Niewystarczająca - Aria Deja

Reflow text when sidebars are open.
Emma - młoda kobieta, która zbyt wcześnie musiała dorosnąć. Samotna matka z bagażem bolesnych doświadczeń i cieniem toksycznej relacji, która długo nie pozwalała jej oddychać pełną piersią. Ale to już przeszłość, którą krok po kroku zostawia za sobą. Teraz stawia pierwsze kroki w nowym rozdziale życia z sercem pełnym ran, ale też nadziei. I z wyjątkowymi przyjaciółmi, którzy stają się jej siłą, gdy własna zaczyna zawodzić.
Stefano - narzeczony... a może już eksnarzeczony Emmy. To facet, który jeszcze nie dorósł do życia, jakie prowadzą. Dobry ojciec, ale tylko wtedy, gdy ma ochotę "pobawić się" w rodzinę. Po przejściach, ze słabością do używek i dużym brakiem stabilności.
Angie (Endżi) - przyjaciółka Emmy od podstawówki. Młoda, wyluzowana, piękna brunetka. Ma jedną "wadę" - nie musi mówić ani słowa, bo jej mimika zdradza więcej niż tysiąc słów.
Agnes - szalona, zadziorna blondynka z niesamowitą energią. Typ osoby, która nigdy nie ocenia, a zawsze wspiera. To przyjaciółka, na którą można liczyć w każdej sytuacji.
Winny - najmłodsza stażem przyjaciółka Emmy, ale wcale nie mniej ważna. Piękna i szalona kobieta z głową pełną ekstremalnych pomysłów i sercem pełnym dobrych rad. Jak starsza siostra, której Emma bardzo potrzebowała.
Dany - sportowiec, maratończyk, znany w szkole Emmy. Kochają go wszyscy, choć tylko on potrafi doprowadzić człowieka do szału w taki sposób, że jednocześnie chce się go rozszarpać i... śmiać do łez.
Greg - chłopak, którego nie da się nie zauważyć. Sportowiec z uśmiechem łamiącym serca, przystojny i charyzmatyczny. Najlepszy przyjaciel Dany'ego - razem tworzą duet nie do podrobienia.
Mateo - zakazany owoc. Źródło problemów, niedomówień i emocjonalnych rozterek Emmy. A jednocześnie... jej najlepszy przyjaciel. Ale czy tylko przyjaciel?
Po wejściu do klasy i zajęciu miejsca pierwsze, co przyszło mi do głowy, to: "Co ja tu, do ch**a, robię?". Ale okej, dajmy temu szansę.
Oczywiście, kiedy tylko wyciągałam swoje rzeczy, do klasy weszli oni - nierozłączny duet: Greg i Dany. Jak mogłam się spodziewać, usiedli zaraz za mną. Ja i moje szczęście - zawsze przyciągamy to, czego nie chcemy.
Pierwsze dni były raczej dziwne. Spokojne, nikt z nikim nie rozmawiał, poza naszym wybuchowym duetem. Jak podejrzewałam, Dany okazał się typem, który zawsze gada na lekcjach, przerywa i co chwilę prosi o przerwę. Za to Greg... Greg był zaskoczeniem.
Nasz nierozłączny duecik, jak się okazało, znał się i przyjaźnił od wielu lat - co, szczerze mówiąc, nie powinno być żadnym zaskoczeniem. Po ich zachowaniu można było łatwo się domyślić, że mają ze sobą sporo wspólnego. Zwłaszcza jeśli chodzi o historie, które zdecydowanie nie powinny ujrzeć światła dziennego.
Nadszedł kolejny zjazd, który miał być spokojny i cichy - tak jak poprzedni. Weszłam do klasy jako jedna z pierwszych. Było jeszcze pusto. Zajęłam to samo miejsce co zawsze. Tylko teraz... było inaczej. Czułam się mniej jak intruz, bardziej jak część tej dziwnej układanki, której jeszcze nie rozumiałam.
Po kilku minutach do sali zaczęli schodzić się inni. Wśród nich - jak zawsze razem - Greg i Dany. Tym razem jednak Greg usiadł obok mnie.
Nie za mną. Obok.
Spojrzałam na niego z ukosa. Tylko wzruszył ramionami.
- Dany jest dziś w nastroju do zawierania znajomości. Uznałem, że tu będzie bezpieczniej - powiedział półgłosem z uśmiechem, który był bardziej rozbawiony niż przepraszający.
Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko cicho parsknęłam.
I wtedy pierwszy raz pomyślałam: może nie jest taki, jak myślałam.
