Niezłomny - Peter Hetherington

Kup ebooka

49.99 zł
41.82 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 6. Roz­biory - Pol­ska w czyśćcu

Roz­dział 6

Roz­biory - Pol­ska w czyśćcu

Żad­nych marzeń, pano­wie!

car Alek­san­der II, ok. 1858

Gdy Prusy i Rosja rosły w siłę, Pol­ska chy­liła się ku upad­kowi, a jej oby­wa­tele nie decy­do­wali już o wybo­rze króla. Następca Augu­sta III (1696-1763), ostat­niego władcy z dyna­stii saskiej, został wyzna­czony przez dwóch naj­więk­szych wro­gów Rzecz­po­spo­li­tej. Fry­de­ryk II Wielki (1712-1786), król Prus, oraz caryca Kata­rzyna Wielka (1729-1796) posta­no­wili wspól­nie zna­leźć posłusz­nego im monar­chę, który jed­nak dla zacho­wa­nia pozo­rów będzie rodo­wi­tym Pola­kiem.

Mario­netką popie­raną przez oboje "Wiel­kich" oka­zał się czło­wiek mający wszyst­kie pożą­dane cechy "pol­sko­ści". Sta­ni­sław Ponia­tow­ski był posłem na sejm i bra­tem przy­szłego pry­masa. Przy­stojny, wykształ­cony, mówił płyn­nie sze­ścioma języ­kami. W mło­do­ści odbył długą podróż po Euro­pie - zaprzy­jaź­nił się wtedy z wiel­kim filo­zo­fem Mon­te­skiu­szem, brał udział w gorą­cych deba­tach w słyn­nym pary­skim salo­nie madame Geof­frin oraz czy­tał dzieła Wol­tera i Rous­seau. Podzi­wiał fran­cu­ską kul­turę i angiel­skie prawo kon­sty­tu­cyjne i zamie­rzał wpro­wa­dzić w Pol­sce naj­lep­sze ich ele­menty. Jed­nak los wyzna­czył mu rolę postaci tra­gicz­nej: żar­li­wego, lecz nie­sku­tecz­nego pol­skiego patrioty obwi­nia­nego o znisz­cze­nie Rzecz­po­spo­li­tej.

Rosyj­ska wład­czyni nama­ściła Ponia­tow­skiego na króla nie tylko z powodu jego kwa­li­fi­ka­cji, ale także dla­tego, że byli kochan­kami. Dzięki wpły­wo­wym stry­jom Sta­ni­sław uzy­skał w 1755 roku sta­no­wi­sko na rosyj­skim dwo­rze. I tam, w apar­ta­men­cie bry­tyj­skiego amba­sa­dora, sir Char­lesa Han­bury Wil­liamsa, cza­ru­jący przy­szły król poznał dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nią księżnę Kata­rzynę. W 1762 roku księżna była już mał­żonką cara, mimo to nawią­zała ze Sta­ni­sławem gorący gło­śny romans; jest nie­mal pewne, że mieli córkę. Pod koniec tegoż roku, po zabój­stwie męża, Kata­rzyna prze­jęła samo­dzielną wła­dzę i zyskała przy­do­mek "Wielka".

We wrze­śniu 1764 roku na inau­gu­ra­cyj­nym posie­dze­niu sejmu elek­cyj­nego znów poja­wiło się liczne rosyj­skie woj­sko, które miało dopil­no­wać, by posło­wie doko­nali "wła­ści­wego" wyboru. Sędziwy mar­sza­łek sejmu, usi­łu­jąc się temu sprze­ci­wić, pod­jął bez­sku­teczną próbę zawie­sze­nia zgro­ma­dze­nia, które w spo­sób oczy­wi­sty nie mogło obra­do­wać w obec­no­ści obcych wojsk. Gdy rosyj­scy żoł­nie­rze ruszyli na niego z sza­blami, miał odważ­nie zawo­łać: "Bij­cie, niech umrę wolny za sprawę wol­no­ści!"1. Jed­nak Rosja­nie po pro­stu wypro­wa­dzili mar­szałka z izby, a na jego miej­sce powo­łali bar­dziej posłusz­nego posła. Nic dziw­nego, że Ponia­tow­ski zwy­cię­żył w gło­so­wa­niu.

Cho­ciaż nowy król, który przy­jął imię Sta­ni­sław II August, współ­pra­co­wał z Kata­rzyną, to tak naprawdę był bar­dziej ofiarą oko­licz­no­ści niż chęt­nym wspól­ni­kiem rosyj­skiej wład­czyni. Jed­nak ta sytu­acja oka­zała się nie do znie­sie­nia dla dum­nych Pola­ków, poja­wiły się liczne pro­te­sty. W odpo­wie­dzi Kata­rzyna wtrą­ciła do wię­zie­nia kilku przy­wód­ców poli­tycz­nych i reli­gij­nych, a następ­nie zesłała ich na Sybe­rię. Taka znie­waga skło­niła Pola­ków do otwar­tego buntu. 29 lutego 1768 roku w mia­steczku Bar na Podolu kil­ku­set przed­sta­wi­cieli drob­nej szlachty, księży i chłop­stwa zawią­zało kon­fe­de­ra­cję, sta­wia­jąc sobie za cel usu­nię­cie z Pol­ski rosyj­skich wojsk oraz przy­wró­ce­nie pry­matu wiary kato­lic­kiej. Podob­nie jak oblę­że­nie Jasnej Góry, kon­fe­de­ra­cja bar­ska stała się jesz­cze jedną legendą I Rzecz­po­spo­li­tej. Klę­skę kon­fe­de­ra­tów uważa się za począ­tek współ­cze­snego pol­skiego nacjo­na­li­zmu, a ich boha­ter­stwo stało się pali­wem zasi­la­ją­cym pol­skie fan­ta­zje o utra­co­nej spra­wie nie­pod­le­gło­ści, które prze­trwały aż do XX wieku. Mimo że for­mal­nie Pol­ska wciąż była wol­nym pań­stwem, wielu histo­ry­ków uznaje kon­fe­de­ra­cję bar­ską za pierw­sze powsta­nie naro­do­wo­wy­zwo­leń­cze.

Od samego początku było jasne, że ten bunt nie ma szans powo­dze­nia. Mimo braku pomocy magna­tów, któ­rzy jako jedyni dys­po­no­wali nie­za­leżną siłą mili­tarną, mimo braku pie­nię­dzy i zagra­nicz­nych sojusz­ni­ków, kon­fe­de­raci zyskali począt­kowo sze­ro­kie popar­cie spo­łeczne i przez kilka lat sta­wiali zna­czący opór. Jed­nak popeł­nili fatalny błąd, kiedy 3 listo­pada 1771 roku porwali z kró­lew­skiej karety Sta­ni­sława Augu­sta, zabi­ja­jąc przy oka­zji dwóch człon­ków jego straży. I choć póź­niej uwol­nili króla, zamach na monar­chę znisz­czył wszel­kie popar­cie dla rebe­lii na euro­pej­skich dwo­rach2. Rosja, Prusy i Austria, pewne, że ich dzia­ła­nia nie wywo­łają mię­dzy­na­ro­do­wej reak­cji, wysłały do Pol­ski liczne woj­ska, które miały się upo­rać z powsta­niem.

Zaata­ko­wana ze wszyst­kich stron przez prze­wa­ża­jące siły, Pol­ska zna­la­zła się w bez­na­dziej­nej sytu­acji. Apele do euro­pej­skich mocarstw tra­fiały w próż­nię, jedy­nie król Anglii Jerzy III pora­dził Pola­kom, by modlili się do Boga. Ostat­nim bastio­nem oporu znów stała się Czę­sto­chowa, sie­dziba jasno­gór­skiego klasz­toru. Skut­kiem nie­uda­nego powsta­nia było zesła­nie tysięcy Pola­ków na Sybe­rię - ten wątek miał się póź­niej wie­lo­krot­nie powta­rzać.

Bun­tow­ni­czy zryw oka­zał się pre­tek­stem do anek­sji pol­skich ziem. 5 sierp­nia 1772 roku Rosja, Austria i Prusy pod­pi­sały trak­tat roz­bio­rowy. A następ­nego roku pol­ski sejm, co było kolejną znie­wagą, musiał pod groźbą bagne­tów ten trak­tat zaapro­bo­wać. Rosja­nie w spo­sób oczy­wi­sty sto­so­wali przy­mus, ale jed­no­cze­śnie robili wszystko, by uzy­skać ofi­cjalne przy­zwo­le­nie par­la­mentu i zacho­wać pozory legal­no­ści.

Żeby pozba­wić Pola­ków ostat­niej moż­li­wo­ści obrony, jaką było libe­rum veto, Rosja­nie zażą­dali, by sejm zebrał się jako kon­fe­de­ra­cja, co ozna­czało, że uchwały mogły zapa­dać zwy­kłą więk­szo­ścią gło­sów, a nie jed­no­myśl­nie. Hipo­kry­zja Rosjan, któ­rzy doma­gali się zacho­wa­nia libe­rum veto dla innych kwe­stii, sta­no­wiła jasny dowód, że ich obrona "zło­tej wol­no­ści" nie miała z wol­no­ścią nic wspól­nego.

Nie napo­ty­ka­jąc żad­nego zbroj­nego sprze­ciwu i nie dba­jąc o pra­gnie­nia swo­ich nowych pod­da­nych, mocar­stwa roz­bio­rowe zaczęły się spie­rać o kształt przy­szłej mapy Europy Wschod­niej. Zasługą Kata­rzyny było to, że sta­rała się ogra­ni­czać rosz­cze­nia Prus i Austrii, dzięki czemu osła­bione pań­stwo pol­skie mogło prze­trwać. Oczy­wi­ście taka postawa strony rosyj­skiej nie wyni­kała ze szla­chet­nych pobu­dek - wszyst­kie tereny, które nie pod­le­gały roz­bio­rowi, wciąż miały pozo­sta­wać pod pro­tek­to­ra­tem Rosji. Mimo to zbrod­nia się doko­nała. W wyniku pierw­szego roz­bioru Rzecz­po­spo­lita stra­ciła 35 pro­cent tery­to­riów, w tym naj­bo­gat­sze pro­win­cje.

Austrii przy­pa­dło 81 900 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych pol­skich ziem, zamiesz­ka­nych przez 2,7 miliona ludzi - była to część Gali­cji oraz woje­wódz­twa lwow­skie i beł­skie. Prusy zagar­nęły mniej­szy, ale sma­ko­wit­szy kąsek: 36 300 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych ziemi i pół miliona miesz­kań­ców Prus Kró­lew­skich, co pozwo­liło na kon­tro­lo­wa­nie nie­mal całego han­dlu zagra­nicz­nego Rzecz­po­spo­li­tej, i to pomimo zacho­wa­nej nie­za­leż­no­ści Gdań­ska. Nabytki tery­to­rialne dały Pru­som pano­wa­nie nad kory­tem Wisły i pozwo­liły wresz­cie połą­czyć obie połowy pań­stwa. Rosja otrzy­mała Inf­lanty, a także kilka woje­wództw leżą­cych nad Dźwiną i Dnie­prem - w sumie było to 100 tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych ziemi i 1,3 miliona miesz­kań­ców. Pol­ska utra­ciła nie tylko natu­ralną połu­dniową gra­nicę opie­ra­jącą się na Kar­pa­tach, ale także dostęp do Bał­tyku. A cały ten zabór doko­nał się bez for­mal­nej odpo­wie­dzi zbroj­nej ze strony pań­stwa, które jesz­cze nie­dawno było naj­więk­szą potęgą w Euro­pie Wschod­niej.

Mimo utraty czę­ści tery­to­riów Pol­ska wciąż była zna­czą­cym pań­stwem z liczbą miesz­kań­ców równą popu­la­cji ówcze­snej Fran­cji. Naj­więk­szym zagro­że­niem dla jej suwe­ren­no­ści była rosyj­ska domi­na­cja.

Europa wyra­ziła obu­rze­nie roz­bio­rem daw­nego mocar­stwa, które nie było w sta­nie wojny z żad­nym ze swo­ich sąsia­dów i któ­rego wol­no­ści i inte­gral­no­ści tery­to­rial­nej mieli teraz bro­nić zaborcy. Jed­nak to obu­rze­nie nie prze­ło­żyło się na żadne dzia­ła­nia. Odle­głe zachod­nie potęgi mil­cząco uznały roz­biór za fakt doko­nany.

Żeby się nie pod­dać rosyj­skiemu pano­wa­niu, wielu Pola­ków ucie­kło za gra­nicę. Jed­nym z nich był Tade­usz Kościuszko (1746-1817), który pod­czas zamie­sza­nia zwią­za­nego z kon­fe­de­ra­cją bar­ską prze­niósł się do Paryża, gdzie stu­dio­wał inży­nie­rię. Poznał tam ame­ry­kań­skiego patriotę Silasa Deane'a, który dostrze­gł­szy talenty i repu­bli­kań­skie prze­ko­na­nia mło­dego Polaka, zachę­cił go do podróży do Pen­syl­wa­nii. Przy­byw­szy w 1776 roku do Fila­del­fii, Kościuszko miał oka­zję zapo­znać się z opu­bli­ko­waną wła­śnie Dekla­ra­cją Nie­pod­le­gło­ści. Doku­ment, który w zachwy­ca­ją­cej pro­zie odda­wał jego wła­sne poglądy na temat wol­no­ści i funk­cjo­no­wa­nia wła­dzy, dopro­wa­dził go do łez. Kościuszko ruszył do Wir­gi­nii, żeby poznać autora tego tek­stu, Tho­masa Jef­fer­sona, który z rado­ścią przy­jął brat­nią duszę. Kościuszko wal­czył póź­niej w woj­nie o nie­pod­le­głość pod komendą Geo­rge'a Washing­tona i docze­kał się stop­nia gene­rała bry­gady. Otrzy­mał zada­nie wznie­sie­nia for­ty­fi­ka­cji w Fila­del­fii, nad rzeką Dela­ware oraz wokół West Point, ode­grał też ważną rolę w decy­du­ją­cej bitwie pod Sara­togą. W 1783 roku otrzy­mał ame­ry­kań­skie oby­wa­tel­stwo, ale rok póź­niej wró­cił do Pol­ski, żeby zaszcze­piać w kraju rodzin­nym idee Jef­fer­sona.

Co cie­kawe, dzięki pew­nym uspraw­nie­niom w zakre­sie finan­sów, poli­tyki i edu­ka­cji Pol­ska prze­żyła po roz­bio­rze okres szcze­gól­nej żywot­no­ści, nie­zna­nej od cza­sów saskich. Być może szok zwią­zany z utratą czę­ści ziem oka­zał się wystar­cza­ją­cym bodź­cem do wpro­wa­dze­nia poważ­nych reform, a dwie dekady dzie­lące pierw­szy i drugi roz­biór Pol­ski zapo­cząt­ko­wały pro­ces naro­dzin pol­skiego nacjo­na­li­zmu.

Naj­roz­le­glej­sze w histo­rii Pol­ski reformy i ostat­nia szansa na pełną suwe­ren­ność były wła­ści­wie dzie­łem przy­padku. Gdy w 1787 roku Rosja i Tur­cja szy­ko­wały się do wojny, Sta­ni­sław August zapro­po­no­wał Kata­rzy­nie sojusz prze­ciwko impe­rium osmań­skiemu w zamian za pewne ustęp­stwa dla Rzecz­po­spo­li­tej. Kata­rzyna, nieco zasko­czona śmia­ło­ścią takiej oferty, odmó­wiła, sądząc, że nie warto pła­cić za coś, co i tak już do niej należy. Jed­nak w 1788 roku skło­niła Sta­ni­sława Augu­sta do zwo­ła­nia sejmu kon­fe­de­ra­cyj­nego, który miał zaapro­bo­wać powo­ła­nie wojsk na wojnę prze­ciwko Tur­cji. Sejm kon­fe­de­ra­cyjny nie wyma­gał jed­no­myśl­no­ści, więc nie dało się go zerwać poje­dyn­czym gło­sem libe­rum veto, a liczni posło­wie opła­cani przez Kata­rzynę sta­no­wili gwa­ran­cję odpo­wied­niej więk­szo­ści w celu uchwa­le­nia każ­dej korzyst­nej dla Rosjan ustawy.

Lek­ce­wa­żąca odmowa Kata­rzyny miała poważny sku­tek. Sta­ni­sław August, zaże­no­wany takim poni­że­niem, posłusz­nie otwo­rzył obrady sejmu, tak jak mu kazano. Ale po wyra­że­niu zgody na powo­ła­nie wojsk sejm nie miał kolej­nych punk­tów obrad, więc zostało mu dużo czasu na omó­wie­nie tra­gicz­nych losów Pol­ski. Tak się szczę­śli­wie zło­żyło, że Rosja była wów­czas pochło­nięta wojną z Tur­cją, a w par­la­men­cie zna­la­zło się kilku wybit­nych myśli­cieli i teo­re­ty­ków poli­tyki. Dzięki temu Sejm Czte­ro­letni opra­co­wał ambitny pro­gram reform, któ­rego począt­kiem było odważne odrzu­ce­nie zagra­nicz­nych "gwa­ran­cji". Zwięk­szono liczeb­ność pol­skiej armii do 65 tysięcy ludzi, wzmoc­niono kró­lew­skie pre­ro­ga­tywy i nawią­zano bez­po­śred­nie sto­sunki z zachod­nimi mocar­stwami. Co naj­waż­niej­sze, we wrze­śniu 1789 roku sejm wyzna­czył komi­sję, która miała przy­go­to­wać kon­sty­tu­cję Rzecz­po­spo­li­tej.

Gdy Rosja zma­gała się z Tur­cją, Polacy odzy­skali swo­bodę i stwo­rzyli jedną z naj­bar­dziej waż­kich kon­sty­tu­cji. Pol­ska kon­sty­tu­cja z 1791 roku - w tym samym cza­sie napi­sano fran­cu­ską Dekla­ra­cję Praw Czło­wieka i wpro­wa­dzano kon­sty­tu­cję ame­ry­kań­ską - powo­łała do życia nowa­tor­ski sys­tem rzą­dów. Podob­nie jak ame­ry­kań­ska Kon­wen­cja Kon­sty­tu­cyjna z 1787 roku, która obra­do­wała pota­jem­nie i nie miała żad­nej mocy, by zmie­nić wła­dzę, naro­dziny pol­skiej kon­sty­tu­cji nie do końca były legalne i wła­ści­wie można je uznać za poko­jowy zamach stanu.

Sam akt prawny powstał dwa lata wcze­śniej, ale przed­sta­wiono go sej­mowi dopiero wtedy, gdy zaist­niała pew­ność jego przy­ję­cia w gło­so­wa­niu. 3 maja 1791 roku, pod­czas wiel­ka­noc­nej prze­rwy w obra­dach, kiedy wielu pro­ro­syj­skich depu­to­wa­nych wyje­chało z mia­sta, refor­ma­to­rzy nie­spo­dzie­wa­nie przed­sta­wili prze­ło­mową kon­sty­tu­cję. Wybrali moment, gdy więk­szość w izbie sta­no­wili sprzy­ja­jący im posło­wie, któ­rzy już wcze­śniej zgro­ma­dzili się pota­jem­nie w tym celu. Ambitny doku­ment prze­szedł przy­gnia­ta­jącą więk­szo­ścią gło­sów, mimo że wystar­czyła zwy­kła więk­szość - na żąda­nie Kata­rzyny par­la­ment obra­do­wał jako kon­fe­de­ra­cja.

Kon­sty­tu­cja 3 Maja, pierw­sza nowo­cze­sna kon­sty­tu­cja w Euro­pie i zale­d­wie druga zapi­sana na świe­cie, zawie­rała pewne ele­menty kon­sty­tu­cji ame­ry­kań­skiej oraz wiele idei zaczerp­nię­tych z fran­cu­skiego, angiel­skiego, austriac­kiego i pru­skiego oświe­ce­nia. W pre­am­bule przy­zna­wano, że suwe­ren­ność jest nie­od­dzielna od wol­no­ści i że "los nas wszyst­kich od ugrun­to­wa­nia i wydo­sko­na­le­nia kon­sty­tu­cji naro­do­wej jedy­nie zawisł", wol­nej "od hań­bią­cych obcej prze­mocy naka­zów" i cenią­cej "nie­pod­le­głość zewnętrzną i wol­ność wewnętrzną narodu"3. Kon­sty­tu­cja wzbu­dziła wiel­kie uzna­nie, chwa­lili ją mię­dzy innymi Tho­mas Paine, Char­les James Fox, Edmund Burke oraz fran­cu­scy rewo­lu­cjo­ni­ści, któ­rzy pod koniec tego samego roku wpro­wa­dzili wła­sną ustawę zasad­ni­czą. Karol Marks nazwał póź­niej Kon­sty­tu­cję 3 Maja "jedy­nym dzie­łem wol­no­ści, które Europa Środ­kowa stwo­rzyła z wła­snej woli i ini­cja­tywy".

Jed­nakże Rosja nie zamie­rzała się pogo­dzić z takim sta­nem rze­czy i w 1792 roku, zaraz po zakoń­cze­niu wojny z Tur­cją, Kata­rzyna wysłała sto tysięcy żoł­nie­rzy do stłu­mie­nia "rebe­lii" w Pol­sce. Pru­sacy, któ­rzy począt­kowo wspie­rali nową kon­sty­tu­cję, nie zamie­rzali prze­ga­pić takiej oka­zji i też wysłali do Pol­ski swoje oddziały. W obli­czu dwóch potęż­nych armii zmie­rza­ją­cych ku sto­licy pol­ski rząd ogło­sił levée en masse, czyli masowy pobór do woj­ska oraz mobi­li­za­cję sił zbroj­nych. Kiedy Rosja­nie i Pru­sacy prze­kro­czyli gra­nicę, połu­dniowa armia Rzecz­po­spo­li­tej, dowo­dzona przez bra­tanka króla, Józefa Ponia­tow­skiego (1763-1813), i wspo­ma­gana przez Tade­usza Kościuszkę, męż­nie sta­wiała im opór, spo­wal­nia­jąc marsz wroga i zada­jąc mu cięż­kie straty.

Mimo wiel­kiego boha­ter­stwa Polacy musieli ulec prze­wa­ża­ją­cym siłom nie­przy­ja­ciela. Pakt pod­pi­sany 23 stycz­nia 1793 roku ozna­czał drugi roz­biór Pol­ski i utratę tery­to­riów znacz­nie bar­dziej zagra­ża­jącą ist­nie­niu pań­stwa. Po dru­gim roz­bio­rze Rzecz­po­spo­li­tej pozo­stało jedy­nie 30 pro­cent daw­nych tery­to­riów - było to bez­silne pań­stwo kadłu­bowe, nie­zdolne do samo­dziel­nych rzą­dów. Prusy wzięły 58 tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych pol­skich ziem, w tym Gdańsk i całą Wiel­ko­pol­skę nale­żącą do pań­stwa pol­skiego od cza­sów jego powsta­nia. Rosja­nie zagar­nęli 250 tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych, w tym pol­skie tereny na Bia­ło­rusi i Ukra­inie. Austria też miała ape­tyt na pol­skie zie­mie, jed­nak z powodu wojny z Fran­cją nie uczest­ni­czyła tym razem w podziale łupów.

Polacy, któ­rym pozo­stały jedy­nie żało­sne resztki daw­nej świet­no­ści naj­więk­szego pań­stwa Europy Wschod­niej, powró­cili do rzą­dów, które nie miały żad­nej mocy spraw­czej, za to odwo­ły­wały się do zabój­czej "zło­tej wol­no­ści"; w miej­sce obie­cu­ją­cych reform i odro­dze­nia pań­stwa poja­wiły się roz­pacz i anar­chia. For­mal­nie Pol­ska wciąż ist­niała jako pań­stwo, jed­nak została cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wana przez obce siły.

Sytu­acja pogar­szała się coraz bar­dziej. W 1794 roku Rosja­nie prze­stra­szyli się, że w ich pro­tek­to­ra­cie może dojść do jako­biń­skiej rewo­lu­cji, dla­tego posta­no­wili roz­wią­zać skar­lałe woj­sko pol­skie i wcie­lić je do armii rosyj­skiej, która przy­go­to­wy­wała się do wojny prze­ciwko ogar­nię­tej rewo­lu­cją Fran­cji. Jed­nak 5 marca 1794 roku pol­ski ofi­cer Antoni Mada­liń­ski prze­jął dowódz­two nad sied­miu­set kawa­le­rzy­stami, któ­rzy odmó­wili wyko­na­nia roz­kazu o demo­bi­li­za­cji, i tym samym roz­po­czął w Puł­tu­sku powsta­nie. Rosyj­ska armia, zwo­łana w celu powstrzy­ma­nia rewo­lu­cji we Fran­cji, musiała się skie­ro­wać prze­ciwko Pol­sce. I na szczę­ście dla fran­cu­skiej repu­bliki opór Pola­ków był na tyle twardy, że Rosja­nie ni­gdy już nie pod­jęli pier­wot­nej misji.

Kościuszko, który prze­by­wał na wygna­niu w Paryżu, wró­cił czym prę­dzej do ojczy­zny, żeby sta­nąć na czele naro­do­wego zrywu. Jego ide­alizm, inte­lekt i doświad­cze­nie wojenne czy­niły z niego oczy­wi­stego przy­wódcę powsta­nia. Po przy­by­ciu do Kra­kowa obwo­łano go głów­no­do­wo­dzą­cym wojsk. Do Pol­ski wró­cił też Józef Ponia­tow­ski, ale jako bli­ski krewny chwiej­nego króla nie mógł otrzy­mać sta­no­wi­ska dowódcy. Mimo to zgło­sił się na ochot­nika jako zwy­kły żoł­nierz, by z cza­sem dojść do stop­nia gene­rała.

24 marca 1794 roku Kościuszko odczy­tał na kra­kow­skim rynku Akt insu­rek­cji, wzy­wa­jący Pola­ków do walki w celu przy­wró­ce­nia Kon­sty­tu­cji 3 Maja i odzy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści, a potem jako naczel­nik powsta­nia zło­żył nastę­pu­jącą przy­sięgę:

Ja, Tade­usz Kościuszko, przy­się­gam w obli­czu Boga całemu Naro­dowi Pol­skiemu, iż powie­rzo­nej mi wła­dzy na niczyj pry­watny ucisk nie użyję, lecz jedy­nie jej dla obrony cało­ści gra­nic, odzy­ska­nia samo­wład­no­ści Narodu i ugrun­to­wa­nia powszech­nej wol­no­ści uży­wać będę.

Chłop­ska armia Kościuszki ruszyła do War­szawy, by osa­dzić tam nowy rząd, jed­nak 4 kwiet­nia 1794 roku ogromne rosyj­skie siły zastą­piły jej drogę pod Racła­wi­cami. Polacy mieli prze­wagę liczebną w oddzia­łach kawa­le­rii, jed­nak bra­ko­wało im broni pal­nej, która decy­do­wała o sku­tecz­no­ści pie­choty. Dla­tego, przy tak dużym zróż­ni­co­wa­niu oddzia­łów, dowódz­two musiało dobrać odpo­wied­nią tak­tykę. Naj­waż­niej­szym ele­men­tem siły bojo­wej kościusz­kow­skich wojsk byli kosy­nie­rzy, czyli chłopi uzbro­jeni w osa­dzone na sztorc kosy. A sam Kościuszko posłu­żył się tak­tyką, którą udo­sko­na­lił pod­czas wojny o nie­pod­le­głość Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Gdy regu­larne oddziały ścią­gnęły na sie­bie uwagę wroga, kosy­nie­rzy ukrad­kiem zbli­żyli się do armat na odle­głość kil­ku­set metrów. Losy bitwy wisiały na wło­sku, dopóki kosy­nie­rzy nie ruszyli na rosyj­skie działa. Jeden z nich, nie­jaki Woj­ciech Bar­tos Gło­wacki (1758-1794), zyskał miano ludo­wego boha­tera po tym, jak wybiegł przed swo­ich towa­rzy­szy i czapką zdu­sił lont armaty, unie­moż­li­wia­jąc wystrzał. Dzięki niemu oraz innym walecz­nym kosy­nie­rom rosyj­scy arty­le­rzy­ści rzu­cili się do ucieczki, a pol­skie woj­sko wyparło nie­przy­ja­ciela z pola bitwy.

Bitwa pod Racła­wi­cami była pierw­szym zwy­cię­stwem Pola­ków od cza­sów Sobie­skiego - wieść o niej wzbu­dziła wiel­kie poru­sze­nie i wywo­łała falę wiel­kiego entu­zja­zmu, któ­rego Rosja­nie nie byli w sta­nie stłu­mić. Jed­nak woj­ska rosyj­skie i pru­skie miały ogromną prze­wagę liczebną i mimo cięż­kich strat zada­wa­nych przez pospiesz­nie zebrane pol­skie siły nie­ubła­ga­nie zbli­żały się do War­szawy. Austriacy, widząc, że sprawa jest wła­ści­wie prze­są­dzona, dołą­czyli w ostat­niej chwili i wysłali swoje woj­sko na prak­tycz­nie nie­bro­nione połu­dniowo-zachod­nie tereny Pol­ski.

10 paź­dzier­nika 1794 roku mimo czte­ro­krot­nej prze­wagi nie­przy­ja­ciela Kościuszko pod­jął despe­racką próbę, by nie dopu­ścić do połą­cze­nia się dwóch wro­gich armii. Nie­stety, pod Macie­jo­wi­cami został ranny i tra­fił do nie­woli. Wiel­kiego boha­tera prze­wie­ziono do Moskwy, gdzie "oświe­ce­niowa" Kata­rzyna kpiła z niego w żywe oczy, a nawet kazała go na krótko umie­ścić w klatce i wysta­wić na widok publiczny. Jedyna zagra­niczna pomoc nade­szła ze strony szkoc­kiego poety Tho­masa Camp­bella, który napi­sał w swoim wier­szu: "Ulotna nadzieja poże­gnała świat, a wol­ność załkała, gdy Kościuszko padł".

Tyle że Pol­ska potrze­bo­wała żoł­nie­rzy, a nie poetyc­kich strof. Bez cha­ry­zma­tycz­nego lidera i wobec znacz­nej prze­wagi wroga powsta­nie było ska­zane na porażkę. Rosja­nie wkrótce sta­nęli na przed­mie­ściach sto­licy, na pra­wym, wschod­nim brzegu Wisły. 4 listo­pada 1794 roku pol­skie linie obronne ugięły się pod strasz­li­wym ata­kiem i 24 tysiące rosyj­skich żoł­nie­rzy i okrut­nych Koza­ków zaczęło siać znisz­cze­nie na uli­cach mia­sta. W akcie zemsty za straty ponie­sione w kwiet­niu żoł­dacy palili domy, gwał­cili kobiety i mor­do­wali każ­dego, kto im wpadł w ręce. Pod­czas "rzezi Pragi" zgi­nęło dwa­dzie­ścia tysięcy cywi­lów, głów­nie Żydów. Straszna masa­kra, którą widać było wyraź­nie z dru­giego brzegu Wisły, tak prze­ra­ziła miesz­kań­ców, że zanie­chali oporu.

Insu­rek­cja kościusz­kow­ska zakoń­czyła się 16 listo­pada 1794 roku. Woj­ska pol­skie zło­żyły broń i znów tysiące powstań­ców zesłano w kaj­da­nach na Sybe­rię. Sta­ni­sław August został zmu­szony do abdy­ka­cji, ale Kata­rzyna oka­zała byłemu kochan­kowi ostat­nią łaskę, pozwa­la­jąc mu osiąść w Peters­burgu. Król żył tam wła­ści­wie jak w wię­zie­niu do śmierci w 1798 roku. A 24 paź­dzier­nika 1795 roku zwy­cię­ski trium­wi­rat zło­żony z Rosji, Prus i Austrii pod­pi­sał akt osta­tecz­nego roz­bioru Pol­ski, roz­dzie­la­jąc mię­dzy sie­bie resztki pań­stwa pol­skiego. Zaborcy nie szu­kali nawet pozo­rów legal­no­ści takich dzia­łań, jako że nie ist­niał już żaden pol­ski rząd, który nale­ża­łoby zmu­sić do ule­gło­ści. Austria jakby zapo­mniała o boha­ter­stwie Sobie­skiego, który zale­d­wie sto lat wcze­śniej oca­lił impe­rium Habs­bur­gów, i lekką ręką zagar­nęła zachod­nią Gali­cję i połu­dniowe Mazow­sze, przej­mu­jąc przy oka­zji pro­tek­cję nad "wol­nym mia­stem Kra­ko­wem", by i tak je cał­ko­wi­cie zaanek­to­wać w 1846 roku. Prusy otrzy­mały Pod­la­sie i to, co pozo­stało z Mazow­sza, w tym War­szawę. Rosja zagar­nęła resztę, mię­dzy innymi Wilno.

Zanim jesz­cze zaborcy podzie­lili mię­dzy sie­bie pol­skie zie­mie, było jasne, że wszel­kie pozory pra­daw­nych praw tery­to­rial­nych będą musiały ustą­pić przed zwy­kłą chci­wo­ścią. Nowe gra­nice nie odpo­wia­dały żad­nym histo­rycz­nym, etnicz­nym ani geo­gra­ficz­nym kry­te­riom - spory, które towa­rzy­szyły ich wyty­cza­niu, o mało nie dopro­wa­dziły do wojny mię­dzy ogar­nię­tymi zachłan­no­ścią sojusz­ni­kami. W sumie Rosja dostała 62 pro­cent ziem Rzecz­po­spo­li­tej i 45 pro­cent lud­no­ści; Prusy wzbo­ga­ciły się o 20 pro­cent ziem i 23 pro­cent lud­no­ści; nato­miast Austria zyskała odpo­wied­nio 18 i 32 pro­cent.

Pod­nio­sły się głosy, że roz­człon­ko­wa­nie jed­nego z naj­więk­szych państw euro­pej­skich jest dzia­ła­niem bez­praw­nym, do tego doko­na­nym przez rze­komo oświe­cone głowy trzech chrze­ści­jań­skich dyna­stii. A naj­bar­dziej szo­ku­jący był ogrom tej zbrodni. W 1794 roku Rzecz­po­spo­lita Obojga Naro­dów była czwar­tym pod wzglę­dem liczby lud­no­ści pań­stwem w Euro­pie - przy 14 milio­nach miesz­kań­ców wyprze­dzały ją jedy­nie Fran­cja, Święte Cesar­stwo Rzym­skie i Rosja.

Rzecz­po­spo­lita szla­checka, ostatni bastion wol­no­ści w Euro­pie Wschod­niej i obroń­czyni wiary, prze­stała ist­nieć. Nie oca­liło jej kul­tu­ralne, oby­wa­tel­skie i duchowe odro­dze­nie ostat­nich lat, prze­ciw­nie - przy­pie­czę­to­wało jej los, jako że lęk przed zaraź­li­wo­ścią libe­ral­nych reform skło­nił wro­gów do dzia­ła­nia, zanim Pol­ska zdą­żyła się wzmoc­nić i zain­fe­ko­wać inne tereny. Naj­więk­szy aż do dziś euro­pej­ski eks­pe­ry­ment spra­wo­wa­nia rzą­dów opar­tych na umo­wie spo­łecz­nej i zgo­dzie rzą­dzo­nych nie powiódł się, pozor­nie potwier­dza­jąc utarte prze­ko­na­nie, że wła­dza pocho­dzi z boskiego nada­nia, a spra­wo­wać ją może jedy­nie elita.

