Niewystarczająca - Aria Deja

-
Proszę czekać

Przedstawienie postaci

Emma - mło­da ko­bie­ta, któ­ra zbyt wcze­śnie mu­sia­ła do­ro­snąć. Sa­mot­na mat­ka z ba­ga­żem bo­le­snych do­świad­czeń i cie­niem tok­sycz­nej re­la­cji, któ­ra dłu­go nie po­zwa­la­ła jej od­dy­chać peł­ną pier­sią. Ale to już prze­szłość, któ­rą krok po kro­ku zo­sta­wia za sobą. Te­raz sta­wia pierw­sze kro­ki w no­wym roz­dzia­le ży­cia z ser­cem peł­nym ran, ale też na­dziei. I z wy­jąt­ko­wy­mi przy­ja­ciół­mi, któ­rzy sta­ją się jej siłą, gdy wła­sna za­czy­na za­wo­dzić.

Ste­fa­no - na­rze­czo­ny... a może już eks­na­rze­czo­ny Emmy. To fa­cet, któ­ry jesz­cze nie do­rósł do ży­cia, ja­kie pro­wa­dzą. Do­bry oj­ciec, ale tyl­ko wte­dy, gdy ma ocho­tę "po­ba­wić się" w ro­dzi­nę. Po przej­ściach, ze sła­bo­ścią do uży­wek i du­żym bra­kiem sta­bil­no­ści.

An­gie (En­dżi) - przy­ja­ciół­ka Emmy od pod­sta­wów­ki. Mło­da, wy­lu­zo­wa­na, pięk­na bru­net­ka. Ma jed­ną "wadę" - nie musi mó­wić ani sło­wa, bo jej mi­mi­ka zdra­dza wię­cej niż ty­siąc słów.

Agnes - sza­lo­na, za­dzior­na blon­dyn­ka z nie­sa­mo­wi­tą ener­gią. Typ oso­by, któ­ra ni­g­dy nie oce­nia, a za­wsze wspie­ra. To przy­ja­ciół­ka, na któ­rą moż­na li­czyć w każ­dej sy­tu­acji.

Win­ny - naj­młod­sza sta­żem przy­ja­ciół­ka Emmy, ale wca­le nie mniej waż­na. Pięk­na i sza­lo­na ko­bie­ta z gło­wą peł­ną eks­tre­mal­nych po­my­słów i ser­cem peł­nym do­brych rad. Jak star­sza sio­stra, któ­rej Emma bar­dzo po­trze­bo­wa­ła.

Dany - spor­to­wiec, ma­ra­toń­czyk, zna­ny w szko­le Emmy. Ko­cha­ją go wszy­scy, choć tyl­ko on po­tra­fi do­pro­wa­dzić czło­wie­ka do sza­łu w taki spo­sób, że jed­no­cze­śnie chce się go roz­szar­pać i... śmiać do łez.

Greg - chło­pak, któ­re­go nie da się nie za­uwa­żyć. Spor­to­wiec z uśmie­chem ła­mią­cym ser­ca, przy­stoj­ny i cha­ry­zma­tycz­ny. Naj­lep­szy przy­ja­ciel Dany'ego - ra­zem two­rzą duet nie do pod­ro­bie­nia.

Ma­teo - za­ka­za­ny owoc. Źró­dło pro­ble­mów, nie­do­mó­wień i emo­cjo­nal­nych roz­te­rek Emmy. A jed­no­cze­śnie... jej naj­lep­szy przy­ja­ciel. Ale czy tyl­ko przy­ja­ciel?

Zaskakująco blisko

Po wej­ściu do kla­sy i za­ję­ciu miej­sca pierw­sze, co przy­szło mi do gło­wy, to: "Co ja tu, do ch**a, ro­bię?". Ale okej, daj­my temu szan­sę.

Oczy­wi­ście, kie­dy tyl­ko wy­cią­ga­łam swo­je rze­czy, do kla­sy we­szli oni - nie­roz­łącz­ny duet: Greg i Dany. Jak mo­głam się spo­dzie­wać, usie­dli za­raz za mną. Ja i moje szczę­ście - za­wsze przy­cią­ga­my to, cze­go nie chce­my.

