Nieznajoma z parku - Anna M. Wan

Reflow text when sidebars are open.
- Cześć wszystkim! - Wysoki, uśmiechnięty blondyn raźno wkroczył do biura. Uniósł do góry prawą rękę, w której trzymał wielką walizę, i pomachał do sekretarki. Najwyraźniej nie sprawiło mu to żadnego kłopotu. Waliza zakołysała się na jego kciuku. - Tess, kochanie, ależ ja się za tobą stęskniłem! - Dla większego efektu westchnął głęboko i przejmująco na nią spojrzał.
- Za mną czy za połową bardzo młodych bywalczyń nocnych klubów? - prychnęła Tess, ale już po chwili uśmiechnęła się do niego ciepło. Nie można było nie lubić tego chłopaka. - Cześć, Charlie. - Z pozorną niechęcią pozwoliła mu się objąć i wycisnąć siarczystego buziaka na policzku.
Przyjrzała mu się uważniej i bez zdziwienia stwierdziła, że nic nie wskazuje na to, że dopiero co wysiadł z samolotu po bardzo długim locie. Charlie miał niesamowite zdolności regeneracji. Zresztą nie tylko on w tej firmie.
- Za tobą oczywiście! - Udał oburzenie, że w ogóle mogła pomyśleć inaczej. - Za tobą... - odwrócił się od niej, przeszedł parę kroków i powoli odstawił walizkę w rogu pokoju - ...i może trochę za Nat. Wiesz, dawno się z nią nie kłóciłem. Dziwnie się czuję, jak przez parę dni nikt mnie nie nazwie głąbem czy głupkiem... - Zaśmiał się cicho. - Wróciła już? - zapytał niby od niechcenia, zerkając na Tess z ukosa.
- Nie... Będzie dopiero jutro lub pojutrze - odparła sucho Tess.
Pomyślała, że już najwyższy czas, żeby tych dwoje zeszło się ze sobą. Od miesięcy obserwowała, jak się zachowują, droczą, kłócą regularnie, chyba nie było dnia, żeby jedno nie narzekało na drugie. Klasyczny przypadek, westchnęła w duchu. Dam im jeszcze trochę czasu, a potem chyba wkroczę do akcji, bo dłużej nie da się na to patrzeć!
- Która to godzina? - Charlie spojrzał na zegarek. - Jack pewnie siedzi u Szefa, co? - Z łobuzerską miną puścił do niej oko.
Tess aż cmoknęła z niezadowolenia.
- Charlie! Przestań... - zaczęła z oburzeniem, ale nie dane jej było wygłosić jednej ze swych słynnych tyrad, bo chłopak zaczął rakiem wycofywać się z jej pokoju.
- Już dobrze, dobrze, nie będę... - Zamachał przepraszająco rękami. - Po prostu muszę pogadać z Jackiem. - I nie czekając na burę, zwiał.
Zaledwie parę kroków dalej był gabinet Szefa. Charlie zapukał i po cichym "proszę" wszedł do przestronnego, jasnego pokoju. Za wielkim biurkiem siedział krótko obcięty mężczyzna o bardzo szerokich ramionach. Z pobrużdżonej zmarszczkami twarzy wyzierały jasnobłękitne, dobre oczy. Te same oczy potrafiły jednak prześwidrować człowieka na wylot, odkryć, czy kłamie, czy mówi prawdę, potrafiły patrzeć z bezwzględną stanowczością albo zmrozić beznamiętnym błyskiem, zależnie od tego, z kim lub o czym ich właściciel akurat rozmawiał. Teraz jednak powitały gościa z radością.
- Charlie! Wróciłeś! Witaj! Ale co ty robisz w firmie? Miałeś przecież wziąć wolne po powrocie!
- Cześć! Wpadłem tylko na chwilę... Przywitać się... - powiedział Charlie i rozejrzał się po pokoju. Tak jak się tego spodziewał, oparty o wysoką szafkę obok okna, stał Jack z pudełkiem chińszczyzny w ręku. - Hej, Jack! I co?! Przyszła?! Jest?! - Spoglądał z zaciekawieniem to na niego, to na widoczny z okna spory skwer z fontanną pośrodku.
Jack zerknął na niego posępnie, mruknął swoje "cześć" przez zaciśnięte zęby i z westchnieniem popatrzył na Szefa. Obaj wymienili tylko porozumiewawcze spojrzenia i z rezygnacją wzruszyli ramionami. Pytanie Charliego pozostało bez odpowiedzi.
- Jak minęła podróż? Bez problemów? - zapytał Szef, chcąc odciągnąć uwagę Charliego od Jacka i widoku za oknem.
- Tak, wszystko w porządku. Klient doleciał szczęśliwie i w jednym kawałku. Jego bezcenna walizeczka też. - Uśmiechnął się krzywo, znów z ciekawością przypatrując się Jackowi. - Bob kazał was pozdrowić. Powiedział, że w przyszłym tygodniu sam wybiera się do Londynu, chce się z wami spotkać i pogadać. - Charlie kręcił się trochę nerwowo po pokoju. - Obiecał, że osobiście odeskortuje Jonasa do domu. Dlatego tu przyszedłem - dodał wyjaśniająco.
Jack z Szefem znów tylko wymienili spojrzenia. Obaj doskonale wiedzieli, że to nieprawda. Bob Meyers, dyrektor współpracującej z nimi firmy z Nowego Jorku, już wcześniej telefonicznie poinformował ich o swoim zamiarze przyjazdu do Anglii. Oczywiste było, że Charlie pojawił się w firmie gnany tylko własną niepohamowaną ciekawością.
Była pora lunchu i miał pewnie wielką nadzieję, że Nieznajoma z Parku, jak ją wtajemniczeni nazywali, wreszcie się pojawi. Ale Charlie się rozczarował.
Zresztą jego rozczarowanie i tak było niczym w porównaniu do tego, które odczuwał Jack.
*
Jack T. Gordon właśnie kończył swoją chińszczyznę i po raz enty tego ranka przemaszerował wzdłuż okna w pokoju Szefa. Wyraźnie zawiedziony Charlie wyszedł przed chwilą, zostawiając ich samych, i Jack mógł sobie pozwolić na małe westchnienie ulgi.
Bardzo lubił tego chłopaka, wiedział, że jest kompetentny i doskonale nadaje się do swej roli, mógł na niego liczyć. Bo pewnie niewielu domyśliłoby się, że ten przystojny facet z uśmiechem wyrośniętego uczniaka jest w istocie bardzo dobrym ochroniarzem do zadań, jak to sam nazywał, "nieco bardziej specjalnych". Z aparycją sympatycznego gościa Charliemu zawsze jakoś łatwiej było wtopić się w tłum, towarzyszyć klientom i nie wzbudzać najmniejszych podejrzeń co do pełnionej przez siebie funkcji. Bardzo przydatna umiejętność w tym fachu. A poza tym pod płaszczykiem niefrasobliwości, totalnego wyluzowania i pozą niepoprawnego kobieciarza Charlie był naprawdę dobrym, uczciwym człowiekiem. Takim, z którym równie dobrze się pracuje, jak i spędza wolny czas.
Tak więc Jack naprawdę lubił Charliego i bardzo go cenił. Tyle że od czasu, gdy ten poznał przez przypadek jego pilnie strzeżoną tajemnicę, czuł się w jego towarzystwie nieco skrępowany.
Właściwie to tajemnica nie była aż tak znowu pilnie strzeżona. Ot, po prostu, wolałby, żeby to pozostało jego prywatną sprawą. Trudno się jednak dziwić, że tajemnica wkrótce przestała być tajemnicą, skoro pracuje się w firmie ochroniarskiej, w otoczeniu byłych policjantów, agentów, wojskowych i wszystkich tych ludzi, których zadaniem jest wszystko widzieć, słyszeć i wiedzieć. Jack musiał samokrytycznie przyznać, że tylko jakiś niezrozumiały poryw naiwności pozwolił mu wierzyć, że w miejscu takim jak to jego mały sekret pozostanie na dłuższą metę wyłącznie jego prywatną sprawą.
Szef powoli potarł szczękę, spojrzał na Jacka i odezwał się zmęczonym głosem:
- Wiesz... Charlie to naprawdę dobry chłopak, tylko... tylko trochę ciekawski... wścibski...
- Wiem! - uciął Jack, może nieco ostrzej, niż zamierzał. - Przepraszam...
Szef powoli wstał zza biurka i niepewnym krokiem podszedł do okna. Widać było, że zbiera się do poważnej rozmowy, i chyba pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie wie, jak zacząć.
- Jack... Charlie może mieć trochę racji... możemy przecież dyskretnie się czegoś o niej dowiedzieć... Nie ma sensu, żebyś się tak zadręczał...
- Wcale się nie zadręczam! - zaprotestował ponuro Jack. - Po prostu minęło już sporo czasu... To chyba normalne, że zastanawiam się, co się mogło stać, że nagle przestała przychodzić.
- Wiele się mogło stać... Oczywiście... Mogła wyjechać na wakacje, zachorować. Może zmieniła pracę i już gdzie indziej chodzi na lunch, może się przeprowadziła... albo po prostu znalazła lepsze miejsce niż ten skwer, żeby zjeść kanapkę. - Szef cierpliwie powtórzył wszystko to, co wałkowali codziennie już od prawie dwóch tygodni.
- Wiem, wiem... - przytaknął cicho Jack, spojrzał raz jeszcze za okno i po chwili podszedł do kosza, wyrzucił pudełko po chińszczyźnie i zupełnie innym już głosem powiedział: - Dobra, koniec przerwy, wracamy do roboty! Co ze sprawą McBrighta? Wchodzimy w to?
*
Późnym wieczorem tego dnia, gdy po raz kolejny przewrócił się z boku na bok, bezskutecznie usiłując zasnąć, Jack z żalem pomyślał, że nocą trudniej jest przestać o czymś myśleć niż w pracy. O czymś lub raczej o kimś... A przecież było już tak dobrze! Miał w miarę poukładane życie, pracę, całkiem spore dochody, dom, przyjaciół, pozbierał się do kupy, i proszę - znowu sam sobie wszystko komplikuje.
Kiedy skończył służbę w jednostkach specjalnych i postanowił założyć własną firmę ochroniarską, rodzice, choć nie bez obaw i oporów, zgodzili się, by podjął środki zgromadzone na jego koncie w funduszu. Dzięki temu mógł szybko wynająć lokal i zaczął szukać pracowników. Pierwszą osobą, którą zatrudnił, była Tess Parsons. Znał ją jeszcze z jednostki, gdzie była sekretarką generała.
Tess po śmierci męża długo nie mogła dojść do siebie i wtedy nagle pojawił się Jack z propozycją pracy w jego własnej firmie. To było zupełnie do niej niepodobne - rzucić dotychczasową posadę, dom i wszystkich znajomych, przeprowadzić się do Londynu i zacząć od zera w nowo powstałej firmie. Ale w tym momencie jej życia było to zbawczo szalone. Mogła przestać myśleć o sobie i swojej żałobie, o samotności i problemach, a skupić całą energię na rozkręcaniu firmy, którą od początku pomagała zakładać. To ona wymyśliła nazwę JT Security, pomagała wynajdywać potencjalnych pracowników, a także klientów. Jack zawsze wszystkim mówił, że JT znaczy "Jack i Tess". Tess wtedy tylko się uśmiechała i kręciła głową, bo nazwa miała inną genezę, ale widać było, że schlebia jej tym podkreślaniem jej wkładu w sukces firmy.
A sukces rzeczywiście odnieśli. Kilka lat ciężkiej pracy przyniosło efekty. Szybko znaleźli stałych klientów, którzy cenili sobie pełny profesjonalizm, dyskrecję i uczciwość ich pracowników. Wkrótce też ze zwykłej agencji wynajmującej ochroniarzy JT Security zmieniło się w firmę zajmującą się również ochroną obiektów, domów prywatnych i zakładaniem systemów zabezpieczeń. Jack czasem sam się dziwił, że jego mały biznes nagle okazał się całkiem spory, z kilkoma filiami, kontaktami w innych krajach i zupełnie pokaźnym kontem bankowym. Z pewnością nie osiągnąłby jednak tego sam. Miał szczęście do ludzi, stworzył wspaniały zespół współpracowników, na których mógł całkowicie polegać. To właśnie ludzie stanowili o sukcesie jego firmy. Rzetelni, uczciwi, o nieposzlakowanej opinii - fachowcy w każdym calu. To dzięki nim klienci czuli się bezpiecznie, gotowi byli powierzyć im swoje życie i dobytek. A po dobrze wykonanym zadaniu sami polecali ich swoim znajomym. Lepszej reklamy Jack nie mógłby sobie wymarzyć. Gdy na początku działalności udało mu się pozyskać kilku znanych klientów, dało to początek długiej liście sław, które później na stałe korzystały z usług jego firmy.
Jack uczciwie musiał też przyznać, że nigdy nie udałoby mu się tyle osiągnąć, gdyby nie Szef. Właściwie dopiero od momentu gdy James Tarlington dołączył do zespołu, firma zaczęła odnosić największe sukcesy, zdobywać najlepsze kontrakty. Zatrudnienie go było prawdziwym punktem zwrotnym w historii JT Security.
