Epoka wikingów jest jak błyskotka. Nęci opowieściami i wierszami o awanturnikach, herosach i bogach. To świat pełen barwnych opowieści, które ludzie powtarzają sobie po dziś dzień w coraz to nowych wersjach. Zachwyca nas subtelnością ozdób, którymi przystrajano ciała zarówno za życia, jak i po śmierci. Połyskuje tymi wszystkimi kamieniami szlachetnymi i szklanymi paciorkami, które wplatano w srebrne i złote zawijasy. Lśni blaskiem złożonych w ziemi sztabek srebra, monet z odległych krajów i kosztowności zrabowanych ze świątyń. Mieni się kroplami wody rozpryskiwanej przez wiosła, które zanurzały się w falach, aby langskipy mogły przedzierać się przez płytkie zatoki, pełne lodu fiordy i wypływać na głębokie wody oceanu. Przykuwa wzrok do lśniących ostrzy broni unoszonej w górę przez wojowników.
Ludzie tamtych czasów z pewnością ucieszyliby się na wieść, że tak zostaną zapamiętani. Dla nich pamięć potomków miała ogromne znaczenie. Właśnie o niej wspominał jednooki bóg Odyn w słowach, które przytacza staronordycki wiersz Hávamál ("Słowa Najwyższego"): "Bydło pada, brat umiera i ty też musisz odejść, nigdy jednak nie zginie sława tych, którzy zdołali ją zdobyć"6. Coś w tym niewątpliwie jest. To był nadzwyczajny okres wielkich przemian, w którym wielu ludzi zdołało zyskać sławę. Ich chwała przetrwała, często w upiększonej wersji, w poezji i opowieściach wywodzących się z czasów wikingów, najpierw przekazywanych z ust do ust, a dopiero w średniowieczu utrwalonych na kartach manuskryptów. Pisali o nich również przedstawiciele innych kultur, często dodając od siebie ten czy inny szczegół (zwykle ponury czy krwawy). W kolejnych stuleciach historie wikingów odtwarzali ludzie, którzy sięgali do przeszłości, aby wydobyć z niej nowy wizerunek niegdysiejszych wojowników. Książki takie jak ta powstają i trafiają w ręce czytelników właśnie dlatego, że wikingowie zdobyli sobie tak wielką sławę.
Oczywiście w większości przypadków indywidualna chwała ma szanse przetrwać tylko bardzo krótko. Poszczególne płomyczki życia rozbłyskują jedynie na moment, a potem znikają w mroku. Nie oznacza to jednak, że człowieka nigdy nie było. Tym bardziej zaś nie oznacza, że jego istnienie nie miało żadnego znaczenia. Oprócz wielkich gwiazd epoki wikingów żyły przecież na świecie rzesze innych ludzi, każdy w sobie tylko właściwy sposób. Pamięć o nich trwała zaledwie przez kilka pokoleń, ale przecież tak samo jak my dziś przeżywali chwile wspaniałe i tragiczne. Tak samo jak my kochali, odczuwali emocje i opłakiwali straty, tak samo się frustrowali i bali. Mieli rubaszne, a niekiedy może i wulgarne poczucie humoru. Chorowali. Różnie przeżywając swoją seksualność, ulegali pożądaniu. Przynależeli do rozmaitych klas społecznych i grup wiekowych. Dysponowali różnymi umiejętnościami. Nade wszystko mieli jednak imiona, domy i bliskich, którzy opłakiwali ich odejście. Żyli jednak w innym miejscu i innym czasie, płynęli z nurtem innej rzeki historii. Ich rzeczywistość społeczno-kulturowa różniła się od naszej. Doświadczali świata i życia inaczej niż my. Choć więc pod wieloma względami byli do nas podobni, nie byli tacy sami jak my.
To nie jest opowieść o tych, którzy się wyróżnili - nie o potężnych graczach i na wpół legendarnych bohaterach, których imiona i czyny opiewają sagi i wiersze - lecz o tych zwykłych ludziach, którzy niepostrzeżenie zniknęli w mrokach dziejów i o których opowiedzieć nam mogą tylko drobinki cudem uchowane przed działaniem czasu i kolejami losu. To będzie opowieść o ludziach, którzy w najlepszym razie mogliby liczyć na ogólny przypis w rocznikach czy legendach, ale w większości nigdy nie trafiali do żadnych podań ani zapisków. Być może w swoim czasie gromadzili się przy ognisku, żeby słuchać historii i opowiadać własne, a być może chwytali tylko pojedyncze słowa, bo ich zadaniem było donosić jedzenie i sprzątać po uczcie. Mogli też w ogóle nic nie usłyszeć, ponieważ oddalili się od zgromadzenia, by odpowiedzieć na taki czy inny zew natury. Choć być może przysłuchiwali się śmiechom i gawędom z daleka, bo nie zostali zaproszeni do ogniska. Innymi słowy, to historia epoki wikingów widzianej oczami zwykłego człowieka.
Ta historia rozgrywa się tak długo i na tak rozległym obszarze, że śmiało można mówić o scenie globalnej. Ludzie tu żyli, umierali i zostawiali po sobie ślady. Na podstawie tych śladów możemy czasem dowiedzieć się bardzo wiele, a czasem tylko trochę. Ubrania, zabawki i fragmenty gier, grzebienie, śmieci i skarby, listy miłosne i plugastwa wyryte w drewnie. Każdy z takich drobiazgów coś nam mówi na temat minionych czasów. To jest jak "żar tlący się w dłoniach". To dogorywające jeszcze pozostałości po zagaśnięciu jasnego ognia życia.
Samo to określenie pochodzi z epoki wikingów. To kenning, czyli jedna ze słownych zagadek, które poeci zwani skaldami namiętnie wplatali pomiędzy swoje obsesyjnie zawiłe wersy. Kenning opisuje coś zupełnie zwyczajnego w skomplikowany, często metaforyczny sposób. Tutaj chodzi konkretnie o złoto, ponieważ cenny metal lśni i połyskuje jak ogień w rękach tego, kto go trzyma. Ta konkretna metafora pochodzi z wiersza ułożonego w XI wieku przez Islandczyka Thorarina Skeggjasona, nadwornego poetę norweskiego króla Haralda har?rá?i ("surowego władcy"), czyli Haralda III Srogiego. Harald III Srogi, który zginął w 1066 roku w bitwie pod Stamford Bridge, należał do tych postaci epoki wikingów, których błyskotliwą sławę na wieki utrwaliły pełne ozdobników wiersze i sagi. Jak się wkrótce przekonamy, wielu uważa jego śmierć za koniec epoki wikingów. W tej książce jednak chciałabym skupić się na żarze innego rodzaju niż ten, o który zabiegałby i który by cenił Harald. Będą nas bowiem interesować wcale nie mniej cenne rzeczy osobiste i codzienne śmieci, które pozostawili po sobie ludzie sprzed wieków. Dzięki nim spróbujemy odkryć opowieści i poznać świat, którego na próżno szukać w pieśniach o władcach, wojownikach i kupcach. Odkrywając różnorodność doświadczeń epoki wikingów, ukazaną nam dzięki uchwyconym fragmentom niegdysiejszego życia, możemy lepiej rozumieć, jak to było istnieć wtedy gdzieś na uboczu potężnych prądów historii.
Te drobne okruchy żaru, tlące się w ciemności, przypominają nam ponadto, że rzeczywistość ludzi tamtej epoki - podobnie jak zresztą każdej epoki - rzadko wpisuje się w uporządkowaną wizję historii, która wyraźnie wyznacza początki i końce. Dla porządku możemy przyjąć, że epoka wikingów trwała mniej więcej od 750 do 1100 roku, ale żarzące się węgielki historii pochodzą z ognisk, które rozbłysły znacznie wcześniej i tliły się jeszcze długo później7.
GDZIE?
Wujęciu najbardziej dosłownym tak zwana epoka wikingów rozpoczęła się w ostatniej dekadzie VIII wieku, kiedy to po raz pierwszy zagraniczni kronikarze wspominają o najazdach Skandynawów. Wiąże się to bezpośrednio z faktem, że określenie "wiking" oznaczało wtedy po prostu najeźdźcę, zwłaszcza takiego, który przypuszcza atak z wody. Średniowieczni Skandynawowie mieli własną wersję tego słowa (określenie víkingr odnosiło się do najeźdźcy, víking zaś oznaczało sam najazd), a Anglosasi - własną (w?cing). Naukowcy czasem dyskutują o pochodzeniu (geograficznym i językowym) tego słowa, ale choć debata na ten temat trwa od wieków, ciągle nie udało się dojść do porozumienia8.
Słowa mają to do siebie, że z czasem zmieniają znaczenie. Przez kilkaset lat o "wikingach" w ogóle nikt nie wspominał, pojawili się ponownie - w nowej odsłonie - w XIX wieku. W pewnym momencie ta nazwa stała się zbiorczym określeniem całej diaspory kulturowej, pewnego okresu historycznego i wszystkich ludzi z nią związanych. Można by wątpić, czy jedno słowo zdoła aż tyle pomieścić. Nasze postrzeganie ludzi tamtego okresu może ulec zniekształceniu do tego stopnia, że tak naprawdę nic nie będziemy w stanie o nich powiedzieć. Gdybyśmy o starożytnej Grecji mówili, że to "epoka hoplitów", to na samo to hasło przed oczami stawaliby nam żołnierze w osłaniających twarz hełmach z brązu, uzbrojeni we włócznie i okrągłe tarcze. Przyjęcie takiej perspektywy sprawiłoby, że o tym okresie historii myślelibyśmy przede wszystkim przez pryzmat wojen, co dokonałoby się ze szkodą dla innych aspektów greckiej historii, w szczególności filozofii, poezji oraz garncarstwa. Tak samo rzecz się ma z "epoką wikingów", której nazwa automatycznie uruchamia skojarzenie z potężnymi wilkami morskimi o bujnych brodach, zdobywającymi chwałę pod przydomkami takimi jak "śmierdzący pierd", "pogromca trolli" czy "piwożłop". Takie ujęcie sprawia, że niemal bezrefleksyjnie pomijamy wszystkich innych ludzi tamtych czasów, a zwłaszcza wszystkie kobiety. Niemniej słowo "wiking" to chwytliwe hasło, które ułatwia nam definiowanie - w szerokim kontekście - fascynującej grupy kulturowej i zjawiska historycznego.
Alternatywnie można by się posługiwać równie pojemnym znaczeniowo określeniem "nordycki", które odnosi się do kultury średniowiecznej Krainy Północy, w szczególności zaś jej historii, języków i literatury9. Ten przymiotnik może posłużyć jako wsparcie dla wszystkiego, co "wikińskie", zwłaszcza wtedy gdy się nie chce przywoływać całego historycznego bagażu, który się nieodmiennie z nim kojarzy. Dopóki ktoś nie zaproponuje czegoś jeszcze lepszego, nie pozostaje nam nic innego, jak pisać o "wikingach", "epoce wikingów" i rzeczach "nordyckich". Na ten lepszy termin zapewne przyjdzie nam trochę poczekać, bo nikomu nie byłoby wygodnie mówić i pisać o "okresie mniej więcej od 750 do 1100 roku, w którym ludy wywodzące się głównie ze Skandynawii i skandynawskiego kręgu kulturowego organizowały najazdy, podejmowały aktywność handlową i osiedlały się zarówno na terenie Skandynawii, jak i poza nią".