Pierw­sze dni były ra­czej dziw­ne. Spo­koj­ne, nikt z ni­kim nie roz­ma­wiał, poza na­szym wy­bu­cho­wym du­etem. Jak po­dej­rze­wa­łam, Dany oka­zał się ty­pem, któ­ry za­wsze gada na lek­cjach, prze­ry­wa i co chwi­lę pro­si o prze­rwę. Za to Greg... Greg był za­sko­cze­niem.

Nasz nie­roz­łącz­ny du­ecik, jak się oka­za­ło, znał się i przy­jaź­nił od wie­lu lat - co, szcze­rze mó­wiąc, nie po­win­no być żad­nym za­sko­cze­niem. Po ich za­cho­wa­niu moż­na było ła­two się do­my­ślić, że mają ze sobą spo­ro wspól­ne­go. Zwłasz­cza je­śli cho­dzi o hi­sto­rie, któ­re zde­cy­do­wa­nie nie po­win­ny uj­rzeć świa­tła dzien­ne­go.

Nad­szedł ko­lej­ny zjazd, któ­ry miał być spo­koj­ny i ci­chy - tak jak po­przed­ni. We­szłam do kla­sy jako jed­na z pierw­szych. Było jesz­cze pu­sto. Za­ję­łam to samo miej­sce co za­wsze. Tyl­ko te­raz... było ina­czej. Czu­łam się mniej jak in­truz, bar­dziej jak część tej dziw­nej ukła­dan­ki, któ­rej jesz­cze nie ro­zu­mia­łam.

Po kil­ku mi­nu­tach do sali za­czę­li scho­dzić się inni. Wśród nich - jak za­wsze ra­zem - Greg i Dany. Tym ra­zem jed­nak Greg usiadł obok mnie.

Nie za mną. Obok.

Spoj­rza­łam na nie­go z uko­sa. Tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Dany jest dziś w na­stro­ju do za­wie­ra­nia zna­jo­mo­ści. Uzna­łem, że tu bę­dzie bez­piecz­niej - po­wie­dział pół­gło­sem z uśmie­chem, któ­ry był bar­dziej roz­ba­wio­ny niż prze­pra­sza­ją­cy.

Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć, więc tyl­ko ci­cho par­sk­nę­łam.

I wte­dy pierw­szy raz po­my­śla­łam: może nie jest taki, jak my­śla­łam.

Dany rze­czy­wi­ście był dziś... dziw­nie oży­wio­ny. Za­ga­dy­wał wszyst­kich, w tym na­uczy­ciel­kę, rzu­cał su­cha­ry z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go i naj­wy­raź­niej miał mi­sję - za wszel­ką cenę roz­ru­szać at­mos­fe­rę.

W po­ło­wie za­jęć usły­sza­łam:

- A ty? - Greg zwró­cił się na­gle do mnie, po­chy­la­jąc się nie­co. - Nie bo­isz się, że to wszyst­ko się roz­wa­li po pierw­szym spraw­dzia­nie?

Spoj­rza­łam na nie­go z za­sko­cze­niem.

- Spo­dzie­wa­łam się ra­czej, że po­wiesz coś w sty­lu "ja­koś to bę­dzie".

- Mó­wię to tyl­ko Dany'emu. On się łu­dzi, że na­praw­dę wszyst­ko ja­koś się samo zro­bi. - Uśmiech­nął się po­now­nie, ale tym ra­zem nie­co ina­czej. Po­waż­niej.

Za­nim zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć, z tyłu roz­legł się gło­śny śmiech Dany'ego i stłu­mio­ne "O ku**a, se­rio?!" - naj­wy­raź­niej ktoś opo­wie­dział mu coś wy­jąt­ko­wo ab­sur­dal­ne­go.

Greg prze­wró­cił ocza­mi i spoj­rzał na mnie z miną mó­wią­cą: no wi­dzisz, o czym mó­wi­łem.