Po trze­cim roz­bio­rze pań­stwo pol­skie znik­nęło z mapy Europy na 123 lata. Libe­ra­lizm i par­la­men­ta­ryzm obumar­łej Rzecz­po­spo­li­tej nie miały szans zado­mo­wić się w rosyj­skim despo­ty­zmie, pru­skiej biu­ro­kra­cji czy austriac­kim kon­ser­wa­ty­zmie. Jed­nak opór prze­ciwko obcej wła­dzy ujaw­nił się natych­miast, Pol­ska stała się przy­kła­dem dla sąsia­dów, to z niej wywo­dzili się bojow­nicy o wol­ność, któ­rzy już wkrótce mieli sta­nąć na bary­ka­dach w całej Euro­pie. Hasło pol­skich rewo­lu­cjo­ni­stów: "W imię Boga, za waszą i naszą wol­ność" - do dziś sta­nowi inspi­ra­cję dla ruchów naro­do­wo­wy­zwo­leń­czych.

Kiedy pań­stwo pol­skie zostało ofi­cjal­nie zgła­dzone, za gra­nicę ruszyły tłumy uchodź­ców szu­ka­ją­cych tym­cza­so­wych domów, w któ­rych mogli snuć plany naro­do­wego odro­dze­nia. Wielu wyemi­gro­wało do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, jed­nak więk­szość udała się do Fran­cji, którą od kilku stu­leci łączyły z Pol­ską silne więzy. Pol­ski kry­zys przy­słu­żył się fran­cu­skim zma­ga­niom zbroj­nym z lat 1793-1795, absor­bu­jąc uwagę Rosji i Prus w począt­ko­wych latach fran­cu­skiej repu­bliki. Czę­ściowo w uzna­niu dla tych zasług Kościuszko otrzy­mał tytuł hono­ro­wego oby­wa­tela Fran­cji. W 1796 roku, pod warun­kiem zło­że­nia przy­sięgi wier­no­ści synowi Kata­rzyny, carowi Paw­łowi I, on i 20 tysięcy innych Pola­ków zostało wypusz­czo­nych z rosyj­skich wię­zień. Nie­mal wszy­scy udali się do Fran­cji, gdzie przy­wi­tano ich jak towa­rzy­szy walki, sprze­ci­wia­ją­cych się monar­chi­stycz­nej reak­cji.

Miesz­ka­jący we Fran­cji Polacy nawią­zali kon­takt z pew­nym mło­dym woj­sko­wym, któ­rego bły­ska­wiczna kariera poli­tyczna miała zmie­nić obli­cze zachod­niej cywi­li­za­cji. Napo­leon Bona­parte (1769-1821) uro­dził się na Kor­syce w ubo­giej rodzi­nie szla­chec­kiej; w wieku czter­dzie­stu pię­ciu lat po osta­tecz­nej klę­sce tra­fił na zesła­nie, jed­nak przed­tem nie­mal udało mu się pod­bić cały kon­ty­nent. W tym cza­sie został cesa­rzem, który osa­dzał na euro­pej­skich tro­nach swo­ich krew­nych i przy­ja­ciół. Sam książę Wel­ling­ton, kiedy go zapy­tano, kto jest naj­więk­szym żyją­cym gene­ra­łem, odparł: "W dzi­siej­szych cza­sach Napo­leon".

Napo­leon dbał przede wszyst­kim o inte­resy Fran­cji, jed­nak jego plany w wielu aspek­tach były korzystne dla Pol­ski. Trzema fila­rami "sta­rego reżimu", prze­ciwko któ­rym wystą­piła rewo­lu­cja fran­cu­ska, były pań­stwa odpo­wie­dzialne za roz­biory Pol­ski: Rosja, Prusy i Austria. Dostrze­gł­szy tę natu­ralną ani­mo­zję, Napo­leon wezwał w 1796 roku do Paryża byłego pol­skiego ofi­cera Jana Hen­ryka Dąbrow­skiego (1755-1818) i zapro­po­no­wał utwo­rze­nie pol­skiej armii na uchodź­stwie pod fran­cu­skim dowódz­twem.

Dąbrow­ski bez zwłoki przy­jął ofertę i 11 paź­dzier­nika 1796 roku otrzy­mał od Dyrek­to­riatu pozwo­le­nie na utwo­rze­nie Legio­nów Pol­skich. Zwer­bo­wa­nie Pola­ków nie było trudne i już wio­sną 1797 roku na wezwa­nie Dąbrow­skiego odpo­wie­działo sześć tysięcy ochot­ni­ków. Ponie­waż prawo fran­cu­skie nie pozwa­lało na obec­ność obcych wojsk na fran­cu­skiej ziemi, pol­skie oddziały wysy­łano w odle­głe rejony coraz więk­szego impe­rium, naj­pierw do Włoch, a potem aż na Kara­iby.

Polacy w ogrom­nej mie­rze przy­czy­nili się do pierw­szych suk­ce­sów Napo­le­ona, mię­dzy innymi do zdo­by­cia Rzymu w maju 1798 roku. Wła­śnie w Rzy­mie Dąbrow­ski odna­lazł dwie pamiątki prze­słane przez Sobie­skiego papie­żowi: turecki sztan­dar zdo­byty pod­czas oblę­że­nia Wied­nia w 1683 roku i sza­blę, któ­rej król uży­wał pod­czas bitwy. Od tam­tego czasu sztan­dar zawsze towa­rzy­szył Legio­nom Pol­skim, nato­miast sza­blę prze­ka­zano Kościuszce, uwa­ża­nemu za god­nego następcę Sobie­skiego.

W 1799 roku dla Napo­le­ona wal­czyły już trzy legiony, mię­dzy innymi Legia Nad­du­naj­ska na fron­cie nie­miec­kim. Pol­skie oddziały sta­no­wiły jedyną rze­czy­wi­stą repre­zen­ta­cję znie­wo­lo­nego narodu i wie­lo­krot­nie ście­rały się z zabor­cami. Napo­leon był pod ogrom­nym wra­że­niem zdol­no­ści bojo­wej legio­nów, co skwi­to­wał sło­wami: "Ci Polacy biją się jak dia­bły". Nagro­dził ich odwagę tym, że wysta­wiał ich na czele ata­ków, nara­ża­jąc na naj­więk­sze ofiary.

Pierw­szy sygnał ostrze­gaw­czy co do praw­dzi­wych zamia­rów Napo­le­ona Polacy otrzy­mali w 1801 roku po pod­pi­sa­niu trak­tatu w Lune­ville, koń­czą­cego wojnę Fran­cji z Austrią. W trak­ta­cie nie zna­la­zła się żadna wzmianka o Pola­kach, wysi­łek pra­wie trzy­dzie­stu tysięcy żoł­nie­rzy słu­żą­cych w legio­nach poszedł na marne.

Po pod­pi­sa­niu trak­tatu legiony roz­wią­zano, a wielu żoł­nie­rzy ode­słano do Włoch jako pomoc­ni­czy kor­pus poli­cyjny w efe­me­rycz­nym kró­le­stwie Etru­rii. Legiony ist­niały krótko, w latach 1797-1801, lecz wyraź­nie zazna­czyły swoją obec­ność. Poka­zały, że Polacy wciąż sta­wiają zbrojny opór zabor­com i że na swój spo­sób Pol­ska na­dal żyje.

Po pak­cie z Lune­ville było jasne, że Fran­cja nie jest god­nym zaufa­nia sojusz­ni­kiem, jed­nak dzięki przy­jaźni Adama Czar­to­ry­skiego (1770-1861) z dzie­dzi­cem rosyj­skiego tronu pol­scy patrioci otrzy­mali wspar­cie z dość nie­ocze­ki­wa­nej strony. W mło­do­ści Czar­to­ry­ski odbył wielką podróż po Euro­pie: miał oka­zję stu­dio­wać prawo kon­sty­tu­cyjne i zachod­nią filo­zo­fię. Pod­czas walk naro­do­wo­wy­zwo­leń­czych opo­wia­dał się za sprawą pol­ską, dla­tego po ostat­nim roz­bio­rze wysłano go do Rosji prak­tycz­nie jako zakład­nika mają­cego zapew­nić odpo­wied­nie zacho­wa­nie wpły­wo­wej rodziny w Pol­sce. Wraz z bra­tem Kon­stan­tym został wcie­lony do rosyj­skiej armii. W nagrodę za dosko­nałą służbę Kata­rzyna Wielka zwró­ciła rodzi­nie część dóbr w Pol­sce, a obu bra­ciom ofia­ro­wała sta­no­wi­ska na rosyj­skim dwo­rze. Na uro­czy­stym balu Adam Czar­to­ry­ski poznał wnuka Kata­rzyny, wiel­kiego księ­cia Alek­san­dra (1777-1825). Od razu przy­pa­dli sobie do gustu. Ide­ali­stycz­nie nasta­wieni mło­dzieńcy kie­ro­wali "komi­te­tem oca­le­nia naro­do­wego", który zamie­rzał prze­kształ­cić Rosję w monar­chię kon­sty­tu­cyjną podobną do tej zary­so­wa­nej w Kon­sty­tu­cji 3 Maja. Alek­san­der przy­siągł nawet Czar­to­ry­skiemu, że pew­nego dnia przy­wróci Pol­sce wol­ność, i gdy w 1801 roku wstą­pił na tron, był tak zauro­czony ambit­nymi pla­nami przy­ja­ciela, że w 1804 roku mia­no­wał go mini­strem spraw zagra­nicz­nych rosyj­skiego impe­rium. Taka nomi­na­cja dla Polaka była rze­czy­wi­ście czymś nie­zwy­kłym.

W tam­tym okre­sie Pol­ska pod rosyj­skimi rzą­dami cie­szyła się dość dużą swo­bodą. Kwit­nąca kul­tura była jak świa­tełko nadziei dla Pola­ków w zabo­rach pru­skim i austriac­kim, pod­da­wa­nych znacz­nie więk­szej opre­sji. W odróż­nie­niu od cza­sów póź­niej­szych rosyj­skie rządy z początku XIX wieku były sto­sun­kowo powścią­gliwe i dopusz­czały pewne ele­menty samo­rząd­no­ści. Dzia­łały pol­skie szkoły, a sys­tem prawny funk­cjo­no­wał nie­mal tak samo jak w XVI wieku. Nato­miast pru­ski sys­tem oświa­towy był coraz bar­dziej zger­ma­ni­zo­wany, a w zabo­rze austriac­kim nie­zróż­ni­co­wana wcze­śniej szlachta została podzie­lona i poróż­niona za sprawą zhie­rar­chi­zo­wa­nych tytu­łów.

Jed­nakże już wkrótce Napo­leon znów zakłó­cił dzieje Rosji i wła­ści­wie całej Europy. 2 grud­nia 1805 roku, kilka tygo­dni po klę­sce pod Tra­fal­ga­rem, roz­bił woj­ska rosyj­skie i austriac­kie, demon­stru­jąc wybitne zdol­no­ści tak­tyczne i dowód­cze. W bitwie pod Auster­litz (leżą­cym w dzi­siej­szych Cze­chach) Napo­leon poko­nał mające prze­wagę liczebną połą­czone armie Rosji i Austrii dowo­dzone oso­bi­ście przez Alek­san­dra, a do tego zadał nie­przy­ja­cie­lowi straty dzie­sięć razy więk­sze, niż sam poniósł. Napo­leon uwa­żał Auster­litz za swoje najwięk­sze zwy­cię­stwo, a sama bitwa w spo­sób zasad­ni­czy zmie­niła poli­tykę euro­pej­ską na całe dzie­się­cio­le­cie. Podobno car Alek­san­der tak się wyra­ził o woj­sko­wych umie­jęt­no­ściach Napo­leona: "Jeste­śmy jak dzieci w rękach giganta".

Mimo że Austria została z wojny wyeli­mi­no­wana, Rosja, Prusy, Sak­so­nia, Szwe­cja i Wielka Bry­ta­nia zawią­zały prze­ciwko Fran­cji tak zwaną IV koali­cję. Szu­ka­jąc sojusz­ni­ków, w 1806 roku Napo­leon wezwał do sie­bie Dąbrow­skiego, który słu­żył we Wło­szech jako gene­rał dywi­zji, i popro­sił go o zor­ga­ni­zo­wa­nie nowych oddzia­łów na potrzeby zbli­ża­ją­cej się wojny. 20 wrze­śnia 1806 roku wydano sto­sowne roz­kazy pozwa­la­jące na utwo­rze­nie nowej dywi­zji zło­żo­nej z Pola­ków, któ­rzy zechcie­liby zde­zer­te­ro­wać z armii pru­skiej. (W rezul­ta­cie woj­sko pru­skie stra­ciło pra­wie jedną siódmą żoł­nie­rzy). Usi­łu­jąc nakło­nić Pola­ków, by sta­nęli u jego boku, Napo­leon ogło­sił: "Muszę się prze­ko­nać, czy Polacy zasłu­gują na to, by być naro­dem". Nie zło­żył jed­nak żad­nych wią­żą­cych obiet­nic doty­czą­cych wyzwo­le­nia Pol­ski.

Pol­skie oddziały towa­rzy­szyły Napo­le­onowi, gdy ten 14 paź­dzier­nika 1806 roku roz­bił w pył armię pru­ską w bitwie pod Jeną-Auer­stedt. Po wyeli­mi­no­wa­niu Prus Napo­leon skie­ro­wał się prze­ciwko Rosji. Kiedy jego woj­ska zbli­żały się do kon­tro­lo­wa­nych przez Rosjan pol­skich ziem, pobór do oddzia­łów Dąbrow­skiego szybko nara­stał. W listo­pa­dzie 1806 roku Fran­cuzi wyzwo­lili Poznań, witani entu­zja­stycz­nie przez tłumy miesz­kań­ców. Pol­ski patrio­tyzm oka­zał się zaraź­liwy i szybko roz­prze­strze­nił się w nie­mal całej Wiel­ko­pol­sce, gdzie przy wspar­ciu Fran­cu­zów doszło do jedy­nego zwy­cię­skiego powsta­nia naro­do­wego po roz­bio­rach. Kam­pa­nia zakoń­czyła się 19 grud­nia trium­fal­nym wjaz­dem Napo­leona do War­szawy.

Fran­cu­ska armia, w któ­rej słu­żyło mnó­stwo peł­nych zapału Pola­ków, wkro­czyła do wschod­nich Prus i zbli­żała się do gra­nicy Rosji - daw­niej te tereny nale­żały do Pol­ski. A Napo­leon dalej pod­sy­cał pol­ski nacjo­na­lizm, two­rząc nowy byt poli­tyczny, przed­sta­wiany jako pierw­szy krok na dro­dze do pol­skiej pań­stwo­wo­ści. Sta­ran­nie uni­ka­jąc zapal­nego słowa "Pol­ska", które mogłoby utrud­nić zawie­ra­nie przy­szłych soju­szy, powo­łał w 1807 roku Księ­stwo War­szaw­skie, na które zło­żyły się zie­mie zagar­nięte przez Prusy w wyniku dru­giego i trze­ciego roz­bioru. Dowódz­two nad armią Księ­stwa War­szaw­skiego otrzy­mał bra­ta­nek byłego króla, książę Józef Ponia­tow­ski, który boha­ter­sko wal­czył w powsta­niach ostat­niej dekady XVIII wieku.

Jed­nak wspie­ra­jąc powsta­nie Księ­stwa War­szaw­skiego, Fran­cuzi nie kie­ro­wali się bez­in­te­re­sow­no­ścią. Napo­leon chciał się posłu­żyć nowym pań­stwem jako groźbą wobec Prus i ich sprzy­mie­rzeń­ców, by uznali fran­cu­ską domi­na­cję, a jed­no­cze­śnie zosta­wił sobie otwartą furtkę pozwa­la­jącą na zmniej­sze­nie lub zwięk­sze­nie Księ­stwa w zależ­no­ści od potrzeb. Co wię­cej, Księ­stwo War­szaw­skie nie mogło się roz­wi­nąć pod wzglę­dem gospo­dar­czym z dwóch powo­dów. Jed­nym było wymu­szone pod­po­rząd­ko­wa­nie się napo­le­oń­skiej "blo­ka­dzie kon­ty­nen­tal­nej" prak­tycz­nie unie­moż­li­wia­ją­cej han­del pol­skim zbo­żem, a dru­gim - koniecz­ność utrzy­my­wa­nia sześć­dzie­się­cio­ty­sięcz­nej armii, któ­rej znaczną część wysłano do uśmie­rza­nia nie­po­ko­jów na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim4.

Na początku 1808 roku Napo­leon był na szczy­cie zwy­cię­skiej fali, która zda­wała się nie mieć sobie rów­nych. W wieku zale­d­wie trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu lat stwo­rzył impe­rium więk­sze niż Cezar czy Karol Wielki; także Hitle­rowi ni­gdy nie udało się mu dorów­nać. Miał u stóp całą kon­ty­nen­talną Europę, władcy Rosji i Austrii stali się jego pod­le­głymi sojusz­ni­kami, a jaki­kol­wiek zbrojny opór top­niał w zetknię­ciu z bły­sko­tliwą tak­tyką bitewną. Na tro­nach euro­pej­skich zasia­dło z roz­kazu Napo­leona trzech jego braci. Wszystko wska­zy­wało na to, że Polacy sprzy­mie­rzyli się z praw­dziwą potęgą.

Słusz­ność soju­szu z Fran­cją i głę­boko zako­rze­niona wro­gość zabor­ców potwier­dziły się w kwiet­niu 1809 roku, kiedy trzy­dzie­sto­ty­sięczna armia austriacka zaata­ko­wała Księ­stwo War­szaw­skie. Habs­bur­go­wie nie mogli prze­bo­leć ist­nie­nia pań­stwa pol­skiego i posta­no­wili je znisz­czyć przed nadej­ściem fran­cu­skiej pomocy. Jed­nak zanim Austriacy zdo­łali opa­no­wać War­szawę, Ponia­tow­ski, mimo że dys­po­no­wał znacz­nie mniej­szymi siłami, zadał im duże straty, a kosz­towna i wyma­ga­jąca licz­nych oddzia­łów oku­pa­cja sto­licy uła­twiła Pola­kom dzia­ła­nie. Ponia­tow­ski okrą­żył tyły armii austriac­kiej, wkro­czył do Gali­cji i w imie­niu Napo­le­ona wyzwo­lił dawną pol­ską pro­win­cję. Kra­ków i Lwów znów nale­żały do Pol­ski. Jed­no­cze­śnie inne oddziały dowo­dzone przez Dąbrow­skiego wywa­biły Austria­ków z War­szawy i 14 maja 1809 roku poko­nały ich pod Toru­niem, wypie­ra­jąc osta­tecz­nie Habs­bur­gów za gra­nicę. W wyniku tych bitew oraz zwy­cię­stwa Napo­le­ona pod Wagram Księ­stwo War­szaw­skie zostało powięk­szone o połowę ziem zagar­nię­tych przez Austria­ków w wyniku zabo­rów.

Po raz pierw­szy od ponad stu lat pol­skie woj­ska pod pol­ską komendą poko­nały najeźdź­ców. Tak naprawdę kam­pa­nia z 1809 roku była jedyną zwy­cię­ską kam­pa­nią pol­skich sił zbroj­nych w całym XVIII i XIX wieku. Jed­nak księ­stwo, jeśli mie­rzyć je histo­ryczną miarą, było nie­wiel­kim kra­jem i bra­ko­wało mu dostępu do morza. Nale­żała do niego zale­d­wie jedna piąta ziem i 30 pro­cent popu­la­cji daw­nej Rzecz­po­spo­li­tej Obojga Naro­dów. Mimo to Księ­stwo War­szaw­skie repre­zen­to­wało serce histo­rycz­nej Pol­ski, w jego gra­ni­cach zna­la­zło się Gnie­zno, ważny ośro­dek reli­gijny, oraz dwa mia­sta sto­łeczne, War­szawa i Kra­ków. Nie­wiele ponad dzie­sięć lat po tym, jak nazwa "Pol­ska" znik­nęła z kart histo­rii, w ukła­dance zwia­stu­ją­cej przy­wró­ce­nie Rzecz­po­spo­li­tej bra­ko­wało jedy­nie rosyj­skiego kawałka.

Kru­chy sojusz rosyj­sko-fran­cu­ski legł w gru­zach, gdy 24 czerwca 1812 roku Napo­leon popro­wa­dził swoją Grande Armée na Rosję. Praw­dzi­wym powo­dem tej ofen­sywy było zapa­no­wa­nie nad całą Europą, jed­nak Napo­leon wydo­był na pierw­szy plan kwe­stię pol­ską, nazy­wa­jąc wojnę "drugą pol­ską wojną". I choć nie pod­jął żad­nych wyraź­nych zobo­wią­zań wobec Pol­ski, sze­ro­kim echem roze­szły się słowa jego rzecz­nika, księ­cia Basano: "Cał­ko­wite przy­wró­ce­nie Pol­ski było jedną z dróg do zakoń­cze­nia kon­fliktu".

Polacy, chętni do pomsty za sto lat upo­ko­rzeń i prze­ko­nani, że zwy­cię­stwo nad Rosją ozna­cza odro­dze­nie pań­stwa pol­skiego, tłum­nie zgła­szali się do fran­cu­skiej armii. Mimo że Napo­leon nie obie­cał wprost, że utwo­rzy nowe pol­skie kró­le­stwo, jego kam­pa­nia miała w powszech­nym odczu­ciu przy­wró­cić histo­ryczną wschod­nią gra­nicę Pol­ski. Ta per­spek­tywa oka­zała się nie­zwy­kle sku­tecz­nym narzę­dziem napę­dza­ją­cym pobór: w sze­ściu­set­ty­sięcz­nej Grande Armée słu­żyło sto tysięcy Pola­ków.

Gdy Fran­cuzi i ich sprzy­mie­rzeńcy prze­kro­czyli rosyj­ską gra­nicę, Alek­san­der I ogło­sił "wojnę ojczyź­nianą"5. Rosja­nie woleli nie ryzy­ko­wać spo­tka­nia z fran­cu­ską armią w otwar­tej bitwie, dla­tego zaczęli długi odwrót. Sto­so­wali przy tym tak­tykę spa­lo­nej ziemi, co utrud­niało najeźdźcy zna­le­zie­nie schro­nie­nia i żyw­no­ści. I choć po raz pierw­szy od XVII wieku pol­skie woj­ska zdo­były Smo­leńsk, rosyj­ska tak­tyka oka­zała się sku­teczna. Zanim Fran­cu­zom udało się zmu­sić Rosjan do dużej bitwy, z powodu cho­rób, głodu i strat po licz­nych drob­nych potycz­kach ubyła im połowa żoł­nie­rzy. Wielka Armia na krótko wkro­czyła do Moskwy, jed­nak Rosja­nie nie zwa­żali na straty i nie prze­ry­wali oporu. W końcu 19 paź­dzier­nika 1812 roku Napo­leon zarzą­dził odwrót, a dwa tygo­dnie póź­niej spadł pierw­szy śnieg.

Rosyj­ska wyprawa Napo­le­ona oka­zała się kata­strofą; z ponad pół miliona żoł­nie­rzy, któ­rzy wkro­czyli na rosyj­skie tery­to­rium, do domu wró­ciło nie­całe czter­dzie­ści tysięcy. Mimo osta­tecz­nej klę­ski Polacy spi­sali się świet­nie; przy­naj­mniej mieli tę satys­fak­cję, że powró­cili z Rosji ze wszyst­kimi sztan­da­rami i całą arty­le­rią, co nie udało się żad­nym innym oddzia­łom. Jed­nak pol­skie woj­sko wyco­fało się za Napo­le­onem daleko na zachód, pozo­sta­wia­jąc Księ­stwo War­szaw­skie bez ochrony. W lutym 1813 roku rosyj­skie oddziały wkro­czyły do War­szawy. Pru­sacy i Austriacy pospiesz­nie wypo­wie­dzieli sojusz z Fran­cją i naje­chali bez­bronne księ­stwo. I choć kilka odosob­nio­nych twierdz bro­niło się pra­wie przez rok, zaborcy znów pogrze­bali pań­stwo pol­skie, na krótko eks­hu­mo­wane przez Napo­le­ona.

Wro­go­wie fran­cu­skiego cesa­rza, ośmie­leni jego porażką w Rosji, zawią­zali tak zwaną szó­stą koali­cję. Tym razem wszyst­kie naj­więk­sze potęgi Europy, czyli Rosja, Prusy, Austria i Wielka Bry­ta­nia, sprzy­mie­rzyły się prze­ciwko nęka­nej kło­po­tami Fran­cji. W paź­dzier­niku 1813 roku pod Lip­skiem roze­grała się "bitwa naro­dów" - naprze­ciw trzy­stu­ty­sięcz­nej armii sprzy­mie­rzo­nych sta­nęła o połowę mniej liczna armia fran­cu­ska. Napo­leon został poko­nany, a jego woj­sko ponio­sło ogromne straty. Wśród zabi­tych był też pol­ski boha­ter Józef Ponia­tow­ski, który na dzień przed bitwą jako jedyny cudzo­zie­miec otrzy­mał buławę fran­cu­skiego mar­szałka. Ponia­tow­ski zgi­nął, osła­nia­jąc odwrót Fran­cu­zów - uto­nął, gdy pró­bo­wał prze­pły­nąć Elsterę, fran­cu­scy żoł­nie­rze bowiem, żeby umoż­li­wić sobie ucieczkę, zbyt wcze­śnie znisz­czyli most.

19 marca 1814 roku Rosja­nie zajęli sto­licę Fran­cji. Uli­cami mia­sta prze­szła trium­falna parada, na któ­rej czele jechał Alek­san­der I. Napo­leon abdy­ko­wał 6 kwiet­nia 1814 roku, co ozna­czało koniec fran­cu­skiej domi­na­cji w Euro­pie. Zwy­cię­scy sojusz­nicy oka­zali wiel­ko­dusz­ność, ska­zu­jąc byłego cesa­rza jedy­nie na wygna­nie. Uwa­żali, że Napo­leon ni­gdy nie wróci z Elby, małej wyspy leżą­cej 20 kilo­me­trów od wybrzeża Włoch.

Współ­praca Pol­ski z Fran­cją zakoń­czyła się kata­strofą, jed­nak wojny napo­le­oń­skie odci­snęły w ser­cach pol­skich patrio­tów nie­za­tarty ślad. Można wręcz powie­dzieć, że Polacy ule­gli cza­rowi napo­le­oń­skiej legendy znacz­nie bar­dziej niż sami Fran­cuzi6. Po stu latach nie­obec­no­ści na polach bitew­nych, nie licząc źle zor­ga­ni­zo­wa­nych powstań, Polacy mogli poka­zać odwagę i siłę cha­rak­teru w obli­czu naj­lep­szych ówcze­snych armii. W kam­pa­nii z 1812 roku pol­skie oddziały pierw­sze wkro­czyły na rosyj­skie tery­to­rium i ostat­nie je opu­ściły.

Alek­san­der I oka­zał się zaska­ku­jąco wiel­ko­duszny dla wete­ra­nów, być może usza­no­wał prośbę Napo­le­ona, by potrak­to­wać Pola­ków łagod­nie. Wyra­ził uzna­nie dla pol­skich wojsk za ich "hono­rową służbę" i zapro­po­no­wał usta­no­wie­nie w byłym Księ­stwie War­szaw­skim wła­dzy Roma­no­wów, oczy­wi­ście pod rosyj­skim pro­tek­to­ra­tem. Ogło­szono amne­stię, po któ­rej pol­scy żoł­nie­rze mogli wró­cić do "Pol­ski" wraz z armią rosyj­ską i albo pozo­stać w car­skim woj­sku, albo udać się do domów.

Nie­długo po zakoń­cze­niu walk car obwie­ścił zamiar usta­no­wie­nia auto­no­micz­nego pań­stwa pol­skiego, rzą­dzo­nego na pod­sta­wie kon­sty­tu­cji, a nawet wspo­mniał, że pew­nego dnia Pol­ska wróci do swo­ich gra­nic z 1772 roku. Przez kolejne dwa lata, gdy zwy­cię­skie mocar­stwa zasta­na­wiały się nad losem Księ­stwa War­szaw­skiego, było ono admi­ni­stro­wane przez Rosjan. Alek­san­der tole­ro­wał ist­nie­nie senatu, lokal­nych sądów, a nawet mają­cego pewne upraw­nie­nia Komi­tetu Cen­tral­nego zło­żo­nego z Pola­ków.

Na kon­gre­sie wie­deń­skim zwo­ła­nym we wrze­śniu 1814 roku w celu wyzna­cze­nia kształtu pona­po­le­oń­skiej Europy przy­wódcy zwy­cię­skich mocarstw mieli usta­lić warunki trwa­łego pokoju i wyzna­czyć "pra­wo­wi­tych wład­ców". Rosji, Austrii, Pru­som i Anglii bar­dziej zale­żało na stwo­rze­niu sta­bil­nego sys­temu państw niż na uka­ra­niu Fran­cji. Wytrawni dyplo­maci wie­dzieli, że rów­no­waga sił, w któ­rej żadne pań­stwo nie jest zdolne do pod­boju innych, zmniej­sza praw­do­po­do­bień­stwo powszech­nej wojny czy poja­wie­nia się kolej­nego Robe­spierre'a lub Napo­le­ona.

Nie­stety, pomy­słu usta­no­wie­nia legal­nej wła­dzy i rów­no­wagi sił nie dało się pogo­dzić z pla­nami usu­nię­cia Pol­ski z rodziny państw. Przy­wró­ce­nie Pol­ski do życia było nie tylko kwe­stią dzie­jo­wej spra­wie­dli­wo­ści, ale też nie­zbęd­nym ele­men­tem poko­jo­wej Europy. Prze­bie­gły fran­cu­ski mini­ster Tal­ley­rand ujął to w pro­stych sło­wach: "Rów­no­waga sił została znisz­czona w 1772 roku (przez pierw­szy roz­biór Pol­ski). Powrót do roku 1772 pozwoli nam myśleć o jej przy­wró­ce­niu".

Oczy­wi­ście nie dało się cof­nąć czasu o czter­dzie­ści lat. Nie­szczę­ściem Pol­ski było to, że o jej losie miały decy­do­wać potęgi odpo­wie­dzialne za jej zagładę. Do tego przed­sta­wi­ciele poszcze­gól­nych państw mieli zupeł­nie odmienne pomy­sły co do przy­szło­ści pol­skich ziem i przez kilka mie­sięcy, mimo prze­dłu­ża­ją­cych się nego­cja­cji, nie udało im się wypra­co­wać żad­nego poro­zu­mie­nia. Dys­ku­sja była tak gorąca, że w pew­nym momen­cie Austria, Fran­cja i Wielka Bry­ta­nia z obawy przed wzmoc­nie­niem Rosji zawią­zały nowy sojusz, gro­żąc wypo­wie­dze­niem wojny, jeśli ich żąda­nia nie zostaną speł­nione.

Jed­nak w marcu 1815 roku, gdy Napo­leon uciekł z Elby i powró­cił do Fran­cji, sojusz­ni­ków zaprząt­nęły zupeł­nie inne sprawy. Anty­na­po­le­oń­ska koali­cja ponow­nie się zacie­śniła i 18 czerwca 1815 roku w decy­du­ją­cej bitwie pod Water­loo poko­nała mniej liczną armię fran­cu­ską. Napo­leon znów musiał się udać na wygna­nie, tym razem na wul­ka­niczną Wyspę Świę­tej Heleny, gdzie zmarł w 1821 roku w sto­sun­kowo mło­dym wieku pięć­dzie­się­ciu jeden lat.

Po "stu dniach" Napo­le­ona euro­pej­scy dyplo­maci sku­pili uwagę na kon­gre­sie wie­deń­skim. Paląca pol­ska kwe­stia zna­la­zła kom­pro­mi­sowe roz­wią­za­nie: utwo­rzono auto­no­miczne, ale kon­tro­lo­wane przez Rosję, Kon­gre­sowe Kró­le­stwo Pol­skie (nazwane tak ze względu na kon­gres wie­deń­ski), które skła­dało się z ziem zagar­nię­tych przez Prusy i Austrię w trze­cim roz­bio­rze. Reszta tery­to­riów daw­nej Rzecz­po­spo­li­tej Obojga Naro­dów została sztucz­nie podzie­lona. Pru­som przy­pa­dły zie­mie zagar­nięte w pierw­szym roz­bio­rze, okręg poznań­ski (będący teraz na wpół auto­no­micz­nym Księ­stwem Poznań­skim) oraz Gdańsk. Austria otrzy­mała Gali­cję wraz z jej sto­licą Lwo­wem, zie­mie uzy­skane w wyniku pierw­szego roz­bioru prze­mia­no­wane ofi­cjal­nie na Kró­le­stwo Gali­cji i Lodo­me­rii. Rosja, poza Kró­le­stwem Kon­gre­so­wym, zacho­wała zachod­nie guber­nie (jed­nostki admi­ni­stra­cyjne w impe­rium rosyj­skim), będące wschod­nimi kre­sami daw­nej Rzecz­po­spo­li­tej i obej­mu­jące dzi­siej­szą Litwę, Bia­ło­ruś i Ukra­inę. Sym­bo­licz­nym gestem przy­wró­ce­nia wol­no­ści w Euro­pie Wschod­niej było utwo­rze­nie Rzecz­po­spo­li­tej Kra­kow­skiej pod pro­tek­to­ra­tem trzech mocarstw.

Przed woj­nami napo­le­oń­skimi Prusy i Austria prze­jęły nie­mal wszyst­kie tery­to­ria zamiesz­kane przez lud­ność etnicz­nie pol­ską. Po kon­gre­sie wie­deń­skim tereny uwa­żane za histo­ryczne serce Pol­ski przy­pa­dły Rosji. Z tej przy­czyny przez kolejne sto lat walka o nie­pod­le­głość skie­ro­wana była przede wszyst­kim prze­ciwko cara­towi.

Nowe Kró­le­stwo Pol­skie, o jedną trze­cią mniej­sze od Księ­stwa War­szaw­skiego, sta­no­wiło zale­d­wie jedną siódmą daw­nej Rzecz­po­spo­li­tej Obojga Naro­dów, ale przy­naj­mniej było auto­no­micz­nym pań­stwem mają­cym w nazwie przy­miot­nik "pol­skie". Pod wzglę­dem tery­to­rial­nym było naj­mniej­szym pol­skim bytem pań­stwo­wym. Nie ist­niało też długo - szes­na­ście lat póź­niej zostało prak­tycz­nie wchło­nięte przez Rosję. Jed­nak na jego tery­to­rium żyło naj­więk­sze sku­pi­sko Pola­ków na świe­cie, dla­tego na następne stu­le­cie kró­le­stwo stało się głów­nym ośrod­kiem aspi­ra­cji naro­do­wych. W świa­do­mo­ści Zachodu, nie­zna­ją­cego dum­nej pol­skiej prze­szło­ści, Kró­le­stwo Kon­gre­sowe było tym samym co Pol­ska.