Szef był kiedyś dowódcą i szkoleniowcem komandosów. Jack znał go, ale słabo, tak się złożyło, że prawie nie mieli ze sobą kontaktu. Za to Tess dobrze znała Jamesa. Od czasu do czasu dzwonili do siebie, odkąd odeszła z jednostki i zaczęła pracować u Jacka. Parę miesięcy przed swoim przejściem na emeryturę James skarżył się jej, że jest za młody na bezczynność i nie ma pojęcia, co zrobi z wolnym czasem. Nie miał rodziny, wojsko było całym jego życiem. W wieku pięćdziesięciu paru lat, odwlekając ten moment, jak długo to było możliwe, musiał się jednak pożegnać ze służbą i ustąpić miejsca młodszym od siebie. Wychował wiele roczników żołnierzy, był dla nich surowym, lecz sprawiedliwym nauczycielem, niemal ojcem. Koszary były jego domem, towarzysze - rodziną. A teraz miał to wszystko zostawić i - jak radzili mu przełożeni - poszukać sobie jakiegoś hobby.
Tess wysłuchała cierpliwie tych żalów i choć nie powiedziała wtedy nic Jamesowi, ucieszyła się, że będzie mogła wreszcie wcielić w życie swój plan. Bo od dawna już rozmyślała o tym, że gdy tylko Szef będzie odchodził z wojska, należy spróbować namówić go do pracy w JT Security. Wiedziała, że taki człowiek będzie bezcennym nabytkiem dla coraz szybciej rozwijającej się firmy. Czekała tylko na odpowiedni sygnał ze strony Szefa. I wreszcie padły słowa, które od jakiegoś czasu spodziewała się usłyszeć. Teraz pozostało jej tylko przekonać do wszystkiego Jacka.
Następnego dnia z samego rana powiedziała Jackowi, że firma jest już tak duża, że potrzebny mu jest zastępca. I że ona już ma jednego kandydata na oku. Jack w pierwszej chwili trochę się zdziwił. Firma wcale nie była taka duża, ot, ledwie trzydziestu paru stałych pracowników. Ale Tess umiała go przekonać. Od jak dawna nie miał dnia wolnego? Od jak dawna narzeka, że na nic nie ma czasu? Jack musiał jej przyznać rację. Jak zawsze zresztą.
Odkąd zaczęli razem pracować, Tess matkowała mu na każdym kroku. Nawet jego własna mama śmiała się czasem, że udało mu się znaleźć za nią niezłe zastępstwo. Tess była prawie piętnaście lat starsza od Jacka i odkąd jej syn wyjechał na studia, przelała na niego sporą część swoich matczynych uczuć. Spędzali ze sobą masę czasu, poznali wszystkie swoje wady i zalety, nawzajem pocieszali się w trudnych momentach. Jack odkrył też, że na "babskiej" intuicji Tess naprawdę warto polegać. Wiele razy jej rady i sugestie pomogły mu uniknąć trudnych sytuacji. Zawsze miał ją przy sobie, zatrudniając nowych pracowników, polegał na jej zdaniu i jak do tej pory zawsze dobrze na tym wychodził. Była jego tajną bronią, podporą, prawą ręką. I oczywiście, gdy powiedziała, że potrzebny mu jest zastępca, miała rację. Coraz trudniej było mu radzić sobie z prowadzeniem wszystkich spraw i nawet mając taką pomocnicę jak Tess, nie dawał już powoli rady trzymać wszystkich sznurków.
Tak więc pewnego ranka w ciągu piętnastu minut od wejścia Tess do jego pokoju Jack posłusznie wykręcał już numer Szefa, by umówić się z nim na rozmowę. Po pięciu minutach panowie ustalili termin spotkania, a po kolejnych trzech Tess, uśmiechając się promiennie, przyniosła do gabinetu Jacka parującą filiżankę kawy i croissanta. Tak właśnie zwykle działała - szybko i skutecznie.
Potem sprawy potoczyły się gładko. James Tarlington został zastępcą Jacka i przejął na siebie większość organizacyjnych obowiązków. Obaj byli z tego układu zadowoleni. Pomimo różnicy wieku w krótkim czasie szybko znaleźli wspólny język i się zaprzyjaźnili. James odkrył, że prowadzenie JT Security daje mu nawet więcej satysfakcji niż dowodzenie w wojsku. Choć z początku obawiał się trochę nowych obowiązków, szybko okazało się, że ma do tego prawdziwą smykałkę. A poza tym, co niezmiernie ucieszyło Jacka, James miał masę kontaktów, które wielokrotnie pomagały im i ułatwiały prowadzenie firmy.
Dodatkowo dzięki obecności Jamesa Jackowi udało się wygospodarować dla siebie więcej czasu i zdecydował się nawet na dokończenie swoich przerwanych studiów. Zrobił to bardziej dla siebie, niż by zadowolić rodziców, którzy mocno przeżyli jego zerwanie z rodzinną tradycją i przerwanie nauki dla wojska, ale byli z tego faktu chyba jeszcze bardziej zadowoleni niż on sam.
Tess była przeszczęśliwa - jej duet z Jackiem przerodził się w trio z Szefem. Taki układ pasował im wszystkim. Każde z nich wnosiło do firmy inny bagaż doświadczeń, miało dryg do innych rzeczy, każde zajmowało się inną częścią działalności. Wzajemnie się uzupełniali, razem stanowili zgodny zespół, a co najważniejsze - wspólna praca dawała im wiele satysfakcji. Udało im się stworzyć w firmie taką atmosferę, że wszyscy przychodzili do pracy z radością, czekając, by spotkać się znowu z kolegami po fachu.
Jamesa, tak jak to miało miejsce w jednostce, dalej wszyscy nazywali Szefem. Jack nie miał nic przeciwko temu. Nawet dowcipkował, że to bardzo wygodne, bo gdy zdarzy się jakiś nerwowy klient ze skargą, on tylko rozłoży bezradnie ręce i odeśle go do Szefa.
- W końcu to przecież twoja firma, JT! - śmiał się pewnego popołudnia Jack, gdy razem z Tess zajadali się pizzą z pepperoni w gabinecie Szefa. - Teraz wiem, czemu Tess wymyśliła taką nazwę! Od razu planowała, że cię tu ściągnie!
Tess usiłowała coś powiedzieć, zaprotestować, ale ponieważ właśnie ugryzła spory kawałek, miała z tym problemy. Obaj panowie za to śmiali się na całe gardło, widząc jej wysiłki, by jak najszybciej przełknąć. W końcu jej się to udało i z błyszczącymi udawaną złośliwością oczami zawołała:
- Śmiej się, śmiej! Wiem dobrze, że wolisz tę wersję, niż przyznać się, skąd tak naprawdę się wzięła ta nazwa!
Jackowi rzeczywiście od razu zrzedła mina, co wywołało tylko nowy atak wesołości u pozostałej dwójki.
Bardzo szybko po zatrudnieniu Jamesa przyjął się zwyczaj, że to właśnie w jego pokoju najczęściej się spotykali. Jadali tam lunche albo zwoływali narady, albo po prostu dziwnym trafem i Jack, i Tess jednocześnie wpadali do Szefa "na słówko" oraz z "małą sprawą". Zupełnie jakby ten pokój ich przyciągał. Choć zapewne przyczyniał się do tego też charakter zajmującego go mężczyzny. Na spokój, zdrowy rozsądek i wielkie doświadczenie życiowe Szefa zawsze można było liczyć. Wiedziała o tym Tess, ściągając go do firmy, przekonał się o tym wielokrotnie Jack, a i pozostali pracownicy firmy zwykli byli ze swoimi problemami przychodzić do Szefa.
Tak więc firma świetnie prosperowała, wszystko działało jak dobrze naoliwiona maszyneria, a Jack wreszcie miał trochę więcej czasu na swoje życie osobiste. Nie żeby wcześniej żył wyłącznie pracą, ale rzeczywiście trudno było mu spotykać się ze znajomymi i przyjaciółmi tak często, jak by sobie tego życzyli, gdy większość jego energii skupiała się na firmie i pracy. Jack zawsze jednak umiał sobie zorganizować czas, tak by znaleźć go trochę na przyjemności. Był normalnym mężczyzną i lubił damskie towarzystwo. Z wzajemnością. Zdarzało się, że któraś z jego przyjaciółek na odrobinę dłużej zagościła w jego życiu, ale trzeba przyznać, że rotacja zwykle była dość duża. Poważniejsze związki jakoś się Jacka nie trzymały, a on sam nie odczuwał z tego powodu wielkiego żalu. Tak było wygodnie i ciekawie. Poza tym, jak to tłumaczył, ciągły brak czasu i zaangażowanie w sprawy firmy nie sprzyjały stałym związkom.
Tak było do czasu, gdy poznał Eve.
Eve była przepiękną kobietą, modelką. Wysoka, o długich blond włosach i wspaniałej figurze od razu zwracała na siebie powszechną uwagę. Tak samo było i z Jackiem. Od czasu do czasu Charlie - lub któryś z rozrywkowych kuzynów Jacka - wyciągał go do jakiegoś klubu i właśnie tam któregoś wieczora Jack pierwszy raz spotkał Eve. Na nią zerkali niemal wszyscy obecni panowie, a jego spod zmrużonych oczu taksowała większa część bawiących się w lokalu kobiet.
Wyglądało to tak, jakby los celowo ich ze sobą zetknął. Już pierwszą noc Eve spędziła w jego mieszkaniu. A potem spotykali się tak często, jak tylko zawodowe sprawy im na to pozwalały. Po tygodniu Eve miała już w jego mieszkaniu trochę ubrań i kosmetyków, a po niespełna miesiącu wprowadziła się tam z resztą rzeczy. Przyzwyczajona do życia na walizkach, umiała się szybko pakować. Jack był bardzo zadowolony, że dziewczyna tak szybko chciała się do niego wprowadzić, bo tylko późnymi wieczorami mieli tak naprawdę czas dla siebie, a i to nie zawsze. Eve często wyjeżdżała, ciągle biegała na castingi, przymiarki, pokazy. W domu pojawiała się jak satelita. Ale za to gdy udawało im się spędzić wspólny wieczór, było cudownie. Wtedy nareszcie mogli się sobą nacieszyć. Czasem spędzali pół weekendu, nie wychodząc prawie wcale z łóżka. Drugie pół - odwiedzając sklepy, w których Jack kupował jej ciuchy, perfumy i kosmetyki, a potem szli na imprezę do znajomych Eve z branży lub całą paczką do nocnego klubu. Żyli w ten sposób ponad pół roku. Dla Jacka był to pierwszy tak długi związek i tempo, w jakim się to wszystko toczyło, w ogóle mu nie przeszkadzało. Może tylko czasami, gdy był już bardzo zmęczony i chętniej spędziłby spokojny wieczór w domu, niż wyruszał w kolejną rundę po klubach, myślał, że szkoda, że Eve nie jest jednak trochę starszą i trochę mniej rozrywkową dziewczyną. Ale gdy tylko zostawali sami i młoda, cudownie piękna Eve, chichocząc, ciągnęła go do sypialni, myślał, że nie ma na świecie większego szczęściarza od niego i nie zamieniłby swojej szalonej klubowiczki na żadną inną.
Zaczął też myśleć, że po niemal roku znajomości mężczyzna trzydziestopięcioletni powinien chyba poważniej popatrzeć na swój związek. Pod nieobecność Eve (a widywał ją teraz naprawdę rzadko, czasem tylko raz lub dwa razy w tygodniu) zaczął się rozglądać za domem. Od jakiegoś czasu marzył po cichu o prawdziwym domu z ogrodem na przedmieściach, a nie tylko o wygodnym mieszkaniu w apartamentowcu. Przeglądał różne oferty i poprosił Tess o pomoc w wyszukaniu czegoś odpowiedniego. Duży, przestronny dom dla niego i Eve, dla ich rodziny. Miał przecież taki majątek, że nie musiał się specjalnie przejmować ceną. Chciał naprawdę pięknego domu. Nikomu o tym nie powiedział, ale zaplanował, że jak już kupi odpowiednią posiadłość, zabierze tam Eve, oprowadzi ją po całym wnętrzu i ogrodzie, a na koniec się jej oświadczy. Potrzebował już tylko odpowiedniego lokum, bo pierścionek zaręczynowy kupił jakiś czas temu.
Jego matka co prawda miała nadzieję, że gdy syn trafi wreszcie na swoją drugą połówkę, podaruje jej pierścionek, który od pokoleń przekazywano sobie w rodzinie jej męża. Ale Jack znał gust Eve i wiedział, że zabytkowy, delikatny pierścionek z małym brylantem raczej się jej nie spodoba.
Jack potrzebował już teraz tylko domu. Tess oczywiście i tym razem okazała się nieocenioną pomocnicą, bo to właśnie ona znalazła idealne lokum dla Jacka. Gdy pewnego popołudnia pojechali oglądać dom, stwierdzili, że wystarczy niewielki remont i będzie się można od razu wprowadzać. Jack, nie namyślając się wiele, podpisał umowę i zlecił wykonanie koniecznych przeróbek. Czekał już teraz tylko na powrót Eve z kolejnego wyjazdu i chciał jak najszybciej wcielić swój plan z zaręczynami w życie.
Wracając tego wieczoru do domu, Tess nie podzielała jego entuzjazmu i optymizmu. Parę razy próbowała już wcześniej delikatnie z nim porozmawiać o Eve i tym wszystkim. Ale tym razem Jack był głuchy na jej uwagi, że może wszystko dzieje się trochę za szybko i że powinien najpierw zapytać Eve, czy pomysł z domem się jej spodoba.