Dany rzeczywiście był dziś... dziwnie ożywiony. Zagadywał wszystkich, w tym nauczycielkę, rzucał suchary z prędkością karabinu maszynowego i najwyraźniej miał misję - za wszelką cenę rozruszać atmosferę.
W połowie zajęć usłyszałam:
- A ty? - Greg zwrócił się nagle do mnie, pochylając się nieco. - Nie boisz się, że to wszystko się rozwali po pierwszym sprawdzianie?
Spojrzałam na niego z zaskoczeniem.
- Spodziewałam się raczej, że powiesz coś w stylu "jakoś to będzie".
- Mówię to tylko Dany'emu. On się łudzi, że naprawdę wszystko jakoś się samo zrobi. - Uśmiechnął się ponownie, ale tym razem nieco inaczej. Poważniej.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, z tyłu rozległ się głośny śmiech Dany'ego i stłumione "O ku**a, serio?!" - najwyraźniej ktoś opowiedział mu coś wyjątkowo absurdalnego.
Greg przewrócił oczami i spojrzał na mnie z miną mówiącą: no widzisz, o czym mówiłem.
I wtedy coś we mnie pękło. Nie ze śmiechu. Z oporu. Po raz pierwszy od dawna... miałam ochotę kogoś poznać.
Sobota
Zapowiadało się na to, że będzie to kolejny, dość nudny dzień. Aż do momentu, gdy drzwi sali się otworzyły i do środka weszła ona - wysoka, szczupła dziewczyna z tatuażami na rękach.
Siedząc spokojnie w swojej bezpiecznej przestrzeni, nie spodziewałam się, że właśnie dziś jedno zwykłe pytanie zmieni moje życie.
- Hej, wolne? Mogę tutaj usiąść?
Niby nic wielkiego, a jednak...
- Jasne, wolne. Siadaj - odpowiedziałam, nawet się nie zastanawiając.
Zaczęłyśmy rozmawiać. Miała w sobie coś... luz, szczerość, może nawet trochę zuchwałości.
W tym czasie do klasy wszedł też chłopak - niezbyt wysoki, w czapce z daszkiem i butelką wody w ręce. Usiadł w ostatniej ławce, tuż za Danym i Gregiem. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że od tej pory wszystko się zmieni. Ale... czy na lepsze?
Po krótkiej rozmowie Winny zapytała:
- Dałabyś mi odpisać notatki z ostatnich zajęć?
- Jasne, nie ma problemu - rzuciłam bez większego namysłu. Ale po kilku godzinach miałam już dość.
Cały czas zaglądała mi przez ramię, próbując odpisywać wszystko na bieżąco. Kurde... siedziałyśmy przecież razem, na tych samych zajęciach. Jakim cudem ona nic nie miała w zeszycie?
Winny to zdecydowanie ten typ człowieka, który z nikim nie ma problemu. Z każdym pogada, z każdym się dogada. I właśnie przez to... wszystko się zaczęło.
Większość przerw spędzała na zewnątrz - razem z chłopakami. Paliła, tak samo jak Mateo, a Dany i Greg woleli unikać szkoły, kiedy tylko się dało. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko złapała z nimi kontakt. Z dnia na dzień coraz bardziej się do mnie zbliżali.
A ja...?
Zaczynałam czuć, że moje "bezpieczne miejsce" przestaje być tylko moje. Z każdą kolejną przerwą miałam coraz mniej przestrzeni tylko dla siebie.
Winny była wszędzie - raz przy Danym, raz przy Mateo, czasem z papierosem, czasem bez, ale zawsze z jakimś tekstem na ustach.
Greg patrzył na to wszystko z tym swoim półuśmiechem. Nie komentował, nie przeszkadzał. Obserwował. Jakby widział to już wcześniej i wiedział, jak się skończy.
Zaczęłam łapać się na tym, że coraz częściej przesiadywałam z nimi.
Nie dlatego, że mnie zaprosili.
Nie dlatego, że czułam się swobodnie. Tylko dlatego, że Winny mnie tam wciągała.
- No chodź, nie siedź tu sama - rzuciła kiedyś, wyciągając mnie z ławki.
Nie miałam siły protestować.
I tak znalazłam się na zewnątrz, oparta o mur, z kawą w ręce, słuchając, jak Dany opowiada o teoretycznie fikcyjnej kłótni z sąsiadką. Brzmiało jak kabaret. Mateo wtrącał sarkastyczne komentarze, Greg co chwilę przewracał oczami, a Winny płakała ze śmiechu.
A ja?
Stałam tam, z boku.
I po raz pierwszy od dawna nie czułam się nie na miejscu. Byłam częścią ich świata, a oni mojego.