I wte­dy coś we mnie pę­kło. Nie ze śmie­chu. Z opo­ru. Po raz pierw­szy od daw­na... mia­łam ocho­tę ko­goś po­znać.

Dziewczyna z tatuażami

So­bo­ta

Za­po­wia­da­ło się na to, że bę­dzie to ko­lej­ny, dość nud­ny dzień. Aż do mo­men­tu, gdy drzwi sali się otwo­rzy­ły i do środ­ka we­szła ona - wy­so­ka, szczu­pła dziew­czy­na z ta­tu­aża­mi na rę­kach.

Sie­dząc spo­koj­nie w swo­jej bez­piecz­nej prze­strze­ni, nie spo­dzie­wa­łam się, że wła­śnie dziś jed­no zwy­kłe py­ta­nie zmie­ni moje ży­cie.

- Hej, wol­ne? Mogę tu­taj usiąść?

Niby nic wiel­kie­go, a jed­nak...

- Ja­sne, wol­ne. Sia­daj - od­po­wie­dzia­łam, na­wet się nie za­sta­na­wia­jąc.

Za­czę­ły­śmy roz­ma­wiać. Mia­ła w so­bie coś... luz, szcze­rość, może na­wet tro­chę zu­chwa­ło­ści.

W tym cza­sie do kla­sy wszedł też chło­pak - nie­zbyt wy­so­ki, w czap­ce z dasz­kiem i bu­tel­ką wody w ręce. Usiadł w ostat­niej ław­ce, tuż za Da­nym i Gre­giem. Jesz­cze wte­dy nie wie­dzia­łam, że od tej pory wszyst­ko się zmie­ni. Ale... czy na lep­sze?

Po krót­kiej roz­mo­wie Win­ny za­py­ta­ła:

- Da­ła­byś mi od­pi­sać no­tat­ki z ostat­nich za­jęć?

- Ja­sne, nie ma pro­ble­mu - rzu­ci­łam bez więk­sze­go na­my­słu. Ale po kil­ku go­dzi­nach mia­łam już dość.

Cały czas za­glą­da­ła mi przez ra­mię, pró­bu­jąc od­pi­sy­wać wszyst­ko na bie­żą­co. Kur­de... sie­dzia­ły­śmy prze­cież ra­zem, na tych sa­mych za­ję­ciach. Ja­kim cu­dem ona nic nie mia­ła w ze­szy­cie?

Win­ny to zde­cy­do­wa­nie ten typ czło­wie­ka, któ­ry z ni­kim nie ma pro­ble­mu. Z każ­dym po­ga­da, z każ­dym się do­ga­da. I wła­śnie przez to... wszyst­ko się za­czę­ło.

Więk­szość przerw spę­dza­ła na ze­wnątrz - ra­zem z chło­pa­ka­mi. Pa­li­ła, tak samo jak Ma­teo, a Dany i Greg wo­le­li uni­kać szko­ły, kie­dy tyl­ko się dało. Nic więc dziw­ne­go, że bar­dzo szyb­ko zła­pa­ła z nimi kon­takt. Z dnia na dzień co­raz bar­dziej się do mnie zbli­ża­li.

A ja...?

Za­czy­na­łam czuć, że moje "bez­piecz­ne miej­sce" prze­sta­je być tyl­ko moje. Z każ­dą ko­lej­ną prze­rwą mia­łam co­raz mniej prze­strze­ni tyl­ko dla sie­bie.

Win­ny była wszę­dzie - raz przy Da­nym, raz przy Ma­teo, cza­sem z pa­pie­ro­sem, cza­sem bez, ale za­wsze z ja­kimś tek­stem na ustach.

Greg pa­trzył na to wszyst­ko z tym swo­im pół­u­śmie­chem. Nie ko­men­to­wał, nie prze­szka­dzał. Ob­ser­wo­wał. Jak­by wi­dział to już wcze­śniej i wie­dział, jak się skoń­czy.

Za­czę­łam ła­pać się na tym, że co­raz czę­ściej prze­sia­dy­wa­łam z nimi.

Nie dla­te­go, że mnie za­pro­si­li.