W szczytowym okresie aktywności wikingów obszar ich wpływów rozciągał się na północ aż po Arktykę, a na zachód do wybrzeży północnego Atlantyku. Wikingowie pływali też na wschód przez Bałtyk i przemierzali niespokojne drogi wodne i ciągnące się po horyzont stepy Eurazji. Na południu znano ich w Bizancjum i kalifacie Abbasydów. Historię epoki wikingów pisali ludzie o bardzo różnorodnych doświadczeniach życiowych. W gęsto tkanym gobelinie epoki wikingów splecione są rozmaite wątki: losy grenlandzkiego wielorybnika, członka staży cesarskiej pełniącego służbę w Konstantynopolu, wędrownego hodowcy reniferów spod koła podbiegunowego i celtyckiego niewolnika uprawiającego jałowe pola na wulkanicznej Islandii.
Historia epoki wikingów rozpoczyna się jednak tam, skąd pochodzili Skandynawowie, czyli w Norwegii, Szwecji i Danii. W ujęciu geograficznym to rozległy i topograficznie zróżnicowany teren. Norwegia ma bardzo długą linię brzegową, intensywnie przeoraną przez lodowce, które pozostawiły liczne fiordy i wysepki. W głębi lądu wznoszą się ośnieżone góry, a na pokrytych torfowiskami płaskowyżach co krok napotyka się bądź to głębokie jeziora, bądź żyzne, ale wąskie doliny. Drzewa rosną tu gęsto, a ziemi uprawnej jest jak na lekarstwo. Położona nieco na wschód Szwecja jest również krainą górzystą, gęsto porośniętą lasami, wśród których nie brakuje jezior. Tam jednak, zwłaszcza na południu, teren się obniża. Pagórkowate niziny z dobrymi glebami stwarzają korzystniejsze warunki dla rolnictwa. Oba kraje sięgają za krąg polarny, gdzie drzewa ustępują miejsca porostom i mchom arktycznej tundry. W lecie łąki mienią się tu kwiatami, a nocne niebo rozbłyska kolorami. Zimą nawet w południe panuje mrok, a świat pokrywa gruba warstwa śniegu. Na południe od Norwegii i Szwecji leży wyspiarska Dania, przez którą czy to lądem, czy wodą dociera się do grząskich nizinnych terenów na zachodzie, regularnie zalewanych przez morze. Dania, położona jednocześnie nad Morzem Północnym i nad Bałtykiem, za pośrednictwem Jutlandii łączy się z kontynentem europejskim. W porównaniu z większością terytoriów Norwegii i Szwecji jest to kraj równinny, zieleńszy, porośnięty wrzosowiskami, a miejscami bagienny, z ziemią bardziej nadającą się do uprawy niż w Szwecji i Norwegii.
Pomimo całego tego zróżnicowania geograficznego Skandynawia właściwie od zawsze funkcjonuje w świadomości ludzi jako jeden region. Pliniusz Starszy w swojej Historii naturalnej z 77 roku naszej ery pierwszy użył określenia "Scatinavia" w odniesieniu do Półwyspu Skandynawskiego (obecna jego nazwa ukształtowała się na skutek dołożenia litery "n" przez autorów późniejszych manuskryptów). Samo to słowo pochodzi z języka protogermańskiego i może oznaczać "niebezpieczny ląd na wodzie". Niewykluczone, że adnotacja o niebezpieczeństwie miała związek ze specyfiką otaczających mórz10.
Dla historyka Jordanesa, który opisywał historię Gotów z perspektywy Konstantynopola VI wieku, tereny te stanowiły odrębną całość geograficzną. Wedle jego relacji struktura społeczna mieszkańców opierała się na wyraźnych podziałach plemiennych. Jego Getica, w dużej mierze bazująca na spostrzeżeniach wcześniejszych autorów klasycznych, wyszczególnia około trzydziestu różnych ludów zamieszkujących region, który autor określa mianem "Scandza". W opisie topografii terenu zwraca uwagę na rozległe jeziora na wschodzie i niezmierzone morza na zachodzie i północy. Podkreśla, że mieszkańcy Dalekiej Północy latem zaznają czterdziestu dni i nocy niegasnącego światła, zimą zaś przez taki sam czas żyją w całkowitej ciemności, w związku z czym latem się radują, a zimą cierpią katusze. Jordanes wspomina też o chłodzie tak przejmującym, że wilki przemierzają zamarznięte morza i ślepną od zimna. Wzmiankuje też, że ta lodowa kraina nie zna pszczół.
Nazwy, które dziś moglibyśmy kojarzyć z trzema skandynawskimi krajami, pojawiają się dopiero kilka wieków później, już we właściwej epoce wikingów. Jedno z najznamienitszych świadectw pozostawił niejaki Ohthere, odkrywca i kupiec z dalekiej północy Norwegii, który odwiedził dwór króla Alfreda Wielkiego w anglosaskiej Anglii, a konkretnie pod koniec IX wieku. Jego ustne opowieści o wysuniętych daleko na północ ziemiach Skandynawii, ich zasobach i zamieszkujących je ludziach zostały przełożone na staroangielski i w tym języku spisane. Dlatego też znamy autora tych opowieści pod staroangielskim imieniem, mimo że najprawdopodobniej w rzeczywistości nazywał się Ottar. Na temat topografii i etnografii swojej ojczyzny Ohthere ma do powiedzenia znacznie więcej niż autorzy klasycznych tekstów. Opisuje obszary lądowe w sposób, który pozwala je rozpoznać. Podaje czas podróży morskiej między poszczególnymi punktami. Szczegółowo charakteryzuje ludy zamieszkujące różne tereny. To dzięki niemu poznajemy najwcześniejsze nazwy trzech krajów, które dziś tworzą ten region. Ohthere wspomina bowiem o zalążkach królestw Nor?weg (Norwegii), Denemearce (Danii) i Sweoland (Szwecji). Pod koniec epoki wikingów ówczesne odpowiedniki tych trzech krajów, funkcjonujące jednak w nieco innych granicach niż dziś, zaczynały kształtować własną tożsamość narodową, między innymi w związku z podleganiem władzy osobnych monarchów. Był to jednak proces powolny i długotrwały, w którym prym najpierw wiodła Dania. Norwegia od początku deptała jej po piętach, Szwecja zaś dogoniła stawkę dopiero nieco później.
Niezależnie od wszystkich regionalnych czy narodowościowych różnic ludność tamtego okresu żyła ze świadomością, że tworzy pewną kulturową sieć, której funkcjonowanie opiera się na wspólnocie języka dziś znanego jako staronordycki. Ludzie, którzy się nim posługiwali, mówili o nim d?nsk tunga ("język duński" ) albo norr?n ("nordycki")11. Jak się wkrótce przekonamy, w epoce wikingów ludy te zakładały kolonie między innymi na wyspach Wielkiej Brytanii i Irlandii, ale też na Islandii i Grenlandii. O nowych szlakach migracyjnych i osadnictwie mówi się niekiedy jako o diasporze, ponieważ społeczności uczestniczące w tym procesie utrzymywały kulturowe i polityczne związki z krainami ojczystymi. Istotnym ich wyróżnikiem był wspólny język.
Relacja Ohthere'a jest o tyle cenna, że wyłania się z niej obraz Skandynawii jako obszaru silnych więzi kulturowych, obejmującego inne rdzenne ludy półwyspu. A choć nie wszystkie te grupy posługiwały się tym samym językiem i praktykowały te same zwyczaje co Nordycy, to one również odegrały ważną rolę w historii epoki wikingów. Do najważniejszych spośród nich zalicza się grupa po nordycku określana mianem Finnar. Byli to przodkowie dzisiejszego ludu Saamów, w większości prowadzącego wędrowny tryb życia i trudniącego się łowiectwem i rybactwem. Przedstawiciele tego ludu mieli pod dostatkiem arktycznych skór i futer, ponieważ zamieszkiwali północne terytoria dzisiejszej Norwegii, Finlandii i Rosji. Ohthere, jako że sam wywodził się z arktycznych regionów Norwegii, dorobił się przede wszystkim na handlu z tymi sąsiadami i pobieranych od nich haraczach. Nordycy i Saamowie zawierali jednak także małżeństwa między sobą, a kultury obu ludów w dużym zakresie się przenikały. Znaleziska archeologiczne świadczą o aktywności Saamów również w południowych regionach Skandynawii.
Epoka wikingów to zatem okres splatania się wielu ludów i kultur. Aby dowiedzieć się, kiedy i w jakich okolicznościach które z nich dawały o sobie znać, musimy ponownie spojrzeć na historię jako na wielki system rzeczny.
EPOKA WIKINGÓW
Owielu innych okresach w dziejach byłoby łatwiej pisać niż o epoce wikingów, zwłaszcza że była ona bagnistą częścią rozległych sieci wodnych historii. To oczywiście nie oznacza, że powinniśmy uciekać od wyzwań i rezygnować z prób odnalezienia się w tej mocno złożonej i chaotycznej rzeczywistości. Taki duch przyświeca tej książce. Aby jednak nadmiernie nie komplikować sobie zadania, przyjrzymy się tej rzeczywistości z oddali. Na stąpanie po grzęzawiskach przyjdzie jeszcze czas.
W VIII wieku na północy dokonywały się dynamiczne zmiany, w znacznej mierze związane z pieniądzem. Po załamaniu gospodarczym, do którego doszło wskutek upadku Cesarstwa Zachodniego, odbicie dokonało się za sprawą napływu dużych ilości srebrnych monet. Już około roku 700 po obu stronach kanału La Manche pojawiły się nowe ośrodki handlowe. W pobliżu francuskiego miasta Boulogne wyrosło Quentovic, a na peryferiach dzisiejszego Southampton pojawił się Hamvic. Nieco w górę rzeki od starego rzymskiego Londinium - tam, gdzie teraz znajduje się Westminster - Anglosasi założyli Lundenwic, a u ujścia Renu, na terenie dzisiejszych Niderlandów, powstało Dorestad. Te i inne ośrodki należały do sieci handlu morskiego i obsługiwały kupców, za sprawą których dobra i monety trafiały również w głąb lądu.
Ludy Skandynawii, pozostającej na obrzeżach tego powolnego gospodarczego boomu, szybko się w tę wymianę zaangażowały. Ich ojczyste krainy, choć dość ubogie w tereny rolnicze, miały wiele innych dóbr do zaoferowania. Nigdzie w Europie nie było takich futer jak na północy. Zdobywane i gromadzone w krainach chłodu, podróżowały na południe w ręce kupców gotowych dużo zapłacić za te luksusowe dobra. Wybrzeża wschodniej Skandynawii pozwalały pozyskiwać w dużych ilościach cenny bałtycki bursztyn. Dobre pieniądze dostawało się też za skóry, pierze i kamień do wyrobu osełek. Skandynawscy kupcy zwozili natomiast do domu egzotyczne wyroby z regionów południowych, takie jak wino, biżuteria lub wysokiej jakości miecze, niezwykle cenione przez rosnących w siłę wodzów Północy. Po upływie kilku dekad, w połowie VIII stulecia, na północy zaczęły się pojawiać osady handlowe podobne do tych, które wyrosły na południu. Były to Ribe i Hedeby w Danii, Kaupang w Norwegii, Birka w Szwecji i Wolin na południowym wybrzeżu Bałtyku. Do tej listy można też dopisać Starą Ładogę, wysuniętą mocno na wschód, a zlokalizowaną na terenach dzisiejszej północno-zachodniej Rosji. Z tej ostatniej osady można było dotrzeć drogą wodną do bliskowschodnich ośrodków islamskich, które również stanowiły dobry rynek zbytu dla zasobów z północy. Z czasem droga ta wydłużyła się aż do Bizancjum.
