Dlaczego historia chłopskiej fotografii jest tak słabo opisana
1914, Małopolska (?)
Fotografia ze zbiorów Instytutu Archeologii i Etnologii PAN z dokumentacji konkursowej "Fotografia chłopów polskich"
Zakładam, że rodzina jest ze wsi, bo starsza kobieta ma chustkę na głowie. Strzelam, że to dwudziestolecie międzywojenne. Może to najstarsza córka, a może żona (ale czemu bez chustki?) stoi z dziećmi, natomiast matka siedzi - myślę i łapię się na tym, że odruchowo ustawiam relacje rodzinne względem mężczyzny. Nie potrafię rozpoznać regionu. Widzę atelierowe tło, więc od razu patrzę pod nogi sfotografowanych, aby sprawdzić, gdzie jest powieszone. Bo u objazdowych fotografów bywało i tak, że przybijano je na wrotach stodoły, a na klepisko lub słomę kładziono dywan. Okazji, z której wykonano to zdjęcie, też nie umiem rozpoznać. Ani to ślub, ani komunia, ani chrzciny. Wgapiam się w poważne, zdziwione twarze, wyprostowane i sztywne sylwetki. Fotografowanie w tamtym okresie nadal wymagało zastygnięcia na kilka chwil przed szklanym okiem wielkiego aparatu, małe dzieci czasami tego nie wytrzymywały, kręciły się, może bały. Pewnie dlatego ta dziewczynka po prawej jest nieostra. Może to lata dwudzieste, a może jeszcze wcześniejsze?
Mogę przyglądać się tak jeszcze długo, ale już nic z tego nie wyniknie, bo "takie właśnie jest zdjęcie: nie umie powiedzieć, co pokazuje"2. Zamiast jego głosu słyszę ten w swojej głowie, który podsuwa mi historie raczej o mnie samej, moich wyobrażeniach i fantazjach niż o sfotografowanych ludziach. Mogłabym jeszcze obrócić fotografię na drugą stronę i może wtedy dowiedziałabym się czegoś więcej z opisu, gdyby nie to, że oglądam ją na ekranie komputera w pachnącej kurzem, starym papierem i wodą z akwarium czytelni naukowej. Nie dotykam zdjęć dłońmi w białych rękawiczkach, przeklikuję jedno za drugim. W dodatku wiem, że nie są to skany oryginalnych odbitek, ale skopiowane reprodukcje starych zdjęć. Ich przesadna kontrastowość to pamiątka z końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a za marną rozdzielczość odpowiada pewnie skaner z początku wieku obecnego. Tymczasem wzięcie do rąk oryginalnej odbitki może pozwoliłoby dowiedzieć się czegoś o jej powstaniu. Część na pewno była sepiowana, niektóre może miały ząbkowany rant lub były naklejone na tekturkę, ale ktoś, kto wykonywał reprodukcje w latach osiemdziesiątych, nie uznał za istotne, aby zachować to w dokumentacji. Albo uznał, ale i tak miał na stanie tylko czarno-białe klisze, w dodatku w ograniczonej liczbie.