Słowa mar­szałka Mokro­now­skiego bar­dzo przy­po­mi­nają wypo­wiedź Patricka Henry'ego w izbie niż­szej par­la­mentu Wir­gi­nii w 1775: "Daj­cie mi wol­ność albo śmierć!" (przyp. aut.). [wróć]

W dłu­giej histo­rii Pol­ski żaden z jej kró­lów nie został zamor­do­wany - w zama­chach ginęli rosyj­scy caro­wie, euro­pej­scy władcy, osmań­scy suł­ta­no­wie i ame­ry­kań­scy pre­zy­denci. Naj­bli­żej do takiego występku było w 1481, kiedy opła­ceni przez cara Litwini zamie­rzali zabić Kazi­mie­rza Jagiel­loń­czyka, lecz spi­sek szybko wykryto (przyp. aut.). [wróć]

Cyt. za: http://agad.gov.pl/?page_id=1675. [wróć]

Napo­le­oń­ska blo­kada kon­ty­nen­talna miała zaszko­dzić bry­tyj­skiej gospo­darce poprzez boj­kot angiel­skich towa­rów. Han­del można było pro­wa­dzić jedy­nie z Fran­cją i jej sojusz­ni­kami (przyp. aut.). [wróć]

Sta­lin wyko­rzy­stał to okre­śle­nie pod­czas II wojny świa­to­wej, nazy­wa­jąc walki na fron­cie wschod­nim "wielką wojną ojczyź­nianą" (przyp. aut.). [wróć]

Dowo­dem na to twier­dze­nie może być fakt, że Pol­ska jest jedy­nym kra­jem, który przy­wo­łuje Napo­le­ona w swoim hym­nie naro­do­wym (przyp. aut.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wstęp

Wstęp

Zaczęło się wła­ści­wie nie­win­nie. Prze­czy­taw­szy wiele ksią­żek o obu woj­nach świa­to­wych i uznaw­szy, że w pew­nym sen­sie rela­cjo­nują one jeden ciąg zda­rzeń, zain­te­re­so­wa­łem się Europą mię­dzy­wo­jenną. Mia­łem wie­dzę o powsta­niu nie­miec­kiej par­tii nazi­stow­skiej, o poli­tyce ustępstw i rewi­zjo­ni­zmie przy­ję­tym przez wiele państw zachod­nich czy o dyk­ta­tu­rze Sta­lina w Rosji, jed­nak nie wie­dzia­łem dokład­nie, co się wtedy działo w Euro­pie Wschod­niej, i uwa­ża­łem to za mniej ważne. Moje pierw­sze próby lep­szego zro­zu­mie­nia histo­rii tam­tej czę­ści świata wyni­kły z zain­te­re­so­wa­nia kon­fe­ren­cją poko­jową w Paryżu, na któ­rej po upadku czte­rech impe­riów - nie­miec­kiego, austro-węgier­skiego, rosyj­skiego i osmań­skiego - pró­bo­wano wyło­nić "nowe" pań­stwa euro­pej­skie. Zauwa­ży­łem wów­czas, że cho­ciaż roz­wią­za­nia doma­gało się wiele skom­pli­ko­wa­nych kwe­stii - takich jak nacjo­na­lizm etniczny kon­tra oby­wa­tel­ski, samo­sta­no­wie­nie państw i zgod­ność tego pro­cesu z pra­wem - naj­więk­szym pro­ble­mem dla kra­jów zachod­nich była tak zwana kwe­stia pol­ska. Nie spro­wa­dzała się ona, jak począt­kowo sądzi­łem, do drob­nych spo­rów tery­to­rial­nych, lecz była uzna­wana za fun­da­ment sta­bil­nej Europy. To spo­strze­że­nie roz­bu­dziło moją cie­ka­wość. I gdy bar­dziej zagłę­bi­łem się w temat, ze zdu­mie­niem odkry­łem, że przez całe wieki Pol­ska była potęgą na obrze­żach zachod­niej cywi­li­za­cji i wie­lo­krot­nie oca­liła Europę przed obcą domi­na­cją. Jed­nak wsku­tek zagma­twa­nego splotu oko­licz­no­ści, na który zło­żyło się przed­kła­da­nie praw nad obo­wiązki, nie­chęć do wła­dzy cen­tral­nej oraz kon­flikty wewnętrzne, Pol­ska utra­ciła zdol­ność samo­obrony. W 1795 roku, po trze­cim i ostat­nim roz­bio­rze, została wchło­nięta przez sąsia­dów: Niem­ców (czyli Prusy i Austrię) oraz Rosję. Po I woj­nie świa­to­wej Pol­skę przy­wró­cono do życia, bo tylko silna Pol­ska - o czym wie­dzieli uczest­nicy kon­fe­ren­cji pary­skiej - mogła powstrzy­mać nie­miecki marsz na wschód i rosyj­ski na zachód, słu­żąc jako bufor mię­dzy dwoma zachłan­nymi impe­riami i przy­czy­nia­jąc się do sta­bil­no­ści w Euro­pie. Oczy­wi­ście usta­le­nia trak­tatu wer­sal­skiego roz­sy­pały się w pył, kiedy w 1939 roku Niemcy i Rosja doko­nały kolej­nego roz­bioru Pol­ski. Komu­nizm i nazizm naro­dziły się w XX wieku, ale pod wie­loma wzglę­dami powie­lały wzorce swo­ich impe­rial­nych przod­ków, patrząc łako­mym wzro­kiem na bogate zasoby natu­ralne pań­stwa pol­skiego, mogące zapew­nić im sta­tus wiel­kich mocarstw.

Pro­wa­dząc swoje bada­nia, natkną­łem się na osobę Józefa Pił­sud­skiego (1867-1935), przy­wódcę pań­stwa pol­skiego po I woj­nie świa­to­wej. Na pod­sta­wie krót­kich wzmia­nek w ogól­nie dostęp­nych pra­cach wyro­bi­łem sobie obraz Pił­sud­skiego jako małego dyk­ta­tora trze­cio­li­go­wego pań­stwa, tym­cza­sem oka­zało się, że ten ener­giczny, nie­zwy­kle inte­re­su­jący czło­wiek jest ważną posta­cią histo­ryczną. Mię­dzy­wo­jenna Pol­ska była jego dzie­łem, a jego życie dałoby się opi­sać jako nie­zwy­kłe połą­cze­nie losów Robin Hooda i Geo­rge'a Washing­tona. Uro­dził się jako pol­ski patriota w cza­sach, gdy Pol­ska nie ist­niała, w mło­do­ści był wro­giem pań­stwa, a w dru­giej poło­wie życia - głową pań­stwa. Jego losy są jak barwna powieść pełna awan­tur­ni­czych przy­gód: Pił­sud­ski dzia­łał w rewo­lu­cyj­nym pod­zie­miu, został zesłany na Sybe­rię, uciekł z wię­zie­nia, napa­dał na pociągi, a to nie jest cała lista jego wyczy­nów. I wojnę świa­tową zaczął jako ofi­cer w austriac­kiej armii, a skoń­czył w nie­miec­kim wię­zie­niu. Wyszedł na wol­ność w samą porę: w listo­pa­dzie 1918 roku powo­łał do życia pań­stwo pol­skie. A w 1920 roku obro­nił je przed bol­sze­wicką nawałą, nie tylko oca­la­jąc pol­ską suwe­ren­ność, ale też zapewne chro­niąc Europę przed zale­wem komu­ni­zmu. Będąc naj­więk­szym pol­skim boha­te­rem, mężem stanu, cenio­nym dowódcą woj­sko­wym, w 1923 roku wyco­fał się na eme­ry­turę i prze­ka­zał wła­dzę demo­kra­tycz­nie wybra­nemu rzą­dowi, by trzy lata póź­niej go oba­lić w woj­sko­wym zama­chu stanu. Jego póź­niejsze auto­ry­tarne rządy, choć nie tak opre­syjne jak w sąsied­nich pań­stwach tota­li­tar­nych, wyda­wały się zdradą wobec "roman­tycz­nej" mło­do­ści, jed­nak można je zro­zu­mieć jedy­nie w kon­tek­ście zło­żo­nej pol­skiej histo­rii i uwa­run­ko­wań geo­po­li­tycz­nych. Będąc tak­tycz­nym reali­stą, Pił­sud­ski wypra­co­wał twardą poli­tykę zagra­niczną, dzięki któ­rej Pol­ska zna­la­zła się na czo­ło­wym miej­scu w mię­dzy­na­ro­do­wej dyplo­ma­cji, i jako jedyny umiał się prze­ciw­sta­wić zarówno Sta­li­nowi, jak i Hitle­rowi. Zmarł w 1935 roku, ale przed śmier­cią prze­wi­dział wybuch wojny i jej skutki, tak samo jak prze­wi­dział I wojnę świa­tową i jej następ­stwa. Nie­stety, jego intu­icja nie oca­liła Pol­ski przed kolej­nym pół­wie­czem obcych rzą­dów.

Kiedy "odkry­łem" Pił­sud­skiego, zaczą­łem się roz­glą­dać za jego bio­gra­fiami, jed­nak prze­ko­na­łem się, że dostępne prace są albo za mało wyczer­pu­jące, albo powstały z myślą o czy­tel­niku dobrze zna­ją­cym histo­rię Pol­ski. Oczy­wi­ście ist­nieje wiele bio­gra­fii Pił­sud­skiego, jed­nak są one bar­dzo subiek­tywne, co zapewne wynika z faktu, że jak każda wielka postać był albo kochany, albo znie­na­wi­dzony i na ogół budził w ludziach skrajne emo­cje. Jego wiel­bi­ciele upra­wiali hagio­gra­ficzny kult boha­tera i tuszo­wali wady. Z kolei książki pisane przez wro­gów, zwłasz­cza przez Rosjan, któ­rzy ni­gdy nie wyba­czyli mu nie­od­pła­co­nej klę­ski, pomniej­szają jego zasługi albo je w ogóle pomi­jają. Moim zda­niem wśród anglo­ję­zycz­nych pozy­cji naj­lep­szą przy­chylną Pił­sud­skiemu bio­gra­fią jest dzieło jego żony Alek­san­dry Pił­sud­skiej Pil­sud­ski: A Bio­gra­phy, które choć głów­nie pod­kre­śla jego zalety, jed­no­cze­śnie dostar­cza wielu inte­re­su­ją­cych szcze­gó­łów. Spo­śród póź­niej­szych bio­gra­fii Pił­sud­skiego naj­lep­sza jest chyba książka Wacława Jędrze­je­wi­cza Pił­sud­ski: A Life for Poland (1982). Jed­nak autor za mało uwagi poświęca w niej latom, które ukształ­to­wały Pił­sud­skiego, a o ambit­nych pla­nach utwo­rze­nia fede­ra­cji, zło­żo­nych kwe­stiach doty­czą­cych wojny pol­sko-bol­sze­wic­kiej i o zama­chu stanu wspo­mina jedy­nie w pod­su­mo­wa­niu (co było zapewne roz­sąd­nym kom­pro­mi­sem mię­dzy szcze­gó­ło­wo­ścią książki a jej obję­to­ścią). Z kolei książka Józef Pił­sud­ski 1867-1935 Andrzeja Gar­lic­kiego dostar­cza wielu szcze­gó­łów z życia Pił­sud­skiego i pozwala zro­zu­mieć jego poli­tykę, jed­nak skła­nia się ku punk­towi widze­nia obo­wią­zu­ją­cemu w socja­li­stycz­nej Pol­sce. Na przy­kład autor poświę­cił tylko kilka aka­pi­tów "Cudowi nad Wisłą", zaska­ku­ją­cemu zwy­cię­stwu Pola­ków nad Armią Czer­woną w 1920 roku. Był to naj­więk­szy pol­ski suk­ces mili­tarny od czasu odsie­czy wie­deń­skiej z 1683 roku i praw­do­po­dob­nie naj­więk­sze osią­gnię­cie Pił­sud­skiego.

Ist­nieje kilka zna­ko­mi­tych ksią­żek opi­su­ją­cych nie­które aspekty życia Pił­sud­skiego, jak choćby War­szawa 1920: Nie­udany pod­bój Europy Adama Zamoy­skiego (2008), Orzeł Biały, Czer­wona Gwiazda: Wojna pol­sko-bol­sze­wicka 1919-1920 Nor­mana Daviesa (1972), Joseph Pil­sud­ski: A Euro­pean Fede­ra­list M.K. Dzie­wa­now­skiego (1969), Pil­sud­ski's Coup d'état Jose­pha Roth­schilda (1966) czy Gorzka chwała: Pol­ska i jej los 1918-1939 Richarda Watta (1979), lecz wszyst­kie te publi­ka­cje sku­piają się na kon­kret­nych tema­tach i nie są bio­gra­fiami.

Główną prze­szkodą dla zwy­kłego czy­tel­nika jest fakt, że pozo­stałe bio­gra­fie nie zawie­rają, przy­naj­mniej moim zda­niem, wystar­cza­ją­cego tła histo­rycz­nego, ponie­waż zostały napi­sane dla pol­skiego odbiorcy. Ale żeby zro­zu­mieć Pił­sud­skiego, trzeba zro­zu­mieć histo­rię Pol­ski. Pre­zy­dent Ignacy Mościcki dostrzegł ten fun­da­men­talny zwią­zek, mówiąc w orę­dziu po śmierci Pił­sud­skiego: "Ten naj­więk­szy na prze­strzeni całej naszej histo­rii czło­wiek, z głębi dzie­jów minio­nych moc swego ducha czer­pał". Ist­nieje oczy­wi­ście wiele zna­ko­mi­tych ksią­żek o histo­rii Pol­ski, mię­dzy innymi Wła­sną drogą: Oso­bliwe dzieje Pola­ków i ich kul­tury Adama Zamoy­skiego (2006) czy dwu­to­mowe dzieło Nor­mana Daviesa Boże igrzy­sko (2005), jed­nak skom­pli­ko­wany kon­tekst histo­ryczny nie zna­lazł odpo­wied­niego miej­sca we wcze­śniej­szych bio­gra­fiach Pił­sud­skiego lub został w nich potrak­to­wany bar­dzo skró­towo. Osa­dze­nie życia mar­szałka w odpo­wied­nich ramach wyma­gało napi­sa­nia znacz­nie obszer­niej­szej książki, jed­nak jestem prze­ko­nany, że dzięki temu opo­wieść o Pił­sud­skim jest bar­dziej zro­zu­miała, cie­kaw­sza i lepiej powią­zana ze zna­nymi wyda­rze­niami histo­rycznymi.

Popy­chany mie­sza­niną cie­ka­wo­ści i fru­stra­cji, nie wie­dząc, co taki wysi­łek ozna­cza, zabra­łem się do pisa­nia wyczer­pu­ją­cej jed­no­to­mo­wej bio­gra­fii Pił­sud­skiego, sta­ra­jąc się - o ile to moż­liwe - zacho­wać bez­stron­ność oraz uka­zać kon­tekst histo­ryczny w spo­sób zro­zu­miały dla czy­tel­ni­ków mają­cych nie­wielką wie­dzę na temat histo­rii Pol­ski i Europy Wschod­niej. Fakt, że przed roz­po­czę­ciem tego przed­się­wzię­cia mało wie­dzia­łem o Pol­sce i Pił­sud­skim, oka­zał się korzystny, jako że nie mia­łem żad­nych wstęp­nych uprze­dzeń ani utrwa­lo­nych prze­ko­nań. Pięć lat, setki źró­deł i dwie podróże do Pol­ski - w końcu Nie­złomny mógł się uka­zać dru­kiem.

Moja książka jest nie tylko bio­gra­fią inte­re­su­ją­cej postaci histo­rycz­nej, ale też klu­czem do zro­zu­mie­nia jed­nego z naj­bar­dziej fascy­nu­ją­cych i mało zna­nych frag­men­tów histo­rii Europy. Pozwala jaśniej zoba­czyć przy­czyny wybu­chu II wojny świa­to­wej oraz pojąć pro­blemy współ­cze­snej Europy. Na przy­kład osoby, które znają prze­bieg kon­fliktu pol­sko-bol­sze­wic­kiego i sporo wie­dzą o zawod­no­ści daw­nych zachod­nich soju­szy, z łatwo­ścią zro­zu­mieją, dla­czego Pol­skę tak zanie­po­ko­iło odstą­pie­nie od utwo­rze­nia tar­czy anty­ra­kie­to­wej w 2009 roku. Innym przy­kładem poka­zu­ją­cym wpływ prze­szło­ści na dzień dzi­siej­szy są słowa pre­miera Rosji Wła­di­mira Putina po kata­stro­fie samo­lo­to­wej, w któ­rej w kwiet­niu 2010 roku zgi­nęła 96-oso­bowa pol­ska dele­ga­cja zmie­rza­jąca na obchody sie­dem­dzie­sią­tej rocz­nicy mordu w Katy­niu. Putin wyra­ził wtedy swoje kon­do­len­cje, lecz potem dodał mało dyplo­ma­tycz­nie, że kata­strofa mogła być zemstą losu za okru­cień­stwa, któ­rych Polacy dopusz­czali się pod­czas wojny pol­sko-bol­sze­wic­kiej w 1920 roku. To prawda, że zgi­nęło wów­czas wielu sowiec­kich żoł­nie­rzy, jed­nak nie zostali roz­strze­lani tak jak ci w Katy­niu, lecz pole­gli w walce. Więk­szość z nich stra­ciła życie pod­czas dra­ma­tycz­nego manewru okrą­ża­ją­cego, któ­rym dowo­dził sam Pił­sud­ski. Ów manewr odwró­cił prze­bieg wojny, zapo­bie­ga­jąc komu­ni­stycz­nej rewo­lu­cji w powo­jen­nej Euro­pie. Sowieci, a zwłasz­cza Sta­lin, który oso­bi­ście doświad­czył tej klę­ski, ni­gdy nie wyba­czyli Pola­kom ani Pił­sud­skiemu. Ta wro­gość widoczna jest nawet dzi­siaj, kil­ka­dzie­siąt lat po upadku komu­ni­zmu.

Nie mam wykształ­ce­nia histo­rycz­nego, jed­nak histo­ria zawsze mnie fascy­no­wała, a jako geo­log potra­fię pod­dać oce­nie dużą ilość infor­ma­cji i zin­ter­pre­to­wać je w spo­sób spójny i logiczny. W geo­logii pre­miuje się rze­tel­ność, a nie tylko kre­atyw­ność - tą samą filo­zo­fią kie­ro­wa­łem się, pisząc książkę. W moich żyłach nie pły­nie pol­ska krew, jed­nak zaczą­łem doce­niać Pił­sud­skiego i Pola­ków z żar­li­wo­ścią neo­fity. Mam nadzieję, że moja książka posze­rzy wie­dzę o boga­tym pol­skim dzie­dzic­twie i wkła­dzie Pol­ski do zachod­niej cywi­li­za­cji.

Roz­dział 1. Cyta­dela

Roz­dział 1

Cyta­dela

Widzę oczka dzie­cinne, które patrzą ze zdu­mie­niem, że mogły być takie czasy, gdy wię­zie­nie, a więc to, co jest upo­ko­rze­niem czło­wieka, to, co go przy­bija do ziemi - drgnię­cia zapału w nas jesz­cze budzi, oczy zapala, uśmie­chem lica krasi1.

Józef Pił­sud­ski, 1925

War­szaw­ska Cyta­dela miała zło­wiesz­czą repu­ta­cję naj­le­piej pil­no­wa­nego wię­zie­nia w car­skiej Rosji. Zbu­do­wana przez cara Miko­łaja I po powsta­niu listo­pa­do­wym (1830-1831), wzno­siła się nad brze­giem Wisły na obrze­żach mia­sta. W 1900 roku War­szawa nale­żała do Rosji, gdyż w 1795 w wyniku trze­ciego roz­bioru Pol­ska prze­stała ist­nieć jako samo­dzielne pań­stwo2. Wię­zienny kom­pleks zaj­mo­wał powierzch­nię ponad trzy­dzie­stu sze­ściu hek­ta­rów. Żeby wyty­czyć teren pod jego budowę, Rosja­nie cał­ko­wi­cie znisz­czyli gęsto zalud­niony frag­ment mia­sta, burząc wszyst­kie domy i wyrzu­ca­jąc pięt­na­ście tysięcy ludzi na bruk. Jakby tego było mało, oko­liczni miesz­kańcy, także ci, któ­rych wysie­dlono, musieli zapła­cić za ten wzno­szony na ich oczach ponury sym­bol car­skiego uci­sku. Z wyso­kich murów jeżyły się setki dział wyce­lo­wa­nych nie tylko w prze­prawę przez rzekę. War­szaw­ska Cyta­dela róż­niła się od wielu innych twierdz tym, że zamiast chro­nić miesz­kań­ców leżą­cego pod nią mia­sta, miała wymie­rzać im kary za prze­jawy nie­po­słu­szeń­stwa.

W obrę­bie Cyta­deli znaj­do­wało się dzie­więć masyw­nych budyn­ków, w któ­rych sta­cjo­no­wał rosyj­ski gar­ni­zon. W dzie­sią­tym urzą­dzono naj­su­row­sze wię­zie­nie świata - kaza­maty ukryte w twier­dzy obsa­dzo­nej przez woj­sko oku­pa­cyjne. W słabo oświe­tlo­nych celach wię­ziono i mor­do­wano kolejne poko­le­nia pol­skich patrio­tów - z tego powodu nazy­wano to miej­sce "twier­dzą męczen­ni­ków". Żela­zne kraty i grube mury spar­tań­skich cel X Pawi­lonu sta­no­wiły zale­d­wie począ­tek tego, z czym musiałby się zmie­rzyć myślący o ucieczce wię­zień. Przy każ­dym wej­ściu i wyj­ściu stali uzbro­jeni żoł­nie­rze. W dzień i w nocy kory­ta­rze patro­lo­wali straż­nicy, któ­rzy czę­sto spraw­dzali cele, budząc więź­niów jaskra­wym świa­tłem latarni. Drzwi celi miały małe otwory z roz­sze­rza­ją­cymi się ku wnę­trzu ostrymi kra­wę­dziami, pozwa­la­jące straż­ni­kom obser­wo­wać całe pomiesz­cze­nie, a więź­niom ogra­ni­cza­jące pole widze­nia. Nie dało się ni­gdzie ukryć, nie można było liczyć choć na chwilę samot­no­ści. Nawet gdyby ktoś zdo­łał się wydo­stać z wię­zien­nego budynku, musiałby jesz­cze poko­nać zamiesz­kany przez pięć tysięcy rosyj­skich żoł­nie­rzy labi­rynt żela­znych bram i naje­żo­nych kol­cami ogro­dzeń. Za murami Cyta­deli konne patrole czuj­nie wypa­try­wały krnąbr­nych ska­zań­ców. Przez dwa­dzie­ścia sie­dem lat uwię­ziono tu tysiące Pola­ków, żad­nemu nie udało się uciec.

Wszystko wska­zy­wało na to, że Józef Pił­sud­ski jest kolej­nym więź­niem, który pod­jął bez­na­dziejną walkę o nie­pod­le­głość Pol­ski. Aresz­to­wano go 22 lutego 1900 roku, a potem przez pra­wie rok prze­trzy­my­wano w osła­wio­nym X Pawi­lo­nie w celi numer 39 prze­zna­czo­nej dla naj­bar­dziej nie­po­praw­nych więź­niów poli­tycz­nych. Sie­dząc w wąskim kar­ce­rze o bie­lo­nych ścia­nach, w któ­rym stało znisz­czone żela­zne łóżko, drew­niany stół i krze­sło, Pił­sud­ski mógł się spo­dzie­wać jedy­nie zsyłki na Sybe­rię. Zbli­ża­jący się pro­ces poka­zowy miał być for­mal­no­ścią. Jako trzy­dzie­sto­dwu­la­tek Pił­sud­ski miał już za sobą pię­cio­let­nie zesła­nie na Sybe­rii. Ska­zano go wtedy w sfin­go­wa­nym pro­cesie, wymie­rza­jąc karę zaska­ku­jąco niską jak na car­skie stan­dardy - Rosjan powstrzy­mała zapewne świa­do­mość, że jego jedyną winą była nie­umie­jęt­ność oceny sytu­acji.

Jed­nak ostat­nia zbrod­nia Pił­sud­skiego nie budziła wąt­pli­wo­ści. Schwy­tano go na gorą­cym uczynku pod­czas dru­ko­wa­nia rewo­lu­cyj­nej gazety, dla­tego nie mógł liczyć na pobłaż­li­wość. Czło­wiek mniej­szego for­matu zapewne by zagi­nął, wessany przez zawiły sys­tem rosyj­skiego wię­zien­nic­twa. Jed­nak Pił­sud­ski, wspie­rany z zewnątrz przez nie­liczną, ale oddaną grupę współ­pra­cow­ni­ków, pla­no­wał ucieczkę. Suk­ces był mało praw­do­po­dobny, wyma­gał cier­pli­wo­ści, uporu i szczę­ścia.

Pierw­szą poważną prze­szkodą w opra­co­wa­niu tego planu, nie mówiąc już o wpro­wa­dze­niu go w życie, był brak moż­li­wo­ści taj­nej wymiany infor­ma­cji. Na odwie­dza­nie więź­niów pozwa­lano rzadko, a wszyst­kie spo­tka­nia odby­wały się pod czuj­nym okiem straż­ni­ków. Wię­zień i jego gość sie­dzieli parę metrów od sie­bie, oddzie­leni dwiema gęstymi kra­tami, co wyklu­czało prze­ka­zy­wa­nie listów. Zresztą noto­ryczni prze­stępcy, do któ­rych zali­czał się Pił­sud­ski, i tak byli tego przy­wi­leju pozba­wieni.

W innych wię­zie­niach grypsy ukry­wano w jedze­niu, zaszy­wano w ubra­niu, wkle­jano do ksią­żek albo szy­fro­wano tajne infor­ma­cje w zwy­kłej kore­spon­den­cji. W Cyta­deli żadna z tych moż­li­wo­ści nie wcho­dziła w grę. Przy­cho­dzące paczki dokład­nie prze­szu­ki­wano i z reguły odsy­łano do nadawcy. Każdy list czy poda­rek, jeśli już dotarł do szczę­śli­wego ska­zańca, był pozba­wiony jakiej­kol­wiek uży­tecz­nej infor­ma­cji. Osoba przy­ła­pana na prze­sy­ła­niu podej­rza­nych mate­ria­łów, bez względu na ich wagę, ryzy­ko­wała osa­dze­nie w Cyta­deli.

Ale choć ucieczka wyda­wała się nie­moż­liwa, pra­co­wało nad nią grono nie­zmor­do­wa­nych zapa­leń­ców z Pol­skiej Par­tii Socja­li­stycz­nej, do któ­rej nale­żał Pił­sud­ski. Już wów­czas ucho­dził nie za jed­nego z wielu poli­tycz­nych bun­tow­ni­ków, lecz za ducho­wego przy­wódcę walki o nie­pod­le­głość. Towa­rzy­sze byli gotowi na wiel­kie ryzyko, żeby go uwol­nić.

Kon­spi­ra­to­rzy otrzy­mali pomoc z zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nej strony. Inten­dent Alek­siej Sie­diel­ni­kow od dwu­dzie­stu sied­miu lat słu­żył w Cyta­deli. Współ­cze­śni bio­gra­fo­wie Pił­sud­skiego opi­sują Rosja­nina jako łagod­nego, szla­chet­nego czło­wieka z siwymi wło­sami i nie­bie­skimi oczami o cie­płym spoj­rze­niu, pozor­nie wier­nego carowi, lecz w skry­to­ści współ­czu­ją­cego nie­doli pol­skich patrio­tów. Ten opis raczej nie pasuje do kogoś, kto spra­wo­wał wła­dzę w X Pawi­lo­nie.

Maria "Gin­tra" Pasz­kow­ska, od nie­dawna człon­kini PPS, pra­cu­jąca także w Sto­wa­rzy­sze­niu Pomocy Więź­niom, prze­ko­nała w jakiś spo­sób łagod­nego straż­nika, by pozwo­lił Pił­sud­skiemu na otrzy­my­wa­nie i wysy­ła­nie listów. Jed­nak Sie­diel­ni­kow nie był jedy­nie bier­nym ele­men­tem tego planu. Otrzy­mane od Pasz­kow­skiej grypsy ukry­wał w swo­jej czapce albo pudełku zapa­łek. Pod pre­tek­stem prze­pro­wa­dze­nia kon­troli wcho­dził do celi Pił­sud­skiego i zosta­wiał czapkę lub zapałki w odpo­wied­nim miej­scu. Gdy po nie wra­cał, wyno­sił odpo­wiedź napi­saną na jedy­nym dostęp­nym więź­niowi papie­rze, czyli na czer­wo­nej bibułce z paczek z papie­ro­sami. W jed­nym z pierw­szych listów prze­szmu­glo­wa­nych do towa­rzy­szy Pił­sud­ski szcze­gó­łowo opi­sał swoje aresz­to­wa­nie w for­mie uro­czego wier­sza. Lek­kość i bez­tro­ska tego nie­ocze­ki­wa­nego utworu doda­wała otu­chy. Czło­wieka o takich zdol­no­ściach nale­żało uwol­nić.

Pasz­kow­ska musiała mieć wielki dar prze­ko­ny­wa­nia, bo Sie­diel­ni­kow dużo ryzy­ko­wał, jego też mogła spo­tkać surowa kara. Nie wia­domo, czy kie­ro­wał się altru­izmem, czy w grę wcho­dziły inne motywy. Ale ponie­waż już wcze­śniej wyka­zy­wał sła­bość do Polek - z jedną się oże­nił - być może Pasz­kow­ska odwo­łała się nie tylko do jego poczu­cia spra­wie­dli­wo­ści. Mógł też po pro­stu uznać, że w dobrze strze­żo­nej Cyta­deli kilka nie­szko­dli­wych listów nie ma zna­cze­nia.

Gdy pro­blem komu­ni­ka­cji został roz­wią­zany, kon­spi­ra­to­rzy sku­pili się na kolej­nym, znacz­nie trud­niej­szym eta­pie. Czas dzia­łał na ich nie­ko­rzyść. Wie­dzieli, że po prze­wie­zie­niu na Sybe­rię Pił­sud­ski może długo nie pożyć. Wcze­śniej zesłano go na połu­dnie, jed­nak tym razem gro­ził mu obóz pracy w zamar­z­nię­tej tun­drze na nie­go­ścin­nej pół­nocy, skąd krnąbrni więź­nio­wie poli­tyczni rzadko wra­cali. Pił­sud­skiego nale­żało uwol­nić przed zesła­niem, ale ucieczka z Cyta­deli wyda­wała się nie­moż­liwa. Jedyną drogą było prze­nie­sie­nie go do sła­biej strze­żo­nej pla­cówki - ale jak tego doko­nać?

Więź­niów prze­no­szono z Cyta­deli jedy­nie z dwóch powo­dów: na pod­sta­wie wska­zań medycz­nych i w przy­padku nie­po­czy­tal­no­ści. Symu­lo­wa­nie cięż­kiej cho­roby praw­do­po­dob­nie nie przy­nio­słoby ocze­ki­wa­nych skut­ków, a nawet gdyby wła­dze w nią uwie­rzyły, wią­zało się to z dużym ryzy­kiem. Ska­za­nych prze­no­szono tylko wtedy, gdy zda­niem władz dany przy­pa­dek prze­kra­czał wie­dzę i umie­jęt­no­ści leka­rzy wię­zien­nych, a Rosja­nie uwa­żali, że szpi­tal w Cyta­deli pora­dzi sobie nawet z naj­cięż­szymi cho­ro­bami i kon­tu­zjami. Ist­niała więc dość prze­ra­ża­jąca moż­li­wość, że miej­scowi dok­to­rzy - któ­rzy nie ucho­dzili za elitę swo­jego zawodu i nie przej­mo­wali się sku­tecz­no­ścią swo­ich dzia­łań - rze­czy­wi­ście zaczną leczyć Pił­sud­skiego. Sto­sun­kowo nie­wielka rana mogłaby się wów­czas zają­trzyć. Poza tym nie było żad­nej gwa­ran­cji, że nawet ciężko chory wię­zień otrzyma jaką­kol­wiek pomoc, śmierć kolej­nego Polaka nikogo by nie zmar­twiła.

Jedy­nym roz­sąd­nym wyj­ściem była więc cho­roba psy­chiczna. Ale objawy lek­kiego obłędu, podob­nie jak pro­blemy zdro­wotne, nie budziły szcze­gól­nego nie­po­koju władz. Potrzebna była wyraź­niej­sza i dokucz­liw­sza mani­fe­sta­cja cho­roby. Żeby otrzy­mać prze­nie­sie­nie, pacjent musiał być zdia­gno­zo­wany przez spe­cja­li­stę, dla­tego kon­spi­ra­to­rzy doszli do wnio­sku, że Pił­sud­ski musi prze­ko­nu­jąco symu­lo­wać symp­tomy znane ówcze­snej medy­cy­nie. Potrzebna była zatem pomoc eks­perta, przy­pad­kowe nie­nor­malne zacho­wa­nie nie wywo­ła­łoby ocze­ki­wa­nych skut­ków. Nie­zmor­do­wana Pasz­kow­ska wyszu­kała miej­sco­wego psy­chia­trę, który dał się prze­ko­nać uro­czej damie, mimo że nie był człon­kiem PPS.

Dok­tor Rafał Radzi­wił­ło­wicz, eks­pert w dzie­dzi­nie dia­gno­zo­wa­nia i lecze­nia para­noi, dostar­czał spi­skow­com cen­nych infor­ma­cji, które następ­nie na maleń­kich skraw­kach papieru prze­my­cano do wię­zie­nia. Pierw­szy lapi­darny list - "Uda­waj obłęd" - pro­po­no­wał spo­sób pozor­nie nie­wy­ko­nalny, ale kolejne szcze­gó­łowe instruk­cje symu­lo­wa­nia para­noi wska­zy­wały drogę na wol­ność. Żeby unik­nąć podej­rzeń, Pił­sud­ski osu­wał się w obłęd powoli. Począt­kowo prze­ja­wiał słabe objawy depre­sji: przy­gnę­bie­nie, brak ape­tytu, nad­mierną sen­ność, prze­stał też mówić. Po kilku tygo­dniach objawy się nasi­liły, Pił­sud­ski zaczął rzu­cać jedze­niem w straż­ni­ków. Wpraw­dzie odma­wia­nie zepsu­tego wię­zien­nego jedze­nia samo w sobie nie było nie­ra­cjo­nalne, jed­nak ten przy­pa­dek wzbu­dził zain­te­re­so­wa­nie. Pił­sud­ski nie chciał nic jeść, twier­dząc, że straż­nicy chcą go otruć. Przyj­mo­wał jedy­nie jaja na twardo i zja­dał je ze sko­rup­kami.

Kiedy zanie­po­ko­jony Sie­diel­ni­kow, który naj­wy­raź­niej nie wie­dział o całym pla­nie, zauwa­żył nisz­czące skutki takiej diety, zaczął przy­no­sić Pił­sud­skiemu sma­ko­łyki z wła­snego stołu. Kupił nawet książkę kuchar­ską, żeby znę­cić więź­nia przy­sma­kami z jego ojczy­stego kraju: barsz­czem, bigo­sem i koł­du­nami. Jed­nak Pił­sud­ski odrzu­cał wszystko - z wyjąt­kiem kilku cze­ko­la­dek, na które sku­sił się zapewne w chwili sła­bo­ści - wciąż jedząc jedy­nie jaja w sko­rup­kach. Do tego kulił się na widok każ­dej osoby w mun­du­rze, dalej utrzy­mu­jąc, że wła­dze chcą go zabić. Całymi nocami pro­wa­dził na głos roz­mowy z nie­wi­dzial­nymi oso­bami. Te dys­ku­sje były tak żywe i reali­styczne, że część straż­ni­ków zaczęła wie­rzyć w duchy nawie­dza­jące celę.

Pił­sud­ski odgry­wał to bar­dzo wia­ry­god­nie - miał zdol­no­ści aktor­skie i posiadł nie­jaką wie­dzę fachową (przez rok stu­dio­wał medy­cynę). Wyczer­pu­jąca maska­rada trwała przez kilka dłu­gich mie­sięcy, a w tym cza­sie do celi napły­wały szcze­gó­łowe instruk­cje symu­lo­wa­nia para­noi, odpo­wia­da­jące pod­ręcz­ni­ko­wym opi­som.

