Nieznajoma z parku - Anna M. Wan

-
Proszę czekać

- Cześć wszyst­kim! - Wy­so­ki, uśmiech­nię­ty blon­dyn raź­no wkro­czył do biu­ra. Uniósł do góry pra­wą rękę, w któ­rej trzy­mał wiel­ką wa­li­zę, i po­ma­chał do se­kre­tar­ki. Naj­wy­raź­niej nie spra­wi­ło mu to żad­ne­go kło­po­tu. Wa­li­za za­ko­ły­sa­ła się na jego kciu­ku. - Tess, ko­cha­nie, ależ ja się za tobą stę­sk­ni­łem! - Dla więk­sze­go efek­tu wes­tchnął głę­bo­ko i przej­mu­ją­co na nią spoj­rzał.

- Za mną czy za po­ło­wą bar­dzo mło­dych by­wal­czyń noc­nych klu­bów? - prych­nę­ła Tess, ale już po chwi­li uśmiech­nę­ła się do nie­go cie­pło. Nie moż­na było nie lu­bić tego chło­pa­ka. - Cześć, Char­lie. - Z po­zor­ną nie­chę­cią po­zwo­li­ła mu się ob­jąć i wy­ci­snąć siar­czy­ste­go bu­zia­ka na po­licz­ku.

Przyj­rza­ła mu się uważ­niej i bez zdzi­wie­nia stwier­dzi­ła, że nic nie wska­zu­je na to, że do­pie­ro co wy­siadł z sa­mo­lo­tu po bar­dzo dłu­gim lo­cie. Char­lie miał nie­sa­mo­wi­te zdol­no­ści re­ge­ne­ra­cji. Zresz­tą nie tyl­ko on w tej fir­mie.

- Za tobą oczy­wi­ście! - Udał obu­rze­nie, że w ogó­le mo­gła po­my­śleć ina­czej. - Za tobą... - od­wró­cił się od niej, prze­szedł parę kro­ków i po­wo­li od­sta­wił wa­liz­kę w rogu po­ko­ju - ...i może tro­chę za Nat. Wiesz, daw­no się z nią nie kłó­ci­łem. Dziw­nie się czu­ję, jak przez parę dni nikt mnie nie na­zwie głą­bem czy głup­kiem... - Za­śmiał się ci­cho. - Wró­ci­ła już? - za­py­tał niby od nie­chce­nia, zer­ka­jąc na Tess z uko­sa.

- Nie... Bę­dzie do­pie­ro ju­tro lub po­ju­trze - od­par­ła su­cho Tess.

Po­my­śla­ła, że już naj­wyż­szy czas, żeby tych dwo­je ze­szło się ze sobą. Od mie­się­cy ob­ser­wo­wa­ła, jak się za­cho­wu­ją, dro­czą, kłó­cą re­gu­lar­nie, chy­ba nie było dnia, żeby jed­no nie na­rze­ka­ło na dru­gie. Kla­sycz­ny przy­pa­dek, wes­tchnę­ła w du­chu. Dam im jesz­cze tro­chę cza­su, a po­tem chy­ba wkro­czę do ak­cji, bo dłu­żej nie da się na to pa­trzeć!

- Któ­ra to go­dzi­na? - Char­lie spoj­rzał na ze­ga­rek. - Jack pew­nie sie­dzi u Sze­fa, co? - Z ło­bu­zer­ską miną pu­ścił do niej oko.

Tess aż cmok­nę­ła z nie­za­do­wo­le­nia.

- Char­lie! Prze­stań... - za­czę­ła z obu­rze­niem, ale nie dane jej było wy­gło­sić jed­nej ze swych słyn­nych ty­rad, bo chło­pak za­czął ra­kiem wy­co­fy­wać się z jej po­ko­ju.

- Już do­brze, do­brze, nie będę... - Za­ma­chał prze­pra­sza­ją­co rę­ka­mi. - Po pro­stu mu­szę po­ga­dać z Jac­kiem. - I nie cze­ka­jąc na burę, zwiał.

Za­le­d­wie parę kro­ków da­lej był ga­bi­net Sze­fa. Char­lie za­pu­kał i po ci­chym "pro­szę" wszedł do prze­stron­ne­go, ja­sne­go po­ko­ju. Za wiel­kim biur­kiem sie­dział krót­ko ob­cię­ty męż­czy­zna o bar­dzo sze­ro­kich ra­mio­nach. Z po­bruż­dżo­nej zmarszcz­ka­mi twa­rzy wy­zie­ra­ły ja­sno­błę­kit­ne, do­bre oczy. Te same oczy po­tra­fi­ły jed­nak prze­świ­dro­wać czło­wie­ka na wy­lot, od­kryć, czy kła­mie, czy mówi praw­dę, po­tra­fi­ły pa­trzeć z bez­względ­ną sta­now­czo­ścią albo zmro­zić bez­na­mięt­nym bły­skiem, za­leż­nie od tego, z kim lub o czym ich wła­ści­ciel aku­rat roz­ma­wiał. Te­raz jed­nak po­wi­ta­ły go­ścia z ra­do­ścią.

- Char­lie! Wró­ci­łeś! Wi­taj! Ale co ty ro­bisz w fir­mie? Mia­łeś prze­cież wziąć wol­ne po po­wro­cie!

- Cześć! Wpa­dłem tyl­ko na chwi­lę... Przy­wi­tać się... - po­wie­dział Char­lie i ro­zej­rzał się po po­ko­ju. Tak jak się tego spo­dzie­wał, opar­ty o wy­so­ką szaf­kę obok okna, stał Jack z pu­deł­kiem chińsz­czy­zny w ręku. - Hej, Jack! I co?! Przy­szła?! Jest?! - Spo­glą­dał z za­cie­ka­wie­niem to na nie­go, to na wi­docz­ny z okna spo­ry skwer z fon­tan­ną po­środ­ku.

Jack zer­k­nął na nie­go po­sęp­nie, mruk­nął swo­je "cześć" przez za­ci­śnię­te zęby i z wes­tchnie­niem po­pa­trzył na Sze­fa. Obaj wy­mie­ni­li tyl­ko po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia i z re­zy­gna­cją wzru­szy­li ra­mio­na­mi. Py­ta­nie Char­lie­go po­zo­sta­ło bez od­po­wie­dzi.

- Jak mi­nę­ła po­dróż? Bez pro­ble­mów? - za­py­tał Szef, chcąc od­cią­gnąć uwa­gę Char­lie­go od Jac­ka i wi­do­ku za oknem.

- Tak, wszyst­ko w po­rząd­ku. Klient do­le­ciał szczę­śli­wie i w jed­nym ka­wał­ku. Jego bez­cen­na wa­li­zecz­ka też. - Uśmiech­nął się krzy­wo, znów z cie­ka­wo­ścią przy­pa­tru­jąc się Jac­ko­wi. - Bob ka­zał was po­zdro­wić. Po­wie­dział, że w przy­szłym ty­go­dniu sam wy­bie­ra się do Lon­dy­nu, chce się z wami spo­tkać i po­ga­dać. - Char­lie krę­cił się tro­chę ner­wo­wo po po­ko­ju. - Obie­cał, że oso­bi­ście ode­skor­tu­je Jo­na­sa do domu. Dla­te­go tu przy­sze­dłem - do­dał wy­ja­śnia­ją­co.

Jack z Sze­fem znów tyl­ko wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Obaj do­sko­na­le wie­dzie­li, że to nie­praw­da. Bob Mey­ers, dy­rek­tor współ­pra­cu­ją­cej z nimi fir­my z No­we­go Jor­ku, już wcze­śniej te­le­fo­nicz­nie po­in­for­mo­wał ich o swo­im za­mia­rze przy­jaz­du do An­glii. Oczy­wi­ste było, że Char­lie po­ja­wił się w fir­mie gna­ny tyl­ko wła­sną nie­po­ha­mo­wa­ną cie­ka­wo­ścią.

Była pora lun­chu i miał pew­nie wiel­ką na­dzie­ję, że Nie­zna­jo­ma z Par­ku, jak ją wta­jem­ni­cze­ni na­zy­wa­li, wresz­cie się po­ja­wi. Ale Char­lie się roz­cza­ro­wał.

Zresz­tą jego roz­cza­ro­wa­nie i tak było ni­czym w po­rów­na­niu do tego, któ­re od­czu­wał Jack.

*

Jack T. Gor­don wła­śnie koń­czył swo­ją chińsz­czy­znę i po raz enty tego ran­ka prze­ma­sze­ro­wał wzdłuż okna w po­ko­ju Sze­fa. Wy­raź­nie za­wie­dzio­ny Char­lie wy­szedł przed chwi­lą, zo­sta­wia­jąc ich sa­mych, i Jack mógł so­bie po­zwo­lić na małe wes­tchnie­nie ulgi.

Bar­dzo lu­bił tego chło­pa­ka, wie­dział, że jest kom­pe­tent­ny i do­sko­na­le na­da­je się do swej roli, mógł na nie­go li­czyć. Bo pew­nie nie­wie­lu do­my­śli­ło­by się, że ten przy­stoj­ny fa­cet z uśmie­chem wy­ro­śnię­te­go ucznia­ka jest w isto­cie bar­dzo do­brym ochro­nia­rzem do za­dań, jak to sam na­zy­wał, "nie­co bar­dziej spe­cjal­nych". Z apa­ry­cją sym­pa­tycz­ne­go go­ścia Char­lie­mu za­wsze ja­koś ła­twiej było wto­pić się w tłum, to­wa­rzy­szyć klien­tom i nie wzbu­dzać naj­mniej­szych po­dej­rzeń co do peł­nio­nej przez sie­bie funk­cji. Bar­dzo przy­dat­na umie­jęt­ność w tym fa­chu. A poza tym pod płasz­czy­kiem nie­fra­so­bli­wo­ści, to­tal­ne­go wy­lu­zo­wa­nia i pozą nie­po­praw­ne­go ko­bie­cia­rza Char­lie był na­praw­dę do­brym, uczci­wym czło­wie­kiem. Ta­kim, z któ­rym rów­nie do­brze się pra­cu­je, jak i spę­dza wol­ny czas.

Tak więc Jack na­praw­dę lu­bił Char­lie­go i bar­dzo go ce­nił. Tyle że od cza­su, gdy ten po­znał przez przy­pa­dek jego pil­nie strze­żo­ną ta­jem­ni­cę, czuł się w jego to­wa­rzy­stwie nie­co skrę­po­wa­ny.

Wła­ści­wie to ta­jem­ni­ca nie była aż tak zno­wu pil­nie strze­żo­na. Ot, po pro­stu, wo­lał­by, żeby to po­zo­sta­ło jego pry­wat­ną spra­wą. Trud­no się jed­nak dzi­wić, że ta­jem­ni­ca wkrót­ce prze­sta­ła być ta­jem­ni­cą, sko­ro pra­cu­je się w fir­mie ochro­niar­skiej, w oto­cze­niu by­łych po­li­cjan­tów, agen­tów, woj­sko­wych i wszyst­kich tych lu­dzi, któ­rych za­da­niem jest wszyst­ko wi­dzieć, sły­szeć i wie­dzieć. Jack mu­siał sa­mo­kry­tycz­nie przy­znać, że tyl­ko ja­kiś nie­zro­zu­mia­ły po­ryw na­iw­no­ści po­zwo­lił mu wie­rzyć, że w miej­scu ta­kim jak to jego mały se­kret po­zo­sta­nie na dłuż­szą metę wy­łącz­nie jego pry­wat­ną spra­wą.

Szef po­wo­li po­tarł szczę­kę, spoj­rzał na Jac­ka i ode­zwał się zmę­czo­nym gło­sem:

- Wiesz... Char­lie to na­praw­dę do­bry chło­pak, tyl­ko... tyl­ko tro­chę cie­kaw­ski... wścib­ski...

- Wiem! - uciął Jack, może nie­co ostrzej, niż za­mie­rzał. - Prze­pra­szam...

Szef po­wo­li wstał zza biur­ka i nie­pew­nym kro­kiem pod­szedł do okna. Wi­dać było, że zbie­ra się do po­waż­nej roz­mo­wy, i chy­ba pierw­szy raz od nie­pa­mięt­nych cza­sów nie wie, jak za­cząć.

- Jack... Char­lie może mieć tro­chę ra­cji... mo­że­my prze­cież dys­kret­nie się cze­goś o niej do­wie­dzieć... Nie ma sen­su, że­byś się tak za­drę­czał...

- Wca­le się nie za­drę­czam! - za­pro­te­sto­wał po­nu­ro Jack. - Po pro­stu mi­nę­ło już spo­ro cza­su... To chy­ba nor­mal­ne, że za­sta­na­wiam się, co się mo­gło stać, że na­gle prze­sta­ła przy­cho­dzić.

- Wie­le się mo­gło stać... Oczy­wi­ście... Mo­gła wy­je­chać na wa­ka­cje, za­cho­ro­wać. Może zmie­ni­ła pra­cę i już gdzie in­dziej cho­dzi na lunch, może się prze­pro­wa­dzi­ła... albo po pro­stu zna­la­zła lep­sze miej­sce niż ten skwer, żeby zjeść ka­nap­kę. - Szef cier­pli­wie po­wtó­rzył wszyst­ko to, co wał­ko­wa­li co­dzien­nie już od pra­wie dwóch ty­go­dni.

- Wiem, wiem... - przy­tak­nął ci­cho Jack, spoj­rzał raz jesz­cze za okno i po chwi­li pod­szedł do ko­sza, wy­rzu­cił pu­deł­ko po chińsz­czyź­nie i zu­peł­nie in­nym już gło­sem po­wie­dział: - Do­bra, ko­niec prze­rwy, wra­ca­my do ro­bo­ty! Co ze spra­wą McBri­gh­ta? Wcho­dzi­my w to?

*

Póź­nym wie­czo­rem tego dnia, gdy po raz ko­lej­ny prze­wró­cił się z boku na bok, bez­sku­tecz­nie usi­łu­jąc za­snąć, Jack z ża­lem po­my­ślał, że nocą trud­niej jest prze­stać o czymś my­śleć niż w pra­cy. O czymś lub ra­czej o kimś... A prze­cież było już tak do­brze! Miał w mia­rę po­ukła­da­ne ży­cie, pra­cę, cał­kiem spo­re do­cho­dy, dom, przy­ja­ciół, po­zbie­rał się do kupy, i pro­szę - zno­wu sam so­bie wszyst­ko kom­pli­ku­je.

Kie­dy skoń­czył służ­bę w jed­nost­kach spe­cjal­nych i po­sta­no­wił za­ło­żyć wła­sną fir­mę ochro­niar­ską, ro­dzi­ce, choć nie bez obaw i opo­rów, zgo­dzi­li się, by pod­jął środ­ki zgro­ma­dzo­ne na jego kon­cie w fun­du­szu. Dzię­ki temu mógł szyb­ko wy­na­jąć lo­kal i za­czął szu­kać pra­cow­ni­ków. Pierw­szą oso­bą, któ­rą za­trud­nił, była Tess Par­sons. Znał ją jesz­cze z jed­nost­ki, gdzie była se­kre­tar­ką ge­ne­ra­ła.

Tess po śmier­ci męża dłu­go nie mo­gła dojść do sie­bie i wte­dy na­gle po­ja­wił się Jack z pro­po­zy­cją pra­cy w jego wła­snej fir­mie. To było zu­peł­nie do niej nie­po­dob­ne - rzu­cić do­tych­cza­so­wą po­sa­dę, dom i wszyst­kich zna­jo­mych, prze­pro­wa­dzić się do Lon­dy­nu i za­cząć od zera w nowo po­wsta­łej fir­mie. Ale w tym mo­men­cie jej ży­cia było to zbaw­czo sza­lo­ne. Mo­gła prze­stać my­śleć o so­bie i swo­jej ża­ło­bie, o sa­mot­no­ści i pro­ble­mach, a sku­pić całą ener­gię na roz­krę­ca­niu fir­my, któ­rą od po­cząt­ku po­ma­ga­ła za­kła­dać. To ona wy­my­śli­ła na­zwę JT Se­cu­ri­ty, po­ma­ga­ła wy­naj­dy­wać po­ten­cjal­nych pra­cow­ni­ków, a tak­że klien­tów. Jack za­wsze wszyst­kim mó­wił, że JT zna­czy "Jack i Tess". Tess wte­dy tyl­ko się uśmie­cha­ła i krę­ci­ła gło­wą, bo na­zwa mia­ła inną ge­ne­zę, ale wi­dać było, że schle­bia jej tym pod­kre­śla­niem jej wkła­du w suk­ces fir­my.

A suk­ces rze­czy­wi­ście od­nie­śli. Kil­ka lat cięż­kiej pra­cy przy­nio­sło efek­ty. Szyb­ko zna­leź­li sta­łych klien­tów, któ­rzy ce­ni­li so­bie peł­ny pro­fe­sjo­na­lizm, dys­kre­cję i uczci­wość ich pra­cow­ni­ków. Wkrót­ce też ze zwy­kłej agen­cji wy­naj­mu­ją­cej ochro­nia­rzy JT Se­cu­ri­ty zmie­ni­ło się w fir­mę zaj­mu­ją­cą się rów­nież ochro­ną obiek­tów, do­mów pry­wat­nych i za­kła­da­niem sys­te­mów za­bez­pie­czeń. Jack cza­sem sam się dzi­wił, że jego mały biz­nes na­gle oka­zał się cał­kiem spo­ry, z kil­ko­ma fi­lia­mi, kon­tak­ta­mi w in­nych kra­jach i zu­peł­nie po­kaź­nym kon­tem ban­ko­wym. Z pew­no­ścią nie osią­gnął­by jed­nak tego sam. Miał szczę­ście do lu­dzi, stwo­rzył wspa­nia­ły ze­spół współ­pra­cow­ni­ków, na któ­rych mógł cał­ko­wi­cie po­le­gać. To wła­śnie lu­dzie sta­no­wi­li o suk­ce­sie jego fir­my. Rze­tel­ni, uczci­wi, o nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii - fa­chow­cy w każ­dym calu. To dzię­ki nim klien­ci czu­li się bez­piecz­nie, go­to­wi byli po­wie­rzyć im swo­je ży­cie i do­by­tek. A po do­brze wy­ko­na­nym za­da­niu sami po­le­ca­li ich swo­im zna­jo­mym. Lep­szej re­kla­my Jack nie mógł­by so­bie wy­ma­rzyć. Gdy na po­cząt­ku dzia­łal­no­ści uda­ło mu się po­zy­skać kil­ku zna­nych klien­tów, dało to po­czą­tek dłu­giej li­ście sław, któ­re póź­niej na sta­łe ko­rzy­sta­ły z usług jego fir­my.

Jack uczci­wie mu­siał też przy­znać, że ni­g­dy nie uda­ło­by mu się tyle osią­gnąć, gdy­by nie Szef. Wła­ści­wie do­pie­ro od mo­men­tu gdy Ja­mes Tar­ling­ton do­łą­czył do ze­spo­łu, fir­ma za­czę­ła od­no­sić naj­więk­sze suk­ce­sy, zdo­by­wać naj­lep­sze kon­trak­ty. Za­trud­nie­nie go było praw­dzi­wym punk­tem zwrot­nym w hi­sto­rii JT Se­cu­ri­ty.