Szczerze powiedziawszy, Tess nie przepadała za Eve. Widziały się co prawda tylko parę razy, i to na krótko, ale to wystarczyło, by wyrobić sobie zdanie na jej temat. Co do Jacka - nie było wątpliwości, jak bardzo jest zakochany lub raczej zapatrzony w swoją dziewczynę. Tess miała jednak spore obawy, że o Eve nie można powiedzieć tego samego. Dla Tess była ona z Jackiem głównie dlatego, że zapewniał jej bardzo wygodne życie i sponsorował wszystkie kosztowne zachcianki. Dzięki niemu miała komfortowe mieszkanie w centrum miasta i nie musiała się martwić o takie przyziemne sprawy jak zakupy, gotowanie czy sprzątanie. Mogła skupić się na swojej karierze modelki. Tess bała się, że w tym związku to Jack jest osobą, która więcej daje i bardziej kocha. I o tym właśnie próbowała z nim porozmawiać. Tyle że odkąd byli razem, Jack stał się innym człowiekiem, zaślepionym urodą swojej partnerki. Pewnych rzeczy nie widział lub wolał nie zauważać. Nie można było z nim porozmawiać tak jak kiedyś. Tess coraz bardziej martwiła się o przyszłość swojego przyszywanego syna, bo tak właśnie myślała o Jacku. Miała wrażenie, że Jack coraz bardziej oddala się od niej i od Jamesa. Z pewnością była to naturalna kolej rzeczy i gdyby chodziło o inną dziewczynę niż Eve, Tess nie widziałaby w tym nic złego. Tyle że na sam dźwięk imienia partnerki Jacka u Tess zapalały się wszystkie lampki alarmowe i na próżno próbowała przekonać samą siebie, że wszystko samo się jakoś ułoży i że ostatecznie Jack wie, co robi.
O swoich obawach Tess rozmawiała już wcześniej z Szefem, który niemal całkowicie się z nią zgadzał. On też uważał, że Eve nie jest dla Jacka odpowiednią dziewczyną, miał jednak nadzieję, że z czasem dorośnie i dojrzeje. Sam też parę razy próbował porozmawiać z nim o jego związku, ale po pierwsze, brakowało mu kobiecego wyczucia Tess, by dobrze ubrać swoje myśli w słowa, a po drugie, już po kilku zdaniach zorientował się, że cokolwiek by próbował powiedzieć, nie dotrze to do zakochanego przyjaciela, nie przekona go. Co najwyżej mógł go tylko zirytować swoim wtrącaniem się. James zrezygnował więc z prób i zostawił Tess wolną rękę.
Jednak tym razem nawet ona nie wiedziała, jak się zabrać do sprawy. W akcie desperacji zadzwoniła nawet do Patricii Gordon, matki Jacka, z którą od dawna pozostawały w serdecznych stosunkach. Podczas luźnej pogawędki Tess dowiedziała się, że oboje rodzice Jacka cieszą się, że syn nareszcie znalazł sobie dziewczynę na stałe. Żałują tylko, że nie udało im się jeszcze poznać Eve, bo sprawy zawodowe nie pozwoliły jej jak dotąd przyjechać do nich w odwiedziny.
Nie można powiedzieć, żeby Tess była zadowolona z takiego wyniku rozmowy. Spodziewała się czegoś więcej, jakiegoś punktu zaczepienia, pomocy ze strony matki Jacka. Tymczasem wszystkie jej nadzieje spełzły na niczym i teraz naprawdę już nie wiedziała, co robić. I czuła się z tym okropnie. Zawsze do tej pory umiała sobie poradzić z wszelkimi problemami życia, zawsze znajdowała jakieś rozwiązanie. Nawet gdy jej świat zawalił się po śmierci męża, udało się jej uporać ze wszystkim - pojawił się Jack ze swoją nową firmą i to pomogło się jej wyrwać z depresji i na nowo wziąć stery w swoje ręce. Tym bardziej irytowała ją obecna sytuacja, jej własna bezsilność. Czuła, że tym razem skazana jest tylko na rolę widza, oglądającego biernie nieuchronnie zbliżający się dramat bliskiej osoby. Bo przeczucie, że sprawy kierują się w stronę nieszczęśliwego finału, nie opuszczało jej teraz nawet na chwilę.
Za to Jack, szczęśliwy po pomyślnie zakończonej transakcji, wracał do swojego mieszkania cały w skowronkach. Po drodze ciągle planował, jak to będzie oprowadzał Eve po nowym domu i ogrodzie. Oczyma wyobraźni widział już jej zachwyt, był pewny, że od razu sama będzie chciała dopilnować przeróbek. I pewnie będzie miała masę pomysłów na wykończenie wnętrz. Ależ się dziewczyna ucieszy z takiej niespodzianki!
A potem nagle wszystko się zawaliło...
Gdy tylko przestąpił próg mieszkania, od razu zobaczył walizki ustawione w hallu. Ucieszył się, że Eve tak szybko wróciła. Ruszył do sypialni i wtedy zobaczył ją, jak pakuje swoje rzeczy. Zdziwiony zapytał, dokąd tym razem wyjeżdża, bo przecież dopiero co przyjechała. A Eve odparła lekko, że do Ameryki. Poznała pewnego znanego fotografa i jego zdaniem zrobi większą karierę za oceanem. Więc z nim wyjeżdża. Na stałe. Po resztę jej ubrań później ktoś się zgłosi. Ona teraz zabierze tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Jack był w szoku. Ledwie był w stanie zadawać pytania: jak to? dlaczego? Przecież są razem, są parą. Nie mówiła wcześniej, że planuje wyjazd na stałe za granicę, a teraz... tak nagle... Ale Eve zachowywała się tak, jakby nic wielkiego się nie stało. Ot, po prostu dobrze im się do tej pory razem żyło, ale przecież oboje wiedzieli, że to tylko taki wygodny układ. Teraz ona ma szansę zrobić prawdziwą karierę i nie ma zamiaru tego zmarnować.
Nim Jack zdążył dojść do siebie, Eve cmoknęła go na pożegnanie w policzek, wstawiła walizki do windy i już jej nie było. Naprawdę umiała się szybko pakować...
Przez następnych parę dni Jack żył jakby w transie. Pracował, dużo pracował, jadł, spał, chodził i rozmawiał z ludźmi, ale wszystko to robił machinalnie. Jak robot zaprogramowany tylko na najprostsze czynności. Przyjaciele starali się mu pomóc, otoczyć go opieką, ale on odsuwał się od nich. Nie chciał nawet przychodzić do pokoju Szefa na lunch. Wolał być sam. Musiał sam sobie z tym poradzić.
Najboleśniej było przyznać się sobie do własnej głupoty. Jak teraz żałował, że nie posłuchał Tess. A przecież próbowała go ostrzec! Że też nie zauważył, jaka rzeczywiście była Eve. Tak naprawdę wcale jej nie znał! Byli ze sobą prawie od roku, ale widywali się tak rzadko, tak mało ze sobą rozmawiali, tak niewiele o niej wiedział. Wystarczały mu upojne noce i błogie weekendy. Co za głupiec! To był tylko seks! Zwłaszcza dla niej, tylko seks... A on widział w tym uczucie i myślał, że to prawdziwy związek, chciał się oświadczyć, żenić! A właściwie nigdy nie rozmawiał z nią o przyszłości. Po prostu żyli sobie z dnia na dzień, od spotkania do spotkania, od nocy do nocy. Cholera! Jaki był ślepy!
Potem, powoli, z pomocą cierpliwych przyjaciół udało mu się pozbierać. Zaczął wracać do dawnego rytmu życia. Nauczył się nawet rozmawiać o całej tej bolesnej historii. Najpierw tylko z Tess i Szefem, a po jakimś czasie zebrał się nawet i pojechał opowiedzieć wszystko swoim rodzicom. To był chyba najtrudniejszy moment, bo ci, niczego nieświadomi, spodziewali się raczej zobaczyć wkrótce syna z narzeczoną niż usłyszeć o nagłym zerwaniu. Ale cóż, trzeba było powiedzieć im prawdę.
Wrócił do dawnego życia. Praca na pierwszym miejscu, wypróbowani przyjaciele i od czasu do czasu jakaś niezobowiązująca przygoda. Najwyraźniej stary system najlepiej mu służył. Charlie (do spółki z kuzynami Jacka) robił co mógł, żeby na nowo go rozruszać, sprawić, by zapomniał o przeszłości, wciągnął się w wir imprez i poznawał jak najwięcej nowych ludzi (no dobra - kobiet). Tyle że teraz wszystko było jakby inne. I podświadomie Jack czuł, że próbuje sam siebie oszukać, wracając do starych nawyków. Nie nadawał się już do tego, nie pasowało mu tamto rozrywkowe towarzystwo.
Po prostu robię się na to za stary, pomyślał sobie któregoś dnia. Trudno, trzeba się z tym oswoić, nie ma rady.
Żył teraz zdecydowanie wolniej i spokojniej. Postanowił, że zatrzyma kupiony dom, ostatecznie, jak twierdził kuzyn Mason, to bardzo dobra lokata kapitału. Co jakiś czas jeździł tam, doglądał remontu, wprowadzał coraz to nowe ulepszenia. Zajął się nawet ogrodem. Odkrył, że grzebanie w ziemi to całkiem niezły relaks. W końcu zdecydował się na przeprowadzkę. Sprzedał swój apartament, za to w budynku, gdzie JT Security miało biura, kazał przygotować dla siebie niewielkie mieszkanie na ostatnim piętrze.
Parę lat wcześniej Szef i jeden z kuzynów Jacka, Mason właśnie, czyli rodzinne guru od spraw finansowych, przekonali go, by wykorzystać okazję i wykupić cały budynek. Na parterze wciąż mieściły się sklepy, całe pierwsze piętro wynajmowała kancelaria adwokacka, która prowadziła też sprawy agencji. Za to pozostałe cztery piętra zajmowało już tylko JT Security. Na drugim i trzecim były biura, na czwartym znajdowały się sale ćwiczeń, siłownie, magazyny, a na piątym przygotowano kilka mieszkań. Korzystali z nich pracownicy firmy, a czasem przyjezdni goście. Jedno z tych mieszkań Jack postanowił zająć, by nie tracić czasu na codzienne dojazdy z domu do firmy.
Minęło trochę czasu i Jack zaczął się przyzwyczajać do takiego stanu rzeczy. Właściwie czuł się prawie szczęśliwym człowiekiem. Może nie było to wielkie szczęście, ale jednak. Czasem, gdy się nad tym zastanawiał, myślał, że inni mogliby mu pozazdrościć tego, co w życiu osiągnął. Miał własną firmę, przyjaciół, rodziców, dom, czasem czuł się zupełnie zadowolony z życia. Najbardziej cenił sobie czas spędzany z Tess i Jamesem. Właściwie byli prawie nierozłączni, spędzali całe dnie razem, w pracy i poza nią. Nawet w weekendy zapraszał ich do swojego domu lub wybierali się gdzieś razem za miasto. Osiągnął wreszcie spokój i wewnętrzną równowagę. O Eve myślał już teraz coraz rzadziej. Prawie wcale. Tak, nareszcie wypłynął na spokojne wody.
W ten właśnie sposób myślał Jack pewnego wiosennego dnia, jedząc samotnie lunch w swoim gabinecie. Szef zabrał wtedy Tess na obiad do restauracji. Dzień wcześniej w trójkę oglądali w telewizji mecz piłkarski i James założył się z Tess o wynik. Stawką miał być obiad. Gdy drużyna Tess wygrała, James szarmancko zaprosił ją do jednej z najbardziej eleganckich restauracji w mieście.
- Ciekawe, co dobrego zamówili - zastanawiał się Jack. - A ja tu sam wcinam zwykłe kanapki! - mruknął cierpiętniczo do siebie, podchodząc do okna.
W dodatku wiedział, że przez następne trzy tygodnie będzie jadał samotnie - bez Tess i Szefa. I ta myśl wcale nie poprawiała mu humoru. Już jutro Tess miała wyjechać w odwiedziny do swojego syna, a Szef musiał przypilnować paru spraw w paryskim oddziale. Jack jakoś dziwnie się teraz poczuł, gdy został sam w swoim pokoju w porze lunchu. Ostatnio jadł tu sam ponad pół roku temu, po rozstaniu z Eve. I teraz niepotrzebnie znów sobie o tym wszystkim przypomniał. Mógł oczywiście wyjść gdzieś na zewnątrz, ale nie miał na to specjalnej ochoty, albo dołączyć do reszty zespołu, ale przypomniał sobie, że przecież Charlie wyjechał, Nat jest na zleceniu w Bristolu, a pozostali też pracują poza firmą. Nawet wynajęta sekretarka, przygotowująca się do zastępstwa za Tess, wyszła na zewnątrz. Więc nie pozostało mu nic innego, tylko wrócić do starych nawyków i zjeść w samotności, wyglądając przez okno.
O tej porze na skwerze po drugiej stronie ulicy zaczynało pojawiać się coraz więcej ludzi, którzy chcieli spędzić lunch na wolnym powietrzu. Nareszcie zrobiło się trochę cieplej, słoneczniej i amatorzy spaceru chcieli wykorzystać tę nieczęstą w Londynie pogodę. Wielu z odwiedzających park Jack traktował jak starych znajomych. Na przykład młoda opiekunka z wózkiem dziecięcym bywała w tym miejscu prawie zawsze o tej porze. Albo starszy pan z cairn terrierem, który przychodził tu regularnie trzy razy dziennie, nawet jeśli pogoda nie była zbyt ładna.