Postę­pu­jący obłęd Pił­sud­skiego sta­no­wił dla władz istotny pro­blem. Choć wynik pro­cesu był oczy­wi­sty, wła­dze chciały go jak naj­bar­dziej nagło­śnić. Co wię­cej, pro­ku­ra­to­rom obie­cano sowite pre­mie za odpo­wied­nie prze­pro­wa­dze­nie tego spek­ta­klu. Wychu­dzony, godny poża­ło­wa­nia i prak­tycz­nie nie­cho­dzący o wła­snych siłach sza­le­niec nie wywo­łałby na sali roz­praw odpo­wied­niego efektu. Za pod­ziemną gazetą roz­sie­wa­jącą po całej Rosji anty­car­ską pro­pa­gandę musiał stać inte­lek­tu­ali­sta, a nie bre­dzący wariat.

Objawy cho­roby psy­chicz­nej wyglą­dały auten­tycz­nie, jed­nak wła­dze zacho­wy­wały podejrz­li­wość. Wcze­śniej więź­nio­wie też pró­bo­wali podob­nych pod­stę­pów, ale oszu­stwa szybko wykry­wano. Komi­sja podej­mu­jąca decy­zję o prze­nie­sie­niu musiała mieć nie­zbity dowód nie­po­czy­tal­no­ści ska­zańca. Dla­tego straż­nicy w Cyta­deli nie­usta­jąco obser­wo­wali Pił­sud­skiego, pró­bu­jąc wychwy­cić naj­mniej­sze oznaki nor­mal­nego zacho­wa­nia. Czę­sto wybu­dzali go z głę­bo­kiego snu, licząc, że wtedy czymś się zdra­dzi. Pił­sud­ski jed­nak ani na chwilę nie zdej­mo­wał maski sza­leńca, choć pod­trzy­my­wa­nie tej gry dużo go kosz­to­wało. Uda­wa­nie dzi­wacz­nych obja­wów odbiło się na jego zdro­wiu; dieta zło­żona z jajek na twardo oraz brak snu bar­dzo go osła­biły, schudł i zro­bił się ospały. Ten stan nie mógł się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność.

Po kilku mie­sią­cach leka­rze z Cyta­deli uwie­rzyli w obłęd. Mimo to wła­dze admi­ni­stra­cyjne pozo­sta­wały scep­tyczne. Zażą­dały, by dia­gnozę potwier­dził rosyj­ski spe­cja­li­sta. Na szczę­ście nie­ugięta Pasz­kow­ska znów pod­jęła sto­sowne dzia­ła­nia.

Dok­tor Iwan Sza­basz­ni­kow był zna­nym rosyj­skim psy­chia­trą, który nie­dawno prze­pro­wa­dził się z Sybe­rii do War­szawy. Pasz­kow­ska odszu­kała go i popro­siła o pomoc. Tłu­ma­czyła, że nie­szczę­sny ska­za­niec jest jej przy­ja­cie­lem z dzie­ciń­stwa i że pobyt w Cyta­deli zała­mał go fizycz­nie i psy­chicz­nie. A jako osoba cał­ko­wi­cie nie­po­czy­talna nie sta­nowi zagro­że­nia dla władz pań­stwa. Czy zatem pan dok­tor mógłby zba­dać więź­nia, a następ­nie zale­cić prze­nie­sie­nie go do szpi­tala psy­chia­trycz­nego, w któ­rym nie­szczę­śnik spę­dziłby resztę życia? Dok­tor przy­stał na prośbę Pasz­kow­skiej - co pew­nie nie powinno dzi­wić - i zgo­dził się zba­dać Pił­sud­skiego. Pasz­kow­ska przy­go­to­wała odpo­wied­nie pismo do urzęd­ni­ków w Cyta­deli z wnio­skiem, by dok­tor Sza­basz­ni­kow wyra­ził opi­nię o sta­nie zdro­wia więź­nia; pismo pod­pi­sała i wysłała ciotka Pił­sud­skiego, Ste­fa­nia Lip­man. Wła­dze nie chciały korzy­stać z usług nie­wia­ry­god­nych ich zda­niem pol­skich psy­chia­trów, jed­nak liczyły się z dia­gnozą sza­no­wa­nego i wykwa­li­fi­ko­wa­nego rosyj­skiego eks­perta.

Kilku straż­ni­ków zapro­wa­dziło Sza­basz­ni­kowa i umun­du­ro­wa­nego leka­rza wię­zien­nego do celi. Na widok mun­du­rów Pił­sud­ski zaczął prze­raź­li­wie krzy­czeć. Było jasne, że w tych warun­kach nie jest moż­liwe żadne rze­telne bada­nie. Sza­basz­ni­kow prze­ko­nał pozo­stałe osoby, by pozwo­liły mu zostać z więź­niem sam na sam. Roz­mowa, która potem miała miej­sce, nie tylko zde­cy­do­wała o losie Pił­sud­skiego, ale wywarła też ogromny wpływ na histo­rię Pol­ski.

Nadzieje na wpro­wa­dze­nie Rosja­nina w błąd szybko się roz­wiały, jako że Sza­basz­ni­kow był rze­czy­wi­ście zna­ko­mi­tym psy­chia­trą. W odróż­nie­niu od leka­rzy z Cyta­deli szybko przej­rzał misterną grę i stwier­dził, że wię­zień jest cał­kiem zdrowy psy­chicz­nie. Ale wraz z poczy­tal­no­ścią ujaw­nił się rów­nież urok oso­bi­sty Pił­sud­skiego. Lekarz i pacjent szybko prze­szli do porządku dzien­nego nad dia­gnozą i zagłę­bili się w roz­mowę, która wcią­gnęła ich obu. Oka­zało się, że na Sybe­rii polo­wali w tych samych lasach, patrzyli w zachwy­cie na te same kra­jo­brazy i tak samo darzyli miło­ścią ten kraj i jego miesz­kań­ców. Oddy­chali tym samym rześ­kim sybe­ryj­skim powie­trzem, widzieli te same jaskrawe kolory sybe­ryj­skiego nieba, z takim samym zdu­mie­niem obser­wo­wali, jak lodo­wate mgły zle­wają się o zacho­dzie słońca z sybe­ryj­ską nocą. Uro­dzony w Buria­cji Sza­basz­ni­kow nie darzył Pola­ków szcze­gólną sym­pa­tią, ale jak wielu Rosjan nie zga­dzał się z twar­dymi car­skimi rzą­dami i dosko­nale zda­wał sobie sprawę, jaki los czeka więź­nia. Naj­wy­raź­niej nie chciał, żeby opre­syjny sys­tem znisz­czył takiego czło­wieka. Pod­czas tej pozor­nie bła­hej roz­mowy nawią­zał z Pił­sud­skim oso­bi­stą więź. Ich wspólne doświad­cze­nia odnio­sły więk­szy sku­tek niż bła­galne poda­nia czy mani­fe­sty poli­tyczne.

Koń­cowy raport dok­tora stwier­dzał, że wię­zień cierpi na "psy­cho­sis hal­lu­ci­na­to­ria actua", która jest skut­kiem prze­trzy­my­wa­nia w izo­latce w X Pawi­lo­nie. Po prze­nie­sie­niu pacjenta do sana­to­rium należy się spo­dzie­wać zna­czą­cej poprawy. Wła­dze Cyta­deli nie miały powodu, żeby pod­wa­żać orze­cze­nie sza­no­wa­nego leka­rza, który do tego był Rosja­ni­nem. A jego zale­ce­nia dawały nadzieję na poprawę stanu zdro­wia Pił­sud­skiego, bez czego z kolei nie można by zapew­nić odpo­wied­niego prze­biegu pro­cesu. I tak, mimo wielu począt­ko­wych prze­ciw­no­ści, wła­dze zezwo­liły na prze­nie­sie­nie.

Po dzie­się­ciu wyczer­pu­ją­cych mie­sią­cach osią­gnięto pierw­szy cel, jakim było wydo­sta­nie Pił­sud­skiego z Cyta­deli, jed­nak potem nie wszystko poszło zgod­nie z pla­nem. Spi­skowcy wysto­so­wali prośbę, by chory tra­fił do któ­re­goś z kilku pry­wat­nych szpi­tali w War­sza­wie. Były one sła­biej pil­no­wane niż Cyta­dela, a wśród per­so­nelu znaj­do­wali się Polacy, któ­rzy mogli się oka­zać przy­datni. Poza tym na miej­scu była nie­zmor­do­wana Pasz­kow­ska, umie­jąca otwie­rać wiele drzwi. Gdyby wszystko inne zawio­dło, w War­sza­wie zna­la­złaby się wystar­cza­jąca liczba zago­rza­łych zwo­len­ni­ków Pił­sud­skiego zdol­nych do prze­pro­wa­dze­nia szturmu na szpi­tal.

Wła­dze rosyj­skie dosko­nale zda­wały sobie z tego sprawę. Żadna z war­szaw­skich insty­tu­cji nie nada­wała się dla tak cen­nego więź­nia. Pił­sud­ski miał zostać prze­wie­ziony do zakładu psy­chia­trycz­nego w samym sercu car­skiego impe­rium: do szpi­tala pod wezwa­niem świę­tego Miko­łaja Cudo­twórcy w Peters­burgu.

Ku swo­jemu prze­ra­że­niu Pił­sud­ski szybko się prze­ko­nał, że ogromny, trzy­pię­trowy budy­nek, w któ­rym mie­ścił się zakład, nie­wiele różni się od wię­zie­nia. Co gor­sza, PPS nie miała w szpi­talu żad­nych kon­tak­tów, a w mie­ście ist­niał dopiero zalą­żek orga­ni­za­cji. Do czasu usu­nię­cia tych prze­szkód Pił­sud­ski musiał radzić sobie sam.

Wypro­wa­dził się z poje­dyn­czej celi nawie­dza­nej przez wyima­gi­no­wa­nych drę­czy­cieli do sali zbio­ro­wej, w któ­rej prze­by­wało ponad pięć­dzie­się­ciu praw­dzi­wych sza­leń­ców. Jeśli miał jakie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, jak powi­nien się zacho­wy­wać czło­wiek chory psy­chicz­nie, jego nowi współ­lo­ka­to­rzy przez całą dobę udzie­lali mu sto­sow­nych lek­cji. Ich maja­cze­nia były prze­ry­wane gwał­tow­nymi wybu­chami zło­ści, naj­czę­ściej igno­ro­wa­nymi przez per­so­nel. A jeśli straż­nicy inter­we­nio­wali, to ich tera­pia spro­wa­dzała się do wymie­rza­nia cio­sów pałką. Pił­sud­ski prze­żył tu kilka mie­sięcy bez żad­nego kon­taktu ze współ­to­wa­rzy­szami, cały czas uda­jąc obłęd. Z pew­no­ścią musiał nie­kiedy się zasta­na­wiać, czy sam ich plan nie jest przy­pad­kiem czy­stym sza­leń­stwem.

W tym cza­sie mała peters­bur­ska komórka PPS nie usta­wała w wysił­kach. Nie nale­żało się spo­dzie­wać pomocy ze strony per­so­nelu szpi­tala, w któ­rym pra­co­wali głów­nie Rosja­nie nie­da­rzący sym­pa­tią pol­skich zdraj­ców. Wpraw­dzie jed­nym z dwu­na­stu leka­rzy był Polak, dok­tor Bro­ni­sław Cze­czot, jed­nak nie nale­żał on do PPS, więc do końca nie można mu było ufać.

I znów los uśmiech­nął się do spi­skow­ców. Jeden z miej­sco­wych człon­ków PPS skoń­czył wła­śnie stu­dia medyczne. Wła­dy­sław Mazur­kie­wicz spe­cja­li­zo­wał się w cho­ro­bach skóry i po wielu latach nauki w Cesar­skiej Woj­sko­wej Aka­de­mii Medycz­nej zamie­rzał pod­jąć prak­tykę w Łodzi. Jed­nak prze­szko­dziły mu w tym potrzeby par­tii: jeśli ucieczka więź­nia miała się powieść, spi­skowcy musieli mieć wewnątrz swo­jego czło­wieka. Zapy­tali więc Mazur­kie­wicza, czy byłby gotów pod­jąć pracę w zakła­dzie psy­chia­trycz­nym i czy będąc na miej­scu, nie opra­co­wałby jakie­goś planu uwol­nie­nia ich przy­wódcy. Nie cho­dziło o błahą przy­sługę, pomoc w ucieczce wią­zała się z wiel­kim ryzy­kiem i poświę­ce­niem. Upra­gniona kariera mogła się dla dok­tora skoń­czyć, zanim jesz­cze się zaczęła. Nie mówiąc o tym, że sam ryzy­ko­wał życie i wol­ność za kogoś, kogo w ogóle nie znał. A gdyby nawet Pił­sud­skiemu udało się wydo­stać z zakładu, to stałby się zbie­giem w samym sercu tery­to­rium wroga. Jed­nak Mazur­kie­wicz się nie wahał.

Oznaj­mił rodzi­nie i zna­jo­mym, że po der­ma­to­lo­gii zain­te­re­so­wał się nagle psy­chia­trią. Na szczę­ście jego ojciec, który nie miał o niczym poję­cia, był czło­wie­kiem powa­ża­nym w mie­ście i zała­twił synowi mało oble­gane sta­no­wi­sko pomoc­nika leka­rza w szpi­talu świę­tego Miko­łaja Cudo­twórcy.

W tym cza­sie Pił­sud­skiemu coraz trud­niej było symu­lo­wać cho­robę. Nie wie­dząc, czy PPS zna choćby miej­sce jego pobytu, wyznał jed­nemu z leka­rzy, że jest zupeł­nie zdrowy. Jed­nak oni uznali to za nie­zbity dowód na nie­po­czy­tal­ność. Na szczę­ście nie­długo potem dzia­ła­czom PPS udało się prze­ka­zać wia­do­mość: "Nie trać nadziei". Przed­sta­wie­nie trwało dalej.

Przez sześć mie­sięcy Mazur­kie­wicz pra­co­wał sumien­nie, budząc podziw dyrek­tora pla­cówki swoim zapa­łem i wie­dzą. Żeby nie ścią­gać na sie­bie podej­rzeń, trzy­mał się z daleka od Pił­sud­skiego, uni­kał nawet przy­pad­ko­wych roz­mów. Widy­wał go jedy­nie pod­czas obcho­dów, w któ­rych towa­rzy­szył innym leka­rzom. Zasta­na­wiał się zapewne, czy to poświę­ce­nie okaże się cokol­wiek warte.

14 maja 1901 roku ciężka praca mło­dego leka­rza została nagro­dzona. Tego wie­czoru, gdy na peters­bur­skim Polu Mar­so­wym odby­wał się wielki festyn, powie­rzono mu nad­zór nad całą pla­cówką. Per­so­nel aż się palił, żeby wyjść z ponu­rego gma­chu i uczest­ni­czyć w zaba­wie, a Mazur­kie­wicz chęt­nie wszyst­kich zwal­niał.

Około dwu­dzie­stej, pod­czas ruty­no­wego obchodu, wszedł do sali zbio­ro­wej i wska­zał na Pił­sud­skiego. Oznaj­mił opie­ku­nom, że chory sta­nowi cie­kawy przy­pa­dek, i naka­zał przy­pro­wa­dzić go za pół godziny do swo­jego gabi­netu. Jego pole­ce­nie speł­niono. "Potrzeba mi wię­cej czasu na dokładne bada­nie - powie­dział Mazur­kie­wicz do straż­ni­ków. - Nie musi­cie cze­kać. Zadzwo­nię, kiedy będę was potrze­bo­wał".

Do tej pory Mazur­kie­wicz widział Pił­sud­skiego jedy­nie w roli pacjenta, więc po zamknię­ciu drzwi przez dłuż­szą chwilę musiał mu się przy­glą­dać w peł­nym napię­cia mil­cze­niu. Czy czło­wiek, dla któ­rego ryzy­ko­wał życie i karierę, jest maja­czą­cym sza­leń­cem czy przy­tom­nie myślą­cym mesja­szem? Wycień­czony, brudny, ze zmierz­wioną czarną brodą, wyczer­pany uda­wa­niem i złą dietą, Pił­sud­ski nie spra­wiał dobrego wra­że­nia.

Na szczę­ście szybko prze­obra­ził się w nor­mal­nego, peł­nego roz­bra­ja­ją­cego uroku czło­wieka, który już wcze­śniej zaskar­bił sobie dozgonną lojal­ność swo­ich zwo­len­ni­ków. Pijąc her­batę i paląc papie­rosy, dwaj męż­czyźni oma­wiali ostat­nie szcze­góły ucieczki. Mazur­kie­wicz wspo­mi­nał póź­niej tę roz­mowę jako zaska­ku­jąco spo­kojną, wręcz żar­to­bliwą.

Już od jakie­goś czasu meto­dycz­nie gro­ma­dził ubra­nie dla Pił­sud­skiego. Przez kilka tygo­dni prze­my­cał w swo­jej lekar­skiej tor­bie poje­dyn­cze czę­ści gar­de­roby i ukry­wał je w labo­ra­to­rium che­micz­nym. Po żar­tach i wymia­nie uprzej­mo­ści wię­zień zdjął z sie­bie brudny szpi­talny pasiak i zaczął się prze­ista­czać w zwy­czaj­nego gościa, który odwie­dził szpi­tal. Modne ubra­nie przy­go­to­wane przez dok­tora leżało na nim cał­kiem dobrze, z wyjąt­kiem sza­po­klaka, który komicz­nie opa­dał mu na oczy. Śmie­jąc się z jego absur­dal­nego roz­miaru, Pił­sud­ski posta­no­wił trzy­mać go w ręku.

Obaj spo­koj­nie wyszli z gabi­netu i ruszyli do głów­nego wyj­ścia. Nie­stety, stało tam kilku straż­ni­ków nie­zna­nych leka­rzowi. Posta­no­wili więc poszu­kać innej drogi, skrę­cili do bocz­nego wej­ścia, ale po dro­dze zatrzy­mało ich kilku posłu­ga­czy, któ­rzy koniecz­nie chcieli omó­wić z dok­to­rem jakąś drobną sprawę. Pod­czas tej pozor­nie swo­bod­nej roz­mowy dok­tor z tru­dem ukry­wał coraz więk­sze zde­ner­wo­wa­nie. Za to Pił­sud­ski zacho­wy­wał się obo­jęt­nie, ze spo­ko­jem palił papie­rosa i uśmie­chał się, gdy Mazur­kie­wicz pró­bo­wał uprzej­mie zakoń­czyć tę poga­wędkę. W końcu posłu­ga­cze poże­gnali się, życząc dok­torowi i jego zna­jo­memu dobrej nocy. Straż­nicy przy bra­mie, roz­po­znaw­szy Mazur­kie­wicza, sta­nęli na bacz­ność. Na szczę­ście dopiero zaczęli służbę, więc nie mieli poję­cia, że ele­gancki towa­rzysz dok­tora nie wcho­dził wcze­śniej na teren szpi­tala. Nie­świa­domi, że stają się wspól­ni­kami prze­stęp­stwa, otwo­rzyli drzwi. Pił­sud­ski wyszedł szyb­kim kro­kiem na chłodne wie­czorne powie­trze. Czło­wiek, który miał oswo­bo­dzić Pol­skę, był wolny.

Pisząc ten roz­dział, autor korzy­stał z nastę­pu­ją­cych mono­gra­fii (pełne opisy biblio­gra­ficzne znajdą Czy­tel­nicy w wyka­zie lite­ra­tury na końcu książki):

Davies, Boże igrzy­sko Hum­ph­rey, Pil­sud­ski: Buil­der of Poland Jędrze­je­wicz, Pił­sud­ski: A Life for Poland Lan­dau, Pil­sud­ski and Poland Pil­sud­ska, Pil­sud­ski: A Bio­gra­phy Pil­sud­ski, The Memo­ries of a Polish Revo­lu­tio­nary and Sol­dier

Pił­sud­ski, Psy­cho­lo­gia więź­nia, w: Pisma zbio­rowe, t. 8, red. Kazi­mierz Świ­tal­ski, Insty­tut Józefa Pił­sud­skiego, War­szawa 1937, s. 187 (wszyst­kie przy­pisy nie­ozna­czone jako "przyp. aut." pocho­dzą od pol­skiego wydawcy). [wróć]

Dwa wcze­śniej­sze roz­biory, doko­nane w 1772 i 1793 przez Rosję, Prusy i Austrię, uczy­niły z Pol­ski pań­stwo kadłu­bowe. W 1795 zaborcy podzie­lili mię­dzy sie­bie ostat­nie pol­skie tery­to­ria. War­szawa przy­pa­dła Pru­som, lecz w latach 1807-1815 zna­la­zła się w gra­ni­cach utwo­rzo­nego przez Napo­le­ona Księ­stwa War­szaw­skiego. Po klę­sce cesa­rza kon­gres wie­deń­ski przy­znał War­szawę Rosji (przyp. aut.). [wróć]

Roz­dział 2. Mąż prze­zna­cze­nia

Roz­dział 2

Mąż prze­zna­cze­nia

Wpo­jono we mnie wiarę w nie­zwy­kłe prze­zna­cze­nie moje1.

Józef Pił­sud­ski, 1890

Józe­fowi Pił­sud­skiemu (1867-1935) przy­pa­dło w udziale nie­zwy­kłe życie - w dniach naj­więk­szej tra­ge­dii w histo­rii ludz­ko­ści, I wojny świa­to­wej i jej następstw, stał się głów­nym akto­rem na are­nie wyda­rzeń Europy Środ­ko­wej. Uro­dził się w cza­sach, gdy Pol­ska nie ist­niała, w mło­do­ści był wro­giem pań­stwa, a potem głową pań­stwa. Po dra­ma­tycz­nej ucieczce z war­szaw­skiej Cyta­deli w 1901 roku stał się legendą, czło­wie­kiem wyję­tym spod prawa, sprawcą naj­bar­dziej zuchwa­łego w histo­rii Europy napadu na pociąg. Zra­bo­wane wtedy pie­nią­dze zostały wyko­rzy­stane na finan­so­wa­nie dzia­łal­no­ści rewo­lu­cyj­nej kie­ro­wa­nej ze sto­sun­kowo przy­chyl­nej Pola­kom Austrii. Pił­sud­ski, który miał nikłą wie­dzę woj­skową, zor­ga­ni­zo­wał tam nie­wielką i począt­kowo źle wypo­sa­żoną grupę par­ty­zancką, któ­rej człon­ko­wie stali się póź­niej rdze­niem pol­skiej armii. Jego prze­wi­dy­wa­nia, że wojna jest nie­uchronna i może sta­no­wić oka­zję do wybi­cia się Pol­ski na nie­pod­le­głość, oka­zały się nie­zwy­kle trafne. Pił­sud­ski męż­nie wal­czył pod­czas Wiel­kiej Wojny, dowo­dząc jako austriacki gene­rał słyn­nymi Legio­nami Pol­skimi. Sta­nął nie tyle po stro­nie państw cen­tral­nych, ile prze­ciwko cara­towi. Po upadku Rosji został przez Niem­ców inter­no­wany za odmowę zło­że­nia przy­sięgi wier­no­ści cesa­rzowi. Pod koniec wojny ode­słano go - podob­nie jak Lenina - spe­cjal­nym pocią­giem do kraju, gdzie "zna­lazł wła­dzę leżącą na ulicy".

Wskrze­sza­jąc Rzecz­po­spo­litą, która była przy­po­mnie­niem dum­nej histo­rii kraju, Pił­sud­ski jako głowa pań­stwa przy­wró­cił w Pol­sce par­la­ment i wpro­wa­dził lewi­cowe pryn­cy­pia. Jako mar­sza­łek oso­bi­ście dowo­dził dra­ma­tycz­nym kontr­na­tar­ciem prze­ciwko Armii Czer­wo­nej, która była o krok od zasia­nia komu­ni­stycz­nej rewo­lu­cji w wycień­czo­nej wojną Euro­pie. Zaska­ku­jące zwy­cię­stwo Pola­ków, "Cud nad Wisłą", zakoń­czyło jedną z decy­du­ją­cych, choć mało zna­nych bitew zachod­niej cywi­li­za­cji. Po trak­ta­cie ryskim z 1921 roku bol­sze­wicy wyco­fali się z troc­ki­stow­skiej poli­tyki sze­rze­nia mię­dzy­na­ro­do­wej rewo­lu­cji i ogra­ni­czyli do reali­za­cji wyzna­czo­nego przez Sta­lina bar­dziej umiar­ko­wa­nego celu, jakim było usta­no­wie­nie socja­li­zmu w jed­nym pań­stwie. Dzięki Pił­sud­skiemu Europa unik­nęła komu­ni­zmu, przy­naj­mniej na jedno poko­le­nie.

Pił­sud­ski dostrze­gał sła­bość małych euro­pej­skich kra­jów, dla­tego opo­wia­dał się za fede­ra­cją państw sło­wiań­skich pod pol­skim prze­wod­nic­twem. Idea ta sta­no­wiła odpo­wied­nik sys­temu fede­ral­nego, jakim była unia pol­sko-litew­ska, pań­stwo, które przez trzy stu­le­cia odgry­wało w Euro­pie Wschod­niej ogromną rolę. W latach mię­dzy­wo­jen­nych próby zre­kon­stru­owa­nia tej poli­tyki były albo mało znane, albo przed­sta­wiano je w nie­wła­ści­wym świe­tle. Powsta­nie fede­ra­cji kaza­łoby Niem­com i Rosji poważ­nie się zawa­hać przed roz­po­czę­ciem kolej­nej wojny. Nie­stety, sąsie­dzi Pol­ski odrzu­cili ten ambitny plan.

Będąc u szczytu wła­dzy, Pił­sud­ski wyco­fał się z życia poli­tycz­nego i jak Cyn­cy­nat wybrał pro­ste życie na wsi2. Jed­nak po kilku latach tej sie­lanki twórca nie­pod­le­głej Rzecz­po­spo­li­tej nie umiał pogo­dzić się z kon­flik­tami prze­że­ra­ją­cymi sys­tem par­la­men­tarny wypa­czany przez jego prze­ciw­ni­ków. Wie­dział prze­cież, że zachłanni sąsie­dzi doko­nali roz­bio­rów Pol­ski wła­śnie wtedy, gdy walka roz­ma­itych stron­nictw i nad­uży­wa­nie demo­kra­cji osła­biły i podzie­liły kraj, czy­niąc go bez­bron­nym wobec obcej inter­wen­cji. Żeby do tego nie dopu­ścić, Pił­sud­ski wró­cił do wła­dzy jako dyk­ta­tor, choć według ówcze­snych stan­dar­dów była to dyk­ta­tura łagodna.

Życie Pił­sud­skiego miało wiele nie­ocze­ki­wa­nych zakrę­tów, dla­tego warto się zasta­no­wić nad miej­scem tego czło­wieka w histo­rii. Gdyby zmarł w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat, byłby nikomu nie­znaną posta­cią. Gdyby zmarł jako pięć­dzie­się­cio­la­tek, zapi­sałby się na kar­tach histo­rii w mało zna­czą­cym przy­pi­sie. Śmierć w wieku pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat, po zwy­cię­stwie nad Armią Czer­woną i usta­no­wie­niu w Pol­sce repu­bliki par­la­men­tar­nej, zapew­ni­łaby mu hono­rowe miej­sce w pan­te­onie boha­te­rów zachod­niej cywi­li­za­cji. Ale gdy Pił­sud­ski umie­rał w wieku sześć­dzie­się­ciu sied­miu lat, blask tego boha­ter­stwa znacz­nie przy­gasł po deka­dzie auto­ry­tar­nych rzą­dów. Gdyby żył pięć lat dłu­żej i odparł atak faszy­stow­skich Nie­miec na Pol­skę, odzy­skałby świe­tlane miej­sce w histo­rii.

Mimo wiel­kich zasług Pił­sud­ski jest pamię­tany na Zacho­dzie - o ile w ogóle się o nim pamięta - jako zrzę­dliwy, nie­zbyt groźny dyk­ta­tor mało zna­czą­cego pań­stwa. Warto jed­nak mieć na uwa­dze, że to on przy­wró­cił do życia Pol­skę, która stała się pierw­szym celem w II woj­nie świa­to­wej - została zaata­ko­wana z dwóch stron przez Niemcy i Rosję. Wyda­rze­nie to nie było histo­rycz­nym wyjąt­kiem, już wcze­śniej ci sami wro­go­wie trzy­krot­nie doko­ny­wali roz­bioru Pol­ski. Pił­sud­ski pro­wa­dził naro­dową poli­tykę z socja­li­stycz­nym zabar­wie­niem, dla­tego czę­sto myl­nie zali­cza się go do faszy­stów, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści sprze­ci­wiał się ich filo­zo­fii poli­tycz­nej i był jedy­nym euro­pej­skim przy­wódcą, który chciał ją wyko­rze­nić, zanim Niemcy uro­sły w potęgę.

Pił­sud­ski ucho­dził za szorst­kiego prag­ma­tyka, co miało swoje pod­stawy. Po wielu latach dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej, naj­pierw w pod­zie­miu, a potem na pierw­szej linii frontu, nie lubił kwie­ci­stych fraz ani nie był skłonny do kom­pro­mi­sów, koniecz­nych nie­kiedy dla sku­tecz­nych rzą­dów demo­kra­cji. Jego prze­ciw­nicy, zarówno w kraju jak i za gra­nicą, lepiej posłu­gi­wali się pro­pa­gandą. Pił­sud­ski nie miał opo­rów przed uży­wa­niem siły, nawet zapo­bie­gaw­czo, jeśli pozwa­lało to osią­gnąć wyzna­czone cele. Bra­ko­wało mu zro­zu­mia­łej, spój­nej filo­zo­fii poli­tycz­nej, z roz­bra­ja­jącą łatwo­ścią zmie­niał sojusz­ni­ków. Nie pro­wa­dził też sta­łej poli­tyki, miał za to jeden cel: nie­pod­le­głość Pol­ski.

Pomimo tych wad jego nie­ugięta wola i kla­rowna wizja celu uczy­niły z niego w klu­czo­wym momen­cie histo­rycz­nym wybit­nego przy­wódcę, a jego życie stało się przy­kła­dem triumfu prze­gra­nej sprawy. Pod tym wzglę­dem można go porów­nać do Chur­chilla. Zbi­gniew Brze­ziń­ski, były doradca do spraw bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego USA, nazwał Pił­sud­skiego "dro­go­wska­zem, który umiał roz­pa­lić wśród pol­skich patrio­tów chęć dzia­ła­nia i goto­wość do poświę­ceń"3. Pił­sud­ski miał szcze­gólny instynkt: potra­fił inspi­ro­wać, wie­dział, jak zdo­być wła­dzę i jak ją wzmac­niać poprzez odpo­wied­nie dzia­ła­nia poli­tyczne. Dla­tego należy go zali­czyć do elity euro­pej­skich mężów stanu.

Choć Pol­ska znik­nęła z mapy Europy pra­wie sto lat przed jego naro­dzi­nami, Pił­sud­ski został ukształ­to­wany przez histo­rię swo­jego kraju. Hra­bia Carlo Sfo­rza, któ­rego rodzina ode­grała w histo­rii Pol­ski zna­czącą rolę, tak pisał w 1930 roku:

Można badać życie i dzia­łal­ność Crom­wella czy Bona­par­tego bez cią­głego myśle­nia o powsta­niu Anglii czy o namięt­no­ściach Fran­cji. Ale nie da się zro­zu­mieć postaci Pił­sud­skiego ani roli, jaką ode­grał, bez zro­zu­mie­nia daw­nej Pol­ski4.

Dla Pola­ków współ­cze­snych Pił­sud­skiemu histo­ria nie była zbio­rem nud­nych fak­tów, ale żywym mostem łączą­cym ich z dniami chwały i nie­pod­le­gło­ści. W cza­sach pań­stwo­wego nie­bytu naj­więk­szym kapi­ta­łem Pol­ski była pamięć o daw­nej świet­no­ści. Ta pamięć w połą­cze­niu z wiarą kato­licką utrzy­my­wała przy życiu uśpiony pol­ski nacjo­na­lizm i umoż­li­wiła wskrze­sze­nie pań­stwa pol­skiego.

Pił­sud­ski był pod wie­loma wzglę­dami ucie­le­śnie­niem pol­skiej histo­rii, a jego życio­rys jest jak pod­su­mo­wa­nie całego tysiąc­le­cia jej wzlo­tów i upad­ków. Życie tego czło­wieka staje się szcze­gól­nie inte­re­su­jące, gdy pró­buje się je poznać i zro­zu­mieć z takiej per­spek­tywy. Mawia się, że histo­ria nie lubi się powta­rzać, ale lubi się rymo­wać. We fra­pu­ją­cej opo­wie­ści o Pił­sud­skim wątki z dzie­jów Pol­ski roz­brzmie­wają jako wyraźny motyw prze­wodni.

Nie­stety, poza Europą Wschod­nią histo­ria Pol­ski jest prak­tycz­nie nie­znana, a znaczna część tej "wie­dzy" jest błędna. Powsta­nie i upa­dek pol­sko-litew­skiej Rzecz­po­spo­li­tej Obojga Naro­dów to ciąg dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń, jed­nak nie­wiele osób zna ich dokładny prze­bieg. Jed­nym z powo­dów tej igno­ran­cji jest fakt, że Pol­skę omi­nęło wiele powszech­nie zna­nych doświad­czeń koja­rzo­nych z histo­rią Europy: wielka epi­de­mia dżumy, wojna stu­let­nia czy refor­ma­cja. Pol­ska nie włą­czyła się w eks­plo­ra­cję i pod­bój Nowego Świata i mimo dostępu do Morza Bał­tyc­kiego nie miała impo­nu­ją­cej floty. Walka o domi­na­cję mię­dzy Fran­cją, Hisz­pa­nią i Anglią, a także machi­na­cje Świę­tego Cesar­stwa Rzym­skiego (o któ­rym Wol­ter mówił, że nie było ani święte, ani rzym­skie, ani nie było cesar­stwem) w nikłym stop­niu wpły­wały na losy Pol­ski. Wiele osób uważa, że histo­ria Pol­ski jest jedy­nie roz­dzia­łem histo­rii Rosji, nie zdają sobie jed­nak sprawy, że aż do początku XVIII wieku Pol­ska była od Rosji sil­niej­sza.

Prawdę histo­ryczną, o ile taka ist­nieje, znie­kształ­cają czę­sto uprze­dze­nia tych, któ­rzy piszą histo­rię. A histo­rię z reguły piszą zwy­cięzcy, dalecy od obiek­ty­wi­zmu. W przy­padku Pol­ski te znie­kształ­ce­nia były doko­ny­wane świa­do­mie, przez dwie­ście lat sta­no­wiły oś nega­tyw­nej pro­pa­gandy, inspi­ro­wa­nej w znacz­nej mie­rze przez mocar­stwa, które dopro­wa­dziły do upadku pań­stwa pol­skiego, i mają­cej uspra­wie­dli­wić ich dzia­ła­nia. Prze­ja­wiało się to na wielu pozio­mach, od rewi­zjo­ni­zmu histo­rycz­nego po nie­smaczne żarty. W rze­czy­wi­sto­ści Pol­ska była kie­dyś jed­nym z naj­po­tęż­niej­szych, naj­le­piej roz­wi­nię­tych i naj­bar­dziej postę­po­wych państw na świe­cie, nie bez powodu uwa­żano ją za kolebkę kla­sycz­nego libe­ra­li­zmu. Wiele osób byłoby zdu­mio­nych, dowie­dziaw­szy się, że Pol­ska wiele razy oca­liła zachod­nią cywi­li­za­cję, i to prak­tycz­nie bez­in­te­re­sow­nie. Przez wieki bro­niła chrze­ści­jań­skiej Europy przed najaz­dami - Mon­go­łów, Moskali, Tata­rów, Tur­ków i wresz­cie komu­ni­stycz­nych hord. Zda­niem czę­ści Pola­ków te zasługi ni­gdy nie docze­kały się odpo­wied­niego uzna­nia ze strony Zachodu.