Nie dla­te­go, że czu­łam się swo­bod­nie. Tyl­ko dla­te­go, że Win­ny mnie tam wcią­ga­ła.

- No chodź, nie siedź tu sama - rzu­ci­ła kie­dyś, wy­cią­ga­jąc mnie z ław­ki.

Nie mia­łam siły pro­te­sto­wać.

I tak zna­la­złam się na ze­wnątrz, opar­ta o mur, z kawą w ręce, słu­cha­jąc, jak Dany opo­wia­da o teo­re­tycz­nie fik­cyj­nej kłót­ni z są­siad­ką. Brzmia­ło jak ka­ba­ret. Ma­teo wtrą­cał sar­ka­stycz­ne ko­men­ta­rze, Greg co chwi­lę prze­wra­cał ocza­mi, a Win­ny pła­ka­ła ze śmie­chu.

A ja?

Sta­łam tam, z boku.

I po raz pierw­szy od daw­na nie czu­łam się nie na miej­scu. By­łam czę­ścią ich świa­ta, a oni mo­je­go.

W pew­nym mo­men­cie Greg spoj­rzał na mnie, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał. Tyl­ko kiw­nął gło­wą.

Tego wie­czo­ru, ja­dąc do domu, prze­wi­ja­łam w my­ślach wszyst­kie roz­mo­wy. Ma­teo rzu­cił jed­no zda­nie, któ­re ja­koś nie chcia­ło mi wyjść z gło­wy:

- Nie­któ­rzy uda­ją, że nie chcą być czę­ścią cze­goś, ale to tyl­ko dla­te­go, że kie­dyś ich nie chcia­no.

Nie po­wie­dział tego do mnie. Nie wiem na­wet, czy mó­wił to po­waż­nie. Ale tra­fi­ło.

Powroty bywają ciężkie

Wy­ję­łam te­le­fon z to­reb­ki, żeby włą­czyć dźwięk. Za­uwa­ży­łam kil­ka nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od Ste­fa­no. Od razu od­dzwo­ni­łam.

Kil­ka sy­gna­łów... i mój kosz­mar wró­cił.

- Czy ty, k**wa, nie po­tra­fisz ode­brać?! Gdzie je­steś? Kie­dy wra­casz? Za ile bę­dziesz w domu?! - Jego py­ta­nia ude­rzy­ły we mnie jak la­wi­na roz­grza­nej lawy.

Nie dał mi dojść do sło­wa. Kie­dy w koń­cu mo­głam od­po­wie­dzieć, zdo­ła­łam tyl­ko wy­szep­tać:

- Wra­cam...

Ale to był do­pie­ro po­czą­tek.

- Co, już po­zna­łaś ja­kie­goś fa­ga­sa?! Do­brze ci było?! A może już pla­nu­jesz mnie zo­sta­wić?!

Łzy same po­pły­nę­ły mi po po­licz­kach. Nie­na­wi­dzę tego uczu­cia bez­sil­no­ści. Bez­pod­staw­nych oskar­żeń. Wy­mu­sza­nia po­czu­cia winy. I wte­dy wie­dzia­łam jed­no - to do­pie­ro po­czą­tek.

Zno­wu.

Po po­wro­cie do domu mie­li­śmy iść z dzieć­mi na spa­cer i lody - wszyst­ko było za­pla­no­wa­ne. Ale Ste­fa­no, jak to Ste­fa­no, zmie­nił zda­nie.

Nie pierw­szy raz. I pew­nie nie ostat­ni.

Po tylu la­tach po­win­nam już prze­stać się łu­dzić i za­koń­czyć ten zwią­zek.

Po­win­nam.

Ale bar­dziej niż jego za­cho­wa­nia... oba­wia­łam się sa­mot­no­ści.

Ba­łam się, że so­bie nie po­ra­dzę. Że je­stem nie­wy­star­cza­ją­co do­bra, aby za­cząć od nowa. Od dziec­ka sły­sza­łam, że je­stem nie­wy­star­cza­ją­co zor­ga­ni­zo­wa­na. Nie­wy­star­cza­ją­co ład­na. Nie­wy­star­cza­ją­co po­moc­na.

