wojną znajdował się zapewne w szkolnym archiwum (AP Warszawa, II Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Batorego w Warszawie, 1, s. 253-254).
142 B. Wachowicz, Rudy, Alek, Zośka..., s. 99. Na zakończenie roku ks. Kunert mawiał natomiast: "I oto znowu, droga młodzieży, wyfruwasz ze szkoły, jak te pszczółki z ula, aby z nektarów polskich łąk, lasów i pól gromadzić zapasy siły i energii do dalszej nauki" (ibidem).
143 Ibidem, s. 95; M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 91; "Pochodem idziemy...". Dzieje i legenda Szkoły im. Stefana Batorego w Warszawie, Warszawa 2003, s. 314. Warto dodać, że Stanisława Wójcikowa należała wówczas do Koła Matek przy Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego, a do jej obowiązków należało wydawanie uczniom śniadania o godz. 11.00 (M. Kolmasiak, "Król żandarmów"..., s. 100). Autor niniejszej publikacji użył za Zbigniewem Wójcikiem niepoprawnej nazwy "Klub Matek" (Muzeum Szkolne II Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, Akta Jerzego Świderskiego, 4 sprawozdanie Zarządu Koła Matek przy Gimnazjum im. Stefana Batorego za rok sprawozdawczy 1935/36, Warszawa 1936, k. 1). Za udostępnienie tego dokumentu autor pragnie wyrazić podziękowania Panu Marcinowi Mirosowi z II Licem Ogólnokształcącego im. Stefana Batorego w Warszawie.
144 Cyt. za: B. Wachowicz, Rudy, Alek, Zośka..., s. 110.
145 Relacja ustna prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 22 XI 2012 r.
146 Relacja ustna Krzysztofa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 7 I 2023 r.
147 List Zbigniewa Wójcika do Kochanego Musia (Mustafy Kazum-Beka) z 15 VIII 1978 r., zbiory autora.
148 Być może chodzi o Witolda Konewkę-Somkowicza (1923-1973), https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/witold-konewka-somkowicz,22198.html, dostęp 20 V 2024 r.
149 List Zbigniewa Beckera do Zbigniewa Wójcika z 25 III 1971 r., zbiory autora; Z. Wójcik, Uwagi do "Biogramów Wychowanków Szkoły Batorego" z 23 III 1989 r., zbiory autora; "Pochodem idziemy...". Dzieje..., s. 314.
150 Relacje ustne prof. Zbigniewa Wójcika dla Mariusza Kolmasiaka z 4 I 2011 r. i 30 VII 2012 r.; "Pochodem idziemy...". Dzieje..., s. 314; W. Budzyński, Testament Krzysztofa Kamila, Warszawa 1998, s. 64.
151 Z dziejów podziemnego Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1961, s. 240.
152 W. Budzyński, Testament Krzysztofa Kamila..., s. 66-67; Archiwum Historii Mówionej, Relacja Wacława Gluth-Nowowiejskiego "Wacka", http://ahm.1944.pl/Waclaw_Gluth-Nowowiejski/2, dostęp 15 III 2013 r.
153 List Zbigniewa Beckera do Zbigniewa Wójcika z 25 III 1971 r., zbiory autora.
154 AP Szczecin, Spuścizna Zbigniewa Flisowskiego (1923-1995), Materiały do monografii Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, 124, k. 100; AAN, MJPB, 22, Dziennik korespondencyjny, wpis nr 356 z 29 VIII 1936 r., k. 18; ibidem, wpis nr 397 z 17 IX 1936 r., k. 20; ibidem, 23, Dziennik korespondencyjny, wpis nr 478 z 8 IX 1937 r., k. 25.