Zna­cze­nie odro­dzo­nej Pol­ski można zro­zu­mieć jedy­nie we wła­ści­wym kon­tek­ście, do czego nie­zbędne jest przed­sta­wie­nie histo­rii tego kraju cho­ciażby w ogól­nym zary­sie. Na szczę­ście to pasjo­nu­jąca opo­wieść. Żeby naprawdę doce­nić wagę triumfu Pol­ski po I woj­nie świa­to­wej, należy mieć świa­do­mość poprze­dza­ją­cej go tra­ge­dii. Jak pisał Adam Mic­kie­wicz w Panu Tade­uszu: "Ojczy­zno moja! ty jesteś jak zdro­wie; ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stra­cił".

Odro­dze­nie pań­stwa pol­skiego w XX wieku nie było czymś wyjąt­ko­wym, wiele mniej­szych wie­lo­et­nicz­nych kra­jów Europy Środ­ko­wej rów­nież wybiło się na nie­pod­le­głość. Dla Węgrów, Cze­chów, Ser­bów czy Chor­wa­tów epoka śre­dnio­wie­cza jest szczy­to­wym punk­tem tra­dy­cji naro­do­wej, wspa­niałą prze­szło­ścią pogrze­baną przez pod­boje sil­niej­szych sąsia­dów. W więk­szo­ści przy­pad­ków te utra­cone impe­ria są trak­to­wane jak natu­ralne gra­nice histo­ryczne, zazwy­czaj obej­mu­jące znacz­nie więk­sze tery­to­ria niż te wyty­czone współ­cze­śnie. Utrata histo­rycznego zna­cze­nia, świa­do­mość, że kie­dyś się było potęż­nym pań­stwem, sta­no­wią ważny kom­po­nent psy­cho­lo­gii środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich kra­jów, który pozwala wyja­śnić ich współ­cze­sny agre­sywny nacjo­na­lizm. W XIX wieku w Pol­sce i innych ujarz­mio­nych pań­stwach w dziwny spo­sób łączyły się kon­cep­cje libe­ra­li­zmu i nacjo­na­lizmu, two­rząc razem roman­tyczną rein­ter­pre­ta­cję prze­szło­ści, która jawiła się jako wyide­ali­zo­wany "złoty wiek" naro­do­wej wol­no­ści i potęgi. Zna­jo­mość dzie­jów Pol­ski pomaga pojąć dzieje Europy Środ­kowo-Wschod­niej, gdzie nawet dziś ludzie myślą w kate­go­riach histo­rycz­nych, co Ame­ry­ka­nom wydaje się nie­zro­zu­miałe.

Zagłę­bie­nie się w histo­rię Pol­ski pozwoli nam poznać bogac­two jed­nej z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych kul­tur zachod­niej cywi­li­za­cji, sta­no­wią­cej tło życia Pił­sud­skiego. Bada­nie prze­szło­ści nie jest jed­nak ste­ryl­nym wymie­nia­niem dat i nazwisk, to dyna­miczny, żywy pro­ces pełen roz­ma­itych odnie­sień. "Czy nie jest tak, że nie­raz toczymy dziś spory o prze­szłość, sądząc, że spie­ramy się o prawdy dnia dzi­siej­szego?"5. Odnosi się to szcze­gól­nie do Pola­ków żyją­cych w epoce Pił­sud­skiego, któ­rzy jako znie­wo­lony naród nie­usta­jąco ana­li­zo­wali swoją zaka­zaną histo­rię, szu­ka­jąc w niej inspi­ru­ją­cych postaw i zda­rzeń uspra­wie­dli­wia­ją­cych walkę o nie­pod­le­głość.

Pisząc ten roz­dział, autor korzy­stał z nastę­pu­ją­cych mono­gra­fii:

Dzie­wa­now­ski, Pił­sud­ski: A Euro­pean Fede­ra­list Gar­licki, Józef Pił­sud­ski John­son, Cen­tral Europe Mich­nik, Let­ters from Pri­son Sfo­rza, Twórcy nowej Europy Sny­der, Rekon­struk­cja naro­dów

Cyt. za: Wła­dy­sław Pobóg-Mali­now­ski, Nie­znane listy Józefa Pił­sud­skiego, "Zeszyty Histo­ryczne" 1962, nr 2, s. 215. [wróć]

Cyn­cy­nat (V w. p.n.e.), rzym­ski gene­rał i dyk­ta­tor, który po poko­na­niu wro­gów repu­bliki zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska, dobro­wol­nie oddał całą wła­dzę i wró­cił na wieś. Uwa­żany za wzór skrom­no­ści i cnót oby­wa­tel­skich (przyp. aut.). [wróć]

Cata­log of Col­lec­tions, Pił­sud­ski Insti­tute, 5 (przyp. aut.). [wróć]

Carlo Sfo­rza, Twórcy nowej Europy (cyto­wany frag­ment prze­ło­żono na nowo). [wróć]

Adam Mich­nik, Roz­mowa w Cyta­deli, "Zeszyty Histo­ryczne" 1983, nr 64, s. 55. [wróć]

Roz­dział 3. Dawna Pol­ska

Roz­dział 3

Dawna Pol­ska

Nie da się zro­zu­mieć postaci Pił­sud­skiego ani roli, jaką ode­grał, bez zro­zu­mie­nia daw­nej Pol­ski.

hra­bia Carlo Sfo­rza, 1930

Histo­ria Pol­ski staje się skom­pli­ko­wana za sprawą pod­sta­wo­wego pyta­nia: jaka Pol­ska i gdzie? Pol­ska zaj­mo­wała zmie­nia­jące się w ciągu wie­ków tery­to­rium na roz­le­głej rów­ni­nie pomię­dzy Morzem Bał­tyc­kim i Kar­pa­tami, zmie­niała się też w sen­sie poli­tycz­nym i etnicz­nym, miała okresy świet­no­ści i lata upadku. Patrząc na XVII-wieczne mapy, ze zdzi­wie­niem widzimy, że ówcze­sna Pol­ska była naj­więk­szym pań­stwem Europy, w jej gra­ni­cach znaj­do­wały się tereny uwa­żane na ogół za zawsze przy­na­leżne Rosji albo Niem­com. Dwa wieki póź­niej Pol­ski już nie ma na mapie. To nie­sa­mo­wite znik­nię­cie jest tym dziw­niej­sze, że ten naj­bar­dziej zmi­li­ta­ry­zo­wany kraj w Euro­pie nie prze­grał w mię­dzy­cza­sie żad­nej dużej wojny. Wyja­śnie­nie tej geo­po­li­tycz­nej zagadki jest skom­pli­ko­wane, ale spro­wa­dza się wła­ści­wie do wspo­ma­ga­nego naro­do­wego samo­bój­stwa o skali nie­spo­ty­ka­nej wcze­śniej w ludz­kich dzie­jach.

Czę­sto się mówi, że tra­ge­dią Pol­ski jest jej poło­że­nie geo­gra­ficzne. Brak natu­ral­nych barier na wscho­dzie i zacho­dzie, z wyjąt­kiem bagien Pole­sia, wysta­wiał ją na łup najeźdź­ców: Ger­ma­nów, Węgrów, Mon­go­łów, Tur­ków, Tata­rów, Szwe­dów i Rosjan. Ale otwarte rów­niny słu­żyły też jako dwu­kie­run­kowy szlak, który czę­sto przy­no­sił Pol­sce korzy­ści. Przez więk­szą część swo­jej histo­rii to ona miała prze­wagę nad sąsia­dami. Pol­scy kró­lo­wie wła­dali na Węgrzech i w Cze­chach, przez krótki czas Polak zasia­dał na car­skim tro­nie. Pol­skie woj­ska trzy­krot­nie przy­czy­niły się do zdo­by­cia Moskwy, dwa razy zosta­wia­jąc po sobie jedy­nie zglisz­cza1. Prusy, które stały się zaląż­kiem Cesar­stwa Nie­miec­kiego, przez kil­ka­set lat były feu­dal­nie pod­le­głe pol­skiej Koro­nie, a unia Pol­ski z Litwą stwo­rzyła potężne mocar­stwo, roz­cią­ga­jące się od Bał­tyku po Morze Czarne.

Pol­ska zawdzię­czała wiele swo­ich suk­ce­sów nie tyle woj­nom, ile świa­tłej poli­tyce. Przez setki lat była jed­nym z naj­bar­dziej tole­ran­cyj­nych kra­jów Europy i czę­sto rzą­dziła sąsied­nimi kra­jami na ich prośbę. Co wię­cej, w odróż­nie­niu od więk­szo­ści swo­ich sąsia­dów przez ponad tysiąc lat odma­wiała przy­łą­cze­nia się do Świę­tego Cesar­stwa Rzym­skiego, sta­wiała opór Moskwie, unik­nęła tatar­skiego jarzma i nie stała się ofiarą turec­kiej oku­pa­cji.

Tak naprawdę Pol­ska jest dyna­micz­nym poję­ciem histo­rycz­nym. W cza­sach naj­więk­szego roz­kwitu nale­żały do niej - w czę­ści lub w cało­ści - zie­mie nie tylko dzi­siej­szej Pol­ski, ale też Litwy, Bia­ło­rusi, Rumu­nii, Rosji, Łotwy, Esto­nii i Ukra­iny. Poło­że­nie na wschod­nich rubie­żach Europy czy­niło z niej sza­niec chrze­ści­jań­stwa, a jej woj­ska wiele razy powstrzy­my­wały najazdy bar­ba­rzyń­ców gro­żące znisz­cze­niem zachod­niej cywi­li­za­cji. Bywały okresy, że Pol­ska zali­czała się do naj­więk­szych i naj­po­tęż­niej­szych państw euro­pej­skich z wysoko roz­wi­nię­tymi insty­tu­cjami demo­kra­tycz­nymi i libe­ral­nymi. Ale były też czasy, kiedy Pol­ska nie miała swo­jej rze­czy­wi­stej repre­zen­ta­cji, a spo­łe­czeń­stwo cier­piało pod rzą­dami okrut­nych, wręcz zbrod­ni­czych reżi­mów.

Mimo trud­nego poło­że­nia geo­gra­ficz­nego losy Pol­ski nie były z góry prze­są­dzone. W cudowny spo­sób prze­trwała ona zmienne koleje losu - nawet jeśli nie jako pań­stwo, to jako idea - cza­sem opusz­czona, ale ni­gdy zapo­mniana, a jej dumną histo­rię wskrze­szano, żeby zjed­no­czyć naród w cza­sach zagro­że­nia. Przez ponad sie­dem stu­leci Pol­ska była nie­za­leż­nym kró­le­stwem i liczą­cym się gra­czem na poli­tycz­nej sce­nie Europy Wschod­niej, a ten okres świet­no­ści pozo­sta­wił po sobie poczu­cie histo­rycz­nego prze­zna­cze­nia, które pozwo­liło jej opie­rać się wszyst­kim oku­pan­tom i w końcu zrzu­cić nie­wolę2.

W cza­sach Impe­rium Rzym­skiego tereny obec­nej Pol­ski były zasie­dlone głów­nie przez ple­miona sło­wiań­skie. Jedno z nich, Pola­nie - co ozna­cza "ludzie miesz­ka­jący wokół pola" - osia­dło w dorze­czu środ­ko­wej Warty; od nich wzięła się póź­niej nazwa pań­stwa. Choć ludy zamiesz­ku­jące pol­skie rów­niny pro­wa­dziły podobny tryb życia, to sta­no­wiły skom­pli­ko­waną mie­szankę róż­nych grup etnicz­nych mówią­cych roz­ma­itymi języ­kami i wyzna­ją­cych różne wie­rze­nia. Nie wiemy dokład­nie, w jaki spo­sób pol­sko­ję­zyczne ple­miona zdo­były pozy­cję domi­nu­jącą - po tych wyda­rze­niach nie pozo­stały żadne ślady pisane3.

W odróż­nie­niu od swo­ich sąsia­dów Pol­ska nie powstała na ducho­wym fun­da­men­cie Cesar­stwa Rzym­skiego ani jego następcy, chrze­ści­jań­skiego Zachodu. Na wscho­dzie cała cywi­li­za­cja rosyj­ska nosi głę­bo­kie piętno Rzymu w jego bizan­tyj­skim kształ­cie. Na zacho­dzie spo­łe­czeń­stwa zostały pod­dane wcze­snym wpły­wom Kościoła kato­lic­kiego. I choć rzym­scy kupcy poszu­ku­jący "złota Pół­nocy", czyli bursz­tynu, już w I wieku zapusz­czali się na tereny dzi­siej­szej Pol­ski, przez kolejne tysiąc­le­cie kon­takty te były ogra­ni­czone i nie zosta­wiły po sobie trwa­łych śla­dów. Patrząc z zachod­niej per­spek­tywy, można odnieść wra­że­nie, że Pol­ska zawsze była połą­czona z chrze­ści­jań­stwem, jed­nak tak naprawdę przez okres sta­no­wiący połowę ist­nie­nia Kościoła nie miała z nim żad­nych więzi. Jesz­cze tysiąc lat po naro­dzi­nach Jezusa pogań­ska Pol­ska była pogra­ni­czem zachod­niej cywi­li­za­cji; z dala od wiel­kich migra­cji i szla­ków han­dlo­wych, w izo­la­cji od Rzymu roz­wi­jała się w pań­stwo naro­dowe z rdzenną kul­turą, języ­kiem i wie­rze­niami. Pol­ska późno dołą­czyła do Zachodu i jed­no­cze­śnie do chrze­ści­jań­stwa, ale zro­biła to z żar­li­wo­ścią neo­fity.

W VIII i IX wieku nie­liczne wyprawy Fran­ków napo­ty­kały za Łabą pry­mi­tywne sło­wiań­skie ple­miona odda­jące cześć natu­rze i miesz­ka­jące w odizo­lo­wa­nych od sie­bie osa­dach. Te samo­wy­star­czalne orga­ni­za­cje kla­nowe mogły być źró­dłem sil­nych skłon­no­ści regio­na­li­stycz­nych, któ­rych nie da się wyja­śnić - tak jak w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Fran­cji czy Wło­szech - róż­ni­cami etnicz­nymi. Dawne spo­łecz­no­ści kla­nowe uważa się czę­sto za psy­cho­lo­giczne źró­dło upar­tej nie­chęci Pola­ków do wła­dzy cen­tral­nej oraz zalą­żek uni­ka­to­wej i sto­sun­kowo licz­nej war­stwy szla­chec­kiej, która miała uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję w pań­stwie.

Mimo ist­nie­nia sil­nej struk­tury kla­no­wej, w IX wieku - w tym samym cza­sie Karol Wielki doko­ny­wał połą­cze­nia swo­jego Impe­rium Karo­liń­skiego z Kościo­łem rzym­skim - zaczęła się wyła­niać wśród proto-Pola­ków pierw­sza rdzenna wła­dza regio­nalna. Słabo udo­ku­men­to­wane i dość nie­wy­raźne zarysy pań­stwa naro­do­wego powstały wraz z utwo­rze­niem dyna­stii Pia­stów, która w IX wieku miała sie­dzibę w Gnieź­nie. A już w X wieku pia­stow­ski książę Mieszko (922-992) wła­dał kra­jem mogą­cym się pochwa­lić roz­wi­nię­tym sys­te­mem fiskal­nym, impo­nu­jącą sie­cią zam­ków i regu­larną armią zło­żoną z trzech tysięcy kon­nych. Ówcze­sna Pol­ska była pań­stwem naro­do­wym, nie­za­leż­nym od zachod­niego chrze­ści­jań­stwa, zapewne jako jedyny taki byt poli­tyczny w śre­dnio­wiecz­nej Euro­pie. Jed­nak czasy tej świet­nej izo­la­cji powoli się koń­czyły. Chrze­ści­jań­stwo pod­cho­dziło coraz bli­żej: od zachodu rzym­ski kato­li­cyzm, od wschodu Kościół pra­wo­sławny. Islam nie roz­lał się jesz­cze po Euro­pie Środ­ko­wej, jed­nak i on miał stać się kie­dyś zagro­że­niem dla pol­skiej suwe­ren­no­ści.

Kiedy w 955 roku woj­ska nie­miec­kiego króla Ottona I Wiel­kiego (912-973) z zamia­rem pod­bi­cia i nawró­ce­nia pogań­skich sąsia­dów prze­kro­czyły Łabę, stało się jasne, który odłam chrze­ści­jań­stwa prze­waży na pol­skich zie­miach. Wyda­rze­nie to stało się począt­kiem nie­prze­rwa­nej walki poli­tycz­nej i kul­tu­ro­wej mię­dzy Pola­kami a Niem­cami.

Mieszko był męż­nym wojow­ni­kiem, jed­nak widząc nie­uchron­ność klę­ski mili­tar­nej i groźbę wchło­nię­cia pań­stwa przez Święte Cesar­stwo Rzym­skie, dopro­wa­dził do zawar­cia kom­pro­misu. Zgo­dził się przejść na chrze­ści­jań­stwo, ale spryt­nie popro­sił, by jego kraj zna­lazł się pod bez­po­śred­nią jurys­dyk­cją i ochroną papieża, a nie nie­miec­kiego władcy, który wła­śnie dopro­wa­dził do znisz­cze­nia zger­ma­ni­zo­wa­nych zachod­nich sąsia­dów Pol­ski. Dzięki temu roz­wią­za­niu dyna­stia Pia­stów nie tylko prze­trwała, ale też obro­niła się przed zabor­czo­ścią Niem­ców.

Za począ­tek histo­rii Pol­ski czę­sto uznaje się rok 966, w któ­rym Mieszko przy­jął chrzest, czy­niąc księ­stwo Polan czę­ścią chrze­ści­jań­skiego Zachodu. Pol­ska otrzy­mała w ten spo­sób zarówno wieczne zba­wie­nie, jak i wiele ziem­skich korzy­ści. Kato­li­cyzm wzmoc­nił pod­stawy rzą­dów dyna­stycz­nych i umoż­li­wił Pol­sce dostęp do zachod­niej kul­tury i łaciń­skiego piśmien­nic­twa.

Syn Mieszka, rzą­dzący w latach 992-1025 Bole­sław I zwany Chro­brym, był świet­nym dowódcą; jego woj­ska dotarły aż do Kijowa, gdzie król wyszczer­bił miecz, ude­rza­jąc nim w złotą bramę ruskiej sto­licy. Bole­sław Chro­bry wypra­wiał się także na zachód i przez jakiś czas zasia­dał na cze­skim tro­nie. W swo­jej prze­ni­kli­wo­ści pierw­szy dostrzegł zagro­że­nie, jakim był jed­no­cze­sny atak nie­przy­ja­ciół ze wschodu i zachodu, dla­tego powziął pomysł zjed­no­cze­nia wschod­nio­eu­ro­pej­skich Sło­wian w jeden byt poli­tyczny umiej­sco­wiony pomię­dzy dwoma ośrod­kami chrze­ści­jań­skiego świata4. Jed­nak idea ta nie spodo­bała się sąsia­dom, dla­tego Chro­bry musiał się zado­wo­lić kon­so­li­do­wa­niem swo­jej wła­dzy; w ciągu kolej­nych dwu­dzie­stu lat zjed­no­czył wszyst­kie księ­stwa, które póź­niej two­rzyły pań­stwo pol­skie, mię­dzy innymi Wiel­ko­pol­skę, Mało­pol­skę, Mazow­sze, Śląsk i Pomo­rze5. W 1025 roku, zale­d­wie dwa mie­siące przed śmier­cią, Bole­sław Chro­bry został koro­no­wany na pierw­szego króla Pol­ski. Przy­słana przez papieża korona była for­mal­nym przy­pie­czę­to­wa­niem unii pol­skiej monar­chii z Kościo­łem rzym­skim.

Po śmierci Chro­brego Pol­ska weszła w okres upadku i podzia­łów. Jed­nym z powo­dów tego roz­drob­nie­nia był gor­szący kon­flikt mię­dzy kró­lem a ducho­wień­stwem, do któ­rego doszło w 1079 roku. Biskup kra­kow­ski Sta­ni­sław ze Szcze­pa­nowa (1030-1079) jako jeden z nie­licz­nych hie­rar­chów był Pola­kiem. Nie­stety, nie­długo po swoim wynie­sie­niu do god­no­ści bisku­piej wdał się w spór z kró­lem Bole­sła­wem II Śmia­łym (1042-1081). Powody tego sporu nie są do końca jasne. W jego efek­cie biskup został zamor­do­wany pod­czas odpra­wia­nia mszy, podobno przez samego króla6. Jak głosi legenda, ciało Sta­ni­sława poćwiar­to­wano i wrzu­cono do pobli­skiego stawu, lecz szczątki, pil­no­wane przez orły, w cudowny spo­sób zło­żyły się w całość.

Święty Sta­ni­sław został obwo­łany patro­nem Pol­ski i stał się sym­bo­lem oporu prze­ciwko wła­dzy. Opo­wieść o jego poćwiar­to­wa­niu i zmar­twych­wsta­niu była pocie­chą w naj­trud­niej­szych okre­sach histo­rii Pol­ski, a pod­czas roz­bio­rów i za cza­sów sowiec­kich wyko­rzy­sty­wano ją też jako ale­go­ryczną broń prze­ciw nie­pra­wo­wi­tej wła­dzy pań­stwo­wej.

Kolejny cios pol­ska monar­chia otrzy­mała w 1138 roku, kiedy Bole­sław III Krzy­wo­usty (1086-1138), któ­remu udało się zjed­no­czyć kraj, w testa­men­cie podzie­lił kró­le­stwo mię­dzy swo­ich synów. Ozna­czało to osła­bie­nie Korony przy jed­no­cze­snym wzmoc­nie­niu despo­tycz­nych rzą­dów moż­no­wład­ców w samo­wy­star­czal­nych i coraz bar­dziej odizo­lo­wa­nych od sie­bie księ­stwach. Ta luźna orga­ni­za­cja sprzy­jała typo­wej dla Pola­ków nie­chęci wobec wła­dzy cen­tral­nej, co zapo­cząt­ko­wało okres desta­bi­li­za­cji.

Pod­czas roz­bi­cia dziel­ni­co­wego (1138-1320) doszło do kilku donio­słych wyda­rzeń, które jesz­cze bar­dziej pogor­szyły sytu­ację. W XIII wieku ruszyła na zachód nie­po­wstrzy­mana, nisz­czy­ciel­ska fala mon­gol­skiej jazdy. Ataki Mon­go­łów były zma­so­wane i sko­or­dy­no­wane, a ich siła ognia i nie­zwy­kła zdol­ność prze­miesz­cza­nia się nie miały sobie rów­nych przez kilka kolej­nych stu­leci. Przed najaz­dem na Europę Mon­go­ło­wie ze Zło­tej Ordy zajęli ruskie księ­stwa i zrów­nali z zie­mią nie­mal wszyst­kie więk­sze mia­sta. Prze­pro­wa­dzili zwy­cię­ską zimową ofen­sywę na rosyj­skie tery­to­rium, co nie udało się ani Napo­le­onowi, ani Hitle­rowi.

W 1240 roku Mon­go­ło­wie obró­cili w perzynę Kijów, jedno z naj­więk­szych śre­dnio­wiecz­nych miast, będące od trzy­stu lat cen­trum ruskiej kul­tury; zbu­rzyli nie­mal wszyst­kie domy, a nie­licz­nych miesz­kań­ców, któ­rzy unik­nęli rzezi, poj­mali w nie­wolę. Znisz­cze­nie Kijowa, w któ­rego ruinach jesz­cze przez dzie­siątki lat walały się czaszki pomor­do­wa­nych, miało dale­ko­siężne skutki: cen­trum wschod­niej Sło­wiańsz­czy­zny prze­su­nęło się na pół­noc, do mało zna­nej, lecz oca­la­łej od znisz­czeń fak­to­rii pod nazwą Moskwa.

Po znisz­cze­niu Rusi Kijow­skiej przez Mon­go­łów wła­dzę nie­jako auto­ma­tycz­nie prze­jęło Księ­stwo Moskiew­skie, które wkrótce ogło­siło się pra­wo­wi­tym dzie­dzi­cem Kijowa. Jego misją stało się "połą­cze­nie rosyj­skich ziem", luźno okre­śla­nych jako tereny, któ­rymi kie­dyś wła­dała dyna­stia Rury­ko­wi­czów. Póź­niej­sza eks­pan­sja Pol­ski i Litwy na tereny śre­dnio­wiecz­nej Rusi i Ukra­iny sta­no­wiła kon­ku­ren­cję dla roz­ra­sta­ją­cego się Księ­stwa Moskiew­skiego; można powie­dzieć, że ta walka o wpływy trwa do dziś.

Po znisz­cze­niu rosyj­skich ste­pów Mon­go­ło­wie podzie­lili się na dwie grupy, obie dowo­dzone przez wnuka Czyn­gis-chana. Jedna zaata­ko­wała Pol­skę, a druga Węgry. W Nie­dzielę Wiel­ka­nocną 1241 roku Mon­go­ło­wie opa­no­wali Kra­ków i spa­lili go do cna. Do dziś hej­nał z wieży Mariac­kiej w Kra­ko­wie jest prze­ry­wany w pół nuty jako upa­mięt­nie­nie trę­ba­cza, który zgi­nął od mon­gol­skiej strzały, trą­biąc na alarm. Pol­ska szlachta została dosłow­nie wyrżnięta, miarą liczby ofiar były dla Mon­go­łów worki wypeł­nione uszami zabi­tych.

Kilka dni póź­niej podob­nej klę­ski doznały na rów­ni­nie Mohi woj­ska węgier­skie - z pięt­na­sto­ty­sięcz­nej armii zgi­nęło w bitwie dzie­sięć tysięcy żoł­nie­rzy. Zmie­rza­jący ku "Wiel­kiej Wodzie" Atlan­tyku Mon­go­ło­wie byli o krok od zdo­by­cia Wied­nia, lecz prze­szko­dził im wła­ści­wie przy­pa­dek. W dale­kim Kara­ko­rum zmarł nie­ocze­ki­wa­nie wielki chan Uge­dej. Na wieść o jego śmierci dowódcy pospiesz­nie wró­cili do domu, żeby wziąć udział w wybo­rze następcy. Zabrali ze sobą łupy i nie­wol­ni­ków. Nie­któ­rzy histo­rycy uwa­żają, że choć Pol­ska i Węgry zostały poko­nane, zadały wro­gowi wystar­cza­jąco dotkliwe straty, by utrud­nić Zło­tej Ordzie dal­szy pod­bój Europy. Tak czy ina­czej Mon­go­ło­wie już ni­gdy nie zagro­zili zachod­niej cywi­li­za­cji, choć ich mniej­sze siły od czasu do czasu doko­ny­wały najaz­dów na Europę Wschod­nią.

Mimo ogrom­nych znisz­czeń i wylud­nie­nia wschod­nie i połu­dniowe tereny Pol­ski powoli się odra­dzały. Ale pozo­stało jesz­cze jedno zagro­że­nie, z pół­nocy, ze strony nie­ugię­tych pogań­skich ple­mion. Książę Kon­rad I Mazo­wiecki (1187-1247) pod­jął wtedy decy­zję, która oka­zała się brze­mienna w skutki: uznał, że sam nie da rady pod­bić Pru­sów, zwa­nych także Bał­tami (ta ostat­nia nazwa wywo­dziła się od słowa bal­tas ozna­cza­ją­cego "biały"), i w 1226 roku zwró­cił się o pomoc do pozba­wio­nych zaję­cia krzy­żow­ców. Nega­tyw­nym skut­kiem roz­drob­nie­nia dziel­ni­co­wego Pol­ski było to, że pomniejsi władcy, tacy jak Kon­rad, szu­kali wspar­cia za gra­nicą i zapra­szali do sie­bie ludzi, któ­rym dobro gospo­da­rzy wcale nie leżało na sercu. Książę mazo­wiecki posta­wił na ryce­rzy krzy­żac­kich, któ­rzy - jak się póź­niej oka­zało - znacz­nie nad­użyli jego gościn­no­ści.

Zakon krzy­żacki - któ­rego pełna nazwa brzmiała: Zakon Szpi­tala Naj­święt­szej Marii Panny Domu Nie­miec­kiego w Jero­zo­li­mie - został zało­żony w 1190 roku pod Akką w Pale­sty­nie przez czter­dzie­stu poboż­nych mni­chów i ryce­rzy w celu zapew­nie­nia nie­miec­kim piel­grzy­mom opieki szpi­tal­nej pod­czas kru­cjat. Jed­nak ów cel szybko się zmie­nił, zakon prze­kształ­cił się w sto­wa­rzy­sze­nie woj­skowe nakie­ro­wane na pod­boje. Kon­rad zgo­dził się prze­ka­zać ryce­rzom zie­mię cheł­miń­ską, która miała być ich bazą wypa­dową do ata­ków na pogań­skie tery­to­ria, jed­nak uwa­żał ich za swo­ich wasali.

Tyle że Krzy­żacy oka­zali się znacz­nie bar­dziej ambitni. Mając apro­batę nie­miec­kiego cesa­rza oraz bullę papie­ską upo­waż­nia­jącą do nawra­ca­nia Pru­sów i zaj­mo­wa­nia ich tere­nów pod nomi­nalną zwierzch­no­ścią Rzymu, roz­po­częli w 1228 roku kam­pa­nię, która bar­dziej przy­po­mi­nała pod­bój niż misję chry­stia­ni­za­cyjną. W 1237 roku połą­czyli się z mają­cym sie­dzibę w Rydze zako­nem kawa­le­rów mie­czo­wych i usta­no­wili nad Wisłą nie­za­leżne pań­stwo zakonne, które dążyło do eks­pan­sji kosz­tem Pol­ski. Kon­rad Mazo­wiecki zro­bił rze­czy­wi­ście zły inte­res: w miej­sce nęka­ją­cych Pol­skę ple­mion pru­skich poja­wiło się agre­sywne pań­stwo nie­miec­kie, będące we wła­da­niu fana­tycz­nego zakonu reli­gij­nego.

Krzy­żacy mocno się oko­pali na prze­chwy­co­nych pru­skich zie­miach, skąd pro­wa­dzili kolejne "kru­cjaty". Po zaję­ciu w 1309 roku Gdań­ska (nazy­wa­nego po nie­miecku Dan­zig) zakon odciął Pol­skę od nad­bał­tyc­kich ryn­ków zbytu, czy­niąc z niej na następne sto lat kraj prak­tycz­nie pozba­wiony dostępu do morza. Od Bał­tyku odgra­dzały Pol­skę wro­gie nie­miec­kie kolo­nie roz­cią­ga­jące się od Pomo­rza aż po Esto­nię. Po jakimś cza­sie utwo­rzone przez Krzy­ża­ków mia­sta i pla­cówki zaczęto nazy­wać "pru­skimi", a okre­śle­nie to stało się tery­to­rialną iden­ty­fi­ka­cją koja­rzoną głów­nie z kul­turą ger­mań­ską. Jed­nak Krzy­żacy nie zado­wa­lali się jedy­nie najeż­dża­niem pogań­skich ziem na wscho­dzie, lecz przy­pusz­czali także cią­głe ataki na daw­nego gospo­da­rza i w 1311 roku opa­no­wali nie­mal całe Pomo­rze. Podzie­lona na frak­cje i auto­no­miczne enklawy Pol­ska nie była zdolna do sko­or­dy­no­wa­nej obrony i nie umiała powstrzy­mać krzy­żac­kiej eks­pan­sji. Sła­bość pań­stwa kusiła także innych sąsia­dów. W 1300 roku cze­ski król Wacław III (1271-1305) naje­chał Wiel­ko­pol­skę i zmó­wiw­szy się ze świę­tym cesa­rzem rzym­skim, przy­jął tytuł króla Pol­ski. Dal­szy byt nie­za­leż­nego pań­stwa był zagro­żony.

Poja­wie­nie się wspól­nego wroga w głębi kraju dopro­wa­dziło do tego, co wcze­śniej nie uda­wało się skłó­co­nym pia­stow­skim ksią­żę­tom: do zjed­no­cze­nia Pol­ski. Ten wątek powra­cał póź­niej wie­lo­krot­nie: w okre­sach dobro­bytu kraj roz­pa­dał się na zwa­śnione, kie­ru­jące się wła­snym inte­re­sem stron­nic­twa, nato­miast w cza­sach kry­zysu jed­no­czył się w imię wspól­nego dobra. Połą­czone na nowo pol­skie siły, skła­da­jące się głów­nie ze szlachty, odbiły Kra­ków i wyparły Cze­chów i Krzy­ża­ków poza gra­nice.

Archi­tek­tem tej nowej pol­skiej jed­no­ści i potęgi był książę Wła­dy­sław Łokie­tek (1261-1333). Mimo drob­nej postury oka­zał się wybit­nym wojow­ni­kiem i stop­niowo odzy­ski­wał utra­cone tery­to­ria. W ciągu dwu­dzie­stu lat udało mu się sca­lić wszyst­kie pol­skie księ­stwa z wyjąt­kiem Pomo­rza. W 1320 roku, po dwu­stu latach roz­drob­nie­nia dziel­ni­co­wego, Wła­dy­sław został koro­no­wany na króla Pol­ski przy nie­chęt­nym przy­zwo­le­niu papieża, który wyra­ził zgodę dopiero po obiet­nicy pod­wyż­sze­nia kościel­nych podat­ków. Ta cere­mo­nia przy­wró­ciła w Pol­sce monar­chię i wła­dzę cen­tralną.

Wyda­wało się, że Łokiet­kowi trudno będzie dorów­nać, ale to jego syn Kazi­mierz (1310-1370) jest jedy­nym pol­skim kró­lem, który zasłu­żył sobie na przy­do­mek "Wielki". Roz­trop­nie łącząc poli­tykę ustępstw tery­to­rial­nych z potęgą mili­tarną, Kazi­mierz wzmoc­nił kró­le­stwo ojca. Uważa się, że jak żaden inny monar­cha umiał zapew­nić Pol­sce prze­wagę na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej7.

Żeby uła­go­dzić nie­miec­kich sąsia­dów, w 1339 roku Kazi­mierz zrzekł się Ślą­ska na rzecz Czech, jed­nak księ­stwo to utrzy­mało więź z Pol­ską poprzez kościelną jurys­dyk­cję arcy­bi­skupa gnieź­nień­skiego. Następ­nie, żeby przy­naj­mniej na jakiś czas zatrzy­mać roz­lew krwi na gra­nicy, Kazi­mierz wyne­go­cjo­wał poro­zu­mie­nie z Krzy­ża­kami i oddał im część spor­nych ziem. Ustęp­stwa tery­to­rialne były grą na zwłokę, kró­lowi cho­dziło o usta­bi­li­zo­wa­nie sytu­acji i wzmoc­nie­nie kraju. Zapew­niw­szy sobie bez­pieczne gra­nice na pół­nocy i na zacho­dzie, Kazi­mierz mógł posłać woj­ska na wschód, na tery­to­ria znisz­czone sto lat wcze­śniej przez mon­gol­ską inwa­zję i prak­tycz­nie pozba­wione obrony. Zdo­byte zie­mie z nawiązką skom­pen­so­wały straty na zacho­dzie wyni­ka­jące z zawar­tych umów poko­jo­wych. W 1340 roku Kazi­mierz zaanek­to­wał Ruś Czer­woną, wpro­wa­dza­jąc Rusi­nów (wów­czas jesz­cze nie­zróż­ni­co­wa­nych na Ukra­iń­ców i Bia­ło­ru­si­nów) do pol­skiej strefy wpły­wów.