W tym ekscytującym okresie nie brakowało okazji, aby dorobić się wielkiej fortuny i zapewnić sobie rozległą władzę. Zasadnicze znaczenie miała kontrola i nad zasobami, i nad wymianą handlową. W arktycznych regionach Norwegii rośli w siłę ci, którzy potrafili zmusić innych do opłacania trybutu czy podatków w postaci futer. W Danii władzę i bogactwo zapewniali sobie ci możni, którzy kontrolowali wąskie cieśniny łączące Bałtyk z ośrodkami handlowymi położonymi bardziej na południe albo sprawowali nadzór nad samymi osadami kupieckimi. Kupcy i rzemieślnicy oprócz dóbr i towarów wieźli na północ również nowe pomysły i technologie.
Lokalni przywódcy zainteresowani wspięciem się o szczebel czy dwa na drabinie władzy mogli czerpać z Południa także wzorce władzy królewskiej. Na obszarze obecnej Wielkiej Brytanii istniał wtedy zlepek wielu królestw, układy sił między poszczególnymi pomniejszymi władcami zmieniały się stale również na terenie Irlandii. Na kontynencie powstało jedyne w zachodniej Europie supermocarstwo w postaci Imperium Karolińskiego, które w roku 800 obejmowało tereny dzisiejszej Francji, Belgii, Holandii, Luksemburga i Szwajcarii, a także znaczne obszary obecnie wchodzące w skład Włoch, Austrii i Niemiec. Jak wspominaliśmy w prologu, północni władcy od dawna utrzymywali stosunki dyplomatyczne i gospodarcze z Południem, a jednocześnie przyswajali sobie też pewne wyobrażenia o tym, jak może wyglądać władza królewska i jak można po nią sięgnąć. Nie dysponujemy co prawda skandynawskimi źródłami historycznymi z tego okresu, ale materiały archeologiczne, w szczególności duńskie, wyraźnie wskazują na takie oddziaływania. W 737 roku ruszyły prace nad głębokim wykopem i nasypem wzmocnionym drewnianą palisadą, monumentalną konstrukcją biegnącą przez znaczną część południowej Danii. W późniejszych stuleciach powstał na jej bazie system obronny znany jako Danevirke. Był to projekt bezprecedensowy na skalę całej Skandynawii, wyraźnie świadczący o ambicjach miejscowego władcy, który najwyraźniej miał co chronić i dysponował zasobami niezbędnymi do stworzenia takiej struktury.
Ósmy wiek to okres bogacenia się Skandynawii. Jej ludy rosły wtedy w siłę i nabierały apetytu. Narastały też rywalizacja i konflikty. Na każdego możnego u władzy przypadało kilku, którzy chętnie by przejęli pałeczkę. Co najmniej część z nich szukała alternatywnych dróg zapewnienia sobie statusu i majątku. Coraz liczniejsze szlaki handlowe nieuchronnie przyciągały plagę piractwa. Pojawienie się wikińskich awanturników było już tylko kwestią czasu.
Z perspektywy anglosaskiej pierwszy akt przemocy, którego dopuścili się Skandynawowie przybywający od strony morza, spadł na jego ofiary niczym grom z jasnego nieba. Kronika anglosaska donosi, że około 787 roku trzy statki przybyły na wyspę Portland leżącą u wybrzeży Dorset. "Pojawiły się po raz pierwszy trzy statki z Ludźmi Północy. Królewski urzędnik udał się do nich, żeby ich wypędzić z terenów należących do króla, bo nie wiedział, kim są. Oni zaś go zarżnęli. To były pierwsze statki Duńczyków, które przybyły na ziemie Anglików"12.
Ten zapis poczynił ktoś, kto wiedział, że to były "pierwsze statki" i że najgorsze miało dopiero nadejść. W rzeczy samej w 793 roku nastąpił niesławny atak na klasztor na wyspie Lindisfarne, położonej u wybrzeży Northumbrii. Skrybowie tworzący Kronikę anglosaską opisali to jako katastrofalne wydarzenie, albowiem niebiosa zawczasu je zwiastowały.
Tego roku złowieszcze znaki pojawiły się nad Northumbrią, które do żywego przeraziły mieszkańców. Były to potężne wiry powietrzne i oślepiające błyskawice. Widziano latające po niebie ogniste smoki. Nastąpił po tych znakach potworny głód, a później tego samego roku, 8 czerwca, hordy pogan bezlitośnie zniszczyły kościół Pana w Lindisfarne, dopuszczając się grabieży i rzezi13.
W kolejnych latach ofiarami brutalnych napaści padły również inne kusząco bogate, a przy tym bezbronne klasztory na Hebrydach i w Irlandii, a także na francuskim wybrzeżu. Władcy pospiesznie próbowali zorganizować obronę przed niepożądanymi gośćmi, a duchowni upatrywali w tych najazdach kary za grzechy chrześcijańskiego ludu i wzywali do pokuty. To była jednak tylko zapowiedź tego, co wkrótce miało nadejść.
W latach trzydziestych IX wieku nowe pokolenie wikingów dopisywało własny ciąg dalszy do dziedzictwa przodków. Jego przedstawiciele mieli nawet większe ambicje, tym bardziej że w 830 roku Imperium Karolińskie pogrążyło się w wojnie domowej. Wiele celów stało się przez to łatwiejszych do zdobycia, najeźdźcom udawało się dotrzeć dalej. Karolińska osada handlowa w Dorestadzie - paradoksalnie jeden z tych ośrodków, które sto lat wcześniej przyczyniły się do rozkwitu handlu z Północą - została tak zniszczona w wyniku corocznych najazdów między 834 a 837 rokiem, że już nigdy nie odzyskała dawnej świetności. W 842 roku podobny los spotkał Quentovic i Hamwic. W 836 roku wikingowie zapuścili się daleko w głąb lądu w Somerset i w Irlandii. W tym samym czasie inni wojownicy angażowali się jako najemnicy w siłach miejscowych władców z Kornwalii, Northumbrii i Irlandii. W kolejnej dekadzie najeźdźcy czuli się już na tyle pewnie, że zaprzestali corocznych powrotów do domu i zimowali na zdobywanych terenach. To zapewniło im możliwość szybszego rozpoczynania ataków lądowych po nadejściu wiosny. Skala najazdów rosła, a wraz z nią rosło także ich polityczne znaczenie. Gdy w 845 roku flota złożona ze stu dwudziestu statków podpłynęła Sekwaną pod Paryż, miasto wykupiło się za cenę 7000 funtów złota i srebra (co stanowiło kwotę, która każdemu z członków wyprawy mogła zapewnić dostatnie życie do końca jego dni). W 859 roku inna flota dotarła aż na Morze Śródziemne i stamtąd rozpoczęła plądrowanie terytorium Karolingów położone w dolinie Rodanu.
W środkowych dekadach IX wieku wikingowie byli niszczycielską siłą nie do odparcia. Gdyby dalej tak działali, najazdy najpewniej z czasem straciłyby na sile, czy to w związku z upadkiem potencjalnych celów, czy na skutek wzmocnienia linii obrony przez królestwa zachodniej Europy. Ponieważ jednak sukces rodzi sukces, w latach sześćdziesiątych IX wieku wnukowie i prawnukowie pierwszych wikińskich najeźdźców żywili ambicje, o których ich przodkom zapewne się nawet nie śniło. W 865 roku do wybrzeży Anglii przybiła wielka flota. Tym razem nie był to po prostu kolejny najazd, lecz podbój. W ciągu pięciu lat najeźdźcy zniszczyli istniejące od kilku wieków anglosaskie królestwa wschodniej Anglii, Northumbrii i Mercji. Ocalało tylko leżące na południu królestwo Wessexu. Ostatecznie to właśnie stamtąd zachodniosaksoński król Alfred Wielki przeprowadził kontrofensywę przeciwko tak zwanej Wielkiej Armii Pogan i ostatecznie doprowadził do impasu w 878 roku. Następnie Anglia została podzielona na dwie strefy wpływów, jedną podlegającą Anglikom, drugą podporządkowaną Skandynawom. A choć część sił ekspedycyjnych wyruszyła jeszcze szukać szczęścia na terytoriach znajdujących się we władaniu Karolingów, wielu wojowników pozostało we wschodniej i północnej Anglii, gdzie zamiast myśleć o kolejnych grabieżach, zajęło się budowaniem osad.
Tak oto po mniej więcej stu latach najazdów i podbojów specyfika epoki wikingów zaczęła się zmieniać. Podobny zwrot ku osadnictwu i działalności rolniczej nastąpił w tym samym okresie również na innym obszarze ich aktywności. Podczas gdy większość spośród tych, którzy początkowo osiedlili się w Anglii, pochodziła z Danii, na północnych archipelagach Orkadów, Szetlandów i Wysp Owczych nowych domów szukali pod koniec IX i na początku X wieku przede wszystkim Norwegowie. Stamtąd wilki morskie wyruszały jeszcze dalej na wody północnego Atlantyku. Począwszy od lat siedemdziesiątych IX wieku, przybysze z Norwegii i Wysp Brytyjskich zapuszczali stopniowo korzenie na Islandii i pierwsi na stałe zasiedlili Wyspę Lodu i Ognia. Tymczasem na południu wiking imieniem Rollon (albo Rolf) zajął ziemie u ujścia Sekwany, nadane mu wcześniej formalnie przez frankijskiego króla w 911 roku, i tym samym został pierwszym księciem Normandii. Pod koniec X wieku pierwsi śmiałkowie dotarli do Grenlandii, a dowody archeologiczne wskazują na to, że zapuszczali się z powodzeniem aż na kontynent północnoamerykański, gdzie około roku 1000 zakładali sezonowe osady na terenie dzisiejszej Nowej Fundlandii.
W tym samym czasie inni dzielni Skandynawowie, tym razem głównie Szwedzi, szukali szczęścia na wschód od swoich ojczystych ziem. Podobnie jak na zachodzie, również i tu siłą napędową postępu były srebrne monety. Na tym obszarze pochodziły one jednak z krajów islamskich i napływały jeszcze przed rokiem 800. Wizja bogactwa skusiła Szwedów do zakładania osad handlowych na terenach stanowiących dziś północno-zachodnią część Rosji. Stamtąd zapuszczali się oni dalej na południe wodami Donu, Dniepru i Wołgi. Rzeki stały się dla nich ważnymi szlakami handlowymi, którymi dało się dotrzeć do dwóch kolejnych potęg ówczesnego świata, czyli kalifatu Abbasydów oraz Cesarstwa Bizantyńskiego.
Podobnie jak na zachodzie, również tu wikingowie prowadzili pokojową wymianę handlową, ale zdarzało im się też wymuszać okup czy dopuszczać się grabieży. W kronikach zapisał się między innymi atak na Konstantynopol w 860 roku, a następnie kolejny w 907 roku. Po nim nastąpił potężny najazd na południowe wybrzeże Morza Kaspijskiego w latach 912-913. Śmiałość tych wikingów - na wschodzie zwanych Rusami - każe sądzić, że pod względem ambicji bynajmniej nie ustępowali swoim pobratymcom z zachodu. Pod koniec IX wieku Rusowie stworzyli potężne państwo z dwoma ważnymi ośrodkami: Nowogrodem na północy i Kijowem na południu. Rusowie byli Skandynawami, ale rządzili ludami w większości słowiańskimi, od których w ciągu kilku pokoleń przejęli zarówno język, jak i wiele tradycji kulturowych. Jeszcze w X wieku książęta ruscy utrzymywali bliskie związki polityczne z terenami, z których się wywodzili. W Konstantynopolu, czyli w samym sercu Cesarstwa Bizantyńskiego, wojownicy wywodzący się ze Skandynawii znaleźli z czasem miejsce w służbie władcy. Niektórzy z nich wchodzili nawet w skład straży przybocznej cesarza. Do grona Waregów - bo tak ich tam nazywano - zaliczał się między innymi późniejszy król Harald III Srogi, który swój "żar tlący się w dłoniach", jak kenning określał złoto, uzyskał właśnie za służbę w Konstantynopolu.
