KARD. STANISŁAW DZIWISZ
"Z Krakowa do Rzymu, z loży św. Piotra do chwały ołtarzy"
16 października 1978 roku ks. Stanisław Dziwisz oczekiwał - jak cały świat - wyboru nowego papieża. Po raz drugi w tym roku towarzyszył na konklawe swemu "Szefowi", Arcybiskupowi Krakowskiemu.
Pierwszy raz musieli się wybrać do Rzymu w sierpniu, po śmierci Pawła VI. 6 sierpnia kard. Karol Wojtyła przebywał z przyjaciółmi na wakacjach w ulubionych przez siebie górach. Smutna wiadomość dotknęła go głęboko, był bowiem bardzo związany ze zmarłym papieżem, w którym widział prawdziwego ojca i pasterza do naśladowania. Ze swej strony Paweł VI również cenił bardzo młodego polskiego kardynała. 8 sierpnia Wojtyła powrócił do Krakowa i po trzech dniach wyruszył do Rzymu z zaufanym sekretarzem. Jeśli ktoś go pytał, kto będzie kolejnym następcą św. Piotra, zwykle odpowiadał: "Wskaże na niego Duch Święty".
W dniach między pogrzebem a początkiem konklawe Wojtyła spotkał bardzo wiele osób, pośród nich różnych purpuratów. Ksiądz Stanisław wspomina, że pewnego dnia jego "Szef", mieszkający w Kolegium Polskim przy Piazza Remuria, zaprosił na obiad patriarchę Wenecji. Kardynał Albino Luciani przyjął zaproszenie i w ten sposób także on miał okazję, by go poznać. Uderzyła go wtedy wielka prostota przyszłego papieża. W tym samym czasie Metropolita Krakowski spotkał się także z kard. Josephem Ratzingerem.
25 sierpnia ks. Stanisław odprowadził "swego" Kardynała na konklawe, które według przewidywań obserwatorów miało być długie i niełatwe. Jednak fakty zaprzeczyły przewidywaniom. Następnego dnia o godzinie 18.00 unoszący się z kaplicy Sykstyńskiej biały dym zwiastował wybór Albina Lucianiego na następcę św. Piotra.
Ksiądz Stanisław pozostał z kard. Wojtyłą we Włoszech do 5 września. 30 sierpnia Arcybiskup Krakowski został przyjęty przez Jana Pawła I na prywatnej audiencji. 1 września Wojtyła i Dziwisz udali się do Turynu do abp. Anastasia Ballestrera (ta podróż stanowiła również okazję, by się pomodlić przy Całunie Turyńskim). 3 września została odprawiona uroczysta Msza na inaugurację pontyfikatu wraz z tradycyjnym homagium składanym nowemu następcy św. Piotra przez kardynałów. 5 września przylecieli samolotem do Warszawy, a następnego dnia znaleźli się ponownie w domu biskupów krakowskich.
Wydawało się, że życie powróciło do zwykłego rytmu. Kardynał Wojtyła sporo podróżował, a ks. Stanisław zawsze mu towarzyszył. Po powrocie z Rzymu w tym jednym miesiącu, wrześniu, odbyli podróże do sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej, do Tarnowa, Olsztyna, Katowic i Częstochowy. Od 20 do 25 września Wojtyła wraz z delegacją episkopatu Polski, której przewodniczył prymas Stefan Wyszyński, złożył historyczną wizytę w Niemczech. 28 września ks. Stanisław towarzyszył Kardynałowi we Mszy Świętej w królewskiej katedrze na Wawelu, tej samej, w której dokładnie 20 lat wcześniej ks. Karol Wojtyła przyjął sakrę biskupią w uroczystość św. Wacława.
Następnego dnia ks. Stanisław siedział z bp. Wojtyłą przy śniadaniu, gdy nagle do jadalni wpadł bardzo poruszony kierowca kurialny Józef Mucha i z trudem zdołał wykrztusić: "Jan Paweł I nie żyje". Wojtyła był wstrząśnięty. Powtórzył cichym głosem: "To niesłychane, niesłychane...", a potem wyszedł. Po chwili sekretarz zauważył, że Kardynał poszedł do kaplicy. Pozostał tam przez długi czas.
Ksiądz Stanisław pamięta również dobrze słowa wypowiedziane przez Kardynała w homilii podczas Mszy za zmarłego papieża. Wyrażały one stan jego duszy: "Cały świat, cały Kościół zadaje sobie pytanie: dlaczego? (...) Nie wiemy, jaki ma być sens tej śmierci dla Stolicy św. Piotra. Nie wiemy, co Chrystus chce przez to powiedzieć Kościołowi i światu".