Pod koniec pano­wa­nia Kazi­mie­rza Wiel­kiego Pol­ska dwu­krot­nie powięk­szyła swoje tery­to­rium, sta­jąc się główną potęgą Europy. Wśród licz­nych zasług króla należy wymie­nić kody­fi­ka­cję pol­skiego prawa, budowę ponad pięć­dzie­się­ciu zam­ków obron­nych oraz zało­że­nie w 1364 roku Aka­de­mii Kra­kow­skiej - dru­giego uni­wer­sy­tetu w Euro­pie Środ­ko­wej.

Pisząc ten roz­dział, autor korzy­stał z nastę­pu­ją­cych mono­gra­fii:

Davies, Boże igrzy­sko Dzie­wa­now­ski, Pił­sud­ski: A Euro­pean Fede­ra­list Halecki, Bor­der­lands of Western Civi­li­za­tion Halecki, Histo­ria Pol­ski Hin­gley, Rus­sia: A Con­cise History Jędruch, Con­sti­tu­tions Len­dvai, Węgrzy Lukow­ski Zawadzki, A Con­cise History of Poland Stone, Polish-Lithu­anian State Taras, Con­so­li­da­ting Demo­cracy in Poland Tihany, History of Mid­dle Europe Wal­ters, Other Europe Zamoy­ski, Wła­sną drogą

W 1604 pol­scy najem­nicy uczest­ni­czyli w zdo­by­ciu Moskwy, gdzie osa­dzili na tro­nie Dymi­tra Samo­zwańca, rze­ko­mego syna Iwana Groź­nego. W 1610 pol­skie siły na roz­kaz Zyg­munta III Wazy zajęły Moskwę i oku­po­wały ją przez dwa lata. W 1812 pol­scy żoł­nie­rze sta­no­wili znaczną część Wiel­kiej Armii Napo­le­ona (przyp. aut.). [wróć]

For­mal­nie Pol­ska leży w Euro­pie Środ­ko­wej i od dawna jest łączona z chrze­ści­jań­skim Zacho­dem. Ale ponie­waż sta­no­wiła wschod­nią gra­nicę zachod­niej cywi­li­za­cji, czę­sto uważa się ją za pań­stwo wschod­nio­eu­ro­pej­skie, a z rzadka za "serce Europy". Dla celów tej książki Europą Wschod­nią zostały nazwane zie­mie pomię­dzy Niem­cami a Rosją (przyp. aut.). [wróć]

Wbrew powszech­nemu mnie­ma­niu do XX w. więk­szość wschod­nio­eu­ro­pej­skich kra­jów, w tym także Pol­ska, nie była jed­no­lita pod wzglę­dem etnicz­nym (przyp. aut.). [wróć]

Uszko­dzony miecz Chro­brego, Szczer­biec, był uży­wany pod­czas koro­na­cji wszyst­kich kró­lów Pol­ski, co miało upa­mięt­niać zaję­cie Kijowa (przyp. aut.). [wróć]

Wiel­ko­pol­ska obej­muje środ­kowo-zachod­nią część Pol­ski. Mało­pol­ska, wysu­nięta naj­da­lej na połu­dnie, przy­lega do Kar­pat. W cza­sach roz­bio­rów region ten, w któ­rym mie­ści się Kra­ków, nazy­wano Gali­cją - jej wschod­nia część należy obec­nie do Ukra­iny. Mazow­sze wraz z War­szawą poło­żone jest w środ­ko­wej Pol­sce, a w jego obrę­bie znaj­duje się więk­sza część doliny Wisły. Śląsk, obszar bogaty w złoża mine­ralne, cią­gnie się wzdłuż Odry na zachód od Gali­cji. Na pół­nocy Pomo­rze z por­to­wym mia­stem Gdańsk się­gało brzegu Morza Bał­tyc­kiego (przyp. aut.). [wróć]

Według nie­któ­rych rela­cji biskup został oskar­żony o zdradę, a sąd kró­lew­ski potwier­dził jego winę i ska­zał go na śmierć. To wyja­śnie­nie jest bar­dziej wia­ry­godne, choć mniej barwne. Histo­ria św. Sta­ni­sława brzmi zapewne zna­jomo dla osób zna­ją­cych dzieje Anglii. Nie­mal sto lat póź­niej, w 1170, arcy­bi­skup Tomasz Bec­ket został zamor­do­wany na roz­kaz Hen­ryka II w podob­nych oko­licz­no­ściach (przyp. aut.). [wróć]

W Pol­sce nawet kró­lo­wie byli pod­da­wani suro­wym oce­nom, które zapewne nie wpły­wały dobrze na ich samo­za­do­wo­le­nie. Można się jedy­nie domy­ślać, jak się czuli Mieszko Gnu­śny, Bole­sław Krzy­wo­usty, Bole­sław Kędzie­rzawy, Wła­dy­sław Lasko­nogi, Mieszko Plą­to­nogi czy "kur­du­pel" owych cza­sów, Wła­dy­sław Łokie­tek, kiedy przy­zna­wano im kró­lew­skie przy­domki (przyp. aut.). [wróć]

Roz­dział 4. Pod­boje Jagiel­lo­nów

Roz­dział 4

Pod­boje Jagiel­lo­nów

Kto [miło­ścią] pogar­dzi, ten wszystko utraci1.

unia horo­del­ska, 1413

Suk­ce­sja po Kazi­mie­rzu Wiel­kim począt­kowo nie budziła nie­po­koju. Wpraw­dzie król nie miał pra­wo­wi­tego syna, jed­nak wśród Pia­stów zna­la­złoby się kilku odpo­wied­nich dzie­dzi­ców, więc powszech­nie zakła­dano, że korona przy­pad­nie jed­nemu z nich, co zresztą król publicz­nie zapo­wie­dział.

Jed­nak Kazi­mierz nie­ocze­ki­wa­nie podzie­lił schedę pomię­dzy wnuka Kaźka, rodo­wi­tego pia­stow­skiego księ­cia, i sio­strzeńca Ludwika Ande­ga­weń­skiego, króla Węgier. Zazwy­czaj wola zmar­łego króla była hono­ro­wana, jed­nak ostat­nie roz­po­rzą­dze­nie Kazi­mierza Wiel­kiego spo­tkało się z powszech­nym sprze­ci­wem. Wcze­śniej­sze roz­bi­cie kraju skoń­czyło się kil­koma wie­kami nie­sta­bil­no­ści, nic więc dziw­nego, że Polacy woleli unik­nąć takich doświad­czeń.

W 1370 roku grupa szlachty ogło­siła, że testa­ment może być nie­pra­wo­mocny, a sąd w San­do­mie­rzu szybko pod­wa­żył część jego zapi­sów. Wyrok ten stwo­rzył ważny pre­ce­dens: nawet król nie mógł wyzna­czyć swo­jego następcy bez zgody szlachty. Szlachta, sta­no­wiąca 10 pro­cent lud­no­ści Pol­ski, przy­zna­wała sobie moralne i legalne prawo do udziału w rzą­dze­niu pań­stwem, co wyni­kało głów­nie z faktu, że tylko ona dys­po­no­wała siłą mili­tarną. Skom­pli­ko­wany sys­tem zależ­no­ści mię­dzy monar­chią a sta­nem szla­chec­kim, mający ogromny wpływ na całą histo­rię Pol­ski, sta­no­wił w Euro­pie wyją­tek (nieco zbli­żony sys­tem obo­wią­zy­wał jedy­nie na Węgrzech). Pod­stawą była ugoda, która zakła­dała, że za okre­ślone przy­wi­leje szla­chet­nie uro­dzeni Polacy mają w cza­sach zagro­że­nia świad­czyć służbę woj­skową na rzecz pań­stwa. Szlachta była więc w teo­rii nie­zróż­ni­co­waną klasą wojow­ni­ków, która w odróż­nie­niu od euro­pej­skiej ary­sto­kra­cji nie miała tytu­łów, takich jak hra­bia czy baron. Cie­szyła się kla­so­wymi przy­wi­le­jami, a w zamian miała chro­nić pań­stwo i zapew­niać jego sta­bil­ność.

Pro­por­cjo­nal­ność tego ure­gu­lo­wa­nia została zachwiana, kiedy prawa szla­chec­kie zaczęły prze­wa­żać nad obo­wiąz­kami, co miało się jed­nak ujaw­nić dopiero w dal­szej przy­szło­ści. Pod­wa­że­nie testa­mentu Kazi­mie­rza Wiel­kiego sta­no­wiło zna­czący krok na dro­dze two­rze­nia praw i insty­tu­cji, za któ­rych sprawą w kolej­nych stu­le­ciach szlachta zdo­bę­dzie domi­nu­jącą pozy­cję w pań­stwie.

W 1370 roku magnaci (czyli bogata szlachta) osa­dzili na pol­skim tro­nie Ludwika Węgier­skiego (1326-1382)2. Ludwik miał nie­wiele wspól­nego ze swoim wujem, prócz jed­nej cechy: nie był zdolny do spło­dze­nia męskiego potomka. Jed­nak w 1374 roku, dzięki nada­niu szlach­cie kolej­nych przy­wi­le­jów, mię­dzy innymi obni­że­niu podat­ków, które mogły być pod­no­szone jedy­nie za obo­pólną zgodą, udało mu się uzy­skać prawo do pol­skiej korony dla jed­nej ze swo­ich córek. Przy­wi­lej koszycki usta­no­wił zasadę, że przed wstą­pie­niem króla na tron szlachta musi zaak­cep­to­wać warunki rzą­dów, a także był pierw­szym pak­tem, który dał szcze­gólne prawa nie poje­dyn­czym oso­bom, ale szlach­cie jako całej war­stwie spo­łecz­nej.

Po śmierci Ludwika Węgier­skiego jego dzie­się­cio­let­nia córka Jadwiga (1374-1399) została w 1384 roku koro­no­wana na "króla" Pol­ski. Męska forma tytułu ozna­czała, że Jadwiga jest samo­dzielną wład­czy­nią, a nie jedy­nie kró­lew­ską mał­żonką. Mimo mło­dego wieku "król" potrze­bo­wał męża, więc pano­wie z Mało­pol­ski chęt­nie pod­jęli się wyboru odpo­wied­niego kan­dy­data. Po wyklu­cze­niu Habs­burga oraz człon­ków lokal­nych rodów pia­stow­skich, któ­rzy otwar­cie doma­gali się dzie­dzicz­nej suk­ce­sji, wybór samo­zwań­czej rady regen­cyj­nej padł nie­ocze­ki­wa­nie na nie­pi­śmien­nego poga­nina z sąsied­niej i czę­sto wrogo nasta­wio­nej Litwy. Jagiełło, wielki książę litew­ski, był o dwa­na­ście lat star­szy od pol­skiego "króla". Nie wyglą­dało to na zwią­zek z miło­ści - pogań­ski wojow­nik oraz kul­tu­ralna, wła­da­jąca wie­loma języ­kami (łaciną, bośniac­kim, węgier­skim, chor­wac­kim, pol­skim i nie­miec­kim) węgier­ska księż­niczka, do tego chrze­ści­janka i dzie­wica - jed­nak ta na zimno wykal­ku­lo­wana unia oka­zała się jed­nym z naj­bar­dziej owoc­nych mał­żeństw dyna­stycz­nych.

Litwa, ostat­nie pogań­skie pań­stwo w Euro­pie, była kra­jem zaco­fa­nym, a jej gospo­darka opie­rała się głów­nie na pracy nie­wol­ni­czej i sezo­no­wych gra­bie­żach. Biedna, miesz­ka­jąca w tor­fo­wych zie­mian­kach lud­ność zaj­mo­wała się rol­nic­twem na wła­sne potrzeby i posłu­gi­wała pro­stymi drew­nia­nymi narzę­dziami. Jagiełło, "wielki książę Litwy i Rusi", rzą­dził z Wilna księ­stwem dwu­krot­nie więk­szym od Pol­ski, roz­cią­ga­ją­cym się od Bał­tyku po Krym i od Bugu po Don. W owym cza­sie Litwa była ponad dzie­sięć razy więk­sza niż obecne pań­stwo litew­skie, zaj­mo­wała powierzch­nię ponad 900 tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych. Wyko­rzy­stu­jąc próż­nię powstałą po wyco­fa­niu się Mon­go­łów, Litwini pod­bili roz­le­głe ruskie tery­to­ria, zaj­mu­jąc więk­szość tere­nów dzi­siej­szej Ukra­iny, Bia­ło­rusi i zachod­niej Rosji. W 1307 roku zdo­byli Połock, w 1340 Mińsk, w 1356 Smo­leńsk, a w 1363 Kijów. Może się to wyda­wać nie­wia­ry­godne, ale pod koniec XIV wieku Litwa była najwięk­szym pań­stwem w Euro­pie.

Zaco­faną Litwą, któ­rej język był tak pry­mi­tywny, że nie powstała w nim żadna lite­ra­tura, rzą­dzili pro­staccy despo­tyczni pano­wie, nie­ma­jący wiel­kiego sza­cunku dla poli­tycz­nego wyra­fi­no­wa­nia sąsied­niej Pol­ski3. Wyda­wało się mało praw­do­po­dobne, by kraj tak odmienny pod wzglę­dem etnicz­nym, kul­tu­ro­wym i reli­gij­nym mógł się efek­tyw­nie połą­czyć z bar­dziej świa­tłą Pol­ską. Jak się jed­nak oka­zało, w poli­tyce moż­liwe są różne związki. Pol­scy pano­wie uznali taki sojusz za wska­zany, wie­dząc, że Litwa ma podobne ambi­cje i tych samych wro­gów. Oba kraje rywa­li­zo­wały ze sobą na wscho­dzie, gdzie roz­le­głe, prak­tycz­nie pozba­wione obrony tereny umoż­li­wiały eks­pan­sję. Utwo­rze­nie jed­nego bytu poli­tycz­nego zapo­bie­gło przy­szłym kon­flik­tom mię­dzy Pol­ską a Litwą, które mogły póź­niej wspól­nie wystą­pić prze­ciwko Tata­rom, rów­nież rosz­czą­cym sobie prawa do księstw na Rusi. Ale były to nie­jako korzy­ści uboczne, gdyż głów­nym czyn­ni­kiem popy­cha­ją­cym Pol­skę i Litwę do tego nie­zwy­kłego soju­szu był strach przed zako­nem krzy­żac­kim.

Krzy­żacy nie­ustan­nie ata­ko­wali Litwę, nie tylko ze względu na jej pogań­skość, ale głów­nie dla­tego, że nale­żące do niej zie­mie nad Bał­ty­kiem oddzie­lały ich od pań­stwa kawa­le­rów mie­czo­wych obej­mu­ją­cego dzi­siej­szą Łotwę i Esto­nię. Pol­ska przy­na­le­żała do sfery wpły­wów Kościoła kato­lic­kiego, ale Krzy­żacy patrzyli na nią łako­mym okiem, dla­tego sze­rzyli prze­ko­na­nie, że wiara Pola­ków nie jest auten­tyczna.

Zakon krzy­żacki dys­po­no­wał w owych cza­sach naj­lep­szym woj­skiem w Euro­pie, świet­nie wyszko­lo­nym, nowo­cze­śnie wypo­sa­żo­nym i zasob­nym finan­sowo. Z taką potęgą zarówno Pol­sce, jak i Litwie trudno się było rów­nać, jed­nak sojusz zapew­niał obu osa­czo­nym pań­stwom prze­trwa­nie.

Pol­ska szlachta zło­żyła Jagielle kuszącą pro­po­zy­cję. Mógłby poślu­bić Jadwigę i objąć pol­ski tron, gdyby zgo­dził się kie­ro­wać ope­ra­cjami woj­sko­wymi prze­ciwko Krzy­ża­kom i połą­czyć unią dyna­styczną swoje roz­le­głe księ­stwo z Pol­ską. Widząc obu­stronne korzy­ści takiego roz­wią­za­nia, bystry książę litew­ski przy­jął zapro­po­no­wane warunki i stwo­rzył naj­więk­szą w Euro­pie fede­ra­cję tery­to­rialną. W 1385 roku pod­pi­sał unię w Kre­wie, for­mal­nie akcep­tu­jąc pro­po­zy­cję pol­skich panów, a w 1386 pojął Jadwigę za żonę i prze­szedł na kato­li­cyzm, przyj­mu­jąc na chrzcie imię Wła­dy­sław. Powstała w ten spo­sób dyna­stia Jagiel­lo­nów prze­trwała sto osiem­dzie­siąt sześć lat; jej pod­stawą była unia per­so­nalna Litwy i Pol­ski, zastą­piona póź­niej unią kon­sty­tu­cyjną pomię­dzy dwoma pań­stwami, która prze­trwała kolejne dwa stu­le­cia.

Krzy­ża­ków roz­sier­dziło, że Pol­ska i Litwa zawarły sojusz wymie­rzony prze­ciwko ich eks­pan­sji, i po dwóch deka­dach roz­ma­itych starć i poty­czek posta­no­wili roz­wią­zać ten pro­blem w jed­nej bitwie. W 1410 roku dwie potęgi spo­tkały się na polach pomię­dzy Grun­wal­dem a Tan­nen­ber­giem - ta ostat­nia miej­sco­wość jest znana przede wszyst­kim jako miej­sce ogrom­nej bitwy z I wojny świa­to­wej pomię­dzy woj­skami rosyj­skimi i nie­miec­kimi. Jed­nak bata­lia z 1410 roku miała o wiele więk­sze zna­cze­nie.

Krzy­żacy i ich sprzy­mie­rzeńcy zebrali ponad­dwu­dzie­sto­ty­sięczną armię zło­żoną ze świet­nie wyszko­lo­nych i zna­ko­mi­cie uzbro­jo­nych wojow­ni­ków, wśród któ­rych zna­leźli się kusz­nicy z Genui, łucz­nicy z Anglii oraz dobo­rowe rycer­stwo z Austrii, Bawa­rii, Hisz­pa­nii i Szwaj­ca­rii. Wieść o pla­no­wa­nej wypra­wie roz­nio­sła się sze­roko, przy­cią­ga­jąc awan­tur­ni­ków z całej chrze­ści­jań­skiej Europy.

Armia pol­sko-litew­ska liczyła czter­dzie­ści tysięcy żoł­nie­rzy i liczeb­nie znacz­nie prze­kra­czała siły wroga, jed­nak była gorzej uzbro­jona i mniej zdy­scy­pli­no­wana. Naj­więk­szym opar­ciem dla zbie­ra­niny oddzia­łów masze­ru­ją­cych ku mocza­rom Tan­nen­bergu była dwu­dzie­sto­pię­cio­ty­sięczna jazda zło­żona z pol­skiej i litew­skiej szlachty, która umiała się bić, mimo że nie sta­no­wiła zawo­do­wego woj­ska. Do tego docho­dziło dwa i pół tysiąca Tata­rów, garstka żoł­nie­rzy z Księ­stwa Moskiew­skiego oraz dzie­sięć tysięcy pie­choty, w tym nie­wielki kon­tyn­gent Cze­chów.

Obie armie starły się 15 lipca 1410 roku. Była to jedna z naj­krwaw­szych śre­dnio­wiecz­nych bitew, a Krzy­żacy ponie­śli w niej dru­zgo­cącą klę­skę. Zgi­nął wielki mistrz zakonu oraz wszy­scy dowódcy z wyjąt­kiem jed­nego, zabito albo wzięto do nie­woli 80 pro­cent wojsk krzy­żac­kich. Bitwa pod Grun­wal­dem prak­tycz­nie wyeli­mi­no­wała krzy­żac­kie zagro­że­nie4. Co rów­nie ważne, zwy­cię­stwo umoc­niło więzy mię­dzy Pol­ską i Litwą sfor­ma­li­zo­wane unią w Horo­dle w 1413 roku. Pakt potwier­dzał unię per­so­nalną obu państw i nada­wał litew­skim boja­rom te same przy­wi­leje, któ­rymi cie­szyła się pol­ska szlachta. Ten wyjąt­kowy doku­ment, podob­nie jak ame­ry­kań­ska Dekla­ra­cja Nie­pod­le­gło­ści, ma głę­boko huma­ni­tarną wymowę. Jego frag­menty czę­sto odczy­tuje się i dziś, zazwy­czaj pod­czas cere­mo­nii ślub­nych:

Nie dostąpi łaski zba­wie­nia, kto nie będzie wspie­rany tajem­nicą miło­ści, która pro­mie­nieje wła­sną dobrotą, zwa­śnio­nych godzi, odmie­nia nie­na­wi­ście i daje wszyst­kim pokarm pokoju, roz­pro­szone zbiera, wszyst­kie cnoty wspo­maga, a żad­nej nie szko­dzi, jeśli kto pod jej skrzy­dła się schroni, znaj­dzie bez­pie­czeń­stwo. Przez nią prawa się two­rzą, kró­le­stwa rzą­dzą, mia­sta porząd­kują i stan rze­czy­po­spo­li­tej do naj­lep­szego końca docho­dzi; kto nią pogar­dzi, ten wszystko utraci. Przeto my, pra­łaci, pano­wie, szlachta i wiel­może kró­le­stwa pol­skiego, brzmie­niem niniej­szego łączymy domy i rody nasze ze szlachtą i boja­rami ziem litew­skich5.

Wyro­sła z zim­nych poli­tycz­nych kal­ku­la­cji unia stała się bra­ter­stwem połą­czo­nym wspól­nymi ide­ałami. Po unii horo­del­skiej litew­ska szlachta coraz bar­dziej się polo­ni­zo­wała i coraz czę­ściej posłu­gi­wała języ­kiem pol­skim, a nie litew­skim. I cho­ciaż Litwa wciąż była teo­re­tycz­nie nie­za­leżna, a urząd Wiel­kiego Księ­cia Litew­skiego zacho­wano, jedno i dru­gie było pod­po­rząd­ko­wane Koro­nie. Udane połą­cze­nie litew­skiego księ­stwa i pol­skiej monar­chii prze­trwało cztery wieki.

W 1500 roku Pol­ska była naj­więk­szym pań­stwem w Euro­pie, dwu­krot­nie więk­szym od Fran­cji, a Jagiel­lo­no­wie wła­dali jedną trze­cią kon­ty­nentu. Ówcze­sny układ sił ilu­struje wymowna aneg­dota. W 1502 roku Pol­ska odrzu­ciła pro­po­zy­cję przy­mie­rza z Anglią, twier­dząc, że nie­sta­bilne wyspiar­skie kró­le­stwo jest w sta­nie cią­głych rewo­lu­cji, dla­tego wszel­kie z nim związki są nie­warte zachodu. Obie­cu­jąca fede­ra­cja pol­sko-litew­ska była wyjąt­kowa, jako że w więk­szo­ści wypad­ków pol­scy kró­lo­wie obej­mo­wali wła­dzę nad swo­imi sąsia­dami za ich zgodą i przy­zwo­le­niem. Fede­ra­cyjny sys­tem nie tłu­mił nie­za­leż­no­ści wcho­dzą­cych w jego skład tery­to­riów, prze­ciw­nie - doda­wał im pre­stiżu. W Pol­sce pano­wał duch wol­no­ści reli­gij­nej i inte­lek­tu­al­nej, wspie­rany przez prawo, i nie­kon­flik­towy spo­sób rzą­dze­nia, który przez wiele stu­leci nie miał sobie rów­nych.

W cza­sach "zło­tego wieku" Pol­ska była kra­jem zamoż­nym, świa­tłym i bez­piecz­nym, uwa­żano ją też za jedną z naj­więk­szych potęg mili­tar­nych Europy. Pre­sti­żową Aka­de­mię Kra­kow­ską ukoń­czyło wielu wybit­nych uczo­nych, mię­dzy innymi Miko­łaj Koper­nik (1473-1543), któ­rego odkry­cie nie tylko poło­żyło pod­wa­liny dzieła Gali­le­usza, ale też w spo­sób zasad­ni­czy zmie­niło pogląd na miej­sce czło­wieka we wszech­świe­cie. Polacy dużo podró­żo­wali, liczni potom­ko­wie boga­tych rodów szla­chec­kich stu­dio­wali na naj­lep­szych euro­pej­skich uni­wer­sy­te­tach: w Wit­ten­ber­dze, Bazy­lei, Louvain, Bolo­nii i Padwie, przy­wo­żąc do ojczy­zny wie­dzę tech­niczną, filo­zo­fię i sztukę.

Ser­cem pol­skiego rene­sansu był kra­kow­ski Wawel, a dwór Jagiel­lo­nów ucho­dził za kosmo­po­li­tyczny ośro­dek sztuki, zwłasz­cza po tym, jak król Zyg­munt Stary (1467-1548) oże­nił się z piękną wło­ską ary­sto­kratką Boną Sfo­rzą (1494-1557), bli­ską krewną króla Fran­cji Fran­ciszka I oraz kuzynką Karola V, świę­tego cesa­rza rzym­skiego i króla Hisz­pa­nii.

W okre­sie "zło­tego wieku" Pol­ska była jak na ówcze­sne stan­dardy kra­jem spo­koj­nym, choć od połu­dnia i wschodu nękali ją Turcy, Tata­rzy i Rosja­nie. Zachod­nie gra­nice Pol­ski były bez­pieczne, jako że na Węgrzech i w Cze­chach zasia­dał na tro­nie bra­ta­nek Zyg­munta, Ludwik. Pod rzą­dami Jagiel­lo­nów Pol­ska była luźną kon­fe­de­ra­cją roz­cią­ga­jącą się od Bał­tyku po Morze Czarne, od Ślą­ska po wschod­nią gra­nicę prze­bie­ga­jącą kil­ka­set kilo­me­trów od Moskwy. Kró­le­stwo było bar­dzo zróż­ni­co­wane pod wzglę­dem etnicz­nym: w czę­ści cen­tral­nej i na zacho­dzie miesz­kali Polacy, na pół­noc­nych tere­nach Litwy, Łotwy i Esto­nii - Bał­to­wie, w Pru­sach Niemcy, na połu­dnio­wym wscho­dzie Tata­rzy, z kolei pra­wo­sławni Ukra­ińcy i Bia­ło­ru­sini na wscho­dzie, Sło­wia­nie na połu­dniu, a wśród nich wszyst­kich roz­rzu­ceni byli Żydzi.

Kiedy pol­ska kul­tura kwi­tła, Rosja­nie, zrzu­ciw­szy w końcu mon­gol­skie jarzmo, zaczęli spo­glą­dać na zachód, pra­gnąc odzy­skać "utra­cone" tery­to­ria. Co cie­kawe, tak samo jak w przy­padku Rusi Kijow­skiej, potęga Moskwy wzro­sła w wyniku znisz­cze­nia jej naj­więk­szego rywala przez wspól­nego wroga. Kiedy Turcy zajęli w 1453 roku "drugi Rzym", czyli Kon­stan­ty­no­pol, zro­śnięci z kul­turą Bizan­cjum Rosja­nie wypeł­nili tę próż­nię, przej­mu­jąc impe­rialne dzie­dzic­two Kościoła pra­wo­sław­nego wraz z dwu­gło­wym orłem, który miał się stać sym­bo­lem rosyj­skiego impe­rium. To wtedy ksią­żęta "trze­ciego Rzymu", czyli Moskwy, zaczęli nazy­wać sie­bie carami, co było skró­coną formą "cesa­rza". Tak naro­dziło się nowe zagro­że­nie dla Pol­ski6.

Rosyj­scy caro­wie, któ­rzy dodali do swo­ich tytu­łów okre­śle­nie "car Wszech­rusi", roz­po­częli ambitną i bez­względną kam­pa­nię mającą na celu pod­bi­cie sło­wiań­skich ziem leżą­cych pomię­dzy rodzą­cym się rosyj­skim impe­rium a Pol­ską. Po raz pierw­szy woj­ska moskiew­skie ruszyły na zachód w rze­ko­mej świę­tej woj­nie pod koniec XV wieku i można powie­dzieć, że ten marsz trwał aż do zakoń­cze­nia II wojny świa­to­wej. Mimo wielu klęsk, nie­rzadko bar­dzo dotkli­wych, Rosja­nie posu­wali się coraz dalej. W bitwie pod Orszą w 1514 roku mimo trzy­krot­nej prze­wagi liczeb­nej zostali roz­gro­mieni przez pol­skie siły, tra­cąc w ciągu jed­nego dnia trzy­dzie­ści tysięcy żoł­nie­rzy. Jed­nak nawet po takiej klę­sce moskiew­scy dowódcy nie chcieli nego­cjo­wać ze zwy­cięz­cami uwol­nie­nia tysięcy rosyj­skich jeń­ców, bo ci, któ­rzy nie umieli wal­czyć na śmierć i życie, w ich oczach nie byli warci oca­le­nia. Kam­pa­nia przy­nio­sła dzie­siątki tysięcy ofiar, lecz car zupeł­nie się tym nie prze­jął i kon­ty­nu­ował ataki. Mak­syma, którą się kie­ro­wał - "Ludzi zawsze nam wystar­czy" - z pew­no­ścią nie pod­no­siła na duchu zwy­kłych żoł­nie­rzy, ale oka­zała się prze­ra­ża­jąco sku­teczna aż do II wojny świa­to­wej.

Kiedy w roku 1548 kró­lem Pol­ski został syn Zyg­munta Sta­rego i Bony Sfo­rzy, Zyg­munt August, pań­stwo Jagiel­lo­nów znaj­do­wało się w szczy­to­wej fazie roz­woju. Zyg­munt August sta­no­wił ucie­le­śnie­nie świa­tłego rene­san­so­wego monar­chy, od naj­młod­szych lat był przy­go­to­wy­wany do odpo­wie­dzial­nych rzą­dów. Wycho­wy­wał się we wspa­niale urzą­dzo­nym zamku, pobie­rał nauki od naj­lep­szych guwer­ne­rów, a potem na naj­lep­szych euro­pej­skich uni­wer­sy­te­tach, mówił płyn­nie kil­koma języ­kami, był wyra­fi­no­wa­nym znawcą i mece­na­sem sztuki oraz legen­dar­nym kolek­cjo­ne­rem ksiąg. Od dwo­rzan ocze­ki­wał, że będą nie wojow­ni­kami, lecz poetami, filo­zo­fami i uczo­nymi. W świe­cie, w któ­rym spory roz­wią­zy­wano naj­czę­ściej za pomocą siły, pol­skie spo­łe­czeń­stwo było znane z pra­wo­rząd­no­ści, tole­ran­cji i posza­no­wa­nia war­to­ści huma­ni­stycz­nych. Król wyróż­niał się tole­ran­cją reli­gijną; jego postawa uchro­niła Pol­skę od tra­gicz­nych kon­flik­tów, które tar­gały Europą w cza­sach refor­ma­cji i kontrrefor­ma­cji7.

Zyg­munt August był sku­tecz­nym władcą, ale nie docze­kał się męskiego potomka i wtedy znów poja­wił się pro­blem suk­ce­sji. Król uznał to za znak opatrz­no­ści, uwa­żał bowiem, że ist­nie­jący sys­tem rzą­dów nie odpo­wiada wymo­gom coraz bar­dziej nie­bez­piecz­nych cza­sów. Nie­pew­ność, kto zasią­dzie póź­niej na tro­nie, połą­czona z nie­sko­or­dy­no­waną poli­tyką woj­skową, fiskalną i admi­ni­stra­cyjną, nie dawała wystar­cza­ją­cego zabez­pie­cze­nia w obli­czu rosną­cego zagro­że­nia ze strony Moskwy, Tur­ków i Tata­rów. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku unia per­so­nalna z Litwą była jedy­nie nie­wią­żą­cym poro­zu­mie­niem uza­leż­nio­nym od posia­da­nia męskiego potomka - takie roz­wią­za­nie nio­sło ze sobą zbyt wiele nie­pew­no­ści, by mogło prze­trwać.

Pisząc ten roz­dział, autor korzy­stał z nastę­pu­ją­cych mono­gra­fii:

Davies, Boże igrzy­sko Davies, Serce Europy Halecki, Histo­ria Pol­ski Hin­gley, Rus­sia: A Con­cise History Jędruch, Con­sti­tu­tions John­son, Cen­tral Europe Lukow­ski Zawadzki, A Con­cise History of Poland Ostrow­ski, Kra­sny i Kucz­man, Kraj skrzy­dla­tych jeźdź­ców Radzi­low­ski, Tra­vel­ler's History of Poland Stone, Polish-Lithu­anian State Zamoy­ski, Wła­sną drogą

Cyt. za: Unia Litwy z Pol­ską, red. Józef Żer­biłło-Ładuń­ski, Księ­gar­nia "Kro­niki Rodzin­nej", War­szawa 1914, s. 198. [wróć]

Jak wielu innych kró­lów owych cza­sów, Ludwik nie przy­szedł na świat w pań­stwie, któ­rym miał rzą­dzić. Wywo­dził się z fran­cu­skiej dyna­stii prze­nie­sio­nej z Neapolu (przyp. aut.). [wróć]

Pol­ska i Litwa miały przy­naj­mniej jedną cechę wspólną: w obu kra­jach nie uży­wano naro­do­wego języka w ofi­cjal­nych oko­licz­no­ściach. Języ­kiem urzę­do­wym na dwo­rze Wiel­kiego Księ­stwa Litew­skiego był zapo­ży­czony od pra­wo­sław­nych pod­da­nych sta­ro­bia­ło­ru­ski, a w Pol­sce - prze­jęta z Rzymu łacina. Obie gałę­zie chrze­ści­jań­stwa, pod wzglę­dem kul­tu­ro­wym bar­dziej zaawan­so­wane niż nawra­cane ludy, wpro­wa­dziły do nowej wspól­noty języki elit (przyp. aut.). [wróć]

Bitwa pod Grun­wal­dem (Tan­nen­ber­giem) prze­szła do legendy; w pol­skiej poezji i lite­ra­tu­rze, zwłasz­cza XIX-wiecz­nej, przed­sta­wia się ją jako meta­forę walki cie­mię­żo­nego narodu z tyra­nią. Polacy widzieli w Krzy­ża­kach pre­kur­so­rów póź­niej­szej nie­miec­kiej agre­sji na swój kraj. Z kolei Niemcy uwa­żali ich za sym­bol chrze­ści­jań­skiego rycer­stwa, które sze­rzyło cywi­li­za­cję na bar­ba­rzyń­skim wscho­dzie. Zwy­cię­ska bitwa z I wojny świa­to­wej była trak­to­wana jak histo­ryczny odwet, Hitler zaś uczcił pamięć Krzy­ża­ków, nada­jąc inwa­zji na Pol­skę w 1939 kryp­to­nim "Tan­nen­berg"; jedna z dywi­zji SS otrzy­mała nazwę na cześć zakonu (przyp. aut.). [wróć]

Cyt. za: ibid., s. 197-198. [wróć]

Według innych źró­deł słowo "car" w cza­sach tatar­skiego pano­wa­nia, czyli od XII do XV w., odno­siło się do tatar­skich cha­nów. Pierw­szym moskiew­skim władcą, który przy koro­na­cji przy­jął tytuł cara Wszech­rusi, był Iwan Groźny w 1547 (przyp. aut.). [wróć]

Zyg­munt August był poboż­nym kato­li­kiem, mimo to kore­spon­do­wał z Janem Kal­wi­nem i roz­wa­żał reformy, które pozwo­li­łyby zjed­no­czyć wszyst­kie gałę­zie chrze­ści­jań­stwa. Nakła­niany do udziału w gorą­cych dys­pu­tach reli­gij­nych, odpo­wia­dał: "Nie jestem kró­lem waszych sumień" (przyp. aut.). [wróć]

Roz­dział 5. Rzecz­po­spo­lita szla­checka

Roz­dział 5

Rzecz­po­spo­lita szla­checka

Pol­ska nie­rzą­dem stoi1.