Jack przyglądał się wszystkim tym ludziom, których kiedyś tak często obserwował z okna. Oni nie mieli o nim pojęcia, a on w pewnym sensie ich znał. Gdy dochodził do siebie po sprawie z Eve i wolał spędzać czas samotnie w swoim gabinecie, jego ulubioną rozrywką stało się oglądanie parku za oknem. W tym czasie dobrze poznał stałych bywalców skweru. Wiedział, że starszy pan z małym terierem zrobi rundkę dookoła parku, potem usiądzie na chwilę na ławce, a następnie ruszy dalej.
Starszy pan podchodził właśnie do swojej ulubionej ławki, ale tym razem była zajęta. Już chciał odejść, poszukać innej, gdy siedząca na ławce dziewczyna uśmiechnęła się do niego, przesunęła na brzeg i gestem zaprosiła, by się do niej przysiadł. Staruszek uśmiechnął się z wdzięcznością, kiwnął głową i usiadł. Mały terier przyskoczył do dziewczyny, chciał koniecznie powąchać trzymane przez nią pudełko ze śniadaniem. Pan chciał go odgonić i pewnie skrzyczeć, ale dziewczyna ze śmiechem pogłaskała pieska po rozczochranym łebku. Widać było, że pyta o coś, a gdy starszy pan się zgodził, wyjęła z pudełka kanapkę, otworzyła ją, wyciągnęła ze środka plasterek jakiejś wędliny i podała psu. Oboje zaśmiali się, gdy zwierzak błyskawicznie połknął kąsek, a potem podskoczył z powrotem do dziewczyny, oparł się przednimi łapkami o jej kolana i prosił o więcej. Pan uznał jednak, że już dość tego dobrego, i nie zgodził się na drugi plasterek dla pupila.
Racja, pomyślał Jack, za chwilę dziewczyna nie będzie miała co jeść! I sam ugryzł swoją kanapkę. Żuł powoli, a tymczasem starszy pan i jego towarzyszka rozmawiali. Potem ona, zachęcona najwyraźniej przez mężczyznę, zabrała się za swoją kanapkę. Cairn terrier nie spuszczał z niej oka. Zabawnie było obserwować, jak kiwa głową za każdym ruchem jej ręki.
Dziewczyna i właściciel psa, pochłonięci ożywioną rozmową, nie zwracali teraz zbyt wiele uwagi na małego smakosza. Jack zastanawiał się, kiedy piesek w końcu nie wytrzyma i porwie resztę kanapki. Widać było wyraźnie, że ma na to wielką ochotę.
Po jakimś czasie dziewczyna zerknęła na zegarek, szybko spakowała swoje rzeczy, pożegnała się z panem i pieskiem i odeszła.
Tak się jakoś złożyło, że następnego dnia Jack znów spędził przerwę w swoim gabinecie. Wyjrzał przez okno i znów zobaczył tę samą dziewczynę. Pomyślał, że pewnie skwer ma nową stałą bywalczynię. Może nawet przychodzi tu już od dawna, tylko on o tym nie wiedział. To miło mieć nową "znajomą". Od tego dnia zawsze czekał z rozpoczęciem przerwy na lunch na pojawienie się "dziewczyny z parku". Miał teraz zastępcze towarzystwo - oni w parku, on przy oknie. Z lornetką w ręku! Tak w końcu było o wiele łatwiej przyjrzeć się dziewczynie.
Przez następnych kilka dni codziennie przychodziła do parku na lunch. Spotykała się ze starszym panem od teriera, siadali razem na ławce albo spacerowali wolno, jeśli akurat nie było wolnego miejsca. Któregoś dnia dołączyła też do nich opiekunka z wózkiem.
Przecież to nic złego, tłumaczył sam sobie Jack, gdy pierwszy raz grzebał w szufladzie w poszukiwaniu starej wojskowej lornetki. Park to miejsce publiczne. Nie zaglądam nikomu w okna!
Stojąc przy oknie z lornetką w jednej ręce i kanapką w drugiej, spędzał tak teraz niemal całą przerwę na lunch. Nareszcie mógł się dokładniej przyjrzeć dziewczynie. Była drobna, niewysoka i z pewnością nie rzucała się w oczy tak jak Eve. Była raczej niepozorna. Jasnobrązowe włosy zawsze miała upięte w koczek, ale widać było, że lekko falują. Dwa pasma po bokach puszczała wolno i czasem poprawiała je, zakładając za uszy.
Pewnego dnia, gdy spotkała się z opiekunką do dziecka, Jack mógł się jej dobrze przyjrzeć. Stały obie na skraju parku, blisko jego biura. Opiekunka chciała chyba nakarmić dziecko i poprosiła, by dziewczyna na chwilę potrzymała małego (bo sądząc po niebieskim ubranku, był to chłopiec). Niania szukała czegoś w wózku, a tymczasem dziewczyna trzymała chłopczyka na rękach. W pewnej chwili odwróciła się w stronę Jacka. Chciała pokazać dziecku stadko gołębi, które akurat poderwało się do lotu. Podniosła głowę, ręką wskazywała ptaki i przez chwilę Jack miał wrażenie, że patrzy wprost na niego. Miała drobną twarz i wielkie, jasne oczy. Szare, a może niebieskie? Nie wiedział. Ale gdy patrzył na jej twarz, na uśmiech, na czuły gest, kiedy pochyliła głowę, by czołem dotknąć główki dziecka, poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele. Ta dziewczyna wyglądała na, nie umiał tego nazwać inaczej, po prostu dobrą osobę. Tak, na pewno jest dobrym człowiekiem. To po prostu było widać. W jej twarzy, zachowaniu i ruchach było tyle serdeczności, szczerości... Ciekawe, czy naprawdę taka jest...
Od tamtego dnia Jack jeszcze częściej myślał o dziewczynie z parku. Nie tylko w porze lunchu. Zastanawiał się, kim jest, jak ma na imię, co robi, jaki ma głos. Czy naprawdę jest tak dobra, jak mu się wydaje, sądząc tylko po wyglądzie? A może się myli? W końcu tak bardzo się pomylił, gdy chodziło o Eve! Tak zwodnicza uroda i całkowicie odmienny od niej charakter mogą przecież iść w parze! Już raz tego doświadczył...
Niezależnie od tego, kim była Nieznajoma z Parku i jaka była jej prawdziwa natura, wystarczyło, że pojawiła się o zwykłej porze przed oknem Jacka i od razu dzień stawał się piękniejszy. A sam Jack uspokajał się, zupełnie jakby jej obecność tam, na dworze, wpływała na jego nastrój. Po prostu od razu czuł się lepiej.
Myślał o dziewczynie bardzo często, ale przekonywał siebie, że to tylko czysto akademickie rozważania, na ile wygląd odzwierciedla prawdziwy charakter osoby. I czy patrząc na kogoś, można się dowiedzieć, jakim naprawdę jest człowiekiem. Ta kwestia pozostawała dla niego nierozstrzygnięta.
Na wszelki wypadek postanowił kontynuować swoje obserwacje. Każdego dnia oczekiwał pory lunchu. Zostawał wtedy sam w swoim gabinecie. Nie odczuwał już teraz tak dotkliwie braku towarzystwa Tess i Szefa. Lornetka była gotowa do wyjęcia z górnej szuflady biurka. Kanapka leżała już rozpakowana. Czekał tylko na "swoją" dziewczynę z parku.
Od jakiegoś czasu zaczął ją w myślach nazywać "swoją", zupełnie jakby nabył jakieś abstrakcyjne prawo własności do niej. Albo przynajmniej miał patent na wyłączność obserwowania jej. Znalazł na to niezłe wyjaśnienie - dziewczyn w parku jest przecież wiele, a jego interesuje tylko ta jedna. Nie znał jej imienia, nie miał więc jak inaczej jej nazywać. Wszystko to było zupełnie logiczne.
Wszystko było logiczne i wszystko pozostawało w sferze rozważań akademickich do dnia, gdy nagle dziewczyna nie pojawiła się w parku. Ani o stałej porze, ani później. Po prostu pewnego dnia nie przyszła. Wcale. Starszy pan z terierem długo spacerował i rozglądał się dookoła, wypatrując swojej znajomej. W końcu, dużo później niż zwykle, opuścił park. Jack też na próżno czekał. Z lornetką w ręku maszerował tam i z powrotem wzdłuż okna - i nic. Narastało w nim tylko rozdrażnienie.
Tego dnia po południu jego pracownicy kilka razy w zdumieniu spoglądali po sobie, gdy spokojny zwykle Jack nagle bez wyraźnego powodu stał się burkliwy. Tłumaczyli to sobie przeciągającą się nieobecnością Tess i Szefa. Może przytłoczył go nawał obowiązków? Chyba nie, bo aż tyle się ostatnio w firmie nie działo... Niemniej było to co najmniej dziwne. Nawet po rozstaniu z Eve Jack tak się nie zachowywał. Wtedy był raczej przygaszony, nieobecny, a teraz...?
Drugiego dnia jednak wszystko wróciło do normy. Jack odetchnął. Dziewczyna przyszła! Przyszła, i to nawet nie sama, a z jakąś przyjaciółką o egzotycznej urodzie. Szybko zjadły chińszczyznę i gdzieś pobiegły. Jack niechętnie musiał się przyznać, że te ledwie parę minut, które spędziła tego dnia w parku, to stanowczo za mało jak dla niego. Zwłaszcza że wczoraj nie było jej wcale! I ta przyjaciółka! Od razu zabrała ją gdzieś dalej. Pewnie na zakupy. Albo do jakiejś kawiarni? Zupełnie jakby nie mogły sobie spokojnie zjeść lunchu w parku!
Jack z roztargnieniem potrząsnął głową. Zawsze był rozsądnym człowiekiem. Co teraz w niego wstąpiło, że nieobecność "dziewczyny z parku" tak go zirytowała? Najwyraźniej historia z Eve rozstroiła go bardziej, niż chciałby się do tego przyznać. Ale sobie wymyślił! Może to dlatego, że nie było Tess ani Szefa? Gdyby oni byli w firmie, jak zwykle jadaliby razem śniadania w gabinecie Jamesa. A tak musiał jadać sam u siebie. A właściwie to przecież wcale nie musiał, bo wystarczyło pójść do pokoju chłopaków! Ale nie, wymyślił sobie, że zostanie w swoim pokoju. Miał być lunch w towarzystwie "znajomych - nieznajomych" z parku! Bzdura, tak naprawdę przecież od początku chodziło mu tylko o dziewczynę, a nie staruszka z psem czy opiekunkę z dzieckiem. Znów siebie oszukiwał.
Może to wszystko dlatego, że od jakiegoś czasu był sam? Ale przecież nie chciał się teraz w nic angażować. To obserwowanie dziewczyny było jakby zastępstwem za prawdziwy związek. Bardzo bezpiecznym zastępstwem. W końcu niczego nie ryzykował. Ale też nad niczym nie miał kontroli. Nie wiedział, kiedy przyjdzie ani też kiedy nie pojawi się wcale. Bez sensu.
- Czas z tym skończyć - powiedział sobie stanowczo Jack. To była jakaś obsesja, ale koniec z tym. - Od jutra nie będę więcej jej oglądał!
Takie powziął postanowienie i miał zamiar się go trzymać. Jakiś samokrytyczny głos w środku powiedział mu jednak, że łatwiej mu przyszło wyrzec się swojego lunchowego rytuału, wiedząc, że od następnego dnia wraca Szef, a za parę kolejnych dni przyjdzie do pracy Tess. Tak więc miał nieco ułatwione zadanie.
Gdy następnego ranka Szef wkroczył raźno do biura, Jack od razu poczuł się lepiej. I nie chodziło tu tylko o jego postanowienie. Naprawdę stęsknił się za przyjacielem, bardzo brakowało mu już jego towarzystwa. Poza tym wiele spraw w pracy leżało odłożonych, czekając na jego powrót. Trzeba było masę tematów obgadać, pozałatwiać. Właściwie tego dnia po raz pierwszy od trzech tygodni Jack zapomniał o lunchu i o parku. Mieli tyle pracy, że gdy skończyli, było już późne popołudnie. I Jack ze zdziwieniem, a nawet z lekką ulgą stwierdził, że przegapił porę, w której dziewczyna zwykle przychodziła. Czyli jednak można się bez tego obejść, myślał sobie krzepiąco.
Następny dzień był już nieco luźniejszy. Starym zwyczajem zasiedli razem z Szefem do lunchu. Jednak gdy w którymś momencie Jack wstał, by wyrzucić opakowanie, jego wzrok, zupełnie bez udziału jego woli, podążył do parku za oknem. Szef miał ze swego gabinetu nawet lepszy widok niż on. Tutaj drzewa nie przysłaniały tak parku, podczas gdy w jego własnym pokoju trzeba się było teraz dobrze ustawić, by znaleźć wolne miejsce między gałęziami. Rzucił tylko krótkie spojrzenie na park i natychmiast dostrzegł znajomą sylwetkę. Jest! To wystarczyło. Wrócił na swoje miejsce przy biurku i kontynuował pogawędkę. Pomyślał, że jednak jest w stanie nad sobą zapanować. Co prawda zerknął na park, ale tylko przelotnie i od razu się odwrócił. Niepokojące było jedynie to, że już sama świadomość, że dziewczyna jest tam, w parku za oknem, przyniosła mu od razu taką ulgę i spokój.