Klik, klik, na ekranie kolejne zdjęcie za zdjęciem, gdyby nie rybki w akwarium za moimi plecami, czytelnia naukowa wydawałaby się zupełnie martwa. Oglądam jakieś pośrednie stadium fotografii zatrzymanej pomiędzy jej analogową a cyfrową formą, w dodatku kopię kopii. Te ekranowe reprodukcje starych chłopskich zdjęć są jak jakiś szczególny typ "nędznych obrazów", o których Hito Steyerl pisała, że są "występnym bękartem oryginalnego obrazu, bękartem w piątym pokoleniu. [...] Taki obraz często sprzeciwia się dziedzictwu, kulturze narodowej czy, rzecz jasna, prawu autorskiemu"3. Dzięki swojej nędzy, słabej jakości, anonimowości, kiepskiej rozdzielczości może jednak - jeśli tylko zostanie zauważony - stawiać opór, podważać hierarchie, tworzyć alternatywne reprezentacje. Z taką właśnie nadzieją przeklikuję te kolejne pliki - w poszukiwaniu obrazów, które dotychczas niezbyt często obdarzane zainteresowaniem, wyciągnięte z zapyziałego twardego dysku, może okażą się jakoś rewolucyjne. Dla samej fotografii, dla chłopskiej historii, dla myślenia o tym, co prywatne i nieoficjalne. Z tą jednak różnicą, że pojęcie "nędznych obrazów" dotyczy u Steyerl obrazów cyfrowych, których krytyczna moc płynie również z ich niepohamowanego życia w sieci: dostępności, namnażania, łatwości przesyłania i wielokrotnego przetwarzania. Tymczasem te kopie chłopskich, rodzinnych zdjęć nie hulają w internecie. Choć zostały zebrane na jednym dysku jako lekkie pliki, nie zostały dotąd udostępnione w sieci, a to dlatego, że zwykle nie wiadomo, kto na nich jest ani kto je wykonał, nie sposób tego ustalić i pozyskać zgody na publikację. Instytucja się obawia - choć sama nie wiem, czy ewentualnego dociekania praw autorskich i prawa do wizerunku, czy tego, że zgodnie z tezą Steyerl "nędzne obrazy" mogą mieć siłę rewidowania, podważania i poszerzania pola tego, co dotychczas widziane. A może nawet rozsadzania ram samych instytucji, które bardzo długo miały monopol na uznawanie, co jest wartościowe, a co nie, a przy tym nie są ani szybkie, ani zwrotne w aktualizowaniu tych ustaleń.
Wiem tyle, że to zdjęcie zostało wraz z wieloma innymi nadesłane w 1983 roku na konkurs "Fotografia chłopów polskich" organizowany wówczas wspólnie przez redakcje magazynów "Fotografia" i "Nowa Wieś". Maria Bijak i Aleksandra Garlicka, redaktorki z zespołów obu czasopism, uznały, że chłopskie zdjęcia (te domowe, prywatne, pamiątkowe) są ważne dla kultury, warte zebrania i pokazania. Wtedy, w latach osiemdziesiątych, była w tym intuicja, przekora i może obawa, czy się nie wygłupią. I odwaga, aby to jednak zrobić. Tak sobie wyobrażam. Chłopskie zdjęcia wcześniej właściwie nie istniały w polu zainteresowań instytucji artystycznych ani naukowych. Wieś, owszem, była fotografowana, ale przez etnografów, krajoznawców, badaczy, artystów i artystki czy reporterów (na potrzeby prasy w PRL-u). Tymczasem konkursowa, ogólnopolska inicjatywa z 1983 roku kierowała zaproszenie do tak zwanych zwykłych ludzi, mających rodzinne związki z wsią.
Ruszyła lawina. Odzew przerósł oczekiwania, zmieniając konkurs w wieloletnie, monumentalne przedsięwzięcie, zwieńczone wystawą w warszawskiej Zachęcie4. Przesyłki płynęły ze wszystkich stron kraju, z terenu wszystkich dawnych zaborów, czasami były to pojedyncze fotografie, czasami całe kolekcje rodzinnych zdjęć, ale zawsze oryginalne odbitki.
