WSTĘP
Dlaczego książę Bolesław, syn Władysława Hermana, otrzymał od sobie współczesnych przydomek "krzywousty"? Kogo w polskiej historii dotknęła choroba zwana w medycynie niskorosłością? Kto był noszony w lektyce? Ile musiał zapłacić Stefan Batory za noc poślubną z królową Anną Jagiellonką i jak różnili się w ocenie tej nocy? Jakie okrutne wydarzenie na Mazowszu stało się inspiracją dla Szekspira? Pod czyją łożnicą zarwał się strop na Wawelu? Dlaczego Adam Mickiewicz, wbrew szumnym zapowiedziom, nie walczył w powstaniu listopadowym? Jaka była prawdziwa, starannie skrywana, przyczyna śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego? Każde z tych pytań ma gotową oficjalną odpowiedź, podawaną przez kronikarzy, pamiętnikarzy i autorów podręczników historycznych. Czy jest to odpowiedź wyczerpująca, żeby nie zapytać: czy prawdziwa?
Polska historia pełna jest bohaterów, opisów ich efektownych śmierci w przegranych bitwach. I na takich osobach nakazuje się nam wzorować.
Istnieje przy tym niepisana cenzura, zakazująca wywlekania na publiczny widok czegokolwiek, co mogłoby niekorzystnie zmienić wizerunek każdej postaci wprowadzonej przed laty na świeczniki. Chętnie natomiast pozbawia się prawdziwych wizerunków osoby niewygodne dla władzy. Bo tak zwana władza przyznaje sobie zawsze prawo do stworzenia odpowiadającej jej wizji historii Polski oraz wyznaczenia tych, którzy tę wizję mają tworzyć.
W bitwie pod Grunwaldem po stronie polskiej dzielnie walczyli czescy najemnicy sławnego wodza husytów Jana Żiżki. Polscy kronikarze i w ślad za nimi wielu historyków, pisząc o tej bitwie, jakoś zapomnieli podać, że owi czescy rycerze Jana Żiżki mieli pierwotnie walczyć po stronie krzyżackiej. To władze zakonne wynajęły husytów przecież, szykując się do starcia z polskim królem. W ostatniej niemal chwili, już w drodze pod Grunwald, husyci ci zostali jednak podkupieni przez Polaków. Ile im zapłacono, historia milczy. Z pewnością więcej niż władze zakonu. W odwecie Krzyżacy rzucili klątwę na Władysława Jagiełłę za posłużenie się pod Grunwaldem heretykami z Czech (rycerze Jana Żiżki), schizmatykami (pułki smoleńskie), wyznawcami islamu (Tatarzy). A przecież zarówno Tatarzy, jak i owe wojska smoleńskie, jako wasale Wielkiego Księstwa Litewskiego, zobowiązani byli do uczestniczenia w wyprawach wojennych prowadzonych przez Litwinów.
Kilkadziesiąt lat po bitwie pod Grunwaldem czeski rotmistrz w służbie krzyżackiej Oldrzych Czerwonka za - to już zostało starannie zapisane w kronikach - 180 tysięcy węgierskich florenów wydał, podczas wojny trzynastoletniej, Kazimierzowi Jagiellończykowi zamek w Malborku. Rzeczywiście, wstydliwa to droga do sukcesu, ale skoro okazała się skuteczna, to dlaczego o niej milczeć?
Właśnie dla zgodności z prawdą historyczną powinno się ten fakt odnotować, a nie pisać, że była to twierdza, największa wtedy w Europie, zdobyta przez dzielnego polskiego króla w trzynastoletniej wojnie z zakonem, po której do końca panowania dynastii Jagiellonów mistrzowie krzyżaccy składali hołdy polskim królom. Wtedy Krzyżacy również rzucili klątwę, tym razem na Kazimierza Jagiellończyka, za to, że jako chrześcijański król walczył z chrześcijańskim zakonem. Obydwie te klątwy poszły w niepamięć bez żadnych konsekwencji dla władców, zaś zakon krzyżacki stał się lennikiem Królestwa Polskiego, ale dla prawdy historycznej należy o tym "zdobyciu Malborka" przypominać.