Pod koniec życia Zyg­munt August wykuł trwal­sze roz­wią­za­nie: kon­sty­tu­cyjne połą­cze­nie Pol­ski i Litwy w nie­po­dzielny orga­nizm poli­tyczny, ze wspólną walutą, poli­tyką zagra­niczną, kró­lem wybie­ra­nym przez naród oraz jed­nym cia­łem usta­wo­daw­czym, które miało się zbie­rać w poło­żo­nym cen­tral­nie mia­steczku o nazwie War­szawa. Nowa unia kon­sty­tu­cyjna, nazwana Naj­ja­śniej­szą Rzecz­po­spo­litą Obojga Naro­dów - czę­ściej uży­wano okre­śle­nia "Rzecz­po­spo­lita szla­checka" - obej­mo­wała swo­imi gra­ni­cami obecną Pol­skę, Litwę, Bia­ło­ruś, Łotwę oraz część Esto­nii, Rosji, Sło­wa­cji, Moł­da­wii i Ukra­iny2.

For­mal­nie unię zawarto 1 lipca 1569 roku w Lubli­nie. Wcze­śniej Pol­ska i Litwa fak­tycz­nie współ­żyły ze sobą, jed­nak teraz zawarły zwią­zek mał­żeń­ski, two­rząc naj­więk­sze pań­stwo ówcze­snej Europy. Waż­nym skut­kiem poli­tycz­nym unii lubel­skiej był fakt, że na prośbę ruskiej szlachty, która oba­wiała się litew­skiego sepa­ra­ty­zmu, Pol­ska otrzy­mała więk­szość nale­żą­cych do Litwy ziem sło­wiań­skich, czyli nie­mal całą połu­dniową połowę daw­nego Wiel­kiego Księ­stwa. W ten spo­sób do "pol­skiej czę­ści" wspól­noty włą­czono Wołyń, Podole i Ukra­inę, zie­mie, które póź­niej stały się zarze­wiem spo­rów. Odłą­czone od Wiel­kiego Księ­stwa Litew­skiego i zamiesz­kane przez wyznaw­ców pra­wo­sła­wia tereny były teraz zaj­mo­wane przez kato­lic­kich wła­ści­cieli ziem­skich, któ­rzy posta­no­wili narzu­cić wol­nym rol­ni­kom sys­tem prak­tycz­nie ozna­cza­jący pod­dań­stwo i feu­dalne zobo­wią­za­nia. Pol­ska szlachta ruszyła licz­nie na Ukra­inę, gdzie zakła­dała majątki ziem­skie. Zasie­wała w ten spo­sób nie tylko przy­no­szące zyski zboże, ale też ziarna kon­fliktu, który miał się ujaw­niać w kolej­nych wie­kach. Nagłe prze­ciw­sta­wie­nie sobie dwóch naro­dów, dwóch warstw eko­no­micz­nych, dwóch reli­gii i dwóch języ­ków, gdy jeden miał cał­ko­witą wła­dzę nad dru­gim, zro­dziło trwały anta­go­nizm.

Po unii lubel­skiej do Kró­le­stwa Pol­skiego włą­czono także Prusy Kró­lew­skie, spro­wa­dza­jąc tym samym pru­ski par­la­ment do rangi pro­win­cjo­nal­nego zgro­ma­dze­nia. Prusy Ksią­żęce pozo­stały len­nem Korony, lecz te więzy znacz­nie osła­bły, gdy w roku 1563 Zyg­munt August nadał Hohen­zol­ler­nom z linii bran­den­bur­skiej prawa admi­ni­stra­cyjne i prawa dzie­dzi­cze­nia. Sto lat póź­niej Bran­den­bur­gia zaanek­to­wała Prusy, co miało dale­ko­siężne kon­se­kwen­cje.

Unia lubel­ska sta­no­wiła uko­ro­no­wa­nie wspól­nej pań­stwo­wo­ści pol­sko-litew­skiej, jed­nak pierw­szym praw­dzi­wym spraw­dzia­nem dla nowego sys­temu poli­tycz­nego miała się oka­zać śmierć ostat­niego z Jagiel­lo­nów w 1572 roku.

Po śmierci Zyg­munta Augu­sta, tak jak daw­niej bywało w okre­sie inter­re­gnum, tym­cza­sową wła­dzę do czasu koro­na­cji nowego monar­chy prze­jęli magnaci i ducho­wień­stwo. Cho­ciaż ci pierwsi aktyw­nie anga­żo­wali się w wybór nowego króla już od śmierci Kazi­mie­rza Wiel­kiego w 1370 roku, cały pro­ces nie do końca był jasny, powo­ły­wano się w nim zarówno na pre­ce­densy, jak i na cha­ry­zmę kan­dy­data. Nie ist­niała żadna jed­no­rodna, usank­cjo­no­wana praw­nie pro­ce­dura zapew­nia­jąca gład­kie prze­ka­za­nie wła­dzy, dla­tego oba­wiano się, że śmierć Zyg­munta Augu­sta sta­nie się dla gru­pek sepa­ra­ty­stów pre­tek­stem do podziału i osła­bie­nia nowej unii. Poja­wiły się opi­nie, że nie­zbędna jest pro­ce­dura bar­dziej racjo­nalna i upo­rząd­ko­wana.

Kry­zys udało się zaże­gnać, gdy szlachta posta­no­wiła wyko­rzy­stać tym­cza­sową wła­dzę do usta­no­wie­nia nowego sys­temu ustro­jo­wego. W 1572 roku sena­tor i arcy­bi­skup gnieź­nień­ski Jakub Uchań­ski (1502-1581) zwo­łał sejm kon­wo­ka­cyjny zwany kon­fe­de­ra­cją war­szaw­ską, który miał usta­lić szcze­góły nowego spo­sobu rzą­dze­nia. Słowo "kon­fe­de­ra­cja" nie zostało użyte przy­pad­kowo. W ogól­nym rozu­mie­niu kon­fe­de­ra­cja jest sto­wa­rzy­sze­niem suwe­ren­nych państw, a ponie­waż każdy pol­ski szlach­cic był prze­ko­nany o wła­snej wol­no­ści i nie­za­leż­no­ści, ter­min ten wyda­wał się bar­dzo trafny. Kon­fe­de­ra­cja miała w Pol­sce długą tra­dy­cję, wywo­dziła się z cza­sów pia­stow­skich, a ozna­czała dobro­wolną struk­turę zło­żoną ze zbroj­nych, któ­rzy przy­się­gali bro­nić szla­chet­nej sprawy i sprze­ci­wiać się nie­spra­wie­dli­wo­ści. Była więc w pew­nym sen­sie zaląż­kową i nie­trwałą par­tią poli­tyczną two­rzoną ad hoc w celu roz­wią­za­nia okre­ślo­nych pro­ble­mów. Można zna­leźć wiele podo­bieństw mię­dzy kon­fe­de­ra­cjami daw­nej Pol­ski a ruchem Soli­dar­no­ści z 1980 roku, będą­cym spon­ta­nicz­nie powstałą orga­ni­za­cją patrio­tów sprze­ci­wia­ją­cych się despo­tycz­nym rzą­dom.

Już w 1572 roku pol­ska szlachta dys­po­no­wała nie­spo­ty­kaną w żad­nym euro­pej­skim kraju wła­dzą poli­tyczną, jed­nak kon­fe­de­ra­cja war­szaw­ska jesz­cze bar­dziej roz­sze­rzyła, wzmoc­niła, a co waż­niej­sze - utrwa­liła w pra­wie święte przy­wi­leje, czyli "złotą wol­ność" stanu szla­chec­kiego. Owe "prawa kar­dy­nalne", uchwa­lone wcze­śniej niż podobne prawa w Anglii, stały się pod­stawą pol­skiego sys­temu kon­sty­tu­cyj­nego.

Jego naj­bar­dziej rzu­ca­ją­cym się w oczy ele­men­tem było ogra­ni­cze­nie wła­dzy króla, do któ­rego lepiej paso­wa­łoby okre­śle­nie "naj­wyż­szy urzęd­nik admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej". Król spra­wo­wał wła­dzę do końca życia i for­mal­nie nie był przed nikim odpo­wie­dzialny, ale więk­szość naj­wyż­szych sta­no­wisk w pań­stwie też miała doży­wot­nią kaden­cję. Teo­re­tycz­nie owa nie­za­leż­ność słu­żyła ogra­ni­cza­niu despo­tycz­nych zaku­sów władcy, ale też czę­sto unie­moż­li­wiała kom­pro­mis, jako że żadna ze stron nie miała wystar­cza­ją­cych środ­ków naci­sku, żeby zre­ali­zo­wać swoje cele.

Roz­pro­sze­nie wła­dzy miało zapo­biec tyra­nii, stwo­rzono zatem nowy sys­tem ustro­jowy, który teo­re­tycz­nie sta­no­wił kon­struk­cję łączącą zalety trzech pod­sta­wo­wych ele­men­tów. Sejm (niż­sza izba par­la­mentu) wyra­żał wolę narodu, a przy­naj­mniej wolę szlachty, która jako jedyna miała prawa oby­wa­tel­skie. Senat był izbą straż­ni­ków prawa i repre­zen­to­wał oli­gar­chię. Nato­miast król, jako zwierzch­nik wojsk i osoba pia­stu­jąca naj­wyż­sze sta­no­wi­sko, repre­zen­to­wał monar­chię. Ten trój­dzielny sys­tem można uznać za wcze­sną próbę podziału wła­dzy, który poprzez wpro­wa­dze­nie mecha­ni­zmów rów­no­wa­żą­cych poszcze­gólne ele­menty miał zapo­biec nad­uży­ciom. Ponad dwa wieki póź­niej idea ta została dopra­co­wana w ame­ry­kań­skiej kon­sty­tu­cji. Pol­ski sejm z XVI wieku miał znacz­nie wię­cej wła­dzy niż angiel­ski par­la­ment. Pod koniec tegoż stu­le­cia Pol­ska była pań­stwem o naj­więk­szym w Euro­pie zakre­sie wol­no­ści; ze względu na zasadę "rządy za zgodą rzą­dzo­nych" oraz nacisk kła­dziony na rów­ność wobec prawa nazywa się ją cza­sem kolebką kla­sycz­nego libe­ra­li­zmu.

Pod­czas kon­fe­de­ra­cji war­szaw­skiej usta­lono, że nowego króla wybie­rze sejm elek­cyjny w maju 1573 roku. Prawo do korony miał każdy szlach­cic, kan­dy­dat mógł być też innej naro­do­wo­ści. W grun­cie rze­czy szlachta wolała cudzo­ziemca, jako że wynie­sie­nie któ­re­goś z jej człon­ków na tron obra­ża­łoby poczu­cie rów­no­ści (czego dowo­dem jest fakt, że spo­śród jede­na­stu kró­lów wybra­nych w ciągu kolej­nych dwu­stu lat tylko czte­rech było rodo­wi­tymi Pola­kami).

W 1573 roku fawo­ry­tem magna­tów był kan­dy­dat z Austrii, jed­nak znaczna część mniej zamoż­nej szlachty uwa­żała Habs­bur­gów za zagro­że­nie, jako że ich rządy w Cze­chach i na Węgrzech ucho­dziły za wyjąt­kowo despo­tyczne; więk­szym wro­giem wol­no­ści byli jedy­nie moskiew­scy caro­wie. Naj­moc­niej­szym popar­ciem cie­szył się fran­cu­ski ary­sto­krata Hen­ryk, który - jak się spo­dzie­wano - mógł zapew­nić cenny sojusz mili­tarny słu­żący jako zapora prze­ciwko zaku­som Rosjan i Habs­bur­gów. Uwa­żano, że więzy dyna­styczne z Fran­cją, w odróż­nie­niu od podob­nych wię­zów z dyna­stią habs­bur­ską, nie dość, że nie sta­no­wią zagro­że­nia dla pol­skiej nie­za­leż­no­ści, to jesz­cze pozwa­lają na alians dwóch potęg wschod­niej i zachod­niej Europy. Warto zauwa­żyć, że pod­czas tej pierw­szej elek­cji spon­ta­nicz­nie wyło­niły się pro­to­par­tie poli­tyczne oraz ich pro­dukt: zwal­cza­jące się stron­nic­twa. Ta frak­cyj­ność nasi­lała się i przez kolejne wieki coraz bar­dziej nękała pol­ską poli­tykę.

Po wielu umi­zgach, prze­kup­stwach i bła­ga­niach pięć­dzie­siąt tysięcy szla­chec­kich elek­to­rów dzięki tak zwa­nej zbio­ro­wej intu­icji osią­gnęło w końcu wyma­ganą przez prawo jed­no­myśl­ność i ogło­siło, że pierw­szym kró­lem Pol­ski wybra­nym w wol­nej elek­cji jest Hen­ryk Walezy (1551-1589).

Jed­nak zgod­nie z wymo­gami usta­lo­nymi przez kon­fe­de­ra­cję war­szaw­ską, nowy król musiał przed koro­na­cją pod­pi­sać arty­kuły hen­ry­kow­skie - umowę spo­łeczną nazwaną tak na cześć władcy - które usta­lały pod­sta­wowe zasady rzą­dów. Arty­kuły hen­ry­kow­skie oraz pacta conventa3, czyli dal­sze ogra­ni­cze­nia wła­dzy kró­lew­skiej oraz roz­sze­rze­nia przy­wi­le­jów szla­chec­kich, nego­cjo­wane z kolej­nymi obie­ral­nymi monar­chami, funk­cjo­no­wały jak nie­for­malna pol­ska kon­sty­tu­cja.

Hen­ryk Walezy został uro­czy­ście koro­no­wany 21 lutego 1574 roku, jed­nak jego pano­wa­nie nie trwało długo. Zale­d­wie trzy mie­siące póź­niej, 30 maja, nie­ocze­ki­wa­nie zmarł król Fran­cji Karol IX, brat Hen­ryka. Pierw­szy elek­cyjny władca Pol­ski, który naj­wy­raź­niej uznał, że woli pano­wać we Fran­cji i że nie odpo­wiada mu rzą­dze­nie pod­da­nymi tak żar­li­wie przy­wią­za­nymi do swo­ich wol­no­ści, znik­nął z Rzecz­po­spo­li­tej szla­chec­kiej 28 czerwca 1574 roku. Nawet się nie pofa­ty­go­wał, żeby poin­for­mo­wać pod­da­nych o decy­zji powrotu do Fran­cji; wymknął się z Wawelu w środku nocy i uciekł przez gra­nicę. Przy oka­zji zabrał ze sobą tyle pol­skich klej­no­tów i złota, ile zdo­łał unieść.

Pierw­szy eks­pe­ry­ment pol­skiej demo­kra­cji oka­zał się, mówiąc deli­kat­nie, roz­cza­ro­wu­jący. Musiało minąć tro­chę czasu, zanim szlachta znów zwarła szyki. W grud­niu 1575 roku prze­ciwni Habs­bur­gom posło­wie na sejm zgro­ma­dzili się w War­sza­wie i wybrali na króla Ste­fana Bato­rego (1533-1586) - warun­kiem jego koro­na­cji było mał­żeń­stwo z Anną Jagiel­lonką, pięć­dzie­się­cio­dwu­let­nią nie­za­mężną sio­strą Zyg­munta Augu­sta, i prze­strze­ga­nie arty­ku­łów hen­ry­kow­skich.

Książę sied­mio­grodzki Ste­fan Batory był dokład­nie takim władcą, jakiego potrze­bo­wało pań­stwo pol­skie. Pod koniec XVI wieku Sied­mio­gród był dwa razy więk­szy od dzi­siej­szych Węgier i jako jedyne pań­stwo w tej czę­ści Europy utrzy­my­wał sojusz z Rzecz­po­spo­litą Obojga Naro­dów. Batory ucho­dził za zna­ko­mi­tego przy­wódcę łączą­cego w sobie cechy wojow­nika i spraw­nego admi­ni­stra­tora.

Skromny, uczciwy i przy­wy­kły do nie­wy­gód Batory był zdol­nym poli­ty­kiem. Miał też ogromne doświad­cze­nie wojenne. Zanim wybrano go na księ­cia Sied­mio­grodu, wal­czył z Tur­kami, Tata­rami i Habs­bur­gami, a spra­wu­jąc rządy, kie­ro­wał się tole­ran­cją reli­gijną i goto­wo­ścią do poro­zu­mie­nia. Pod koniec XVI wieku trudno było o lep­sze reko­men­da­cje dla kan­dy­data ubie­ga­ją­cego się o pol­ską koronę.

Po ślu­bie z Anną Jagiel­lonką pierw­szym celem Bato­rego stało się odzy­ska­nie kon­troli nad Gdań­skiem, któ­rego miesz­kańcy uzna­wali za króla Pol­ski cesa­rza Mak­sy­mi­liana II Habs­burga. Gdańsk, wów­czas for­mal­nie znaj­du­jący się pod pol­skim pro­tek­to­ra­tem, ale cie­szący się sze­roką auto­no­mią, jesz­cze za cza­sów krzy­żac­kich został prak­tycz­nie zger­ma­ni­zo­wany i zde­cy­do­wa­nie cią­żył ku cesar­stwu Habs­bur­gów oraz sąsied­nim Pru­som Wschod­nim, które były wpraw­dzie pol­skim len­nem, lecz o wąt­pli­wej lojal­no­ści. Han­ze­atycki Gdańsk, zde­cy­do­wa­nie naj­cen­niej­szy pol­ski port nad Bał­ty­kiem, stał się bramą dla han­dlu zagra­nicz­nego i podróży. Dla pol­sko-litew­skiej fede­ra­cji sta­no­wił ważny punkt opar­cia; jego zna­cze­nie było doce­niane także w XX wieku, czego dowo­dem jest trzy­na­sty punkt Woodrowa Wil­sona przy­zna­jący nie­pod­le­głej Pol­sce prawo do wol­nego i bez­piecz­nego dostępu do morza.

Batory sta­now­czo dążył do umoc­nie­nia pol­skich wpły­wów w Gdań­sku. Po nie­uda­nej blo­ka­dzie zaata­ko­wał mia­sto i cho­ciaż nie udało mu się go zdo­być, zadał prze­ciw­ni­kowi na tyle dotkliwe straty, że wymu­sił ustęp­stwa korzystne dla Rzecz­po­spo­li­tej. W ramach "prze­pro­sin" za wspie­ra­nie habs­bur­skiego pre­ten­denta Gdańsk musiał zapła­cić Bato­remu dwie­ście tysięcy gul­de­nów (zło­tych monet), zacho­wał jed­nak auto­no­mię i przy­wi­leje nadane przez poprzed­nich pol­skich wład­ców. Dzięki zde­cy­do­wa­nym dzia­ła­niom króla i jego goto­wo­ści do zawar­cia roz­sąd­nego kom­pro­misu mia­sto uznało Bato­rego za króla Pol­ski i przez kolejne stu­le­cia oka­zy­wało lojal­ność Rzecz­po­spo­li­tej.

Potem Batory zajął się pro­ble­mem zagro­że­nia ze strony Księ­stwa Moskiew­skiego i wezwał do osta­tecz­nej roz­prawy z Iwa­nem Groź­nym (1530-1584). Rosja­nie otwar­cie rościli sobie prawa do nie­mal wszyst­kich ziem Europy Wschod­niej i roz­po­częli agre­sywną kam­pa­nię woj­skową mającą na celu zaję­cie jak naj­więk­szych tere­nów. W pierw­szej fazie wojny woj­ska Iwana odno­siły suk­cesy, jed­nak Batory, objąw­szy dowódz­two, spra­wił, że szala zwy­cię­stwa prze­chy­liła się na stronę Pol­ski. W znacz­nej czę­ści przy­czy­niło się do tego wyko­rzy­sta­nie zawo­do­wej cięż­kiej kawa­le­rii uzbro­jo­nej w węgier­skie lance - oddziały te stały się póź­niej znane jako "skrzy­dlata husa­ria". W 1581 roku Batory wkro­czył na rosyj­skie tery­to­ria i choć miał już Moskwę w zasięgu wzroku, nie posu­nął się dalej. Pomimo suro­wych warun­ków (zda­rzało się, że pol­scy kawa­le­rzy­ści zama­rzali w sio­dłach na śmierć) Pol­ska utrzy­my­wała prze­wagę, zabi­ja­jąc tysiące rosyj­skich żoł­nie­rzy i zapusz­cza­jąc się w głąb rosyj­skiego tery­to­rium. W 1582 roku Iwan Groźny musiał popro­sić o rozejm, co przy­naj­mniej na sto lat uda­rem­niło rosyj­skie ambi­cje narzu­ce­nia wła­dzy Euro­pie Wschod­niej. Nie­stety, Ste­fan Batory, naj­więk­szy cudzo­ziem­ski król Pol­ski, zmarł nie­spo­dzie­wa­nie w 1586 roku.

Rok póź­niej szlachta wybrała na króla syna szwedz­kiego władcy, Zyg­munta Wazę (1566-1632), co zapo­cząt­ko­wało stu­let­nie pano­wa­nie Wazów w Pol­sce. Na początku tego okresu Pol­ska miała prze­wagę nad Rosją, która pogrą­żyła się w wywo­ła­nym przez kon­flikty wewnętrzne i zewnętrzne kry­zy­sie zwa­nym wielką smutą. Pol­skie woj­ska zajęły Moskwę i osa­dziły na car­skim tro­nie Polaka. Nie­stety, Wazo­wie - czę­ściowo dla­tego, że pra­gnęli odzy­skać szwedzką koronę - uwi­kłali Pol­skę w serię nie­po­trzeb­nych wojen, opróż­nia­jąc przy tym skar­biec koronny, co dopro­wa­dziło roz­wście­czoną szlachtę na kra­wędź buntu. Pod koniec pano­wa­nia Wazów Rzecz­po­spo­lita pod­upa­dła tak bar­dzo, że jej przy­szłe ist­nie­nie sta­nęło pod zna­kiem zapy­ta­nia. Pol­ska weszła w trudny okres nie­spo­ty­ka­nych wcze­śniej klęsk i kata­strof, nazy­wany poto­pem4.

Wszystko zaczęło się na wscho­dzie. Od cza­sów mon­gol­skiego najazdu w XIII wieku Ruś Kijow­ska znaj­do­wała się pod obcym pano­wa­niem. Po unii lubel­skiej z 1569 roku zie­mie obej­mu­jące znaczną część dzi­siej­szej Ukra­iny tra­fiły do Pol­ski, a pol­ska szlachta zaczęła zakła­dać na żyznych gle­bach roz­le­głe majątki, któ­rymi zarzą­dzali Żydzi. Po bli­skich związ­kach pol­skiego zie­miań­stwa z Żydami pozo­stała pamiątka w postaci cha­rak­te­ry­stycz­nych kafta­nów i cza­pek obra­mo­wa­nych futrem, noszo­nych przez orto­dok­syj­nych wyznaw­ców juda­izmu - w śre­dnio­wie­czu taki strój był przy­pi­sany pol­skiej szlach­cie. W odróż­nie­niu od unii z Litwą zaję­cie ziemi kijow­skiej było wymu­szo­nym roz­bio­rem, skut­kiem roz­po­rzą­dze­nia, a nie poro­zu­mie­nia, co dopro­wa­dziło do trwa­łej nie­chęci Ukra­iń­ców wobec nowych panów.

Roz­le­głe stepy kijow­skiego pań­stwa, dzi­siaj znane jako Ukra­ina, były słabo zalud­nione, głów­nie przez zatwar­dzia­łych wojow­ni­ków, czyli Koza­ków - słowo to, wywo­dzące się z języ­ków turec­kich i z tatar­skiego, ozna­czało "wol­nego wojow­nika"5. Nie mając insty­tu­cjo­nal­nych moż­li­wo­ści wyra­ża­nia swo­ich skarg oraz nie mogąc powstrzy­mać bez­względ­nej polo­ni­za­cji ruskiej szlachty, Kozacy zaczęli wystę­po­wać prze­ciwko pol­skiej wła­dzy. Nie­sko­or­dy­no­wane lokalne powsta­nia były jed­nak krwawo tłu­mione, co wywo­ły­wało jesz­cze więk­szą nie­na­wiść. Rosnące nie­za­do­wo­le­nie dopro­wa­dziło w 1648 roku do wybu­chu wiel­kiego powsta­nia kozac­kiego. Bunt był zasługą (albo winą, w zależ­no­ści od punktu widze­nia) wiel­kiego ukra­iń­skiego boha­tera naro­do­wego Boh­dana Chmiel­nic­kiego (1595-1657).

Po kilku zwy­cię­stwach nad pol­skimi woj­skami wysy­ła­nymi do uśmie­rze­nia zamie­szek Chmiel­nic­kiemu udało się prze­ko­nać do swo­jej sprawy wielu Koza­ków i Rusi­nów. Rze­sze, które do niego cią­gnęły, wyczu­wały rodzący się nacjo­na­lizm i usi­łu­jąc odzy­skać swoje zie­mie, uru­cho­miły falę ter­roru. Nisz­czono i plą­dro­wano kościoły kato­lic­kie, a szlachtę, zakon­nice, księży i szcze­gól­nie Żydów zabi­jano tysią­cami.

Żeby powstrzy­mać rzeź, Pol­ska wysłała na Ukra­inę jesz­cze licz­niej­sze woj­ska. Chmiel­nicki, na któ­rego napie­rali Polacy i sprzy­mie­rzeni z nimi Tata­rzy, zwró­cił się o pomoc do cara Alek­sego I, ocze­ku­jąc od niego wspar­cia dla Sło­wian wyzna­ją­cych pra­wo­sła­wie. Zwłasz­cza że Księ­stwo Moskiew­skie, czę­ściowo w odwe­cie za dotkliwe porażki w cza­sach wiel­kiej smuty, już wcze­śniej wypo­wie­działo wojnę Rzecz­po­spo­li­tej i zamie­rzało odzy­skać Smo­leńsk.

Rosyj­skie wspar­cie dla Ukra­iny miało gorzką, lecz spraw­dzoną formę, którą z powo­dze­niem zasto­so­wano też póź­niej, w cza­sach komu­ni­stycz­nych. Wysłana na pomoc Chmiel­nic­kiemu armia "wyzwo­li­ciel­ska" szybko zamie­niła się w woj­ska oku­pa­cyjne. Uro­czy­ście obie­cy­wana lokalna auto­no­mia oka­zała się ilu­zją, a każde waż­niej­sze dzia­ła­nie Ukra­iń­ców musiało mieć apro­batę cara.

Polacy skie­ro­wali wszyst­kie siły prze­ciwko Rosja­nom i Koza­kom, co natych­miast wyko­rzy­stały Prusy Bran­den­bur­skie i Szwe­cja. W 1655 roku ich woj­ska w ogrom­nej sile naje­chały osa­czoną Rzecz­po­spo­litą i zajęły całą Wiel­ko­pol­skę, histo­ryczne serce pań­stwa pol­skiego. Oparł się im tylko ufor­ty­fi­ko­wany Gdańsk.

Pod koniec 1655 roku nie­mal cała Pol­ska zna­la­zła się pod oku­pa­cją najeźdź­ców moskiew­skich, szwedz­kich, kozac­kich, sied­mio­grodz­kich i bran­den­bur­skich, któ­rzy otwar­cie przy­mie­rzali się do jej roz­bioru. Rosja­nie ucho­dzili za bar­ba­rzyń­ców, ale i Szwe­dzi nie oka­zali się od nich lepsi: palili kato­lic­kie kościoły i wyrzy­nali miesz­kań­ców wsi i mia­ste­czek. Te okru­cień­stwa oraz zagro­że­nie samej egzy­sten­cji pań­stwa wyzwo­liły w Pola­kach wielką deter­mi­na­cję. Z popio­łów spa­lo­nych świą­tyń wyło­nił się zaska­ku­jąco sze­roki i powszechny ruch oporu, który począt­kowo przy­brał formę wojny par­ty­zanc­kiej, a następ­nie skon­so­li­do­wał się wokół osoby króla Jana Kazi­mie­rza (1609-1672).

Za punkt zwrotny "potopu" uważa się małą i na pozór nie­zna­czącą bitwę, która stała się w Pol­sce legendą: obronę Jasnej Góry.

Na Jasnej Górze w leżą­cej nad Wartą Czę­sto­cho­wie wzno­sił się umoc­niony klasz­tor. Miej­sce nie miało żad­nej war­to­ści stra­te­gicz­nej, jed­nak Szwe­dzi byli prze­ko­nani, że kryją się tam wiel­kie skarby. Wie­dzieli też, że klasz­toru broni zale­d­wie sie­dem­dzie­się­ciu mni­chów i osiem­dzie­się­ciu ochot­ni­ków z oko­licy. Po kilku nie­uda­nych sztur­mach szwedz­kie woj­ska roz­po­częły 18 listo­pada 1655 roku oblę­że­nie. Mnisi twardo się opie­rali, a nawet wypro­wa­dzali nocne ataki za mury - w wyniku tych wypa­dów obroń­com udało się zabić wielu szwedz­kich żoł­nie­rzy i zagwoź­dzić kilka armat. Naj­bar­dziej chyba iry­tu­jącą bro­nią zakon­ni­ków były śpie­wane chó­rem pobożne pie­śni, które ze szczytu wieży nio­sły się sze­roko ponad gło­wami napast­ni­ków. Znie­chę­ceni Szwe­dzi wyco­fali się w końcu 27 grud­nia 1655 roku. Oblę­że­nie Jasnej Góry odwró­ciło losy Pol­ski, któ­rej potęga zaczęła się odra­dzać na nowo.

W lipcu 1656 roku Pol­ska wzmoc­niła się na tyle, by przy­pu­ścić kontr­atak na oku­pu­ją­cych War­szawę Szwe­dów i ich bran­den­bur­skich sojusz­ni­ków. Pola­kom nie udało się wpraw­dzie odbić sto­licy, ale wykrwa­wieni Szwe­dzi wkrótce opu­ścili mia­sto. Wcze­śniej jed­nak zała­do­wali na barki dzieła sztuki, książki i inne war­to­ściowe przed­mioty i wysłali je w dół Wisły. Sto­sun­kowo nie­wielka bitwa o War­szawę miała jed­nak istotny sku­tek: po swo­jej klę­sce Jan Kazi­mierz uznał pełną suwe­ren­ność Prus Ksią­żę­cych, które od 1466 roku były pol­skim len­nem. W zamian za to Fry­de­ryk Wil­helm Hohen­zol­lern, książę pru­ski i elek­tor bran­den­bur­ski (jeden z sied­miu ksią­żąt upraw­nio­nych do wyboru Świę­tego Cesa­rza Rzym­skiego), zgo­dził się zerwać sojusz ze Szwe­cją. To poro­zu­mie­nie przy­nio­sło zgubne dale­ko­siężne kon­se­kwen­cje: dyna­stia Hohen­zol­lernów miała w przy­szło­ści spro­wa­dzić na Pol­skę wiele nie­szczęść. Jed­na­ko­woż po wyco­fa­niu się Prus z wojny Polacy zaczęli powoli odzy­ski­wać swoje zie­mie. W 1660 roku, w wyniku czte­ro­let­nich walk, Szwe­dzi zostali z Pol­ski wyparci, a pół­nocne gra­nice pań­stwa znów stały się bez­pieczne.

Popra­wiła się rów­nież sytu­acja na wscho­dzie. Po śmierci Chmiel­nic­kiego w 1657 roku przez krótki czas się wyda­wało, że Pola­kom i Ukra­iń­com uda się nawią­zać poprawne sto­sunki. Nowy przy­wódca Koza­ków Iwan Wyhow­ski nie miał już złu­dzeń co do soju­szu z Rosją. Licząc na poro­zu­mie­nie z Pol­ską na bar­dziej dogod­nych warun­kach, roz­po­czął pota­jemne nego­cja­cje z pol­skim kró­lem, które zakoń­czyły się we wrze­śniu 1658 roku pod­pi­sa­niem unii hadziac­kiej. Tajny pakt powo­ły­wał do życia potrójną fede­ra­cję zło­żoną z Pol­ski, Litwy i Wiel­kiego Księ­stwa Ruskiego, z jed­nym kró­lem, jed­nym sej­mem i wspólną poli­tyką zagra­niczną. Dzięki temu poro­zu­mie­niu powstało pań­stwo sło­wiań­skie, mające odpie­rać eks­pan­sjo­ni­styczne ataki ze wschodu i zachodu oraz dające pod­stawę do stwo­rze­nia potęż­nej sło­wiań­skiej koali­cji w Euro­pie Wschod­niej.

Unia hadziacka to jeden z tych przy­pad­ków w histo­rii, które można roz­pa­try­wać w kate­go­riach "co by było gdyby". Fede­ra­cja potęż­nych wschod­nio­eu­ro­pej­skich państw - pierw­szy mówił o niej Bole­sław Chro­bry - mogła w znacz­nym stop­niu opóź­nić eks­pan­sję rodzą­cych się impe­riów, rosyj­skiego i nie­miec­kiego. Tyle że w tym waż­nym punk­cie nie doko­nał się żaden zwrot. Car Rosji, dostrze­gł­szy zagro­że­nie, jakim było poja­wie­nie się zjed­no­czo­nej wspól­noty państw, wysłał do Pol­ski i na Ukra­inę silne liczeb­nie woj­ska, które miały zapo­biec wpro­wa­dze­niu unii w życie. Po kolej­nych gwał­tow­nych spo­rach frak­cję pol­ską i ukra­iń­ską podzie­liło tyle waśni i wza­jem­nych pre­ten­sji, że żaden sojusz nie mógł ich unieść. Unia hadziacka pozo­stała mar­twym zapi­sem.

Trzeba było czte­rech lat, by wypchnąć woj­ska moskiew­skie z Litwy i Ukra­iny Lewo­brzeż­nej, oraz kolej­nych trzech, żeby zawrzeć rozejm6. Nie­stety, pod­pi­sany układ poko­jowy nie był dla Pol­ski korzystny, głów­nie z powodu anty­kró­lew­skiego buntu, który wybuchł w nie­od­po­wied­nim cza­sie i wcią­gnął ogra­ni­czone pol­skie siły w wojnę domową.

Na mocy zawar­tego w 1667 roku rozejmu andru­szow­skiego - który for­mal­nie był pla­no­wa­nym na trzy­na­ście i pół roku zawie­sze­niem broni - Pol­ska oddała Moskwie Smo­leńsk, Kijów, Czer­ni­hów oraz Ukra­inę Lewo­brzeżną, któ­rych to tery­to­riów ni­gdy nie odzy­skała. W efek­cie Rosja osią­gnęła prze­wagę w kolej­nych woj­nach. Znaj­du­jące się na zie­miach ruskich bogac­twa mate­rialne oraz siły ludz­kie były klu­czowe dla potęgi Rzecz­po­spo­li­tej, oka­zało się, że bez nich Pol­ska nie jest w sta­nie dorów­nać Rosji. Zmiany tery­to­rialne zapi­sane w rozej­mie andru­szow­skim miały decy­du­jące zna­cze­nie histo­ryczne: z jed­nej strony ska­zy­wały Pol­skę na powolny upa­dek, z dru­giej pozwo­liły impe­rium rosyj­skiemu uro­snąć w siłę, która kil­ka­krot­nie zagro­ziła całej Euro­pie.