Szef był kie­dyś do­wód­cą i szko­le­niow­cem ko­man­do­sów. Jack znał go, ale sła­bo, tak się zło­ży­ło, że pra­wie nie mie­li ze sobą kon­tak­tu. Za to Tess do­brze zna­ła Ja­me­sa. Od cza­su do cza­su dzwo­ni­li do sie­bie, od­kąd ode­szła z jed­nost­ki i za­czę­ła pra­co­wać u Jac­ka. Parę mie­się­cy przed swo­im przej­ściem na eme­ry­tu­rę Ja­mes skar­żył się jej, że jest za mło­dy na bez­czyn­ność i nie ma po­ję­cia, co zro­bi z wol­nym cza­sem. Nie miał ro­dzi­ny, woj­sko było ca­łym jego ży­ciem. W wie­ku pięć­dzie­się­ciu paru lat, od­wle­ka­jąc ten mo­ment, jak dłu­go to było moż­li­we, mu­siał się jed­nak po­że­gnać ze służ­bą i ustą­pić miej­sca młod­szym od sie­bie. Wy­cho­wał wie­le rocz­ni­ków żoł­nie­rzy, był dla nich su­ro­wym, lecz spra­wie­dli­wym na­uczy­cie­lem, nie­mal oj­cem. Ko­sza­ry były jego do­mem, to­wa­rzy­sze - ro­dzi­ną. A te­raz miał to wszyst­ko zo­sta­wić i - jak ra­dzi­li mu prze­ło­że­ni - po­szu­kać so­bie ja­kie­goś hob­by.

Tess wy­słu­cha­ła cier­pli­wie tych ża­lów i choć nie po­wie­dzia­ła wte­dy nic Ja­me­so­wi, ucie­szy­ła się, że bę­dzie mo­gła wresz­cie wcie­lić w ży­cie swój plan. Bo od daw­na już roz­my­śla­ła o tym, że gdy tyl­ko Szef bę­dzie od­cho­dził z woj­ska, na­le­ży spró­bo­wać na­mó­wić go do pra­cy w JT Se­cu­ri­ty. Wie­dzia­ła, że taki czło­wiek bę­dzie bez­cen­nym na­byt­kiem dla co­raz szyb­ciej roz­wi­ja­ją­cej się fir­my. Cze­ka­ła tyl­ko na od­po­wied­ni sy­gnał ze stro­ny Sze­fa. I wresz­cie pa­dły sło­wa, któ­re od ja­kie­goś cza­su spo­dzie­wa­ła się usły­szeć. Te­raz po­zo­sta­ło jej tyl­ko prze­ko­nać do wszyst­kie­go Jac­ka.

Na­stęp­ne­go dnia z sa­me­go rana po­wie­dzia­ła Jac­ko­wi, że fir­ma jest już tak duża, że po­trzeb­ny mu jest za­stęp­ca. I że ona już ma jed­ne­go kan­dy­da­ta na oku. Jack w pierw­szej chwi­li tro­chę się zdzi­wił. Fir­ma wca­le nie była taka duża, ot, le­d­wie trzy­dzie­stu paru sta­łych pra­cow­ni­ków. Ale Tess umia­ła go prze­ko­nać. Od jak daw­na nie miał dnia wol­ne­go? Od jak daw­na na­rze­ka, że na nic nie ma cza­su? Jack mu­siał jej przy­znać ra­cję. Jak za­wsze zresz­tą.

Od­kąd za­czę­li ra­zem pra­co­wać, Tess mat­ko­wa­ła mu na każ­dym kro­ku. Na­wet jego wła­sna mama śmia­ła się cza­sem, że uda­ło mu się zna­leźć za nią nie­złe za­stęp­stwo. Tess była pra­wie pięt­na­ście lat star­sza od Jac­ka i od­kąd jej syn wy­je­chał na stu­dia, prze­la­ła na nie­go spo­rą część swo­ich mat­czy­nych uczuć. Spę­dza­li ze sobą masę cza­su, po­zna­li wszyst­kie swo­je wady i za­le­ty, na­wza­jem po­cie­sza­li się w trud­nych mo­men­tach. Jack od­krył też, że na "bab­skiej" in­tu­icji Tess na­praw­dę war­to po­le­gać. Wie­le razy jej rady i su­ge­stie po­mo­gły mu unik­nąć trud­nych sy­tu­acji. Za­wsze miał ją przy so­bie, za­trud­nia­jąc no­wych pra­cow­ni­ków, po­le­gał na jej zda­niu i jak do tej pory za­wsze do­brze na tym wy­cho­dził. Była jego taj­ną bro­nią, pod­po­rą, pra­wą ręką. I oczy­wi­ście, gdy po­wie­dzia­ła, że po­trzeb­ny mu jest za­stęp­ca, mia­ła ra­cję. Co­raz trud­niej było mu ra­dzić so­bie z pro­wa­dze­niem wszyst­kich spraw i na­wet ma­jąc taką po­moc­ni­cę jak Tess, nie da­wał już po­wo­li rady trzy­mać wszyst­kich sznur­ków.

Tak więc pew­ne­go ran­ka w cią­gu pięt­na­stu mi­nut od wej­ścia Tess do jego po­ko­ju Jack po­słusz­nie wy­krę­cał już nu­mer Sze­fa, by umó­wić się z nim na roz­mo­wę. Po pię­ciu mi­nu­tach pa­no­wie usta­li­li ter­min spo­tka­nia, a po ko­lej­nych trzech Tess, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie, przy­nio­sła do ga­bi­ne­tu Jac­ka pa­ru­ją­cą fi­li­żan­kę kawy i cro­is­san­ta. Tak wła­śnie zwy­kle dzia­ła­ła - szyb­ko i sku­tecz­nie.

Po­tem spra­wy po­to­czy­ły się gład­ko. Ja­mes Tar­ling­ton zo­stał za­stęp­cą Jac­ka i prze­jął na sie­bie więk­szość or­ga­ni­za­cyj­nych obo­wiąz­ków. Obaj byli z tego ukła­du za­do­wo­le­ni. Po­mi­mo róż­ni­cy wie­ku w krót­kim cza­sie szyb­ko zna­leź­li wspól­ny ję­zyk i się za­przy­jaź­ni­li. Ja­mes od­krył, że pro­wa­dze­nie JT Se­cu­ri­ty daje mu na­wet wię­cej sa­tys­fak­cji niż do­wo­dze­nie w woj­sku. Choć z po­cząt­ku oba­wiał się tro­chę no­wych obo­wiąz­ków, szyb­ko oka­za­ło się, że ma do tego praw­dzi­wą smy­kał­kę. A poza tym, co nie­zmier­nie ucie­szy­ło Jac­ka, Ja­mes miał masę kon­tak­tów, któ­re wie­lo­krot­nie po­ma­ga­ły im i uła­twia­ły pro­wa­dze­nie fir­my.

Do­dat­ko­wo dzię­ki obec­no­ści Ja­me­sa Jac­ko­wi uda­ło się wy­go­spo­da­ro­wać dla sie­bie wię­cej cza­su i zde­cy­do­wał się na­wet na do­koń­cze­nie swo­ich prze­rwa­nych stu­diów. Zro­bił to bar­dziej dla sie­bie, niż by za­do­wo­lić ro­dzi­ców, któ­rzy moc­no prze­ży­li jego ze­rwa­nie z ro­dzin­ną tra­dy­cją i prze­rwa­nie na­uki dla woj­ska, ale byli z tego fak­tu chy­ba jesz­cze bar­dziej za­do­wo­le­ni niż on sam.

Tess była prze­szczę­śli­wa - jej duet z Jac­kiem prze­ro­dził się w trio z Sze­fem. Taki układ pa­so­wał im wszyst­kim. Każ­de z nich wno­si­ło do fir­my inny ba­gaż do­świad­czeń, mia­ło dryg do in­nych rze­czy, każ­de zaj­mo­wa­ło się inną czę­ścią dzia­łal­no­ści. Wza­jem­nie się uzu­peł­nia­li, ra­zem sta­no­wi­li zgod­ny ze­spół, a co naj­waż­niej­sze - wspól­na pra­ca da­wa­ła im wie­le sa­tys­fak­cji. Uda­ło im się stwo­rzyć w fir­mie taką at­mos­fe­rę, że wszy­scy przy­cho­dzi­li do pra­cy z ra­do­ścią, cze­ka­jąc, by spo­tkać się zno­wu z ko­le­ga­mi po fa­chu.

Ja­me­sa, tak jak to mia­ło miej­sce w jed­no­st­ce, da­lej wszy­scy na­zy­wa­li Sze­fem. Jack nie miał nic prze­ciw­ko temu. Na­wet dow­cip­ko­wał, że to bar­dzo wy­god­ne, bo gdy zda­rzy się ja­kiś ner­wo­wy klient ze skar­gą, on tyl­ko roz­ło­ży bez­rad­nie ręce i ode­śle go do Sze­fa.

- W koń­cu to prze­cież two­ja fir­ma, JT! - śmiał się pew­ne­go po­po­łu­dnia Jack, gdy ra­zem z Tess za­ja­da­li się piz­zą z pep­pe­ro­ni w ga­bi­ne­cie Sze­fa. - Te­raz wiem, cze­mu Tess wy­my­śli­ła taką na­zwę! Od razu pla­no­wa­ła, że cię tu ścią­gnie!

Tess usi­ło­wa­ła coś po­wie­dzieć, za­pro­te­sto­wać, ale po­nie­waż wła­śnie ugry­zła spo­ry ka­wa­łek, mia­ła z tym pro­ble­my. Obaj pa­no­wie za to śmia­li się na całe gar­dło, wi­dząc jej wy­sił­ki, by jak naj­szyb­ciej prze­łknąć. W koń­cu jej się to uda­ło i z błysz­czą­cy­mi uda­wa­ną zło­śli­wo­ścią ocza­mi za­wo­ła­ła:

- Śmiej się, śmiej! Wiem do­brze, że wo­lisz tę wer­sję, niż przy­znać się, skąd tak na­praw­dę się wzię­ła ta na­zwa!

Jac­ko­wi rze­czy­wi­ście od razu zrze­dła mina, co wy­wo­ła­ło tyl­ko nowy atak we­so­ło­ści u po­zo­sta­łej dwój­ki.

Bar­dzo szyb­ko po za­trud­nie­niu Ja­me­sa przy­jął się zwy­czaj, że to wła­śnie w jego po­ko­ju naj­czę­ściej się spo­ty­ka­li. Ja­da­li tam lun­che albo zwo­ły­wa­li na­ra­dy, albo po pro­stu dziw­nym tra­fem i Jack, i Tess jed­no­cze­śnie wpa­da­li do Sze­fa "na słów­ko" oraz z "małą spra­wą". Zu­peł­nie jak­by ten po­kój ich przy­cią­gał. Choć za­pew­ne przy­czy­niał się do tego też cha­rak­ter zaj­mu­ją­ce­go go męż­czy­zny. Na spo­kój, zdro­wy roz­są­dek i wiel­kie do­świad­cze­nie ży­cio­we Sze­fa za­wsze moż­na było li­czyć. Wie­dzia­ła o tym Tess, ścią­ga­jąc go do fir­my, prze­ko­nał się o tym wie­lo­krot­nie Jack, a i po­zo­sta­li pra­cow­ni­cy fir­my zwy­kli byli ze swo­imi pro­ble­ma­mi przy­cho­dzić do Sze­fa.

Tak więc fir­ma świet­nie pro­spe­ro­wa­ła, wszyst­ko dzia­ła­ło jak do­brze na­oli­wio­na ma­szy­ne­ria, a Jack wresz­cie miał tro­chę wię­cej cza­su na swo­je ży­cie oso­bi­ste. Nie żeby wcze­śniej żył wy­łącz­nie pra­cą, ale rze­czy­wi­ście trud­no było mu spo­ty­kać się ze zna­jo­my­mi i przy­ja­ciół­mi tak czę­sto, jak by so­bie tego ży­czy­li, gdy więk­szość jego ener­gii sku­pia­ła się na fir­mie i pra­cy. Jack za­wsze jed­nak umiał so­bie zor­ga­ni­zo­wać czas, tak by zna­leźć go tro­chę na przy­jem­no­ści. Był nor­mal­nym męż­czy­zną i lu­bił dam­skie to­wa­rzy­stwo. Z wza­jem­no­ścią. Zda­rza­ło się, że któ­raś z jego przy­ja­ció­łek na odro­bi­nę dłu­żej za­go­ści­ła w jego ży­ciu, ale trze­ba przy­znać, że ro­ta­cja zwy­kle była dość duża. Po­waż­niej­sze związ­ki ja­koś się Jac­ka nie trzy­ma­ły, a on sam nie od­czu­wał z tego po­wo­du wiel­kie­go żalu. Tak było wy­god­nie i cie­ka­wie. Poza tym, jak to tłu­ma­czył, cią­gły brak cza­su i za­an­ga­żo­wa­nie w spra­wy fir­my nie sprzy­ja­ły sta­łym związ­kom.

Tak było do cza­su, gdy po­znał Eve.

Eve była prze­pięk­ną ko­bie­tą, mo­del­ką. Wy­so­ka, o dłu­gich blond wło­sach i wspa­nia­łej fi­gu­rze od razu zwra­ca­ła na sie­bie po­wszech­ną uwa­gę. Tak samo było i z Jac­kiem. Od cza­su do cza­su Char­lie - lub któ­ryś z roz­ryw­ko­wych ku­zy­nów Jac­ka - wy­cią­gał go do ja­kie­goś klu­bu i wła­śnie tam któ­re­goś wie­czo­ra Jack pierw­szy raz spo­tkał Eve. Na nią zer­ka­li nie­mal wszy­scy obec­ni pa­no­wie, a jego spod zmru­żo­nych oczu tak­so­wa­ła więk­sza część ba­wią­cych się w lo­ka­lu ko­biet.

Wy­glą­da­ło to tak, jak­by los ce­lo­wo ich ze sobą ze­tknął. Już pierw­szą noc Eve spę­dzi­ła w jego miesz­ka­niu. A po­tem spo­ty­ka­li się tak czę­sto, jak tyl­ko za­wo­do­we spra­wy im na to po­zwa­la­ły. Po ty­go­dniu Eve mia­ła już w jego miesz­ka­niu tro­chę ubrań i ko­sme­ty­ków, a po nie­speł­na mie­sią­cu wpro­wa­dzi­ła się tam z resz­tą rze­czy. Przy­zwy­cza­jo­na do ży­cia na wa­liz­kach, umia­ła się szyb­ko pa­ko­wać. Jack był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, że dziew­czy­na tak szyb­ko chcia­ła się do nie­go wpro­wa­dzić, bo tyl­ko póź­ny­mi wie­czo­ra­mi mie­li tak na­praw­dę czas dla sie­bie, a i to nie za­wsze. Eve czę­sto wy­jeż­dża­ła, cią­gle bie­ga­ła na ca­stin­gi, przy­miar­ki, po­ka­zy. W domu po­ja­wia­ła się jak sa­te­li­ta. Ale za to gdy uda­wa­ło im się spę­dzić wspól­ny wie­czór, było cu­dow­nie. Wte­dy na­resz­cie mo­gli się sobą na­cie­szyć. Cza­sem spę­dza­li pół week­en­du, nie wy­cho­dząc pra­wie wca­le z łóż­ka. Dru­gie pół - od­wie­dza­jąc skle­py, w któ­rych Jack ku­po­wał jej ciu­chy, per­fu­my i ko­sme­ty­ki, a po­tem szli na im­pre­zę do zna­jo­mych Eve z bran­ży lub całą pacz­ką do noc­ne­go klu­bu. Żyli w ten spo­sób po­nad pół roku. Dla Jac­ka był to pierw­szy tak dłu­gi zwią­zek i tem­po, w ja­kim się to wszyst­ko to­czy­ło, w ogó­le mu nie prze­szka­dza­ło. Może tyl­ko cza­sa­mi, gdy był już bar­dzo zmę­czo­ny i chęt­niej spę­dził­by spo­koj­ny wie­czór w domu, niż wy­ru­szał w ko­lej­ną run­dę po klu­bach, my­ślał, że szko­da, że Eve nie jest jed­nak tro­chę star­szą i tro­chę mniej roz­ryw­ko­wą dziew­czy­ną. Ale gdy tyl­ko zo­sta­wa­li sami i mło­da, cu­dow­nie pięk­na Eve, chi­cho­cząc, cią­gnę­ła go do sy­pial­ni, my­ślał, że nie ma na świe­cie więk­sze­go szczę­ścia­rza od nie­go i nie za­mie­nił­by swo­jej sza­lo­nej klu­bo­wicz­ki na żad­ną inną.

Za­czął też my­śleć, że po nie­mal roku zna­jo­mo­ści męż­czy­zna trzy­dzie­sto­pię­cio­let­ni po­wi­nien chy­ba po­waż­niej po­pa­trzeć na swój zwią­zek. Pod nie­obec­ność Eve (a wi­dy­wał ją te­raz na­praw­dę rzad­ko, cza­sem tyl­ko raz lub dwa razy w ty­go­dniu) za­czął się roz­glą­dać za do­mem. Od ja­kie­goś cza­su ma­rzył po ci­chu o praw­dzi­wym domu z ogro­dem na przed­mie­ściach, a nie tyl­ko o wy­god­nym miesz­ka­niu w apar­ta­men­tow­cu. Prze­glą­dał róż­ne ofer­ty i po­pro­sił Tess o po­moc w wy­szu­ka­niu cze­goś od­po­wied­nie­go. Duży, prze­stron­ny dom dla nie­go i Eve, dla ich ro­dzi­ny. Miał prze­cież taki ma­ją­tek, że nie mu­siał się spe­cjal­nie przej­mo­wać ceną. Chciał na­praw­dę pięk­ne­go domu. Ni­ko­mu o tym nie po­wie­dział, ale za­pla­no­wał, że jak już kupi od­po­wied­nią po­sia­dłość, za­bie­rze tam Eve, opro­wa­dzi ją po ca­łym wnę­trzu i ogro­dzie, a na ko­niec się jej oświad­czy. Po­trze­bo­wał już tyl­ko od­po­wied­nie­go lo­kum, bo pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy ku­pił ja­kiś czas temu.

Jego mat­ka co praw­da mia­ła na­dzie­ję, że gdy syn tra­fi wresz­cie na swo­ją dru­gą po­łów­kę, po­da­ru­je jej pier­ścio­nek, któ­ry od po­ko­leń prze­ka­zy­wa­no so­bie w ro­dzi­nie jej męża. Ale Jack znał gust Eve i wie­dział, że za­byt­ko­wy, de­li­kat­ny pier­ścio­nek z ma­łym bry­lan­tem ra­czej się jej nie spodo­ba.

Jack po­trze­bo­wał już te­raz tyl­ko domu. Tess oczy­wi­ście i tym ra­zem oka­za­ła się nie­oce­nio­ną po­moc­ni­cą, bo to wła­śnie ona zna­la­zła ide­al­ne lo­kum dla Jac­ka. Gdy pew­ne­go po­po­łu­dnia po­je­cha­li oglą­dać dom, stwier­dzi­li, że wy­star­czy nie­wiel­ki re­mont i bę­dzie się moż­na od razu wpro­wa­dzać. Jack, nie na­my­śla­jąc się wie­le, pod­pi­sał umo­wę i zle­cił wy­ko­na­nie ko­niecz­nych prze­ró­bek. Cze­kał już te­raz tyl­ko na po­wrót Eve z ko­lej­ne­go wy­jaz­du i chciał jak naj­szyb­ciej wcie­lić swój plan z za­rę­czy­na­mi w ży­cie.