Jednak dla sekretarza śmierć Ojca Świętego oznaczała, że trzeba było na nowo przygotować walizki i zorganizować wyjazd do Rzymu. Powtarzał się ten sam scenariusz co w sierpniu... Ale tym razem dla Karola Wojtyły sprawa przedstawiała się inaczej. Był bardziej zamyślony, choć nie ujawniał swoich uczuć.
3 października ks. Stanisław razem z Kardynałem wylądowali na rzymskim lotnisku Fiumicino. Natychmiast udali się do bazyliki św. Piotra, aby złożyć homagium doczesnym szczątkom Jana Pawła I. 14 października sekretarz towarzyszył kard. Wojtyle w drodze na konklawe. Najpierw odwiedzili bp. Andrzeja Marię Deskura, starego przyjaciela Wojtyły przebywającego w Poliklinice im. Gemellego z powodu wylewu krwi do mózgu. O godzinie 16.30 rozpoczęło się konklawe, które miało wybrać 264. biskupa Rzymu.
Eminencjo, co wydarzyło się 16 października 1978 roku?
Ja też podczas konklawe chodziłem na plac św. Piotra i w tłumie czekałem niecierpliwie na wybór papieża. Byłem tam również wieczorem 16 października, kiedy kard. Pericle Felici wypowiadał imię wybranego. To był mój biskup! Zapanowała wielka radość. Jednocześnie poczułem się niemal sparaliżowany. W jednej chwili przypomniałem sobie, jak to się wszystko zaczęło.
Dokładnie 12 lat wcześniej, pewnego październikowego dnia, ówczesny metropolita krakowski abp Karol Wojtyła zaprosił mnie do siebie. Miałem wtedy 27 lat i byłem młodym księdzem - zaledwie trzy lata wcześniej otrzymałem święcenia kapłańskie przez nałożenie jego rąk. Podczas tego październikowego spotkania poprosił mnie, bym mu pomagał jako osobisty sekretarz. Zaledwie zdążyłem zapytać: "Kiedy?", usłyszałem odpowiedź: "Od zaraz!". Następnego dnia rozpocząłem służbę. Wtedy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że zaczęła się najważniejsza przygoda mojego życia. Nie ulega wątpliwości, że miejsce sekretarza metropolity krakowskiego było bardzo ważne. Ale nie mogłem przewidzieć całego przyszłego scenariusza związanego z tą nową pracą. Nie mogłem przewidzieć, że pewnego dnia, po dwunastu latach u boku kard Wojtyły w Krakowie, usłyszę na placu św. Piotra słowa: Habemus Papam, Eminentissimum ac Reverendissimum Dominum, Dominum Carolum, Sanctae Romanae Ecclesiae Cardinalem Wojtyła, qui sibi nomen imposuit Joannis Pauli Secundi.
Lecz według historyków i wielu ludzi Kościoła nie była to zupełnie nieprzewidywalna rzecz...
To prawda. W Krakowie było sporo ludzi modlących się o to, aby "ich" arcybiskup nie został wybrany. Po prostu nie chcieli go stracić. Tymczasem tak właśnie się stało.
Kiedy Ksiądz Kardynał zobaczył ponownie arcybiskupa już jako papieża?
Byłem na placu w pobliżu bazyliki. Ktoś mnie rozpoznał jako sekretarza kard. Wojtyły i zaprowadził do wejścia do Watykanu, jeszcze zamkniętego. Gdy tylko bramy zostały otwarte, markiz Giulio Sacchetti zaprowadził mnie do sali, gdzie Papież spożywał kolację ze wszystkimi purpuratami. Zaraz kardynał kamerling Jean Villot poprowadził mnie do Ojca Świętego. Byłem niezwykle poruszony, widząc go w białych szatach, tymczasem on, nic nie mówiąc, patrzył mi prosto w oczy, by zobaczyć, co przeżywałem w tej chwili. Potem podszedł do mnie i powiedział mi kilka zdań okraszonych jego przysłowiowym humorem. Wtedy się odprężyłem. Zrozumiałem, że również jako papież pozostanie taki, jaki był w Krakowie.
Tego samego wieczoru Ojciec Święty poprosił mnie, bym został jego sekretarzem. Oczywiście zgodziłem się, ale po powrocie do Kolegium Polskiego nie zmrużyłem oczu do samego rana. Nie mogłem zasnąć. Tymczasem Jan Paweł II został w Watykanie. Spędził noc w małym mieszkaniu, które podczas konklawe dzielił z kard. Corrado Ursi, aby po łacinie napisać homilię na następny dzień.
