Młody, przystojny, nie bez
rozumu, nie bez majątku Astolf, mąż zachwycającéj Amalii, był
jednym z najszczęśliwszych mężów. Trzy lata jak węzły różane
małżeństwa łączyły wzajemną ich miłość; trzy lat spędzili na wsi;
jedna chwila nieporozumienia, jedna chwila nudów nie zaćmiła
czystego nieba szczęśliwéj jednostajności pożycia. - Dzień po dniu,
miesiąc po miesiącu mijał; Amalia ujmując nieraz pieszczoném
ramieniem szyję kochanego męża dziwiła się, że już lat trzy minęło,
dziwiła się, jak ludzie mogli upowszechnić fałszywe aksyoma: że
szczęścia nie ma na tym świecie. Wieczory nawet grudniowe, te
miniatury wieczności dla wielu, dla nich tysiące miały powabów i
najczęściéj koniec przyjemnego wieczora, przyjemności nie był
końcem. Ale kiedy dla kobiet summa obecnego szczęścia zwykle
wystarczającą bywa, mężczyzna ceniąc nawet, hojność losu, stara się
pomnażać ją zawsze: trudno otoczyć jego dążność pierścieniem
granicznym, pierścieniem z napisem:
Póty nie daléj. Żona mówi: Jak jestem szczęśliwa! - mąż: Jak
jestem szczęśliwy, żeby jeszcze...... i to jeszcze coraz większe
rozkłada konary, z tych gałęzie, a z gałęzi gałązki w nieskończoną
roją się gęstwinę.
Z takich to przyczyn szczęśliwy Astolf, nazajutrz po dobréj
przedaży całorocznéj wódki, chodził dużym krokiem wzdłuż i szerz
pokoju i gęściejsze niż zwykle puszczał bałwany tytuniowego dymu,
kilka razy dmuchnął aż iskry na pół łokcia w górę podleciały, i
kilka razy, leżącą na stole pieczątką przycisnął wzniesiony popiół
w stambułce, nareszcie zaczął rozmowę sam z sobą. - Sam z sobą? Czy
szalony? - Bardzo przepraszam, nie szalony wcale. Przeciwnie, jest
rzeczą nie do zaprzeczenia, że wszystkie wielkie pomysły, wszystkie
wielkie zamiary, głosem objawiać się zwykły; zwłaszcza w
tragedyach, im większy człowiek, tém dłużéj ze sobą rozmawia; któż
tego nie wie! któż nie zadrzymał przy tém! - Astolf więc, który nie
był jednym z największych, ale i nie z najmniejszych ludzi, mógł
bardzo słusznie i roztropnie średniéj długości odprawiać monologi i
tak zaczął: "Ożeniłem się! (pauza) Ożeniłem się i jestem żonaty od
lat trzech. (Dmuchnął w lulkę i w kącie postawił): Jestem
szczęśliwy, bo któżby z takim aniołem dobroci i piękności, jak
Amalia, nie był szczęśliwy! - Ale ona? (pauza): Nie jestże jej
wielkie szczęście, nieznajomością większego? Nie jestże wieś wsią a
miasto miastem? Nie trawiże najpiękniejszych lat swoich w samotnym
Topolinie? kiedy ja korzystając z jéj niewiadomości, naużywawszy do
woli zabaw różnego rodzaju, spoczywam na moich.... No jużci! na
moich wawrzynach. Bo", mówił daléj poprawiając przed zwierciadłem
włosy i chustkę na szyi, "bo każdy przecie może.... i nie jedno
przypomnieć sobie."
Tu, długie nastąpiło milczenie, i ktoby niewidziany mógł był
uważać, byłby łatwo odgadł, po nierównym chodzie, raz mocnym, raz
posuwistym, to na piętach, to na palcach, po częstém prostowaniu
głowy, równie jak i uśmiechu rozlanym po całéj twarzy, że Astolf
lat z dziesięć w tył skoczył i że rozmaite wspomnienia, nader miłe
miłości własnéj, odwiodły go zupełnie od piérwszego myśli
przedmiotu; nareszcie robiąc w prawo lekki niby skok, pewnie także
kopiją jakiegoś dawnego oryginału, uderzył się w kolano o krosienka
Amalii i wspomniał na żonę. Ból i trochę prędszy oddech, które
zmusiły go usiąść, nie zmieniły jednak bynajmniéj szlachetnego i
wspaniałego przedsięwzięcia; a tém było: jechać do Lwowa i tam
nadchodzący przepędzić karnawał.