I kie­dy w koń­cu po la­tach za­czę­łam się z tym ja­koś go­dzić - ży­cie znów mnie ude­rzy­ło.

Mu­sia­łam do­ro­snąć za wcze­śnie. Za­cząć wszyst­ko od nowa.

A po­tem po­ja­wił się Ste­fa­no. I moja li­sta "nie­wy­star­cza­ją­co" za­czę­ła się wy­dłu­żać. Pra­wie każ­dy week­end wy­glą­da po­dob­nie. Spę­dza­my go w czwór­kę - ja i dzie­ci. Bez nie­go. Od lat.

I choć je­ste­śmy już do tego przy­zwy­cza­je­ni, to ni­g­dy nie prze­sta­je bo­leć. Bo kie­dy ktoś wy­cho­dzi "tyl­ko za­pa­lić", a wra­ca po dwóch dniach - bez sło­wa, bez zna­ku ży­cia - trud­no się z tym po­go­dzić. A naj­trud­niej­sze w tym wszyst­kim jest to, że kie­dy po la­tach ta­kie­go ży­cia za­czy­nasz mieć na­dzie­ję... Że to ko­niec. Że może coś się zmie­ni. Że może on wresz­cie do­rósł - do ro­dzi­ciel­stwa, do związ­ku... Wszyst­ko za­czy­na się od nowa.

I tak w kół­ko.

*

Ko­lej­na nie­dzie­la

We­szłam do kla­sy jak za­wsze. Usia­dłam na tym sa­mym miej­scu. Ale wszyst­ko było inne.

Win­ny już była - uśmiech­nię­ta, sta­ła opar­ta o pa­ra­pet i opo­wia­da­ła coś Dany'emu. Greg sie­dział z tyłu z kawą w dło­ni i ze­szy­tem, w któ­rym pew­nie nic nie no­to­wał. Ma­teo był jak za­wsze spóź­nio­ny. A ja? By­łam.

Ale jak­by tyl­ko cia­łem. Nie chcia­łam roz­ma­wiać. Nie mia­łam siły na uśmiech. Nie po­tra­fi­łam się sku­pić.

Win­ny coś do mnie mó­wi­ła, ale tyl­ko przy­tak­nę­łam. Nie chcia­łam, żeby py­ta­ła. Nie dzi­siaj.

- Ej, wszyst­ko okej? - rzu­ci­ła ci­cho, gdy sia­dła obok. Ski­nę­łam gło­wą. Nie była prze­ko­na­na, ale usza­no­wa­ła to.

Pierw­sze mi­nu­ty za­jęć cią­gnę­ły się jak go­dzi­ny. Pró­bo­wa­łam no­to­wać, ale li­te­ry roz­my­wa­ły mi się przed ocza­mi. Gdy po raz czwar­ty prze­czy­ta­łam to samo zda­nie, po­czu­łam, że za­raz się roz­sy­pię. Nie pła­ka­łam. Jesz­cze nie. Ale czu­łam ten zna­jo­my ścisk w gar­dle.

- Masz dłu­go­pis? - Usły­sza­łam za sobą głos. Greg.

Nie wiem, czy na­praw­dę po­trze­bo­wał dłu­go­pi­su, czy po pro­stu chciał mnie wy­trą­cić z tej ci­szy. Po­da­łam mu swój. Uśmiech­nął się lek­ko.

- Dzię­ki. A ty? Do­brze się czu­jesz?

To py­ta­nie ude­rzy­ło mnie moc­niej, niż chcia­łam przy­znać. Było zbyt pro­ste, zbyt tra­fio­ne.

- Ja­sne - od­po­wie­dzia­łam z wy­mu­szo­nym uśmie­chem. - Po pro­stu... nie spa­łam.

Greg spoj­rzał na mnie nie­co dłu­żej, niż to ko­niecz­ne. Nie cią­gnął te­ma­tu. Po pro­stu wró­cił do swo­ich no­ta­tek. Ale od tego mo­men­tu... co ja­kiś czas zer­kał w moją stro­nę.