Wiele osób uderzyła wielka pogoda ducha tego "nieznanego" arcybiskupa krakowskiego w obliczu zadania wydającego się ponad ludzkie siły, mogącego przestraszyć każdego. Takim zadaniem jest przecież pasterzowanie Kościołowi powszechnemu...
Zastanawiając się nad tym faktem, uważam, że całe poprzednie życie Karola Wojtyły, zarówno osobiste, jak i kapłańskie, stanowiło przygotowanie do tej jedynej i niezwykle trudnej misji. Żył w czasach trudnych dla narodu polskiego - najpierw okupacja hitlerowska, potem reżim komunistyczny. Kościół w Polsce był przez ponad 40 lat jedyną instytucją stojącą w opozycji do systemu ateistycznego, z gruntu obcego tradycji i kulturze polskiej; był ostoją w obronie praw człowieka, w tym prawa do wolności religijnej. W tych trudnych latach kard. Wojtyła wspierał mądrą i dalekosiężną politykę prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego, aby ocalić duchową tożsamość narodu.
Skąd Kardynał, a potem Papież czerpał natchnienie i siły, by działać w tak delikatnych okolicznościach?
Byłem przez 12 lat najbliższym świadkiem życia i duszpasterskiej misji kard. Wojtyły. Mogę zaświadczyć - bardzo mnie to zawsze uderzało - że cała jego działalność: spotkania z ludźmi, podejmowanie decyzji, wizyty duszpasterskie, głoszenie słowa Bożego, działalność naukowa, to wszystko było zanurzone w modlitwie. Modlitwa stanowiła centrum jego życia, tylko pozornie zabieganego. Na potwierdzenie tego chciałbym powiedzieć, że Kardynał polecił wstawić do kaplicy domu biskupów krakowskich mały stolik z lampą i papierem do pisania... Stolik służył mu jako biurko. Wszystkie teksty, przemówienia, artykuły i książki pisał w kaplicy. Były więc one owocami jego spotkania z Jezusem eucharystycznym.
Spotkanie z Jezusem napełniało kard. Wojtyłę również pokojem i duchową radością rzucającą się wszystkim w oczy oraz dostarczało mu energii, jakiej potrzebował w służeniu wspólnocie, której był pasterzem. Pomimo wszystkich obowiązków znajdował także czas na podtrzymywanie przyjaźni z wieloma osobami, na odpoczynek, wyprawy w góry i na narty...
Ta sama zażyłość z Jezusem dawała mu wielki spokój, którym się odznaczył w obliczu najważniejszego wyzwania, przed jakim stanął w swoim życiu. Sam byłem zaskoczony, ale on od pierwszego dnia czuł się w Watykanie jak u siebie w domu. Nauczył się niezwykle szybko, jak "funkcjonować jako papież", ale w tej swojej nowej misji miał na uwadze poprzednie polskie doświadczenia. Był dumny z kultury i historii zarówno narodu, jak i Kościoła w Polsce i uważał je za korzeń swej tożsamości. Jednak to głębokie zakorzenienie w kulturze katolickiej i narodowej nie przeszkadzało mu w łatwości otwierania się na inne kultury, doświadczenia, tradycje i konteksty. Oczywiście, w przyjęciu tej otwartej i naprawdę szczególnej postawy wobec bliźniego wspomagała Ojca Świętego solidna formacja intelektualna i filozoficzna, zdolność do słuchania i refleksji, znajomość języków. Potrafił odczytywać bardzo dobrze rzeczywistość współczesnego świata i wyzwania, przed jakimi stawał, z ich szansami i zagrożeniami.
Papież Polak dał się poznać całemu światu, wygłaszając sławną homilię 22 października 1978 roku podczas uroczystej Mszy inaugurującej pontyfikat...
Jest wielu ludzi, którzy po latach nadal zachowują w pamięci te słowa: "Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, ustrojów ekonomicznych i politycznych, szerokich dziedzin kultury, cywilizacji, rozwoju. Nie lękajcie się! Chrystus wie, "co jest w człowieku". Tylko On jeden to wie! (...) Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka. Tylko On ma słowa życia, tak, życia wiecznego".