W pewnym momencie Greg spojrzał na mnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Tylko kiwnął głową.
Tego wieczoru, jadąc do domu, przewijałam w myślach wszystkie rozmowy. Mateo rzucił jedno zdanie, które jakoś nie chciało mi wyjść z głowy:
- Niektórzy udają, że nie chcą być częścią czegoś, ale to tylko dlatego, że kiedyś ich nie chciano.
Nie powiedział tego do mnie. Nie wiem nawet, czy mówił to poważnie. Ale trafiło.
Wyjęłam telefon z torebki, żeby włączyć dźwięk. Zauważyłam kilka nieodebranych połączeń od Stefano. Od razu oddzwoniłam.
Kilka sygnałów... i mój koszmar wrócił.
- Czy ty, k**wa, nie potrafisz odebrać?! Gdzie jesteś? Kiedy wracasz? Za ile będziesz w domu?! - Jego pytania uderzyły we mnie jak lawina rozgrzanej lawy.
Nie dał mi dojść do słowa. Kiedy w końcu mogłam odpowiedzieć, zdołałam tylko wyszeptać:
- Wracam...
Ale to był dopiero początek.
- Co, już poznałaś jakiegoś fagasa?! Dobrze ci było?! A może już planujesz mnie zostawić?!
Łzy same popłynęły mi po policzkach. Nienawidzę tego uczucia bezsilności. Bezpodstawnych oskarżeń. Wymuszania poczucia winy. I wtedy wiedziałam jedno - to dopiero początek.
Znowu.
Po powrocie do domu mieliśmy iść z dziećmi na spacer i lody - wszystko było zaplanowane. Ale Stefano, jak to Stefano, zmienił zdanie.
Nie pierwszy raz. I pewnie nie ostatni.
Po tylu latach powinnam już przestać się łudzić i zakończyć ten związek.
Powinnam.
Ale bardziej niż jego zachowania... obawiałam się samotności.
Bałam się, że sobie nie poradzę. Że jestem niewystarczająco dobra, aby zacząć od nowa. Od dziecka słyszałam, że jestem niewystarczająco zorganizowana. Niewystarczająco ładna. Niewystarczająco pomocna.
I kiedy w końcu po latach zaczęłam się z tym jakoś godzić - życie znów mnie uderzyło.
Musiałam dorosnąć za wcześnie. Zacząć wszystko od nowa.
A potem pojawił się Stefano. I moja lista "niewystarczająco" zaczęła się wydłużać. Prawie każdy weekend wygląda podobnie. Spędzamy go w czwórkę - ja i dzieci. Bez niego. Od lat.
I choć jesteśmy już do tego przyzwyczajeni, to nigdy nie przestaje boleć. Bo kiedy ktoś wychodzi "tylko zapalić", a wraca po dwóch dniach - bez słowa, bez znaku życia - trudno się z tym pogodzić. A najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że kiedy po latach takiego życia zaczynasz mieć nadzieję... Że to koniec. Że może coś się zmieni. Że może on wreszcie dorósł - do rodzicielstwa, do związku... Wszystko zaczyna się od nowa.
I tak w kółko.
*
Kolejna niedziela
Weszłam do klasy jak zawsze. Usiadłam na tym samym miejscu. Ale wszystko było inne.
Winny już była - uśmiechnięta, stała oparta o parapet i opowiadała coś Dany'emu. Greg siedział z tyłu z kawą w dłoni i zeszytem, w którym pewnie nic nie notował. Mateo był jak zawsze spóźniony. A ja? Byłam.
Ale jakby tylko ciałem. Nie chciałam rozmawiać. Nie miałam siły na uśmiech. Nie potrafiłam się skupić.
Winny coś do mnie mówiła, ale tylko przytaknęłam. Nie chciałam, żeby pytała. Nie dzisiaj.
- Ej, wszystko okej? - rzuciła cicho, gdy siadła obok. Skinęłam głową. Nie była przekonana, ale uszanowała to.
Pierwsze minuty zajęć ciągnęły się jak godziny. Próbowałam notować, ale litery rozmywały mi się przed oczami. Gdy po raz czwarty przeczytałam to samo zdanie, poczułam, że zaraz się rozsypię. Nie płakałam. Jeszcze nie. Ale czułam ten znajomy ścisk w gardle.
- Masz długopis? - Usłyszałam za sobą głos. Greg.
Nie wiem, czy naprawdę potrzebował długopisu, czy po prostu chciał mnie wytrącić z tej ciszy. Podałam mu swój. Uśmiechnął się lekko.