Nie na­tar­czy­wie. Nie z li­to­ścią. Tyl­ko tak, jak ktoś, kto wi­dzi wię­cej, niż mó­wisz.

W prze­rwie wszy­scy wy­szli na ze­wnątrz. Zo­sta­łam sama w sali. Mu­sia­łam zła­pać od­dech. Choć przez chwi­lę nie uda­wać.

Wte­dy do środ­ka wszedł Ma­teo. Zo­ba­czył mnie, za­mknął za sobą drzwi i bez sło­wa pod­szedł.

- Po­trze­bu­jesz, żeby ktoś po pro­stu po­sie­dział?

Nie od­po­wie­dzia­łam.

Usiadł obok. Nie py­tał. Nie po­cie­szał. Po pro­stu był.

I to był pierw­szy raz od daw­na, kie­dy obec­ność dru­gie­go czło­wie­ka... nie cią­ży­ła mi. Sie­dzie­li­śmy w ci­szy.

Ja i Ma­teo.

On na koń­cu ław­ki, ja przy oknie. Kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów i kil­ka lat sa­mot­no­ści mię­dzy nami. Nie wiem, ile to trwa­ło.

Ci­sza była do­bra. W niej moż­na było się skryć.

Wte­dy z ze­wnątrz do­biegł mnie zna­jo­my śmiech - Dany i Win­ny. Gło­śni, żywi, jak­by ich świat ni­g­dy się nie za­trzy­mał.

Za­zdro­ści­łam im. Nie tej bli­sko­ści, na­wet nie tej ra­do­ści. Za­zdro­ści­łam... lek­ko­ści.

Za­ci­snę­łam dłoń na dłu­go­pi­sie. Moc­niej niż trze­ba. A po­tem po pro­stu... pę­kłam.

- Wiesz, co jest naj­gor­sze? - rzu­ci­łam na­gle, na­wet nie pa­trząc na Ma­teo. - Że moż­na mieć ko­goś obok. Przez lata. I mimo to czuć się jak w próż­ni. Jak­by się nie ist­nia­ło na­praw­dę.

Nie od­po­wie­dział od razu. Nie wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go. Jak­by cze­kał, aż w koń­cu to z sie­bie wy­rzu­cę.

- Sa­mot­ność we dwo­je - po­wie­dział ci­cho. - Naj­gło­śniej­szy ro­dzaj ci­szy.

Spoj­rza­łam na nie­go. Po raz pierw­szy tak na­praw­dę.

W jego oczach nie było ani współ­czu­cia, ani zdzi­wie­nia. Było... zro­zu­mie­nie. Nie wie­dzia­łam jesz­cze, co to zna­czy.

Ale coś we mnie za­drża­ło.

Po prze­rwie nie usia­dłam już na swo­im miej­scu. Nie dla­te­go, że chcia­łam być gdzie in­dziej. Po pro­stu Greg za­jął je pierw­szy. Jak­by... spe­cjal­nie. Usia­dłam ław­kę da­lej.

Win­ny rzu­ci­ła mi krót­kie spoj­rze­nie, ale nic nie po­wie­dzia­ła. Tyl­ko jej wzrok był inny. Uważ­niej­szy.

Pod ko­niec za­jęć do­sta­łam od niej wia­do­mość:

Je­steś dzi­siaj ja­kaś ci­cha. Wszyst­ko okej?

Od­po­wie­dzia­łam krót­ko:

Nie wiem.

Nie mi­nę­ła mi­nu­ta.

Do­brze, że nie uda­jesz.

I w tej jed­nej wia­do­mo­ści... było wię­cej wspar­cia, niż do­sta­łam od Ste­fa­no przez ostat­nie pół roku.

Ucieczka

Od­li­cza­łam dni do ko­lej­nych za­jęć.