Paradoksem jest, że więcej wiemy o Skandynawach, którzy wyprawiali się wówczas poza granice swojego kraju, niż o tych, którzy pozostali w ojczyźnie. Choć ze źródeł historycznych niewiele wynika, nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, że i tutaj sporo się działo. Pod koniec X wieku, gdy nordyccy osadnicy byli zajęci tworzeniem gospodarstw rolnych w zatoczkach Grenlandii, a Waregowie maszerowali równym krokiem po cesarskim pałacu w Konstantynopolu, Dania - za sprawą dynamicznego i potężnego Haralda Sinozębego - przeistaczała się w zjednoczone królestwo. Harald przejął władzę po ojcu w 958 lub 959 roku i rozszerzył ją na skalę niespotykaną dotąd w Skandynawii. Wzniósł w Jelling imponujące pomniki dla upamiętnienia swoich rodziców, wzmocnił fortyfikacje Danevirke, które miały zabezpieczać jego kraj od południa, nakazał też budowę pierwszego i najdłuższego mostu całego okresu wikińskiego. Za jego czasów na terenie kraju powstało wiele trudnych do zdobycia okrągłych fortec. Najdonioślejszą jego decyzją było jednak przyjęcie w imieniu własnym i - jeśli wierzyć propagandzie tamtych czasów - całego narodu duńskiego religii chrześcijańskiej.
Procesy zjednoczeniowe, które miały doprowadzić do powstania zalążków średniowiecznych królestw w Danii, Norwegii i Szwecji, zachodziły powoli i nie bez perturbacji. Niemniej w roku 1000 Skandynawia wyłoniła się z mgły prehistorii i szybko włączyła się w nurt europejskiej polityki. Ważny element tego "procesu integracyjnego" stanowiły ataki na Anglię. W latach dziewięćdziesiątych X wieku nastąpiła kolejna fala najazdów wikińskich, która wzmogła niechęć do skandynawskiej mniejszości zamieszkującej te tereny. Tę mniejszość tworzyli wówczas zarówno potomkowie pierwszych osadników ze Skandynawii, jak i późniejsi przybysze. Różniła się ona jednak od anglosaskiej populacji zarówno językiem, jak i zwyczajami. 13 grudnia 1002 roku angielski król Ethelred II Bezradny zorganizował powszechne powstanie przeciwko Skandynawom, które zapisało się w historii jako masakra w dzień św. Brykcjusza. Do tego wydarzenia wrócimy jeszcze w rozdziale "Cielesność".
W 1013 roku, po burzliwej dekadzie starć i najazdów, na Anglię uderzył duński król Swen Widłobrody, syn Haralda Sinozębego. Król Ethelred Bezradny został obalony, a Swen koronował się w dzień Bożego Narodzenia. Pięć tygodni później nowy król już nie żył, a tron objął ponownie Ethelred. Pod koniec 1016 roku królem Anglii został jednak syn Swena Knut, zwany Wielkim. To on ostatecznie zwyciężył w tej nadzwyczaj ważnej odsłonie gry w komórki do wynajęcia, ponieważ udało mu się utrzymać panowanie nad Anglią aż do śmierci w 1035 roku. W tym samym czasie sprawował też rządy w Norwegii i Danii, co doprowadziło do powstania tworu nazywanego niekiedy imperium Morza Północnego. Rozpadło się ono w ciągu dziesięciu lat po jego śmierci, ponieważ Anglia i Dania obrały sobie władców z innych dynastii.
Z angielskiego punktu widzenia epoka wikingów zakończyła się dramatycznymi wydarzeniami 1066 roku. Wtedy to trzech kandydatów do angielskiego tronu, angielski król Harold II, syn Godwina, norweski król Harald Srogi i normandzki książę Wilhelm, stoczyli dwie krwawe, ale przełomowe bitwy, które doprowadziły do niekwestionowanego zwycięstwa tego ostatniego i wprowadziły Anglię w wyraźnie wyodrębniany przez historyków okres normański. Jak się przekonamy pod koniec książki, w rzeczywistości nie było to aż takie proste, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę to, co się działo poza granicami Anglii. Jeszcze w XIII wieku norweski król walczył o zwierzchność nad Szkocją i Hebrydami Zewnętrznymi, a Orkady i Szetlandy pozostały pod władzą tej korony aż do 1472 roku. Osadnicy islandzcy zdołali utrzymać się na wyspie również w kolejnym tysiącleciu, choć po czterech wiekach faktycznej niezależności w latach sześćdziesiątych XIII wieku musieli w końcu podporządkować się zwierzchnictwu Norwegii. Położona najdalej na zachód osada na Grenlandii nie przetrwała do czasów nowożytnych. Koloniści, którzy od początku do końca funkcjonowali z dala od macierzy i na obrzeżach ówczesnego świata, musieli mierzyć się z niesprzyjającymi warunkami klimatycznymi, które w końcu ich pokonały. Podróże przez zlodzony północny Atlantyk odbywały się coraz rzadziej i w końcu ostatni osadnicy opuścili wyspę około 1500 roku. I tak oto drobiny żaru epoki wikingów ostatecznie zgasły.
SPOŁECZEŃSTWO
Cokolwiek by się na świecie działo, ludzie muszą jeść. Jeśli dopisuje im szczęście, mają żywności pod dostatkiem. Jeśli los bardzo im sprzyja, mają jej w nadmiarze. Rolnictwo było w tamtych czasach niewątpliwie najważniejszym z zajęć i podstawą, na której wszystko się opierało, głównie gospodarka, polityka i życie społeczne. Oznaczało to, że ziemia była najcenniejszym z zasobów, najważniejszym źródłem dostatku i dobrobytu, a także najbardziej oczywistą miarą potęgi. Ludzie byli nierozerwalnie związani ze światem, który ich otaczał. Gdy wikińscy najeźdźcy postanowili osiedlić się w Anglii w 876 roku, przejęli - jak podaje Kronika anglosaska - ziemie w Northumbrii i "przystąpili do orki, żeby się wyżywić"14. Mniej więcej w tym samym czasie ziemię zdobywali też osadnicy na Islandii. Proces osadniczy nazywał się zresztą landnám, czyli "zajmowanie ziemi".
Jeżeli tylko pozwalały na to warunki klimatyczne, ziemię najchętniej przeznaczano pod uprawę. Zboża pozwalały pozyskiwać z gleby najwięcej składników odżywczych, a ziarno dało się przechowywać bez uszczerbku dla jego jakości znacznie dłużej niż mięso. W południowych częściach Skandynawii taki model dobrze się sprawdzał, gorzej rzecz się miała tam, gdzie ziemia była skalista, warstwa gleby cieńsza, a okres wegetacji krótszy. Takie regiony bardziej nadawały się do prowadzenia szerokiej hodowli krów, owiec i kóz. Świnie miały większe wymagania, jeśli chodzi o warunki życia, przez co nie najlepiej odnajdywały się w chłodniejszym środowisku na odleglejszych terenach. Wieprz ryjący w jesiennym runie w poszukiwaniu orzechów i jagód, świnia wędrująca po błotnistych obrzeżach gospodarstwa i prosię przechadzające się po fascynująco zaniedbanych ulicach Yorku czy Dublina czasów wikingów miały się świetnie i obrastały w tłuszcz. Z pewnością nie można by tego powiedzieć o przedstawicielu tego samego gatunku, który miałby przeżyć długą i mroźną zimę w grenlandzkiej zagrodzie. Z czasem więc nordyccy rolnicy przystosowali się do nowych warunków panujących na wyspach północnego Atlantyku i zaczęli hodować zwierzęta lepiej znoszące tamtejszy klimat, czyli przede wszystkim kozy i owce. Uzupełnieniem hodowli było łowiectwo, popularne zwłaszcza na słabo zaludnionych arktycznych terenach Skandynawii i Grenlandii, gdzie na dzikie zwierzęta polowano nie tylko ze względu na mięso, ale również na skóry i kły (dotyczyło morsów). W lasach - jeżeli rosły gdzieś w pobliżu, bo na wyspach północnego Atlantyku wysokie drzewa należały do rzadkości - można było znaleźć orzechy, dzikie owoce, korzenie, zioła, a w gorszych czasach nawet jadalne liście i korę. Ludność osiadła w pobliżu wody słodkiej lub słonej - a dotyczy to wielu społeczności epoki wikingów - często uzupełniała dietę rybami i owocami morza.
Zważywszy na to, jak wielką rolę odgrywała produkcja żywności, trudno się dziwić, że podstawową jednostkę społeczną epoki wikingów stanowiła zagroda. Ludzie w niej mieszkający byli zwykle w dużej mierze samowystarczalni. Co tylko mogli, uprawiali, łowili bądź przynosili z lasu. Inne produkty dostawali od sąsiadów bądź wędrownych kupców w ramach wymiany barterowej. Podstawowe wyposażenie każdego gospodarstwa domowego, takie jak tkaniny, narzędzia i materiały budowlane, każdy sam wytwarzał na własne potrzeby albo kupował gdzieś w pobliżu. Ze zwierząt pozyskiwano, co tylko się dało, do ostatniego ścięgna. Większość populacji przez długi czas funkcjonowała na granicy przeżycia, choć w tej kwestii dużo zależało od warunków pogodowych panujących w danym roku czy okresie. Życie było trudne i wymagało ciągłej walki z niesprzyjającą przyrodą. Dla ludzi tamtego czasu świat składał się z drewna, wełny, lnu, kości, kamienia, skóry i poroża, surowca ręcznie obrabianego i zdobionego. Metal stanowił rzadkość, więc pilnowano go jak oka w głowie i przetwarzano na możliwie wiele różnych sposobów.
Jeśli gospodarstwu udało się wypracować nadwyżkę, najczęściej wymieniano ją na jakieś towary lub zwierzęta, względnie usługi wyspecjalizowanych rzemieślników, takich jak kowal i cieśla. Świat wikingów znał monety, ale większość ludzi nie stosowała wymiany pieniężnej w dzisiejszym rozumieniu. Jak już mieliśmy się okazję przekonać, srebrne monety pełniły ważną funkcję w handlu dobrami luksusowymi z dalekimi krajami. Często pozyskiwano je też bardziej wątpliwymi metodami, na przykład poprzez najazdy i wymuszenia. Ceniono je nie tylko z uwagi na ich wartość monetarną, ale również jako metal szlachetny, którego posiadanie stanowiło wyznacznik sukcesu i wpływów. To nie przypadek, że największe srebrne skarby wikingów znajduje się na Gotlandii, wyspie położonej na środku Morza Bałtyckiego (odkryto ich tam dotąd ponad siedemset), a przez to stanowiącej ważny punkt na trasie podróży kupców i najeźdźców podróżujących do Szwecji i z niej.