- Dzięki. A ty? Dobrze się czujesz?
To pytanie uderzyło mnie mocniej, niż chciałam przyznać. Było zbyt proste, zbyt trafione.
- Jasne - odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. - Po prostu... nie spałam.
Greg spojrzał na mnie nieco dłużej, niż to konieczne. Nie ciągnął tematu. Po prostu wrócił do swoich notatek. Ale od tego momentu... co jakiś czas zerkał w moją stronę.
Nie natarczywie. Nie z litością. Tylko tak, jak ktoś, kto widzi więcej, niż mówisz.
W przerwie wszyscy wyszli na zewnątrz. Zostałam sama w sali. Musiałam złapać oddech. Choć przez chwilę nie udawać.
Wtedy do środka wszedł Mateo. Zobaczył mnie, zamknął za sobą drzwi i bez słowa podszedł.
- Potrzebujesz, żeby ktoś po prostu posiedział?
Nie odpowiedziałam.
Usiadł obok. Nie pytał. Nie pocieszał. Po prostu był.
I to był pierwszy raz od dawna, kiedy obecność drugiego człowieka... nie ciążyła mi. Siedzieliśmy w ciszy.
Ja i Mateo.
On na końcu ławki, ja przy oknie. Kilkadziesiąt centymetrów i kilka lat samotności między nami. Nie wiem, ile to trwało.
Cisza była dobra. W niej można było się skryć.
Wtedy z zewnątrz dobiegł mnie znajomy śmiech - Dany i Winny. Głośni, żywi, jakby ich świat nigdy się nie zatrzymał.
Zazdrościłam im. Nie tej bliskości, nawet nie tej radości. Zazdrościłam... lekkości.
Zacisnęłam dłoń na długopisie. Mocniej niż trzeba. A potem po prostu... pękłam.
- Wiesz, co jest najgorsze? - rzuciłam nagle, nawet nie patrząc na Mateo. - Że można mieć kogoś obok. Przez lata. I mimo to czuć się jak w próżni. Jakby się nie istniało naprawdę.
Nie odpowiedział od razu. Nie wyglądał na zaskoczonego. Jakby czekał, aż w końcu to z siebie wyrzucę.
- Samotność we dwoje - powiedział cicho. - Najgłośniejszy rodzaj ciszy.
Spojrzałam na niego. Po raz pierwszy tak naprawdę.
W jego oczach nie było ani współczucia, ani zdziwienia. Było... zrozumienie. Nie wiedziałam jeszcze, co to znaczy.
Ale coś we mnie zadrżało.
Po przerwie nie usiadłam już na swoim miejscu. Nie dlatego, że chciałam być gdzie indziej. Po prostu Greg zajął je pierwszy. Jakby... specjalnie. Usiadłam ławkę dalej.
Winny rzuciła mi krótkie spojrzenie, ale nic nie powiedziała. Tylko jej wzrok był inny. Uważniejszy.
Pod koniec zajęć dostałam od niej wiadomość:
Jesteś dzisiaj jakaś cicha. Wszystko okej?
Odpowiedziałam krótko:
Nie wiem.
Nie minęła minuta.
Dobrze, że nie udajesz.
I w tej jednej wiadomości... było więcej wsparcia, niż dostałam od Stefano przez ostatnie pół roku.
Odliczałam dni do kolejnych zajęć.
Dla wielu to tylko szkoła, dla mnie - oddech. Miejsce, w którym odpoczywałam od rzeczywistości, obowiązków, zmartwień. Tam nie byłam matką ani narzeczoną Stefano. Byłam Emmą - po prostu sobą. Dziewczyną, którą kiedyś byłam, zanim świat mnie poszarpał.
Nikt w szkole nie znał moich problemów. Nikt nie wiedział, z czym się zmagam, kim jest Stefano i przez to nie patrzyli na mnie jak na ofiarę.
Właśnie dzięki temu czułam, że jeszcze żyję.
Sobota. Nadszedł dzień szkoły.
Już od rana wiedziałam, że nie będzie spokojnie i cicho. Nie wtedy, gdy w pobliżu jest Winny. Wchodząc do szkoły, zobaczyłam, że Dany i Greg są już na miejscu. Nigdzie jednak nie było widać Winny ani Mateo. Po wejściu do sali zajęłam swoje miejsce - to co zwykle. Nie za blisko, ale też nie na samym końcu. Bezpiecznie, na środku przy ścianie.
Oczywiście, tuż po rozpoczęciu lekcji do klasy wszedł on - Mateo. Ten chłopak był trochę jak cień. Wiesz, że jest, ale nie przywiązujesz do tego większej uwagi. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak bardzo się myliłam.
