1 Nie bujaj się
Wszyscy tam stoją oprócz mnie, myślał i starał się na nich nie patrzeć. Szedł wolno, kopiąc kamień lub coś, co akurat leżało na drodze, z rękami w kieszeniach, jak ktoś, kogo zupełnie nie obchodzi, że wszyscy tam stoją oprócz niego.
Szedł na plac zabaw, mieszczący się w samym środku pegeerowskiego osiedla i częściowo ogrodzony siatką, tak samo zniszczoną jak drabinki, zjeżdżalnia i huśtawki. Wszystko porastało rdzą, która dojrzewała pod spękaną skórą zielonej farby. Zmierzał do największej huśtawki, tej, która zawsze była zajęta. Zawsze, tylko nie wtedy, gdy przyjeżdżało mleko i wszystkie dzieci z osiedla ustawiały się w kolejce do beczkowozu. Wszystkie oprócz Seweryna.
Starał się jak najszybciej rozbujać. Przelatując tuż nad ziemią, zamykał oczy i otwierał je dopiero, gdy wyszlifowana dziecięcymi tyłkami deska na chwilę zatrzymywała się na samej górze. Wszyscy tam stoją oprócz mnie, myślał, patrząc na rówieśników, którzy musieli czekać na mleko. On nie musiał, więc czuł się lekko, jakby nic nie ważył.
Im dłużej się bujał, tym więcej miał odwagi, żeby się puścić. Tylko na chwilę, która z każdym wymachem trwała trochę dłużej, aż zdążył się przestraszyć. Wtedy robił zamach rękami, jakby chciał przepłynąć ten kawałek, który dzielił go od huśtawki. Do tej pory zawsze udawało mu się chwycić uciekające łańcuchy i wylądować na brzegu drewnianego siedziska. Dudniło mu w uszach, kiedy mknął wychylony do tyłu, trzymając się z całych sił. Odchylał głowę i patrzył na osiedle. Trzy kanciaste budynki zwisały z sufitu pokrytego betonową kostką brukową i wydeptaną trawą. Świat stanął na głowie i Seweryn miał gdzieś, że wszyscy tam stoją oprócz niego.
Jeszcze tydzień temu on też tkwił w kolejce i chciał być pierwszy, jak wszyscy, żeby najszybciej zanieść pełną kankę do domu, pobiec na plac zabaw i zająć największą huśtawkę. Wychodził z domu zaraz po obiedzie, ale za każdym razem przy metalowej klapie kotłowni, gdzie zatrzymywał się ciągnik z dwoma beczkowozami, stał już Jacek. Rodzina Seweryna zajmowała dyrektorski apartament z dwoma balkonami na ostatnim piętrze, a Jacek, syn palacza, mieszkał na parterze, więc miał po mleko najbliżej ze wszystkich dzieci na osiedlu.
Tylko raz Sewerynowi udało się wyprzedzić sąsiada. Rano zapakował kankę do worka na buty i po lekcjach nie poszedł na obiad, tylko od razu stanął pod blokiem w oczekiwaniu na ciągnik. Zaskoczył Jacka, ale od tamtej pory rudzielec miał go na oku.
W uczciwej rywalizacji Seweryn był bez szans, więc poszedł z tym do ojca, który był dyrektorem i w pegeerze decydował o wszystkim.
- Nie zawracaj mi głowy - powiedział Witold Dąbrowski. - Mleka wystarczy dla wszystkich i korona ci z głowy nie spadnie, jak postoisz w kolejce razem z innymi. Idź na podwórko - uciął dyskusję.
Sewerynowi całkiem się odechciało wychodzić z domu, zwłaszcza po mleko. Matka stale mu o tym przypominała, a gdy już się wybrał, zapominał kanki, musiał więc wracać na górę, po czym zajmował miejsce na szarym końcu. Wydawało mu się, że stary Wójcik, który obsługiwał kranik beczkowozu, specjalnie tak się ślimaczy z nalewaniem mleka, żeby wszyscy zdążyli się przyjrzeć, jak rudy brudas w podskokach biegnie na plac zabaw, a potem huśta się, patrząc na całą resztę z góry. To niesprawiedliwe, myślał Seweryn.
W końcu, idąc ze szkoły na osiedle, doszedł do wniosku, że nie ma ochoty brać dłużej udziału w tym wyścigu. Po obiedzie, poszedł prosto do salonu i włączył telewizor. Słyszał, że ojciec wrócił z pracy, więc wiedział, że ma kilka minut, zanim zdejmie marynarkę i krawat, umyje ręce i siądzie do obiadu przy kuchennym stole. Matka, dopiero gdy naleje mu zupy, podgrzeje drugie i nałoży na talerz, będzie miała chwilę, żeby przypomnieć sobie i Sewerynowi o mleku.