Łącznie nadesłano ponad sześć tysięcy fotografii wykonanych przed 1948 rokiem - bo tak organizatorki określiły ramy czasowe konkursu. Do większości nadawcy dołączali, zgodnie z wymogami, listy zawierające informacje o zdjęciu (data i miejsce wykonania, nazwisko rodziny, której zdjęcie dotyczy, nazwisko autora zdjęcia), o ile były znane. Na szczęście nie wszystkie sprowadzały się tylko do suchego wyliczenia faktów. Niektórzy opisywali historię rodziny, osób ze zdjęcia, emocje związane z jego oglądaniem. O nadawcach dużo mówi mi dziś ich język. Bywa nieporadny, potoczny, a czasami bardzo formalny lub elegancki. Podobnie jak wygląd listów - raz napisanych chwiejnie, niewprawną ręką, a kiedy indziej na maszynie lub z zawijasami i oficjalnymi pieczęciami. Czasami jedno zdanie pozwala mi wyobrazić sobie osobę i miejsce, z którego fotografie nadeszły. "Oprócz tych zdjęć mam jeszcze jedno duże zdjęcie ślubne, którego nie mogę wysłać, bo nie mam tak dużej koperty", pisze ktoś i uprzejmie prosi redakcję o nadesłanie odpowiedniej. "Bardzo proszę o zwrot pamiątki rodzinnej", pisze wiele osób i wcale się nie dziwię, wypożyczały fotografie sprzed 1948 roku, które przecież zwykle istniały w pojedynczych egzemplarzach. Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się niesłychane, że tak wiele osób zdecydowało się wysłać rodzinne zdjęcia na odległy warszawski adres. Ja bym nie wysłała - za bardzo obawiałabym się, że do mnie nie wrócą, że gdzieś w tej stolicy przepadną. A jednak czytelnicy i czytelniczki "Nowej Wsi" zdjęcia słali, a niektórzy w listach dziękowali redaktorkom za to, że wreszcie ktoś się nimi zainteresował. A tym samym - historią ludzi wywodzących się ze wsi. Inni domagali się - czasami kilkukrotnie - zwrotu zdjęć, które stanowiły dla nich bezcenną pamiątkę. A jeszcze inni wysyłali je może dlatego, że wcale nie były aż tak ważne, aby obawiać się ich utraty. Przecież zdjęcia na wsiach nie tylko hołubiono, ale również niszczono, palono, wyrzucano - jako bezwartościowe. Fotografia, która dla babci mogła być świętością, dla wnuka nieznającego towarzyszących jej emocji, historii ani kontekstu mogła być starociem, przedmiotem wymagającym utylizacji, a może nawet źródłem zażenowania lub wstydu. To wcale nie jest oczywiste, że fotografie były ważne i cenione, szczególnie gdy przestawały być użyteczne, a więc związane z osobistą pamięcią powiązanych z nimi ludzi.
W każdym razie organizatorki zleciły wykonanie kopii konkursowych fotografii (aby odesłać nadawcom oryginały, czasami po kilku latach), a także listów. To właśnie te pliki oglądam - cyfrowe kopie kopii analogowych, pogrupowane w kilkuset folderach.
Patrzę na to zwykłe, stare zdjęcie rodzinne, jedno z setek podobnych. Grupa ludzi pozuje na wprost, centralnie, nudno jak do olejnego płótna. A jednak przemielam w głowie sztafetę pytań i przypuszczeń. Nie mam wygórowanych oczekiwań, gdy przeklikuję się do odpowiedniego folderu z listami, tak jak od kilku dni robię to z każdym kolejnym zdjęciem. Znajduję odpowiednią sygnaturę i łączę fotografię ze skanem kserokopii listu, napisanego odręcznie na kartce w kratkę i wysłanego 10 października 1983 roku przez panią Bronisławę. Dowiaduję się, że zdjęcie wykonano w 1914 roku. Prawie dobrze szacowałam. Jest na nim jej prababcia (siedzi), babcia (stoi), mama (dziewczynka z lewej strony) i wujkowie (dwaj mali chłopcy). Starszy mężczyzna to chrzestny mamy ze swoją córką (dziewczynka z prawej). Za nic nie wydedukowałabym takiej relacji rodzinnej. Ale nie to, co jest na zdjęciu, okazuje się najciekawsze, ale to, czego na nim nie ma. Bo pani Bronisława pisze tak: "Dziadzio był zabrany na wojnę i dostał się do niewoli, kiedy babcia otrzymała list od dziadzia, wtedy zaczęła się straszna rozpacz [...], dziadzio kazał się dużo zwracać do Matki Bożej, aby pomogła wychować dzieci, dużo się modlić o powrót dziadzia do domu i oczywiście bardzo prosił o zdjęcie. Babcia, chociaż nie miała na chleb, ale pożyczyła właśnie od tego pana, który jest na zdjęciu, i on zapytał, czy może się i on dołączyć, oczywiście wyraziła zgodę, na to rzekła prababcia "to zdjęcie będzie wielką pamiątką", tylko szkoda, że wykonały jedno". Bo przecież rodziny na zdjęciu są dwie.