Wra­ca­jąc tego wie­czo­ru do domu, Tess nie po­dzie­la­ła jego en­tu­zja­zmu i opty­mi­zmu. Parę razy pró­bo­wa­ła już wcze­śniej de­li­kat­nie z nim po­roz­ma­wiać o Eve i tym wszyst­kim. Ale tym ra­zem Jack był głu­chy na jej uwa­gi, że może wszyst­ko dzie­je się tro­chę za szyb­ko i że po­wi­nien naj­pierw za­py­tać Eve, czy po­mysł z do­mem się jej spodo­ba.

Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, Tess nie prze­pa­da­ła za Eve. Wi­dzia­ły się co praw­da tyl­ko parę razy, i to na krót­ko, ale to wy­star­czy­ło, by wy­ro­bić so­bie zda­nie na jej te­mat. Co do Jac­ka - nie było wąt­pli­wo­ści, jak bar­dzo jest za­ko­cha­ny lub ra­czej za­pa­trzo­ny w swo­ją dziew­czy­nę. Tess mia­ła jed­nak spo­re oba­wy, że o Eve nie moż­na po­wie­dzieć tego sa­me­go. Dla Tess była ona z Jac­kiem głów­nie dla­te­go, że za­pew­niał jej bar­dzo wy­god­ne ży­cie i spon­so­ro­wał wszyst­kie kosz­tow­ne za­chcian­ki. Dzię­ki nie­mu mia­ła kom­for­to­we miesz­ka­nie w cen­trum mia­sta i nie mu­sia­ła się mar­twić o ta­kie przy­ziem­ne spra­wy jak za­ku­py, go­to­wa­nie czy sprzą­ta­nie. Mo­gła sku­pić się na swo­jej ka­rie­rze mo­del­ki. Tess bała się, że w tym związ­ku to Jack jest oso­bą, któ­ra wię­cej daje i bar­dziej ko­cha. I o tym wła­śnie pró­bo­wa­ła z nim po­roz­ma­wiać. Tyle że od­kąd byli ra­zem, Jack stał się in­nym czło­wie­kiem, za­śle­pio­nym uro­dą swo­jej part­ner­ki. Pew­nych rze­czy nie wi­dział lub wo­lał nie za­uwa­żać. Nie moż­na było z nim po­roz­ma­wiać tak jak kie­dyś. Tess co­raz bar­dziej mar­twi­ła się o przy­szłość swo­je­go przy­szy­wa­ne­go syna, bo tak wła­śnie my­śla­ła o Jac­ku. Mia­ła wra­że­nie, że Jack co­raz bar­dziej od­da­la się od niej i od Ja­me­sa. Z pew­no­ścią była to na­tu­ral­na ko­lej rze­czy i gdy­by cho­dzi­ło o inną dziew­czy­nę niż Eve, Tess nie wi­dzia­ła­by w tym nic złe­go. Tyle że na sam dźwięk imie­nia part­ner­ki Jac­ka u Tess za­pa­la­ły się wszyst­kie lamp­ki alar­mo­we i na próż­no pró­bo­wa­ła prze­ko­nać samą sie­bie, że wszyst­ko samo się ja­koś uło­ży i że osta­tecz­nie Jack wie, co robi.

O swo­ich oba­wach Tess roz­ma­wia­ła już wcze­śniej z Sze­fem, któ­ry nie­mal cał­ko­wi­cie się z nią zga­dzał. On też uwa­żał, że Eve nie jest dla Jac­ka od­po­wied­nią dziew­czy­ną, miał jed­nak na­dzie­ję, że z cza­sem do­ro­śnie i doj­rze­je. Sam też parę razy pró­bo­wał po­roz­ma­wiać z nim o jego związ­ku, ale po pierw­sze, bra­ko­wa­ło mu ko­bie­ce­go wy­czu­cia Tess, by do­brze ubrać swo­je my­śli w sło­wa, a po dru­gie, już po kil­ku zda­niach zo­rien­to­wał się, że co­kol­wiek by pró­bo­wał po­wie­dzieć, nie do­trze to do za­ko­cha­ne­go przy­ja­cie­la, nie prze­ko­na go. Co naj­wy­żej mógł go tyl­ko zi­ry­to­wać swo­im wtrą­ca­niem się. Ja­mes zre­zy­gno­wał więc z prób i zo­sta­wił Tess wol­ną rękę.

Jed­nak tym ra­zem na­wet ona nie wie­dzia­ła, jak się za­brać do spra­wy. W ak­cie de­spe­ra­cji za­dzwo­ni­ła na­wet do Pa­tri­cii Gor­don, mat­ki Jac­ka, z któ­rą od daw­na po­zo­sta­wa­ły w ser­decz­nych sto­sun­kach. Pod­czas luź­nej po­ga­węd­ki Tess do­wie­dzia­ła się, że obo­je ro­dzi­ce Jac­ka cie­szą się, że syn na­resz­cie zna­lazł so­bie dziew­czy­nę na sta­łe. Ża­łu­ją tyl­ko, że nie uda­ło im się jesz­cze po­znać Eve, bo spra­wy za­wo­do­we nie po­zwo­li­ły jej jak do­tąd przy­je­chać do nich w od­wie­dzi­ny.

Nie moż­na po­wie­dzieć, żeby Tess była za­do­wo­lo­na z ta­kie­go wy­ni­ku roz­mo­wy. Spo­dzie­wa­ła się cze­goś wię­cej, ja­kie­goś punk­tu za­cze­pie­nia, po­mo­cy ze stro­ny mat­ki Jac­ka. Tym­cza­sem wszyst­kie jej na­dzie­je speł­zły na ni­czym i te­raz na­praw­dę już nie wie­dzia­ła, co ro­bić. I czu­ła się z tym okrop­nie. Za­wsze do tej pory umia­ła so­bie po­ra­dzić z wszel­ki­mi pro­ble­ma­mi ży­cia, za­wsze znaj­do­wa­ła ja­kieś roz­wią­za­nie. Na­wet gdy jej świat za­wa­lił się po śmier­ci męża, uda­ło się jej upo­rać ze wszyst­kim - po­ja­wił się Jack ze swo­ją nową fir­mą i to po­mo­gło się jej wy­rwać z de­pre­sji i na nowo wziąć ste­ry w swo­je ręce. Tym bar­dziej iry­to­wa­ła ją obec­na sy­tu­acja, jej wła­sna bez­sil­ność. Czu­ła, że tym ra­zem ska­za­na jest tyl­ko na rolę wi­dza, oglą­da­ją­ce­go bier­nie nie­uchron­nie zbli­ża­ją­cy się dra­mat bli­skiej oso­by. Bo prze­czu­cie, że spra­wy kie­ru­ją się w stro­nę nie­szczę­śli­we­go fi­na­łu, nie opusz­cza­ło jej te­raz na­wet na chwi­lę.

Za to Jack, szczę­śli­wy po po­myśl­nie za­koń­czo­nej trans­ak­cji, wra­cał do swo­je­go miesz­ka­nia cały w skow­ron­kach. Po dro­dze cią­gle pla­no­wał, jak to bę­dzie opro­wa­dzał Eve po no­wym domu i ogro­dzie. Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dział już jej za­chwyt, był pew­ny, że od razu sama bę­dzie chcia­ła do­pil­no­wać prze­ró­bek. I pew­nie bę­dzie mia­ła masę po­my­słów na wy­koń­cze­nie wnętrz. Ależ się dziew­czy­na ucie­szy z ta­kiej nie­spo­dzian­ki!

A po­tem na­gle wszyst­ko się za­wa­li­ło...

Gdy tyl­ko prze­stą­pił próg miesz­ka­nia, od razu zo­ba­czył wa­liz­ki usta­wio­ne w hal­lu. Ucie­szył się, że Eve tak szyb­ko wró­ci­ła. Ru­szył do sy­pial­ni i wte­dy zo­ba­czył ją, jak pa­ku­je swo­je rze­czy. Zdzi­wio­ny za­py­tał, do­kąd tym ra­zem wy­jeż­dża, bo prze­cież do­pie­ro co przy­je­cha­ła. A Eve od­par­ła lek­ko, że do Ame­ry­ki. Po­zna­ła pew­ne­go zna­ne­go fo­to­gra­fa i jego zda­niem zro­bi więk­szą ka­rie­rę za oce­anem. Więc z nim wy­jeż­dża. Na sta­łe. Po resz­tę jej ubrań póź­niej ktoś się zgło­si. Ona te­raz za­bie­rze tyl­ko naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy.

Jack był w szo­ku. Le­d­wie był w sta­nie za­da­wać py­ta­nia: jak to? dla­cze­go? Prze­cież są ra­zem, są parą. Nie mó­wi­ła wcze­śniej, że pla­nu­je wy­jazd na sta­łe za gra­ni­cę, a te­raz... tak na­gle... Ale Eve za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by nic wiel­kie­go się nie sta­ło. Ot, po pro­stu do­brze im się do tej pory ra­zem żyło, ale prze­cież obo­je wie­dzie­li, że to tyl­ko taki wy­god­ny układ. Te­raz ona ma szan­sę zro­bić praw­dzi­wą ka­rie­rę i nie ma za­mia­ru tego zmar­no­wać.

Nim Jack zdą­żył dojść do sie­bie, Eve cmok­nę­ła go na po­że­gna­nie w po­li­czek, wsta­wi­ła wa­liz­ki do win­dy i już jej nie było. Na­praw­dę umia­ła się szyb­ko pa­ko­wać...

Przez na­stęp­nych parę dni Jack żył jak­by w tran­sie. Pra­co­wał, dużo pra­co­wał, jadł, spał, cho­dził i roz­ma­wiał z ludź­mi, ale wszyst­ko to ro­bił ma­chi­nal­nie. Jak ro­bot za­pro­gra­mo­wa­ny tyl­ko na naj­prost­sze czyn­no­ści. Przy­ja­cie­le sta­ra­li się mu po­móc, oto­czyć go opie­ką, ale on od­su­wał się od nich. Nie chciał na­wet przy­cho­dzić do po­ko­ju Sze­fa na lunch. Wo­lał być sam. Mu­siał sam so­bie z tym po­ra­dzić.

Naj­bo­le­śniej było przy­znać się so­bie do wła­snej głu­po­ty. Jak te­raz ża­ło­wał, że nie po­słu­chał Tess. A prze­cież pró­bo­wa­ła go ostrzec! Że też nie za­uwa­żył, jaka rze­czy­wi­ście była Eve. Tak na­praw­dę wca­le jej nie znał! Byli ze sobą pra­wie od roku, ale wi­dy­wa­li się tak rzad­ko, tak mało ze sobą roz­ma­wia­li, tak nie­wie­le o niej wie­dział. Wy­star­cza­ły mu upoj­ne noce i bło­gie week­en­dy. Co za głu­piec! To był tyl­ko seks! Zwłasz­cza dla niej, tyl­ko seks... A on wi­dział w tym uczu­cie i my­ślał, że to praw­dzi­wy zwią­zek, chciał się oświad­czyć, że­nić! A wła­ści­wie ni­g­dy nie roz­ma­wiał z nią o przy­szło­ści. Po pro­stu żyli so­bie z dnia na dzień, od spo­tka­nia do spo­tka­nia, od nocy do nocy. Cho­le­ra! Jaki był śle­py!

Po­tem, po­wo­li, z po­mo­cą cier­pli­wych przy­ja­ciół uda­ło mu się po­zbie­rać. Za­czął wra­cać do daw­ne­go ryt­mu ży­cia. Na­uczył się na­wet roz­ma­wiać o ca­łej tej bo­le­snej hi­sto­rii. Naj­pierw tyl­ko z Tess i Sze­fem, a po ja­kimś cza­sie ze­brał się na­wet i po­je­chał opo­wie­dzieć wszyst­ko swo­im ro­dzi­com. To był chy­ba naj­trud­niej­szy mo­ment, bo ci, ni­cze­go nie­świa­do­mi, spo­dzie­wa­li się ra­czej zo­ba­czyć wkrót­ce syna z na­rze­czo­ną niż usły­szeć o na­głym ze­rwa­niu. Ale cóż, trze­ba było po­wie­dzieć im praw­dę.

Wró­cił do daw­ne­go ży­cia. Pra­ca na pierw­szym miej­scu, wy­pró­bo­wa­ni przy­ja­cie­le i od cza­su do cza­su ja­kaś nie­zo­bo­wią­zu­ją­ca przy­go­da. Naj­wy­raź­niej sta­ry sys­tem naj­le­piej mu słu­żył. Char­lie (do spół­ki z ku­zy­na­mi Jac­ka) ro­bił co mógł, żeby na nowo go roz­ru­szać, spra­wić, by za­po­mniał o prze­szło­ści, wcią­gnął się w wir im­prez i po­zna­wał jak naj­wię­cej no­wych lu­dzi (no do­bra - ko­biet). Tyle że te­raz wszyst­ko było jak­by inne. I pod­świa­do­mie Jack czuł, że pró­bu­je sam sie­bie oszu­kać, wra­ca­jąc do sta­rych na­wy­ków. Nie nada­wał się już do tego, nie pa­so­wa­ło mu tam­to roz­ryw­ko­we to­wa­rzy­stwo.

Po pro­stu ro­bię się na to za sta­ry, po­my­ślał so­bie któ­re­goś dnia. Trud­no, trze­ba się z tym oswo­ić, nie ma rady.

Żył te­raz zde­cy­do­wa­nie wol­niej i spo­koj­niej. Po­sta­no­wił, że za­trzy­ma ku­pio­ny dom, osta­tecz­nie, jak twier­dził ku­zyn Ma­son, to bar­dzo do­bra lo­ka­ta ka­pi­ta­łu. Co ja­kiś czas jeź­dził tam, do­glą­dał re­mon­tu, wpro­wa­dzał co­raz to nowe ulep­sze­nia. Za­jął się na­wet ogro­dem. Od­krył, że grze­ba­nie w zie­mi to cał­kiem nie­zły re­laks. W koń­cu zde­cy­do­wał się na prze­pro­wadz­kę. Sprze­dał swój apar­ta­ment, za to w bu­dyn­ku, gdzie JT Se­cu­ri­ty mia­ło biu­ra, ka­zał przy­go­to­wać dla sie­bie nie­wiel­kie miesz­ka­nie na ostat­nim pię­trze.

Parę lat wcze­śniej Szef i je­den z ku­zy­nów Jac­ka, Ma­son wła­śnie, czy­li ro­dzin­ne guru od spraw fi­nan­so­wych, prze­ko­na­li go, by wy­ko­rzy­stać oka­zję i wy­ku­pić cały bu­dy­nek. Na par­te­rze wciąż mie­ści­ły się skle­py, całe pierw­sze pię­tro wy­naj­mo­wa­ła kan­ce­la­ria ad­wo­kac­ka, któ­ra pro­wa­dzi­ła też spra­wy agen­cji. Za to po­zo­sta­łe czte­ry pię­tra zaj­mo­wa­ło już tyl­ko JT Se­cu­ri­ty. Na dru­gim i trze­cim były biu­ra, na czwar­tym znaj­do­wa­ły się sale ćwi­czeń, si­łow­nie, ma­ga­zy­ny, a na pią­tym przy­go­to­wa­no kil­ka miesz­kań. Ko­rzy­sta­li z nich pra­cow­ni­cy fir­my, a cza­sem przy­jezd­ni go­ście. Jed­no z tych miesz­kań Jack po­sta­no­wił za­jąć, by nie tra­cić cza­su na co­dzien­ne do­jaz­dy z domu do fir­my.

Mi­nę­ło tro­chę cza­su i Jack za­czął się przy­zwy­cza­jać do ta­kie­go sta­nu rze­czy. Wła­ści­wie czuł się pra­wie szczę­śli­wym czło­wie­kiem. Może nie było to wiel­kie szczę­ście, ale jed­nak. Cza­sem, gdy się nad tym za­sta­na­wiał, my­ślał, że inni mo­gli­by mu po­zaz­dro­ścić tego, co w ży­ciu osią­gnął. Miał wła­sną fir­mę, przy­ja­ciół, ro­dzi­ców, dom, cza­sem czuł się zu­peł­nie za­do­wo­lo­ny z ży­cia. Naj­bar­dziej ce­nił so­bie czas spę­dza­ny z Tess i Ja­me­sem. Wła­ści­wie byli pra­wie nie­roz­łącz­ni, spę­dza­li całe dnie ra­zem, w pra­cy i poza nią. Na­wet w week­en­dy za­pra­szał ich do swo­je­go domu lub wy­bie­ra­li się gdzieś ra­zem za mia­sto. Osią­gnął wresz­cie spo­kój i we­wnętrz­ną rów­no­wa­gę. O Eve my­ślał już te­raz co­raz rza­dziej. Pra­wie wca­le. Tak, na­resz­cie wy­pły­nął na spo­koj­ne wody.

W ten wła­śnie spo­sób my­ślał Jack pew­ne­go wio­sen­ne­go dnia, je­dząc sa­mot­nie lunch w swo­im ga­bi­ne­cie. Szef za­brał wte­dy Tess na obiad do re­stau­ra­cji. Dzień wcze­śniej w trój­kę oglą­da­li w te­le­wi­zji mecz pił­kar­ski i Ja­mes za­ło­żył się z Tess o wy­nik. Staw­ką miał być obiad. Gdy dru­ży­na Tess wy­gra­ła, Ja­mes szar­manc­ko za­pro­sił ją do jed­nej z naj­bar­dziej ele­ganc­kich re­stau­ra­cji w mie­ście.

- Cie­ka­we, co do­bre­go za­mó­wi­li - za­sta­na­wiał się Jack. - A ja tu sam wci­nam zwy­kłe ka­nap­ki! - mruk­nął cier­pięt­ni­czo do sie­bie, pod­cho­dząc do okna.

W do­dat­ku wie­dział, że przez na­stęp­ne trzy ty­go­dnie bę­dzie ja­dał sa­mot­nie - bez Tess i Sze­fa. I ta myśl wca­le nie po­pra­wia­ła mu hu­mo­ru. Już ju­tro Tess mia­ła wy­je­chać w od­wie­dzi­ny do swo­je­go syna, a Szef mu­siał przy­pil­no­wać paru spraw w pa­ry­skim od­dzia­le. Jack ja­koś dziw­nie się te­raz po­czuł, gdy zo­stał sam w swo­im po­ko­ju w po­rze lun­chu. Ostat­nio jadł tu sam po­nad pół roku temu, po roz­sta­niu z Eve. I te­raz nie­po­trzeb­nie znów so­bie o tym wszyst­kim przy­po­mniał. Mógł oczy­wi­ście wyjść gdzieś na ze­wnątrz, ale nie miał na to spe­cjal­nej ocho­ty, albo do­łą­czyć do resz­ty ze­spo­łu, ale przy­po­mniał so­bie, że prze­cież Char­lie wy­je­chał, Nat jest na zle­ce­niu w Bri­sto­lu, a po­zo­sta­li też pra­cu­ją poza fir­mą. Na­wet wy­na­ję­ta se­kre­tar­ka, przy­go­to­wu­ją­ca się do za­stęp­stwa za Tess, wy­szła na ze­wnątrz. Więc nie po­zo­sta­ło mu nic in­ne­go, tyl­ko wró­cić do sta­rych na­wy­ków i zjeść w sa­mot­no­ści, wy­glą­da­jąc przez okno.