Również polska literatura przyczyniła się do upiększania polskiej historii. Adam Mickiewicz wykreował na tragicznego bohatera Konstantego Juliana Ordona, który - zdaniem poety, korzystającego z informacji z drugiej ręki - poświęcił własne życie, wysadzając siebie w powietrze wraz z redutą już zdobytą przez rosyjskich żołnierzy. Faktycznie odbyło się to za sprawą Feliksa Nowosielskiego, kapitana 4. pułku piechoty, i jeśli już, to on powinien zostać ogłoszony przez poetę "patronem szańców". Ale kto dziś pamięta o tym kapitanie? Uhonorowany został jedynie rondem w Brwinowie.
Konstanty Julian Ordon zaś - jako chodzący przykład mimowolnego sfabrykowania narodowego bohatera - żył jeszcze długo i dopiero 55 lat później, 4 maja 1887 roku, popełnił samobójstwo. Pomimo że był samobójcą, został uroczyście, w asyście duchownych, pochowany na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Na nic jednak zdały się sprostowania w sprawie reduty na Woli. Co więcej, Ordona uhonorowano kilkoma ulicami w polskich miastach. Bo i tak wszyscy Polacy "dobrze wiedzą", że "redutę Ordona" wysadził Konstanty Julian Ordon, a nie jakiś Feliks Nowosielski, i z tej przyczyny został mianowany, "patronem szańców". Skoro tak napisał o nim sam Adam Mickiewicz...
Poecie zawdzięczamy również wprowadzenie do historii jeszcze innego epizodu powstańczego zapisanego w wierszu Śmierć Pułkownika, a dotyczącego Emilii Plater. Prawdziwe w tym wierszu było tylko to, że walczyła w powstaniu listopadowym na Litwie, ale już zmarła nie w wiejskiej chacie, jak chciał Adam Mickiewicz, lecz pod przybranym nazwiskiem Korawińska w dworku Abłamowiczów w Justianowie, nie od ran, lecz wskutek ostrego przeziębienia spowodowanego przez trudy wojskowej służby oraz wielodniowego przedzierania się w cztery osoby (licząc również Żmudzina przewodnika) lasami i mokradłami, w ucieczce przed rosyjskim pościgiem. Nigdy nie była pułkownikiem, posiadała jedynie honorowy stopień honorowego kapitana - co jednak nie było żadną szarżą wojskową - nadany jej przez generała Dezyderego Chłapowskiego. Nie żegnała się "jak Czarniecki" z ulubionym koniem, bo cała czwórka przedzierała się przez owe lasy pieszo.
To są tylko niektóre nieścisłości z wiersza Adama Mickiewicza. Do nich jeszcze powrócę w rozdziale Śmierć Pułkownika.
Cudowny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, zdaniem wielu milionów Polaków, skutecznie bronił jasnogórskiego klasztoru przed Szwedami, a przeor Augustyn Kordecki był niekwestionowanym bohaterem i patriotą. Tak pisali o nim Henryk Sienkiewicz i Józef Ignacy Kraszewski. A tymczasem obraz ten znajdował się wtedy za granicą, na Śląsku, w kościele w Mochowie koło Głogówka i tam spokojnie przeczekał całą wojnę polsko-szwedzką. W Częstochowie była w tym czasie jego kopia. Dzielny przeor patriota był zaś jednym z pierwszych, którzy uznali króla Karola Gustawa za króla Polski. Kiedy szwedzki król zwiedzał Wawel, ksiądz Augustyn Kordecki znajdował się w gronie osób oprowadzających po nim szwedzkiego monarchę. Specjalnie w tym celu przyjechał do Krakowa.
Ale jak tu nie wierzyć pisarzom, a zwłaszcza nobliście.
