Nieudana apokalipsa - Katarzyna Koziorowska

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ze strony ciemności

kochało cię światło

którego nie byłeś wyrzeczeniem

uwielbiała namiętność

bez drogi pobocznej

widziałeś zbyt wiele

aby odkryć

że cisza także może być

przekleństwem

pragnienia

spłoszone w połowie zdania

ciążyły ci niby nieprzerwany deszcz

wyniosłość

do której stóp nie mogłeś upaść

twoja wieczność

mogła konkurować z prawdą

ze zniewoleniem

ze strony ciemności

pewnego dnia kamień

pośród myśli pękł na pół

potoczyła się nadzieja w świat

co przetrwa tę mantrę

byłeś wyrzeczeniem

byłeś życzeniem

którego nie spłoszy obojętność

nie zwycięży przegrana

płomyk świtu

wszystko co okrutnie wzruszało

nie należało

do ciebie

wszystko za czym szedłeś

udawało pragnienie jasności

kochałeś się w zachwycie

w piedestale

na który wniosłeś sercem

zielony płomyk świtu

pewnego razu zapragnąłeś

zbyt wiele

ciało zawiodło cię na manowce

przekleństwa

wszelakie przeciwności

nigdy nie przypominały

twojej obecności

miałeś czelność obudzić się

o niespodziewanej godzinie

pośród echa

wyszeptanych modlitw

zanim odwiedzisz przyszłość

i przyznasz do odwagi

przebudzę się w twoich słowach

w dozgonnym natchnieniu

niebieski blask

szaleństwo nie mogło posiąść

twoich zmysłów

gorycz zsyłana przez jutro

dodawała pragnieniom

pikanterii

jaśniałeś

choć żadna z łez nie była twoja

prosiłeś o odrobinę wytchnienia

ale czas biegł pod własny prąd

milczenie zamieniało się

w wyrzeczenie

nie zdążyłeś zamknąć serca

do środka wdarły się

ciche promienie

niebieski blask

wkrótce twój dom przestał

być twoim

niebawem poranek przebudził się

o niewłaściwej porze

poczułeś z całych sił

tę przestrogę

ten bezkres

dla jakiego mógłbyś jaśnieć

dla jakiego umiałbyś śnić

przepalony krzyk

bałagan wokół

nie oznacza

nieporządku w środku

twoja stuletnia samotność

wyrzekła się kłamstwa

w porę

schwytałeś krzykliwy cień

pragnący uciec

twojemu spojrzeniu

zanim pokonałeś ostatnie słońce

i wyrzekłeś się zachwytu

blask oślepił duszę

wkradł pod powieki

srebrzyste łzy

przepalony krzyk

wszystko okazało się

świadectwem wolności

zmartwychwstania

okazało się

w twoim sercu płonie

ostatnia droga

ku pokonanemu

unicestwiło cię własne życie

pozbawiło własnego cienia

okrutnie

na zawsze

nie był winien

złożyłeś podpis

na niewłaściwym cyrografie

oddałeś pragnienia komuś

kto nie był winien

pękła cienka warstwa snu

wydostała się myśl

tak bezsensowna

że odebrałeś jej

ostatnie westchnienie

twój czas

skazany na dożywocie

usiłował obrócić się

przeciwko tobie

lecz wiem

twoja obecność wystarczy

aby przerazić mrok

obiecać światło odrodzenie

nie warto udawać

smutku

kiedy gwiazd jest tak wiele

zastałeś poranek

zadedykowany wolności

zawierzyłeś zwycięstwu

do zobaczenia

po drugiej stronie światła

warstwa cienia

ten poranek

który zastał twoje serce

na warcie

będzie pierwszym

wieczór

w który przeobraziły się

twoje oczekiwania

pozostanie zapomnianym strachem

lękliwym milczeniem

przez cienką warstwę

cienia

przedarły się złudzenia

bez których nie warto lśnić

tak

twoje serce ginęło

w błękitnym oddechu prawdy

zmysły

napięte jak łuk

wywlekały na wierzch życie

obiecywały zwycięstwo

spotkało cię zbyt wiele

abyś tak zwyczajnie zasnął

nie

ty nie zaśniesz

nie uczyni to za ciebie

żadna gwiazda

dalszy ciąg

żadna gwiazda choćby skradziona

nie mogła dać ciepła

rozkazać

wbrew prawdzie

uśmierzająca bliskość nieba

przekonywała

do najczystszych łez

przesycony nocą

choć otulony poszumem snów

wymknąłeś się poza margines

poza granice

za którymi czeka życie

utraciłeś dość aby przyłapać

oko na kłamstwie

minąłeś się z prostotą

zastępując nieskazitelnym spojrzeniem

pretekstem

któremu łatwo przysiąc

kiedy oddałeś wieczność

kiedy wykradłeś śmierć

pęknięty sekundnik wskazał

dalszy ciąg

ku któremu zmierzasz

powróciłeś zza kotary snu

aby zrozumieć

daleko stąd do nienawiści

oddałeś się wierze w bezczas

którego nie sposób ominąć

twoje wrodzone szaleństwo

twoja próba pokonania

wzbierającej nocy

wszystko to umknęło

ze strachem

między stratowane umysły

przyglądam się z bliska

twoim wspomnieniom

obracam w palcach

gasnący zielony płomyk życia

nie jesteś tym

na kogo czekał wszechświat

jesteś kimś kto zrozumiał

zbyt wiele

w najkrótszym czasie

zrozum całym sobą

ten powiew to westchnienie

ku któremu zmierzasz

pomimo utraty łez

zrozumiałeś wierutną samotność

choć nie dowiedziałeś się

kto złożył ją u twych stóp

zgodziłeś się ujrzeć jeszcze raz

tę ciszę która powraca

do ciebie krętą drogą