O tej po­rze na skwe­rze po dru­giej stro­nie uli­cy za­czy­na­ło po­ja­wiać się co­raz wię­cej lu­dzi, któ­rzy chcie­li spę­dzić lunch na wol­nym po­wie­trzu. Na­resz­cie zro­bi­ło się tro­chę cie­plej, sło­necz­niej i ama­to­rzy spa­ce­ru chcie­li wy­ko­rzy­stać tę nie­czę­stą w Lon­dy­nie po­go­dę. Wie­lu z od­wie­dza­ją­cych park Jack trak­to­wał jak sta­rych zna­jo­mych. Na przy­kład mło­da opie­kun­ka z wóz­kiem dzie­cię­cym by­wa­ła w tym miej­scu pra­wie za­wsze o tej po­rze. Albo star­szy pan z ca­irn ter­rie­rem, któ­ry przy­cho­dził tu re­gu­lar­nie trzy razy dzien­nie, na­wet je­śli po­go­da nie była zbyt ład­na.

Jack przy­glą­dał się wszyst­kim tym lu­dziom, któ­rych kie­dyś tak czę­sto ob­ser­wo­wał z okna. Oni nie mie­li o nim po­ję­cia, a on w pew­nym sen­sie ich znał. Gdy do­cho­dził do sie­bie po spra­wie z Eve i wo­lał spę­dzać czas sa­mot­nie w swo­im ga­bi­ne­cie, jego ulu­bio­ną roz­ryw­ką sta­ło się oglą­da­nie par­ku za oknem. W tym cza­sie do­brze po­znał sta­łych by­wal­ców skwe­ru. Wie­dział, że star­szy pan z ma­łym te­rie­rem zro­bi rund­kę do­oko­ła par­ku, po­tem usią­dzie na chwi­lę na ław­ce, a na­stęp­nie ru­szy da­lej.

Star­szy pan pod­cho­dził wła­śnie do swo­jej ulu­bio­nej ław­ki, ale tym ra­zem była za­ję­ta. Już chciał odejść, po­szu­kać in­nej, gdy sie­dzą­ca na ław­ce dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się do nie­go, prze­su­nę­ła na brzeg i ge­stem za­pro­si­ła, by się do niej przy­siadł. Sta­ru­szek uśmiech­nął się z wdzięcz­no­ścią, kiw­nął gło­wą i usiadł. Mały te­rier przy­sko­czył do dziew­czy­ny, chciał ko­niecz­nie po­wą­chać trzy­ma­ne przez nią pu­deł­ko ze śnia­da­niem. Pan chciał go od­go­nić i pew­nie skrzy­czeć, ale dziew­czy­na ze śmie­chem po­gła­ska­ła pie­ska po roz­czo­chra­nym łeb­ku. Wi­dać było, że pyta o coś, a gdy star­szy pan się zgo­dził, wy­ję­ła z pu­deł­ka ka­nap­kę, otwo­rzy­ła ją, wy­cią­gnę­ła ze środ­ka pla­ste­rek ja­kiejś wę­dli­ny i po­da­ła psu. Obo­je za­śmia­li się, gdy zwie­rzak bły­ska­wicz­nie po­łknął ką­sek, a po­tem pod­sko­czył z po­wro­tem do dziew­czy­ny, oparł się przed­ni­mi łap­ka­mi o jej ko­la­na i pro­sił o wię­cej. Pan uznał jed­nak, że już dość tego do­bre­go, i nie zgo­dził się na dru­gi pla­ste­rek dla pu­pi­la.

Ra­cja, po­my­ślał Jack, za chwi­lę dziew­czy­na nie bę­dzie mia­ła co jeść! I sam ugryzł swo­ją ka­nap­kę. Żuł po­wo­li, a tym­cza­sem star­szy pan i jego to­wa­rzysz­ka roz­ma­wia­li. Po­tem ona, za­chę­co­na naj­wy­raź­niej przez męż­czy­znę, za­bra­ła się za swo­ją ka­nap­kę. Ca­irn ter­rier nie spusz­czał z niej oka. Za­baw­nie było ob­ser­wo­wać, jak kiwa gło­wą za każ­dym ru­chem jej ręki.

Dziew­czy­na i wła­ści­ciel psa, po­chło­nię­ci oży­wio­ną roz­mo­wą, nie zwra­ca­li te­raz zbyt wie­le uwa­gi na ma­łe­go sma­ko­sza. Jack za­sta­na­wiał się, kie­dy pie­sek w koń­cu nie wy­trzy­ma i po­rwie resz­tę ka­nap­ki. Wi­dać było wy­raź­nie, że ma na to wiel­ką ocho­tę.

Po ja­kimś cza­sie dziew­czy­na zer­k­nę­ła na ze­ga­rek, szyb­ko spa­ko­wa­ła swo­je rze­czy, po­że­gna­ła się z pa­nem i pie­skiem i ode­szła.

Tak się ja­koś zło­ży­ło, że na­stęp­ne­go dnia Jack znów spę­dził prze­rwę w swo­im ga­bi­ne­cie. Wyj­rzał przez okno i znów zo­ba­czył tę samą dziew­czy­nę. Po­my­ślał, że pew­nie skwer ma nową sta­łą by­wal­czy­nię. Może na­wet przy­cho­dzi tu już od daw­na, tyl­ko on o tym nie wie­dział. To miło mieć nową "zna­jo­mą". Od tego dnia za­wsze cze­kał z roz­po­czę­ciem prze­rwy na lunch na po­ja­wie­nie się "dziew­czy­ny z par­ku". Miał te­raz za­stęp­cze to­wa­rzy­stwo - oni w par­ku, on przy oknie. Z lor­net­ką w ręku! Tak w koń­cu było o wie­le ła­twiej przyj­rzeć się dziew­czy­nie.

Przez na­stęp­nych kil­ka dni co­dzien­nie przy­cho­dzi­ła do par­ku na lunch. Spo­ty­ka­ła się ze star­szym pa­nem od te­rie­ra, sia­da­li ra­zem na ław­ce albo spa­ce­ro­wa­li wol­no, je­śli aku­rat nie było wol­ne­go miej­sca. Któ­re­goś dnia do­łą­czy­ła też do nich opie­kun­ka z wóz­kiem.

Prze­cież to nic złe­go, tłu­ma­czył sam so­bie Jack, gdy pierw­szy raz grze­bał w szu­fla­dzie w po­szu­ki­wa­niu sta­rej woj­sko­wej lor­net­ki. Park to miej­sce pu­blicz­ne. Nie za­glą­dam ni­ko­mu w okna!

Sto­jąc przy oknie z lor­net­ką w jed­nej ręce i ka­nap­ką w dru­giej, spę­dzał tak te­raz nie­mal całą prze­rwę na lunch. Na­resz­cie mógł się do­kład­niej przyj­rzeć dziew­czy­nie. Była drob­na, nie­wy­so­ka i z pew­no­ścią nie rzu­ca­ła się w oczy tak jak Eve. Była ra­czej nie­po­zor­na. Ja­sno­brą­zo­we wło­sy za­wsze mia­ła upię­te w ko­czek, ale wi­dać było, że lek­ko fa­lu­ją. Dwa pa­sma po bo­kach pusz­cza­ła wol­no i cza­sem po­pra­wia­ła je, za­kła­da­jąc za uszy.

Pew­ne­go dnia, gdy spo­tka­ła się z opie­kun­ką do dziec­ka, Jack mógł się jej do­brze przyj­rzeć. Sta­ły obie na skra­ju par­ku, bli­sko jego biu­ra. Opie­kun­ka chcia­ła chy­ba na­kar­mić dziec­ko i po­pro­si­ła, by dziew­czy­na na chwi­lę po­trzy­ma­ła ma­łe­go (bo są­dząc po nie­bie­skim ubran­ku, był to chło­piec). Nia­nia szu­ka­ła cze­goś w wóz­ku, a tym­cza­sem dziew­czy­na trzy­ma­ła chłop­czy­ka na rę­kach. W pew­nej chwi­li od­wró­ci­ła się w stro­nę Jac­ka. Chcia­ła po­ka­zać dziec­ku stad­ko go­łę­bi, któ­re aku­rat po­de­rwa­ło się do lotu. Pod­nio­sła gło­wę, ręką wska­zy­wa­ła pta­ki i przez chwi­lę Jack miał wra­że­nie, że pa­trzy wprost na nie­go. Mia­ła drob­ną twarz i wiel­kie, ja­sne oczy. Sza­re, a może nie­bie­skie? Nie wie­dział. Ale gdy pa­trzył na jej twarz, na uśmiech, na czu­ły gest, kie­dy po­chy­li­ła gło­wę, by czo­łem do­tknąć głów­ki dziec­ka, po­czuł przy­jem­ne cie­pło roz­cho­dzą­ce się po ca­łym cie­le. Ta dziew­czy­na wy­glą­da­ła na, nie umiał tego na­zwać ina­czej, po pro­stu do­brą oso­bę. Tak, na pew­no jest do­brym czło­wie­kiem. To po pro­stu było wi­dać. W jej twa­rzy, za­cho­wa­niu i ru­chach było tyle ser­decz­no­ści, szcze­ro­ści... Cie­ka­we, czy na­praw­dę taka jest...

Od tam­te­go dnia Jack jesz­cze czę­ściej my­ślał o dziew­czy­nie z par­ku. Nie tyl­ko w po­rze lun­chu. Za­sta­na­wiał się, kim jest, jak ma na imię, co robi, jaki ma głos. Czy na­praw­dę jest tak do­bra, jak mu się wy­da­je, są­dząc tyl­ko po wy­glą­dzie? A może się myli? W koń­cu tak bar­dzo się po­my­lił, gdy cho­dzi­ło o Eve! Tak zwod­ni­cza uro­da i cał­ko­wi­cie od­mien­ny od niej cha­rak­ter mogą prze­cież iść w pa­rze! Już raz tego do­świad­czył...

Nie­za­leż­nie od tego, kim była Nie­zna­jo­ma z Par­ku i jaka była jej praw­dzi­wa na­tu­ra, wy­star­czy­ło, że po­ja­wi­ła się o zwy­kłej po­rze przed oknem Jac­ka i od razu dzień sta­wał się pięk­niej­szy. A sam Jack uspo­ka­jał się, zu­peł­nie jak­by jej obec­ność tam, na dwo­rze, wpły­wa­ła na jego na­strój. Po pro­stu od razu czuł się le­piej.

My­ślał o dziew­czy­nie bar­dzo czę­sto, ale prze­ko­ny­wał sie­bie, że to tyl­ko czy­sto aka­de­mic­kie roz­wa­ża­nia, na ile wy­gląd od­zwier­cie­dla praw­dzi­wy cha­rak­ter oso­by. I czy pa­trząc na ko­goś, moż­na się do­wie­dzieć, ja­kim na­praw­dę jest czło­wie­kiem. Ta kwe­stia po­zo­sta­wa­ła dla nie­go nie­roz­strzy­gnię­ta.

Na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wił kon­ty­nu­ować swo­je ob­ser­wa­cje. Każ­de­go dnia ocze­ki­wał pory lun­chu. Zo­sta­wał wte­dy sam w swo­im ga­bi­ne­cie. Nie od­czu­wał już te­raz tak do­tkli­wie bra­ku to­wa­rzy­stwa Tess i Sze­fa. Lor­net­ka była go­to­wa do wy­ję­cia z gór­nej szu­fla­dy biur­ka. Ka­nap­ka le­ża­ła już roz­pa­ko­wa­na. Cze­kał tyl­ko na "swo­ją" dziew­czy­nę z par­ku.

Od ja­kie­goś cza­su za­czął ją w my­ślach na­zy­wać "swo­ją", zu­peł­nie jak­by na­był ja­kieś abs­trak­cyj­ne pra­wo wła­sno­ści do niej. Albo przy­naj­mniej miał pa­tent na wy­łącz­ność ob­ser­wo­wa­nia jej. Zna­lazł na to nie­złe wy­ja­śnie­nie - dziew­czyn w par­ku jest prze­cież wie­le, a jego in­te­re­su­je tyl­ko ta jed­na. Nie znał jej imie­nia, nie miał więc jak ina­czej jej na­zy­wać. Wszyst­ko to było zu­peł­nie lo­gicz­ne.

Wszyst­ko było lo­gicz­ne i wszyst­ko po­zo­sta­wa­ło w sfe­rze roz­wa­żań aka­de­mic­kich do dnia, gdy na­gle dziew­czy­na nie po­ja­wi­ła się w par­ku. Ani o sta­łej po­rze, ani póź­niej. Po pro­stu pew­ne­go dnia nie przy­szła. Wca­le. Star­szy pan z te­rie­rem dłu­go spa­ce­ro­wał i roz­glą­dał się do­oko­ła, wy­pa­tru­jąc swo­jej zna­jo­mej. W koń­cu, dużo póź­niej niż zwy­kle, opu­ścił park. Jack też na próż­no cze­kał. Z lor­net­ką w ręku ma­sze­ro­wał tam i z po­wro­tem wzdłuż okna - i nic. Na­ra­sta­ło w nim tyl­ko roz­draż­nie­nie.

Tego dnia po po­łu­dniu jego pra­cow­ni­cy kil­ka razy w zdu­mie­niu spo­glą­da­li po so­bie, gdy spo­koj­ny zwy­kle Jack na­gle bez wy­raź­ne­go po­wo­du stał się bur­kli­wy. Tłu­ma­czy­li to so­bie prze­cią­ga­ją­cą się nie­obec­no­ścią Tess i Sze­fa. Może przy­tło­czył go na­wał obo­wiąz­ków? Chy­ba nie, bo aż tyle się ostat­nio w fir­mie nie dzia­ło... Nie­mniej było to co naj­mniej dziw­ne. Na­wet po roz­sta­niu z Eve Jack tak się nie za­cho­wy­wał. Wte­dy był ra­czej przy­ga­szo­ny, nie­obec­ny, a te­raz...?

Dru­gie­go dnia jed­nak wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my. Jack ode­tchnął. Dziew­czy­na przy­szła! Przy­szła, i to na­wet nie sama, a z ja­kąś przy­ja­ciół­ką o eg­zo­tycz­nej uro­dzie. Szyb­ko zja­dły chińsz­czy­znę i gdzieś po­bie­gły. Jack nie­chęt­nie mu­siał się przy­znać, że te le­d­wie parę mi­nut, któ­re spę­dzi­ła tego dnia w par­ku, to sta­now­czo za mało jak dla nie­go. Zwłasz­cza że wczo­raj nie było jej wca­le! I ta przy­ja­ciół­ka! Od razu za­bra­ła ją gdzieś da­lej. Pew­nie na za­ku­py. Albo do ja­kiejś ka­wiar­ni? Zu­peł­nie jak­by nie mo­gły so­bie spo­koj­nie zjeść lun­chu w par­ku!

Jack z roz­tar­gnie­niem po­trzą­snął gło­wą. Za­wsze był roz­sąd­nym czło­wie­kiem. Co te­raz w nie­go wstą­pi­ło, że nie­obec­ność "dziew­czy­ny z par­ku" tak go zi­ry­to­wa­ła? Naj­wy­raź­niej hi­sto­ria z Eve roz­stro­iła go bar­dziej, niż chciał­by się do tego przy­znać. Ale so­bie wy­my­ślił! Może to dla­te­go, że nie było Tess ani Sze­fa? Gdy­by oni byli w fir­mie, jak zwy­kle ja­da­li­by ra­zem śnia­da­nia w ga­bi­ne­cie Ja­me­sa. A tak mu­siał ja­dać sam u sie­bie. A wła­ści­wie to prze­cież wca­le nie mu­siał, bo wy­star­czy­ło pójść do po­ko­ju chło­pa­ków! Ale nie, wy­my­ślił so­bie, że zo­sta­nie w swo­im po­ko­ju. Miał być lunch w to­wa­rzy­stwie "zna­jo­mych - nie­zna­jo­mych" z par­ku! Bzdu­ra, tak na­praw­dę prze­cież od po­cząt­ku cho­dzi­ło mu tyl­ko o dziew­czy­nę, a nie sta­rusz­ka z psem czy opie­kun­kę z dziec­kiem. Znów sie­bie oszu­ki­wał.

Może to wszyst­ko dla­te­go, że od ja­kie­goś cza­su był sam? Ale prze­cież nie chciał się te­raz w nic an­ga­żo­wać. To ob­ser­wo­wa­nie dziew­czy­ny było jak­by za­stęp­stwem za praw­dzi­wy zwią­zek. Bar­dzo bez­piecz­nym za­stęp­stwem. W koń­cu ni­cze­go nie ry­zy­ko­wał. Ale też nad ni­czym nie miał kon­tro­li. Nie wie­dział, kie­dy przyj­dzie ani też kie­dy nie po­ja­wi się wca­le. Bez sen­su.

- Czas z tym skoń­czyć - po­wie­dział so­bie sta­now­czo Jack. To była ja­kaś ob­se­sja, ale ko­niec z tym. - Od ju­tra nie będę wię­cej jej oglą­dał!

Ta­kie po­wziął po­sta­no­wie­nie i miał za­miar się go trzy­mać. Ja­kiś sa­mo­kry­tycz­ny głos w środ­ku po­wie­dział mu jed­nak, że ła­twiej mu przy­szło wy­rzec się swo­je­go lun­cho­we­go ry­tu­ału, wie­dząc, że od na­stęp­ne­go dnia wra­ca Szef, a za parę ko­lej­nych dni przyj­dzie do pra­cy Tess. Tak więc miał nie­co uła­twio­ne za­da­nie.

Gdy na­stęp­ne­go ran­ka Szef wkro­czył raź­no do biu­ra, Jack od razu po­czuł się le­piej. I nie cho­dzi­ło tu tyl­ko o jego po­sta­no­wie­nie. Na­praw­dę stę­sk­nił się za przy­ja­cie­lem, bar­dzo bra­ko­wa­ło mu już jego to­wa­rzy­stwa. Poza tym wie­le spraw w pra­cy le­ża­ło odło­żo­nych, cze­ka­jąc na jego po­wrót. Trze­ba było masę te­ma­tów ob­ga­dać, po­za­ła­twiać. Wła­ści­wie tego dnia po raz pierw­szy od trzech ty­go­dni Jack za­po­mniał o lun­chu i o par­ku. Mie­li tyle pra­cy, że gdy skoń­czy­li, było już póź­ne po­po­łu­dnie. I Jack ze zdzi­wie­niem, a na­wet z lek­ką ulgą stwier­dził, że prze­ga­pił porę, w któ­rej dziew­czy­na zwy­kle przy­cho­dzi­ła. Czy­li jed­nak moż­na się bez tego obejść, my­ślał so­bie krze­pią­co.