To, że Tadeusz Kościuszko został wybatożony, czyli obity nahajami, przez sługi Józefa Sosnowskiego, wojewody smoleńskiego i hetmana polnego litewskiego, również pomija się w jego życiorysie. Kościuszko, który został zatrudniony przez Sosnowskiego do stworzenia parku przy hetmańskiej rezydencji, z wzajemnością zakochał się w Ludwice, córce hetmana. Namówił ją na ucieczkę z rodzinnego domu. Daleko nie uciekli. Pościg wysłany przez ojca szybko ich dopędził, odebrał hetmańską córkę, a obitego nahajami przyszłego dowódcę insurekcji pozostawiono na drodze. Śladu tego incydentu nie ma w oficjalnych biografiach naszego bohatera narodowego. Podobnie jak nie pisze się o jego kardynalnych błędach popełnionych w bitwie pod Maciejowicami, którymi usiłował w naiwny sposób obciążyć jednego ze swoich podwładnych Adama Ponińskiego. A gdy w Paryżu Poniński zażądał konfrontacji, zasłonił się niepamięcią i wystosował oficjalne, ale za to niezwykle pokrętne wyjaśnienie.
Wśród tych, którym przez przemilczenie "reformuje się" biografię, znalazł się nawet Mikołaj Rej z Nagłowic. Tak, ten sam, który pierwszy pisał po polsku, gdyż uważał, że Polacy nie gęsi... A co przemilcza się na ogół z biografii Reja? Otóż w popularnych biografiach niejako wstydliwie pomija się fakt, iż był on teologiem protestanckim.
Takich powodów do przemilczeń w naszej historii nie brakuje. Podobnie postępuje się bardzo często nawet z tą najnowszą historią. Tak dzieje się zresztą nie tylko w Polsce. Jest to jednak marne usprawiedliwienie.
Na szczęście są diariusze, wspomnienia, pamiętniki oraz polskie i zagraniczne materiały źródłowe, pozwalające przebić się przez mur niechęci do poznania prawdy o przyczynach niepięknych, a niekiedy ocierających się nawet o śmiech i politowanie postępków osób, którym postawiliśmy pomniki. Te prawdziwe i te wirtualne. Dzięki nim możemy także zdobyć wiedzę o obcych, którym, chociaż chcielibyśmy to starannie ukryć, cokolwiek jednak w naszej historii zawdzięczamy.
Nie idzie przy tym o nawoływanie do walki z pomnikami, o to, żeby burzyć owe wzniesione im monumenty, ale o rzetelną informację o postawach ich bohaterów i czynach w różnych sytuacjach życiowych. Oczywiście w ekstremalnych przypadkach nie ma innego rozwiązania, jak powszechne napiętnowanie, ale bez prób wymazywania z naszej historii. Przekraczanie jednak granicy między historyczną prawdą a populistycznymi odczuciami, lansowanymi dla osobistych celów przez rządzących, musi wzbudzać moralne wątpliwości. Nie ma ludzi kryształowych nawet, a może zwłaszcza, wśród tych wyniesionych na świeczniki.
Nieuzasadnione jest pozbawienie należnego im miejsca w gronie tych, których powinniśmy szczególnie cenić. Do naszej historii przynależą przecież na przykład: carski generał, gubernator Warszawy, Sokrat Iwanowicz Starynkiewicz, który z zapyziałego miasta zrobił europejską metropolię, brytyjski inżynier Wiliam Lindley, który zbudował sieć kanalizacyjną i wodociągową dla Warszawy, po raz pierwszy w Europie z podziemnymi kanałami ściekowymi, oraz Saul Katzenellenbogen, znany później jako Saul Wahl, bankier króla Stefana Batorego, a także wielu magnatów, tworzących podstawy polskiej bankowości. Co o nich wiemy?
Próbowałem pytać przypadkowych przechodniów na placu Starynkiewicza, kim był patron tego placu i jakie położył zasługi dla Warszawy. Niemal wszyscy pytani mylili go z prezydentem Starzyńskim. A gdy pytałem o Lindleya, to już każdy twierdził, że to wybitny lekarz, bo przecież przy ulicy Lindleya znajduje się znany warszawski szpital. Ta sonda była spontaniczna, pytałem przypadkowe osoby w różnym wieku, które akurat pojawiły się koło mnie, ale wynik i tak zmusza do myślenia.
Byli również w naszej historii także ci, którzy sami zrezygnowali z pomników za życia, i to dosłownie.