stając na ścieżce

ku wzgórzom

walcząc pomimo utraty łez

umknęło ci najdoskonalsze światło

ofiara którą złożyłeś

z własnych marzeń

wiedziałeś że bezsenność

to czas

z którym nie sposób walczyć

przeciwstawić się

wiem że powrócisz choć śmierć

przejęła twój cień

odebrała żar wieńczący bezkres

zaprzeczający wolności

zamknąłeś

za sobą okno

żebyś mógł otworzyć drzwi

jutro to moment

na który wciąż czekasz

choć przeszłość pędzi wstecz

rozrachunek z ciszą

między tobą a światem

nie ma czarno-białych barier

między tobą a życiem

biegnie granica tak cienka

że podobna wieczności

wyśniony przez przyszłość

wyklęty przez wieczność

poszukujesz wytchnienia

w obcych słowach

w rozrachunku z ciszą

pielęgnujesz wciąż

ten sam ból

zadany cierniem północnej róży

twoje łzy choć gasnące

użyźniały pamięć

powstaniesz

po niewłaściwej stronie poranka

uniesiesz zmęczoną powiekę

samotność powróci z cieniem

litość załka raz ostatni

to tylko garść wspomnień

które nie zasłużyły na przeszłość

poddany

nieuległy nienawiści

przeciwny wierze w samotność

zmierzasz się z gwiazdami

których cienie

zdobią twoje myśli

przygarnij niebo

jego serce zdobią przepastne

bujne łzy

twój czas

ukryty w odpowiedzi retorycznej

to tylko smutne spojrzenie

w dal

za granicę posępnego świtu

pozwól

zbliżyć się do pragnień

podsycających duszę

ratujących sumienie

przed nadmiarem litości

zanim dostrzeżesz

swoje wspomnienia

na czarno-białych wrzosowiskach

wypożycz komuś smutek

swój bezbrzeżny zmierzch

prosto w twarz

z prądem wartkiej melancholii

próba generalna

przybyłeś w te strony

z ostatnim nieczułym tchnieniem zimy

jesteś i wciąż nie wierzysz

w odległość myśli

które z pokorą wzrastają

po niewłaściwej stronie cienia

zadbane łzy lśnią uroczyście

choć świat wciąż spodziewa się litości

i choć dostrzegam ślady lęku

na powiekach

pławię się w męczeństwie archipelagów

wybije godzina

ciało rzuci się do ucieczki

marmurowe niebo

złość i pokora powstrzymujące

od wołania o pomoc

cały wewnętrzny świt

na dnie skrytki

to tylko próba generalna

oto ostateczna przymiarka

żeby to co do bólu nieuniknione

zaznało spełnienia

i przebaczenia

nikczemna gwiazda

twoja potęga przebudziła się

o właściwej porze

zanurzyły się w tobie lęki

których się serdecznie wyrzekłeś

pojednany z pragnieniem

skazany na wiekuistą przeszłość

kołaczesz do okna

jak nikczemna gwiazda

którą los wykradł porankowi

zrozumiałam wreszcie

sen choć podatny na zranienia

jest najwyżej sromotną porażką

tchnieniem litości

której wciąż wierzysz

niepocieszony przez zmierzch

uwolniony z oków

przypadkowego oddechu

przypominasz mi o ciszy

o samotności

którą porzuciłam gdzieś po drodze

poczciwa łza

choć w sercu wzbiera wierność

wobec ucieleśnionych łez

a w duszy budzą się przeklęte sny

samotność

nie nadejdzie

nie powstaną sny

z którymi nie możesz walczyć

nie chcesz się przypodobać

ukradkiem

kiedy nie widzi życie

rozkoszujesz się porankiem

co nie czeka na samotność

nie spodziewa się wierności

zaproszony do tańca

z własnym rozbestwionym niebem

wyklęty u stóp najwyższych gór

nie ufasz szeptaniu o pomoc

nie wierzysz w echo

które rozrzuca szept

chodźmy razem

pomóżmy gwiazdom kwitnąć

w naszych myślach

pozwólmy marzyć tym

którym pozostało tak niewiele

los co ucieka

przed śmiercią

to zbyt poczciwa łza

niewłaściwe serce

kielich winy

który musisz wypić jeszcze raz

czarnooka melancholia

czekająca u stóp jutra

to tylko marna opowieść starca

któremu pozostała

wyłącznie śmierć

choć jesteś tak bliski

złudzeniom

choć sprzeciwiasz się

szkarłatnym niebom

twoja wierność nie zagaśnie

nie odnajdzie drogi powrotnej

twój uśmiech ofiarowany

naprędce

to tylko smutna posługa

imię wypowiedziane

niewłaściwymi ustami

ciężar prawdy

zbyt pożądany

zdobi twoje ramiona

dzierży rzeczywistość wykradzioną

piekłu

nie mogę kochać się

w twoich zakazanych myślach

we łzach które płyną za wcześnie

to co nas otacza

to podła bajka

spisana przed niewłaściwe serce

proroctwa

zanurzam się

od niechcenia w wyrzutach

co nie dosięgną sumienia

pogrążam w chwale

jej serce niepokorne postukuje

zostawiając na czole ciszy

bolesne znaki

twój bezsenny świt

rzuca się w objęcia czasu

troszczy się

o ciało które wymsknęło się duszy

pełnokrwista obolała nocy

czy objawisz się tym

co zasłużyli na odrobinę życia

czy nie rozproszysz się

kiedy spróbuję cię oswoić

do nieba przygniata cię

wiara w to

co nie mieści się w almanachu

człowieczeństwa

smutny przypływ

od dawna nieistniejąca

bezpieczna przystań

to tylko garść

wykwintnych złudzeń

i jeszcze mniejszych proroctw