Przez następne dni Jack mocno się kontrolował. Wróciła Tess, w biurze jakby wszystko nagle ożyło. Ludzie byli weselsi, Szef tryskał humorem. Stare, dobre czasy wróciły. Znów jadali razem w gabinecie Jamesa. Śmiali się, dowcipkowali. I tylko Jack co jakiś czas wynajdywał pretekst, by podejść do okna i sprawdzić, czy dziewczyna się pojawiła. Nie robił tego codziennie, ale czasem po prostu nie mógł się opanować. Ze wszystkich sił starał się tylko, by nikt się niczego nie domyślił. Ostatecznie podglądanie przez okno Nieznajomej nie jest specjalnym powodem do dumy.
Minęło parę tygodni, a on wciąż myślał o dziewczynie z parku. Był już spokojniejszy. Cóż, jeśli to była jego obsesja, to w końcu jakoś sobie z tym radził. Sam nie wiedział, czemu tak mu zależy, żeby choć przez moment ją zobaczyć. Upewnić się, że dalej przychodzi do parku. Może chodziło o to, że jeśli przychodzi, to wszystko u niej w porządku? Dobrze wygląda, więc dobrze się czuje. A wtedy i on lepiej się czuł. Gdyby nie przyszła, mogłoby to oznaczać, że coś się jej stało. A Jackowi w jakiś kompletnie irracjonalny sposób bardzo zależało, żeby nieznajoma dziewczyna była szczęśliwa.
Czas mijał, Nieznajoma pojawiała się prawie codziennie. Wszystko układało się dobrze, aż pewnego dnia Tess przyłapała go z lornetką w ręku w gabinecie Szefa. Oczywiście była trochę zaskoczona faktem, że Jack obserwuje stamtąd skwer, ale on szybko pokazał jej śmiesznego terierka aportującego piłkę i potem oboje przez chwilę przyglądali się jego harcom.
Gdy później Tess wyszła z pokoju, Jack odetchnął z ulgą, że udało mu się jakoś wytłumaczyć tę sytuację. Odkąd drzewa pokryły się liśćmi, widok na park z jego okna był niemal całkowicie przysłonięty i Jack chciał wykorzystać nieobecność Jamesa, by zerknąć na "swoją" dziewczynę. Całe szczęście, że Tess uwierzyła, że patrzył na bawiącego się psiaka. Mimo że zwykle mówił jej niemal o wszystkim, teraz nie wyobrażał sobie, by mógł się jej przyznać, że od dłuższego czasu prawie codziennie podpatruje z okna jakąś kompletnie obcą dziewczynę! Na przyszłość trzeba być bardziej ostrożnym, postanowił.
Nie mógł wtedy wiedzieć, że Tess nie dała się zwieść historyjce z psem. Nie po tym, jak zobaczyła wyraz jego twarzy, gdy weszła do gabinetu. Wyglądał jak sztubak przyłapany na gorącym uczynku! Jakby coś przeskrobał! Albo podglądał przez okno przebierającą się dziewczynę! Czyli jednak w jego życiu coś się ruszyło. Ale co? Z okien biura raczej nie można było podglądać nikogo z budynków po drugiej stronie parku. Za daleko, nawet przez lornetkę, no i widok przysłaniają drzewa. Zresztą to zupełnie nie w stylu Jacka, żeby kogoś podglądać! No w każdym razie nie prywatnie, poza pracą. Więc pewnie patrzył na coś w parku. Na coś lub raczej na kogoś... W Tess zrodziła się nadzieja, że może nareszcie Jack się kimś na poważnie zainteresował. I oby tym razem była to jakaś naprawdę porządna, wartościowa dziewczyna...
Pomimo postanowienia, że należy zachować daleko posuniętą ostrożność, Jackowi trudno było wprowadzić tę zasadę w życie. Jedynym miejscem, z którego można było teraz obserwować skwer, był gabinet Szefa. A nie można było przecież starać się, by James przebywał w nim jak najmniej. (Choć i taka szalona myśl przemknęła przez głowę Jacka). Jedynym wyjściem było wykorzystanie starego zwyczaju jedzenia lunchu w jego gabinecie. I wtedy dało się jakoś przypadkiem zerknąć za okno. Tyle że niestety bez lornetki. Ale cóż, dobre i to.
Jack starał się jak mógł, ale w końcu nawet James zwrócił uwagę na dziwne zachowanie przyjaciela w porze śniadaniowej - spacery po pokoju, wyrzucanie do kosza każdej niepotrzebnej rzeczy po kolei, tak jakby nie dało się ich zebrać razem i wyrzucić za jednym zamachem, przysiadanie bokiem na parapecie, wyglądanie przez okno. Pewnego dnia, gdy w trójkę kończyli posiłek, a Jack po raz szósty wstał, by wyrzucić do kosza papierek po batoniku, James nie wytrzymał:
- Co cię nagle opętało z tymi porządkami, Jack? Najpierw wyrzuciłeś swoje opakowanie, potem moje, potem Tess, potem zużytą kartkę, potem mój papierek po batonie, potem swój. A teraz widzę, że czatujesz, żeby Tess nie wstała i sama nie wyrzuciła swojego! Co jest? Dopadła cię nagle nerwica natręctw czy co? - Patrzył na Jacka z uniesionymi brwiami i wyraźnym rozbawieniem.
Jack spojrzał na niego zdezorientowany i zaskoczony. Więc jednak kiepsko mu ta gra wychodzi. Cholera.
- Nie... ja tylko... no wiesz... - zająknął się, bo nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. - Tak tylko, chciałem posprzątać...
- Jasne! Od kiedy to z ciebie taki porządnicki, co? - James zaśmiał się z powątpiewaniem i zerknął pytająco na Tess. - Nie wiesz, co się z nim dzieje?
Tess posłała Szefowi zniecierpliwione spojrzenie kobiety, "która wie lepiej", i przekręciła głowę w stronę okna.
- Daj mu spokój, James! Zostaw chłopaka! - Jej instynkty macierzyńskie od razu odezwały się ze wzmożoną siłą. Trzeba bronić przyszywanego syna! - Skoro Jack chce zachować tę sprawę dla siebie, to tak zostanie.
- Ale jaką sprawę?! - James patrzył w zdumieniu to na Jacka, to na Tess. - Jaką sprawę? Co tu się dzieje? - zapytał już spokojniej.
Jack stał przy oknie i patrzył na Tess takim wzrokiem, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. Ona wiedziała! Znowu wszystko wiedziała! A jeśli jeszcze nie wiedziała wszystkiego, to w każdym razie domyślała się wystarczająco dużo.
Tess, przechyliwszy lekko głowę, popatrzyła na Jacka ciepłym, matczynym spojrzeniem i uśmiechnęła się krzywo. Jej oczy przepraszały, że wie o czymś, o czym on raczej nie chciał, by się dowiedziała. Ale też zapewniły go, że jego tajemnica jest bezpieczna i że ona nikomu o niej nic nie powie. Nawet Szefowi.
Jack westchnął, pokręcił się niezdecydowany po pokoju i w końcu z rezygnacją popatrzył na swoich przyjaciół.
- No dobra... Nie ma co wymyślać... Zresztą i tak zdaje się, że Tess już wszystko wie... - Spojrzał na sekretarkę, a w jego wzroku nie było wyrzutu, tylko spokój mężczyzny pogodzonego z faktem, że przed pewnymi kobietami niczego nie da się ukryć.
- Ale co Tess wie? - dociekał niecierpliwie James. Teraz zaniepokoił się już nie na żarty. Jego twarz nagle lekko stężała i aż odchylił się na krześle. - Tylko mi nie mów, że Eve wróciła!
- Nie, nie, to nie to... - uspokajał go Jack, kręcąc głową. - To nie to... - Wziął głęboki wdech i zaczął im opowiadać o dziewczynie z parku.
Oboje słuchali go w ciszy. Oczywiście dla Tess nie było żadnego zaskoczenia, za to Szef robił coraz większe oczy. Nie chodziło mu zupełnie o to, że Jack znów się kimś poważniej zainteresował, bardzo dobrze, że tak się stało. Raczej o to, że nie robił nic, by dziewczynę naprawdę poznać. Przecież wystarczyło pójść do parku i ją zagadnąć, a nie tkwić tu, przy oknie, z lornetką! To jakaś bzdura, żeby się tak zachowywać. Ostatecznie Jack nie jest jakimś postrzelonym podglądaczem, więc o co chodzi? Gdy tylko Jack skończył swoją opowieść, James od razu mu to powiedział.
- To nie tak, James. - Jack uśmiechnął się z zakłopotaniem. - Wystarczy mi, że ona tam przychodzi. Nie chcę jej... - machnął ręką w powietrzu - osaczyć. Ale cieszę się, gdy przychodzi. Choć dziś na przykład wcale jej nie było... Po prostu fajnie, że mogę ją od czasu do czasu zobaczyć. Niczego więcej nie chcę. Naprawdę.
Teraz, gdy powiedział to na głos, nawet dla niego samego nie brzmiało to zbyt przekonująco. A tym bardziej dla dwójki jego przyjaciół.
James spojrzał z ukosa na Tess.
- A ty? Od kiedy o tym wiesz? Hmmm?
Tess cmoknęła z niecierpliwością, ale nic nie powiedziała. Jack podszedł do niej bliżej i pochylił się, by zajrzeć jej w oczy. Ale ona uparcie kręciła głową i unikała jego spojrzenia.
- Pewnie od tego dnia, gdy mnie tu zastałaś z lornetką, co? - powiedział cicho z niewesołym uśmiechem.
- T-t-tak... no dobra, tak! - Znowu cmoknęła. - Powinieneś się wtedy zobaczyć! Jeszcze chwila i zacząłbyś się rumienić jak nastolatka! Nigdy cię takiego nie widziałam... - Zaśmiała się lekko. - Piesek! Akurat! Za kogo ty mnie masz?! Naprawdę myślałeś, że to kupię?
W końcu zaśmiali się oboje.
- Jaki znowu piesek?! - zdenerwował się na dobre Szef. Znowu oni o czymś wiedzą, a ja nie. - Ciągle macie przede mną jakieś sekrety! - narzekał nadąsany, zupełnie bez powodu.
I Tess, i Jack znowu się zaśmiali, jeszcze głośniej, a potem na zmianę opowiadali, jak to Jack próbował zamydlić jej oczy, wmawiając, że obserwował bawiącego się terierka. Teraz śmiali się już w trójkę.
- Ech, Jack... no wiesz, co jak co, ale po tylu latach powinieneś wiedzieć, że naszej najlepszej wywiadowczyni nie zbędziesz byle czym! - Szef chichotał, usiłując zachować powagę. - Ja dawno już przestałem cokolwiek przed nią ukrywać.
- Ooo, a masz coś do ukrycia? - zainteresowała się natychmiast Tess.
- A skądże! Nawet nie próbuję! - James uniósł do góry dłonie w geście poddania. - Wiesz o mnie wszystko. Od numeru kołnierzyka po numer konta bankowego i PIN do karty kredytowej! Widzisz - zwrócił się do Jacka - tak się zachowuje stary, doświadczony mężczyzna wobec kobiety, przed którą i tak nie da się niczego ukryć, a wiadomo, że można jej ślepo zaufać! - I spojrzał na Tess z teatralną pokorą, kłaniając się nisko.
- Wariat! - Tess ze śmiechem trzepnęła go palcami po schylonej głowie.
Temat dziewczyny z parku już tego dnia między nimi się nie pojawił. Zarówno Szef, jak i Tess wiedzieli, że nie ma sensu przekonywanie Jacka, by spróbował się z Nieznajomą spotkać czy umówić i zamienić obserwowanie przez okno w prawdziwą znajomość. Za to następnego dnia, gdy Jack wszedł do gabinetu Szefa, ze zdumieniem odkrył tam ustawioną pod oknem starą lunetę. Charlie akurat wszedł razem z nim i obaj stanęli w drzwiach w niemym zdziwieniu.
- Dzień dobry - powitał ich beztrosko Szef. - I jak, podoba się wam? - Wskazał z dumą na nowy element wyposażenia.
Podszedł do lunety i zaczął ją pieczołowicie polerować szmatką. Żaden z mężczyzn nie odpowiedział.
- Dostałem ją dawno temu od wuja, który był w marynarce. Ale w domu nie miałem jej gdzie rozstawić i trzymałem w pudle. A przecież tu świetnie pasuje! W końcu my też czasem obserwujemy naszych klientów! - Zaśmiał się z własnego dowcipu. - A poza tym widziałem kiedyś przez okno jastrzębie... Może uda mi się je trochę poobserwować? Pewnie polują tu na gołębie z parku.
Charlie podszedł do lunety, by przyjrzeć się jej z bliska, a Jack wciąż stał w drzwiach i patrzył na Szefa. James tylko uśmiechnął się uspokajająco, a gdy Charlie wreszcie załatwił swoją sprawę i zostawił ich samych, przyciągnął Jacka do okna i powiedział:
- I tak byś przecież tu przychodził... A jeśli ktoś jeszcze zobaczyłby cię z lornetką, kto wie, co mógłby sobie pomyśleć. A tak luneta po prostu będzie tu sobie stała i jak od czasu do czasu sobie przez nią zerkniesz, nikogo to nie zdziwi - odpowiedział na wszystkie nieme pytania Jacka i poklepał go po plecach.