Pol­ska prze­trzy­mała potop, ale jego skutki oka­zały się nisz­czące. Zgi­nęło 30 pro­cent lud­no­ści Rzecz­po­spo­li­tej, gospo­darka się zała­mała, spa­lone doszczęt­nie zostało co trze­cie mia­sto. Z kró­lew­skich gro­bow­ców roz­kra­dziono klej­noty, szwedzcy rabu­sie zabrali nawet srebrny ołtarz świę­tego Sta­ni­sława. Wiślany han­del zbo­żem, który pod­czas potopu zmniej­szył się o dwie trze­cie, do końca ist­nie­nia Rzecz­po­spo­li­tej nie wró­cił do poziomu sprzed 1648 roku. Utrata Inf­lant na rzecz Szwe­cji oraz Prus Ksią­żę­cych na rzecz elek­tora bran­den­bur­skiego nie­mal odcięła Pol­skę od Bał­tyku.

Jed­nak naj­bar­dziej nisz­czący sku­tek potopu prze­ja­wiał się w sub­tel­niej­szy spo­sób. Było nim wpro­wa­dze­nie dziw­nej pro­ce­dury par­la­men­tar­nej. Okre­śle­nie "libe­rum veto", które można prze­tłu­ma­czyć jako "mam prawo powie­dzieć nie pozwa­lam", poja­wiło się w pol­skim słow­niku w 1652 roku. Obra­du­jący pod­czas powsta­nia Chmiel­nic­kiego sejm miał się wła­śnie zakoń­czyć, gdy mar­sza­łek ogło­sił, że zgro­ma­dze­nie zostaje prze­dłu­żone o jeden dzień, żeby domknąć nie­do­koń­czone sprawy. Kiedy posło­wie zaczy­nali się roz­cho­dzić, roz­legł się głos nie­zna­nego sze­rzej Wła­dy­sława Siciń­skiego, pota­jem­nie opła­ca­nego przez litew­skich sepa­ra­ty­stów: "Nie pozwa­lam!". Sza­nu­jący zasadę jed­no­myśl­no­ści posło­wie odbyli krótką dys­ku­sję, czy taki sprze­ciw jest ważny, i po zasię­gnię­ciu opi­nii osób uczo­nych w pra­wie doszli do wnio­sku, że tak. Nie dość, że sejm nie zgro­ma­dził się ponow­nie, to jesz­cze cała wcze­śniej­sza praca usta­wo­daw­cza została uznana za nie­ważną. Sztuczka prawna, która w owych cza­sach była akcep­to­wana jako wyraz praw jed­nostki, miała wkrótce przy­nieść wiel­kie szkody.

Osła­bie­nie Pol­ski pod­czas potopu nie tylko wymu­siło ustęp­stwa tery­to­rialne wobec Rosji, ale też umoż­li­wiło trwałe nie­miec­kie osad­nic­two w Pru­sach Wschod­nich i Pru­sach Bran­den­bur­skich, co z kolei dopro­wa­dziło do utwo­rze­nia XVII-wiecz­nego kory­ta­rza, stwa­rza­ją­cego takie same pro­blemy jak "kory­tarz pol­ski" w XX wieku. Osła­bie­nie Pol­ski było korzystne dla Roma­no­wów, Habs­bur­gów, Wazów i Hohen­zol­ler­nów, a utrata znacz­nych ziem ośmie­liła rodzące się euro­pej­skie potęgi, które mogły się oka­zać śmier­tel­nym zagro­że­niem. Jed­nak Pol­ska prze­trwała, a przy sile i odpor­no­ści oka­zy­wa­nej przez tyle poko­leń, miała szansę powró­cić do daw­nej świet­no­ści. Nawet po rozej­mie andru­szow­skim i nie­któ­rych ubyt­kach ponie­sio­nych pod­czas potopu - Pol­ska stra­ciła wów­czas wię­cej ziem, niż wynosi powierzch­nia obec­nego pań­stwa pol­skiego - Rzecz­po­spo­lita na­dal zali­czała się do naj­więk­szych pod wzglę­dem geo­gra­ficz­nym kra­jów w Euro­pie.

Lecz pokój nie trwał długo. Turcy jako jedni z nie­wielu sąsia­dów nie zaata­ko­wali Pol­ski pod­czas potopu, jed­nak w 1671 roku sprzy­mie­rzone turecko-kozac­kie woj­ska naje­chały Rzecz­po­spo­litą i w krót­kim cza­sie zajęły znaczne poła­cie pol­skiej Ukra­iny.

Na szczę­ście zna­lazł się czło­wiek, który potra­fił powstrzy­mać tę inwa­zję. Jan III Sobie­ski (1629-1696), mąż stanu, żoł­nierz i uczony, oka­zał się uro­dzo­nym przy­wódcą. W rów­nym stop­niu znał się na dwor­skiej ety­kie­cie, jak i na okrut­nej sztuce wojen­nej, nie bał się ani spo­rów inte­lek­tu­al­nych, ani starć fizycz­nych. Jego osią­gnię­cia były sze­roko znane także za gra­nicą. Pro­wa­dził kore­spon­den­cję z kró­lem Anglii Karo­lem II, a Ludwik XIV zapro­po­no­wał mu w 1666 roku buławę fran­cu­skiego mar­szałka. Jego wspa­niały, utrzy­many we wło­skim stylu pałac był pełen dzieł sztuki, fran­cu­skich ksią­żek i wschod­nich ozdób, takich jak turec­kie cho­rą­gwie, broń i dywany. Spra­wu­jąc w 1654 roku służbę w pol­skim przed­sta­wi­ciel­stwie w Stam­bule, udo­sko­na­lił zdol­no­ści dyplo­ma­tyczne i nabył dużą wie­dzę o osmań­skich adwer­sa­rzach. Pod­czas bitew sta­wał na czele wojsk, wyka­zu­jąc się nie­zrów­na­nym męstwem i umie­jęt­no­ściami walki. Dzięki swej impo­nu­ją­cej syl­wetce i wiel­kiej sła­wie budził powszechny sza­cu­nek, co z gory­czą przy­zna­wali nawet jego poli­tyczni wro­go­wie w sej­mie.

W 1673 roku Sobie­ski jako het­man wielki koronny popro­wa­dził woj­ska pod Cho­cim leżący w zachod­niej czę­ści Ukra­iny, gdzie w for­tecy nad Dnie­strem oko­pała się trzy­dzie­sto­ty­sięczna armia turecka. O świ­cie 11 listo­pada 1673 roku Polacy zasko­czyli Tur­ków, ata­ku­jąc ich naj­moc­niej­sze punkty. Tak­tyka Sobie­skiego pole­gała na uży­ciu rucho­mej arty­le­rii, która otwie­rała drogę naj­sku­tecz­niej­szym pol­skim oddzia­łom, czyli skrzy­dla­tej husa­rii. Bitwę prze­żył co pięt­na­sty turecki żoł­nierz. Ich dowódca, Husejn Pasza, uszedł z życiem, ale nie­długo potem otrzy­mał od suł­tana jedwabny sznur, który był nie­wy­po­wie­dzia­nym roz­ka­zem popeł­nie­nia samo­bój­stwa po hanieb­nej klę­sce.

Po wiel­kim zwy­cię­stwie pod Cho­ci­miem Sobie­ski został okrzyk­nięty boha­te­rem i wio­sną 1674 roku zapew­nił sobie wybór na króla7. Stał się naj­sław­niej­szym pol­skim monar­chą, a zapa­mię­tano go z jed­nej z naj­bar­dziej hero­icz­nych bitew zachod­niej cywi­li­za­cji.

Dzięki wojen­nym umie­jęt­no­ściom Sobie­skiego Pol­ska była bez­pieczna, czego nie dało się jed­nak powie­dzieć o resz­cie Europy. W 1683 roku pod­bój kon­ty­nentu przez Tur­cję wyda­wał się nie­uchronny. Chrze­ści­jań­sko-muzuł­mań­ski kon­flikt tlił się już od tysiąca lat, a przez ostat­nie pół­tora wieku islam zapusz­czał się coraz dalej na euro­pej­skie tery­to­ria. Po bitwie pod Moha­czem w 1526 roku Turcy prze­jęli wła­dzę na Węgrzech i w 1529 roz­po­częli oblę­że­nie Wied­nia. Wyco­fali się tylko dla­tego, że w ich obo­zie wybu­chła epi­de­mia, a kapry­śne ulewy unie­moż­li­wiały szturm. Do tego czasu udało im się zająć nie­mal całą Afrykę Pół­nocną, razem z Bag­da­dem i pozo­stałą czę­ścią Mezo­po­ta­mii, szybko też opa­no­wali Tunis, Algie­rię i Niceę. Potężna flota osmań­ska prak­tycz­nie znisz­czyła chrze­ści­jań­ski han­del nad Morzem Śród­ziem­nym, papież oba­wiał się najazdu Tur­ków na Rzym, a w całych Niem­czech roz­miesz­czano tak zwane turec­kie dzwony, które miały ostrze­gać lud­ność przed zbli­ża­niem się najeźdź­ców. Czę­sto kusi nas, żeby oce­niać siłę prze­ciw­nika z dzi­siej­szej per­spek­tywy, jed­nak w XVII wieku islam sta­no­wił główną potęgę mili­tarną, która odno­siła kolejne zwy­cię­stwa nad zaco­fa­nym tech­no­lo­gicz­nie Zacho­dem8.

W 1683 roku impe­rium osmań­skie miało prze­wagę nad chrze­ści­jań­ską Europą. Gra­nica mię­dzy dwiema cywi­li­za­cjami, o dłu­go­ści pra­wie dwóch tysięcy kilo­me­trów, cią­gnęła się sze­ro­kim łukiem od Morza Azow­skiego aż po Adria­tyk; Turcy mieli swoje bastiony w Dal­ma­cji, Sło­we­nii, na Węgrzech, w Sied­mio­gro­dzie, w Moł­da­wii, na Podolu i na Ukra­inie. Impe­rium osmań­skie zaj­mo­wało jedną czwartą kon­ty­nentu euro­pej­skiego i pra­gnęło wię­cej. Pomimo rozejmu pod­pi­sa­nego z monar­chią habs­bur­ską w 1683 roku ogromna armia turecka ruszyła na podzie­loną Europę Środ­kową, która wyda­wała się łatwym łupem.

Cesarz Leopold I (1640-1705) zło­żył więc roz­pacz­liwą pro­po­zy­cję swo­jemu nie­gdy­siej­szemu wro­gowi, ale też, tak jak on, chrze­ści­jań­skiemu władcy: jeśli Sobie­ski oso­bi­ście popro­wa­dzi armię na odsiecz Wie­dniowi, otrzyma dowódz­two nad wszyst­kimi euro­pej­skimi woj­skami oraz sub­wen­cję w wyso­ko­ści miliona dwu­stu tysięcy duka­tów na pokry­cie kosz­tów wyprawy. Także papież popro­sił Pol­skę o pomoc w odpar­ciu muzuł­mań­skiego ter­roru; zapewne dostrzegł, że Sobie­ski jest jedy­nym czło­wie­kiem, który może obro­nić zachod­nią cywi­li­za­cję. Pol­ski król rozu­miał nie­przy­ja­ciela jak żaden inny Euro­pej­czyk, mówił w jego języku, obser­wo­wał jego naj­wyż­szych urzęd­ni­ków w Kon­stan­ty­no­polu i w ciągu dzie­się­ciu lat sto­czył z nim wiele bitew. Był mistrzem ataku i miał do dys­po­zy­cji naj­bar­dziej prze­ra­ża­jącą w owych cza­sach broń: nie­zwy­cię­żoną skrzy­dlatą husa­rię. Rów­nie ważna była jego repu­ta­cja, Turcy bowiem bali się pol­skiego króla, któ­rego boha­ter­skie czyny wyda­wały się prze­kra­czać ludz­kie moż­li­wo­ści.

Otrzy­maw­szy od sejmu sto­sowne przy­zwo­le­nie, Sobie­ski wyru­szył latem na czele dwu­dzie­sto­sied­mio­ty­sięcz­nego pol­skiego woj­ska, by spo­tkać się pod Wied­niem z oddzia­łami księ­cia lota­ryń­skiego Karola V, szwa­gra cesa­rza. Odpo­wia­da­jąc na wezwa­nie papieża, do Pola­ków i Austria­ków dołą­czyły też woj­ska z Bawa­rii, Sak­so­nii, Bade­nii i innych państw chrze­ści­jań­skich.

Armia osmań­ska dotarła pod Wie­deń 16 lipca 1683 roku i roz­po­częła oblę­że­nie. Po dwóch mie­sią­cach zacie­kłych walk, 8 wrze­śnia, tureccy sape­rzy doko­nali kilku wyło­mów w murach i wyda­wało się, że losy Wied­nia są prze­są­dzone. Muzuł­mań­skie hordy powstrzy­my­wało zale­d­wie cztery tysiące obroń­ców, więc klę­ska, która ozna­czała śmierć albo nie­wolę, była kwe­stią kilku dni.

11 wrze­śnia wie­czo­rem - zapewne nie­przy­pad­kowo wybrano datę poprzed­niej muzuł­mań­skiej inwa­zji - połą­czone woj­ska chrze­ści­jań­skie, liczące pra­wie sie­dem­dzie­siąt tysięcy żoł­nie­rzy, zna­la­zły się na obrze­żach Wied­nia i ze wzgó­rza oce­niały sytu­ację. Roz­ta­czał się przed nimi prze­ra­ża­jący widok: pra­wie ćwierć miliona Tur­ków - żoł­nie­rzy, urzęd­ni­ków, nie­wol­ni­ków i mar­kie­ta­nek z całego pań­stwa oto­mań­skiego oraz bojow­ni­ków z muzuł­mań­skich wło­ści w Euro­pie, Azji i Afryce.

O świ­cie chrze­ści­ja­nie roz­po­częli atak. Gdy oddziały z Austrii i Sak­so­nii zajęły pozy­cję na lewym skrzy­dle nad brze­giem Dunaju, a Bawar­czycy ulo­ko­wali się w cen­trum, reszta wojsk ruszyła w ulew­nym desz­czu do szturmu. Chrze­ści­ja­nie wal­czyli dziel­nie, lecz było jasne, że mają zbyt małe siły, by prze­ła­mać linię wroga.

Jed­nak ku zasko­cze­niu Tur­ków losy bitwy miały się nagle odmie­nić. Pod osłoną gęstych lasów pol­ski kon­tyn­gent zajął ukrad­kiem pozy­cje na pra­wej flance. I jak we śnie, tysiące naj­lep­szych wojow­ni­ków z całego chrze­ści­jań­skiego świata poja­wiło się nie­ocze­ki­wa­nie na nie­przy­go­to­wa­nym do obrony turec­kim skrzy­dle. Czoło ataku sta­no­wiła lśniąca pol­ska kawa­le­ria. Te eli­tarne siły skła­dały się z naj­bar­dziej doświad­czo­nych ryce­rzy, magna­tów i szlachty, któ­rzy dla dobra sprawy odło­żyli na bok wcze­śniej­sze spory. A prze­ra­żeni Turcy dostrze­gli, że tej potę­dze oso­bi­ście prze­wo­dzi czło­wiek, któ­rego oba­wiali się naj­bar­dziej, Jan III Sobie­ski. Król zna­lazł się we wła­ści­wym miej­scu we wła­ści­wym cza­sie9.

Kiedy Sobie­ski dał sygnał do ataku, trzy tysiące husa­rzy ruszyło jed­no­cze­śnie na linie wroga. Tej nisz­czy­ciel­skiej sile towa­rzy­szył upiorny dźwięk tysięcy wibru­ją­cych sztan­da­rów, dud­nią­cych kopyt i trze­po­czą­cych skrzy­deł anio­łów zemsty (husa­rze mieli na zbro­jach przy­twier­dzone skrzy­dła). Osmań­scy żoł­nie­rze, któ­rzy roz­po­znali Sobie­skiego po kolo­ro­wych pro­por­cach ozda­bia­ją­cych lance jego przy­bocz­nej straży, zawo­łali: "Na Allaha, król jest wśród nich!", i rzu­cili się do ucieczki. Wkrótce pol­skie oddziały połą­czyły się z żoł­nie­rzami austriac­kimi i nie­miec­kimi, któ­rzy upar­cie posu­wali się do przodu na pra­wym skrzy­dle i w cen­trum, two­rząc w ten spo­sób straszną, świet­nie zor­ga­ni­zo­waną siłę w samych trze­wiach turec­kiej bestii.

Roz­pro­szeni Turcy stali się łatwym łupem dla chrze­ści­jań­skich wojsk, które spy­chały ucie­ka­ją­cego wroga w kie­runku wie­deń­skich linii obron­nych. Za pol­ską husa­rią podą­żał konno ksiądz, który dzier­żył ogromny kru­cy­fiks i wołał: "Oto krzyż Pań­ski! Ustąp­cie wro­go­wie jego!". Można się sprze­czać, która jazda była bar­dziej sku­teczna, ale obie odnio­sły impo­nu­jące zwy­cię­stwo. Turcy, któ­rym nie udało się uciec, ginęli na miej­scu. Wie­deń został ura­to­wany, potęga osmań­ska zała­mała się - jak się oka­zało, na zawsze - a wszystko to za sprawą boha­ter­skiego pol­skiego króla.

Nie­stety, wie­deń­ska wik­to­ria nie przy­nio­sła Pol­sce korzy­ści. Impe­rium Habs­bur­gów, wci­śnięte wcze­śniej mię­dzy Tur­ków, Króla Słońce (czyli Ludwika XIV) i Ren, zna­la­zło teraz moż­li­wość eks­pan­sji w Euro­pie Wschod­niej, począt­kowo na Bał­ka­nach, a potem w Pol­sce. Zwy­cię­stwo Rzecz­po­spo­li­tej pod Wied­niem i kolejne bitwy z Tur­kami jedy­nie wyczer­pały pol­skie woj­ska, nato­miast doda­wały mocy Habs­bur­gom, któ­rzy po znik­nię­ciu osmań­skiego zagro­że­nia stwo­rzyli w Euro­pie Środ­ko­wej ogromne, wie­lo­et­niczne impe­rium. A umoż­li­wiło im to bez­in­te­re­sowne poświę­ce­nie Sobie­skiego pod Wied­niem w 1683 roku.

Mili­tarny suk­ces Sobie­skiego nie został doce­niony w kraju przez jego prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych. Pozy­cja króla jako boha­tera była pro­ble­mem dla szlachty, która oba­wiała się, że obda­rzony takim splen­do­rem władca pozwoli sobie na despo­tyczne rządy albo na wpro­wa­dze­nie zmian w kon­sty­tu­cji - obie moż­li­wo­ści uwa­żano za rów­nie straszne. Obrady sejmu w latach 1685, 1688, 1689 i 1692 spro­wa­dzały się wła­ści­wie do zacie­kłych spo­rów i ata­ków na zwo­len­ni­ków Sobie­skiego. Kró­lowi zarzu­cano łama­nie prawa, cie­mię­że­nie pod­da­nych i wystę­po­wa­nie prze­ciwko wła­snemu kra­jowi. W sze­roko roz­pro­wa­dza­nych bro­szu­rach przed­sta­wiano nie­po­chlebne kary­ka­tury monar­chy, uka­zu­jące go w kom­pro­mi­tu­ją­cych pozach.

Zże­ra­jące Rzecz­po­spo­litą waśnie stron­nictw poli­tycz­nych spo­wo­do­wały dra­ma­tyczny spa­dek docho­dów z podat­ków, co szcze­gól­nie zaszko­dziło armii. Z braku pie­nię­dzy skrzy­dlatą husa­rię zastą­piono lekką kawa­le­rią, a pie­chota i arty­le­ria prak­tycz­nie prze­stały ist­nieć. Dopro­wa­dzony tym do roz­pa­czy Sobie­ski oświad­czył w sena­cie w 1688 roku:

O, dopie­roż zdu­mieje się potom­ność, że po tako­wych zwy­cię­stwach i trium­fach, po tak sze­roko na świat roz­gło­szo­nej sła­wie, potkała nas teraz wie­ku­ista hańba i nie­po­we­to­wana szkoda, gdy się tedy widzimy bez spo­so­bów i pra­wie bez­radni albo nie­zdolni do rady10.

Po śmierci Sobie­skiego w 1696 roku poło­że­nie Pol­ski jesz­cze bar­dziej się pogor­szyło. Od zachodu zagra­żało jej impe­rium Habs­bur­gów, a w tym samym cza­sie na wscho­dzie nowy car Rosji z wielką ener­gią pla­no­wał powięk­sze­nie swo­jego pań­stwa. Piotr Wielki (1672-1725) uwa­żał, że jeśli Rosja ma się stać praw­dzi­wym świa­to­wym mocar­stwem, musi mieć dostęp do morza. Żeby dosię­gnąć wybrzeży Bał­tyku, pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych XVII wieku zwró­cił się do pol­skiego króla Augu­sta Moc­nego, pro­po­nu­jąc mu wspólny atak na Szwe­cję i zaję­cie por­tów mor­skich. Nego­cja­cjom towa­rzy­szyło wiel­kie pijań­stwo - co w owych cza­sach było typowe - a obaj władcy podobno nie trzeź­wieli przez pięt­na­ście dni.

August, znany z siły fizycz­nej i licz­nych związ­ków poza­mał­żeń­skich, był pierw­szym kró­lem z dyna­stii saskiej, która przy­nio­sła Pol­sce jedy­nie roz­cza­ro­wa­nia. Zgod­nie z pra­wem nie mógł bez zgody sejmu wysłać pol­skich wojsk na wojnę, ale jako elek­tor Sak­so­nii miał pełną wła­dzę nad tam­tej­szą armią i chęt­nie dołą­czył do cara. Z racji wię­zów z Augu­stem Pol­ska została wcią­gnięta w tę wojnę i ponio­sła jej wszyst­kie kon­se­kwen­cje.

Odu­rzo­nym alko­ho­lem monar­chom, któ­rzy uczest­ni­czyli w zmo­wie, Szwe­cja jawiła się jako kraj bez­bronny, rzą­dzony przez nie­dawno osa­dzo­nego na tro­nie zale­d­wie szes­na­sto­let­niego Karola XII (1682-1718). Do soju­szu dołą­czyła Dania, odwieczny wróg Szwe­cji, wie­trząc w tym swoją korzyść. W 1700 roku koali­cja zaata­ko­wała Szwe­cję, roz­po­czy­na­jąc tym samym wielką wojnę pół­nocną. Jed­nak szwedzki monar­cha oka­zał się god­nym prze­ciw­ni­kiem. Cho­ciaż jego armia odpo­wia­dała liczeb­nie zale­d­wie jed­nej czwar­tej sprzy­mie­rzo­nych wojsk Rosji, Pol­ski, Sak­so­nii i Danii, Szwe­dzi byli znacz­nie lepiej wyszko­leni i dys­po­no­wali nowo­cze­sną bro­nią palną. Pod wodzą ener­gicz­nego mło­dego króla wygry­wali bitwę za bitwą.

W 1701 roku Karol XII wyparł pol­sko-sak­soń­skie woj­ska z Rygi i posu­wał się coraz dalej. W ręce Szwe­dów wpa­dło Wilno, War­szawa, Kra­ków i Toruń. Pol­skę nisz­czył kolejny potop, zdu­mie­wa­jąco podobny do wcze­śniej­szego. Hohen­zol­ler­no­wie wyko­rzy­stali ten kon­flikt, ogła­sza­jąc w 1701 roku powsta­nie Kró­le­stwa Prus, które z cza­sem stało się dla Pol­ski znacz­nie więk­szym zagro­że­niem niż Szwe­cja.

Po bli­sko dzie­się­ciu latach walk wielka wojna pół­nocna osią­gnęła punkt kul­mi­na­cyjny - w 1703 roku doszło do bitwy pod Połtawą (teren dzi­siej­szej środ­ko­wej Ukra­iny), w któ­rej Piotr Wielki zde­cy­do­wa­nie poko­nał Karola XII. Wpraw­dzie Rosja­nie mieli trzy­krotną prze­wagę liczebną i bro­nili się na ufor­ty­fi­ko­wa­nych pozy­cjach, nie­mniej zwy­cię­stwo nad rze­komo nie­po­ko­na­nymi Szwe­dami uczy­niło z Rosji świa­tową potęgę i zapew­niło jej domi­na­cję w pół­nocno-wschod­niej Euro­pie.

Rosja­nie zepchnęli Szwe­dów na zachód i wkro­czyli do Pol­ski jako "wyzwo­li­ciele" (podobne przed­sta­wie­nie ode­grają w 1945 roku). Rosyj­skie siły "poko­jowe" doko­nały pod­stęp­nej inwa­zji, tak samo trwa­łej jak roz­biory czy trak­taty, a ceną za taką "ochronę" była suwe­ren­ność. W 1715 roku wielu Pola­ków miało już jasność, że saski monar­cha jest na pasku Rosjan i że pro­tek­cja narzu­cona przez Pio­tra Wiel­kiego powoli nisz­czy Rzecz­po­spo­litą. Zde­spe­ro­wani pol­scy patrioci zawią­zali kon­fe­de­ra­cję tar­no­grodzką, któ­rej celem była detro­ni­za­cja króla i posze­rze­nie wła­dzy par­la­mentu. I pew­nie uda­łoby im się wyrzu­cić Augu­sta z Pol­ski, gdyby nie poja­wie­nie się armii rosyj­skiej, która ocho­czo pod­jęła się roz­są­dze­nia sporu. Pod­czas pro­wa­dzo­nych w War­sza­wie nego­cja­cji rosyj­scy dyplo­maci "zapro­po­no­wali" sej­mowi uchwa­le­nie sta­łego ogra­ni­cze­nia liczeb­no­ści pol­skiej armii oraz wyso­ko­ści jej finan­so­wa­nia, co miało wyeli­mi­no­wać nie­po­trzebne wro­gie incy­denty. Żeby zapew­nić odpo­wied­nie brzmie­nie ustawy, car­ski wysłan­nik, książę Grze­gorz Dołgo­ru­kow, sam napi­sał sto­sowny doku­ment i przed­sta­wił posłom do zatwier­dze­nia. Rosja­nie zażą­dali, by nowe prawo zostało uchwa­lone jed­no­gło­śnie i bez debaty, co znacz­nie przy­spie­szyło całą pro­ce­durę. W rezul­ta­cie woj­ska Rzecz­po­spo­li­tej zostały znacz­nie zre­du­ko­wane, a do tego ogło­szono, że libe­rum veto, i tak utrud­nia­jące sku­teczne rzą­dze­nie pań­stwem, staje się nie­na­ru­szal­nym pra­wem i sta­nowi "złotą wol­ność".

Pol­skich posłów prze­ko­nały rosyj­skie argu­menty w postaci oddzia­łów woj­sko­wych, które ota­czały par­la­ment do czasu uchwa­le­nia nowych ustaw. Pod groźbą rosyj­skich bagne­tów sejm z 1717 roku - zwany sej­mem nie­mym z powodu braku jakiej­kol­wiek debaty - w zasa­dzie zrzekł się suwe­ren­no­ści, i to za pomocą tego samego mecha­ni­zmu, który zda­niem Pola­ków miał ich zabez­pie­czać przed despo­tyczną wła­dzą11. Nie­któ­rzy uwa­żają, że sejm niemy sta­nowi ten punkt w histo­rii, w któ­rym Rzecz­po­spo­lita nie­od­wra­cal­nie stra­ciła suwe­ren­ność, i dla­tego można go uznać za począ­tek nowo­cze­snej histo­rii Pol­ski.

Prusy, które włą­czyły się do wiel­kiej wojny pół­noc­nej, gdy jej los był już prze­są­dzony, zyskały wszyst­kie szwedz­kie tereny leżące na Pomo­rzu Zachod­nim. W ten spo­sób w pol­skich rękach pozo­stał jedy­nie wąski kory­tarz z Gdań­skiem, roz­dzie­la­jący pań­stwo pru­skie na dwie czę­ści. Ten nowy układ miał się oka­zać zarze­wiem kon­flik­tów.

Pro­te­stanc­kie Prusy i pra­wo­sławna Rosja nawią­zały dziwny i - jak się oka­zało - groźny dla Pol­ski sojusz; podob­nie nazi­stow­skie Niemcy i komu­ni­styczna Rosja, dwa dia­me­tral­nie prze­ciwne sys­temy poli­tyczne, sprzy­mie­rzyły się w 1939 roku, żeby znisz­czyć odro­dzone pań­stwo pol­skie. Mimo odmien­nych reli­gii oba rodzące się impe­ria miały kilka cech wspól­nych: mili­ta­ryzm i despo­tyzm wła­dzy oraz potrzebę eks­pan­sji tery­to­rial­nej. Do tego oba sąsia­do­wały ze sła­bym, ale zasob­nym pań­stwem, które kusiło do pod­boju.

Przez wiele stu­leci Prusy i Rosja były od sie­bie oddzie­lone i trzy­mane na dystans przez potężną Rzecz­po­spo­litą Obojga Naro­dów. Jed­nak w XVII wieku osła­biona Pol­ska stała się dla nich zie­mią niczyją, a póź­niej prze­strze­nią życiową, którą można było bez­kar­nie najeż­dżać.

Usta­no­wie­nie rosyj­skiego pro­tek­to­ratu przy­spie­szyło roz­kład pań­stwa. Gospo­darka się zała­mała, a sejm oka­zał się cał­kiem nie­udolny, gdy opła­cani przez zagra­niczne rządy posło­wie bez ogra­ni­czeń korzy­stali z libe­rum veto. Frak­cje poli­tyczne sprze­czały się o dro­bia­zgi, a tym­cza­sem naj­waż­niej­sze kwe­stie doty­czące bez­pie­czeń­stwa pań­stwa nie mogły się docze­kać roz­wią­za­nia. Mimo jede­na­sto­mi­lio­no­wej lud­no­ści pol­ska armia liczyła zale­d­wie 20 tysięcy żoł­nie­rzy, źle wypo­sa­żo­nych i źle opła­ca­nych. Znaczna część szlachty zubo­żała i z braku innego zaję­cia zacią­gała się na służbę woj­skową u magna­tów, two­rząc w ten spo­sób naj­więk­szy zasób sił zbroj­nych w Euro­pie. Tyle że ten naj­bar­dziej zmi­li­ta­ry­zo­wany kraj euro­pej­ski nie był w sta­nie się obro­nić, ponie­waż jego woj­ska nie dzia­łały w inte­re­sie naro­do­wym i czę­sto były wysta­wiane do walki prze­ciwko sobie.

Utra­ciw­szy zdol­no­ści obronne i zre­zy­gno­waw­szy z pro­wa­dze­nia wła­snej poli­tyki zagra­nicz­nej, Pol­ska prak­tycz­nie prze­stała być suwe­ren­nym pań­stwem. Sejm na­dal obra­do­wał, a król teo­re­tycz­nie spra­wo­wał wła­dzę, jed­nak wszyst­kie naj­waż­niej­sze decy­zje musiały zyskać apro­batę cara.

Pisząc ten roz­dział, autor korzy­stał z nastę­pu­ją­cych mono­gra­fii:

Davies, Boże igrzy­sko Davies, Serce Europy Dzie­wa­now­ski, Pił­sud­ski: A Euro­pean Fede­ra­list Flet­cher, The History of Poland Halecki, Bor­der­lands of Western Civi­li­za­tion Halecki, Histo­ria Pol­ski Jasie­nica, Rzecz­po­spo­lita Obojga Naro­dów Jędruch, Con­sti­tu­tions John­son, Cen­tral Europe Kochow­ski, Lata potopu Lukow­ski Zawadzki, A Con­cise History of Poland Praż­mow­ska, A History of Poland Sny­der, Rekon­struk­cja naro­dów Stone, Polish-Lithu­anian State Stoye, Oblę­że­nie Wied­nia Tihany, History of Mid­dle Europe Whe­at­croft, Enemy at the Gate Winik, Great Uphe­aval Zamoy­ski, Wła­sną drogą

Autor tych słów, które podobno padły na jed­nym z XVI-wiecz­nych sej­mi­ków, jest nie­znany. Roz­po­wszech­nił je m.in. Julian Ursyn Niem­ce­wicz w kome­dii Powrót posła. Nie­któ­rzy - wśród nich były pre­zes Try­bu­nału Kon­sty­tu­cyj­nego, sędzia Jerzy Stę­pień - uwa­żają, że ich sens został wypa­czony, a pier­wotny kon­tekst był nastę­pu­jący: "Pol­ska nie rzą­dem stoi, ale swo­bo­dami oby­wa­teli". [wróć]

Rzecz­po­spo­lita Obojga Naro­dów skła­dała się z Kró­le­stwa Pol­skiego, Wiel­kiego Księ­stwa Litew­skiego oraz Prus, Mazow­sza, Żmu­dzi, ziemi kijow­skiej, Woły­nia, Podola, Pod­la­sia i Inf­lant. Zwy­cię­stwa nad Moskwą roz­cią­gnęły w XVII w. pol­skie pano­wa­nie na kolejne tery­to­ria. Poza tym Polacy zawład­nęli Kur­lan­dią, Pru­sami Wschod­nimi, Moł­da­wią i Wołosz­czy­zną (przyp. aut.). [wróć]

Pacta conventa ozna­cza po łaci­nie "warunki uzgod­nione". Ten ter­min miał wyra­żać ponad wszelką wąt­pli­wość, że król uznaje przy­jęte w umo­wie warunki za wią­żące (przyp. aut.). [wróć]

Okre­śle­nie "potop" stało się popu­larne za sprawą powie­ści lau­re­ata Nagrody Nobla, Hen­ryka Sien­kie­wi­cza, sfil­mo­wa­nej w 1974 (przyp. aut.). [wróć]

Pier­wot­nie nazwa "Ukra­ina" ozna­czała wszyst­kie nad­gra­niczne tereny daw­nej Rusi, dopiero póź­niej przy­pi­sano ją jedy­nie do połu­dniowo-wschod­niego pogra­ni­cza (przyp. aut.). [wróć]

Ukra­ina Lewo­brzeżna to ter­min histo­ryczny, ozna­cza­jący część Ukra­iny leżącą na lewym, czyli wschod­nim, brzegu Dnie­pru (przyp. aut.). [wróć]

Rywa­lem Sobie­skiego pod­czas tej elek­cji był m.in. książę Yorku, który póź­niej rzą­dził Anglią jako Jakub II (przyp. aut.). [wróć]

Tho­mas F. Mad­den, Cru­sade Pro­pa­ganda, "Natio­nal Review", 2 listo­pada 2001 (przyp. aut.). [wróć]

Sobie­ski miał wtedy 54 lata, więc jak na ówcze­sne stan­dardy ucho­dził za czło­wieka wie­ko­wego. Mówiono, że był już tak słaby, iż potrze­bo­wał pomocy, by dosiąść konia. Jed­nak pod­czas bitwy świet­nie sobie radził (przyp. aut.). [wróć]

Cyt. za: Tade­usz Korzon, Dzieje wojen i woj­sko­wo­ści w Pol­sce, t. 3, Wydaw­nic­two Zakładu Naro­do­wego im. Osso­liń­skich, Lwów-War­szawa-Kra­ków 1923, s. 26. [wróć]

W 1976 kon­tro­lo­wany przez Sowie­tów Sejm uchwa­lił podobną nowe­li­za­cję pol­skiej Kon­sty­tu­cji, for­ma­li­zu­jącą "przy­jaźń ze Związ­kiem Radziec­kim" (przyp. aut.). [wróć]