Nieśmiertelne pragnienia. Ciało i fałszywi bogowie. Księga 1 - Chloe Gong

Kup ebooka

49.50 zł
42.08 zł (41,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

ROZ­DZIAŁ 1

Żywy orga­nizm, który doznaje zła­ma­nia lub urazu, musi ule­czyć się sam. W ranie two­rzy się skrzep, który więzi ener­gię życiową osoby, jej qi. Pęk­nięta kość zra­sta się i wygła­dza. Budynki San-Er zaś, gdy roz­po­znają naturę nie­do­god­no­ści, pośpiesz­nie łatają ranę, usta­lają poło­że­nie każ­dego zła­ma­nia i czym prę­dzej poczy­nają je napra­wiać. Ze szczytu pałacu widać jedy­nie stło­czone budowle sta­no­wiące bliź­nia­cze mia­sta, powią­zane ze sobą i zależne od sie­bie, nie­które złą­czone ze swym sąsia­dem na pozio­mie par­teru, inne splą­tane wyłącz­nie na naj­wyż­szych pię­trach. Każdy w kró­le­stwie Talinu pra­gnie miesz­kać w sto­licy - w owych dwóch mia­stach uda­ją­cych jedno - i żeby ich pomie­ścić, San-Er musi sta­wać się coraz cia­śniej­sze i coraz bar­dziej piąć się w górę, swoją cał­ko­witą nie­spój­no­ścią masku­jąc wszel­kie nie­do­sko­na­ło­ści i panu­jący w nim smród.

August Shen­zhi zaci­ska palce na balu­stra­dzie bal­ko­no­wej i odrywa wzrok od cią­gną­cych się po hory­zont dachów. Jego uwaga winna sku­piać się na widocz­nym w dole tar­go­wi­sku, które roz­brzmiewa gwa­rem wewnątrz ścian kolo­seum. Trzy poko­le­nia temu Pałac Unii został zbu­do­wany w sąsiedz­twie ogrom­nego kolo­seum San, choć może nale­ża­łoby powie­dzieć, że został w nie wbu­do­wany, jego pół­nocna ściana przy­le­gała do połu­dnio­wych murów areny, jego wie­życzki i bal­kony roz­dzie­lały kamień i wci­skały się w powstałą szcze­linę. Każde okno od pół­noc­nej strony wycho­dzi na tar­go­wi­sko, jed­nak ni­gdzie widok nie jest tak ide­alny jak na tym bal­ko­nie. W cza­sach, kiedy król Kasa poja­wiał się jesz­cze publicz­nie, prze­ma­wiał z tego wła­śnie bal­konu. Tar­go­wi­sko uprzą­tano, a pod­dani gro­ma­dzili się na jedy­nej otwar­tej prze­strzeni San-Er, wiwa­tu­jąc na cześć monar­chy.

Nie ma dru­giego takiego miej­sca jak kolo­seum. Samo San-Er jest niczym wię­cej jak tylko nie­wiel­kim wznie­sie­niem na skraju kró­le­stwa, któ­rego gra­nicę z rol­ni­czym Tali­nem wyzna­cza wysoki mur, pozo­stała zaś część oto­czona jest morzem. Jed­nak mimo swych roz­mia­rów San-Er jest czymś w rodzaju odręb­nego świata z pół milio­nem miesz­kań­ców tło­czą­cych się na każ­dej mili kwa­dra­to­wej. Wąskie jak igła uliczki mię­dzy budyn­kami zapa­dają się, a zie­mi­ste pod­łoże zawsze jest błot­ni­ste, jakby pociło się z nad­mier­nego wysiłku. Pro­sty­tutki i kapłani korzy­stają z tych samych drzwi, nar­ko­mani i nauczy­ciele drze­mią pod tymi samymi mar­ki­zami. Nikogo więc nie dziwi, że jedy­nym miej­scem wol­nym od budow­lań­ców i dzi­kich loka­to­rów jest kolo­seum, znaj­du­jące się pod czuj­nym okiem rodziny kró­lew­skiej i nie­tknięte mimo despe­rac­kiej eks­pan­sji, która z każ­dej strony napiera na jego mury. Gdyby je zbu­rzyć, w jego miej­sce można byłoby wybu­do­wać dzie­sięć, może dwa­dzie­ścia nowych ulic i upchnąć przy nich setki apar­ta­men­tow­ców, jed­nak pałac się na to nie zgo­dzi, a to co mówi pałac, jest święte.

- Pozwól mi udu­sić swego wuja, Augu­ście. Mam go ser­decz­nie dość.

Gali­pei Weisanna wcho­dzi do pokoju, jego dud­niący głos wylewa się na bal­kon. Jego słowa są takie jak zawsze: szorst­kie, zwię­złe, szczere. Gali­pei rzadko kła­mie, jed­nak gada jak nakrę­cony nawet wtedy, gdy mil­cze­nie wydaje się lep­szą opcją. August odwraca głowę, żeby spoj­rzeć na swego straż­nika, a korona na jego gło­wie prze­krzy­wia się na lewą stronę. W pała­co­wym świe­tle czer­wone klej­noty przy­wo­dzą na myśl kro­ple krwi zaplą­tane w spło­wiałe od słońca jasne włosy. Wystar­czy jeden podmuch wia­tru, by meta­lowa obręcz sfru­nęła mu z głowy.

- Uwa­żaj - odpo­wiada ze spo­ko­jem August. - Zdrada stanu w sali tro­no­wej raczej nie spo­tka się z apro­batą.

- A zatem i na cie­bie ktoś powi­nien krzywo patrzeć.

Gali­pei dołą­cza do niego na bal­ko­nie i wpraw­nym, wypra­co­wa­nym ruchem popra­wia koronę na gło­wie Augu­sta. Ze swo­imi sze­ro­kimi ramio­nami i wyso­kim wzro­stem domi­nuje nad wiot­kim, gib­kim kom­pa­nem. W swym ciem­nym stroju wydaje się czę­ścią nocy - gdyby noc pełna była sprzą­czek i pasków z zawie­szoną na nich roz­ma­itą bro­nią. Gdy podob­nie jak August staje oparty rękami przy pozła­ca­nej balu­stra­dzie, roz­lega się melo­dyjny szczęk, który chwilę póź­niej ginie w dobie­ga­ją­cym z dołu gwa­rze.

- Kto by się ośmie­lił? - pyta rze­czowo August.

Nie jest to prze­chwałka, lecz pew­ność sie­bie czło­wieka, który dokład­nie wie, jak wysoki jest pie­de­stał, na któ­rym stoi, bo sam się na niego wdra­pał.

Gali­pei mru­czy coś pod nosem. Odwraca się ple­cami do ścian kolo­seum, wypa­tru­jąc zagro­żeń, a gdy nie znaj­duje niczego, co wyda­łoby mu się podej­rzane, podąża za wzro­kiem Augu­sta i spo­gląda na dziecko kopiące piłkę obok naj­bliż­szego rzędu stra­ga­nów.

- Sły­sza­łem, że wzią­łeś na sie­bie wstępne przy­go­to­wa­nia do igrzysk. - Dziecko pod­cho­dzi coraz bli­żej bal­konu. - Co ty kom­bi­nu­jesz, Augu­ście? Twój stryj...

August odchrzą­kuje i choć Gali­pei prze­wraca oczami, przyj­muje wska­zówkę bez mru­gnię­cia okiem.

- Wybacz. Twój ojciec i bez tego jest poiry­to­wany pała­cem. Jeśli go zde­ner­wu­jesz, zaraz cię wydzie­dzi­czy.

Podmuch cie­płego połu­dnio­wego wia­tru dociera na bal­kon i unosi pełne nie­za­do­wo­le­nia wes­tchnie­nie, które ula­tuje z ust Augu­sta. Męż­czy­zna ner­wowo szar­pie koł­nierz, palce śli­zgają się na jedwa­biu tak cien­kim, że sam jego dotyk przy­pra­wia go o gęsią skórkę. Król Kasa może prze­pu­ścić papiery adop­cyjne przez nisz­czarkę. Wkrótce i tak nie będą miały zna­cze­nia. Trwa­jące kilka lat sta­ra­nia, by stwo­rzyć odpo­wied­nią doku­men­ta­cję, były zale­d­wie pierw­szą czę­ścią planu. A do końca zostało jesz­cze całe mnó­stwo pracy.

- Po co przy­sze­dłeś? - pyta August, zmie­nia­jąc temat. - Myśla­łem, że mia­łeś poma­gać Leidzie.

- Ode­słała mnie. Gra­nica San jest bez­pieczna.

August nie wypo­wiada na głos swo­ich wąt­pli­wo­ści i tylko marsz­czy brwi. Z wyjąt­kiem kolo­seum, daleki skraj San, tuż obok muru, jest jedy­nym miej­scem w San-Er, gdzie cywile mogą się gro­ma­dzić i awan­tu­ro­wać, stło­czeni wokół hałd śmieci i porzu­co­nych sprzę­tów. Awan­tury nie trwają jed­nak długo. Straż­nicy szybko roz­pę­dzają zgro­ma­dzo­nych, któ­rzy mają do wyboru - albo tra­fią na nie­okre­ślony czas do wię­zien­nej celi, albo znikną w labi­ryn­cie ulic.

- Fascy­nu­jące - mówi August. - Nie pamię­tam, kiedy ostat­nio nie było zamie­szek na dzień przed igrzy­skami.

Jesz­cze kilka kro­ków i dziecko będzie dokład­nie pod bal­ko­nem. Dziew­czynka nie zwraca uwagi na oto­cze­nie, lawi­ruje piłką mię­dzy han­dla­rzami i kupu­ją­cymi, a jej cien­kie buty mla­skają o nie­równą zie­mię.

- Tego­roczne roz­grywki raczej nie potrwają długo. Pra­wie nie było chęt­nych.

Mówiąc "pra­wie", Gali­pei ma na myśli, że zamiast tysięcy zgło­szeń wpły­nęły setki. W cza­sach, gdy główną nagrodą były bogac­twa pocho­dzące ze skarb­ców dwóch kró­lów, igrzy­ska cie­szyły się znacz­nie więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. Ojciec Kasy zapo­cząt­ko­wał je pod­czas swego poprzed­niego pano­wa­nia i doroczny poje­dy­nek jeden na jed­nego na śmierć i życie w końcu prze­ro­dził się w igrzy­ska z udzia­łem licz­nych uczest­ni­ków, które prze­nio­sły się poza mury kolo­seum i roz­lały po całym San-Er. Nie­gdyś patrze­nie, jak wprawni wojow­nicy roz­dzie­rają sie­bie nawza­jem na strzępy na are­nie, było wyłącz­nie roz­rywką, czymś zupeł­nie obcym dla prze­cięt­nego oby­wa­tela. Teraz igrzy­ska są roz­grywką, w któ­rej może uczest­ni­czyć każdy, roz­wią­za­niem dla kró­le­stwa i jego pro­ble­mów. "Nie przej­muj­cie się, jeśli wasze dzieci umarły z głodu" głosi król Kasa. "Nie trap­cie się, że starcy śpią w klat­kach, bo w miesz­ka­niach nie ma miejsc, ani że neon na pobli­skim klu­bie ze strip­ti­zem po dru­giej stro­nie ulicy nie pozwala wam zasnąć. Zgło­ście się do lote­rii, pozbaw­cie życia osiem­dzie­się­ciu sied­miu miesz­kań­ców mia­sta i zdo­bądź­cie bogac­twa, o jakich nie marzy­li­ście w naj­śmiel­szych snach".