Choć w czasach wikingów kupcy stanowili niewielki odsetek społeczeństwa, pozostawili po sobie bogaty ślad archeologiczny, choćby w postaci ważnych ośrodków handlowych, takich jak wspomniane wcześniej duńskie Ribe i Hedeby. Oba te ośrodki powstały około 700 roku, początkowo jeszcze nie jako stałe osady, lecz raczej dogodne punkty okresowych spotkań i zimowe porty dla kupców odbywających długie podróże. Kilkadziesiąt lat później szlaki zostały na tyle zabezpieczone i przynosiły pewnym kupcom tak duże dochody, że niektórzy z nich - być może za namową miejscowego wodza czy lokalnego króla - decydowali się tu czy tam wznieść trwalszą konstrukcję mieszkalną i wytyczyć nad morzem działkę o regularnym kształcie. Te niewielkie społeczności usprawniały dostęp do regionalnych i międzynarodowych szklaków handlowych, a ponadto zapewniały rynek zbytu miejscowym rolnikom, kowalom, stolarzom, włókiennikom, garncarzom i wszelkim innym rzemieślnikom, w związku z czym liczba ich ludności z czasem się powiększała. W szczytowym okresie, czyli między rokiem 800 a 1000, Hedeby było osadą bardzo gęsto zaludnioną. Domy stojące przy ciasnych uliczkach zamieszkiwało ponad tysiąc osób, a w morze wychodził istny las pomostów.
Takie protomiejskie osady handlowe zawsze miały większe znaczenie dla elit niż dla reszty populacji. Prawdziwe ośrodki miejskie będą licznie powstawać w późniejszym okresie epoki wikingów na terenie całej Skandynawii, ale wtedy już z inicjatywy królów i Kościoła katolickiego. Taką genezę mają Roskilde w Danii, Sigtuna w Szwecji i Bergen w Norwegii. Miasta zamieszkiwane w dużej mierze przez populację nordycką kwitły także poza Skandynawią. Zaliczały się do nich Dublin, York i Nowogród. Jak jeszcze opiszemy, wszystkie one dostarczają cennych znalezisk archeologicznych. Ich mieszkańcy stanowili jednak mniejszość w epoce, w której dominowały rozsiane z rzadka wsie i samowystarczalne gospodarstwa.
Dotychczas przedstawialiśmy aktywność rolniczą w dużym uogólnieniu, z pominięciem faktu, że jej specyfika w znacznej mierze zależała od miejsca i czasu. Żyjąca z dala od świata rodzina rolnicza z Osiedla Zachodniego na Grenlandii chleb jadała tylko z rzadka i żyła całkiem inaczej niż ich pobratymcy uprawiający żyzną ziemię w jednej z wielu osad zlokalizowanych w pobliżu duńskiego miasta handlowego Hedeby. Różnice widać nawet w rozmiarach i konstrukcji budynków mieszkalnych. Bogaci wodzowie zamieszkiwali bowiem długie domy budowane z drewna, podczas gdy rolnicy za kołem podbiegunowym mieszkali w hobbicich norach, których ściany miewały po kilka metrów grubości dla ochrony przed zimnem, a dachy kryto strzechą, gontem lub darnią. Na południu Jutlandii zdarzały się gospodarstwa położone jedno obok drugiego na starannie wytyczonych działkach, które tworzyły coś na kształt wsi. Gdzie indziej w Skandynawii były to luźne osady bez śladu jakiejkolwiek organizacji. Wraz z upływem stuleci zmieniały się metody budowania i organizacji gospodarstwa rolnego. Na początku okresu wikingów znaczna część życia rolników skupiała się w jednym i tym samym długim domu, w którym ludzie niekiedy sypiali razem ze zwierzętami. Potem pojawiła się tendencja do rozdzielania funkcji poszczególnych budynków tworzących gospodarstwo.
Różnice dotyczą również samych domostw. Ogólnie rzecz biorąc, większe gospodarstwo potrzebowało więcej rąk do pracy, więc zamożniejsi właściciele ziemscy utrzymywali parobków, przez co liczba członków gospodarstwa domowego wzrastała nawet do kilkudziesięciu. Takie sytuacje należały jednak do rzadkości. Przeciętne gospodarstwo było znacznie mniejsze. Tworzyła je rodzina, którą dziś nazwalibyśmy nuklearną, niekiedy powiększona o starszych krewnych, przybrane dzieci lub jednego czy dwóch niewolników. Taka jednostka funkcjonowała w sieci ścisłych zależności i układów o charakterze rodzinnym lub partnerskim, opartych na więzach krwi, ale też wynikających z zawierania małżeństw, życia w konkubinacie bądź przysposabiania dzieci. Tego typu zależności miały dla większości ludzi zasadnicze znaczenie tożsamościowe, z pewnością znacznie większe niż przynależność do królestwa czy narodu. To oczywiście nie dziwi, zważywszy na bardzo słabą pozycję państwa w tamtym okresie.
Z uwagi na brak zawodowej policji również przestrzeganie prawa zależało od właściwego funkcjonowania wspólnoty. Przynajmniej na podstawowym poziomie pierwszym gwarantem bezpieczeństwa osobistego człowieka było grono jego bliskich. To między innymi dlatego na stronach islandzkich sag tak często można przeczytać żywe opisy wewnątrzrodzinnych sporów. To także pomaga zrozumieć, jak dolegliwą karą było wygnanie. Dla wielu wyrwanie z sieci pokrewieństwa i powinowactwa, a więc pozostawienie na łaskę i niełaskę nieznanego i wrogiego świata, było wyrokiem niewiele lżejszym od kary śmierci.
Nie wszyscy jednak mogli liczyć na korzyści, jakie zapewniało funkcjonowanie w kręgu bliskich. Wikingowie bynajmniej nie tworzyli społeczeństwa wolnych chłopów. Wprost przeciwnie, w tym świecie obowiązywała ścisła hierarchia. Jakkolwiek trudno ją zrekonstruować i jakkolwiek mogła różnie wyglądać w zależności od miejsca i czasu, jej istnienie nie budzi żadnych wątpliwości. W rozdziale "Niewolność" przekonamy się, że jakąś część populacji stanowili niewolnicy, którym nie przysługiwały prawa ani zabezpieczenia przynależne ludziom wolnym. Nad nimi w hierarchii znajdowała się liczna grupa wolnych ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu cieszyli się niezależnością i dostatkiem. Wszyscy oni jednak podlegali władzy mniejszej grupy potężnych wodzów czy królów. Warto w tym miejscu podkreślić, że gdy mowa o "wodzach" i "królach", chodzi zawsze wyłącznie o mężczyzn, co stanowi kolejny wyróżnik tych czasów. Zgodnie z normami głęboko patriarchalnego społeczeństwa kobiety były zwykle podporządkowane mężczyznom. To wszystko, co można powiedzieć, żeby uniknąć łatwego generalizowania. Jak się bowiem okazuje, niewolnicy wcale nie byli sobie równi. Część stanowili ludzie pojmani podczas najazdów czy bitew. Inni rodzili się w niewoli, jeszcze inni tracili wolność, ponieważ nie byli się w stanie utrzymać. Niewolnicy pełnili ponadto różne funkcje w społeczeństwie i gospodarce. Byli tacy, którym zlecano wykonywanie najbardziej żmudnych i nielubianych prac w gospodarstwie (takich jak zaganianie świń czy kóz, rozsypywanie nawozu, kopanie torfu i tak dalej), ale byli też i tacy, którzy usługiwali w domu i wykonywali prace takie jak pieczenie, tkanie czy ciesielka. Zdarzało się wreszcie i tak, że niewolnicy pełnili odpowiedzialne funkcje zarządców.
Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy wziąć pod uwagę - jak to będziemy czynić w tej książce - sytuację kobiet. Najogólniej można powiedzieć, że kobiety bez względu na swój status podlegały w ramach norm społecznych większym ograniczeniom niż mężczyźni, a w związku z tym niewiele miały możliwości, aby rzeczywiście czegoś dokonać w świecie prawa czy polityki. Gdyby jednak przyjrzeć się szczegółom, można rozpoznać cały wachlarz doświadczeń i realiów. Kobiety dzieliły się na niewolnice, wolne i szlachetnie urodzone. Jedne miały jakiś fach, inne nie. Nie wszystkie też rodziły i wychowywały dzieci. Niektóre potrafiły czytać, inne nie. Rzadko się zdarzało, żeby uczestniczyły w najazdach (chyba że przypadkiem dołączyły po drodze), ale pełniły ważne funkcje domowe zarówno w Skandynawii, jak i w różnych nordyckich osadach. Ostatecznie skądś musiały się brać kolejne pokolenia wikingów (mimo że zachowane źródła pisane niewiele mają do powiedzenia w kwestii porodów). Jak się przekonamy w rozdziale "Miłość", ten niewątpliwie ważny aspekt funkcjonowania społeczeństwa w zasadzie w ogóle nie budził zainteresowania autorów opowieści - co już samo w sobie coś mówi zarówno o specyfice tych źródeł, jak i o ówczesnym postrzeganiu ról płciowych. Przypomina nam to także, jak wiele możemy zyskać, zbaczając z utartych ścieżek historii, by zająć się artefaktami kultury materialnej.
RELIGIA
Nawet jeśli ktoś niewiele wie o wikingach, to zwykle jest w stanie podać kilka imion i charakterystycznych cech nordyckich bogów. Panteon otwierają Thor ze swoim młotem, Freja w powozie zaprzężonym w koty, jednooki Odyn i psotny Loki. To tylko niektóre z imion krążących w powszechnej świadomości. Ta popkulturowa wiedza przeszkadza jednak w dogłębnym zrozumieniu epoki wikingów. Na przestrzeni dziejów artyści, pisarze i twórcy filmowi wybierali z szerszego kontekstu, całkiem słusznie niezrozumiałego dla współczesnego odbiorcy, to, co dało się łatwo zinterpretować i przedstawić. Wszelkie rozważania na temat nordyckich bogów należałoby jednak rozpocząć od uświadomienia sobie, jak dziwny to był świat. W tej rzeczywistości nie było miejsca na coś takiego jak "siły nadprzyrodzone", a to dlatego, że bóstwa i duchy stanowiły integralną część fizycznego otoczenia ludzi. Były tak samo prawdziwe i oczywiste jak promienie słońca, wiatr czy przyciąganie ziemskie. Cóż z tego, że nie dało się ich zobaczyć, kiedy wyczuwało się ich moc. A skoro istniały, to można było na nie wpływać.
Jeśli zaś chodzi o szczegóły, to mamy w pewnym sensie szczęście. Świat nordycki przyjął chrześcijaństwo znacznie później niż większość ludów północnej Europy. Dzięki temu dysponujemy dziś o wiele szerszymi informacjami na temat jego przedchrześcijańskich wierzeń niż choćby w anglosaskiej Anglii. To bogactwo źródeł może być jednak złudne. Koniecznie bowiem trzeba pamiętać, że teksty pisane dotyczące praktyk i wierzeń nordyckich pochodzą spoza tego kręgu. O wikingach pisali chrześcijanie bądź wyznawcy islamu z różnych regionów średniowiecznego świata. Zwykle całkiem otwarcie wyrażali przy tym niechęć do wszystkiego, co uważali za "pogańskie". Odnosili się do tych wierzeń nieprzychylnie i nawet nie próbowali ich zrozumieć. Teksty z kręgu nordyckiego są znacznie młodsze, bo powstawały już długo po przyjęciu chrześcijaństwa. W związku z tym trudno właściwie stwierdzić, jak bardzo rzetelnie opisują postępowanie, słowa i wierzenia ludzi sprzed kilku stuleci. Późniejsze teksty nordyckie pochodzą przede wszystkim z Islandii, co z kolei rodzi pytanie, czy tradycje kultywowane na tej wyspie można uznać za reprezentatywne dla całego tego obszaru kulturowego. Informacji mamy tak niewiele, że łatwo ulec pokusie projektowania żywych i szczegółowych opisów islandzkich na cały świat wikingów, a nawet dalej - i równie łatwo można zapomnieć, że pewne rzeczy musiały zmieniać się w czasie i przestrzeni.