Zerwał się raz jeszcze i zacierając ręce dał w słowach bieg
uczuciom przepełniającym serce. "Tak, dla Amalii", rzekł, "chcę to
uczynić. Amalia musi téj zimy bawić się jak najlepiéj. Ale przytém
i o sobie nie zapominam, wyznać trzeba. Co za rozkosz pokazać
światu tego anioła, poić się zachwyceniem, które sprawi i zawsze
powtarzać: Ona jest moją, moją tylko! ona mnie, mnie, mnie jednego
kocha! - Widzieć nareszcie tę skrzętną koło niéj zgraję, żebrzącą
jednego wejrzenia, silącą mózgi, by wywołać jeden uśmiech na te
usta koralowe, z których ja tyle razy zcałowałem rozkoszne
westchnienia!" Tu zacierając ręce coraz mocniéj, biegał prawie w
koło stołu, lubo na lewą nogę nalegał już nieco. - "A zawiść,
zawiść", mówił daléj, "jak trawić będzie niejednego panicza, kiedy
z wieczora albo balu, Amalia wsparta na mém ręku, naglić będzie
powrót do domu. - Kareta zajeżdża - Amalia wsiada i ja z nią. Adieu
panowie! dobra noc - ruszaj! do domu! A panowie na schodach pomyślą
sobie: Szczęśliwy Astolf! niech go diabli wezmą jaki szczęśliwy! -
Dobra noc panowie, dobra noc! - Héj! - jest tam kto! - zawołać
Telembeckiego."
Wkrótce gruby Telembecki wsunął się boczkiem, jak
uszanowanie każe, przez w pół otwarte podwoje, a z pod ogromnych
wąsów głos wieczną chrypką przyciśnięty dał się słyszeć: Jestem
panie.
- Panie Telembecki, rzekł Astolf - po świętach jadę z żoną
do Lwowa na całą zimę - pojedziesz zatém w tych dniach nająć nam
mieszkanie. - Życzyłbym sobie, aby nie było bardzo drogie, ale
porządne. - Pytaj się WPan koło Manasterskiego - weźmiesz z sobą
kilka sągów drewa - każesz zaraz przepalać w pokojach - trzeba
także odebrać co drobiu czynszowego i o spiżarni pomyśleć.
Na te wszystkie rozkazy i wiele podobnych "Dobrze panie",
zawsze jedna była odpowiedź. - No, - mówił daléj o wszystkiém
myślący Astolf - idź Waćpan panie Telembecki, nie trać czasu, bo ja
najdaléj czwartego albo piątego przyszłego miesiąca chcę z domu
wyjechać.
- Dokąd - zapytała, wchodząca Amalia. - Do Lwowa, -
odpowiedział jej Astolf, i czule do serca ją przytulił, gdy już na
znak swego pana, Telembecki wycisnął się z pokoju, zostawiwszy przy
progu dwie sadzawki z roztopionego śniegu. - "Tak, do Lwowa
jedziemy moja duszko. - Trzeba rozerwać się trochę. - Przepędziemy
tam karnawał."
Nie mało zdziwił się Astolf, gdy to oświadczenie, nietylko
że nie sprawiło spodziewanego ukontentowania, ale nawet niemiłém
być się zdawało. Amalia przyszedłszy z pierwszego zadziwienia,
które tak nagłe przedsięwzięcie musiało w niéj zbudzić, starała się
odwieść męża od powziętego zamiaru: obraz szczęścia, które przez
lat trzy było na wsi ich udziałem, i najczystsze, bo bez pomocy
obcego świata, co zwykle na lichwę tylko, użycza niestałych
przyjemności. - Uwagi nad stanem majątku, który potrzebowałby
jeszcze czas jakiś skromnego ograniczenia - nareszcie zapewnienie,
iż dla niéj pobyt w mieście będzie źródłem tysiąca przykrości - nic
nie zdołało odwieść Astolfa od raz chwyconego przedsięwzięcia; i po
długich, kilkakroć powtórzonych rozprawach, zdało mu się nakoniec
przełamać wstręt Amalii od życia miejskiego; a nawet tyle pracował,
iż wymógł na niéj przyrzeczenie, że zupełnie swoim gustom dogadzać
będzie; otworzywszy zaś przed nią szkatułkę, przekonał, że nie
będzie potrzebowała żałować sobie na stroje i inne fraszki; tém
bardziej, iż w tém zadosyć tylko uczyni jego własnym życzeniom,
dążącym jedynie do tego, aby ją widzieć, ze wszech względów jak
najświetniejszą w towarzystwie wielkiego świata.
Nazajutrz, Amalia dopomagała już po trochę mężowi w
idealnych utworach, któremi stroił przyszłe chwile pobytu w
mieście. - Za parę dni, szaleli oboje. - Za tydzień, Astolf już
tylko słuchał. - A gdy przyszedł dzień wyjazdu, Amalia pierwsza
obudzona, pierwsza nagliła służących do prędkiego pakowania, od
wczoraj zaciągniętych pojazdów.