Na­stęp­ny dzień był już nie­co luź­niej­szy. Sta­rym zwy­cza­jem za­sie­dli ra­zem z Sze­fem do lun­chu. Jed­nak gdy w któ­rymś mo­men­cie Jack wstał, by wy­rzu­cić opa­ko­wa­nie, jego wzrok, zu­peł­nie bez udzia­łu jego woli, po­dą­żył do par­ku za oknem. Szef miał ze swe­go ga­bi­ne­tu na­wet lep­szy wi­dok niż on. Tu­taj drze­wa nie przy­sła­nia­ły tak par­ku, pod­czas gdy w jego wła­snym po­ko­ju trze­ba się było te­raz do­brze usta­wić, by zna­leźć wol­ne miej­sce mię­dzy ga­łę­zia­mi. Rzu­cił tyl­ko krót­kie spoj­rze­nie na park i na­tych­miast do­strzegł zna­jo­mą syl­wet­kę. Jest! To wy­star­czy­ło. Wró­cił na swo­je miej­sce przy biur­ku i kon­ty­nu­ował po­ga­węd­kę. Po­my­ślał, że jed­nak jest w sta­nie nad sobą za­pa­no­wać. Co praw­da zer­k­nął na park, ale tyl­ko prze­lot­nie i od razu się od­wró­cił. Nie­po­ko­ją­ce było je­dy­nie to, że już sama świa­do­mość, że dziew­czy­na jest tam, w par­ku za oknem, przy­nio­sła mu od razu taką ulgę i spo­kój.

Przez na­stęp­ne dni Jack moc­no się kon­tro­lo­wał. Wró­ci­ła Tess, w biu­rze jak­by wszyst­ko na­gle oży­ło. Lu­dzie byli we­sel­si, Szef try­skał hu­mo­rem. Sta­re, do­bre cza­sy wró­ci­ły. Znów ja­da­li ra­zem w ga­bi­ne­cie Ja­me­sa. Śmia­li się, dow­cip­ko­wa­li. I tyl­ko Jack co ja­kiś czas wy­naj­dy­wał pre­tekst, by po­dejść do okna i spraw­dzić, czy dziew­czy­na się po­ja­wi­ła. Nie ro­bił tego co­dzien­nie, ale cza­sem po pro­stu nie mógł się opa­no­wać. Ze wszyst­kich sił sta­rał się tyl­ko, by nikt się ni­cze­go nie do­my­ślił. Osta­tecz­nie pod­glą­da­nie przez okno Nie­zna­jo­mej nie jest spe­cjal­nym po­wo­dem do dumy.

Mi­nę­ło parę ty­go­dni, a on wciąż my­ślał o dziew­czy­nie z par­ku. Był już spo­koj­niej­szy. Cóż, je­śli to była jego ob­se­sja, to w koń­cu ja­koś so­bie z tym ra­dził. Sam nie wie­dział, cze­mu tak mu za­le­ży, żeby choć przez mo­ment ją zo­ba­czyć. Upew­nić się, że da­lej przy­cho­dzi do par­ku. Może cho­dzi­ło o to, że je­śli przy­cho­dzi, to wszyst­ko u niej w po­rząd­ku? Do­brze wy­glą­da, więc do­brze się czu­je. A wte­dy i on le­piej się czuł. Gdy­by nie przy­szła, mo­gło­by to ozna­czać, że coś się jej sta­ło. A Jac­ko­wi w ja­kiś kom­plet­nie ir­ra­cjo­nal­ny spo­sób bar­dzo za­le­ża­ło, żeby nie­zna­jo­ma dziew­czy­na była szczę­śli­wa.

Czas mi­jał, Nie­zna­jo­ma po­ja­wia­ła się pra­wie co­dzien­nie. Wszyst­ko ukła­da­ło się do­brze, aż pew­ne­go dnia Tess przy­ła­pa­ła go z lor­net­ką w ręku w ga­bi­ne­cie Sze­fa. Oczy­wi­ście była tro­chę za­sko­czo­na fak­tem, że Jack ob­ser­wu­je stam­tąd skwer, ale on szyb­ko po­ka­zał jej śmiesz­ne­go te­rier­ka apor­tu­ją­ce­go pił­kę i po­tem obo­je przez chwi­lę przy­glą­da­li się jego har­com.

Gdy póź­niej Tess wy­szła z po­ko­ju, Jack ode­tchnął z ulgą, że uda­ło mu się ja­koś wy­tłu­ma­czyć tę sy­tu­ację. Od­kąd drze­wa po­kry­ły się li­ść­mi, wi­dok na park z jego okna był nie­mal cał­ko­wi­cie przy­sło­nię­ty i Jack chciał wy­ko­rzy­stać nie­obec­ność Ja­me­sa, by zer­k­nąć na "swo­ją" dziew­czy­nę. Całe szczę­ście, że Tess uwie­rzy­ła, że pa­trzył na ba­wią­ce­go się psia­ka. Mimo że zwy­kle mó­wił jej nie­mal o wszyst­kim, te­raz nie wy­obra­żał so­bie, by mógł się jej przy­znać, że od dłuż­sze­go cza­su pra­wie co­dzien­nie pod­pa­tru­je z okna ja­kąś kom­plet­nie obcą dziew­czy­nę! Na przy­szłość trze­ba być bar­dziej ostroż­nym, po­sta­no­wił.

Nie mógł wte­dy wie­dzieć, że Tess nie dała się zwieść hi­sto­ryj­ce z psem. Nie po tym, jak zo­ba­czy­ła wy­raz jego twa­rzy, gdy we­szła do ga­bi­ne­tu. Wy­glą­dał jak sztu­bak przy­ła­pa­ny na go­rą­cym uczyn­ku! Jak­by coś prze­skro­bał! Albo pod­glą­dał przez okno prze­bie­ra­ją­cą się dziew­czy­nę! Czy­li jed­nak w jego ży­ciu coś się ru­szy­ło. Ale co? Z okien biu­ra ra­czej nie moż­na było pod­glą­dać ni­ko­go z bu­dyn­ków po dru­giej stro­nie par­ku. Za da­le­ko, na­wet przez lor­net­kę, no i wi­dok przy­sła­nia­ją drze­wa. Zresz­tą to zu­peł­nie nie w sty­lu Jac­ka, żeby ko­goś pod­glą­dać! No w każ­dym ra­zie nie pry­wat­nie, poza pra­cą. Więc pew­nie pa­trzył na coś w par­ku. Na coś lub ra­czej na ko­goś... W Tess zro­dzi­ła się na­dzie­ja, że może na­resz­cie Jack się kimś na po­waż­nie za­in­te­re­so­wał. I oby tym ra­zem była to ja­kaś na­praw­dę po­rząd­na, war­to­ścio­wa dziew­czy­na...

Po­mi­mo po­sta­no­wie­nia, że na­le­ży za­cho­wać da­le­ko po­su­nię­tą ostroż­ność, Jac­ko­wi trud­no było wpro­wa­dzić tę za­sa­dę w ży­cie. Je­dy­nym miej­scem, z któ­re­go moż­na było te­raz ob­ser­wo­wać skwer, był ga­bi­net Sze­fa. A nie moż­na było prze­cież sta­rać się, by Ja­mes prze­by­wał w nim jak naj­mniej. (Choć i taka sza­lo­na myśl prze­mknę­ła przez gło­wę Jac­ka). Je­dy­nym wyj­ściem było wy­ko­rzy­sta­nie sta­re­go zwy­cza­ju je­dze­nia lun­chu w jego ga­bi­ne­cie. I wte­dy dało się ja­koś przy­pad­kiem zer­k­nąć za okno. Tyle że nie­ste­ty bez lor­net­ki. Ale cóż, do­bre i to.

Jack sta­rał się jak mógł, ale w koń­cu na­wet Ja­mes zwró­cił uwa­gę na dziw­ne za­cho­wa­nie przy­ja­cie­la w po­rze śnia­da­nio­wej - spa­ce­ry po po­ko­ju, wy­rzu­ca­nie do ko­sza każ­dej nie­po­trzeb­nej rze­czy po ko­lei, tak jak­by nie dało się ich ze­brać ra­zem i wy­rzu­cić za jed­nym za­ma­chem, przy­sia­da­nie bo­kiem na pa­ra­pe­cie, wy­glą­da­nie przez okno. Pew­ne­go dnia, gdy w trój­kę koń­czy­li po­si­łek, a Jack po raz szó­sty wstał, by wy­rzu­cić do ko­sza pa­pie­rek po ba­to­ni­ku, Ja­mes nie wy­trzy­mał:

- Co cię na­gle opę­ta­ło z tymi po­rząd­ka­mi, Jack? Naj­pierw wy­rzu­ci­łeś swo­je opa­ko­wa­nie, po­tem moje, po­tem Tess, po­tem zu­ży­tą kart­kę, po­tem mój pa­pie­rek po ba­to­nie, po­tem swój. A te­raz wi­dzę, że cza­tu­jesz, żeby Tess nie wsta­ła i sama nie wy­rzu­ci­ła swo­je­go! Co jest? Do­pa­dła cię na­gle ner­wi­ca na­tręctw czy co? - Pa­trzył na Jac­ka z unie­sio­ny­mi brwia­mi i wy­raź­nym roz­ba­wie­niem.

Jack spoj­rzał na nie­go zdez­o­rien­to­wa­ny i za­sko­czo­ny. Więc jed­nak kiep­sko mu ta gra wy­cho­dzi. Cho­le­ra.

- Nie... ja tyl­ko... no wiesz... - za­jąk­nął się, bo nic sen­sow­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy. - Tak tyl­ko, chcia­łem po­sprzą­tać...

- Ja­sne! Od kie­dy to z cie­bie taki po­rząd­nic­ki, co? - Ja­mes za­śmiał się z po­wąt­pie­wa­niem i zer­k­nął py­ta­ją­co na Tess. - Nie wiesz, co się z nim dzie­je?

Tess po­sła­ła Sze­fo­wi znie­cier­pli­wio­ne spoj­rze­nie ko­bie­ty, "któ­ra wie le­piej", i prze­krę­ci­ła gło­wę w stro­nę okna.

- Daj mu spo­kój, Ja­mes! Zo­staw chło­pa­ka! - Jej in­stynk­ty ma­cie­rzyń­skie od razu ode­zwa­ły się ze wzmo­żo­ną siłą. Trze­ba bro­nić przy­szy­wa­ne­go syna! - Sko­ro Jack chce za­cho­wać tę spra­wę dla sie­bie, to tak zo­sta­nie.

- Ale jaką spra­wę?! - Ja­mes pa­trzył w zdu­mie­niu to na Jac­ka, to na Tess. - Jaką spra­wę? Co tu się dzie­je? - za­py­tał już spo­koj­niej.

Jack stał przy oknie i pa­trzył na Tess ta­kim wzro­kiem, jak­by zo­ba­czył ją po raz pierw­szy w ży­ciu. Ona wie­dzia­ła! Zno­wu wszyst­ko wie­dzia­ła! A je­śli jesz­cze nie wie­dzia­ła wszyst­kie­go, to w każ­dym ra­zie do­my­śla­ła się wy­star­cza­ją­co dużo.

Tess, prze­chy­liw­szy lek­ko gło­wę, po­pa­trzy­ła na Jac­ka cie­płym, mat­czy­nym spoj­rze­niem i uśmiech­nę­ła się krzy­wo. Jej oczy prze­pra­sza­ły, że wie o czymś, o czym on ra­czej nie chciał, by się do­wie­dzia­ła. Ale też za­pew­ni­ły go, że jego ta­jem­ni­ca jest bez­piecz­na i że ona ni­ko­mu o niej nic nie po­wie. Na­wet Sze­fo­wi.

Jack wes­tchnął, po­krę­cił się nie­zde­cy­do­wa­ny po po­ko­ju i w koń­cu z re­zy­gna­cją po­pa­trzył na swo­ich przy­ja­ciół.

- No do­bra... Nie ma co wy­my­ślać... Zresz­tą i tak zda­je się, że Tess już wszyst­ko wie... - Spoj­rzał na se­kre­tar­kę, a w jego wzro­ku nie było wy­rzu­tu, tyl­ko spo­kój męż­czy­zny po­go­dzo­ne­go z fak­tem, że przed pew­ny­mi ko­bie­ta­mi ni­cze­go nie da się ukryć.

- Ale co Tess wie? - do­cie­kał nie­cier­pli­wie Ja­mes. Te­raz za­nie­po­ko­ił się już nie na żar­ty. Jego twarz na­gle lek­ko stę­ża­ła i aż od­chy­lił się na krze­śle. - Tyl­ko mi nie mów, że Eve wró­ci­ła!

- Nie, nie, to nie to... - uspo­ka­jał go Jack, krę­cąc gło­wą. - To nie to... - Wziął głę­bo­ki wdech i za­czął im opo­wia­dać o dziew­czy­nie z par­ku.

Obo­je słu­cha­li go w ci­szy. Oczy­wi­ście dla Tess nie było żad­ne­go za­sko­cze­nia, za to Szef ro­bił co­raz więk­sze oczy. Nie cho­dzi­ło mu zu­peł­nie o to, że Jack znów się kimś po­waż­niej za­in­te­re­so­wał, bar­dzo do­brze, że tak się sta­ło. Ra­czej o to, że nie ro­bił nic, by dziew­czy­nę na­praw­dę po­znać. Prze­cież wy­star­czy­ło pójść do par­ku i ją za­gad­nąć, a nie tkwić tu, przy oknie, z lor­net­ką! To ja­kaś bzdu­ra, żeby się tak za­cho­wy­wać. Osta­tecz­nie Jack nie jest ja­kimś po­strze­lo­nym pod­glą­da­czem, więc o co cho­dzi? Gdy tyl­ko Jack skoń­czył swo­ją opo­wieść, Ja­mes od razu mu to po­wie­dział.

- To nie tak, Ja­mes. - Jack uśmiech­nął się z za­kło­po­ta­niem. - Wy­star­czy mi, że ona tam przy­cho­dzi. Nie chcę jej... - mach­nął ręką w po­wie­trzu - osa­czyć. Ale cie­szę się, gdy przy­cho­dzi. Choć dziś na przy­kład wca­le jej nie było... Po pro­stu faj­nie, że mogę ją od cza­su do cza­su zo­ba­czyć. Ni­cze­go wię­cej nie chcę. Na­praw­dę.

Te­raz, gdy po­wie­dział to na głos, na­wet dla nie­go sa­me­go nie brzmia­ło to zbyt prze­ko­nu­ją­co. A tym bar­dziej dla dwój­ki jego przy­ja­ciół.

Ja­mes spoj­rzał z uko­sa na Tess.

- A ty? Od kie­dy o tym wiesz? Hmmm?

Tess cmok­nę­ła z nie­cier­pli­wo­ścią, ale nic nie po­wie­dzia­ła. Jack pod­szedł do niej bli­żej i po­chy­lił się, by zaj­rzeć jej w oczy. Ale ona upar­cie krę­ci­ła gło­wą i uni­ka­ła jego spoj­rze­nia.

- Pew­nie od tego dnia, gdy mnie tu za­sta­łaś z lor­net­ką, co? - po­wie­dział ci­cho z nie­we­so­łym uśmie­chem.

- T-t-tak... no do­bra, tak! - Zno­wu cmok­nę­ła. - Po­wi­nie­neś się wte­dy zo­ba­czyć! Jesz­cze chwi­la i za­czął­byś się ru­mie­nić jak na­sto­lat­ka! Ni­g­dy cię ta­kie­go nie wi­dzia­łam... - Za­śmia­ła się lek­ko. - Pie­sek! Aku­rat! Za kogo ty mnie masz?! Na­praw­dę my­śla­łeś, że to ku­pię?

W koń­cu za­śmia­li się obo­je.

- Jaki zno­wu pie­sek?! - zde­ner­wo­wał się na do­bre Szef. Zno­wu oni o czymś wie­dzą, a ja nie. - Cią­gle ma­cie przede mną ja­kieś se­kre­ty! - na­rze­kał na­dą­sa­ny, zu­peł­nie bez po­wo­du.

I Tess, i Jack zno­wu się za­śmia­li, jesz­cze gło­śniej, a po­tem na zmia­nę opo­wia­da­li, jak to Jack pró­bo­wał za­my­dlić jej oczy, wma­wia­jąc, że ob­ser­wo­wał ba­wią­ce­go się te­rier­ka. Te­raz śmia­li się już w trój­kę.

- Ech, Jack... no wiesz, co jak co, ale po tylu la­tach po­wi­nie­neś wie­dzieć, że na­szej naj­lep­szej wy­wia­dow­czy­ni nie zbę­dziesz byle czym! - Szef chi­cho­tał, usi­łu­jąc za­cho­wać po­wa­gę. - Ja daw­no już prze­sta­łem co­kol­wiek przed nią ukry­wać.

- Ooo, a masz coś do ukry­cia? - za­in­te­re­so­wa­ła się na­tych­miast Tess.

- A skąd­że! Na­wet nie pró­bu­ję! - Ja­mes uniósł do góry dło­nie w ge­ście pod­da­nia. - Wiesz o mnie wszyst­ko. Od nu­me­ru koł­nie­rzy­ka po nu­mer kon­ta ban­ko­we­go i PIN do kar­ty kre­dy­to­wej! Wi­dzisz - zwró­cił się do Jac­ka - tak się za­cho­wu­je sta­ry, do­świad­czo­ny męż­czy­zna wo­bec ko­bie­ty, przed któ­rą i tak nie da się ni­cze­go ukryć, a wia­do­mo, że moż­na jej śle­po za­ufać! - I spoj­rzał na Tess z te­atral­ną po­ko­rą, kła­nia­jąc się ni­sko.

- Wa­riat! - Tess ze śmie­chem trzep­nę­ła go pal­ca­mi po schy­lo­nej gło­wie.

Te­mat dziew­czy­ny z par­ku już tego dnia mię­dzy nimi się nie po­ja­wił. Za­rów­no Szef, jak i Tess wie­dzie­li, że nie ma sen­su prze­ko­ny­wa­nie Jac­ka, by spró­bo­wał się z Nie­zna­jo­mą spo­tkać czy umó­wić i za­mie­nić ob­ser­wo­wa­nie przez okno w praw­dzi­wą zna­jo­mość. Za to na­stęp­ne­go dnia, gdy Jack wszedł do ga­bi­ne­tu Sze­fa, ze zdu­mie­niem od­krył tam usta­wio­ną pod oknem sta­rą lu­ne­tę. Char­lie aku­rat wszedł ra­zem z nim i obaj sta­nę­li w drzwiach w nie­mym zdzi­wie­niu.

- Dzień do­bry - po­wi­tał ich bez­tro­sko Szef. - I jak, po­do­ba się wam? - Wska­zał z dumą na nowy ele­ment wy­po­sa­że­nia.

Pod­szedł do lu­ne­ty i za­czął ją pie­czo­ło­wi­cie po­le­ro­wać szmat­ką. Ża­den z męż­czyzn nie od­po­wie­dział.

- Do­sta­łem ją daw­no temu od wuja, któ­ry był w ma­ry­nar­ce. Ale w domu nie mia­łem jej gdzie roz­sta­wić i trzy­ma­łem w pu­dle. A prze­cież tu świet­nie pa­su­je! W koń­cu my też cza­sem ob­ser­wu­je­my na­szych klien­tów! - Za­śmiał się z wła­sne­go dow­ci­pu. - A poza tym wi­dzia­łem kie­dyś przez okno ja­strzę­bie... Może uda mi się je tro­chę po­ob­ser­wo­wać? Pew­nie po­lu­ją tu na go­łę­bie z par­ku.