Zaraz po nim weszła ona - Winny. Uśmiechnięta jak zwykle. Zajęła wolne miejsce obok mnie, co już chyba nikogo nie dziwiło.
Każda minuta zajęć z panią Czajny to męczarnia - ta kobieta nawijała jak katarynka. Po godzinie wreszcie była przerwa. Wyszliśmy na korytarz.
- Może wyjdziesz ze mną na zewnątrz? - zapytała Winny.
- W sumie... czemu nie - odpowiedziałam.
Na zewnątrz stali już Dany, Greg i Mateo. Rozmawiali o pani Czajny - z zaangażowaniem, śmiejąc się z jej "katarynkowego stylu". Podeszłyśmy do nich, ale ja trzymałam się raczej na uboczu. Obserwowałam ich i słuchałam, o czym mówią.
Wystarczyła jedna rozmowa, żebym miała już nakreślony obraz każdego z nich.
Od tego momentu każda przerwa wyglądała tak samo - cała nasza piątka w jednym miejscu. Różni, ale razem. Jakby to było coś naturalnego, jakbyśmy od zawsze tworzyli całość.
Z czasem zaczęliśmy dzielić więcej niż tylko komentarze o nauczycielach.
Ktoś przyniósł kawę dla wszystkich, ktoś inny rzucił jakiegoś suchara, który i tak rozbawił wszystkich do łez.
Zaczęłam się śmiać. Tak naprawdę.
Nie z grzeczności, nie żeby rozładować napięcie. Po prostu - śmiałam się, bo było mi dobrze. Winny szybko została moim wsparciem. Czasem odnosiłam wrażenie, że ona wszystko wie, nawet jeśli nie pyta.
Dany był jak starszy brat, którego nigdy nie miałam. Potrafił rzucić tekstem, który rozwalał atmosferę w trzy sekundy - i naprawiał ją w cztery.
Greg... Greg miał w sobie coś, co sprawiało, że kiedy tylko go widziałam, od razu się uśmiechałam. A Mateo... był cichy. Ale kiedy już coś mówił, trafiał dokładnie tam, gdzie trzeba.
Po kilku tygodniach wiedziałam już, że to nie przypadek, że trafiliśmy na siebie właśnie teraz. Może każde z nas nosiło jakieś rany. Może właśnie dlatego to tak dobrze działało.
Na jednej z przerw Winny nachyliła się do mnie i powiedziała szeptem:
- Mateo o ciebie pytał.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
- Tak po prostu... zapytał, jak się czujesz. Powiedział, że ostatnio byłaś inna. Nie smutna. Tylko jakby... zgaszona.
Poczułam, jak coś ściska mnie w środku. Bo naprawdę próbowałam to ukryć.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, zza rogu wyłonił się Mateo. Patrzył na mnie przez chwilę, uśmiechnął się lekko i rzucił:
- Dobrze cię dzisiaj widzieć.
Tylko tyle. Ale wystarczyło.
Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć Winny, w kieszeni zawibrował mi telefon. Sprawdziłam ekran.
Stefano.
Zamarłam. Zawsze tak jest. Tylko jego imię - i już czuję ścisk w żołądku.
"Nie za dobrze się bawisz? Bo zapominasz, że masz dzieci. Nie jesteś na wakacjach. O szesnastej masz być w domu. I nie waż się spóźnić".
Słowa jak kajdany.
Cisnęło mi się na usta tyle odpowiedzi, ale żadna nie miała sensu. Wiedziałam, że i tak nie usłyszy tego, co próbuję powiedzieć. Bo Stefano nie słucha - on rozkazuje.
Zablokowałam ekran i schowałam telefon do kieszeni.
- Wszystko w porządku? - zapytała cicho Winny, marszcząc brwi.
Skinęłam tylko głową, choć wszystko we mnie krzyczało "nie, do cholery, nic nie jest w porządku". Ale przecież nie mogłam tego powiedzieć. Jeszcze nie.
Spojrzałam w stronę Mateo. Znowu ten spokojny wzrok, jakby coś przeczuwał. Nie umiałam tego wyjaśnić, ale... było w nim coś, co sprawiało, że chciałam się odezwać. Uchylić chociaż kawałek prawdy. Tylko że bałam się tego, co się stanie, jeśli ktoś wreszcie naprawdę posłucha.
Zegar w autobusie wskazywał piętnastą czterdzieści siedem. Jeszcze dziewięć minut. Dziewięć cholernych minut, zanim przekroczę próg mieszkania, w którym wszystko jest nie tak, jak być powinno.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.