Dla wie­lu to tyl­ko szko­ła, dla mnie - od­dech. Miej­sce, w któ­rym od­po­czy­wa­łam od rze­czy­wi­sto­ści, obo­wiąz­ków, zmar­twień. Tam nie by­łam mat­ką ani na­rze­czo­ną Ste­fa­no. By­łam Emmą - po pro­stu sobą. Dziew­czy­ną, któ­rą kie­dyś by­łam, za­nim świat mnie po­szar­pał.

Nikt w szko­le nie znał mo­ich pro­ble­mów. Nikt nie wie­dział, z czym się zma­gam, kim jest Ste­fa­no i przez to nie pa­trzy­li na mnie jak na ofia­rę.

Wła­śnie dzię­ki temu czu­łam, że jesz­cze żyję.

So­bo­ta. Nad­szedł dzień szko­ły.

Już od rana wie­dzia­łam, że nie bę­dzie spo­koj­nie i ci­cho. Nie wte­dy, gdy w po­bli­żu jest Win­ny. Wcho­dząc do szko­ły, zo­ba­czy­łam, że Dany i Greg są już na miej­scu. Ni­g­dzie jed­nak nie było wi­dać Win­ny ani Ma­teo. Po wej­ściu do sali za­ję­łam swo­je miej­sce - to co zwy­kle. Nie za bli­sko, ale też nie na sa­mym koń­cu. Bez­piecz­nie, na środ­ku przy ścia­nie.

Oczy­wi­ście, tuż po roz­po­czę­ciu lek­cji do kla­sy wszedł on - Ma­teo. Ten chło­pak był tro­chę jak cień. Wiesz, że jest, ale nie przy­wią­zu­jesz do tego więk­szej uwa­gi. Jesz­cze wte­dy nie wie­dzia­łam, jak bar­dzo się my­li­łam.

Za­raz po nim we­szła ona - Win­ny. Uśmiech­nię­ta jak zwy­kle. Za­ję­ła wol­ne miej­sce obok mnie, co już chy­ba ni­ko­go nie dzi­wi­ło.

Każ­da mi­nu­ta za­jęć z pa­nią Czaj­ny to mę­czar­nia - ta ko­bie­ta na­wi­ja­ła jak ka­ta­ryn­ka. Po go­dzi­nie wresz­cie była prze­rwa. Wy­szli­śmy na ko­ry­tarz.

- Może wyj­dziesz ze mną na ze­wnątrz? - za­py­ta­ła Win­ny.

- W su­mie... cze­mu nie - od­po­wie­dzia­łam.

Na ze­wnątrz sta­li już Dany, Greg i Ma­teo. Roz­ma­wia­li o pani Czaj­ny - z za­an­ga­żo­wa­niem, śmie­jąc się z jej "ka­ta­ryn­ko­we­go sty­lu". Po­de­szły­śmy do nich, ale ja trzy­ma­łam się ra­czej na ubo­czu. Ob­ser­wo­wa­łam ich i słu­cha­łam, o czym mó­wią.

Wy­star­czy­ła jed­na roz­mo­wa, że­bym mia­ła już na­kre­ślo­ny ob­raz każ­de­go z nich.

Od tego mo­men­tu każ­da prze­rwa wy­glą­da­ła tak samo - cała na­sza piąt­ka w jed­nym miej­scu. Róż­ni, ale ra­zem. Jak­by to było coś na­tu­ral­ne­go, jak­by­śmy od za­wsze two­rzy­li ca­łość.

Z cza­sem za­czę­li­śmy dzie­lić wię­cej niż tyl­ko ko­men­ta­rze o na­uczy­cie­lach.

Ktoś przy­niósł kawę dla wszyst­kich, ktoś inny rzu­cił ja­kie­goś su­cha­ra, któ­ry i tak roz­ba­wił wszyst­kich do łez.

Za­czę­łam się śmiać. Tak na­praw­dę.

Nie z grzecz­no­ści, nie żeby roz­ła­do­wać na­pię­cie. Po pro­stu - śmia­łam się, bo było mi do­brze. Win­ny szyb­ko zo­sta­ła moim wspar­ciem. Cza­sem od­no­si­łam wra­że­nie, że ona wszyst­ko wie, na­wet je­śli nie pyta.