W tych słowach zawarty był cały program realizowany następnie przez 27 lat pontyfikatu. Do tego mocnego wezwania Jana Pawła II nawiązał w sposób wymowny Benedykt XVI 1 maja 2011 roku podczas uroczystości beatyfikacji swego poprzednika: "To, o co nowo wybrany Papież prosił wszystkich, sam wcześniej uczynił: otworzył dla Chrystusa społeczeństwo, kulturę, systemy polityczne i ekonomiczne, odwracając z siłą olbrzyma - siłą, którą czerpał z Boga - tendencję, która wydawała się być nieodwracalna. Swoim świadectwem wiary, miłości i odwagi apostolskiej, pełnym ludzkiej wrażliwości, ten znakomity Syn narodu polskiego pomógł chrześcijanom na całym świecie, by nie lękali się być chrześcijanami, należeć do Kościoła, głosić Ewangelię. Jednym słowem: pomógł nam nie lękać się prawdy, gdyż prawda jest gwarancją wolności".
Karol Wojtyła dysponował siłą olbrzyma, ponieważ był gigantem wiary. Jego służba Kościołowi i ludzkości miała źródło w wierze. Z wiary wyłaniała się jego wizja świata i człowieka, istoty stworzonej na obraz i podobieństwo Boże, powołanej do życia z Bogiem i w Bogu. Jan Paweł II potrafił przekazywać skutecznie tę wizję współczesnemu człowiekowi, docierać z nią do jego serca, by mu pokazać, że tylko w Bogu, tylko w Jezusie Chrystusie człowiek odnajduje sens swego życia i śmierci, cierpienia i radości i tylko w Jezusie Chrystusie mogą się spełnić jego najgłębsze nadzieje.
Podczas Roku Wiary odbył się w Watykanie synod poświęcony nowej ewangelizacji. To również priorytetowy temat w działalności papieża Franciszka. W tym kontekście chciałbym przypomnieć, że Jan Paweł II po raz pierwszy wysunął ideę nowej ewangelizacji w homilii wygłoszonej w Nowej Hucie w 1979 roku, podczas pierwszej podróży apostolskiej do Ojczyzny.
Papież mówił o nowej ewangelizacji, ponieważ sam był wielkim ewangelizatorem. W dzisiejszym świecie możemy ewangelizować dzięki autentycznym świadkom wiary, pośród których w pierwszym rzędzie powinniśmy się spodziewać autentycznych pasterzy. A Jan Paweł II był równocześnie świadkiem i pasterzem. W jego osobie otrzymaliśmy dar mądrego przewodnika zdolnego przewodzić Kościołowi i ludzkości w naszym jakże trudnym i niespokojnym świecie. Byłem świadkiem - może lepiej byłoby powiedzieć: wszyscy byliśmy świadkami - tej jego gigantycznej pracy ewangelizacyjnej. Nasz drogi Papież nie oszczędzał się przez cały pontyfikat. Jego jedynym pragnieniem było to, aby prawda o Chrystusie - Panu i Odkupicielu człowieka - dotarła do wszystkich: zarówno do tych, którzy jeszcze o Nim nie słyszeli, jak i do tych, którzy o Nim zapomnieli na pustyni stworzonej przez sekularyzm, gdzie człowiek żyje tak, jakby Bóg nie istniał.
Eminencjo, w krótkiej rozmowie nie jest rzeczą możliwą dotknąć szczególnych tematów niezwykle bogatego pontyfikatu Jana Pawła II. Dlatego na zakończenie ograniczę się do postawienia bardziej osobistego pytania. Jak Ksiądz Kardynał przeżywa swoją rolę świadka świętości Karola Wojtyły?
Jako człowiek i jako kapłan uformowałem się w "szkole" Karola Wojtyły. On nadal inspiruje moją służbę Kościołowi i ludziom. Jan Paweł II chciał, żebym został wykonawcą jego testamentu. Mam na myśli zwłaszcza jego testament duchowy, ponieważ rzeczy materialnych Ojciec Święty posiadał niewiele, a te, które miał, polecił rozdać. Pozostawił natomiast ogromne dziedzictwo duchowe. W tym kluczu interpretuję jego testament i staram się strzec i szerzyć jego spuściznę intelektualną i duchową, jestem bowiem przekonany, że może ona ubogacić Kościół. W tym celu wznosimy w Krakowie, w pobliżu sanktuarium Bożego Miłosierdzia, Centrum Jana Pawła II "Nie lękajcie się!", obejmujące również muzeum, instytut z biblioteką, kaplicę, miejsce przeznaczone na rekolekcje i skupienia, szkołę formacji wolontariatu, amfiteatr i hotel.