- A więc spo­rzą­dził listę? - pyta August. - Osiem­dzie­się­ciu ośmiu szczę­śli­wych uczest­ni­ków?

Liczba osiem­dzie­siąt osiem, sym­bol szczę­ścia i dobro­bytu! - krzy­czą pla­katy rekla­mu­jące igrzy­ska. Zare­je­struj się przed upły­wem ter­minu i zyskaj szansę, by dołą­czyć do grona naszych sza­cow­nych uczest­ni­ków!

- Jego kró­lew­ska mość jest z sie­bie bar­dzo dumny. Prze­brnął przez listę nazwisk w rekor­do­wym cza­sie.

August pry­cha z pogardą. To nie ope­ra­tyw­ność zmu­siła Kasę do tak szyb­kiego dzia­ła­nia. Odkąd dwa lata temu August zapro­po­no­wał wpi­sowe, liczba chęt­nych do udziału w igrzy­skach znacz­nie spa­dła. Ktoś mógłby pomy­śleć, że pogar­sza­jąca się sytu­acja sprawi, iż coraz wię­cej ludzi będzie wal­czyło o poprawę swego bytu, jed­nak miesz­kańcy San-Er coraz bar­dziej oba­wiają się, że igrzy­ska to jedno wiel­kie oszu­stwo, a zwy­cięzca zosta­nie pozba­wiony wygra­nej, tak jak bliź­nia­cze mia­sta usta­wicz­nie pozba­wiają ich nagród. Nie mylą się. W końcu August maj­stro­wał przy tego­rocz­nym loso­wa­niu, tak by wpro­wa­dzić do gry pewne nazwi­sko.

Krzy­wiąc się, odcho­dzi krok w tył od balu­strady i poru­sza głową, by pozbyć się uczu­cia napię­cia w szyi. Na dwa dni w roku kolo­seum zostaje uprząt­nięte i zgod­nie ze swoim prze­zna­cze­niem zamie­nia się w arenę. Jed­nak jesz­cze dziś speł­nia rolę tar­go­wi­ska. Zatło­czo­nego świata peł­nego han­dla­rzy jedze­niem w popla­mio­nych ole­jem far­tu­chach, meta­lo­pla­sty­ków pobrzę­ku­ją­cych ostrzami i tech­ni­ków napra­wia­ją­cych zepsute kom­pu­tery, by sprze­dać je ponow­nie. San-Er wyko­rzy­stuje wszystko do samego końca. To jedyny spo­sób na prze­trwa­nie.

- Augu­ście. - Czu­jąc dotyk na ramie­niu, August zerka w bok i napo­tyka spoj­rze­nie sre­brzy­sto­sza­rych oczu Gali­pe­iego. W spo­so­bie, w jaki wypo­wiada imię księ­cia, pomi­ja­jąc jego tytuł i sto­pień, czai się ostrze­że­nie. August nie zwraca na to uwagi i tylko się uśmie­cha. Jego usta drgają, lecz twarz pra­wie się nie zmie­nia, a jed­nak Gali­pei wzdryga się zasko­czony tą nie­co­dzienną miną.

August dokład­nie wie, co robi. Na chwilę straż­nik go roz­pra­sza, a gdy uwaga Gali­pe­iego sku­pia się na czymś innym, decy­duje się na kolejny krok.

- Wnieś moje ciało do środka.

Gali­pei otwiera usta, żeby zapro­te­sto­wać, ale szybko otrząsa się z chwi­lo­wej fascy­na­cji.

- Mógł­byś nie prze­ska­ki­wać jak...

Lecz August zdą­żył już odejść, jego spoj­rze­nie zatrzy­mało się na dziecku, wśli­zguje się w nowe ciało niczym dłoń w ręka­wiczkę i gwał­tow­nie otwiera swe nowe oczy. Musi przy­zwy­czaić się do zmiany wzro­stu i chwieje się przez chwilę, pod­czas gdy ludzie w pobliżu wzdry­gają się zasko­czeni. Wie­dzą, co się wyda­rzyło: roz­błysk świa­tła mię­dzy prze­sko­kami jest nie do pomy­le­nia, podob­nie jak łuk, który rysuje mię­dzy sta­rym a nowym cia­łem. Choć pałac dawno temu uznał prze­ska­ki­wa­nie za nie­zgodne z pra­wem, wciąż jest ono rów­nie powszechne jak widok żebra­ków krad­ną­cych ryż z nie­pil­no­wa­nych stra­ga­nów. Cywile nauczyli się odwra­cać wzrok, zwłasz­cza gdy roz­błyski zda­rzają się tak bli­sko pałacu.

Po pro­stu nie spo­dzie­wają się, że prze­ska­ku­ją­cym jest następca tronu.

August patrzy na pałac. Jego ciało zwiot­czało i osu­nęło się w ramiona Gali­pe­iego. Pozba­wione qi ciało jest tylko naczy­niem. Jed­nak naczy­nie nale­żące do dzie­dzica tronu ma nie­sły­chaną war­tość i gdy Gali­pei napo­tyka spoj­rze­nie czar­nych oczu Augu­sta w ciele dziew­czynki, bez­gło­śnie poru­sza ustami, gro­żąc, że go udusi.

Tym­cza­sem August idzie już w prze­ciwną stronę, a Gali­pe­iemu nie pozo­staje nic innego jak tylko zacie­kle strzec ciała, w któ­rym następca tronu przy­szedł na świat, na wypa­dek gdyby ktoś zbli­żył się do niego na odle­głość dzie­się­ciu stóp i pró­bo­wał je prze­jąć. Tak czy ina­czej, nie­trudno byłoby pozbyć się intruza. Qi Augu­sta jest silne - gdyby ktoś wtar­gnął do jego ciała, książę z łatwo­ścią odzy­skałby kon­trolę, zmu­sza­jąc nie­pro­szo­nego gościa, by zna­lazł sobie innego żywi­ciela, albo ska­zu­jąc go na porażkę. Jeśli cho­dzi o dublo­wa­nie ciał, w bliź­nia­czych mia­stach nie ma naczy­nia, do któ­rego nie byłby wsta­nie wtar­gnąć. Waru­nek jest jeden - musi być doj­rzałe, a więc mieć dwa­na­ście, może trzy­na­ście lat, kiedy to uak­tyw­nia się gen umoż­li­wia­jący prze­ska­ki­wa­nie.

Pro­blem nie polega na tym, że ktoś mógłby wyko­rzy­stać ciało Augu­sta dla przy­jem­no­ści czy wła­dzy. Ale są intry­ganci, któ­rzy mogliby prze­jąć jego ciało po to, by znisz­czyć je na znak pro­te­stu i rzu­cić się z dachu, nim książę zdąży wró­cić.

August nie­mal wpada na kogoś, wzdryga się, robi unik i szuka mniej zatło­czo­nej ścieżki przez tar­go­wi­sko. Nagły atak na jego zmy­sły jest czymś, do czego nie­zmien­nie musi się przy­zwy­czaić: dźwięki wydają się gło­śniej­sze, kolory żyw­sze. Moż­liwe, że za bar­dzo przy­tę­pił zmy­sły w swoim praw­dzi­wym ciele, a tak wła­śnie wygląda nor­mal­ność. Kiedy pucy­but war­czy na niego zza stra­ganu i wyciąga ku niemu kilka monet, August bie­rze je w swe drobne rączki, choć sam nie wie po co. Dziew­czynka musi być jakimś dziec­kiem na posyłki. Tym lepiej. Tylko nie­liczni cywile są dość potężni, by prze­ska­ki­wać w dzieci, co spra­wia, że są one naj­bar­dziej godne zaufa­nia i nie­po­strze­żone mogą prze­my­kać mię­dzy budyn­kami do każ­dego zakątka San-Er.

August pośpiesz­nie opusz­cza kolo­seum i wycho­dzi na jedną z głów­nych ulic bie­gną­cych z pół­nocy na połu­dnie San. Zna wszyst­kie zaułki zawi­łego mia­sta, tak więc porzuca główną arte­rię na rzecz mniej uczęsz­cza­nych dróg, prze­myka pośpiesz­nie pod zwi­sa­ją­cymi z góry kablami i krzywi się tylko, gdy z odpro­wa­dza­ją­cych wodę rur ska­pują mu za koł­nierz kro­ple wody. Gdy po jakimś cza­sie zimna wil­goć zaczyna dzia­łać mu na nerwy, z wes­tchnie­niem wcho­dzi do budynku i posta­na­wia sko­rzy­stać ze scho­dów zamiast skom­pli­ko­wa­nej siatki przejść mię­dzy domo­stwami. Nic w ciele nie zdra­dza jego toż­sa­mo­ści, co samo w sobie jest odpo­wie­dzią. Brak jakich­kol­wiek zna­ków czy tatu­aży ozna­cza, że jego wła­ści­cielka nie jest oddana Towa­rzy­stwom Pół­księ­ży­co­wym.

- Hej! Hej, stój.

August w swoim wypo­ży­czo­nym ciele zatrzy­muje się. Głos należy do sta­ruszki, która wyraź­nie stro­skana stoi przed drzwiami do miesz­ka­nia z wia­drem wody przy boku.

- Gdzie twoi rodzice? - pyta kobieta. - To nie­do­bre miej­sce. Towa­rzy­stwa Pół­księ­ży­cowe mają je na oku. Ktoś może spró­bo­wać cię napaść.

- Dam sobie radę. - Głos, który dobywa się z ciała dziew­czynki, jest piskliwy, deli­katny i słodki. To August spra­wia, że brzmi zbyt pew­nie. Zbyt kró­lew­sko. Kobieta to zauważa i robi się podejrz­liwa, lecz August idzie już dalej. Podąża za strzał­kami wyma­lo­wa­nymi sprayem na ścia­nach i prze­cho­dzi kolej­nym kory­ta­rzem do sąsied­niego budynku. Zza cien­kich gip­so­wych ścian dobie­gają niskie jęki. Oko­lica ta sły­nie z pry­wat­nych szpi­tali, peł­nych brud­nych narzę­dzi i obskur­nych gabi­ne­tów, do któ­rych ludzie i tak usta­wiają się w kolej­kach, bo tutejsi leka­rze liczą sobie znacz­nie mniej od tych w szpi­ta­lach z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Połowa z tych pry­wat­nych kli­nik to tylko przy­krywka dla han­dlu orga­nami. Co z tego, skoro i tak nikt nie inte­re­suje się losem zagi­nio­nych. A już na pewno nie pałac, mimo wszel­kich sta­rań ze strony Augu­sta.