- Dzięki, James - wymruczał wciąż zdziwiony Jack, podczas gdy tak naprawdę pomyślał sobie, że ma wspaniałego przyjaciela, który choć nie rozumie ani nie pochwala jego zachowania, to jednak robi co może, by mu pomóc.
- No i może przy okazji ja też będę mógł zobaczyć, jak też ta "twoja" dziewczyna wygląda. - Szef zatarł ręce. - Pokażesz mi ją?
- Jasne. - Jack uśmiechnął się do przyjaciela. Stary, dobry Szef zawsze chce nad wszystkim mieć kontrolę. - O ile dziś przyjdzie... - dodał trochę ponuro.
Ale tego dnia dziewczyna nie przyszła do parku. Może dlatego, że pogoda nie była najlepsza. Od rana niemal ciągle mżyło. A jednak mimo to Jack wciąż jej wyglądał. I to nie sam. Teraz w trójkę trzymali wachtę, bo dość dokładnie opisał im Nieznajomą. Na zmianę wyglądali przez okno w oczekiwaniu na jej pojawienie się. Trudno, musiał sobie powiedzieć w końcu Jack, gdy Nieznajoma mimo późnej pory nie pojawiła się w parku, a Tess i James z równym rozczarowaniem mu sekundowali. Oboje byli już teraz bardzo ciekawi i z niecierpliwością czekali momentu, by stara luneta wreszcie spełniła swoje zadanie.
I po kilku dniach ich życzenie nareszcie się spełniło. Jack siedział właśnie na parapecie, sącząc herbatę, gdy "jego" dziewczyna przebiegła przez ulicę i szybkim krokiem ruszyła w stronę ławki, na której siedział starszy pan od terierka.
- Jest! Jest! Przyszła! - Jackowi wydawało się, że mówi spokojnie, ale tak naprawdę prawie to wykrzyczał.
Tess i James natychmiast zerwali się ze swoich miejsc i podbiegli do okna.
- Gdzie?! Pokaż! Która to?! - wykrzykiwali na zmianę stateczna, matkująca wszystkim sekretarka i powszechnie szanowany emerytowany wojskowy, przepychając się, by bliżej podejść do okna. Omal nie zrzucili Jacka z parapetu.
- Tam! - Pokazywał ręką. - Na ławce obok tego pana z terierem. Widzicie?
- No proszę! Jest nawet piesek... - mruczał James, naciągając się, żeby lepiej widzieć.
- Widzę! Widzę! - cieszyła się Tess. - Ale jest daleko... - zauważyła z żalem. - Dawajcie tę lunetę!
I obaj panowie rzucili się, by dobrze ustawić przyrząd. Najlepiej znał się na tym James, to on jako pierwszy ustawił okular i mógł przyjrzeć się lepiej Nieznajomej z Parku.
- Widzę ją... widzę... - mruczał, kręcąc pokrętłami. - Bardzo, bardzo ładna! - dodał z aprobatą, kiwając głową z okiem wciąż przyciśniętym do lunety.
- No już, posuń się! Daj popatrzeć! - Tess szarpała go za ramię i to bynajmniej nie delikatnie.
- Poczekaj... - James próbował ją odsunąć. - No już! Masz! Musisz tylko tym pokrętłem dostosować ostrość...
Ale Tess już go odepchnęła i sama przykleiła się do lunety. I tak jakoś wyszło, że najbardziej zainteresowany, czyli Jack, został wypchnięty z kolejki. Nie zostało mu nic innego, jak tylko wyglądać przez okno i przysłuchiwać się, jak jego przyjaciele wymieniają uwagi o "jego" dziewczynie.
- Robi bardzo sympatyczne wrażenie! - mówiła Tess wciąż przylepiona do lunety. - I rzeczywiście jest bardzo ładna!
- Przecież mówiłem, że ładna! - James poczuł się najwyraźniej urażony, że jego opinia wymaga potwierdzenia. - No dobra, daj teraz popatrzeć Jackowi.
- Moment... - Tess się ociągała. - O! teraz karmi pieska! Lubi zwierzęta! - powiedziała z tryumfem. Tak jakby to już przesądzało sprawę i dziewczyna została przez nią całkowicie zaakceptowana.
W końcu Tess oderwała się od lunety, a zaczerwienione kółko wokół jej oka wyraźnie świadczyło o tym, z jaką siłą przywarła do soczewki. Obaj panowie wymienili typowo męskie, pełne rozbawionego politowania spojrzenia. I wreszcie Jack mógł zaanektować lunetę dla siebie.
- Co tam oglądacie? Jastrzębie? Jakoś wyjątkowo nisko dziś latają... - odezwał się za ich plecami ironicznie niewinny głos.
Cała trójka jak na komendę odwróciła się ze zgrozą w stronę drzwi. Zajęci sobą i przepychanką przy lunecie nie słyszeli, że drzwi się otworzyły. I oto tam, swobodnie oparty o futrynę, stał Charlie z przyklejonym do twarzy chytrym uśmieszkiem.
- Cześć! Pukałem, ale chyba nie słyszeliście... Tak się przepychaliście przy tej lunecie... - ciągnął dalej, jakby nigdy nic. - Te... "jastrzębie" muszą być szalenie interesujące! - dodał rozbawionym tonem, uśmiechając się szelmowsko.
Trójka spiskowców spojrzała po sobie bezradnie. Ciekawe, jak długo już tam stoi. Jaka szkoda, że nie zamknęli drzwi na klucz! Pierwsza pozbierała się jak zwykle Tess:
- Jesteś pewien, że pukałeś, Charlie? Jakoś nie przypominam sobie, byś to ostatnio robił przed wejściem do Szefa! - Choć Tess nigdy nie była nauczycielką, ton głosu surowej belferki wychodził jej bezbłędnie. - Potrzebujesz czegoś? - spytała ostro.
- Tylko numeru do Bergmana. Ale to może poczekać... - Charlie stropił się trochę, ale nie na tyle, by wyjść. Zwłaszcza że tu działo się coś naprawdę ciekawego! - Nooo... nie bądźcie tacy! - dodał błagalnie. - Co to za dziewczyna?
I już ruszył do lunety, przesunął się obok Jacka i nim ktokolwiek zdążył zareagować, zerknął w okular.
- Mmmm... naprawdę ładna! - zamruczał z uznaniem.
Nikt nic nie powiedział, tylko Szef bezgłośnie westchnął i wzniósł oczy do nieba. Tego już naprawdę za wiele! Nawet Charlie! Przecież on już mówił, że jest ładna!
- Kto to jest? - zapytał Charlie, a jego głos aż ociekał ciekawością. Podniósł się, wyprostował i spojrzał wyczekująco na trójkę spiskowców.
Znów zapadła niezręczna cisza. Nawet Tess nic nie powiedziała, spojrzała tylko na Jacka, tak jakby ten telepatycznie miał jej przekazać instrukcje, jak w tej sytuacji mają się zachować i co powiedzieć.
Jack westchnął. Cóż, i tyle z jego mało chwalebnego sekretu... Ledwie parę dni temu powiedział o tym Tess i Szefowi, teraz wie już o tym też Charlie. A to z kolei pewnie oznacza, że za pięć minut dowiedzą się wszyscy pracownicy firmy, a do wieczora będzie już wiedziało pół Londynu. Trudno. Sam sobie jest winien...
- Nie wiem, kto to jest, Charlie - powiedział tak spokojnie, że Tess aż zamrugała ze zdziwienia. Przecież wiedziała doskonale, ile mówienie o "jego" dziewczynie Jacka kosztuje! - Przychodzi czasami do parku. Zjada kanapkę. Bawi się z psem - ciągnął rzeczowo, jakby relacjonował rozkład dnia któregoś z klientów. - Kiedyś ją zauważyłem. I... masz rację - uśmiechnął się lekko - jest bardzo ładna.
Charlie wpatrywał się w niego z zupełnie niezwykłym dla siebie napięciem.
- I to wszystko? - zapytał z niedowierzaniem, mrużąc oczy. - Tyle? O to ta cała akcja? Eee, nie nabierzesz mnie! - Znowu pochylił się nad lunetą i uważnie przyjrzał dziewczynie.
Pozostali spojrzeli po sobie. Jack był spokojny, ale Tess i Szef czuli się bardzo nieswojo.
Charlie tymczasem przez dłuższą chwilę dokładnie przyglądał się Nieznajomej. W końcu się wyprostował i raz jeszcze zapytał:
- Kim ona jest? - Był teraz dziwnie poważny. - To nowa klientka?
Jack pochylił głowę i milczał przez dłuższą chwilę. Szef zaczął się już zastanawiać, jak pozbyć się Charliego z pokoju, nie wzbudzając jeszcze większych podejrzeń. Ale wtedy Jack wreszcie przemówił:
- Naprawdę nie wiem, kim ona jest, Charlie... - Wyglądał na zupełnie zrezygnowanego.
Wiedział, że nie ma sensu próbować spławić Charliego jakąś zmyśloną historyjką. Niepotrzebnie by tylko ryzykował, że ten dociekliwy chłopak zrobiłby wszystko, by "prześwietlić" dziewczynę. I kto wie, pewnie w ciągu kilkunastu minut miałby jej adres, telefon, numer ubezpieczenia, a po półgodzinie umówiłby się z nią na randkę.
- Po prostu od jakiegoś czasu ją obserwuję przez okno. Podoba mi się... To wszystko.
Charlie patrzył na niego z kompletnym niedowierzaniem. W głowie nie chciało mu się pomieścić, by Jack mógł tylko oglądać dziewczynę przez okno! Bo niby po co? Jeśli mu się podoba, trzeba tylko wyjść, podejść do niej i zagadać. Nic wielkiego. Jack przecież nie jest nieśmiały! Nigdy nie był! Charlie sam widział, jak łatwo przychodzi mu nawiązywanie znajomości z kobietami. I to niejeden raz. Toteż teraz trudno mu było uwierzyć, że za tą całą zabawą w podglądanie nie kryje się coś jeszcze. Przekręcił głowę i przez parę chwil przenosił badawcze spojrzenie z twarzy Jacka na Jamesa i Tess. Ale wszyscy oni byli spokojni... choć nie, Tess robiła się jednak coraz bardziej zirytowana jego wścibskim zachowaniem.
- No dobra... skoro tak mówisz... Nie chcesz jej poznać?! - To jedno nie dawało Charliemu spokoju.
- Nie, nie chcę! - Jack w końcu się zaśmiał i rozluźnił. - Dlaczego nikt nie chce w to uwierzyć?!
Dziwna, napięta atmosfera wreszcie prysła. Wszystkim ulżyło, bo był to chyba pierwszy raz, by między tymi dobrymi przyjaciółmi doszło do tak nienaturalnej sceny. Zaczęli się z powrotem do siebie uśmiechać. Tess jednak po chwili na powrót spoważniała.
- Słuchaj, Charlie, nie muszę ci chyba mówić... - Jej głos zawisł znacząco, a w oczach pojawiły się groźne błyski.
- Jasne! No co ty, Tess! - Charlie popatrzył na nią z wyrzutem. Jak w ogóle mogła pomyśleć, że on komukolwiek powie o tym, co tu zobaczył?
Jack i Szef spojrzeli na siebie i porozumieli się bez słów. Obaj wiedzieli, że Charlie nikomu o tym nie powie. Doskonale go znali i mu ufali. Byli pewni, że zatrzyma sekret dla siebie. Ale też świetnie wiedzieli, że z pewnością nie zapomni tego, czego się tu dowiedział, i będzie teraz żył trawiony ciekawością "co dalej?".
Czas pokazał, że rzeczywiście mieli rację.
Od tamtego dnia dziewczyna rzadko pojawiała się w parku, aż w końcu nadszedł ten czas, że przez trzy tygodnie nie przyszła wcale. Tego wieczoru po powrocie Charliego z Nowego Jorku, gdy wiercił się na łóżku, bezskutecznie usiłując zasnąć, Jack w końcu postanowił, że czekanie na nią i wyglądanie przez okno nie ma sensu. Pewnie już wcale nie wróci. Czas zapomnieć o tym wszystkim.
Ale oczywiście łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Starał się jednak bardzo i choć łapał się na tym, że jest coraz bardziej przygnębiony, był zdecydowany nie zbaczać z obranego kursu. Koniec z tym, powtarzał sobie.
*
W ten wtorkowy ranek Jack obudził się z odrętwiałym karkiem. Zszedł do biura, popracował parę godzin, ale zesztywniała szyja coraz bardziej mu dokuczała. Dobrze mi zrobi, jeśli pójdę trochę poćwiczyć, pomyślał i zdecydował, że w porze lunchu potrenuje i pójdzie do sauny. Zignorował zdziwione spojrzenie Tess, gdy wyszedł od siebie i zakomunikował jej, że będzie na siłowni.
Koniec z tym, powtarzał sobie, wyciskając ciężarki i pedałując na rowerze. Koniec z tym, mruczał przez zaciśnięte zęby otoczony kłębami pary w saunie. Koniec z tym, myślał ze stanowczością, wycierając się energicznie ręcznikiem. Pomogło o tyle, że spięte mięśnie wreszcie się rozluźniły. Poczuł się trochę lepiej.
Właśnie z ręcznikiem na ramionach wracał korytarzem do swojego biura. Trzeba było jeszcze tylko przejść przez przeszklone drzwi do głównego hallu. Podniósł głowę, spojrzał przed siebie i nagle zatrzymał się jak wryty w pół kroku. Za oszklonymi drzwiami stała ona! Jego dziewczyna z parku!