Oprócz źródeł pisanych mamy jednak do dyspozycji również inne materiały, na podstawie których możemy kreślić szerszy - choć oczywiście nadal fragmentaryczny i nie do końca precyzyjny - obraz niechrześcijańskich wierzeń, praktyk i tradycji. Archeologia od czasu do czasu dostarcza nam nowych informacji, które w jakimś stopniu odzwierciedlają to, o czym donoszą późniejsze źródła pisane (do tego wrócimy jeszcze w rozdziale zatytułowanym "Wierzenia"). Mniej konkretne wskazówki znajdujemy w nazwach miejscowych, o czym również jeszcze będzie szerzej mowa. Wreszcie zdarza się, że źródła pisane z Anglii anglosaskiej czy z Niemiec wspominają o bogach noszących imiona zbliżone do tych znanych nam z mitologii nordyckiej. Na przykład staronordycki Odyn ma etymologiczne związki z anglosaskim Wodenem i Wotanem, znanym ze staro-wysoko-niemieckiego. Mogłoby to sugerować, że ludy zamieszkujące północne tereny Europy i posługujące się językami germańskimi co najmniej w pewnym zakresie wierzyły w tych samych bogów, a w związku z tym mają wspólne przedchrześcijańskie dziedzictwo w postaci mitów i wierzeń.
Mając to wszystko w pamięci, możemy poczynić kilka interesujących spostrzeżeń na temat wierzeń nordyckich. Po pierwsze, w tych wierzeniach nie ma aspektu doktrynalnego, który znamy z chrześcijaństwa, islamu, judaizmu i innych religii opierających się na świętych księgach bądź tekstach zawierających pewne "prawdy" wiary i opisujących "słuszne" zachowania. W tych religiach świat to arena ponadczasowych zmagań moralnych między dobrem a złem. Przedchrześcijańska religia nordycka zasadniczo się od nich pod tym względem różniła. Nikt nie podejmował próby definiowania "prawdziwych" ani "słusznych" interpretacji, a choć mitologia opisywała całe mnóstwo dobrych i złych uczynków, to większości ich dopuszczali się przecież sami niesforni bogowie. Miejsce doktryny zajmowały mity i legendy tworzące skomplikowaną i wiecznie ewoluującą całość. To w nie wplatano opowieści o bogach i innych istotach nadprzyrodzonych. Trudno dziś stwierdzić, w jakim stopniu ludzie wierzyli, że te mity opisują rzeczywiste wydarzenia, a w jakim postrzegali je jako intrygujące opowiastki z morałem.
Po drugie, niektórym bogom przypisywano pewne konkretne cechy. Odyn był mądrym i przebiegłym znawcą magii i odkrywcą run. Można domniemywać, że otaczał opieką rządzących i wojowników. Thor był bogiem związanym z siłą fizyczną i ochroną. Jego imię można by przetłumaczyć jako "Gromowładny", co by sugerowało związek ze zjawiskami takimi jak burza i deszcz, a być może w ogóle z pogodą. W przeciwieństwie do wyniosłego Odyna Thor wydaje się mieć więcej wspólnego ze zwykłymi rolnikami, ale także z ludźmi podejmującymi ryzyko morskich wypraw. Freja, najważniejsze z bóstw kobiecych, może być kojarzona z miłością i ciążą, ale także z wojną i magią, podczas gdy jej brat Frej był bogiem wzrostu i płodności. Mamy też Lokiego, którego przedstawiano jako psotnego i nieprzewidywalnego sojusznika, ale również zdradzieckiego siewcę chaosu. Poza nimi panteon obejmował też wielu innych bogów, którzy, jak się dziś wydaje, odgrywali w mitologii pomniejsze role. Czy można na tej podstawie wnioskować, że w ogóle mieli mniejsze znaczenie? Na to pytanie trudno udzielić odpowiedzi, ale podejmiemy taką próbę jeszcze w rozdziale "Wierzenia". Nie można wykluczyć, że znaczna część ludzi z epoki wikingów mniej uwagi poświęcała tym "słynnym bogom", a więcej miejscowym bóstwom czy duchom ziemi, których imiona trudno dziś rozpoznać albo które w ogóle zniknęły w mroku dziejów.
Jakkolwiek wyglądał ten panteon, trzecie spostrzeżenie dotyczy rytuałów, które stanowiły nieodłączny element kultu. Niektóre z nich miały charakter publiczny (jak choćby uczty połączone ze składaniem darów, które organizowano z udziałem całej społeczności w przełomowych momentach roku lub w ramach obrzędów pogrzebowych), inne praktykowano na łonie przyrody w bardziej prywatny sposób (w kręgu rodzinnym lub indywidualnie). Wprowadzony przez wczesne chrześcijaństwo stanowczy zakaz składania ofiar ze zwierząt, obejmujący także zakaz składania w darze wszelkiego rodzaju jedzenia i napitku, wyraźnie sugeruje, że tego typu praktyki stanowiły ugruntowany element tradycji nordyckiej. Nie do końca wiadomo dziś, gdzie właściwie odbywały się poszczególne rytuały. Wiele wskazuje na to, że istniały ważne ośrodki kultu, w których odbywały się masowe zgromadzenia. Jednym z nich była Uppsala w Szwecji, choć niewiele na razie wiadomo, co się tam konkretnie działo. Takie duże zgromadzenia należały raczej do wyjątków, ponieważ większość rytuałów była odprawiana na mniejszą skalę i w bardzo różnych miejscach. Inaczej niż w chrześcijaństwie, które wskazuje budynek kościoła jako podstawowe miejsce sprawowania kultu, pogaństwo w wersji nordyckiej stawiało na rytuały na świeżym powietrzu. Nazwy miejsc i tradycja literacka podpowiadają, że ważną funkcję mogły pełnić pewne gaje, wzgórza, skały i łąki, także źródła, jeziora i wybrzeża, a nawet struktury wzniesione przez człowieka, jak kurhany.
Gdy się to wszystko poskłada w jedną całość, można odnieść wrażenie, że w czasach wikingów religia stanowiła integralną część codziennej rzeczywistości i lęków. Słabe plony, zaraza wśród zwierząt czy sztorm na morzu mogły zadecydować o życiu lub śmierci ludzi. W tej sytuacji trudno się dziwić, że ci, których to dotykało, robili wszystko, co w ich mocy, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. W tym właśnie celu zwracali się również do niewidzialnych sił. Wierzyli, że jeśli udobruchają bogów lub zdołają ich sobie zjednać, to w jakimś stopniu uda im się zapanować nad srogą i kapryśną naturą. Poza tym rytuały, mity i tradycje pełniły też ważne funkcje w społeczności, w szczególności dlatego, że spajały ją i definiowały jej wspólną tożsamość. Podczas spotkań o wymiarze religijnym łatwiej się rozwiązywało spory i ustalało zasady współpracy miedzy jednostkami i grupami. Była to również okazja, aby wzmocnić bądź zdefiniować na nowo struktury władzy. Obrzędy pogrzebowe odgrywały istotną rolę nie tylko z uwagi na wierzenia dotyczące zaświatów, ale także dlatego, że pozwalały społeczności zbiorowo przeżywać żałobę i podtrzymywać więzi. Spajały na nowo tkankę społeczną, która uległa rozerwaniu na skutek odejścia przyjaciela czy członka rodziny.
Chrześcijańscy misjonarze wyruszający po raz pierwszy na tereny nordyckie raczej nie przyglądali się miejscowym rytuałom z perspektywy antropologicznej. Proces chrystianizacji tych terenów zachodził powoli i stopniowo między IX a XI wiekiem. Nordyccy kupcy i najemni wojownicy często stykali się z nową wiarą podczas swoich podróży. Wśród handlarzy, którzy przybywali z południa do skandynawskich osad, czy to na krótko, czy na stałe, większość stanowili najpewniej ludzie ochrzczeni. W IX wieku skandynawscy królowie, choć sami nie chcieli przyjmować nowej wiary, najczęściej tolerowali chrześcijan i - jeśli wierzyć źródłom chrześcijańskim - wydali zgodę na budowę kościołów zarówno w Hedeby i Ribe w Danii, jak i w Birce w Szwecji. Dopiero w latach sześćdziesiątych X wieku potężny król Danii Harald Sinozęby przyjął wiarę chrześcijańską i zaczął ją narzucać swoim poddanym. W tym samym czasie chrześcijaństwo, tyle że w obrządku wschodnim, przyjęła Ruś Kijowska (zwykło się uważać, że nastąpiło to w 988 roku). W latach dziewięćdziesiątych X wieku na tronach Norwegii i Szwecji zasiadali królowie wyznający chrześcijaństwo. Naciskom Norwegii uległy też Islandia i Grenlandia, które przeszły na nową wiarę około roku 1000.
Ten zbiór dat przedstawia jednak dość uproszczony obraz sytuacji. W wersji "nieoficjalnej" historia przyjmowania chrześcijaństwa jest zdecydowanie bardziej skomplikowana. Ludzie wyznający chrześcijaństwo na pewno zamieszkiwali tereny Skandynawii na długo przed tym, zanim królowie zaczęli przyjmować nową wiarę. O kupcach już wspominaliśmy, ale dodać też należy, że od mniej więcej 800 roku wikingowie najpewniej przywozili ze swoich najazdów niewolników, którzy również wyznawali chrześcijaństwo, choć oczywiście nie należy zakładać, że ludzie pozbawieni wolności, a więc znajdujący się na samym dole hierarchii społecznej, mogli w jakikolwiek sposób oddziaływać na wierzenia szerszej populacji. Pewne dowody wskazują na to, że chrześcijaństwo wyznawali także niektórzy pierwsi osadnicy (również wolni) przybywający na Islandię w latach siedemdziesiątych IX wieku. O tyle to nie dziwi, że w procesie nordyckiej kolonizacji oprócz Norwegów brali udział również przybysze z Brytanii i Irlandii, gdzie chrześcijaństwo zdążyło już mocno zapuścić korzenie. Niektórzy z nich mogli się więc ożenić z miejscowymi chrześcijankami, a nawet przejść na nową wiarę i wychowywać w niej dzieci. Podobne procesy można zaobserwować w Anglii od 878 roku i w Normandii po 911 roku. Wikingowie, którzy osiedlali się na terenach schrystianizowanych, dość szybko przyjmowali nową wiarę. Zważywszy zaś, że stale utrzymywali silne więzi z ojczystymi stronami, wiedza o chrześcijaństwie mogła docierać na drugi brzeg Morza Północnego również za ich pośrednictwem.