Gdy skręca za rogiem, atmos­fera natych­miast ulega zmia­nie. W niskich pomiesz­cze­niach dym papie­ro­sowy jest tak gęsty, że słabe świa­tło żaró­wek led­wie prze­dziera się przez jego kłęby. San jest mia­stem ciem­no­ści. Teraz panuje noc, lecz nawet za dnia stło­czone cia­sno budynki spra­wiają, że ulice toną w cie­niu. August liczy mijane drzwi: raz, dwa, trzy...

Puka do trze­cich, jego drobna rączka bez trudu wśli­zguje się mię­dzy żela­zne pręty drzwi zewnętrz­nych. Kiedy dru­gie, drew­niane otwie­rają się do wewnątrz, staje w nich męż­czy­zna dwu­krot­nie wyż­szy od Augu­sta i patrząc na niego z góry, oznaj­mia pogar­dli­wie:

- Nie mamy resz­tek...

August znów prze­ska­kuje. Wie, że dzieje się to natych­miast i przy­po­mina roz­błysk świa­tła, jed­nak uczu­cie jest powolne, niczym prze­cho­dze­nie przez ceglany mur. Im krót­szy skok, tym cień­szy jest mur. Ska­cząc z naj­więk­szej odle­gło­ści dzie­się­ciu stóp, czło­wiek ma wra­że­nie, że prze­dziera się przez grubą na milę litą skałę. Ci, któ­rzy zgu­bili się mię­dzy cia­łami, utknęli tam na dobre i po wsze czasy będą się błą­kać w tej nie­ma­te­rial­nej prze­strzeni.

Kiedy roz­chyla powieki, znów patrzy na dziew­czynkę i jej sze­roko otwarte zdu­mione jasno­po­ma­rań­czowe oczy. Nie wszy­scy w Tali­nie potra­fią ska­kać i nawet wśród tych, któ­rzy mają gen, umie­jęt­no­ści wielu są tak nikłe, że wolą nie ryzy­ko­wać w oba­wie, iż prze­grają walkę o kon­trolę nad cia­łem, które spró­bują prze­jąć. Jed­nak w każ­dej chwili, z genem czy bez, ciało mające w sobie qi jed­nej osoby może zostać prze­jęte, zwłasz­cza przez kogoś takiego jak August. Dziew­czynka szybko orien­tuje się, co musiało się zda­rzyć.

- Odsuń się - naka­zuje jej August i zamyka wewnętrzne drzwi do jaskini hazardu. Ludzie w środku zoba­czyli błysk świa­tła i wie­dzą już, że ciało wyki­dajły zostało prze­jęte. Na szczę­ście spo­dzie­wano się przy­by­cia Augu­sta.

- Wasza Wyso­kość!

Choć wła­ści­ciel domu gry, który śpie­szy ku niemu, ma inną twarz niż pod­czas ostat­niej wizyty Augu­sta, książę wie, że to ta sama osoba. Ciała można zmie­niać, lecz bla­do­fio­le­towe oczy męż­czy­zny pozo­stały nie­zmie­nione.

- Zna­la­złeś ją? - pyta August.

- W samą porę, w samą porę, książę - powta­rza męż­czy­zna, igno­ru­jąc pyta­nie. - Pro­szę za mną.

August podąża za nim, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki. Ciało, które zajął, jest potężne i umię­śnione. Nie chce poru­szać się zbyt szybko w oba­wie, że potknie się i prze­wróci. Zaci­ska pię­ści, ściąga brwi i lawi­ruje wśród sto­li­ków do gry w karty i mah­jonga, usta­wio­nych tak bli­sko sie­bie, że nie­mal nie spo­sób się mię­dzy nimi prze­ci­snąć. Pod pode­szwą jego buta chrzę­ści coś, co mogłoby być strzy­kawką z hero­iną. Kobieta przy jed­nym ze sto­li­ków wyciąga rękę i dotyka jego kurtki, tylko po to, by poczuć pod pal­cami miękką skórę.

- Tędy. Zdję­cia powinny już zostać wywo­łane.

Męż­czy­zna przy­trzy­muje otwarte drzwi, a August wcho­dzi do środka i roz­gląda się po zala­nym czer­wo­nym świa­tłem pomiesz­cze­niu. Na wyso­ko­ści oczu wiszą cien­kie linki do susze­nia, na któ­rych dyn­dają zdję­cia w róż­nych odcie­niach. Męż­czy­zna sięga po jedno z nich. Palce mu drżą, gdy wypusz­cza z nich linkę i trzyma foto­gra­fię w zło­żo­nych dło­niach. Nie od razu poka­zuje ją Augu­stowi, waha się przez chwilę, uwa­ża­nie się jej przy­glą­da­jąc.

- Coś nie tak?

- Nie, nie. Nic. - Wła­ści­ciel domu gry kręci głową, a cień zwąt­pie­nia znika z jego twa­rzy. - Prze­trzą­snę­li­śmy wszyst­kie reje­stry i prze­szu­ka­li­śmy dokład­nie wszyst­kie bazy danych. To ona, Wasza Wyso­kość. Przy­się­gam. Zapew­niam też, że doce­niamy zaufa­nie i wspar­cie Waszej Wyso­ko­ści.

August unosi brew, co w tym ciele nie jest wcale pro­ste. Zamiast tego wska­zuje na zdję­cie, które zaraz potem tra­fia do jego rąk. Zdaje się, że cała ciem­nia wstrzy­muje oddech. Wen­ty­la­tory zatrzy­mują się z ter­ko­tem.

- Cóż - mówi August. - Dobra robota.

Cho­ciaż czer­wone świa­tło nad ich gło­wami nadaje zdję­ciu nie­wła­ściwy odcień, przez co nie spo­sób doj­rzeć koloru oczu widocz­nej na nim osoby, August nie ma wąt­pli­wo­ści. Kobieta na zdję­ciu scho­dzi z ganku - jej nos i usta zakrywa maska, dło­nie ma oble­czone w skó­rzane ręka­wiczki, a uchwy­cone w ruchu ciało wydaje się pochy­lone pod dziw­nym kątem - jed­nak August roz­po­znałby ją wszę­dzie. Nie należy do tych, któ­rzy porzu­cają swe ciała, nawet w takich oko­licz­no­ściach. Zamiast tego obnosi się z tym, co zdo­łała oca­lić, miesz­ka­jąc w tym mie­ście przez pięć dłu­gich lat, tuż pod jego nosem.

- Och, kuzynko. - August zwraca się do zdję­cia. - Koniec z ukry­wa­niem się.

Księż­niczka Calla Tuole­imi w końcu została odna­le­ziona.

Rozdział 2

ROZ­DZIAŁ 2

Kro­pla wody ska­puje z sufitu. A zaraz po niej następna. Calla Tuole­imi posyła w górę wście­kłe spoj­rze­nie, to jed­nak nie zatrzy­muje kro­pel, które wciąż kapią jej na szyję. Może tylko prze­su­nąć się o cal w lewo i przy­lgnąć jesz­cze moc­niej do zaku­rzo­nej ściany.

- Do cho­lery, czemu to trwa tak długo? - mru­czy pod nosem.

Stoi przy­cza­jona u pod­nóża scho­dów, strze­gąc wej­ścia do holu i spla­ta­jąc bran­so­letkę z trzech liści dowiastki. Jej miesz­ka­nie znaj­duje się w dru­gim końcu dłu­giego, krę­tego kory­ta­rza na obskur­nym par­te­rze peł­nym cia­snych pokoi, na któ­rych drzwiach wiszą maty łucz­ni­cze do strze­la­nia z kuszy. Zwy­kle nie­na­wi­dzi opusz­czać budynku z jego kory­ta­rzami i scho­dami, gdzie sie­roty i bez­domni sie­dzą przy­cup­nięci w kątach, żebrząc albo wykrzy­ku­jąc bzdury. Nie ma powodu, by kto­kol­wiek stąd wycho­dził, chyba że jest jakaś sprawa do zała­twie­nia przy wej­ściu. Calla kopie leżący w kącie kamień, po czym siada w kucki.

Dziś ma do zała­twie­nia pewną sprawę. Ina­czej nikt nie znaj­dzie jej miesz­ka­nia. Czeka więc i splata bran­so­letkę, żeby zająć czymś ręce. Zawie­szony na ścia­nie kin­kiet roz­świe­tla mroki popo­łu­dnia jedną, jedyną żarówką, która lada chwila dokona pew­nie żywota. Elek­trycz­ność zawsze sta­nowi tu pro­blem. Miesz­kańcy kradną prąd z roz­ma­itych linii i skrzy­nek, tak jak kradną wodę, pod­łą­cza­jąc domo­wej roboty rury do pod­ziem­nych pomp. Całe San cuch­nie zgni­li­zną i zło­dziej­stwem - błot­ni­stymi kału­żami z leżą­cymi w nich wor­kami na śmieci i pla­sti­ko­wymi wan­nami porzu­co­nymi w zauł­kach, do któ­rych wypróż­niają się włó­czę­dzy. Niż­sze pię­tra zawsze są naj­gor­sze. Do miesz­kań powy­żej linii dachów dociera przy­naj­mniej świeża bryza od strony morza.

Cier­pie­nie w San-Er nie jest karą, lecz spo­so­bem życia. Wszel­kie pomruki nie­za­do­wo­le­nia toną pośród bucze­nia fabryk. Mia­sta spo­wija utkany z hałasu koc, który nie pozwala nic usły­szeć, ale też niczego nie wytłu­mia.

Na dźwięk kro­ków Calla prze­staje pleść i zadziera głowę. Ist­nieje mnó­stwo innych wejść do budynku - albo z dachu, albo z sąsied­nich apar­ta­men­tow­ców, któ­rych zewnętrzne ściany zostały wybu­rzone, by dzie­lić kory­ta­rze na niektó­rych pię­trach. Jed­nak gońcy, któ­rych przy­sy­łają z pałacu, nie mają poję­cia, jak poru­szać się po tutej­szych uli­cach: tym sie­dli­sku zła i wszel­kiej plu­ga­wo­ści, uda­ją­cym mia­sto, tej żyją­cej i dyszą­cej ciężko poło­wie San-Er. Będą klu­czyli w zauł­kach, patrzyli na wyma­lo­wane na głów­nych drzwiach blo­ków wybla­kłe znaki i coraz głę­biej zapusz­czali się w labi­rynt uli­czek. Dziś osiem­dzie­się­ciu ośmiu miesz­kań­ców mia­sta otrzyma paczki z osiem­dzie­się­cioma ośmioma bran­so­let­kami. Jedna z nich prze­zna­czona jest dla Calli, choć w ofi­cjal­nym reje­strze nie ma o tym ani słowa.

- Co robisz?

Jakiś dzie­ciak wysta­wia głowę spod scho­dów i widząc go, Calla marsz­czy nos. Chło­piec jest brudny, jego spodnie upstrzone są brą­zo­wymi pla­mami. Gdy nie­pew­nie drep­cze w jej stronę, kroki, które sły­szała wcze­śniej, roz­brzmie­wają coraz bli­żej, a chwilę póź­niej w drzwiach poja­wia się postać. Calla mruży oczy w sła­bym świe­tle. Czło­wiek jest za stary. I ma ze sobą zbyt wiele toboł­ków. To nie goniec. Odsuwa się i pozwala mu przejść do miesz­ka­nia na par­te­rze.