- Idziesz? - spytała, zaglądając do salonu po raz pierwszy.
Oglądał Tik-Tak. Telewizor mieli kolorowy, ale pomimo cekinów błyszczących na twarzy Ciotki Klotki z ekranu wylewała się szarość. Większość programów telewizyjnych dla dzieci była tak nudna, jakby wymyślili je nauczyciele.
- Sewciu! No idź już po to mleko. - Przyszła znów i tym razem podstawiła mu kankę pod nos.
- Nie chce mi się - odpowiedział, nie odwracając głowy od ekranu.
- Nie będę cię dłużej prosić! - mówiła stanowczo, ale szeptem.
- Zaraz! Nie widzisz, że oglądam? - wyrwało mu się zbyt głośno. Po chwili usłyszał zgrzyt krzesła na kuchennej posadzce.
Dyrektor usiadł w skóropodobnym fotelu po drugiej stronie ławy, zapalił papierosa i westchnął.
- Jak nie chcesz iść po mleko, to nie idź - powiedział spokojnie, a w Sewerynie zapłonęła nadzieja. - Tylko mi teraz powiedz: chcesz czy nie?
- Nie chcę!
- W takim razie znajdę kogoś na twoje miejsce.
Ojciec wziął emaliowane naczynie i wychodząc z mieszkania, trzasnął drzwiami tak, że rozdzwoniły się kryształy w segmencie.
Mela Dąbrowska sięgnęła po papierosa, którego nie zgasił jej mąż. Witek nie lubił, kiedy paliła, ale gdy wychodził z domu, trzaskając drzwiami, było jej wszystko jedno.
Nie odezwała się słowem i wpatrywała się w telewizor, Seweryn wiedział jednak, że jest na niego zła. Jej milczenie uwierało go tak, że ledwie mógł usiedzieć w fotelu, jednak nie ruszył się z miejsca. Wiedział, że powinien się cieszyć. Komu chciałoby się stać w kolejce po mleko, kiedy można w tym czasie na przykład oglądać telewizję? - powtarzał sobie w myślach.
Nikomu oprócz Jacka, który w szkole siedział w ostatniej ławce, a oceny miał najgorsze z całej klasy, nie licząc plastyki i wuefu.
Mama Jacka bardzo martwiła się dwójami, które przynosił z polskiego i matematyki, natomiast zdecydowanie mniej cieszyła się z piątek za rysunki i bieganie. Mówiła, że ci, którzy biegają wolniej, być może starają się bardziej. Nie rozumiał, o co jej chodzi, ale czuł, że lepiej nie mówić, że ani na plastyce, ani na wuefie wcale się nie stara.
Nie miał też pojęcia, dlaczego na osiedlowym boisku chłopaki wybierają go do drużyny na samym końcu. Jako przedostatniego, bo ostatni był Seweryn. Gruby syn dyrektora szybko łapał zadyszkę, więc było jasne, że będzie tylko przeszkadzał. Natomiast Jacek był szybki i zwinny jak kot, a drużyna, w której grał, zawsze wygrywała. Potrafił kiwnąć każdego, więc nie musiał nikomu podawać, a i tak strzelał najwięcej goli. Dziwił się tylko, że koledzy nie cieszą się razem z nim. Jakby w piłce nożnej chodziło o coś innego niż strzelanie goli.
Dlatego czasami wolał bawić się sam - na przykład na największej osiedlowej huśtawce. Wracał ze szkoły biegiem, błyskawicznie zjadał obiad i od razu wychodził, żeby być pierwszy w kolejce po mleko. Miał najbliżej ze wszystkich, bo jego ojciec - Tadeusz Kwiatek - był palaczem i żeby móc w każdej chwili pójść podłożyć do pieca, zajmował z rodziną mieszkanie na parterze. Pegeerowskie bloki miały po dwie klatki, w których na każdym piętrze znajdowały się dwa mieszkania, więc ktoś, kto mieszkałby naprzeciwko Kwiatków, miałby po mleko równie blisko, ale w drugim mieszkaniu na parterze mieścił się gabinet lekarski.
Ursusa C-330, podzwaniającego klapką na kominie, słychać było z daleka. Pan Wójcik ostrożnie prowadził traktor z dwiema przyczepami, więc zanim pokonał kamienny mostek na Przepiórce i dotarł na osiedle, dzieci zdążyły się już ustawić w rządku długim jak dwuklatkowy blok. Ciągnik zatrzymywał się tuż przy klapie prowadzącej do kotłowni, a wąsaty traktorzysta podłączał pierwszą beczkę do rury wystającej z ziemi. Później zaczynał rozlewać mleko do kanek.