W takiej sytuacji decyzja Haralda Sinozębego z lat sześćdziesiątych X wieku - choć nadal ważna - wydaje się już tylko jednym z wielu etapów znacznie szerszego i długofalowego procesu chrystianizacji. Nie wszystko jednak szło gładko, bowiem choć w ostatnim dziesięcioleciu X wieku na tronach Norwegii i Szwecji zasiadali królowie chrześcijańscy, to już kilka dekad później władzę przejęli władcy pogańscy. W latach osiemdziesiątych XI wieku wybuchł ostry konflikt między dwoma szwedzkimi królami, poganinem Svenem Blotem a Ingem I Starszym wyznającym chrześcijaństwo. Kraj oficjalnie przyjął monoteistyczną religię dopiero w XII wieku. Abstrahując od dworu królewskiego, w praktyce dokonywanie chrztu, gromadzenie ludzi w kościołach i wpajanie im kilku podstawowych zasad nowej religii często przychodziło bez większego trudu. Poza tym jednak niewiele udawało się osiągnąć, ponieważ niektóre zwyczaje i wierzenia stanowiły tak integralny element kultury i życia społecznego - i w tak dużym stopniu odpowiadały na podstawowe potrzeby ludzi - że nie dało się ich wyrugować. Dla ludzi było oczywiste, że trzeba zadbać o dobre zbiory, zdrowie zwierząt, bezpieczną podróż przez morze i łatwy poród. Niektóre związane z tym obyczaje zdołały ukryć się pod chrześcijańską otoczką, inne z czasem przekształcały się i przystosowywały do nowych realiów, aby w pewnym momencie objawić się na nowo w postaci "przesądów" czy "folkloru". W rozdziale zatytułowanym "Wierzenia" przyjrzymy się bliżej szczątkowym postaciom wierzeń i praktyk sprzed wieków, ponieważ wszystkie one równie dużo nam mówią o tym, co się zmienia, jak i o tym, co trwa.
SKĄD WIEMY TO, CO WIEMY?
Wiedzę o epoce wikingów czerpiemy z grubych stron pergaminowych manuskryptów oraz wszystkiego tego, co znajdujemy w ziemi i wodzie. Pewnych informacji dostarcza nam układ dawnych ciągów komunikacyjnych, które do dziś wpływają na kształt miast i krajobraz. Czasem dostrzeżemy w ziemi zarys dawnych budowli. Mamy też źródła zupełnie nowe, niewidoczne gołym okiem, ukryte w skręconych niciach DNA dzisiejszych ludzi lub w rdzeniach pradawnego lodu. Niektóre wskazówki wcale się przed nami nie chowają, bo pewnych staronordyckich słów używamy do dziś, a inne pozostały w nazwach miejscowych. Ciekawe historie opowiadają nam cieniutkie jak papier monety, ale także kanciaste runy wyryte w kamieniu, drewnie, metalu czy kości. Każdy z tych tropów prowadzi nas do czasów wikingów, choć zwykle jakąś meandrującą ścieżką.
W odkrywaniu przeszłości wiele zależy od szczęścia, bo często o tym, co przetrwało do naszych czasów, a co nie, decydował przypadek. Na ogół nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele informacji zatonęło w odmętach dziejów. Choć nie mamy żadnego wpływu na to, co przeszłość dla nas zachowała i w jakim zakresie postanowi nam to ukazać, w tej przypadkowości jest coś fascynującego. Gdyby ten materiał badawczy nie był tak kapryśny i tak osobliwy, być może nie dałoby się na jego podstawie snuć tak złożonych i tak wciągających opowieści.
Jeśli chodzi o manuskrypty, to epoka wikingów - zasadniczo definiowana jako okres od VIII wieku do mniej więcej 1100 roku - została w nich opisana w różnych formach i językach, co miało związek z faktem, że przybysze ze Skandynawii stykali się z rozmaitymi ludami i kulturami. Mamy zatem teksty po łacinie i po arabsku, ale też spisane po grecku i cyrylicą. Mamy dokumenty w języku średnioirlandzkim, staroangielskim i staro-cerkiewno-słowiańskim. Niektóre z nich to annały czy kroniki, ale są też opowieści z podróży. Wzmianki o wikingach pojawiają się także w poezji i traktatach pokojowych. Ze wszystkich tych źródeł wyłania się obraz żywy i barwny. Choć te świadectwa pochodzą mniej więcej z czasów wikingów, to nie obejmują one tekstów, które by powstawały po nordycku. Kultura związana z powstawaniem manuskryptów, którym zawdzięczamy wszystkie te informacje, do tych krajów przybyła dopiero wraz z chrześcijaństwem.
Ten stan rzeczy rodzi pewne komplikacje, ponieważ wszystkie te źródła przedstawiają obraz świata nordyckiego z zewnętrznej perspektywy. Wiele z nich stworzyli przedstawiciele społeczności, którym wikingowie mocno zaleźli za skórę. Ich autorzy mieli pewne własne założenia kulturowe i hołdowali innym tradycjom religijnym, co z pewnością rzutowało na ich ogląd. Jeśli chodzi o źródła zachodnioeuropejskie, to większość tworzyli chrześcijańscy duchowni, którzy opisywali krwawe ataki pogańskich sił na bezbronne miejsca kultu albo narzekali na napływających na ich tereny osadników. Interpretując teksty autorów arabskich, którzy podczas swoich podróży stykali się z różnymi przedstawicielami społeczności nordyckiej, trzeba brać pod uwagę prawdopodobne reakcje czy interpretacje wynikające z zetknięcia z całkowicie obcymi im obyczajami, co w praktyce oznacza konieczność przyjęcia dużego marginesu błędu bądź niezrozumienia. Gdyby jednak nie owe teksty, niewiele wiedzielibyśmy o tym, co się działo w epoce wikingów, w szczególności zaś jak wyglądały wyprawy Skandynawów.
W kręgu kultury nordyckiej źródła pisane pojawiły się później, wraz z dotarciem chrześcijaństwa na daleką północ. Oznacza to, że nordyckie prawa, teksty mitologiczne, genealogie, wiersze i sagi zaczęły pojawiać się jako źródła pisane dopiero w XII wieku, przy czym do naszych czasów przetrwały raczej materiały późniejsze. Nie można ich jednak traktować z lekceważeniem, bo to i tak rzecz nadzwyczajna. Fakt zaś, że informacje zostały spisane później, nie oznacza, że nie oddają rzetelnie rzeczywistości sprzed wieków. Epoka wikingów nie wytworzyła kultury pisanej, opierała się natomiast na silnych tradycjach ustnych. Z tymi ostatnimi problem polega na tym, że są zmienne i płynne. Gdy się czyta te teksty z perspektywy tysiąca lat, nie zawsze da się ustalić, które konkretne słowa na pergaminie naprawdę opisują fakty. Na przykład sagi kreślą wyobrażenie o świecie, jakiego dziś raczej nie podzielamy. Ich autorzy bez wahania wplatali do historycznej narracji wskrzeszeńców czy górskie trolle.
Kopalnią wiedzy historycznej może być także język. Najbliższym krewnym staronordyckiego jest współczesny islandzki, drugie miejsce zajmuje farerski. Staronordycki - w różnych odmianach dialektycznych - stanowi fundament dzisiejszych języków norweskiego, szwedzkiego i duńskiego. Jego ślady można też dostrzec w innych językach, w szczególności w angielskim. To zaś pozwala formułować wnioski na temat kontaktów i wzajemnego oddziaływania między kulturami, zwłaszcza w okresie nordyckiego osadnictwa na terenie Anglii. Współcześni użytkownicy angielskiego zawdzięczają przybyszom ze Skandynawii około siedmiuset słów, którymi posługują się do dziś, w tym scrape, skin, knife, hit, skull, leg, window, ill, die, ugly, scare, sky, law, egg, take, wrong, they, their, them, a nawet glitter (zapewniającego lśnienie błyskotki, od której rozpoczęliśmy rozdział). Wniosek z tego taki, że nordyccy osadnicy zostali aktywnie włączeni w krąg kulturowy zdominowany przez język staroangielski. Najwyraźniej jednak było ich tak wielu - i posługiwali się językiem na tyle zbliżonym - że pewne elementy staronordyckiego słownictwa czy gramatyki wyparły te staroangielskie15.
Oddziaływanie staronordyckiego na języki Wysp Brytyjskich zdecydowanie się na tym nie kończyło, tyle że dialekty w większym stopniu ukształtowane pod jego wpływem nie przetrwały do dziś. Na Orkadach i Szetlandach w średniowieczu i na początku ery nowożytnej mówiono językiem norn, który stanowił odmianę staronordyckiego. Do tego wątku wrócimy jeszcze pod koniec książki, gdy będziemy zastanawiać się na tym, co ten język może nam powiedzieć o nordyckich wpływach w tym regionie. W innych miejscach zasiedlanych przez Skandynawów losy języka staronordyckiego potoczyły się zupełnie inaczej. W Normandii czy na Rusi Kijowskiej zniknął on dość szybko, zwłaszcza gdyby to porównywać z procesem zachodzącym na Wyspach Brytyjskich. Pomimo szybkiej integracji z dominującą kulturą językową francuską lub słowiańską pewne jego elementy przez jakiś czas się zachowywały, ale z czasem zanikały i dziś na próżno by ich szukać we współczesnym francuskim czy rosyjskim.
Zdarza się jednak, że choć słowa wychodzą z użycia w języku mówionym, pozostawiają po sobie ślad w nazwach miejscowych. Na mapach możemy więc znaleźć wskazówki, pozwalające ustalić, kto gdzie mieszkał, w jaki sposób korzystał z ziemi i jakie jej specyficzne cechy liczyły się najbardziej. Nazwy miejscowe wskazują też niekiedy na pewne wierzenia, praktyki religijne, lokalizację miejsc kultu czy preferencje konkretnego bóstwa. Na przykład w Yorkshire nordycką genezę mają nazwy Selby, Whitby oraz Wetherby. Oznaczają one "Zagrodę Wierzbową", "Białą Zagrodę" i "Owczą Zagrodę", a tym samym zdradzają nam pewne informacje o sposobie korzystania z ziemi na tym terenie i jego postrzeganiu przez nordyckich osadników. Gdzie indziej zostały w nazwach miejscowych imiona ludzi, którzy tam w pewnym momencie żyli. W tej samej północnej Anglii mamy Grimsby ("Zagrodę Grima"), Ormskirk ("Kościół Orma"), Skegness ("Przylądek Skeggiego"). Nazwy te najprawdopodobniej uwieczniły trzech nordyckich osadników, którzy nazywali się Grim, Orm i Skeggi. Jeśli chodzi o kraje skandynawskie, to możemy przypuszczać, że Helgafell ("Święta Góra") na Islandii była ważnym miejscem kultu, podobnie wyspa Helgö ("Święta Wyspa") w Szwecji. Niemniej jednak trudniej tego dowieść. Możemy też domniemywać, że szwedzka wyspa Frösö ("Wyspa Freja") miała coś wspólnego z bogiem Frejem, a Odense w Danii łączy się z bogiem Odynem (skoro nazwa oznacza "Świątynię Odyna"). Wyłania się z tego może nieco impresjonistyczny obrazek, tym bardziej że z braku rzetelnych wskazówek trudno to wszystko dokładnie umiejscowić w czasie, w ten sposób jednak można choć przez chwilę popatrzeć na ten obszar oczami jego niegdysiejszych mieszkańców i spróbować wyobrazić sobie, co mogli oni wtedy widzieć i myśleć.
Epoka wikingów to czas kultury w przeważającej mierze niepiśmiennej, wyjątek stanowią tylko runy, formy z pogranicza tekstu i obiektu. Podobnie jak nazwa "alfabet" wzięła się od pierwszych greckich liter "alfa" i "beta", tak samo słowo "futhark" pochodzi od pierwszych siedmiu znaków systemu pisma, czyli (f), (u), (th), (a), (r), (k). Runy kojarzy się przede wszystkim ze światem nordyckim, ale używały ich ludy germańskojęzyczne na terenie całej północnej Europy. O najwcześniejszych dających się odczytać runach wspominaliśmy już w prologu, gdy była mowa o grzebieniu wydobytym z bagna Vimose. Użyto tam alfabetu obecnie nazywanego futharkiem starszym. W VII i VIII wieku, a więc u progu epoki wikingów, wykształcił się prostszy i mniej rozbudowany system pisma, obecnie nazywany futharkiem młodszym.