- Nie wiesz? - Zerka na dzie­ciaka. - Jeśli będziesz wty­kał nos w nie swoje sprawy, bóg wleci ci do nosa i zawład­nie twoim cia­łem.

- Kto tak mówi? - Dzie­ciak marsz­czy brwi.

- Nie wie­rzysz mi? - pyta Calla, koń­cząc bran­so­letkę. - Daleko na pro­win­cjach ludzie tak bar­dzo boją się bogów, że nie chcą nawet na sie­bie patrzeć. Wystar­czy, że zadasz jedno nie­wła­ściwe pyta­nie, a jakiś pod­stępny bóg wsko­czy do twego ciała i zgasi twoje qi jak świecę.

Zawią­zuje sta­ran­nie małą kokardkę na końcu bran­so­letki. Spla­ta­nie dowiastki to rów­nież zwy­czaj, któ­remu oddają się dzieci miesz­ka­jące na pro­win­cji. Wypla­ta­nie bran­so­le­tek nijak nie pasuje do jej wyglądu: równo przy­cię­tej grzywki, która wpada jej do oczu, się­ga­ją­cej do pasa kur­tyny czar­nych wło­sów i czar­nej maski, która zakrywa dolną połowę jej twa­rzy i tłumi głos.

Obec­nie księż­niczka Calla Tuole­imi wygląda zupeł­nie ina­czej, wciąż jed­nak posłu­guje się tym samym cia­łem, co może dzi­wić, zwłasz­cza że bez pro­blemu mogłaby zamie­nić je na inne. Pozba­wiona pała­co­wego jedze­nia stra­ciła na wadze, jej rysy wyostrzyły się i wygląda nie­mal mizer­nie. Po pierw­szym tygo­dniu ukry­wa­nia się pyzate policzki zapa­dły się i za każ­dym razem, gdy patrzyła na sie­bie w lustrze, prze­ra­żało ją, jak mar­nie wygląda. W końcu uznała, że rów­nie dobrze może pogo­dzić się ze swoim nowym wyglą­dem ucie­ki­nierki, po czym chwy­ciła za nożyczki i obcięła włosy nad czo­łem, zosta­wia­jąc grzywkę na tyle długą, by zasła­niała jej oczy. Teraz skraca ją dopiero wtedy, gdy pra­wie nic już nie widzi. Zawsze ist­nieje ryzyko, że ktoś ją roz­po­zna. Co prawda jest ono zni­kome, zwa­żyw­szy na to, jak nie­wielką uwagę ludzie przy­kła­dają do twa­rzy w mie­ście, w któ­rym twa­rze te bez­u­stan­nie się zmie­niają, mimo wszystko jed­nak należy się z nim liczyć.

Jeśli wie­rzyć pała­cowi, Calla nie żyje. Tam­tej nocy zła­pano ją, jak pró­bu­jąc uciec, wspi­nała się na mur, i wymie­rzono jej spra­wie­dli­wość, tak więc San-Er może być spo­kojne, wie­dząc, że żadna księż­niczka-zabój­czyni nie ukrywa się na uli­cach mia­sta. Nie­któ­rzy człon­ko­wie Towa­rzystw Pół­księ­ży­co­wych twier­dzą zgoła ina­czej - pytają, dla­czego na cere­mo­nii pogrze­bo­wej pocho­wano ciało kogoś innego i dla­czego król Kasa na­dal boi się opusz­czać pałac. Jed­nak Towa­rzystwa Pół­księ­ży­cowe zawsze kwe­stio­no­wały spo­sób, w jaki Pałac Unii rzą­dzi kró­le­stwem.

Dzie­ciak odchrzą­kuje gło­śno.

- Jesteś bar­dzo nie­miła - rzuca.

- A czy wyglą­dam na miłą? - Calla trąca butem kolejny kamień i prze­suwa go po zapiasz­czo­nej pod­ło­dze. W ciągu ostat­niej godziny więk­szość miesz­kań­ców budynku prze­szła obok niej, nawet na nią nie patrząc, a jeśli dostrze­gali ją kątem oka, woleli nie ryzy­ko­wać, że zostaną obra­bo­wani. - Twoi rodzice powinni skar­cić cię za to, że roz­ma­wiasz z nie­zna­jo­mymi.

- Moi rodzice nie żyją - oświad­cza chło­piec bez­na­mięt­nym, wyzu­tym z uczuć tonem.

Calla wzdy­cha. Wyciąga ku niemu rękę z leżącą na niej ukoń­czoną chwilę temu bran­so­letką i monetą, którą wyjęła z kie­szeni.

- Masz. To pre­zent. Może jed­nak jestem miła.

Dzie­ciak przy­ska­kuje do niej i chwyta podarki. Gdy tylko jego palce zamy­kają się na mone­cie, odwraca się i pisz­cząc rado­śnie, wybiega z budynku, gotowy wydać ją na jakimś stra­ga­nie albo w cyber­ka­fejce. Chwilę póź­niej na zewnątrz w odle­głym końcu zaułka roz­le­gają się inne kroki. Cich­sze, lżej­sze.

Wie­dziona instynk­tem Calla rzuca się do przodu i oparta o futrynę wygląda na ulicę. W tej samej chwili jak spod ziemi wyra­sta przed nią chło­pak z paczką trzy­maną w ramio­nach. Jest wysoki, lecz ma nie wię­cej niż pięt­na­ście lat. Pałac w oba­wie, że ktoś mógłby zawład­nąć cia­łem gońca i skraść cenne urzą­dze­nie, a następ­nie sprze­dać je na czar­nym rynku, nie­zmien­nie wysyła nasto­lat­ków, trudno bowiem prze­sko­czyć do ciała, które nie jest w pełni doj­rzałe. Wysy­ła­nie dzieci w niczym jed­nak nie pomoże, jeśli byle zło­dziej postra­szy je nożem i ograbi. Nikt jed­nak nie mówił, że pałac jest mądry.

- Witaj - mówi goniec.

Calla roz­ciąga usta w uśmie­chu. W jej twa­rzy zacho­dzi prze­miana, obwie­dzione kredką oczy mrużą się dra­pież­nie. Już dawno temu odkryła, że im sze­rzej się uśmie­cha, tym mniej uważ­nie jej się przy­glą­dają. Jej twarz nie musi wyra­żać szcze­rej życz­li­wo­ści, nie musi nawet wyglą­dać na szczę­śliwą. Wystar­czy, że uśmiech się­gnie jej żół­tych oczu i roz­ja­rzy je niczym prze­cią­żone żarówki. W San-Er żółte tęczówki nie są niczym szcze­gól­nym, lecz tylko jedna osoba ma oczy w iden­tycz­nym odcie­niu jak ona, a tą osobą jest król. Od trzech poko­leń kró­lew­ska żółć jest uzna­wana za znak dzie­dziczny dyna­stii Shen­zhi w San i Tuole­imi­sów w Er, przy­ciem­niona nieco przez ota­cza­jący źre­nicę pier­ścień koloru palo­nej umbry. Jed­nak teraz król Kasa ma adop­to­wa­nego syna, Augu­sta, a z linii rodu Calli nie został już nikt - od czasu, kiedy jej rodzice zgi­nęli, a tron Er się roz­padł.

- Jesteś kochany. - Calla wyciąga rękę po paczkę. - Miesz­ka­nie sto sie­dem­na­ście, budy­nek trzeci, strona pół­nocna?

Chło­piec spusz­cza wzrok i odczy­tuje adres zapi­sany drob­nym pismem na papie­rze.

- Skąd wiesz? - pyta. - Dokład­nie tak. Pro­szę.

Wyciąga ręce, lecz nie pod­cho­dzi bli­żej. Uliczka jest rów­nie szara jak w każdy inny dzień, ale gdy Calla sięga po prze­syłkę, jej uwaga sku­pia się na twa­rzy gońca, sta­ra­jąc się w mroku wychwy­cić jej szcze­góły. Dziwne, że zamiast patrzeć na nią, upar­cie wpa­truje się w swoje buty.

Palce Calli omi­jają paczkę i zaci­skają się na nad­garstku chłopca.

Goniec pod­nosi wzrok i cho­ciaż świa­tło w zaułku jest słabe, Calla dostrzega w jego oczach sre­brzy­sty błysk stali.

W San-Er ist­nieje spe­cjalne okre­śle­nie na oczy takie jak te. Obok kró­lew­skiej żółci, dru­gim naj­bar­dziej nie­sław­nym odcie­niem jest sre­bro Weisanny.

Calla nie­wiele myśląc, wytrąca z rąk chło­paka prze­syłkę, która wpada do kałuży. Zanim dzie­ciak zdąży zare­ago­wać, sil­nym pchnię­ciem prze­wraca go na zie­mię i opiera stopę na jego piersi, nie pozwa­la­jąc mu wstać.

- Kim, u dia­bła, jesteś? - syczy przez zaci­śnięte zęby. To nie żaden nasto­la­tek. To czło­nek rodziny Weisanna, jedy­nego rodu w mie­ście - a może nawet w całym kró­le­stwie - któ­rego człon­ko­wie przy­szli na świat w cia­łach, do któ­rych dostępu nie ma żaden, nawet naj­wy­traw­niej­szy sko­czek.

- Ja? - dyszy chło­piec Weisanna. - Księż­niczko Callo, może powinna księż­niczka mar­twić się o sie­bie.

Calla zamiera. Oddech więź­nie jej w gar­dle, ma wra­że­nie, że jej płuca skuł lód.

Zła­pali ją. Ktoś wie.

- Lepiej od razu powiedz - naka­zuje chło­pa­kowi. - Zanim...

Pięść ma zaci­śniętą tak mocno, że zbie­lałe kłyk­cie ocie­rają się bole­śnie o szorstki mate­riał ręka­wiczki. Nagle w dru­gim końcu uliczki poja­wia się kobieta; zasko­czona nie­co­dzien­nym wido­kiem, ner­wowo prze­kłada kosz z zaku­pami z ręki do ręki.

- Co tu się...

- Nie! - woła Calla i wyciąga rękę, jak gdyby chciała ją zatrzy­mać.

Za późno. Kobieta pode­szła wystar­cza­jąco bli­sko i nagły roz­błysk świa­tła roz­ja­śnia mroki dnia, prze­ska­ku­jąc od chło­paka do kobiety. Nim Calla odzy­skuje jasność widze­nia, mru­ga­jąc wście­kle, by pozbyć się obra­zów wypa­lo­nych na siat­kówce, kobieta porzuca kosz, wbiega do budynku i pędzi scho­dami w górę. Że też musiała poja­wić się aku­rat w tam­tej chwili.

- Co się stało? - pyta leżący wciąż na ziemi praw­dziwy goniec. Mruga gwał­tow­nie, jego oczy mają teraz kolor pur­pury.