Tysiące myśli przebiegły mu nagle przez głowę. Co ona tu robi? Czyżby dowiedziała się w jakiś sposób, że on...? Czy Charlie coś zrobił? Bo chyba nie Tess ani Szef! Miał nawet irracjonalną ochotę odwrócić się i uciec. Ale już w następnej chwili ochłonął. Spojrzał na nią. Dziewczyna nie mogła go zobaczyć, bo drzwi były z weneckich luster, patrząc w jego stronę, musiała widzieć tylko własne odbicie. On za to widział ją dobrze. Ubrana w lekki, beżowy prochowiec stała w hallu, rozglądając się niepewnie. Może nawet bardziej niż niepewnie. Robiła wrażenie zupełnie zagubionej. Pierwszy raz widział ją z tak bliska. Była wyraźnie zdenerwowana. Poczuł bolesny ucisk - więc jednak coś złego ją spotkało! To dlatego nie przychodziła! Nieświadomie zacisnął pięści i zwarł szczęki. Poczuł gniew, że przydarzyło jej się coś przykrego. W tej chwili gotów był walczyć z całym światem, byle tylko pomóc nieznajomej dziewczynie. Jego nieznajomej dziewczynie.
W tej samej chwili Nieznajoma pokręciła gwałtownie głową, jakby czemuś przecząc, zagryzła wargę i odwróciła się szybko w stronę windy.
Ona chce wyjść!, pomyślał z przerażeniem Jack. Uciec stąd! Błyskawicznie podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Był zdecydowany zrobić wszystko, by zatrzymać dziewczynę! Dowiedzieć się, co złego ją spotkało, i zrobić wszystko, by jej pomóc.
Szczęk otwieranych drzwi sprawił, że Nieznajoma podskoczyła gwałtownie i odwróciła się w jego stronę. Wielkie szare oczy spojrzały wprost na Jacka z przestrachem i zmieszaniem.
Jack miał wrażenie, że serce mu topnieje. Była taka spłoszona! On tymczasem mógł się nieco uspokoić, bo w jej spojrzeniu jasno wyczytał, że dziewczyna wcale go nie zna i że on jest dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Więc to jednak nie spisek któregoś z przyjaciół.
Nieznajoma tymczasem uśmiechnęła się do niego bladym, przepraszającym uśmiechem, szybko wyciągnęła rękę i nacisnęła guzik windy. Wciąż wyglądała na ogromnie spiętą.
Jack nie zdążył zareagować, nie zdążył nic zrobić. Wściekły na siebie za własną nieudolność, postanowił, że nie popełni więcej błędów. Z pewnością nie pozwoli jej wejść do tej windy! Podszedł parę kroków bliżej i wkładając wiele wysiłku w to, by wyglądać naturalnie, uśmiechnął się do niej spokojnie i zachęcająco.
- Dzień dobry. - Cudownie! Jest w stanie wypowiedzieć dwa słowa! I nawet głos mu nie drży!
- Dzień dobry - odpowiedziała cicho dziewczyna, niespokojnie się kręcąc.
Wyraźnie pragnęła, by winda przyjechała jak najszybciej. W całej jej postawie widać było, że chce uciec stąd jak najprędzej.
- Czy mogę w czymś pomóc? - zapytał uprzejmie Jack, podchodząc parę kolejnych kroków. Starał się odgrodzić Nieznajomej drogę do windy.
- Nie! - odparła szybko, kręcąc głową. Zbyt szybko i zbyt ostro. - Nie - powtórzyła raz jeszcze, tym razem miękko. Jej głos lekko się załamał.
Jack zrobił w jej stronę kolejny krok i dziewczyna cofnęła się trochę od windy. Z bliska była jeszcze ładniejsza, niż gdy widział ją ostatnio przez lunetę. Tylko blada i zauważył, że ma ciemne obwódki wokół oczu. Wciąż wyczuwał jej ogromne napięcie. Rozejrzała się nerwowo, widział, że chciałaby podejść bliżej do drzwi windy, ale on teraz już całkowicie blokował jej drogę. Jej wielkie oczy rzucały niespokojne spojrzenia na hall, jakby w poszukiwaniu innej drogi ucieczki. Nagle jej twarz drgnęła - zobaczyła drzwi z napisem "schody" i zrobiła pół kroku w tył w ich kierunku.
- Może jednak mógłbym w czymś pani pomóc? - nalegał łagodnie Jack, mając nadzieję, że brzmi to spokojnie i nie spłoszy dziewczyny jeszcze bardziej. Przesuwał się teraz tak, by odgrodzić jej drogę również do schodów.
Z cichym szumem nadjechała w końcu winda, ale Nieznajoma musiałaby teraz przejść tuż obok niego, by się do niej dostać. Pokręciła nerwowo głową i znów cofnęła się parę kroków. Jack bokiem podążył za nią.
- Nie... ja przepraszam... to była pomyłka... ja tylko... - bąkała niepewnie, usiłując przesuwać się coraz bliżej wyjścia. Obie dłonie uniosła lekko do góry w obronnym geście, jakby chcąc go od siebie odsunąć.
Była teraz naprawdę blisko drzwi i Jack w panice próbował wymyślić jakieś rozsądna słowa, by ją zatrzymać, gdy nagle otworzyły się drzwi z przeciwległego korytarza i wyszli stamtąd, kłócąc się zawzięcie i posykując nawzajem na siebie, Charlie i Nat. Byli tak sobą zajęci, że przez moment nie dostrzegli stojącej w napięciu dziewczyny ani czyhającego na nią Jacka. Potem jednak i oni zamarli w bezruchu na widok dziwnej sytuacji w hallu. Nathalie stała, nie rozumiejąc, co się dzieje, za to Charlie, choć w pierwszym momencie w jego oczach odbiło się kompletne zdumienie, po chwili spojrzał na Jacka i jakby telepatycznie odczytując jego życzenie, natychmiast ruszył w stronę drzwi prowadzących na schody i zablokował Nieznajomej z Parku drogę ucieczki.
Dziewczyna, zaniepokojona i lekko oszołomiona, spoglądała na grupę otaczających ją ludzi. Po chwili jednak opanowała się i ruszyła w stronę windy, wprost na Jacka.
- Przepraszam - powiedziała i wskazała na drzwi windy, do których Jack całkowicie blokował jej przejście. - Mogę?
Miał pustkę w głowie. Całkowite przyćmienie. Minęło parę sekund, a on nie był w stanie nic powiedzieć ani ruszyć się z miejsca.
- Przepraszam - powtórzyła dziewczyna, teraz już trochę niecierpliwie. Z trudem panowała nad swoim zdenerwowaniem, ale była zdecydowana wyjść stamtąd najszybciej, jak to możliwe.
I wtedy, na szczęście dla Jacka, otworzyły się drzwi gabinetu Szefa i wyszli stamtąd Tess i James. Oboje spojrzeli na stojącą w hallu grupkę i zdębieli. Wszyscy obecni patrzyli na siebie w zdumieniu i dalej trwała krępująca cisza. Aż w pewnym momencie winda cicho zgrzytnęła i zjechała na dół. Jack odetchnął. Od razu też wróciła mu zdolność logicznego myślenia.
- Szefie - zwrócił się do Jamesa - myślę, że ta pani potrzebuje naszej pomocy.
Dziewczyna rzuciła mu niechętne spojrzenie i natychmiast zaprzeczyła:
- Nie, to nie tak. Bardzo przepraszam... - próbowała się wytłumaczyć. - To pomyłka... Ja wcale... Nie powinnam była tu przychodzić... - dodała z ponurą rozpaczą w głosie.
- Ależ proszę! Zapraszam do mojego gabinetu. - James też w końcu ochłonął i był już panem sytuacji. Otworzył szeroko drzwi do swojego pokoju i gestem zapraszał Nieznajomą. - Proszę bardzo. - I uśmiechnął się swoim najcieplejszym, ojcowskim uśmiechem.
- Nie... naprawdę... - opierała się dziewczyna, ale wtedy całkowicie już opanowany Jack rozłożył ramiona tak, że praktycznie nie zostawił jej wyboru i musiała pójść tam, gdzie ją prowadził.
- Przygotuję herbatę - zaproponowała Tess, przepuszczając Nieznajomą w drzwiach i uśmiechając się do niej serdecznie.
- Och, nie... dziękuję, nie, proszę sobie nie robić kłopotu. - Dziewczyna znów była tak samo zagubiona jak na początku. Z ociąganiem wlokła się tam, gdzie postępujący pół kroku za nią z rozłożonymi ramionami Jack ją prowadził.
*
Co ja tu robię?! Po co ja tu w ogóle przyszłam?!, biadała w duchu Liz Blackley, rozglądając się nerwowo po pustym hallu jednej z ponoć lepszych agencji ochrony. Jej wzrok padł na dwuskrzydłowe drzwi z luster. Ujrzała swoją bladą, przestraszoną twarz i dotarło do niej ze zdwojoną mocą, jakie głupstwo właśnie próbuje popełnić. Pokręciła głową. Trzeba stąd wyjść! I to jak najprędzej! Zanim ktoś ją zauważy! Jednak dobrze się stało, że sekretariat był zamknięty! Odwróciła się w stronę windy. I wtedy z boku otworzyły się drzwi. Liz była tak zdenerwowana, że aż podskoczyła z przestrachu. Spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła jakiegoś wysokiego, potężnego, ciemnowłosego mężczyznę w spodniach dresowych, białym T-shircie i ręczniku na ramionach, idącego wprost na nią. Poczuła się jeszcze bardziej zmieszana. Po co ja tu w ogóle przychodziłam?! Trzeba stąd uciec, i to już! Szybko wyciągnęła rękę i nacisnęła przycisk windy. Oby przyjechała od razu!
Tymczasem facet przywitał ją i chciał pomóc. Dobre sobie! Szkoda, że nie wie, po co tu przyszła! Och, niechże ta winda wreszcie przyjedzie! Facet podszedł jeszcze bliżej. Nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, ale czuła, że musi się przed nim cofnąć. Onieśmielał ją jeszcze bardziej niż cała ta absurdalna sytuacja. Znowu podszedł bliżej. Zupełnie jakby chciał ją odgonić od windy! Liz czuła, że serce bije jej jak oszalałe. Bo też to, co chciała zrobić, było przecież czystym szaleństwem. I teraz ktoś przyłapał ją na gorącym uczynku. Czemu ten ochroniarz tak mnie... zagania? Jak... jak jakiś owczarek owce. Właśnie, owczarek! A ja jestem głupią owcą! Gdzie ta winda?
Liz znów musiała się cofnąć parę kroków. Ledwo nad sobą panowała, tak strasznie wstydziła się tego, że tu przyszła. A teraz jeszcze okazuje się, że wcale nie tak łatwo stąd wyjść. Ten "owczarek" zagrodził jej drogę do windy! Żeby otworzyć drzwi, musiałaby go chyba przestawić! Czego on chce? Rozejrzała się znowu nerwowo. O! Schody! Jest wyjście, zaraz stąd wyjdzie. Chyba jeszcze nigdy się tak nie denerwowała. Miała wrażenie, że jest na skraju histerii. Już nie myślała logicznie, to jasne, bo wydawało jej się, że ten obcy facet robi wszystko, żeby jej nie wypuścić.
W końcu przyjechała winda. Tyle że Liz była już parę metrów od niej, a nieznany olbrzym z ręcznikiem zagradzał jej przejście. Coś jej mówiło, że on nie ma najmniejszej ochoty jej przepuścić. Trudno, zejdę schodami. Znowu odezwał się "owczarek", dalej chciał jej "pomagać". Nerwowo oblizała wargi.
- Nie... ja przepraszam... to była pomyłka... ja tylko... - No właśnie, co "ja tylko"? Jestem największą kretynką pod słońcem?, myślała zgnębiona Liz, cofając się do schodów.
"Owczarek" wciąż podążał za nią.
Nagle otworzyły się drzwi z drugiej strony hallu i wyszli stamtąd kłócący się kobieta i mężczyzna. Zdziwili się na jej widok, a potem ten drugi mężczyzna, niemal tak samo wysoki i barczysty jak pierwszy, nagle podszedł do drzwi prowadzących na schody i zatarasował jej przejście!
Czy takie zachowanie jest normalne w agencjach ochrony? Wszystkich tu tak traktują? W końcu ona nie jest żadnym przestępcą! Powinni pozwolić jej normalnie stąd wyjść! I to windą, a nie schodami. Przecież jest dorosłą kobietą, dlaczego więc jeden facet, co prawda potężnie zbudowany, tak ją speszył, że aż zaczęła przed nim uciekać? Potrzebowała całej swojej siły woli, by się opanować i podejść w stronę windy. Prosto na tego właśnie wielkiego gościa z ręcznikiem.
- Przepraszam. - Boże, niech tylko głos tak się jej nie łamie! - Mogę? - Czuła, że uginają się pod nią kolana, a "owczarek" nawet nie drgnął.
Och, uciec stąd! W nogi! Jak najdalej!, myślała przerażona, podczas gdy nieznajomy, wielki facet patrzył na nią beznamiętnie. Dalej się nie ruszył. Chcę stąd wyjść!, krzyczała rozpaczliwie w duchu Liz. Muszę stąd wyjść, zanim się rozpłaczę. Nie, tylko nie to, nie zrobię z siebie jeszcze większej idiotki!
- Przepraszam - powtórzyła tak mocno, jak tylko było ją na to stać.