Oto car Aleksander I, będący zarazem królem Polski (władcą tzw. Królestwa Kongresowego, ustalonego na Kongresie Wiedeńskim), zamiast własnego pomnika, na budowę którego odbyła się już powszechna zbiórka pieniężna wśród polskiego społeczeństwa zakończona wysokim przekroczeniem potrzebnej kwoty (a sam Tadeusz Kościuszko nadesłał z Szwajcarii spory datek na ten cel), zażądał budowy kościoła katolickiego pod wezwaniem św. Aleksandra na warszawskim placu Trzech Krzyży. Argumentował, że na kościół katolicki, bez względu na to, pod czyim jest wezwaniem, żaden z Polaków nie podniesie ręki, a z cerkwiami czy z pomnikami to już może w Polsce różnie być.
Liczył, że zawsze znajdzie się ktoś, kto przypomni, że to właśnie car, kiedy został królem Polski, był fundatorem tego warszawskiego kościoła.
Mało kto wie również, iż hymn pochwalny na jego cześć: Boże coś Polskę, został zaanektowany, po niewielkim retuszu tekstu, przez Kościół. Sobór św. Aleksandra Newskiego na warszawskim placu Saskim (dzisiaj plac Marszałka Józefa Piłsudskiego), wybudowany w latach 1894-1912, zburzono po odzyskaniu niepodległości. To samo stało się w III Rzeczpospolitej z wieloma pomnikami wdzięczności Armii Czerwonej, stawianymi w centralnych punktach polskich miast (również wyburzonymi, w imię irracjonalnej zemsty na narodzie rosyjskim, za ustalenia jałtańskie, które - przypomnę - były autorskim dziełem tak zwanej Wielkiej Trójki: brytyjskiego premiera Winstona Churchilla, prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta i Józefa Stalina).
Natomiast kościół pod wezwaniem św. Aleksandra, symbol wdzięczności polskiego społeczeństwa dla rosyjskiego cara Aleksandra I za to, że zechciał zostać także polskim królem, jak stał, tak stoi w Warszawie na placu Trzech Krzyży, i zapewne stać będzie jeszcze bardzo długo. Chyba że znajdzie się jakiś oszołom, któremu ten od zawsze katolicki kościół też będzie przeszkadzał. A oszołomów w Polsce nie brakuje.
Każdy wiek naszej państwowości obfitował w wydarzenia i ludzi, którzy niekiedy jednym występkiem lub jednym bohaterskim czynem dobrze czy źle zapisali się na stałe w historii. Ci, którzy uczynili to w sposób piękny, a może jedynie satysfakcjonujący, trafiali na strony podręczników szkolnych czy skryptów dla studentów. Słusznie zresztą. Szkoda tylko, że nierzadko dodatkowo cenzuruje się im, lub retuszuje, życiorysy. Mamy prawo przecież wiedzieć, co się wydarzyło, jak to było naprawdę i dlaczego. Chociażby owa prawda była czasami trudna do przełknięcia.
A jeśli idzie o wspomnianego wcześniej "krzywoustego", to wbrew twierdzeniu autorów niektórych publikacji, że powodem tego pseudonimu był wrzód w dzieciństwie, "krzywoustym" nazywano wtedy po prostu kłamcę najgorszego autoramentu. W tym konkretnie przypadku chodziło o krzywoprzysięstwo złożone przez księcia przed ołtarzem, dotyczące zapewnienia bezpieczeństwa przyrodniemu bratu Zbigniewowi, czego nie dotrzymał. Skoro już jestem przy Bolesławie Krzywoustym, to w podręcznikach historii trudno znaleźć informację, że 1135 roku w Merseburgu ten polski książę złożył hołd z Pomorza cesarzowi niemieckiemu Lotarowi III. I to podwójny: przyszły - z niezdobytych jeszcze pomorskich terytoriów - i bieżący - z tych terenów, które już przed laty zdobył. A poza tym niósł, niczym giermek, przed nim miecz, gdy cesarz udawał się do katedry. Trudno to uznać za szczególną łaskawość cesarza wobec naszego władcy. Było to raczej wskazanie mu miejsca w szyku.