Dany był jak star­szy brat, któ­re­go ni­g­dy nie mia­łam. Po­tra­fił rzu­cić tek­stem, któ­ry roz­wa­lał at­mos­fe­rę w trzy se­kun­dy - i na­pra­wiał ją w czte­ry.

Greg... Greg miał w so­bie coś, co spra­wia­ło, że kie­dy tyl­ko go wi­dzia­łam, od razu się uśmie­cha­łam. A Ma­teo... był ci­chy. Ale kie­dy już coś mó­wił, tra­fiał do­kład­nie tam, gdzie trze­ba.

Po kil­ku ty­go­dniach wie­dzia­łam już, że to nie przy­pa­dek, że tra­fi­li­śmy na sie­bie wła­śnie te­raz. Może każ­de z nas no­si­ło ja­kieś rany. Może wła­śnie dla­te­go to tak do­brze dzia­ła­ło.

Na jed­nej z przerw Win­ny na­chy­li­ła się do mnie i po­wie­dzia­ła szep­tem:

- Ma­teo o cie­bie py­tał.

Spoj­rza­łam na nią za­sko­czo­na.

- Tak po pro­stu... za­py­tał, jak się czu­jesz. Po­wie­dział, że ostat­nio by­łaś inna. Nie smut­na. Tyl­ko jak­by... zga­szo­na.

Po­czu­łam, jak coś ści­ska mnie w środ­ku. Bo na­praw­dę pró­bo­wa­łam to ukryć.

Za­nim zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć, zza rogu wy­ło­nił się Ma­teo. Pa­trzył na mnie przez chwi­lę, uśmiech­nął się lek­ko i rzu­cił:

- Do­brze cię dzi­siaj wi­dzieć.

Tyl­ko tyle. Ale wy­star­czy­ło.

Za­nim zdą­ży­łam co­kol­wiek od­po­wie­dzieć Win­ny, w kie­sze­ni za­wi­bro­wał mi te­le­fon. Spraw­dzi­łam ekran.

Ste­fa­no.

Za­mar­łam. Za­wsze tak jest. Tyl­ko jego imię - i już czu­ję ścisk w żo­łąd­ku.

"Nie za do­brze się ba­wisz? Bo za­po­mi­nasz, że masz dzie­ci. Nie je­steś na wa­ka­cjach. O szes­na­stej masz być w domu. I nie waż się spóź­nić".

Sło­wa jak kaj­da­ny.

Ci­snę­ło mi się na usta tyle od­po­wie­dzi, ale żad­na nie mia­ła sen­su. Wie­dzia­łam, że i tak nie usły­szy tego, co pró­bu­ję po­wie­dzieć. Bo Ste­fa­no nie słu­cha - on roz­ka­zu­je.

Za­blo­ko­wa­łam ekran i scho­wa­łam te­le­fon do kie­sze­ni.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku? - za­py­ta­ła ci­cho Win­ny, marsz­cząc brwi.

Ski­nę­łam tyl­ko gło­wą, choć wszyst­ko we mnie krzy­cza­ło "nie, do cho­le­ry, nic nie jest w po­rząd­ku". Ale prze­cież nie mo­głam tego po­wie­dzieć. Jesz­cze nie.

Spoj­rza­łam w stro­nę Ma­teo. Zno­wu ten spo­koj­ny wzrok, jak­by coś prze­czu­wał. Nie umia­łam tego wy­ja­śnić, ale... było w nim coś, co spra­wia­ło, że chcia­łam się ode­zwać. Uchy­lić cho­ciaż ka­wa­łek praw­dy. Tyl­ko że ba­łam się tego, co się sta­nie, je­śli ktoś wresz­cie na­praw­dę po­słu­cha.

Ze­gar w au­to­bu­sie wska­zy­wał pięt­na­stą czter­dzie­ści sie­dem. Jesz­cze dzie­więć mi­nut. Dzie­więć cho­ler­nych mi­nut, za­nim prze­kro­czę próg miesz­ka­nia, w któ­rym wszyst­ko jest nie tak, jak być po­win­no.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.