Runy w niezwykły sposób łączą nas z ludźmi, którzy żyli przed epoką wikingów i podczas jej trwania. W kolejnych stuleciach po upadku Cesarstwa Rzymskiego wiedza na temat nanoszenia i interpretacji tych znaków stopniowo się upowszechniała. Jak się wkrótce przekonamy, w latach poprzedzających nastanie epoki wikingów runami posługiwano się w coraz szerszym zakresie. Zapisywano nimi szczegóły związane z życiem codziennym, ale też informacje o wydarzeniach wagi historycznej. Runy opowiadały o życiu i śmierci, utrwalały imiona ludzi, ich przeżycia, ich uczucia. Za ich pośrednictwem zyskujemy dostęp do społeczności, które żyły przed wiekami. Słyszymy cały chór głosów, oglądamy kalejdoskop doświadczeń i emocji, zyskujemy przegląd związków międzyludzkich i wierzeń.
Poza runami do fizycznych pozostałości po epoce wikingów zalicza się także przeróżne znaleziska, począwszy od zachowanych w całości szkieletów, a skończywszy na odłamkach kości, fragmentach naczyń i delikatnych włóknach tkanin. W odniesieniu do niektórych znalezisk śmiało można by powiedzieć, że to, co dla wikinga było śmietnikiem, dla archeologa jest teraz skarbem. Śmietniska stanowią bowiem bogate źródło najróżniejszych kości, ekskrementów, popiołów oraz pozostałości życia codziennego. Sporadycznie się zdarza, że archeolog znajdzie prawdziwy skarb: biżuterię, monety lub zakopany łup. Takie odkrycia częściej trafiają na łamy prasy niż doniesienia na temat zawartości wychodka. Jak się jednak przekonamy w rozdziale "Cielesność", informacja o pradawnej kupie też ma szanse wybić się na pierwsze strony gazet.
Postępy w rozwoju technologii i metod badań naukowych rzucają coraz to nowe światło nawet na te artefakty, które już dobrze znamy. Do szeroko już rozpowszechnionych - ale nadal bardzo ważnych - badań należy datowanie radiowęglowe, które pozwala ocenić wiek materiału organicznego. Technika wywodząca się z lat czterdziestych XX wieku opiera się na ocenie zawartości radioaktywnego węgla 14C, który po śmierci rośliny czy zwierzęcia rozpada się w określonym tempie. Zastosowanie tej metody pozwala podać wiek znaleziska jedynie w przybliżeniu, a nadto trzeba mieć świadomość, że nie jest to narzędzie doskonałe. Próbki wydobyte z morza, w szczególności pochodzące od zwierząt morskich, ale także próbki pobrane z organizmów, które mogły spożywać zwierzęta żyjące w morzu, wykazują znacznie starszy wiek niż w rzeczywistości. Może to rodzić istotne komplikacje dla archeologów badających szkielety z epoki wikingów, zwłaszcza zaś te należące do ludzi, którzy mieszkali nad morzem i traktowali je jak spiżarnię16. Mimo to datowanie radiowęglowe to bezcenna technika, dzięki której możemy umiejscowić materiał organiczny w przeszłości znacznie precyzyjniej, niż to robiliśmy kiedyś. Dokładność pomiarów rośnie wraz z doskonaleniem sprzętu, który ich dokonuje, a także w związku z możliwością uwzględnienia zmian zawartości węgla 14C w atmosferze Ziemi17.
Datowanie radiowęglowe opiera się na pomiarach dotyczących konkretnego izotopu konkretnego pierwiastka. Badając inne izotopy, możemy uzyskiwać dodatkowe informacje. Istnieją między innymi metody pomiaru zawartości określonych izotopów w szkliwie zębów, co niekiedy pozwala określić, gdzie dany osobnik spędził pierwsze lata życia. Szkliwo zębów stałych tworzy się już we wczesnym dzieciństwie, a pewne określone odmiany węgla, tlenu i strontu, które się w nim gromadzą, zależą choćby od chemicznej budowy skał i składu wody deszczowej w danej okolicy. Izotopy pokonują kolejne etapy łańcucha pokarmowego, a następnie wnikają do organizmu człowieka wraz z pożywieniem (a także wodą). W tej książce przytoczono kilka przykładów, w których pochodzenie osoby zostało określone metodą izotopową. Pierwszy z nich pojawi się już w następnym rozdziale.
Rozwój nauki i technologii przynosi nam również nowe niespodzianki. Nawet najbardziej niepozorne znalezisko archeologiczne może się w pewnych okolicznościach okazać gwoździem programu. Dowodzi tego choćby niedawna historia z L'Anse aux Meadows, stanowiska z epoki wikingów na północnym skraju Nowej Fundlandii. Wykopaliska rozpoczęte w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku wywołały istną rewolucję. To dzięki nim po raz pierwszy udowodniono, że islandzkie sagi mówią prawdę i nordyccy odkrywcy rzeczywiście dotarli do Ameryki Północnej. Gdy dokonano tego odkrycia, nikt się specjalnie nie ekscytował kilkoma jodłowymi pniami i drewnem jałowca wydobytymi podczas wykopalisk. Dopiero zupełnie niedawno naukowcy odkryli w tym drewnie świadectwo burzy słonecznej, która wydarzyła się w 993 roku i spowodowała nagły wzrost zawartości izotopu węgla 14C. Badacze przystąpili do zliczania słojów, które narosły od tego wydarzenia do momentu ścięcia drzewa. Ustalili, że nastąpiło to w 1021 roku, co pozwoliło z całą pewnością stwierdzić, że co najmniej wtedy nordyccy osadnicy byli obecni na skraju kontynentu amerykańskiego18.
Nowe odkrycia naukowe otwierają nowe ścieżki badań historycznych. Analizując dużą liczbę próbek pobranych z setek szkieletów pochodzących z epoki wikingów, ale znalezionych na różnych obszarach, badacze mogą dziś między innymi odtworzyć międzynarodowe szlaki migracyjne, a także ustalić pewne relacje rodzinne19. W rozdziale zatytułowanym "Cielesność" poznamy dwie pary krewnych, których udało się rozpoznać właśnie dzięki postępom w dziedzinie badań genetycznych. Jedna para spoczywała razem przez wieki, a choć odkryto ją już dawno temu, dopiero ostatnio udało się stwierdzić, kim ci ludzie dla siebie byli. Druga para to ludzie, którzy zmarli po dwóch stronach Morza Północnego, a teraz mogli znów się spotkać.
Informacje na temat epoki wikingów czerpiemy też z rdzeni lodowych wydobywanych na Grenlandii. Tamtejsza pokrywa lodowa stanowi unikatowy zapis historii ziemskiej atmosfery. Gromadzące się rok po roku warstwy lodu można zliczać i datować jak słoje drzewa. Jedna z warstw zawiera cząsteczki pyłu pochodzącego z wulkanu, który wybuchł na Islandii około 871 roku (plus minus dwa lata). Materiały z tej samej erupcji znaleziono w głębokich pokładach islandzkiej gleby - jest to połyskliwy oliwkowy bazalt, krzemionka o barwie złamanej bieli i ciemny materiał piroklastyczny. Ten charakterystyczny osad towarzyszy najstarszym znaleziskom archeologicznym świadczącym o obecności ludzi na tej wyspie, co pozwala nam stwierdzić, że w latach siedemdziesiątych IX wieku na Islandii naprawdę sporo się działo20.
Ustalenie czasu wybuchu wulkanu potwierdziło treść ustnych przekazów, które przez pokolenia funkcjonowały w islandzkiej tradycji, ale zostały spisane dopiero w późniejszym okresie. Otóż w XII wieku Islandczyk imieniem Ari, zwany Mądrym, opisał historię osadnictwa na wyspie. Powstała w ten sposób Íslendingabók ("Księga Islandczyków"). Jej autor wskazuje, że pierwsze osady zostały założone w "870 zim po narodzinach Chrystusa", czyli w okresie, gdy wikingowie siali spustoszenie w Anglii. Ari wymienia jako swoje źródła następujące osoby: swojego przybranego ojca Teita ("uważam go za najmądrzejszego z ludzi"), swojego wuja Thorkela ("sięgał pamięcią bardzo daleko"), córkę wodza Snorriego imieniem Thurid ("była równie mądra, jak niewiarygodna"). Ponieważ datę wybuchu wulkanu da się dość dokładnie ustalić, wiemy dziś, że Ari słusznie zaufał ustnym relacjom tych trzech osób.
Ten ostatni przykład pokazuje, że jeśli to tylko możliwe, warto badać przeszłość na podstawie różnego rodzaju materiałów źródłowych oraz wiedzy specjalistycznej. Epoka wikingów jawi nam się wówczas jako zjawisko wieloaspektowe, jako daleki od ideału, ale zachwycający klejnot. Takie podejście pozwala nam spleść ze sobą na poziomie intelektualnym dwie koncepcje na pozór sprzeczne, a mianowicie wyobrażenie o pogańskich wikingach, których życie w dużej mierze sprowadzało się do najazdów, podróży i zakładania nowych osad, z wizją dłuższego okresu nordyckiego, w którym kulturowe i polityczne obyczaje wikingów nadal odgrywały istotną rolę, ale też krok po kroku ulegały zasadniczemu przeobrażeniu - zanim w końcu całkowicie zanikły.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
6 Na podstawie: Larrington, Poetic Edda, s. 22.
7 W książce The Viking Diaspora Judith Jesch pisze: W tej książce epoka wikingów została nieco arbitralnie zdefiniowana jako okres od 750 roku do 1100 roku. Należy jednak pamiętać, że wiele aspektów tego okresu można zrozumieć dopiero w kontekście wniosków płynących z analizy materiałów późniejszych (s. 10).
8 Por. Jesch, What does the word "Viking" really mean?, https://theconversation.com/what-does-the-word-viking-really-mean-75647.
9 Akademickie szlify zdobywałam na Wydziale Studiów Anglosaskich, Nordyckich i Celtyckich Uniwersytetu Cambridge. Element "nordycki" zawarty w nazwie jednostki akademickiej miał tam dokładnie takie znaczenie.
10 Helle, Introduction, s. 1.
11 Por. Jesch, The Viking Diaspora, s. 75-77.
12 Whitelock, English Historical Documents, s. 185.
13 Whitelock, English Historical Documents, s. 186.
14 Whitelock, English Historical Documents, s. 199.
15 Więcej na temat wpływów skandynawskich w języku angielskim por. the Gersum Project: www.gersum.org.
16 Por. Jarman, The Viking Great Army in England.
17 O najnowszych odkryciach związanych z datowaniem radiowęglowym w: Van der Plicht, Recent Developments in Calibration for Archaeological and Environmental Samples.
19 Por. Margaryan, Population Genomics of the Viking World oraz Rodríguez-Varela, The Genetic History of Scandinavia from the Roman Iron Age to the Present.
20 Por. Grönvold, Ash Layers from Iceland in the Greenland GRIP Ice Core Correlated with Oceanic and Land Sediments oraz Magnús Á. Sigurgeirsson, Dating of the Viking Age Landnám Tephra Sequence in Lake Mývatn Sediment, North Iceland.