Char­lie pod­szedł do lu­ne­ty, by przyj­rzeć się jej z bli­ska, a Jack wciąż stał w drzwiach i pa­trzył na Sze­fa. Ja­mes tyl­ko uśmiech­nął się uspo­ka­ja­ją­co, a gdy Char­lie wresz­cie za­ła­twił swo­ją spra­wę i zo­sta­wił ich sa­mych, przy­cią­gnął Jac­ka do okna i po­wie­dział:

- I tak byś prze­cież tu przy­cho­dził... A je­śli ktoś jesz­cze zo­ba­czył­by cię z lor­net­ką, kto wie, co mógł­by so­bie po­my­śleć. A tak lu­ne­ta po pro­stu bę­dzie tu so­bie sta­ła i jak od cza­su do cza­su so­bie przez nią zer­k­niesz, ni­ko­go to nie zdzi­wi - od­po­wie­dział na wszyst­kie nie­me py­ta­nia Jac­ka i po­kle­pał go po ple­cach.

- Dzię­ki, Ja­mes - wy­mru­czał wciąż zdzi­wio­ny Jack, pod­czas gdy tak na­praw­dę po­my­ślał so­bie, że ma wspa­nia­łe­go przy­ja­cie­la, któ­ry choć nie ro­zu­mie ani nie po­chwa­la jego za­cho­wa­nia, to jed­nak robi co może, by mu po­móc.

- No i może przy oka­zji ja też będę mógł zo­ba­czyć, jak też ta "two­ja" dziew­czy­na wy­glą­da. - Szef za­tarł ręce. - Po­ka­żesz mi ją?

- Ja­sne. - Jack uśmiech­nął się do przy­ja­cie­la. Sta­ry, do­bry Szef za­wsze chce nad wszyst­kim mieć kon­tro­lę. - O ile dziś przyj­dzie... - do­dał tro­chę po­nu­ro.

Ale tego dnia dziew­czy­na nie przy­szła do par­ku. Może dla­te­go, że po­go­da nie była naj­lep­sza. Od rana nie­mal cią­gle mży­ło. A jed­nak mimo to Jack wciąż jej wy­glą­dał. I to nie sam. Te­raz w trój­kę trzy­ma­li wach­tę, bo dość do­kład­nie opi­sał im Nie­zna­jo­mą. Na zmia­nę wy­glą­da­li przez okno w ocze­ki­wa­niu na jej po­ja­wie­nie się. Trud­no, mu­siał so­bie po­wie­dzieć w koń­cu Jack, gdy Nie­zna­jo­ma mimo póź­nej pory nie po­ja­wi­ła się w par­ku, a Tess i Ja­mes z rów­nym roz­cza­ro­wa­niem mu se­kun­do­wa­li. Obo­je byli już te­raz bar­dzo cie­ka­wi i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­li mo­men­tu, by sta­ra lu­ne­ta wresz­cie speł­ni­ła swo­je za­da­nie.

I po kil­ku dniach ich ży­cze­nie na­resz­cie się speł­ni­ło. Jack sie­dział wła­śnie na pa­ra­pe­cie, są­cząc her­ba­tę, gdy "jego" dziew­czy­na prze­bie­gła przez uli­cę i szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła w stro­nę ław­ki, na któ­rej sie­dział star­szy pan od te­rier­ka.

- Jest! Jest! Przy­szła! - Jac­ko­wi wy­da­wa­ło się, że mówi spo­koj­nie, ale tak na­praw­dę pra­wie to wy­krzy­czał.

Tess i Ja­mes na­tych­miast ze­rwa­li się ze swo­ich miejsc i pod­bie­gli do okna.

- Gdzie?! Po­każ! Któ­ra to?! - wy­krzy­ki­wa­li na zmia­nę sta­tecz­na, mat­ku­ją­ca wszyst­kim se­kre­tar­ka i po­wszech­nie sza­no­wa­ny eme­ry­to­wa­ny woj­sko­wy, prze­py­cha­jąc się, by bli­żej po­dejść do okna. Omal nie zrzu­ci­li Jac­ka z pa­ra­pe­tu.

- Tam! - Po­ka­zy­wał ręką. - Na ław­ce obok tego pana z te­rie­rem. Wi­dzi­cie?

- No pro­szę! Jest na­wet pie­sek... - mru­czał Ja­mes, na­cią­ga­jąc się, żeby le­piej wi­dzieć.

- Wi­dzę! Wi­dzę! - cie­szy­ła się Tess. - Ale jest da­le­ko... - za­uwa­ży­ła z ża­lem. - Da­waj­cie tę lu­ne­tę!

I obaj pa­no­wie rzu­ci­li się, by do­brze usta­wić przy­rząd. Naj­le­piej znał się na tym Ja­mes, to on jako pierw­szy usta­wił oku­lar i mógł przyj­rzeć się le­piej Nie­zna­jo­mej z Par­ku.

- Wi­dzę ją... wi­dzę... - mru­czał, krę­cąc po­krę­tła­mi. - Bar­dzo, bar­dzo ład­na! - do­dał z apro­ba­tą, ki­wa­jąc gło­wą z okiem wciąż przy­ci­śnię­tym do lu­ne­ty.

- No już, po­suń się! Daj po­pa­trzeć! - Tess szar­pa­ła go za ra­mię i to by­naj­mniej nie de­li­kat­nie.

- Po­cze­kaj... - Ja­mes pró­bo­wał ją od­su­nąć. - No już! Masz! Mu­sisz tyl­ko tym po­krę­tłem do­sto­so­wać ostrość...

Ale Tess już go ode­pchnę­ła i sama przy­kle­iła się do lu­ne­ty. I tak ja­koś wy­szło, że naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ny, czy­li Jack, zo­stał wy­pchnię­ty z ko­lej­ki. Nie zo­sta­ło mu nic in­ne­go, jak tyl­ko wy­glą­dać przez okno i przy­słu­chi­wać się, jak jego przy­ja­cie­le wy­mie­nia­ją uwa­gi o "jego" dziew­czy­nie.

- Robi bar­dzo sym­pa­tycz­ne wra­że­nie! - mó­wi­ła Tess wciąż przy­le­pio­na do lu­ne­ty. - I rze­czy­wi­ście jest bar­dzo ład­na!

- Prze­cież mó­wi­łem, że ład­na! - Ja­mes po­czuł się naj­wy­raź­niej ura­żo­ny, że jego opi­nia wy­ma­ga po­twier­dze­nia. - No do­bra, daj te­raz po­pa­trzeć Jac­ko­wi.

- Mo­ment... - Tess się ocią­ga­ła. - O! te­raz kar­mi pie­ska! Lubi zwie­rzę­ta! - po­wie­dzia­ła z try­um­fem. Tak jak­by to już prze­są­dza­ło spra­wę i dziew­czy­na zo­sta­ła przez nią cał­ko­wi­cie za­ak­cep­to­wa­na.

W koń­cu Tess ode­rwa­ła się od lu­ne­ty, a za­czer­wie­nio­ne kół­ko wo­kół jej oka wy­raź­nie świad­czy­ło o tym, z jaką siłą przy­war­ła do so­czew­ki. Obaj pa­no­wie wy­mie­ni­li ty­po­wo mę­skie, peł­ne roz­ba­wio­ne­go po­li­to­wa­nia spoj­rze­nia. I wresz­cie Jack mógł za­anek­to­wać lu­ne­tę dla sie­bie.

- Co tam oglą­da­cie? Ja­strzę­bie? Ja­koś wy­jąt­ko­wo ni­sko dziś la­ta­ją... - ode­zwał się za ich ple­ca­mi iro­nicz­nie nie­win­ny głos.

Cała trój­ka jak na ko­men­dę od­wró­ci­ła się ze zgro­zą w stro­nę drzwi. Za­ję­ci sobą i prze­py­chan­ką przy lu­ne­cie nie sły­sze­li, że drzwi się otwo­rzy­ły. I oto tam, swo­bod­nie opar­ty o fu­try­nę, stał Char­lie z przy­kle­jo­nym do twa­rzy chy­trym uśmiesz­kiem.

- Cześć! Pu­ka­łem, ale chy­ba nie sły­sze­li­ście... Tak się prze­py­cha­li­ście przy tej lu­ne­cie... - cią­gnął da­lej, jak­by ni­g­dy nic. - Te... "ja­strzę­bie" mu­szą być sza­le­nie in­te­re­su­ją­ce! - do­dał roz­ba­wio­nym to­nem, uśmie­cha­jąc się szel­mow­sko.

Trój­ka spi­skow­ców spoj­rza­ła po so­bie bez­rad­nie. Cie­ka­we, jak dłu­go już tam stoi. Jaka szko­da, że nie za­mknę­li drzwi na klucz! Pierw­sza po­zbie­ra­ła się jak zwy­kle Tess:

- Je­steś pe­wien, że pu­ka­łeś, Char­lie? Ja­koś nie przy­po­mi­nam so­bie, byś to ostat­nio ro­bił przed wej­ściem do Sze­fa! - Choć Tess ni­g­dy nie była na­uczy­ciel­ką, ton gło­su su­ro­wej bel­fer­ki wy­cho­dził jej bez­błęd­nie. - Po­trze­bu­jesz cze­goś? - spy­ta­ła ostro.

- Tyl­ko nu­me­ru do Berg­ma­na. Ale to może po­cze­kać... - Char­lie stro­pił się tro­chę, ale nie na tyle, by wyjść. Zwłasz­cza że tu dzia­ło się coś na­praw­dę cie­ka­we­go! - Nooo... nie bądź­cie tacy! - do­dał bła­gal­nie. - Co to za dziew­czy­na?

I już ru­szył do lu­ne­ty, prze­su­nął się obok Jac­ka i nim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać, zer­k­nął w oku­lar.

- Mmmm... na­praw­dę ład­na! - za­mru­czał z uzna­niem.

Nikt nic nie po­wie­dział, tyl­ko Szef bez­gło­śnie wes­tchnął i wzniósł oczy do nie­ba. Tego już na­praw­dę za wie­le! Na­wet Char­lie! Prze­cież on już mó­wił, że jest ładna!

- Kto to jest? - za­py­tał Char­lie, a jego głos aż ocie­kał cie­ka­wo­ścią. Pod­niósł się, wy­pro­sto­wał i spoj­rzał wy­cze­ku­ją­co na trój­kę spi­skow­ców.

Znów za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza. Na­wet Tess nic nie po­wie­dzia­ła, spoj­rza­ła tyl­ko na Jac­ka, tak jak­by ten te­le­pa­tycz­nie miał jej prze­ka­zać in­struk­cje, jak w tej sy­tu­acji mają się za­cho­wać i co po­wie­dzieć.

Jack wes­tchnął. Cóż, i tyle z jego mało chwa­leb­ne­go se­kre­tu... Le­d­wie parę dni temu po­wie­dział o tym Tess i Sze­fo­wi, te­raz wie już o tym też Char­lie. A to z ko­lei pew­nie ozna­cza, że za pięć mi­nut do­wie­dzą się wszy­scy pra­cow­ni­cy fir­my, a do wie­czo­ra bę­dzie już wie­dzia­ło pół Lon­dy­nu. Trud­no. Sam so­bie jest wi­nien...

- Nie wiem, kto to jest, Char­lie - po­wie­dział tak spo­koj­nie, że Tess aż za­mru­ga­ła ze zdzi­wie­nia. Prze­cież wie­dzia­ła do­sko­na­le, ile mó­wie­nie o "jego" dziew­czy­nie Jac­ka kosz­tu­je! - Przy­cho­dzi cza­sa­mi do par­ku. Zja­da ka­nap­kę. Bawi się z psem - cią­gnął rze­czo­wo, jak­by re­la­cjo­no­wał roz­kład dnia któ­re­goś z klien­tów. - Kie­dyś ją za­uwa­ży­łem. I... masz ra­cję - uśmiech­nął się lek­ko - jest bar­dzo ład­na.

Char­lie wpa­try­wał się w nie­go z zu­peł­nie nie­zwy­kłym dla sie­bie na­pię­ciem.

- I to wszyst­ko? - za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem, mru­żąc oczy. - Tyle? O to ta cała ak­cja? Eee, nie na­bie­rzesz mnie! - Zno­wu po­chy­lił się nad lu­ne­tą i uważ­nie przyj­rzał dziew­czy­nie.

Po­zo­sta­li spoj­rze­li po so­bie. Jack był spo­koj­ny, ale Tess i Szef czu­li się bar­dzo nie­swo­jo.

Char­lie tym­cza­sem przez dłuż­szą chwi­lę do­kład­nie przy­glą­dał się Nie­zna­jo­mej. W koń­cu się wy­pro­sto­wał i raz jesz­cze za­py­tał:

- Kim ona jest? - Był te­raz dziw­nie po­waż­ny. - To nowa klient­ka?

Jack po­chy­lił gło­wę i mil­czał przez dłuż­szą chwi­lę. Szef za­czął się już za­sta­na­wiać, jak po­zbyć się Char­lie­go z po­ko­ju, nie wzbu­dza­jąc jesz­cze więk­szych po­dej­rzeń. Ale wte­dy Jack wresz­cie prze­mó­wił:

- Na­praw­dę nie wiem, kim ona jest, Char­lie... - Wy­glą­dał na zu­peł­nie zre­zy­gno­wa­ne­go.

Wie­dział, że nie ma sen­su pró­bo­wać spła­wić Char­lie­go ja­kąś zmy­ślo­ną hi­sto­ryj­ką. Nie­po­trzeb­nie by tyl­ko ry­zy­ko­wał, że ten do­cie­kli­wy chło­pak zro­bił­by wszyst­ko, by "prze­świe­tlić" dziew­czy­nę. I kto wie, pew­nie w cią­gu kil­ku­na­stu mi­nut miał­by jej ad­res, te­le­fon, nu­mer ubez­pie­cze­nia, a po pół­go­dzi­nie umó­wił­by się z nią na rand­kę.

- Po pro­stu od ja­kie­goś cza­su ją ob­ser­wu­ję przez okno. Po­do­ba mi się... To wszyst­ko.

Char­lie pa­trzył na nie­go z kom­plet­nym nie­do­wie­rza­niem. W gło­wie nie chcia­ło mu się po­mie­ścić, by Jack mógł tylko oglą­dać dziew­czy­nę przez okno! Bo niby po co? Je­śli mu się po­do­ba, trze­ba tyl­ko wyjść, po­dejść do niej i za­ga­dać. Nic wiel­kie­go. Jack prze­cież nie jest nie­śmia­ły! Ni­g­dy nie był! Char­lie sam wi­dział, jak ła­two przy­cho­dzi mu na­wią­zy­wa­nie zna­jo­mo­ści z ko­bie­ta­mi. I to nie­je­den raz. To­też te­raz trud­no mu było uwie­rzyć, że za tą całą za­ba­wą w pod­glą­da­nie nie kry­je się coś jesz­cze. Prze­krę­cił gło­wę i przez parę chwil prze­no­sił ba­daw­cze spoj­rze­nie z twa­rzy Jac­ka na Ja­me­sa i Tess. Ale wszy­scy oni byli spo­koj­ni... choć nie, Tess ro­bi­ła się jed­nak co­raz bar­dziej zi­ry­to­wa­na jego wścib­skim za­cho­wa­niem.

- No do­bra... sko­ro tak mó­wisz... Nie chcesz jej po­znać?! - To jed­no nie da­wa­ło Char­lie­mu spo­ko­ju.

- Nie, nie chcę! - Jack w koń­cu się za­śmiał i roz­luź­nił. - Dla­cze­go nikt nie chce w to uwie­rzyć?!

Dziw­na, na­pię­ta at­mos­fe­ra wresz­cie pry­sła. Wszyst­kim ulży­ło, bo był to chy­ba pierw­szy raz, by mię­dzy tymi do­bry­mi przy­ja­ciół­mi do­szło do tak nie­na­tu­ral­nej sce­ny. Za­czę­li się z po­wro­tem do sie­bie uśmie­chać. Tess jed­nak po chwi­li na po­wrót spo­waż­nia­ła.

- Słu­chaj, Char­lie, nie mu­szę ci chy­ba mó­wić... - Jej głos za­wisł zna­czą­co, a w oczach po­ja­wi­ły się groź­ne bły­ski.

- Ja­sne! No co ty, Tess! - Char­lie po­pa­trzył na nią z wy­rzu­tem. Jak w ogó­le mo­gła po­my­śleć, że on ko­mu­kol­wiek po­wie o tym, co tu zo­ba­czył?

Jack i Szef spoj­rze­li na sie­bie i po­ro­zu­mie­li się bez słów. Obaj wie­dzie­li, że Char­lie ni­ko­mu o tym nie po­wie. Do­sko­na­le go zna­li i mu ufa­li. Byli pew­ni, że za­trzy­ma se­kret dla sie­bie. Ale też świet­nie wie­dzie­li, że z pew­no­ścią nie za­po­mni tego, cze­go się tu do­wie­dział, i bę­dzie te­raz żył tra­wio­ny cie­ka­wo­ścią "co da­lej?".

Czas po­ka­zał, że rze­czy­wi­ście mie­li ra­cję.

Od tam­te­go dnia dziew­czy­na rzad­ko po­ja­wia­ła się w par­ku, aż w koń­cu nad­szedł ten czas, że przez trzy ty­go­dnie nie przy­szła wca­le. Tego wie­czo­ru po po­wro­cie Char­lie­go z No­we­go Jor­ku, gdy wier­cił się na łóż­ku, bez­sku­tecz­nie usi­łu­jąc za­snąć, Jack w koń­cu po­sta­no­wił, że cze­ka­nie na nią i wy­glą­da­nie przez okno nie ma sen­su. Pew­nie już wca­le nie wró­ci. Czas za­po­mnieć o tym wszyst­kim.

Ale oczy­wi­ście ła­twiej było po­wie­dzieć niż zro­bić. Sta­rał się jed­nak bar­dzo i choć ła­pał się na tym, że jest co­raz bar­dziej przy­gnę­bio­ny, był zde­cy­do­wa­ny nie zba­czać z ob­ra­ne­go kur­su. Ko­niec z tym, po­wta­rzał so­bie.

*

W ten wtor­ko­wy ra­nek Jack obu­dził się z odrę­twia­łym kar­kiem. Zszedł do biu­ra, po­pra­co­wał parę go­dzin, ale ze­sztyw­nia­ła szy­ja co­raz bar­dziej mu do­ku­cza­ła. Do­brze mi zro­bi, je­śli pój­dę tro­chę po­ćwi­czyć, po­my­ślał i zde­cy­do­wał, że w po­rze lun­chu po­tre­nu­je i pój­dzie do sau­ny. Zi­gno­ro­wał zdzi­wio­ne spoj­rze­nie Tess, gdy wy­szedł od sie­bie i za­ko­mu­ni­ko­wał jej, że bę­dzie na si­łow­ni.

Ko­niec z tym, po­wta­rzał so­bie, wy­ci­ska­jąc cię­żar­ki i pe­da­łu­jąc na ro­we­rze. Ko­niec z tym, mru­czał przez za­ci­śnię­te zęby oto­czo­ny kłę­ba­mi pary w sau­nie. Ko­niec z tym, my­ślał ze sta­now­czo­ścią, wy­cie­ra­jąc się ener­gicz­nie ręcz­ni­kiem. Po­mo­gło o tyle, że spię­te mię­śnie wresz­cie się roz­luź­ni­ły. Po­czuł się tro­chę le­piej.