Nie mam pojęcia, ile w 1914 roku kosztowało zdjęcie, a ile chleb. Byłoby to do ustalenia, gdybym wiedziała, o jakim zaborze mowa. Tego pani Bronisława nie pisze, ale sprawdzam, że nazwisko nadawczyni najczęściej występuje w Małopolsce. Jak dalej wynika z listu, inwestycja w zdjęcie niejako się opłaciła. Dziadzio "na jego widok padł", a gdy został ocucony, on i współwięźniowie całowali fotografię, jakby widzieli na niej własnych krewnych, i "poczęli się gorliwie modlić". Mężczyzna wrócił z wojny "ze zdjęciem na sercu" i zdjęcie to zostało wetknięte w ramę świętego obrazu Matki Bożej wiszącego w domu.
Patrzę znowu na tę fotografię, teraz już nie taką zwykłą. Banalny, sztywny, nieszczególnie atrakcyjny portret rodzinny nieoczekiwanie odsłonił się przede mną jako opowieść o cywilnym, osobistym doświadczeniu I wojny światowej. Na terenach polskich powstało bardzo niewiele fotografii, które mogłyby później stwarzać powszechne o niej wyobrażenia, nie mówiąc o braku dokumentacji chłopskiej codzienności tego okresu. Tymczasem za tym byle jakim, przeciętnym zdjęciem kryje się historia o kobiecie, która mieszkała na wsi z trojgiem dzieci i w czasie wojny została bez męża, a tym samym bez znaczącej siły fizycznej, ważnej w nawet niewielkim gospodarstwie. O kobiecie, która nie miała na chleb, i raczej nie jest to metafora. Zdecydowała się na wykonanie fotografii w sytuacji kryzysu, może w akcie desperacji.
I chociaż album wydany na zakończenie konkursu "Fotografia chłopów polskich" otwiera starsze i wyjątkowe zdjęcie - autoportret (!) - Ignacego Kobusa ze wsi Kociołki zrobione w 1906 roku, to mnie bardziej ciekawi to nadesłane przez panią Bronisławę, którego wykonanie jej babcia zleciła nie wiadomo komu. Bo widzę w tym zdjęciu historię fotografii nieartystycznej, historię chłopską i historię kobiecą zarazem. Wszystkie łączy to, że nie poświęcano im wystarczająco wiele uwagi przez zbyt długi czas. To zdjęcie pokazuje też wartość obrazu fotograficznego, która czasami polegała na jego pojedynczości. Proces pozytywowo-negatywowy był za życia pani Bronisławy znany od dawna i pozwalał na wykonanie nieskończenie wielu identycznych kopii, co początkowo powodowało zarazem zachwyt (mimetyzmem), jak i krytykę fotografii względem malarstwa (jako odtwórczej). W teoretycznych rozważaniach nad wartością, kondycją i właściwościami fotograficznego medium nie zwracano uwagi na to, że wykonywanie kolejnych kopii kosztowało. Może dlatego, że prowadzeniem tych rozważań zajmowali się głównie zamożni mężczyźni z wyższych sfer. Tymczasem babcia pani Bronisławy zapłaciła raptem za jedną odbitkę, a i tak musiała się zapożyczyć.