Jacek pierwszy podstawiał swoją pod kranik i migiem zanosił pełne naczynie do domu. Po chwili znów wybiegał na podwórko i ruszał na plac zabaw. Wiedział, że czas płynie jak mleko, którego z każdą napełnioną kanką było coraz mniej. Przestawał o tym myśleć dopiero, gdy się porządnie rozhuśtał.
Rozpędzając skrzypiące wahadło, spoglądał na osiedle składające się z trzech szarych bloków. Do tego, w którym mieszkał, przyklejony był wysoki walcowaty komin z czerwonych cegieł, wyrastający z ziemi, ale sięgający głębiej, do kotłowni, w której pracował jego tato. Po drugiej stronie bloku wciąż stały beczkowozy i kolejka pegeerowskich dzieci.
Wszyscy tam stoją oprócz mnie, myślał Jacek i huśtał się z przyjemnością, patrząc na świat z góry. Z każdym wymachem unosił się wyżej, a do ziemi zbliżał się tylko na chwilę, mknąc z taką prędkością, że nawet starsi bali się podejść. Każdy chciał być na jego miejscu, a on nie zamieniłby się z nikim.
Do dnia, w którym zaczepił go dyrektor pegeeru. Stał wtedy jak zwykle w kolejce po mleko, oczywiście jako pierwszy, i był pewien, że pan Witek wybrał go właśnie dlatego.
- Jak masz na imię? - spytał dyrektor, spoglądając na chłopca zza przyciemnianych okularów.
- Jacek.
- Jacek - powtórzył mężczyzna, jakby potrzebował czasu, żeby sobie przypomnieć, po co właściwie tu przyszedł. Poprawił okulary, których nie zdejmował nawet w najbardziej pochmurne, jesienne dni, i znów zwrócił się do piegowatego rudzielca: - Dobrze. Co robi twój ojciec, Jacku?
- Teraz? - Chłopak trochę się przestraszył, bo podejrzewał, że jego ojciec nic nie robi. Zwykle gdy Jacek odwiedzał go w kotłowni, leżał na łóżku polowym z książką w ręku. Natomiast gdy chłopak pytał mamę, dlaczego tata nie przychodzi do domu, odpowiadała, że musi pilnować, żeby w piecu nie zgasło. - Pilnuje, żeby w piecu nie zgasło - odpowiedział więc Jacek, bojąc się trochę, że odpowiedź, która wystarczała dziecku z drugiej klasy podstawówki, nie spodoba się dyrektorowi.
Pan Dąbrowski uśmiechnął się, jakby mu się przypomniało coś miłego.
- A więc jesteś synem Tadzika. Bardzo dobrze. Nie będziesz miał daleko.
- Tato ma na imię Tadeusz - poprawił Jacek, który dobrze wiedział, że ojciec nie lubi, gdy ktoś mówi na niego Tadzik. Wszyscy to wiedzieli. Dyrektor też, bo dyrektor wiedział wszystko, a do tego spędzał z ojcem Jacka dużo czasu. Można by powiedzieć, że byli kolegami, gdyby palacz mógł się kolegować z dyrektorem pegeeru.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział Dąbrowski, jakby zupełnie go nie obchodziło, jak ojciec chłopca ma na imię. - Jacku! Chciałbym cię o coś poprosić. Czy mógłbyś wziąć jeszcze jedną kankę mleka i zanieść ją do nas na górę?
Jacek oczywiście się zgodził, bo dyrektorowi się nie odmawia. Poza tym czuł się tym zadaniem wyróżniony, więc dodał jeszcze, że to żaden problem, bo zawsze jest pierwszy w kolejce, no i ma blisko, bo mieszka w tej samej klatce.
- No to świetnie. Jakby moja żona się dziwiła, powiedz, że to ja cię o to poprosiłem. - Podał Jackowi czerwoną kankę. - Ojciec jest u siebie? - spytał zupełnie zbytecznie, bo palacz właściwie nie wychodził z kotłowni.
- Jak zawsze.
- Muszę z nim porozmawiać - rzucił i wszedł do klatki.
Gdy mleko przyjechało i Jacek podał panu Wójcikowi dwie kanki, ten zmarszczył brwi.
- Dla dyrektora - wyjaśnił chłopak, a mleczarz kiwnął głową, jakby było to tajne hasło, które wszystko wyjaśnia, i zamiast nalać porcję z kraniku, jak wszystkim, wspiął się na jedno z kół, otworzył pokrywę beczkowozu i zaczerpnął tłustego mleka z samej góry.