I wtedy otworzyły się kolejne drzwi, gdzieś naprzeciw windy, i wyszli stamtąd kolejni pracownicy agencji - starszy, potężnie zbudowany mężczyzna (Najwyraźniej inni tu nie pracują, zdążyła pomyśleć ponuro Liz) i trochę młodsza od niego, bardzo sympatycznie wyglądająca kobieta. Oni też się zdziwili, gdy na nią spojrzeli.
*
Może gdyby Liz nie była tak przygnębiona całą tą sytuacją i nie skupiała się tak bardzo na sobie, na swoim zdenerwowaniu i próbach ukrycia zmieszania, może wtedy zauważyłaby wszystkie te zdumione spojrzenia, które skupiały się na niej, a potem krzyżowały nad jej głową. Może dostrzegłaby szok i niedowierzanie odbijające się w oczach najpierw Jacka, potem Charliego, a w końcu Tess i Jamesa. Ale Liz była zbyt zajęta próbami uspokojenia swojego tłukącego głucho serca i przyspieszonego oddechu. Nie dostrzegła pytających spojrzeń czwórki wtajemniczonych ani niemego porozumienia, które zawarli od razu po tym, jak Jack powiedział, że jest "panią potrzebującą pomocy".
Od razu za to zauważyła, że "owczarek" dalej spełnia swoją rolę i tym razem "zagania" ją w kierunku "zagrody", to znaczy gabinetu swojego szefa. Nie można powiedzieć, by pomyślała o nim ciepło, gdy praktycznie wpychał ją do tego pokoju, nie zważając na jej słowne protesty. Nie dotknął jej, ale podchodził tak blisko, że czuła się zmuszona poruszyć, by uniknąć kontaktu z nim. No i musiała iść dokładnie tam, gdzie on chciał, by poszła. A niech go!, myślała mściwie, gdy doprowadził do tego, że przestąpiła w końcu próg gabinetu. Najwyraźniej na tym właśnie polega jego praca. I niestety jest w tym bardzo dobry.
Onieśmielona Liz rozejrzała się po przestronnym, jasnym pokoju. Duże biurko, kilka krzeseł, szafy i szafki, a przy oknie stara, rozstawiona na trójnogu luneta. W tym momencie drzwi za nią się zamknęły. Starszy mężczyzna podszedł do niej i się przedstawił:
- Nazywam się James Tarlington. A to jest Jack Gordon. - Wskazał na wciąż stojącego nieco z boku za jej plecami "owczarka". - Proszę usiąść. - Podprowadził ją do krzesła i dopilnował, by usiadła. Po czym obszedł biurko i sam też usiadł. - W czym możemy pani pomóc?
James Tarlington, jak JT Security, Szef, a więc właściciel agencji, pomyślała jeszcze bardziej przybita Liz, zerknęła też na "owczarka", który najwyraźniej postanowił zostać, trzymając się z tyłu, i stał teraz z założonymi rękami oparty o szafkę nieco za jej plecami. A więc przyjął ją sam właściciel, a ona tu przyszła z tak głupią sprawą!
- Przepraszam, ja naprawdę nie chciałam narobić takiego zamieszania - mówiła słabym głosem, gardło ściskało się jej coraz bardziej, a wstyd sprawił, że na bladych policzkach pojawił się ledwo widoczny rumieniec. - To był błąd... Nie powinnam była tu w ogóle przychodzić. - Czuła się naprawdę żałośnie.
Szef tymczasem spoglądał na nią swoimi jasnymi, zatroskanymi oczyma.
- Moja droga - jego głos brzmiał teraz bardzo serdecznie - widać, że ma pani jakiś problem. A my jesteśmy od tego, by pomagać ludziom w problemach.
W tym momencie drzwi cicho się otworzyły i weszła Tess, niosąc tacę z herbatą. Podeszła do biurka i ustawiła trzy filiżanki, po czym spojrzała ciepło na Liz, a gdy ta jej podziękowała, uśmiechnęła się do niej krzepiąco i wycofała się do swojego pokoju. Liz pomyślała z żalem, że wolałaby porozmawiać z tą kobietą lub przynajmniej, by to ona została z nimi w pokoju, a nie ten "owcz..." Jack. Ale niestety Tess już nie było.
- Proszę powiedzieć, jak możemy pani pomóc? - James znów łagodnie próbował ją zachęcić do zwierzeń.
Liz podniosła na niego wzrok, westchnęła... i niepewnie pokręciła głową. To kompletnie bez sensu. Przecież nie może tego wszystkiego powiedzieć szefowi tak dużej firmy. Ośmieszy się tylko. Oni zajmują się tu poważnymi sprawami, a nie takimi historyjkami jak jej.
- Bardzo pana przepraszam, naprawdę nie powinnam była zajmować panu tyle czasu - powiedziała Liz i wstała z krzesła. - Bardzo przepraszam.
Tarlington też od razu się poderwał, Liz odwróciła się i chciała wyjść, ale "owczarek" błyskawicznie oderwał się od swojej szafki i stanął teraz tuż przed nią, kolejny raz blokując jej przejście. Podniosła głowę i spojrzała na niego. Miał tak zacięty wyraz twarzy, że prawie ją to zmroziło. Nie zamierzał jej przepuścić.
Wiele razy w swoim życiu Liz żałowała, że nie jest parę centymetrów wyższa, i teraz też był taki moment. Może gdyby nie musiała tak mocno zadzierać głowy, by móc na niego spojrzeć, czułaby się trochę pewniej? Może gdyby tak przytłaczająco nad nią nie górował, nie czułaby się tak żałośnie bezbronna? Ani nie zdawałaby sobie tak boleśnie sprawy z tego, że gdyby tylko chciał, ten potężny facet mógłby ją zatrzymać jedną ręką. A może nawet jednym palcem.
Jack nie miał najmniejszej ochoty wypuścić jej z pokoju. Nie po tym, co zobaczył w jej oczach. Wydawała się nieszczęśliwa, jakby przygniatał ją wielki ciężar. Szef musi ją tu zatrzymać i wyciągnąć z niej, co ją gnębi.
James widział, że dziewczyna jest wyjątkowo spięta i obawia się zacząć rozmowę, ale nie przyszła tu przecież bez powodu. Od razu zorientował się też, że nikt z wtajemniczonych nie miał z tym nic wspólnego. A teraz, gdy próbowała wyjść, zobaczył, że Jack gotów jest prędzej siłą ją tu zatrzymać niż pozwolić odejść.
- Ależ naprawdę... proszę się uspokoić. I usiąść. Proszę się napić herbaty. Pani jest zdenerwowana... Nie wypuścimy pani w takim stanie. - Starał się mówić spokojnie, choć sam coraz bardziej się denerwował, czy zdoła przekonać Nieznajomą, by została. - Proszę. - Raz jeszcze zaprosił ją gestem.
Liz rozglądała się wciąż niezdecydowana. Ochroniarz nie odstępował swojej pozycji, a właściciel agencji naprawdę szczerze ją zapraszał... W końcu się poddała i z powrotem usiadła.
Dobrze, że nie zobaczyła wtedy ulgi na twarzach Jacka i Jamesa, bo z pewnością wzbudziłoby to jej czujność.
- Naprawdę nie wiem, od czego mam zacząć... - powiedziała wreszcie po chwili Liz. - To taka głupia, niezręczna sytuacja... - Potarła czoło ręką, nie była w stanie ukryć swojego zdenerwowania.
- Najlepiej jest zacząć od początku - zachęcił spokojnie James.
Nieznajoma spojrzała na niego chmurnie, a jej wzrok wyraźnie mówił "łatwo ci powiedzieć...". Ale po chwili raz jeszcze głęboko odetchnęła i zaczęła cicho opowiadać:
- Nazywam się Elizabeth Blackley... Liz... - dodała.
Liz! Lizzy!, natychmiast pomyślał Jack. Nareszcie poznał jej imię.
- Jakieś pół roku temu udało mi się znaleźć lepszą, lepiej płatną pracę. Niedaleko stąd - wskazała odruchowo głową w bok - w agencji reklamowej Brewster & March. W banku wreszcie zgodzili się przyznać mi kredyt i udało mi się kupić mieszkanie. Nic wielkiego... - spojrzała na Szefa niemal przepraszająco - ale w bezpiecznej okolicy... I byłam taka szczęśliwa, że wszystko zaczęło mi się lepiej układać, praca, dom... A potem ... -Opuściła głowę i już nie patrzyła na swojego rozmówcę. - Ja... - była coraz bardziej zażenowana - zauważyłam, że mój szef czasem dziwnie na mnie patrzy... myślałam, że może tylko mi się tak wydaje... ale potem zaczął mnie wszędzie ze sobą zabierać. - Liz kręciła niespokojnie głową, z trudem wypowiadała każde słowo.
James z Jackiem wymienili szybkie spojrzenie. A więc to tak!
- To było nawet naturalne - ciągnęła Liz - bo jego asystentka jest w ciąży i pewnie już nie wróci do pracy. Zabiera mnie teraz na każdy lunch z klientami, na każde spotkanie. I nie mogę mu nic zarzucić! - Wzruszyła ramionami i zerknęła szybko na Jamesa. - Zachowuje się... to znaczy nigdy nie próbował... tak naprawdę to tylko te spojrzenia i fakt, że wszędzie mnie zabiera... może to mi się tylko wydaje... nie wiem. - Nerwowo bawiła się palcami.
Westchnęła i spojrzała na milczących mężczyzn niepewna, co powiedzieć dalej.
- On jest żonaty, ale chodzą plotki, że się wyprowadził z domu i mieszka teraz sam. Czasem wydaje mi się, że on mnie obserwuje... - Rumieniec na policzkach dziewczyny zrobił się teraz wyraźniejszy. - Ja wiem, jak głupio to brzmi... - spojrzała błagalnie na Jamesa - ale zawsze przy nim czuję się niespokojna... to irracjonalne, ale... czuję się jakby... jakby osaczona... i boję się, że... on...
- Proszę się uspokoić. To dobrze, że pani do nas przyszła. - James patrzył na nią poważnym i skupionym wzrokiem.
Jack poczuł, że gdyby teraz dane mu było spotkać tego szefa Liz, to pewnie nie byłby w stanie nad sobą zapanować i od razu walnąłby go w szczękę. Co za świnia!
Liz niepewnie spojrzała przez biurko na właściciela agencji. Nie wyśmiał jej, nie powiedział, że ma pewnie jakieś przywidzenia. Dalej chciał jej słuchać. To ją trochę ośmieliło i podniosło na duchu. Skoro zabrnęła już tak daleko... cóż, może warto jednak powiedzieć wszystko?
- Wiem, że powinnam zmienić pracę... ale teraz nie tak łatwo o dobrą i dobrze płatną... No i tak właściwie to nie mam żadnych dowodów, że on... tylko raz widziałam... to znaczy wydawało mi się, że widziałam... - zaplątała się Liz.
- Co pani widziała? - zapytał James.
Dziewczyna kręciła się niespokojnie na krześle. Parę razy otwierała usta, ale nie umiała zacząć. Znowu odetchnęła głęboko.
- Kiedyś w domu późno wieczorem poszłam po ciemku do kuchni i gdy zerknęłam przez okno, zobaczyłam... chyba zobaczyłam... tam stał taki sam samochód jak jego... i on tam siedział... przez chwilę widziałam jego twarz, bo zapalał papierosa... tak mi się wydaje... było ciemno... - Cały czas niespokojnie splatała palce.
- Czy mówiła pani o tym komuś? - zapytał łagodnie James. - To jest już poważniejsza sprawa. Powinna była pani to zgłosić.
- Ale co tak naprawdę mogę mu zarzucić? - spytała głucho Liz. - Nie mam żadnych dowodów. Tylko moje "wrażenia". - Zrobiła w powietrzu znak cudzysłowu. - On zachowuje się przyzwoicie i w pracy nikt wcześniej się na niego nie skarżył. Co mam powiedzieć? Że nie podoba mi się sposób, w jaki na mnie patrzy? - Była już teraz mniej spięta, a w jej głosie słychać było rozgoryczenie. - Nigdy, poza uściskiem ręki, nawet mnie nie dotknął.
Jack wypuścił z płuc powietrze, które od jakiegoś czasu nieświadomie wstrzymywał.
- Ale wtedy, w nocy, widziała pani pod swoim domem właśnie jego, prawda? Jego samochód? - dociekał Tarlington.
- Tak... tak... - westchnęła - ale to przecież też nie jest żaden dowód. Było ciemno, mogłam się pomylić. A nawet jeśli to był on, to przecież można powiedzieć, że przejeżdżał przypadkiem...
James poprawił się wygodniej na krześle i kątem oka zerknął na Jacka, który choć milczał od wejścia do pokoju, wciąż intensywnie wpatrywał się w dziewczynę z parku. James nie musiał go pytać, by wiedzieć, że gotów jest zrobić wszystko, by jej pomóc. Cóż, on sam też czuł, że tak trzeba.
- Rozumiem, że przyszła pani do nas, byśmy zajęli się nim? Chciałaby pani, żebyśmy go obserwowali, tak? I ochraniali panią? - zapytał w końcu wprost Szef.
Oczy Liz zrobiły się nagle okrągłe ze zdziwienia, a potem szybko zamrugała, speszona.
- Nie... naprawdę, nie... nie po to przyszłam... - Spojrzała na niego zawstydzona.
Teraz to James się zdziwił. Jeśli nie po to, to...? O co tu chodzi?
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.