Wła­śnie z ręcz­ni­kiem na ra­mio­nach wra­cał ko­ry­ta­rzem do swo­je­go biu­ra. Trze­ba było jesz­cze tyl­ko przejść przez prze­szklo­ne drzwi do głów­ne­go hal­lu. Pod­niósł gło­wę, spoj­rzał przed sie­bie i na­gle za­trzy­mał się jak wry­ty w pół kro­ku. Za oszklo­ny­mi drzwia­mi sta­ła ona! Jego dziew­czy­na z par­ku!

Ty­sią­ce my­śli prze­bie­gły mu na­gle przez gło­wę. Co ona tu robi? Czyż­by do­wie­dzia­ła się w ja­kiś spo­sób, że on...? Czy Char­lie coś zro­bił? Bo chy­ba nie Tess ani Szef! Miał na­wet ir­ra­cjo­nal­ną ocho­tę od­wró­cić się i uciec. Ale już w na­stęp­nej chwi­li ochło­nął. Spoj­rzał na nią. Dziew­czy­na nie mo­gła go zo­ba­czyć, bo drzwi były z we­nec­kich lu­ster, pa­trząc w jego stro­nę, mu­sia­ła wi­dzieć tyl­ko wła­sne od­bi­cie. On za to wi­dział ją do­brze. Ubra­na w lek­ki, be­żo­wy pro­cho­wiec sta­ła w hal­lu, roz­glą­da­jąc się nie­pew­nie. Może na­wet bar­dziej niż nie­pew­nie. Ro­bi­ła wra­że­nie zu­peł­nie za­gu­bio­nej. Pierw­szy raz wi­dział ją z tak bli­ska. Była wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­na. Po­czuł bo­le­sny ucisk - więc jed­nak coś złe­go ją spo­tka­ło! To dla­te­go nie przy­cho­dzi­ła! Nie­świa­do­mie za­ci­snął pię­ści i zwarł szczę­ki. Po­czuł gniew, że przy­da­rzy­ło jej się coś przy­kre­go. W tej chwi­li go­tów był wal­czyć z ca­łym świa­tem, byle tyl­ko po­móc nie­zna­jo­mej dziew­czy­nie. Jego nie­zna­jo­mej dziew­czy­nie.

W tej sa­mej chwi­li Nie­zna­jo­ma po­krę­ci­ła gwał­tow­nie gło­wą, jak­by cze­muś prze­cząc, za­gry­zła war­gę i od­wró­ci­ła się szyb­ko w stro­nę win­dy.

Ona chce wyjść!, po­my­ślał z prze­ra­że­niem Jack. Uciec stąd! Bły­ska­wicz­nie pod­szedł do drzwi i na­ci­snął klam­kę. Był zde­cy­do­wa­ny zro­bić wszyst­ko, by za­trzy­mać dziew­czy­nę! Do­wie­dzieć się, co złe­go ją spo­tka­ło, i zro­bić wszyst­ko, by jej po­móc.

Szczęk otwie­ra­nych drzwi spra­wił, że Nie­zna­jo­ma pod­sko­czy­ła gwał­tow­nie i od­wró­ci­ła się w jego stro­nę. Wiel­kie sza­re oczy spoj­rza­ły wprost na Jac­ka z prze­stra­chem i zmie­sza­niem.

Jack miał wra­że­nie, że ser­ce mu top­nie­je. Była taka spło­szo­na! On tym­cza­sem mógł się nie­co uspo­ko­ić, bo w jej spoj­rze­niu ja­sno wy­czy­tał, że dziew­czy­na wca­le go nie zna i że on jest dla niej zu­peł­nie ob­cym czło­wie­kiem. Więc to jed­nak nie spi­sek któ­re­goś z przy­ja­ciół.

Nie­zna­jo­ma tym­cza­sem uśmiech­nę­ła się do nie­go bla­dym, prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem, szyb­ko wy­cią­gnę­ła rękę i na­ci­snę­ła gu­zik win­dy. Wciąż wy­glą­da­ła na ogrom­nie spię­tą.

Jack nie zdą­żył za­re­ago­wać, nie zdą­żył nic zro­bić. Wście­kły na sie­bie za wła­sną nie­udol­ność, po­sta­no­wił, że nie po­peł­ni wię­cej błę­dów. Z pew­no­ścią nie po­zwo­li jej wejść do tej win­dy! Pod­szedł parę kro­ków bli­żej i wkła­da­jąc wie­le wy­sił­ku w to, by wy­glą­dać na­tu­ral­nie, uśmiech­nął się do niej spo­koj­nie i za­chę­ca­ją­co.

- Dzień do­bry. - Cu­dow­nie! Jest w sta­nie wy­po­wie­dzieć dwa sło­wa! I na­wet głos mu nie drży!

- Dzień do­bry - od­po­wie­dzia­ła ci­cho dziew­czy­na, nie­spo­koj­nie się krę­cąc.

Wy­raź­nie pra­gnę­ła, by win­da przy­je­cha­ła jak naj­szyb­ciej. W ca­łej jej po­sta­wie wi­dać było, że chce uciec stąd jak naj­prę­dzej.

- Czy mogę w czymś po­móc? - za­py­tał uprzej­mie Jack, pod­cho­dząc parę ko­lej­nych kro­ków. Sta­rał się od­gro­dzić Nie­zna­jo­mej dro­gę do win­dy.

- Nie! - od­par­ła szyb­ko, krę­cąc gło­wą. Zbyt szyb­ko i zbyt ostro. - Nie - po­wtó­rzy­ła raz jesz­cze, tym ra­zem mięk­ko. Jej głos lek­ko się za­ła­mał.

Jack zro­bił w jej stro­nę ko­lej­ny krok i dziew­czy­na cof­nę­ła się tro­chę od win­dy. Z bli­ska była jesz­cze ład­niej­sza, niż gdy wi­dział ją ostat­nio przez lu­ne­tę. Tyl­ko bla­da i za­uwa­żył, że ma ciem­ne ob­wód­ki wo­kół oczu. Wciąż wy­czu­wał jej ogrom­ne na­pię­cie. Ro­zej­rza­ła się ner­wo­wo, wi­dział, że chcia­ła­by po­dejść bli­żej do drzwi win­dy, ale on te­raz już cał­ko­wi­cie blo­ko­wał jej dro­gę. Jej wiel­kie oczy rzu­ca­ły nie­spo­koj­ne spoj­rze­nia na hall, jak­by w po­szu­ki­wa­niu in­nej dro­gi uciecz­ki. Na­gle jej twarz drgnę­ła - zo­ba­czy­ła drzwi z na­pi­sem "scho­dy" i zro­bi­ła pół kro­ku w tył w ich kie­run­ku.

- Może jed­nak mógł­bym w czymś pani po­móc? - na­le­gał ła­god­nie Jack, ma­jąc na­dzie­ję, że brzmi to spo­koj­nie i nie spło­szy dziew­czy­ny jesz­cze bar­dziej. Prze­su­wał się te­raz tak, by od­gro­dzić jej dro­gę rów­nież do scho­dów.

Z ci­chym szu­mem nad­je­cha­ła w koń­cu win­da, ale Nie­zna­jo­ma mu­sia­ła­by te­raz przejść tuż obok nie­go, by się do niej do­stać. Po­krę­ci­ła ner­wo­wo gło­wą i znów cof­nę­ła się parę kro­ków. Jack bo­kiem po­dą­żył za nią.

- Nie... ja prze­pra­szam... to była po­mył­ka... ja tyl­ko... - bą­ka­ła nie­pew­nie, usi­łu­jąc prze­su­wać się co­raz bli­żej wyj­ścia. Obie dło­nie unio­sła lek­ko do góry w obron­nym ge­ście, jak­by chcąc go od sie­bie od­su­nąć.

Była te­raz na­praw­dę bli­sko drzwi i Jack w pa­ni­ce pró­bo­wał wy­my­ślić ja­kieś roz­sąd­na sło­wa, by ją za­trzy­mać, gdy na­gle otwo­rzy­ły się drzwi z prze­ciw­le­głe­go ko­ry­ta­rza i wy­szli stam­tąd, kłó­cąc się za­wzię­cie i po­sy­ku­jąc na­wza­jem na sie­bie, Char­lie i Nat. Byli tak sobą za­ję­ci, że przez mo­ment nie do­strze­gli sto­ją­cej w na­pię­ciu dziew­czy­ny ani czy­ha­ją­ce­go na nią Jac­ka. Po­tem jed­nak i oni za­mar­li w bez­ru­chu na wi­dok dziw­nej sy­tu­acji w hal­lu. Na­tha­lie sta­ła, nie ro­zu­mie­jąc, co się dzie­je, za to Char­lie, choć w pierw­szym mo­men­cie w jego oczach od­bi­ło się kom­plet­ne zdu­mie­nie, po chwi­li spoj­rzał na Jac­ka i jak­by te­le­pa­tycz­nie od­czy­tu­jąc jego ży­cze­nie, na­tych­miast ru­szył w stro­nę drzwi pro­wa­dzą­cych na scho­dy i za­blo­ko­wał Nie­zna­jo­mej z Par­ku dro­gę uciecz­ki.

Dziew­czy­na, za­nie­po­ko­jo­na i lek­ko oszo­ło­mio­na, spo­glą­da­ła na gru­pę ota­cza­ją­cych ją lu­dzi. Po chwi­li jed­nak opa­no­wa­ła się i ru­szy­ła w stro­nę win­dy, wprost na Jac­ka.

- Prze­pra­szam - po­wie­dzia­ła i wska­za­ła na drzwi win­dy, do któ­rych Jack cał­ko­wi­cie blo­ko­wał jej przej­ście. - Mogę?

Miał pust­kę w gło­wie. Cał­ko­wi­te przy­ćmie­nie. Mi­nę­ło parę se­kund, a on nie był w sta­nie nic po­wie­dzieć ani ru­szyć się z miej­sca.

- Prze­pra­szam - po­wtó­rzy­ła dziew­czy­na, te­raz już tro­chę nie­cier­pli­wie. Z tru­dem pa­no­wa­ła nad swo­im zde­ner­wo­wa­niem, ale była zde­cy­do­wa­na wyjść stam­tąd naj­szyb­ciej, jak to moż­li­we.

I wte­dy, na szczę­ście dla Jac­ka, otwo­rzy­ły się drzwi ga­bi­ne­tu Sze­fa i wy­szli stam­tąd Tess i Ja­mes. Obo­je spoj­rze­li na sto­ją­cą w hal­lu grup­kę i zdę­bie­li. Wszy­scy obec­ni pa­trzy­li na sie­bie w zdu­mie­niu i da­lej trwa­ła krę­pu­ją­ca ci­sza. Aż w pew­nym mo­men­cie win­da ci­cho zgrzyt­nę­ła i zje­cha­ła na dół. Jack ode­tchnął. Od razu też wró­ci­ła mu zdol­ność lo­gicz­ne­go my­śle­nia.

- Sze­fie - zwró­cił się do Ja­me­sa - my­ślę, że ta pani po­trze­bu­je na­szej po­mo­cy.

Dziew­czy­na rzu­ci­ła mu nie­chęt­ne spoj­rze­nie i na­tych­miast za­prze­czy­ła:

- Nie, to nie tak. Bar­dzo prze­pra­szam... - pró­bo­wa­ła się wy­tłu­ma­czyć. - To po­mył­ka... Ja wca­le... Nie po­win­nam była tu przy­cho­dzić... - do­da­ła z po­nu­rą roz­pa­czą w gło­sie.

- Ależ pro­szę! Za­pra­szam do mo­je­go ga­bi­ne­tu. - Ja­mes też w koń­cu ochło­nął i był już pa­nem sy­tu­acji. Otwo­rzył sze­ro­ko drzwi do swo­je­go po­ko­ju i ge­stem za­pra­szał Nie­zna­jo­mą. - Pro­szę bar­dzo. - I uśmiech­nął się swo­im naj­cie­plej­szym, oj­cow­skim uśmie­chem.

- Nie... na­praw­dę... - opie­ra­ła się dziew­czy­na, ale wte­dy cał­ko­wi­cie już opa­no­wa­ny Jack roz­ło­żył ra­mio­na tak, że prak­tycz­nie nie zo­sta­wił jej wy­bo­ru i mu­sia­ła pójść tam, gdzie ją pro­wa­dził.

- Przy­go­tu­ję her­ba­tę - za­pro­po­no­wa­ła Tess, prze­pusz­cza­jąc Nie­zna­jo­mą w drzwiach i uśmie­cha­jąc się do niej ser­decz­nie.

- Och, nie... dzię­ku­ję, nie, pro­szę so­bie nie ro­bić kło­po­tu. - Dziew­czy­na znów była tak samo za­gu­bio­na jak na po­cząt­ku. Z ocią­ga­niem wlo­kła się tam, gdzie po­stę­pu­ją­cy pół kro­ku za nią z roz­ło­żo­ny­mi ra­mio­na­mi Jack ją pro­wa­dził.

*

Co ja tu ro­bię?! Po co ja tu w ogó­le przy­szłam?!, bia­da­ła w du­chu Liz Blac­kley, roz­glą­da­jąc się ner­wo­wo po pu­stym hal­lu jed­nej z po­noć lep­szych agen­cji ochro­ny. Jej wzrok padł na dwu­skrzy­dło­we drzwi z lu­ster. Uj­rza­ła swo­ją bla­dą, prze­stra­szo­ną twarz i do­tar­ło do niej ze zdwo­jo­ną mocą, ja­kie głup­stwo wła­śnie pró­bu­je po­peł­nić. Po­krę­ci­ła gło­wą. Trze­ba stąd wyjść! I to jak naj­prę­dzej! Za­nim ktoś ją za­uwa­ży! Jed­nak do­brze się sta­ło, że se­kre­ta­riat był za­mknię­ty! Od­wró­ci­ła się w stro­nę win­dy. I wte­dy z boku otwo­rzy­ły się drzwi. Liz była tak zde­ner­wo­wa­na, że aż pod­sko­czy­ła z prze­stra­chu. Spoj­rza­ła w tam­tą stro­nę i zo­ba­czy­ła ja­kie­goś wy­so­kie­go, po­tęż­ne­go, ciem­no­wło­se­go męż­czy­znę w spodniach dre­so­wych, bia­łym T-shir­cie i ręcz­ni­ku na ra­mio­nach, idą­ce­go wprost na nią. Po­czu­ła się jesz­cze bar­dziej zmie­sza­na. Po co ja tu w ogó­le przy­cho­dzi­łam?! Trze­ba stąd uciec, i to już! Szyb­ko wy­cią­gnę­ła rękę i na­ci­snę­ła przy­cisk win­dy. Oby przy­je­cha­ła od razu!

Tym­cza­sem fa­cet przy­wi­tał ją i chciał po­móc. Do­bre so­bie! Szko­da, że nie wie, po co tu przy­szła! Och, niech­że ta win­da wresz­cie przy­je­dzie! Fa­cet pod­szedł jesz­cze bli­żej. Na­wet nie zda­wa­ła so­bie z tego spra­wy, ale czu­ła, że musi się przed nim cof­nąć. Onie­śmie­lał ją jesz­cze bar­dziej niż cała ta ab­sur­dal­na sy­tu­acja. Zno­wu pod­szedł bli­żej. Zu­peł­nie jak­by chciał ją od­go­nić od win­dy! Liz czu­ła, że ser­ce bije jej jak osza­la­łe. Bo też to, co chcia­ła zro­bić, było prze­cież czy­stym sza­leń­stwem. I te­raz ktoś przy­ła­pał ją na go­rą­cym uczyn­ku. Cze­mu ten ochro­niarz tak mnie... za­ga­nia? Jak... jak ja­kiś owcza­rek owce. Wła­śnie, owcza­rek! A ja je­stem głu­pią owcą! Gdzie ta win­da?

Liz znów mu­sia­ła się cof­nąć parę kro­ków. Le­d­wo nad sobą pa­no­wa­ła, tak strasz­nie wsty­dzi­ła się tego, że tu przy­szła. A te­raz jesz­cze oka­zu­je się, że wca­le nie tak ła­two stąd wyjść. Ten "owcza­rek" za­gro­dził jej dro­gę do win­dy! Żeby otwo­rzyć drzwi, mu­sia­ła­by go chy­ba prze­sta­wić! Cze­go on chce? Ro­zej­rza­ła się zno­wu ner­wo­wo. O! Scho­dy! Jest wyj­ście, za­raz stąd wyj­dzie. Chy­ba jesz­cze ni­g­dy się tak nie de­ner­wo­wa­ła. Mia­ła wra­że­nie, że jest na skra­ju hi­ste­rii. Już nie my­śla­ła lo­gicz­nie, to ja­sne, bo wy­da­wa­ło jej się, że ten obcy fa­cet robi wszyst­ko, żeby jej nie wy­pu­ścić.

W koń­cu przy­je­cha­ła win­da. Tyle że Liz była już parę me­trów od niej, a nie­zna­ny ol­brzym z ręcz­ni­kiem za­gra­dzał jej przej­ście. Coś jej mó­wi­ło, że on nie ma naj­mniej­szej ocho­ty jej prze­pu­ścić. Trud­no, zej­dę scho­da­mi. Zno­wu ode­zwał się "owcza­rek", da­lej chciał jej "po­ma­gać". Ner­wo­wo ob­li­za­ła war­gi.

- Nie... ja prze­pra­szam... to była po­mył­ka... ja tyl­ko... - No wła­śnie, co "ja tyl­ko"? Je­stem naj­więk­szą kre­tyn­ką pod słoń­cem?, my­śla­ła zgnę­bio­na Liz, co­fa­jąc się do scho­dów.

"Owcza­rek" wciąż po­dą­żał za nią.

Na­gle otwo­rzy­ły się drzwi z dru­giej stro­ny hal­lu i wy­szli stam­tąd kłó­cą­cy się ko­bie­ta i męż­czy­zna. Zdzi­wi­li się na jej wi­dok, a po­tem ten dru­gi męż­czy­zna, nie­mal tak samo wy­so­ki i bar­czy­sty jak pierw­szy, na­gle pod­szedł do drzwi pro­wa­dzą­cych na scho­dy i za­ta­ra­so­wał jej przej­ście!

Czy ta­kie za­cho­wa­nie jest nor­mal­ne w agen­cjach ochro­ny? Wszyst­kich tu tak trak­tu­ją? W koń­cu ona nie jest żad­nym prze­stęp­cą! Po­win­ni po­zwo­lić jej nor­mal­nie stąd wyjść! I to win­dą, a nie scho­da­mi. Prze­cież jest do­ro­słą ko­bie­tą, dla­cze­go więc je­den fa­cet, co praw­da po­tęż­nie zbu­do­wa­ny, tak ją spe­szył, że aż za­czę­ła przed nim ucie­kać? Po­trze­bo­wa­ła ca­łej swo­jej siły woli, by się opa­no­wać i po­dejść w stro­nę win­dy. Pro­sto na tego wła­śnie wiel­kie­go go­ścia z ręcz­ni­kiem.

- Prze­pra­szam. - Boże, niech tyl­ko głos tak się jej nie ła­mie! - Mogę? - Czu­ła, że ugi­na­ją się pod nią ko­la­na, a "owcza­rek" na­wet nie drgnął.

Och, uciec stąd! W nogi! Jak naj­da­lej!, my­śla­ła prze­ra­żo­na, pod­czas gdy nie­zna­jo­my, wiel­ki fa­cet pa­trzył na nią bez­na­mięt­nie. Da­lej się nie ru­szył. Chcę stąd wyjść!, krzy­cza­ła roz­pacz­li­wie w du­chu Liz. Mu­szę stąd wyjść, za­nim się roz­pła­czę. Nie, tyl­ko nie to, nie zro­bię z sie­bie jesz­cze więk­szej idiot­ki!