Pod­czas gdy inne ciała są nie­do­stępne tylko wtedy, gdy ktoś już do nich wtar­gnął, człon­ko­wie rodu Weisanna przy­cho­dzą na świat jak gdyby zdu­blo­wani, choć mają tylko jedno qi. Mogą z łatwo­ścią zaj­mo­wać ciała innych, choć sami pozo­stają nie­ty­kalni, nawet gdy cał­ko­wi­cie opusz­czają swoje pier­wotne ciała, by niczym puste sko­rupy leżały na ziemi. Są wyłącz­nymi człon­kami straży kró­lew­skiej i sta­no­wią więk­szość straży pała­co­wej. To dzięki ich ochro­nie kró­lew­ska rodzina San bez trudu utrzy­muje się na tro­nie, a wszel­kie zagro­że­nia są eli­mi­no­wane zawczasu.

Calla klnie pod nosem i pod­nosi upusz­czoną paczkę.

- Kup wię­cej amu­le­tów ochron­nych. Wła­śnie ktoś poży­czył twoje ciało - war­czy do gońca, a zaraz potem gna scho­dami w górę. Dostrzega błysk Weisanny, nim ta znika w kory­ta­rzu na dru­gim pię­trze pro­wa­dzą­cym do sąsied­niego budynku. San jest nie­mal cał­ko­wi­cie połą­czone siatką kory­ta­rzy, przejść i nie­gdyś zewnętrz­nych ścian, które teraz oddzie­lają tylko prze­strze­nie mię­dzy budyn­kami. Kiedy Calla zatrzy­muje się na skrzy­żo­wa­niu, dostrzega Weisannę przez jedno z okien roz­sia­nych bez ładu i składu na każ­dym pię­trze. Okna te są jedyną wska­zówką świad­czącą o tym, że nie­gdyś budynki stały odda­lone od sie­bie w pew­nej odle­gło­ści, nim zaczęły się z sobą łączyć.

- Hej! - wrzesz­czy Calla.

Kiedy kobieta nie zatrzy­muje się, księż­niczka rzuca się w pościg i przy wtó­rze cięż­kich kro­ków wbiega na inne pię­tro. Są tutaj tłumy. Zbyt wielu ludzi prze­gląda skle­powe towary i ogląda zawie­szone na hakach pół­tu­sze mięsa. Calla prze­ci­ska się bli­żej witryn z nadzieją, że tam ścisk będzie mniej­szy, jed­nak w pew­nej chwili wcho­dzi pro­sto w usy­pane przed męskim zakła­dem fry­zjer­skim kłę­bo­wi­sko wło­sów i omal się nie prze­wraca. Z rosną­cym obrzy­dze­niem wyco­fuje się z powro­tem na śro­dek kory­ta­rza i klnie pod nosem, kiedy musi usko­czyć w bok, by unik­nąć zde­rze­nia z parą nio­sącą do naprawy pokaź­nych roz­mia­rów kom­pu­ter.

Prze­ska­ku­jąc, poru­sza­łaby się znacz­nie szyb­ciej, jed­nak nie chce i nie zamie­rza tego robić. Zamiast tego idzie rów­nym, mia­ro­wym kro­kiem, z paczką pod pachą i wzro­kiem utkwio­nym w ucie­ki­nierce. Ma wra­że­nie, jakby Weisanna z nią pogry­wała. Za każ­dym razem, gdy Calla myśli, że zgu­biła trop i stra­ciła ją z oczu w tłu­mie kupu­ją­cych albo za ple­cami robot­ni­ków dźwi­ga­ją­cych dłu­gie, cięż­kie deski, dostrzega błysk, który każe jej poko­ny­wać kolejne schody albo skrę­cić w kolejne przej­ście. Mija prze­strze­nie han­dlowe i miesz­kalne, a cią­gnące się po obu stro­nach zimne kamienne ściany posze­rzają się, by zro­bić miej­sce dla skle­pów, lub zwę­żają, by pomie­ścić więk­szą liczbę miesz­kań. Wcho­dzi coraz wyżej i wyżej, a gdy Weisanna poja­wia się w zasięgu wzroku, Calla rzuca się ku absur­dal­nie stro­mym scho­dom, poko­nu­jąc po trzy stop­nie naraz, i wpada przez znaj­du­jące się na ich końcu drzwi.

Natu­ralne świa­tło sło­neczne pra­wie ją ośle­pia. Pro­mie­nie są słabe, lecz nawy­kłe do pół­mroku oczy potrze­bują chwili, żeby się do nich przy­zwy­czaić, i Calla zasła­nia twarz dło­nią, wal­cząc z falą nud­no­ści. Dopiero po chwili zauważa kobietę sto­jącą na skraju dachu.

- Ty...

Chwyta ją za ramię i obraca ku sobie, lecz nie jest to już Weisanna. Kobieta mruga gwał­tow­nie, jej zamglone oczy mają barwę spło­wia­łej czer­wieni. Cho­lera. Nawet nie zauwa­żyła, kiedy Weisanna znów prze­sko­czył. W pew­nym momen­cie pod­czas pościgu musiał wypa­trzyć nowe ciało i prze­niósł się do niego.

- Co ja tu robię? - pyta kobieta drżą­cym gło­sem.

- Nie powin­naś była prze­szka­dzać - rzuca bez współ­czu­cia Calla. Pal­cem wska­zuje drzwi powrotne do budynku. - Idź już.

Przez krótką chwilę kobieta mie­rzy ją wzro­kiem od stóp do głów, jak gdyby pró­bo­wała sobie przy­po­mnieć, do kogo należy górna, odkryta połowa twa­rzy. W końcu daje za wygraną, odwraca się i nie cze­ka­jąc na kolejne ostrze­że­nie, oddala się pośpiesz­nie. Zaraz potem drzwi na dach budynku zatrza­skują się za nią z hukiem, który jesz­cze przez chwilę nie­sie się echem.

Calla zrywa z twa­rzy maskę i chci­wie łapie powie­trze.

Księż­niczko Callo, może powinna księż­niczka mar­twić się o sie­bie.

Z ust Calli dobywa się gło­śny wrzask. Gołę­bie przy­cup­nięte na pobli­skiej ante­nie tele­wi­zyj­nej prze­ra­żone zry­wają się do lotu. Jeśli król Kasa ją odna­lazł, już jest tru­pem. Może zapo­mnieć o igrzy­skach. I spra­wie­dli­wo­ści. Każą Weisanna zawlec ją do pałacu i skrócą ją o głowę.

Jeden z gołębi pozo­stał na swoim miej­scu i wyraź­nie nie­za­do­wo­lony gru­cha na Callę, która w przy­pły­wie zło­ści kopie śmieci wala­jące się na dachu. To paskudne miej­sce, na któ­rym za dnia bawią się dzieci, a nocami ukry­wają nar­ko­mani. Na środku niczym główna ozdoba pię­trzą się wyrzu­cone czaj­niki i pęk­nięte cera­miczne muszle klo­ze­towe, a wokół nich poroz­rzu­cano drew­niane listwy i ode­rwane nogi pla­sti­ko­wych krze­seł. Calla siada w kucki, lecz zmę­czone nogi odma­wiają jej posłu­szeń­stwa i z klap­nię­ciem ląduje na tyłku, bar­dziej prze­jęta swoim nastro­jem niż tym, że ubru­dzi sobie spodnie. Zresztą podob­nie jak połowa miesz­kań­ców mia­sta, ona rów­nież krad­nie wodę: włoży spodnie do zlewu i będzie płu­kała je tak długo, aż będą czy­ste, albo do chwili, gdy rury w kory­ta­rzu zaczną się trząść, a sąsie­dzi nabiorą podej­rzeń.

Przez długą minutę sie­dzi bez ruchu, gotu­jąc się ze zło­ści. Zagryza zęby i zaci­ska palce na paczce. W końcu, klnąc pod nosem, roz­dziera papier i tak długo potrząsa pla­sti­kiem, aż z paczki wypada opa­ska na rękę. Goniec został prze­jęty przez Weisannę, ale naprawdę wysłano go z pałacu. Kto zatem wie? I dla­czego pozwo­lili jej wziąć udział w roz­gryw­kach?

Magne­tyczna sprzączka opa­ski z cichym trza­skiem zamyka się wokół jej nad­garstka. Calla wyciąga rękę, gotowa usły­szeć gło­śne pik­nię­cie, które roz­brzmiewa w chwili, gdy ekran budzi się do życia. Przez minutę jest szary, w końcu opa­ska wibruje, a sza­rość ustę­puje miej­sca błę­ki­towi z miga­ją­cym kur­so­rem i widocz­nymi na dole cyframi od 1 do 9.

- Jak to moż­liwe - mru­czy pod nosem Calla - że biorę udział w roz­gryw­kach jak jakiś umie­ra­jący z głodu uliczny roz­ra­biaka.

To pra­wie nie w porządku. Inni gra­cze nie dora­stali, ucząc się roz­ma­itych tak­tyk i szko­ląc się do walki. Ukryci w małym miesz­kanku, nie ćwi­czyli nie­zmor­do­wa­nie przez pięć dłu­gich lat, po to tylko, by zadać osta­teczny cios. Walka z nimi będzie przy­po­mi­nała roz­dep­ty­wa­nie insek­tów. Jest pozba­wiona sensu. Calla sku­pia się tylko na jed­nym: na zwy­cię­stwie i czło­wieku, do któ­rego będzie mogła się zbli­żyć, gdy zosta­nie ogło­szona zwy­cięż­czy­nią igrzysk.

Król Kasa sie­dzi zamknięty w swoim pałacu w San, z któ­rego ani razu nie wyściu­bił nosa w ciągu ostat­nich pię­ciu lat. Jeśli nie wyj­dzie, żeby zabić Callę, to ona będzie musiała przyjść do niego.

Prze­ciąga pal­cem po opa­sce, odnaj­duje z boku puste miej­sce na chip, jed­nak te są roz­da­wane wraz z roz­po­czę­ciem roz­gry­wek. Raz wło­żone, nie mogą być usu­nięte. W San-Er usu­nię­cie chipu uwa­żane jest za jeden z naj­nud­niej­szych spo­so­bów eli­mi­na­cji zawod­nika. Tak samo jak brak logo­wa­nia w ciągu kolej­nych dwu­dzie­stu czte­rech godzin. Jedyny plus jest taki, że ozna­cza to wyco­fa­nie się z roz­gry­wek, lecz nie utratę życia.

W końcu Calla znaj­duje przy­ci­ski, choć trudno nimi ope­ro­wać. Ten po lewej stro­nie prze­suwa żółty kwa­dra­cik na kolejne cyfry, pod­czas gdy ten po pra­wej zatwier­dza wybór. Calla naoglą­dała się dość nagrań z igrzysk i trans­mi­sji poka­zy­wa­nych w całym mie­ście, by wie­dzieć, że urzą­dze­nie prosi ją o poda­nie numeru iden­ty­fi­ka­cyj­nego, uni­ka­to­wego dla każ­dego miesz­kańca San-Er. To one otwie­rają drzwi w San-Er i to one - nie hasła - umoż­li­wiają dostęp do ban­ków bliź­nia­czych miast. W miej­scu, gdzie kra­dzież ciał jest tak pro­sta, nie spo­sób żyć długo, pod­szy­wa­jąc się pod kogoś innego. Nic nie powstrzyma Calli przed wtar­gnię­ciem do ciała boga­tego członka rady, lecz w chwili gdy spró­buje wejść do jego domu, zosta­nie zła­pana. Gdy ktoś spoj­rzy na nią i zauważy inny kolor oczu, oszu­stwo wyj­dzie na jaw.