Nikt na osiedlu nie używał dzwonków do drzwi, więc Jacek wiedział, że powinien zapukać. Tylko nieco mocniej niż zwykle, bo był środek dnia. Wyszło trochę zbyt głośno, jakby miał do przekazania coś ważnego. Pomyślał, że sąsiedzi z dołu mogli usłyszeć, ale się nie przejął, bo tym razem nie było się czego wstydzić.
- Dzień dobry - powiedział grzecznie, gdy księgowa stanęła w progu. Słyszał wyraźnie, że westchnęła, jakby nie jego się spodziewała.
Jackowi wiele razy zdarzało się pukać do dyrektorskiego apartamentu, tylko że zwykle w środku nocy i wtedy pani Dąbrowska faktycznie nie była zadowolona. Jednak na co dzień dyrektorowa uśmiechała się do wszystkich dzieci, jak dobra ciocia, i tym razem też błyskawicznie się rozpromieniła.
- Ach, dziękuję. Jak elegancko. - Wzięła kankę. - Nie trzeba było. Przecież Seweryn mógł sam... Sam powinien.
Jacek się nie odzywał, niepewny, co powiedzieć.
- No, nie stój tak, chodź do środka. Chcesz szklankę mleka?
- Nie, dziękuję - odparł, bo wiedział, że nie wypada przeszkadzać. Zwłaszcza dorosłym, a już na pewno żonie dyrektora, która ma ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmowa z synem palacza.
Ale w głębi duszy marzył o tym, by wejść i zobaczyć dyrektorski apartament z dwoma balkonami - największe mieszkanie na całym osiedlu. Jeszcze nigdy nie był w środku. Seweryn go nie zapraszał, chociaż chodzili do tej samej klasy.
W przedpokoju dostrzegł białe adidasy kolegi. Wyglądały jak nowe, chociaż chłopak codziennie chodził w nich do szkoły. Jacek marzył o takich butach, w ogóle chciał być taki jak Seweryn, który miał wszystko najlepsze. Chyba właśnie dlatego bez wahania się zgodził, gdy pan Dąbrowski poprosił go o przysługę. Nie żałował nawet wtedy, gdy idąc na górę, zdał sobie sprawę, że ktoś na pewno zajął jego miejsce na największej huśtawce.
Było warto, bo teraz mógł wejść do mieszkania dyrektora, usiąść w kuchni, a może nawet w salonie, i wypić szklankę mleka. Może pani Mela ukroiłaby mu kromkę chleba, posmarowała masłem i posypała cukrem? Wyobraził sobie, jak bardzo by mu smakowało. Na pewno bardziej niż w domu.
- Nie chcę przeszkadzać - odpowiedział dyrektorowej, bo odkąd zaczął chodzić do szkoły, wiedział, że lepiej nie mówić tego, co się myśli. - Do widzenia - pożegnał się grzecznie i pobiegł na dół.
W pierwszej klasie na pierwszej lekcji każde dziecko miało powiedzieć, jak się nazywa i kim chce zostać, kiedy dorośnie. I chociaż wszyscy się znali z osiedla, łącznie z panią Majewską, która wiedziała, z której klatki i piętra są poszczególne dzieci, to uczniowie i uczennice przedstawiali się imieniem oraz nazwiskiem. Większość dziewczynek mówiła, że będą pracowały w pegeerze - jako dojarki, księgowe lub kadrowe - a chłopcy wyobrażali sobie, że zostaną traktorzystami, oborowymi albo mechanikami, w zależności od tego, czym zajmowali się ich ojcowie.
- Nazywam się Seweryn Dąbrowski i jak dorosnę, zostanę dyrektorem - powiedział syn dyrektora, gdy przyszła jego kolej.
- Pięknie, Sewerynie. Bardzo zdolny z ciebie chłopiec - pochwaliła go nauczycielka, która za sprawą trwałej ondulacji przypominała owcę.
Gdy przyszła kolej na Jacka, wydawało mu się, że wie, co powiedzieć.
- Nazywam się Jacek Kwiatek i jak dorosnę, zostanę dyrektorem.
Pani Majewska parsknęła śmiechem tak, że opluła dzieci w pierwszej ławce.
- Brudas chce być dyrektorem! Chyba kotłowni! - rechotała klasa.
Na szczęście zadzwonił dzwonek i dzieci wybiegły na przerwę. Tylko Jacek został w ławce. Gdy nauczycielka na niego spojrzała, spytał:
- Proszę pani, jaka jest prawidłowa odpowiedź na to pytanie?