Walter Benjamin pisał, że dzieło sztuki ma aurę. Definiował ją jako rodzaj metafizycznej nieuchwytności, niepowtarzalności, ale również całkiem fizycznego oddalenia i dystansu. To, co uznawane za sztukę wysoką, długo było niedostępne masom. W przeciwieństwie do malarskich obrazów fotografia, o której Benjamin twierdził, że jest jednym z mediów "doby reprodukcji technicznej", była tak rozumianej aury pozbawiona. Miał tu na myśli już proces pozytywowo-negatywowy, bo o dagerotypie pisał, że "w ulotności twarzy ludzkiej aura po raz ostatni przemawia do nas z wczesnych fotografii. To właśnie stanowi o jej melancholijnym, niedającym się z niczym porównać pięknie"5. Potem - jego zdaniem - fotografia aury już nie ma. Straciła ją, gdy się "zbliżyła", stała codzienna, powszechna, bardziej demokratyczna.
Piktorialiści długo próbowali dać odpór zarzutom "reprodukcyjności" fotografii, dążąc do uzyskania efektu malarskości i niepowtarzalności swoich zdjęć. Chcieli być uważani za artystów, bo artysta w hierarchii zawodów stał (i w powszechnym odbiorze nadal zwykle stoi) wyżej od fotografa, który "przecież tylko naciska przycisk", jak mówią niektórzy. Nie wiem, czy Benjamin by się zgodził, ale przykład zdjęcia ze zbiorów pani Bronisławy pokazuje, że w rzeczywistości wiejskiej chałupy aura fotografii - i ewentualne związane z nią przekonanie o mocy obrazu - bywała zachowana, choć wynikała raczej z braku pieniędzy, a nie unikalnych walorów artystycznych zdjęć. Może jeszcze z tego, że przed rozpowszechnieniem fotografii na wsi niemal jedynym funkcjonującym typem obrazu były ikony, święte obrazy, obrazki i oleodruki. Bez względu na jakość wykonania traktowano je rytualnie - dosłownie i bardzo serio - czyli tak jak według Benjamina dzieła sztuki, które bywały przedmiotem swoistego kultu i określonych praktyk społecznych, takich na przykład jak wystawianie na salonach. Na wsiach przejawiało się to choćby tak, że wychodzono w czasie burzy przed dom z obrazami świętej Agaty, aby uchronić go od uderzenia pioruna. Gdzieniegdzie w dniu śmierci domownika obrazy i lustra zasłaniano na czterdzieści dni. Peregrynacje świętych obrazów, których istota opiera się na personifikacji wizerunku, organizowane są do dziś.
Może więc nic w tym szczególnego, że ta konkretna fotografia, wykonana w sytuacji rodzinnego i politycznego kryzysu, w wielkim strachu, którego doświadczyli przodkowie Bronisławy, była traktowana jak relikwia lub może dar wotywny, dowód cudownego wstawiennictwa, i że modlono się do niej jak do wizerunku świętego. Bo tak wtedy używano na wsiach obrazów, a fotografia - jako stosunkowo nowy, ale jednak rodzaj obrazu - została włączona we wcześniej znane praktyki. A przynajmniej - bywała włączana i traktowana nabożnie, może tym bardziej, że sprawiała niesamowite wrażenie realizmem odwzorowania. Budziła rodzaj trwogi pomieszanej z zachwytem i działała tak na wiele osób, które obcowały z nią jako z nowym medium. Wrażenie, że zdjęcie jest odbiciem, cieniem, odciskiem czy wcieleniem fotografowanej osoby, nie było wcale specyficzne dla "ciemnego ludu", który - prezentując rzekomo naiwne podejście do fotografii - bał się jakoby, że fotografia mogłaby "kraść duszę". Podobnie reagowano na fotografię na wielkomiejskich salonach, z tą różnicą, że działo się to wcześniej - jej użytkowniczki i użytkownicy mieli zatem więcej czasu, aby przyzwyczaić się do obcowania ze zdjęciami, aż im spowszedniały, przestały budzić skrajne emocje, sprowadzały się do kategorii estetycznych i emocjonalnych, ale nie transcendentalnych. Na wsi to też się wydarzyło, tylko później, bo później stała się tu dostępna i powszechna.