Poza tym zbyt dłu­gie prze­by­wa­nie w czy­imś ciele bywa ryzy­kowne. Jeśli intruz ma słab­sze qi i nie zosta­nie zmu­szony do opusz­cze­nia ciała przez jego pra­wo­wi­tego wła­ści­ciela, pro­blemy są tylko kwe­stią czasu. Wcze­śniej czy póź­niej zacznie mieć halu­cy­na­cje, omamy słu­chowe, widzieć duchy. Wspo­mnie­nia zaczną się mie­szać - a dwie osoby staną się jedną. Zwy­kły oby­wa­tel z genem umoż­li­wia­ją­cym ska­ka­nie ni­gdy nie zabawi długo w poży­czo­nym ciele, w oba­wie, że zosta­nie schwy­tany, ale rów­nież ze stra­chu, że ciało to sta­nie się jego gro­bow­cem. Tyko ktoś wyjąt­kowo pewny sie­bie może uwie­rzyć, że jest zbyt silny, by ktoś zdo­łał pocią­gnąć go w dół. I choć Calla jest nie­sa­mo­wi­cie pewna sie­bie, nie ma ochoty prze­ko­ny­wać się o tym na wła­snej skó­rze.

Opa­ska znów pika i w końcu akcep­tuje podany numer. Nie jest to praw­dziwy numer Calli, jed­nak ekran miga. Raz. Drugi. Trzeci.

12:00:02

12:00:01

12:00:00

Calla wstaje, kop­nię­ciem posyła puste opa­ko­wa­nie w stronę sterty śmieci. Musi wziąć prysz­nic. Skoro ma wziąć udział w krwa­wej łaźni, przy­stąpi do niej czy­sta.

***

Tym­cza­sem w innej czę­ści San-Er Anton Makusa w końcu otrzy­muje swoją opa­skę. To wyłącz­nie jego wina, że musiał ści­gać gońca po całym mie­ście, ale i tak jest nie­słusz­nie zawie­dziony. Zna­leźli spo­sób, żeby dostać się do miesz­ka­nia zare­je­stro­wa­nego na jego numer, lecz miesz­ka­nie Antona w San-Er jest małe, zagra­cone i roz­brzmiewa basową muzyką z bur­delu trzy pię­tra niżej, więc Anton rzadko w nim bywa. Nad tutej­szymi uli­cami unosi się smród, któ­rego nie spo­sób się pozbyć, zbyt bli­sko stąd do kanału Rubi oddzie­la­ją­cego San od Er.

Anton kop­nię­ciem zamyka drzwi, wypusz­cza wstrzy­my­wane powie­trze i wci­ska przy­cisk pilota. Sto­jący w kącie tele­wi­zor budzi się do życia, a ściany zaczy­nają szu­mieć. W końcu jest bez­pieczny, z dala od pała­co­wych goń­ców. Minie tro­chę czasu, nim zorien­tują się, że to ciało nie należy do niego. Pory­wa­nie ciał mło­dych ban­kie­rów, przez co wiele dni nie poja­wiają się w pracy, jest nie­le­galne. Wcze­śniej czy póź­niej ktoś w banku zacznie coś podej­rze­wać, a straż pała­cowa wyważy drzwi tego luk­su­so­wego apar­ta­mentu w Er.

Jed­nak do tego czasu po Anto­nie nie zosta­nie nawet ślad.

- Pro­szę, wstrzy­maj­cie się z okla­skami - zwraca się do pustego miesz­ka­nia. - Nie udźwi­gnę takiej ilo­ści uwiel­bie­nia naraz.

Jego głos odbija się echem od ścian. Pokój gościnny jest trzy­krot­nie więk­szy od jego praw­dzi­wego miesz­ka­nia i ma nawet wyj­ście na bal­kon. To jeden z najwięk­szych apar­ta­men­tów w bliź­nia­czych mia­stach. Anton wie o tym, bo prze­pro­wa­dził roz­po­zna­nie - dokład­nie przej­rzał plany archi­tek­to­niczne pod­czas krót­kiego okresu, kiedy roz­wa­żał okra­da­nie boga­tych miesz­czan. Nie trwało to długo. Anton nie potrafi nego­cjo­wać na czar­nym rynku cen skra­dzio­nych pre­cjo­zów. Zamiast tego snuje się po San-Er. Kiedy szczę­ście się do niego uśmiech­nie i zosta­nie zwy­cięzcą igrzysk, będzie go stać na takie luk­susy. Kiedy wygra, nie będzie musiał wysta­wać na rogach ulic i ści­gać goń­ców, żeby zdo­być małą, nędzną paczkę.

Anton pchnię­ciem otwiera drzwi na bal­kon. Mimo zapa­da­ją­cego zmierz­chu upał wciąż jest nie­mal nama­calny. Spra­wia, że swę­dzi go skóra, i stu­dzi jego entu­zjazm. Anton ma ochotę zaczerp­nąć tchu na samym szczy­cie San-Er i uda­wać, że to wszystko jest jego, lecz gdyby oszu­ki­wa­nie sie­bie było takie pro­ste, Anton już dawno umarłby z naiw­no­ści.

- Pokłoń­cie się przede mną! - woła w prze­strzeń. Gdy echo głosu prze­brzmiewa, cała scena nie wydaje mu się już tak zabawna. Trudno wyobra­zić sobie wiwa­tu­jący tłum, gdy jedyne, co widzi przed sobą, to zasłany śmie­ciami brudny dach sąsied­niego budynku. W Er roz­kład ulic nie jest tak cha­otyczny, a mię­dzy budyn­kami jest nieco wię­cej prze­strzeni. To tutaj miesz­czą się dziel­nice finan­sowe, banki, szkoły i firmy, któ­rych wła­ści­ciele mają wpływ na radę i wie­dzą, jak szep­nąć to i owo do kró­lew­skiego ucha. Pięć lat temu, kiedy upadł tron Er, a San i Er połą­czyły się w jedno, tutejsi miesz­kańcy naj­bar­dziej uty­ski­wali na to, że na ich uli­cach poja­wili się szu­brawcy z San. Nie mogli jed­nak nic zro­bić, nie po tym, jak ich wła­sna rodzina kró­lew­ska została zamor­do­wana, a król San miał boskie prawo do tego, by zagar­nąć połowę swego brata. Pałac Nie­bios został wybu­rzony po tym, jak stra­cił swych wład­ców, a w jego miej­scu powstał kom­pleks miesz­ka­niowy. Pozba­wiony swej dru­giej połowy Pałac Ziemi został prze­mia­no­wany na Pałac Unii.

Krzyki Antona zwró­ciły uwagę trzech męż­czyzn, któ­rzy na sąsied­nim dachu sie­dzą w kucki przy niskim pla­sti­ko­wym stole i grają w karty. Z ich ust, jak gdyby przy­kle­jone do warg, zwi­sają papie­rosy. Wszy­scy trzej patrzą na niego przez chwilę, po czym dwaj tracą zain­te­re­so­wa­nie i sku­piają się na butel­kach z piwem, a trzeci, z wyglądu młod­szy od swo­ich towa­rzy­szy, wypluwa papie­rosa i robi nie­przy­zwo­ity gest w stronę Antona.

Zwy­cięzcy i tak ni­gdy nie decy­dują się na życie godne kró­lów. Zabie­rają swą nie­bo­tyczną wygraną i wymy­kają się na taliń­ską pro­win­cję z dala od cie­kaw­skich oczu i zna­jo­mych w potrze­bie, sta­ra­jąc się zapo­mnieć o wszyst­kim, czego dopu­ścili się pod­czas igrzysk, i odna­leźć namiastkę spo­koju. Pod­czas gdy far­me­rzy zmie­rzają w prze­ciwną stronę - opusz­czają pro­win­cję i udają się do San-Er, by uciec przed gło­dem - jedy­nymi zmar­twie­niami zwy­cięz­ców są krew na rękach i głosy umar­łych, które nawie­dzają ich późną nocą.

A teraz... raport... dziś wie­czo­rem...

W tele­wi­zo­rze są jakieś zakłó­ce­nia. Anton odwraca się i krzywi usta, ale odbior­nik wychwy­tuje inny sygnał i prze­łą­cza się na pro­gram infor­ma­cyjny. W ułamku sekundy zakło­po­ta­nie Antona prze­ra­dza się w furię. Na ekra­nie poja­wia się król Kasa. Przy­stro­jony klej­no­tami, sie­dzi na tro­nie. Uśmie­cha się, jego żółte oczy błysz­czą. Nie­wiele myśląc, Anton chwyta sto­jącą na bal­ko­nie roślinę donicz­kową i z całej siły ciska nią w tele­wi­zor. Ekran roz­trza­skuje się, a prze­sy­cona kolo­rami twarz króla gaśnie.

W miesz­ka­niu zapada cisza. Bal­kon pogrąża się w mroku. Tele­wi­zor był głów­nym źró­dłem świa­tła i szumu w tle, więc wraz z nim umil­kły wszel­kie dźwięki.

Anton odgar­nia z oczu kosmyk czar­nych wło­sów. Naprawa będzie kło­po­tliwa, ale sprzęt i tak nie jest jego. Dosta­nie się do tego miesz­ka­nia i ciała ze wszyst­kimi jego atu­tami nie nastrę­czyło mu więk­szych pro­ble­mów. Musiał tylko zatrzy­mać się na kory­ta­rzu i uda­wać, że zawią­zuje but, raz, kiedy ban­kier wbi­jał swój numer iden­ty­fi­ka­cyjny, i ponow­nie następ­nego dnia, żeby upew­nić się, że dobrze zapa­mię­tał kom­bi­na­cję liczb. Gdyby chciał, mógłby w tej chwili uzy­skać dostęp do konta męż­czy­zny albo zadzwo­nić do kilku jego kole­gów i popro­sić o pożyczkę. Jed­nak to wyma­ga­łoby zbyt wiele zachodu. Musiałby odbyć roz­mowy ze zbyt wie­loma ludźmi, a nie chciał ryzy­ko­wać, że narazi się na gniew rady. Wolał się poobi­jać, wyjeść całe jedze­nie z lodówki ban­kiera i zmyć się. Znaj­dzie inny spo­sób, żeby zdo­być pie­nią­dze.

Anton zerka na nad­gar­stek.

06:43:12

Do pierw­szego star­cia pozo­stało sześć godzin. To wystar­cza­jąco dużo czasu, żeby zdo­być nowe ciało. Obecne jest zbyt wątłe, choć trzeba przy­znać, że jego wła­ści­ciel ma ładną twarz. Anton Makusa jest wybredny, jeśli cho­dzi o wybór ciał, a jego nar­cyzm ma w tej kwe­stii pierw­szeń­stwo. Przy­cią­gają go męskie ciała takie jak to, w któ­rym się uro­dził, lecz nie zamar­twia się, jeśli nie ma takiej moż­li­wo­ści. Naj­waż­niej­sze jest, by dobrze wyglą­dało. Zgod­nie z warun­kami wygna­nia jego ciało zostało zabrane przez pałac. W tej sytu­acji mógł przy­naj­mniej zadbać o zna­le­zie­nie dla niego god­nych następ­ców.