- Prze­pra­szam - po­wtó­rzy­ła tak moc­no, jak tyl­ko było ją na to stać.

I wte­dy otwo­rzy­ły się ko­lej­ne drzwi, gdzieś na­prze­ciw win­dy, i wy­szli stam­tąd ko­lej­ni pra­cow­ni­cy agen­cji - star­szy, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny męż­czy­zna (Naj­wy­raź­niej inni tu nie pra­cu­ją, zdą­ży­ła po­my­śleć po­nu­ro Liz) i tro­chę młod­sza od nie­go, bar­dzo sym­pa­tycz­nie wy­glą­da­ją­ca ko­bie­ta. Oni też się zdzi­wi­li, gdy na nią spoj­rze­li.

*

Może gdy­by Liz nie była tak przy­gnę­bio­na całą tą sy­tu­acją i nie sku­pia­ła się tak bar­dzo na so­bie, na swo­im zde­ner­wo­wa­niu i pró­bach ukry­cia zmie­sza­nia, może wte­dy za­uwa­ży­ła­by wszyst­kie te zdu­mio­ne spoj­rze­nia, któ­re sku­pia­ły się na niej, a po­tem krzy­żo­wa­ły nad jej gło­wą. Może do­strze­gła­by szok i nie­do­wie­rza­nie od­bi­ja­ją­ce się w oczach naj­pierw Jac­ka, po­tem Char­lie­go, a w koń­cu Tess i Ja­me­sa. Ale Liz była zbyt za­ję­ta pró­ba­mi uspo­ko­je­nia swo­je­go tłu­ką­ce­go głu­cho ser­ca i przy­spie­szo­ne­go od­de­chu. Nie do­strze­gła py­ta­ją­cych spoj­rzeń czwór­ki wta­jem­ni­czo­nych ani nie­me­go po­ro­zu­mie­nia, któ­re za­war­li od razu po tym, jak Jack po­wie­dział, że jest "pa­nią po­trze­bu­ją­cą po­mo­cy".

Od razu za to za­uwa­ży­ła, że "owcza­rek" da­lej speł­nia swo­ją rolę i tym ra­zem "za­ga­nia" ją w kie­run­ku "za­gro­dy", to zna­czy ga­bi­ne­tu swo­je­go sze­fa. Nie moż­na po­wie­dzieć, by po­my­śla­ła o nim cie­pło, gdy prak­tycz­nie wpy­chał ją do tego po­ko­ju, nie zwa­ża­jąc na jej słow­ne pro­te­sty. Nie do­tknął jej, ale pod­cho­dził tak bli­sko, że czu­ła się zmu­szo­na po­ru­szyć, by unik­nąć kon­tak­tu z nim. No i mu­sia­ła iść do­kład­nie tam, gdzie on chciał, by po­szła. A niech go!, my­śla­ła mści­wie, gdy do­pro­wa­dził do tego, że prze­stą­pi­ła w koń­cu próg ga­bi­ne­tu. Naj­wy­raź­niej na tym wła­śnie po­le­ga jego pra­ca. I nie­ste­ty jest w tym bar­dzo do­bry.

Onie­śmie­lo­na Liz ro­zej­rza­ła się po prze­stron­nym, ja­snym po­ko­ju. Duże biur­ko, kil­ka krze­seł, sza­fy i szaf­ki, a przy oknie sta­ra, roz­sta­wio­na na trój­no­gu lu­ne­ta. W tym mo­men­cie drzwi za nią się za­mknę­ły. Star­szy męż­czy­zna pod­szedł do niej i się przed­sta­wił:

- Na­zy­wam się Ja­mes Tar­ling­ton. A to jest Jack Gor­don. - Wska­zał na wciąż sto­ją­ce­go nie­co z boku za jej ple­ca­mi "owczar­ka". - Pro­szę usiąść. - Pod­pro­wa­dził ją do krze­sła i do­pil­no­wał, by usia­dła. Po czym ob­szedł biur­ko i sam też usiadł. - W czym mo­że­my pani po­móc?

Ja­mes Tar­ling­ton, jak JT Se­cu­ri­ty, Szef, a więc wła­ści­ciel agen­cji, po­my­śla­ła jesz­cze bar­dziej przy­bi­ta Liz, zer­k­nę­ła też na "owczar­ka", któ­ry naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił zo­stać, trzy­ma­jąc się z tyłu, i stał te­raz z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi opar­ty o szaf­kę nie­co za jej ple­ca­mi. A więc przy­jął ją sam wła­ści­ciel, a ona tu przy­szła z tak głu­pią spra­wą!

- Prze­pra­szam, ja na­praw­dę nie chcia­łam na­ro­bić ta­kie­go za­mie­sza­nia - mó­wi­ła sła­bym gło­sem, gar­dło ści­ska­ło się jej co­raz bar­dziej, a wstyd spra­wił, że na bla­dych po­licz­kach po­ja­wił się le­d­wo wi­docz­ny ru­mie­niec. - To był błąd... Nie po­win­nam była tu w ogó­le przy­cho­dzić. - Czu­ła się na­praw­dę ża­ło­śnie.

Szef tym­cza­sem spo­glą­dał na nią swo­imi ja­sny­mi, za­tro­ska­ny­mi oczy­ma.

- Moja dro­ga - jego głos brzmiał te­raz bar­dzo ser­decz­nie - wi­dać, że ma pani ja­kiś pro­blem. A my je­ste­śmy od tego, by po­ma­gać lu­dziom w pro­ble­mach.

W tym mo­men­cie drzwi ci­cho się otwo­rzy­ły i we­szła Tess, nio­sąc tacę z her­ba­tą. Po­de­szła do biur­ka i usta­wi­ła trzy fi­li­żan­ki, po czym spoj­rza­ła cie­pło na Liz, a gdy ta jej po­dzię­ko­wa­ła, uśmiech­nę­ła się do niej krze­pią­co i wy­co­fa­ła się do swo­je­go po­ko­ju. Liz po­my­śla­ła z ża­lem, że wo­la­ła­by po­roz­ma­wiać z tą ko­bie­tą lub przy­naj­mniej, by to ona zo­sta­ła z nimi w po­ko­ju, a nie ten "owcz..." Jack. Ale nie­ste­ty Tess już nie było.

- Pro­szę po­wie­dzieć, jak mo­że­my pani po­móc? - Ja­mes znów ła­god­nie pró­bo­wał ją za­chę­cić do zwie­rzeń.

Liz pod­nio­sła na nie­go wzrok, wes­tchnę­ła... i nie­pew­nie po­krę­ci­ła gło­wą. To kom­plet­nie bez sen­su. Prze­cież nie może tego wszyst­kie­go po­wie­dzieć sze­fo­wi tak du­żej fir­my. Ośmie­szy się tyl­ko. Oni zaj­mu­ją się tu po­waż­ny­mi spra­wa­mi, a nie ta­ki­mi hi­sto­ryj­ka­mi jak jej.

- Bar­dzo pana prze­pra­szam, na­praw­dę nie po­win­nam była zaj­mo­wać panu tyle cza­su - po­wie­dzia­ła Liz i wsta­ła z krze­sła. - Bar­dzo prze­pra­szam.

Tar­ling­ton też od razu się po­de­rwał, Liz od­wró­ci­ła się i chcia­ła wyjść, ale "owcza­rek" bły­ska­wicz­nie ode­rwał się od swo­jej szaf­ki i sta­nął te­raz tuż przed nią, ko­lej­ny raz blo­ku­jąc jej przej­ście. Pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła na nie­go. Miał tak za­cię­ty wy­raz twa­rzy, że pra­wie ją to zmro­zi­ło. Nie za­mie­rzał jej prze­pu­ścić.

Wie­le razy w swo­im ży­ciu Liz ża­ło­wa­ła, że nie jest parę cen­ty­me­trów wyż­sza, i te­raz też był taki mo­ment. Może gdy­by nie mu­sia­ła tak moc­no za­dzie­rać gło­wy, by móc na nie­go spoj­rzeć, czu­ła­by się tro­chę pew­niej? Może gdy­by tak przy­tła­cza­ją­co nad nią nie gó­ro­wał, nie czu­ła­by się tak ża­ło­śnie bez­bron­na? Ani nie zda­wa­ła­by so­bie tak bo­le­śnie spra­wy z tego, że gdy­by tyl­ko chciał, ten po­tęż­ny fa­cet mógł­by ją za­trzy­mać jed­ną ręką. A może na­wet jed­nym pal­cem.

Jack nie miał naj­mniej­szej ocho­ty wy­pu­ścić jej z po­ko­ju. Nie po tym, co zo­ba­czył w jej oczach. Wy­da­wa­ła się nie­szczę­śli­wa, jak­by przy­gnia­tał ją wiel­ki cię­żar. Szef musi ją tu za­trzy­mać i wy­cią­gnąć z niej, co ją gnę­bi.

Ja­mes wi­dział, że dziew­czy­na jest wy­jąt­ko­wo spię­ta i oba­wia się za­cząć roz­mo­wę, ale nie przy­szła tu prze­cież bez po­wo­du. Od razu zo­rien­to­wał się też, że nikt z wta­jem­ni­czo­nych nie miał z tym nic wspól­ne­go. A te­raz, gdy pró­bo­wa­ła wyjść, zo­ba­czył, że Jack go­tów jest prę­dzej siłą ją tu za­trzy­mać niż po­zwo­lić odejść.

- Ależ na­praw­dę... pro­szę się uspo­ko­ić. I usiąść. Pro­szę się na­pić her­ba­ty. Pani jest zde­ner­wo­wa­na... Nie wy­pu­ści­my pani w ta­kim sta­nie. - Sta­rał się mó­wić spo­koj­nie, choć sam co­raz bar­dziej się de­ner­wo­wał, czy zdo­ła prze­ko­nać Nie­zna­jo­mą, by zo­sta­ła. - Pro­szę. - Raz jesz­cze za­pro­sił ją ge­stem.

Liz roz­glą­da­ła się wciąż nie­zde­cy­do­wa­na. Ochro­niarz nie od­stę­po­wał swo­jej po­zy­cji, a wła­ści­ciel agen­cji na­praw­dę szcze­rze ją za­pra­szał... W koń­cu się pod­da­ła i z po­wro­tem usia­dła.

Do­brze, że nie zo­ba­czy­ła wte­dy ulgi na twa­rzach Jac­ka i Ja­me­sa, bo z pew­no­ścią wzbu­dzi­ło­by to jej czuj­ność.

- Na­praw­dę nie wiem, od cze­go mam za­cząć... - po­wie­dzia­ła wresz­cie po chwi­li Liz. - To taka głu­pia, nie­zręcz­na sy­tu­acja... - Po­tar­ła czo­ło ręką, nie była w sta­nie ukryć swo­je­go zde­ner­wo­wa­nia.

- Naj­le­piej jest za­cząć od po­cząt­ku - za­chę­cił spo­koj­nie Ja­mes.

Nie­zna­jo­ma spoj­rza­ła na nie­go chmur­nie, a jej wzrok wy­raź­nie mó­wił "ła­two ci po­wie­dzieć...". Ale po chwi­li raz jesz­cze głę­bo­ko ode­tchnę­ła i za­czę­ła ci­cho opo­wia­dać:

- Na­zy­wam się Eli­za­beth Blac­kley... Liz... - do­da­ła.

Liz! Liz­zy!, na­tych­miast po­my­ślał Jack. Na­resz­cie po­znał jej imię.

- Ja­kieś pół roku temu uda­ło mi się zna­leźć lep­szą, le­piej płat­ną pra­cę. Nie­da­le­ko stąd - wska­za­ła od­ru­cho­wo gło­wą w bok - w agen­cji re­kla­mo­wej Brew­ster & March. W ban­ku wresz­cie zgo­dzi­li się przy­znać mi kre­dyt i uda­ło mi się ku­pić miesz­ka­nie. Nic wiel­kie­go... - spoj­rza­ła na Sze­fa nie­mal prze­pra­sza­ją­co - ale w bez­piecz­nej oko­li­cy... I by­łam taka szczę­śli­wa, że wszyst­ko za­czę­ło mi się le­piej ukła­dać, pra­ca, dom... A po­tem ... -Opu­ści­ła gło­wę i już nie pa­trzy­ła na swo­je­go roz­mów­cę. - Ja... - była co­raz bar­dziej za­że­no­wa­na - za­uwa­ży­łam, że mój szef cza­sem dziw­nie na mnie pa­trzy... my­śla­łam, że może tyl­ko mi się tak wy­da­je... ale po­tem za­czął mnie wszę­dzie ze sobą za­bie­rać. - Liz krę­ci­ła nie­spo­koj­nie gło­wą, z tru­dem wy­po­wia­da­ła każ­de sło­wo.

Ja­mes z Jac­kiem wy­mie­ni­li szyb­kie spoj­rze­nie. A więc to tak!

- To było na­wet na­tu­ral­ne - cią­gnę­ła Liz - bo jego asy­stent­ka jest w cią­ży i pew­nie już nie wró­ci do pra­cy. Za­bie­ra mnie te­raz na każ­dy lunch z klien­ta­mi, na każ­de spo­tka­nie. I nie mogę mu nic za­rzu­cić! - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i zer­k­nę­ła szyb­ko na Ja­me­sa. - Za­cho­wu­je się... to zna­czy ni­g­dy nie pró­bo­wał... tak na­praw­dę to tyl­ko te spoj­rze­nia i fakt, że wszę­dzie mnie za­bie­ra... może to mi się tyl­ko wy­da­je... nie wiem. - Ner­wo­wo ba­wi­ła się pal­ca­mi.

Wes­tchnę­ła i spoj­rza­ła na mil­czą­cych męż­czyzn nie­pew­na, co po­wie­dzieć da­lej.

- On jest żo­na­ty, ale cho­dzą plot­ki, że się wy­pro­wa­dził z domu i miesz­ka te­raz sam. Cza­sem wy­da­je mi się, że on mnie ob­ser­wu­je... - Ru­mie­niec na po­licz­kach dziew­czy­ny zro­bił się te­raz wy­raź­niej­szy. - Ja wiem, jak głu­pio to brzmi... - spoj­rza­ła bła­gal­nie na Ja­me­sa - ale za­wsze przy nim czu­ję się nie­spo­koj­na... to ir­ra­cjo­nal­ne, ale... czu­ję się jak­by... jak­by osa­czo­na... i boję się, że... on...

- Pro­szę się uspo­ko­ić. To do­brze, że pani do nas przy­szła. - Ja­mes pa­trzył na nią po­waż­nym i sku­pio­nym wzro­kiem.

Jack po­czuł, że gdy­by te­raz dane mu było spo­tkać tego sze­fa Liz, to pew­nie nie był­by w sta­nie nad sobą za­pa­no­wać i od razu wal­nął­by go w szczę­kę. Co za świ­nia!

Liz nie­pew­nie spoj­rza­ła przez biur­ko na wła­ści­cie­la agen­cji. Nie wy­śmiał jej, nie po­wie­dział, że ma pew­nie ja­kieś przy­wi­dze­nia. Da­lej chciał jej słu­chać. To ją tro­chę ośmie­li­ło i pod­nio­sło na du­chu. Sko­ro za­brnę­ła już tak da­le­ko... cóż, może war­to jed­nak po­wie­dzieć wszyst­ko?

- Wiem, że po­win­nam zmie­nić pra­cę... ale te­raz nie tak ła­two o do­brą i do­brze płat­ną... No i tak wła­ści­wie to nie mam żad­nych do­wo­dów, że on... tyl­ko raz wi­dzia­łam... to zna­czy wy­da­wa­ło mi się, że wi­dzia­łam... - za­plą­ta­ła się Liz.

- Co pani wi­dzia­ła? - za­py­tał Ja­mes.

Dziew­czy­na krę­ci­ła się nie­spo­koj­nie na krze­śle. Parę razy otwie­ra­ła usta, ale nie umia­ła za­cząć. Zno­wu ode­tchnę­ła głę­bo­ko.

- Kie­dyś w domu póź­no wie­czo­rem po­szłam po ciem­ku do kuch­ni i gdy zer­k­nę­łam przez okno, zo­ba­czy­łam... chy­ba zo­ba­czy­łam... tam stał taki sam sa­mo­chód jak jego... i on tam sie­dział... przez chwi­lę wi­dzia­łam jego twarz, bo za­pa­lał pa­pie­ro­sa... tak mi się wy­da­je... było ciem­no... - Cały czas nie­spo­koj­nie spla­ta­ła pal­ce.

- Czy mó­wi­ła pani o tym ko­muś? - za­py­tał ła­god­nie Ja­mes. - To jest już po­waż­niej­sza spra­wa. Po­win­na była pani to zgło­sić.

- Ale co tak na­praw­dę mogę mu za­rzu­cić? - spy­ta­ła głu­cho Liz. - Nie mam żad­nych do­wo­dów. Tyl­ko moje "wra­że­nia". - Zro­bi­ła w po­wie­trzu znak cu­dzy­sło­wu. - On za­cho­wu­je się przy­zwo­icie i w pra­cy nikt wcze­śniej się na nie­go nie skar­żył. Co mam po­wie­dzieć? Że nie po­do­ba mi się spo­sób, w jaki na mnie pa­trzy? - Była już te­raz mniej spię­ta, a w jej gło­sie sły­chać było roz­go­ry­cze­nie. - Ni­g­dy, poza uści­skiem ręki, na­wet mnie nie do­tknął.

Jack wy­pu­ścił z płuc po­wie­trze, któ­re od ja­kie­goś cza­su nie­świa­do­mie wstrzy­my­wał.

- Ale wte­dy, w nocy, wi­dzia­ła pani pod swo­im do­mem wła­śnie jego, praw­da? Jego sa­mo­chód? - do­cie­kał Tar­ling­ton.

- Tak... tak... - wes­tchnę­ła - ale to prze­cież też nie jest ża­den do­wód. Było ciem­no, mo­głam się po­my­lić. A na­wet je­śli to był on, to prze­cież moż­na po­wie­dzieć, że prze­jeż­dżał przy­pad­kiem...

Ja­mes po­pra­wił się wy­god­niej na krze­śle i ką­tem oka zer­k­nął na Jac­ka, któ­ry choć mil­czał od wej­ścia do po­ko­ju, wciąż in­ten­syw­nie wpa­try­wał się w dziew­czy­nę z par­ku. Ja­mes nie mu­siał go py­tać, by wie­dzieć, że go­tów jest zro­bić wszyst­ko, by jej po­móc. Cóż, on sam też czuł, że tak trze­ba.

- Ro­zu­miem, że przy­szła pani do nas, by­śmy za­ję­li się nim? Chcia­ła­by pani, że­by­śmy go ob­ser­wo­wa­li, tak? I ochra­nia­li pa­nią? - za­py­tał w koń­cu wprost Szef.

Oczy Liz zro­bi­ły się na­gle okrą­głe ze zdzi­wie­nia, a po­tem szyb­ko za­mru­ga­ła, spe­szo­na.

- Nie... na­praw­dę, nie... nie po to przy­szłam... - Spoj­rza­ła na nie­go za­wsty­dzo­na.

Te­raz to Ja­mes się zdzi­wił. Je­śli nie po to, to...? O co tu cho­dzi?

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.