Wysoki status fotografii w chłopskiej rzeczywistości mógł więc początkowo wynikać z aury, której źródłem była jej niedostępność. A ta z kolei wynikała z niskiego statusu ekonomicznego i klasowego zainteresowanych. Mówiąc wprost - z biedy. Z biedy i systemowej nierówności wynikało też niskie wykształcenie lub jego brak. To z kolei powodowało, że wynalazki techniczne, w które obfitował przełom XIX i XX wieku, były na wsi słabo znane. Czasami budziły nieufność lub pogłębiały poczucie gorszości przez to, że były bajecznie drogie, czyli zarezerwowane dla panów.
Bronisławy raczej o nic już nie dopytam. Wnioskując z chwiejnych liter, którymi zapisała kratkowaną kartkę, w 1983 roku mogła być osobą w podeszłym wieku. Po konkursie nie pozostały zapisy wywiadów biograficznych ani baza teleadresowa nadawców. Zresztą nadawcy i tak często nie wiedzieli, kto wykonał konkretne zdjęcie, gdzie ani kiedy.
Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego niemal nikt w Polsce6 nie zajął się na poważnie historią chłopskiej fotografii, ale to zdjęcie, właściwie przypadkowe, dało mi odpowiedź. To jest, w pewnym sensie, już niemożliwe do zrobienia. Teraz, gdy fakty poodklejały się od fotografii jak same fotografie od kart albumów (o ile w ogóle były jakieś albumy), pamięć je rozostrzyła, zatarła, a właściciele i autorzy zdjęć poumierali, nie ma kogo pytać, a nawet jeśli udaje się dotrzeć do potomków, to ich wiedza jest wyblakła albo dziurawa. Mówią: "Kogo to interesowało, my byliśmy dziećmi". Długo panowało nieszczęsne przekonanie, że to, co codzienne, "amatorskie", a w dodatku chłopskie, nie jest tematem godnym nauki, sztuki ani uwagi. Teraz, gdy tyle zdjęć przepadło, a wywiadów i badań na dużą skalę nie przeprowadzono, pozostaje niewiele: albo praca wyobraźni, która zbyt często i zbyt łatwo ociera się o sentymentalizm (co właściwie nigdy nie przynosi niczego dobrego), albo prowadzenie badań jakościowych i lokalnych (jak w pracy Joanny Bartuszek, jedynej naukowej publikacji o chłopskich fotografiach), albo próby identyfikacji, które dotyczą raczej tego, co zostało sfotografowane, niż samego zdjęcia. Jest jeszcze inna droga - patrzenia na fotografię w taki sposób, aby ją zauważać w całości, z każdej strony, wraz z jej materialnością i kontekstami, w których powstała. Jako przedmiot, jako wykonywaną czynność, jako medium służące do wyobrażania sobie przeszłości. A patrzenie może się odbywać na różne sposoby. Patrzeć można z bliska i z daleka, na wprost i z ukosa, można przyglądać się temu, co w głębi, i temu, co na powierzchni, można zauważać detale i perspektywę, można zwracać uwagę na to, co pozornie nieistotne, i na to, czego nie ma. Można patrzeć z perspektywy własnej i próbować zmieniać punkt widzenia na cudzy.
Patrząc na zdjęcie Bronisławy, ja akurat zauważam, że splata się w nim to, co polityczne, i to, co prywatne - I wojna światowa, której w Polsce brakuje fotograficznej reprezentacji, rozłąka z bliską osobą i strach o jej życie, anonimowy fotograf, który na pamiątkowych zdjęciach próbował zarobić, i pieniądze prababci pani Bronisławy, o których mało kto dziś wie, jak bardzo ich nie było.