Zawie­szony na pasku pager pika. Anton spusz­cza wzrok i spo­gląda na ekran urzą­dze­nia.

- Jacież pier­dolę.

Zale­gły rachu­nek za pacjenta. Należy uiścić w cało­ści w przy­szłym tygo­dniu.

To wia­do­mość ze szpi­tala Nor­the­ast. Jedna z wielu, które dostał od czasu pierw­szego ostrze­że­nia.

Nagle czuje, że rękę ma ciężką jak z oło­wiu, odpina pager i ści­ska go w dłoni. Tydzień. To powinno wystar­czyć Anto­nowi, żeby zor­ga­ni­zo­wać coś dla czło­wieka, któ­rego pró­buje oca­lić. Bywa, że w San-Er całe życie prze­mija w ciągu zale­d­wie tygo­dnia.

Mimo wszystko powi­nien wpaść do szpi­tala, zna­leźć leka­rza pro­wa­dzą­cego i prze­ko­nać go, by zacze­kał z opła­tami nieco dłu­żej. Szpi­tale w San-Er znane są z tego, że czę­sto postę­pują pochop­nie, odłą­czają sprzęt i wyrzu­cają pacjen­tów tyl­nymi drzwiami, gdy bli­scy zwle­kają z płat­no­ściami.

- Niech to szlag - mru­czy pod nosem. - Kurwa, kurwa, kurwa...

Znowu wycho­dzi na bal­kon, zdej­muje bran­so­letkę i z całej siły ciska ją razem z page­rem na sąsiedni dach. I tym razem jego zacho­wa­nie nie umyka uwa­dze trzech męż­czyzn.

- Co jest?! - krzy­czy jeden z nich, po czym wstaje.

Wyrzuca papie­rosa i pod­cho­dzi na skraj dachu, by pod­nieść opa­skę. Nagły podmuch wia­tru koły­sze żarów­kami zwi­sa­ją­cymi z prze­wo­dów, poru­sza świa­tłem, które prze­myka po twa­rzy nie­zna­jo­mego, i targa mu włosy. Gęste kosmyki wpa­dają mu do oczu, gdy się pro­stuje.

Anton ska­cze. Ryzy­kuje, bo kra­wędź dachu znaj­duje się w odle­gło­ści nie­mal dzie­się­ciu stóp od niego, a miej­sce, w któ­rym stoi męż­czy­zna, tylko zwięk­sza ten dystans. Jed­nak Anton to uro­dzony sko­czek, który nie waha się tam, gdzie inni pani­kują. Dla niego ska­ka­nie jest jak bie­ga­nie, jak sprint w powie­trzu i zatrzy­ma­nie się dokład­nie tam, gdzie tego chce.

Otwiera oczy. Na jego ustach błąka się uśmiech. Może był tam już wcze­śniej, a może to jego sprawka. Sie­dzący przy sto­liku dwaj męż­czyźni widzieli roz­błysk świa­tła i teraz mru­czą pod nosem coś o prze­ję­ciu. Anton pozdra­wia ich mach­nię­ciem dłoni, po czym zapina obrączkę na swym nowym nad­garstku i przy­cze­pia pager. Mię­śnie ma silne, twarde. Kiedy bie­rze oddech i prze­cho­dzi przez drzwi, żeby zejść scho­dami na dół, jego płuca roz­sze­rzają się, jakby mógł bez końca nabie­rać tchu.

- Pora­tu­jesz monetą?

U pod­nóża scho­dów Anton sięga do kie­szeni, nawet na chwilę nie zwal­nia­jąc kroku. Żebracy ni­gdy nie kryją się w głów­nych budyn­kach, nie kiedy straż­nicy pała­cowi patro­lują tar­go­wi­ska, a cywile dono­szą o bez­dom­nych, któ­rzy koczują na pozio­mach miesz­kal­nych. Tym­cza­sem ulice na zewnątrz są tak wąskie, że nie spo­sób wymi­nąć sie­dzą­cego w kącie czło­wieka. Tym więc, któ­rzy nie mają dokąd iść, pozo­stają klatki scho­dowe i mroczne kory­ta­rze.

- Masz. - Anton zgar­nia dło­nią monety z kie­szeni spodni i ciska je żebra­kowi pod nogi. - Weź wszyst­kie.

Zaraz potem wycho­dzi głów­nymi drzwiami. Uliczny gwar ata­kuje jego uszy, a prze­ni­kliwe brzę­cze­nie den­ty­stycz­nych wier­teł nie­mal zagłu­sza dobie­ga­jące od strony scho­dów "Dzię­kuję!". Anton nie zatrzy­muje się, wbija dło­nie w puste teraz kie­sze­nie.

W końcu, naresz­cie.

To pierw­szy raz, kiedy został wylo­so­wany w dorocz­nych roz­gryw­kach orga­ni­zo­wa­nych przez króla. Odkąd został wygnany, zgła­szał do loso­wa­nia skra­dzione numery, ryzy­ku­jąc życie, by ura­to­wać tę, którą stra­cił. Od sied­miu lat leży pogrą­żona we śnie w szpi­tal­nym łóżku. Pałac mógłby jej pomóc, lecz August udaje, że nie otrzy­muje od niego żad­nych wia­do­mo­ści. Król Kasa rów­nież mógłby pomóc, ale tego nie zrobi. Zamiast tego pozwala im cier­pieć w bru­dzie i nie­doli; nawet tym, któ­rzy miesz­kali nie­gdyś pod jego dachem.

Anton krad­nie jabłko z pobli­skiego stra­ganu, wgryza się w nie, po czym z całej siły ciska owo­cem w kalen­darz ścienny, który spada z gwoź­dzia, na któ­rym go zawie­szono. Wła­ści­ciel sklepu krzy­czy za nim wzbu­rzony, chcąc wie­dzieć, o co mu cho­dzi, ale Anton idzie już dalej, wypa­tru­jąc choćby pozor­nego porządku, który mógłby znisz­czyć. Książę August doło­żył wszel­kich sta­rań, by zepchnąć Antona do naj­mrocz­niej­szych cze­lu­ści mia­sta i spra­wić, by znik­nął, jak wiele twa­rzy w San-Er, jak gdyby ni­gdy nie był jego czę­ścią.

Lecz Anton pocho­dzi z Maku­sów. Szla­chec­kiego rodu rów­nie sta­rego jak kró­lew­ska dyna­stia Shen­zhi.

Nie pozbędą się go tak łatwo. Co wię­cej, zamie­rza znisz­czyć każ­dego, kto się na to poważy.

Rozdział 3

ROZ­DZIAŁ 3

Słońce zacho­dzi. Wraz z nadej­ściem nocy nie­ru­chome, parne powie­trze ochła­dza się nie­znacz­nie. W ciem­no­ściach męż­czy­zna, zata­cza­jąc się, wcho­dzi w boczną uliczkę. Ma na imię Lusi, jed­nak nikt go tak nie nazywa. Bry­ga­dzi­ści w fabryce, w któ­rej pra­cuje, krzy­czą tak samo na wszyst­kich bez wyjątku. Jego żona prze­stała się odzy­wać. Jego córka wołała kie­dyś Baba z dru­giego końca miesz­ka­nia, tyle że umarła. Zabrała ją zakaźna cho­roba. Po trzech tygo­dniach w szpi­talu musiała zwol­nić łóżko, bo nie mieli z czego opła­cać lecze­nia. Prze­stała oddy­chać, jesz­cze zanim wró­cili do domu, a z jej ciała owi­nię­tego skra­dzio­nym ze szpi­tala bia­łym płó­cien­nym prze­ście­ra­dłem ule­ciała ostat­nia cząstka jej qi.

- No dalej!

Nagły wrzask Lusiego roz­brzmiewa w pustym zaułku. Męż­czy­zna maja­czy jak w gorączce. Ból w boku jest nie do wytrzy­ma­nia, ale Lusi nie zamie­rza wra­cać do żad­nego z tych prze­klę­tych szpi­tali. Pobyt córki w jed­nym z nich spra­wił, że jego dług urósł do nie­bo­tycz­nej kwoty. Wszystko w tym mie­ście potę­guje jego cier­pie­nie: dzieci pła­czące w miesz­ka­niu obok, wil­goć w kory­ta­rzach, opłaty za wyna­jem, które zdają się nie mieć końca.

Lusi nie został wylo­so­wany. Igrzy­ska były jego ostat­nią nadzieją, lecz pałac nie zro­bił dla niego nawet tej jed­nej, jedy­nej rze­czy.

- Weź­cie mnie! Czy kie­dy­kol­wiek obcho­dziły was reguły? - Rzuca się do przodu, potyka, pada na kolana i ląduje w kałuży.

Jego kolejny krzyk fru­stra­cji roz­brzmiewa jesz­cze gło­śniej. Może byłoby lepiej, gdyby San-Er szyb­ciej zabi­jało swo­ich miesz­kań­ców, zamiast pozwa­lać im gnić? Sta­rzy ludzie, któ­rzy nie mają się gdzie podziać, żyją stło­czeni jeden przy dru­gim jak zwie­rzęta w klat­kach. Dzieci w szko­łach wdy­chają azbest, który zatruwa im płuca. Bywa, że cho­rzy i ranni celowo wycho­dzą na ulice pod­czas roz­gry­wek, w nadziei, że ktoś ukrad­nie im ciało. W końcu uczest­nicy mogą legal­nie prze­ska­ki­wać - muszą tylko zadbać o poży­czone ciała. Przy­pad­kowe ofiary, które doznają poważ­nych obra­żeń, tra­fiają do szpi­tala na dar­mowe lecze­nie, a te, któ­rych ciała zostaną znisz­czone, otrzy­mują sowite wyna­gro­dze­nie, jeśli zaś ich qi zosta­nie zabite, pie­nią­dze tra­fiają do ich rodzin. Wielu celowo rzuca się na gra­czy, poświę­ca­jąc się, by ich bli­scy mieli co jeść. Co roku mniej­sze sta­cje tele­wi­zyjne prze­pro­wa­dzają wywiady ze świeżo osie­ro­co­nymi dziećmi, które zostały z nie­wiel­kim odszko­do­wa­niem i pustym miesz­ka­niem. Trudno powie­dzieć, czy należy im zazdro­ścić, czy współ­czuć.

- Sły­szy­cie mnie?! - ryczy Lusi. - Sły­szy­cie...

Zamiera. Ktoś poja­wił się w jego polu widze­nia. Roz­świe­tla­jąca naj­bliż­szą uliczkę goła żarówka daje wystar­cza­jąco dużo świa­tła, by widział syl­wetkę, która z każdą chwilą pod­cho­dzi coraz bli­żej. Ma na sobie pała­cowy uni­form. A na twa­rzy maskę.

- Uspo­kój się - mówi postać.

Lusi pró­buje dźwi­gnąć się na nogi. Cho­ciaż wzy­wał pomocy, nagle serce wali mu jak sza­lone, jak gdyby wyczu­wało strasz­liwe nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Kim jesteś? - pyta. - Nie pod­chodź bli­żej...

Bły­ska ośle­pia­jące świa­tło.

Kidy Lusi wstaje z ziemi, jego ruchy są równe i opa­no­wane. Tyle że Lusi nie jest już sobą, jego świa­do­mość została zepchnięta głę­boko na dno umy­słu, zbyt słaba, żeby sta­wić opór. Dla­tego jego ciało odwraca się na pię­cie i zaczyna iść.

***

Calla pchnię­ciem otwiera drzwi do Magno­lia Diner, prze­cho­dzi przez bramkę obro­tową i zerka na opa­skę. Jest już późno, docho­dzi pół­noc. Czas zamel­do­wać się w kolo­seum. Przez otwarte okna taniej restau­ra­cji sły­chać dobie­ga­jące z zewnątrz gło­śne stu­koty i pobrzę­ki­wa­nia. Bliź­nia­cze mia­sta nie śpią, restau­ra­cje wciąż przyj­mują zamó­wie­nia, bur­dele prze­ży­wają oblę­że­nie, a uli­cami San-Er cią­gną tłumy ludzi.

Prak­tycz­nie każda ulica w San pro­wa­dzi do kolo­seum, ponie­waż to z nim połą­czony jest Pałac Unii, a nie daj boże, żeby pałac miał być w jaki­kol­wiek spo­sób poszko­do­wany. Tar­go­wi­sko, które mie­ści się w kolo­seum, jest jedy­nym pla­cem tar­go­wym na świe­żym powie­trzu w całym San-Er. To tu sprze­da­wane są naj­tań­sze towary i naj­bar­dziej nie­zdrowe jedze­nie. Wła­śnie dla­tego Calla trzyma się od niego z daleka. Od dawna uni­kała tej czę­ści mia­sta. Przez te wszyst­kie lata, kiedy wie­działa, że król Kasa jest w pobliżu, a ona nie może nic zro­bić, goto­wała się z wście­kło­ści, a mimo to pozo­sta­wała w ukry­ciu, aż do dnia, w któ­rym może uczy­nić kolejny ruch. Nie sądziła, że ktoś ją roz­po­zna. Może powinna była być bar­dziej ostrożna.

Wątpi jed­nak, by sama zro­biła coś, co ją zdra­dziło.

- Yilas! - Calla zrywa z twa­rzy maskę i powta­rza tym razem nieco wyraź­niej: - Yilas!

Klienci lokalu prak­tycz­nie nie zwra­cają na nią uwagi. W środku jest rów­nie tłoczno jak na uli­cach: starcy w koszul­kach bez ręka­wów palą papie­rosy, ocie­ka­jąc potem, od któ­rego lepi się i tak już brudna pod­łoga. W bok­sach pod ścia­nami sie­dzą, gra­jąc w karty, dzie­ciaki pozba­wione opieki doro­słych. W dru­gim końcu sali tylko Yilas pod­nosi głowę. Zamyka rejestr, w któ­rym coś zapi­sy­wała, i prze­wró­ciw­szy jasno­zie­lo­nymi oczami, wstaje od sto­lika.

- Mogła­byś podejść jak nor­malny czło­wiek, wiesz? - Zawią­zuje moc­niej far­tuch i odgar­nia z twa­rzy kosmyki far­bo­wa­nych wło­sów. Dziś są czer­wone, przez co kon­tra­stują z kolo­rem jej oczu, jed­nak Yilas należy do osób, które celowo zesta­wiają skó­rzaną kurtkę z jedwabną sukienką. Połowa gar­de­roby Calli to ubra­nia poży­czone od Yilas, przez co wyglą­dają podob­nie w nieco przy­du­żych ciem­no­czer­wo­nych płasz­czach się­ga­ją­cych im do kolan. - Czego się wście­kasz?

Calla uśmie­cha się sze­roko.

- Wście­kam? Ja? - Obraca się w miej­scu i obej­muje Yilas ramie­niem. Wygląda to nie­win­nie, jed­nak gry­mas na twa­rzy Yilas zdra­dza siłę uści­sku. - W życiu nie byłam wście­kła. Gdzie twoja cudowna dziew­czyna? Muszę z wami o czymś poroz­ma­wiać.

Yilas pod­nosi wzrok i zadziera głowę, chcąc zatu­szo­wać dzie­lącą ich róż­nicę wzro­stu. To nie­sły­chane, że Calla potrafi znik­nąć w tłu­mie, cho­ciaż jest o dobrą głowę wyż­sza od więk­szo­ści miesz­kań­ców San-Er. Cho­ciaż Yilas zaci­ska usta, uda­jąc, że zasta­na­wia się, czy Calla rze­czy­wi­ście przy­szła z czymś waż­nym, czy znów tylko dra­ma­ty­zuje, nie zatrzy­muje się i pro­wa­dzi Callę kuchen­nymi drzwiami, a zaraz potem kolej­nymi do zagra­co­nego biura.

- Calla! - Widząc je, Chami wyraź­nie się oży­wia.

Calla zdej­muje rękę z karku Yilas i z trza­skiem zamyka za nimi drzwi do pomiesz­cze­nia. Jej uśmiech gaśnie, jak gdyby ni­gdy nie ist­niał, i można odnieść wra­że­nie, że w biu­rze robi się chłodno.

- Sia­daj­cie - naka­zuje.

Chami z nie­po­ko­jem marsz­czy brwi i bez słowa opada na krze­sło. Yilas nie­śpiesz­nie pod­cho­dzi do Chami, siada na biurku i pra­wie nie­zau­wa­żal­nie kręci głową, gdy dziew­czyna posyła jej pyta­jące spoj­rze­nie. Nim opu­ściły pałac w Er, Yilas i Chami były słu­żą­cymi Calli. A trzy lata póź­niej, gdy Calla dopro­wa­dziła do masa­kry, która ską­pała Er we krwi, sta­nęła u ich drzwi, pro­sząc o pomoc. Kiedy doszło do rzezi, Chami Xikai i Yilas Nuwa od dawna pro­wa­dziły wygodne życie cywi­lów w San. Słu­żące poja­wiały się i zni­kały - Pałac Nie­bios był znacz­nie mniej strze­żony niż obec­nie Pałac Unii. W ciągu trzech lat oddzie­la­ją­cych ich odej­ście od masa­kry Calli przez pałac prze­wi­nęły się setki osób, z któ­rych znaczną część sta­no­wiła służba księż­niczki Calli. Nikt nie wie­dział, że Yilas i Chami były jej ulu­bie­ni­cami, dla­tego nikt z oto­cze­nia króla Kasy nie zja­wił się tu, żeby węszyć. Jesz­cze. Calla żyła, pod­szy­wa­jąc się pod Chami, pozo­sta­jąc w ukry­ciu i gdy trzeba było, posłu­gu­jąc się jej nume­rem iden­ty­fi­ka­cyj­nym. Tym­cza­sem praw­dziwa Chami korzy­sta z numeru Yilas, co jest o tyle wygodne, że obie dziew­czyny są prak­tycz­nie nie­roz­łączne. Wystar­czy zabrać Chami na dzie­sięć minut, a Yilas praw­do­po­dob­nie ule­gnie samo­za­pło­nowi.

- Daj­cie mi listę wszyst­kich, któ­rzy w ostat­nim cza­sie pytali cię o imię - mówi Calla.

- Co się stało? - Oczy Chami roz­wie­rają się tak sze­roko, że różowe tęczówki odci­nają się na tle bia­łek i jesz­cze bar­dziej kon­tra­stują z czar­nym tuszem, któ­rym maluje dolne rzęsy. Nawet w pałacu Chami zawsze wyglą­dała nie­ska­zi­tel­nie, jak gdyby co noc zdej­mo­wała maki­jaż niczym ubra­nie, by naza­jutrz rano przy­wdziać go ponow­nie. - Wzię­łaś pożyczkę?

Calla ciska w nią maską, jed­nak nim ta zdąży ude­rzyć Chami, Yilas chwyta ją w locie i gromi księż­niczkę wzro­kiem.

- Nie - syczy Calla. - Weisanna mnie zna­lazł.

Iry­ta­cja na twa­rzy Yilas w jed­nej sekun­dzie zmie­nia się w grozę. Chami, rów­nie prze­ra­żona, roz­dzia­wia usta.

- Nic nie mówi­ły­śmy - śpie­szy z wyja­śnie­niem Chami, zanim Calla zdąży o cokol­wiek zapy­tać. - Lokal działa jak zawsze. Ci sami człon­ko­wie Towa­rzystw Pół­księ­ży­co­wych przy­cho­dzą o dziw­nych porach i ci sami prze­stępcy zosta­wiają tu gotówkę. Z pew­no­ścią nikt nie pytał...

Calla pod­nosi rękę, naka­zu­jąc jej, by zamil­kła. Nawet nie patrzy na byłą słu­żącą. Wzrok ma utkwiony w sto­lik za jej ple­cami.

- Co to? - Mru­żąc oczy, pocho­dzi do mebla. - Czy to kom­pu­ter?

Chami nie ma czasu odpo­wie­dzieć, bo roz­lega się puka­nie do drzwi. Zaraz potem do biura zagląda jedna z kel­ne­rek i gesty­ku­lu­jąc z oży­wie­niem, pró­buje zwró­cić na sie­bie uwagę Chami. Dziew­czyna patrzy bła­gal­nie na Callę, która wzdy­cha i macha przy­zwa­la­jąco ręką.

- Powta­rzam - podej­muje Calla, gdy Chami wycho­dzi w pośpie­chu. - Pro­szę, nie mów­cie mi, że to kom­pu­ter.

- Był tani - odpo­wiada Yilas i czub­kiem buta wci­ska przy­cisk pod sto­łem. Pro­sto­kątne pudełko zaczyna szu­mieć. Kiedy ekran moni­tora bły­ska zie­le­nią, z urzą­dze­nia dobywa się dźwięk - ter­ko­ta­nie tak gło­śne, że Calla jest pewna, iż sły­chać je nawet na sali...

Chwilę póź­niej hałas ustaje. Calla upusz­cza wtyczkę, którą wyrwała z kon­taktu, i wypluwa z ust długi kosmyk wło­sów. Wszy­scy w San-Er gonią za nowo­ściami i świe­ci­deł­kami. Biedni listo­no­sze skarżą się na elek­tro­niczną pocztę, z któ­rej Calla nie korzy­sta, bo jest bez­i­mienną prze­stęp­czy­nią, a nawet gdyby mogła, dla­czego mia­łaby zaufać falom eteru, że dostar­czą jej kore­spon­den­cję pod wska­zany adres?

- Hej! - obru­sza się Yilas. - Wła­śnie...

- Włą­czy­łaś źró­dło danych - prze­rywa jej Calla. Ma przy sobie pager i to jedyne urzą­dze­nie, dzięki któ­remu można ją namie­rzyć. W całych bliź­nia­czych mia­stach spa­dły ceny więk­szych moni­to­rów; miesz­kańcy wolą kupo­wać kom­pu­tery oso­bi­ste, zamiast korzy­stać z cyber­ka­fe­jek, któ­rych pełno jest na każ­dej ulicy, jed­nak Calla nie sądziła, że Chami i Yilas są na tyle głu­pie, żeby to zro­bić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki