Nieznane Toskania i Romania. Gdzie Dante mówi dobranoc - Katarzyna Nowacka

Kup ebooka

39.90 zł
32.72 zł (28,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Marradi

A ci lu­dzie tam w gó­rach to jacy oni są? - za­py­ta­no po­dob­no Dan­te­go, kie­dy z dzi­kich Ape­ni­nów zje­chał na ni­zi­nę. Ga­lan­tu­omi­ni ma-radi! - miał od­po­wie­dzieć po­eta.

Le­gen­da gło­si, że Dan­te za­trzy­mał się kie­dyś w Mar­ra­di i że nocą ukra­dzio­no mu der­kę z ko­nia. Nie­któ­rzy twier­dzą, że skra­dzio­no na­wet ko­nia. Wzbu­rzo­ny ar­ty­sta tak za­tem pod­su­mo­wał tu­tej­szą lud­no­ść. Ga­lan­tu­omi­ni ma-radi zna­czy bo­wiem - lu­dzie uprzej­mi, ale rzad­ko. Od tego stwier­dze­nia mia­ła się na­ro­dzić na­zwa mia­stecz­ka - Mar­ra­di, jed­nak, jak już wspo­mnia­łam, to tyl­ko le­gen­da i choć bar­dzo praw­do­po­dob­ne jest po­ja­wie­nie się po­ety w oko­li­cy, to aku­rat z na­zwą Mar­ra­di Dan­te nie miał nic wspól­ne­go.

Marradi, widok na San Lorenzo

Na te­ry­to­rium Mar­ra­di i oko­lic już od sta­ro­żyt­no­ści miesz­ka­li Etru­sko­wie, po­tem zie­mie te zo­sta­ły zdo­by­te przez Ga­lów z Fran­cji. Nie­wy­klu­czo­ne, że wła­śnie dla­te­go miej­sco­wy dia­lekt bu­dzi sko­ja­rze­nia z języ­kiem fran­cu­skim. Uwa­ża się, że już w I wie­ku na­szej ery na miej­scu obec­ne­go mia­stecz­ka ist­nia­ła for­ty­fi­ka­cja, któ­ra słu­ży­ła jako punkt do mo­ni­to­ro­wa­nia dro­gi łączącej Fa­en­zę, Flo­ren­cję i Luk­kę. Osa­da, z któ­rej wie­ki pó­źniej na­ro­dzi się Mar­ra­di, sta­ła się ide­al­nym przy­stan­kiem dla wędrow­ców. W tam­tym cza­sie miej­sce to na­zy­wa­no Ca­stel­lo.

Wo­kół Ca­stel­lo roz­ci­ąga­ły się inne po­sia­dło­ści i go­spo­dar­stwa, tzw. po­de­ri. Po­dob­no jed­no z nich no­si­ło na­zwę "Mar­ra­to", co zna­czy­ło mniej wi­ęcej "prze­ko­pa­ne" (tak jak prze­ko­pa­ny jest ogró­dek). Jed­na z naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nych tez za­kła­da, że od tego wła­śnie sło­wa po­cho­dzi obec­na na­zwa mia­stecz­ka - Mar­ra­di.

Centrum Marradi

Inni uwa­ża­ją, że po­czątek wspó­łcze­sne­mu mia­nu dało sło­wo mar­ra­to, ina­czej zap­pa­to (czy­li prze­ko­pa­ny mo­ty­ką), był to bo­wiem głów­ny spo­sób pra­cy na tu­tej­szych po­lach.

Dziś już zbyt wie­lu pól upraw­nych tu nie ma. Wzgó­rza po­ro­śni­ęte są la­sa­mi - w tym, w du­żej mie­rze - ga­ja­mi kasz­ta­no­wy­mi, ale reszt­ki ca­stel­lo di Ca­sti­glion­chio - daw­niej na­zy­wa­ne "Ca­strum Le­onis", a dziś po pro­stu Ca­stel­lo­ne - prze­trwa­ły i są jed­nym z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych punk­tów ca­łej gmi­ny.

Wie­ża, a tak na­praw­dę dwie - jed­na nie zo­sta­ła od­bu­do­wa­na i po­zo­sta­je w ukry­ciu, częścio­wo za­ro­śni­ęta - to reszt­ki for­ty­fi­ka­cji z 1123 roku, na­le­żącej do rodu Pa­ga­ni, do­mi­nu­jące­go w ca­łej sąsied­niej do­li­nie Se­nio. For­ty­fi­ka­cja znisz­czo­na zo­sta­ła przez fa­en­ty­ńczy­ków, któ­rzy wci­ąż to­czy­li wal­ki z Pa­ga­ni.

Ze względu na stra­te­gicz­ne po­ło­że­nie for­ty­fi­ka­cji, wspo­mnia­ny ród zde­cy­do­wał się prze­ka­zać ją Re­pu­bli­ce Flo­ren­cji. Pod ko­niec XIII wie­ku Ca­stel­lo­ne po­wa­żnie ucier­pia­ło w sil­nym trzęsie­niu zie­mi, któ­re na­wie­dzi­ło te te­re­ny.

Dziś wie­ża ad­mi­ni­stra­cyj­nie na­le­ży do Bi­for­co, któ­re z ko­lei przy­kle­jo­ne jest do Mar­ra­di. Nie­któ­rzy trak­tu­ją Bi­for­co nie­mal jak dziel­ni­cę mia­stecz­ka. Tu miesz­kam ja. U stóp daw­ne­go zam­ku.

Z Bi­for­co na Ca­stel­lo­ne pro­wa­dzą trzy szla­ki - dwa dłu­ższe i ła­god­ne, trze­ci do­syć stro­my, ale też dużo krót­szy. Tak czy ina­czej, są jak wstęp­na de­gu­sta­cja tu­tej­szych tras, albo jak an­ti­pa­sto do po­wa­żne­go trek­kin­gu. Wy­pra­wa na Ca­stel­lo­ne to pierw­sze po­sma­ko­wa­nie, czym jest wędro­wa­nie po Ape­ni­nach. Ręczę ca­łym ser­cem, że po­tem chce się wędro­wać bez ko­ńca...

Za­wi­tać do Mar­ra­di przy­pad­kiem nie jest ła­two. Krzy­żu­ją się tu tyl­ko gór­skie kręte dro­gi, któ­re wiją się przez ko­lej­ne prze­łęcze. Nie­wie­lu de­cy­du­je się na taką wy­pra­wę. Na­wet ci, któ­rzy jadą do Flo­ren­cji, wy­bie­ra­ją ra­czej au­to­stra­dę.

Mar­ra­di to pierw­sza to­ska­ńska gmi­na, gdy wje­żdża się do To­ska­nii od stro­ny Fa­en­zy. Już od Bri­si­ghel­li kra­jo­braz za­czy­na być co­raz bar­dziej gó­rzy­sty i dzi­ki. Mo­żna po­wie­dzieć, że pod wie­lo­ma względa­mi je­ste­śmy uprzy­wi­le­jo­wa­ni, na­wet je­śli nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że to zie­mie ni­czy­je - ani praw­dzi­wa To­ska­nia, ani Ro­ma­nia.

Mar­ra­di i po­zo­sta­łe zie­mie Alto Mu­gel­lo to taki ukry­ty, dzi­ki raj, któ­ry, jak po­kor­ne cie­le, czer­pie z tra­dy­cji i kul­tu­ry dwóch re­gio­nów. Bie­rze to, co naj­lep­sze, a do tego, z ra­cji swo­je­go "nie­wy­god­ne­go" po­ło­że­nia, na­dal po­zo­sta­je miej­scem ci­chym, spo­koj­nym i - co naj­wa­żniej­sze - au­ten­tycz­nym.

Castellone w listopadzie

Jed­nym z wa­żniej­szych za­byt­ków mia­stecz­ka jest od­da­lo­na od cen­trum o trzy ki­lo­me­try Ba­dia del Bor­go - San­ta Re­pa­ra­ta. To ka­mien­na świ­ąty­nia, kon­se­kro­wa­na bli­sko ty­si­ąc lat temu. Z daw­nej bu­dow­li za­cho­wa­ła się tyl­ko dzwon­ni­ca i frag­ment mu­rów, na­to­miast fa­sa­da i wnętrze ko­ścio­ła no­szą już wi­docz­ne śla­dy ba­ro­ku.

Ba­dia jest do­brym punk­tem wy­pa­do­wym dla ama­to­rów trek­kin­gu. Je­den ze szla­ków pro­wa­dzi przez Mon­te Ro­ton­do do Mar­ra­di - oko­ło 10 ki­lo­me­trów nie­zwy­kle wi­do­wi­sko­wej tra­sy, dla osób ra­czej do­świad­czo­nych w wędro­wa­niu po gó­rach, inny na­to­miast wie­dzie do ty­si­ąc­let­nie­go opac­twa Ga­mo­gna, o któ­rym opo­wiem w dal­szej części. Nad Ba­dią roz­ci­ąga się też je­den z pi­ęk­niej­szych ga­jów kasz­ta­no­wych, któ­ry na­le­ży do po­sia­dło­ści Pian del­la Qu­er­cia.

 

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów, ma­rzec 2015:

Bla­sza­ny lew na ko­pu­le ra­tu­sza ob­ra­ca się wol­niut­ko, po­py­cha­ny przez wiatr. Przy sil­nych po­dmu­chach kręci się jak sza­lo­ny, jak­by chciał się ze­rwać. Zgrzy­ta przy tym nie­mi­ło­sier­nie, a prze­cho­dzący do­łem mar­ra­dyj­czy­cy pa­trzą tyl­ko z prze­stra­chem, czy wy­trzy­ma. Raz uda­ło mu się po­fru­nąć...

"Una cu­po­la ros­sa ride lon­ta­na con il suo le­one" - pi­sał daw­no temu lo­kal­ny po­eta, Dino Cam­pa­na, a dziś ja, nie­mal za ka­żdym ra­zem, kie­dy prze­cho­dzę, za­dzie­ram gło­wę i uśmie­cham się do lwa ucze­pio­ne­go igli­cy...

To znak! Mój znak! Mój lew, moje mia­sto...

 

Lew jest w her­bie gmi­ny. Gó­ru­je nad głów­nym pla­cem, przy­mo­co­wa­ny do wspo­mnia­nej igli­cy na ko­pu­le ra­tu­sza. Tu bije ser­ce Mar­ra­di. Cen­trum mia­stecz­ka sku­pia się tak na­praw­dę wo­kół dwóch pla­ców - głów­ne­go i dru­gie­go, któ­ry miej­sco­wi na­zy­wa­ją piaz­za di sot­to (plac Pod Spodem). Głów­ny to Piaz­za Sca­lel­le - ele­ganc­ki i sty­lo­wy, z log­gia­mi ra­tu­sza, osiem­na­sto­wiecz­nym pa­laz­zo Fab­bro­ni i ma­le­ńkim ko­ścio­łem - chie­sa del Suf­fra­gio.

War­to też po­spa­ce­ro­wać wąski­mi ulicz­ka­mi, któ­re pro­wa­dzą w ci­che, uro­kli­we za­kąt­ki - Ca' Vi­go­li oraz Ca' Ar­chi­ro­li. Trze­ba też wstąpić do głów­ne­go ko­ścio­ła pod we­zwa­niem San Lo­ren­zo - po dru­giej stro­nie mo­stu. Świ­ęty Waw­rzy­niec jest pa­tro­nem mia­stecz­ka. We wnętrzu świ­ąty­ni mo­żna dziś po­dzi­wiać ma­lo­wi­dła z XVI wie­ku. Ich au­to­rem jest ano­ni­mo­wy ar­ty­sta, któ­ry - jak się przy­pusz­cza - do­sko­na­lił swój kunszt pod okiem Ghir­lan­da­ia.

Po­dob­no Mar­ra­di w daw­nych cza­sach nie było ty­po­wym, ta­kim jak inne, gór­skim mia­stecz­kiem dzi­kich Ape­ni­nów. Wy­-róż­nia­ło się roz­wo­jem kul­tu­ry i dba­ło­ścią o nią. Wy­ni­ka­ło to z fak­tu, że dwa naj­wa­żniej­sze rody, któ­re się tu osie­dli­ły - Tor­ria­ni i Fab­bro­ni - je­den prze­pędzo­ny z Me­dio­la­nu, dru­gi po­dob­no z Pi­stoi, chcia­ły stwo­rzyć wo­kół sie­bie ele­ganc­ki, miej­ski świat, do ja­kie­go były przy­zwy­cza­jo­ne.

Ich wzo­rem po­wsta­ły tu też inne pa­laz­zi no­bi­li sza­no­wa­nych ro­dzin, a ka­żdy mógł się po­szczy­cić bo­ga­tą bi­blio­te­ką. Mar­ra­di było z nich zna­ne. Za­cne rody, choć ży­jące w dzi­czy, z dala od cy­wi­li­za­cji, bar­dzo dba­ły, by ota­czać się ze wszyst­kich stron sztu­ką.

Do dziś gmi­na, li­cząca tyl­ko trzy ty­si­ące miesz­ka­ńców, może po­szczy­cić się na­wet te­atrem, któ­re­go hi­sto­ria si­ęga XVIII wie­ku i na któ­re­go de­skach na­dal od­by­wa­ją się spek­ta­kle uatrak­cyj­nia­jące ży­cie - zda­wa­ło­by się - zwy­kłe­go, sen­ne­go mia­stecz­ka.

Palazzo Torriani

Pa­laz­zo Tor­ria­ni to bez wąt­pie­nia je­den z klej­no­tów Mar­ra­di, któ­ry wzno­si się w cen­trum mia­stecz­ka, na reszt­kach bu­dow­li z cza­sów prze­drzym­skich. Pa­łac wy­bu­do­wa­no na ży­cze­nie za­mo­żnej ro­dzi­ny Raz­zi, ale szyb­ko jego wła­ści­cie­lem stał się ród Tor­ria­ni. Po­przed­ni­cy nie udźwi­gnęli tak du­żej in­we­sty­cji.

Tor­ria­ni przy­by­li do Mar­ra­di z Me­dio­la­nu, skąd, po krwa­wych spo­rach i po­tycz­kach, zo­sta­li wy­gna­ni przez Vi­scon­tich. W po­ło­wie sie­dem­na­ste­go wie­ku za­ko­ńczo­no wszel­kie pra­ce przy pa­laz­zo i ro­dzi­na mo­gła za­miesz­kać w oka­za­łej re­zy­den­cji, gdzie po dziś dzień żyje dzie­dzicz­ka rodu, Anna Ma­ria, wraz z cór­ką, Ma­rią Emi­lią.

Aby móc utrzy­mać tak dużą i kosz­tow­ną nie­ru­cho­mo­ść, wła­ści­ciel­ka urządzi­ła tu nie­zwy­kle sty­lo­we i ele­ganc­kie B&B. War­to jed­nak wie­dzieć, że nie tyl­ko go­ście no­cu­jący w pa­laz­zo mają szan­sę zo­ba­czyć wnętrza. Anna Ma­ria z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi przyj­mu­je tych, któ­rzy chcą po­znać hi­sto­rię jej rodu. Mo­żna umó­wić się na zwie­dza­nie, na de­gu­sta­cję, a na­wet na wy­staw­ną ko­la­cję. Sma­ko­wi­to­ści, któ­re ser­wu­ją Anna Ma­ria i jej cór­ka, god­ne są kró­lew­skie­go sto­łu.

Detal Palazzo Torriani

Jed­ną z cie­ka­wo­stek zwi­ąza­nych z tym miej­scem jest fakt, że wśród naj­zna­mie­nit­szych go­ści Pa­laz­zo Tor­ria­ni był też sław­ny ku­charz, Mar­ti­no, zna­ny z tego, że przez dwa­na­ście mie­si­ęcy roku ni­g­dy nie po­wta­rzał tego sa­me­go da­nia. Wła­ści­ciel­ki domu do dziś strze­gą, jak naj­dro­ższe­go skar­bu, jego re­cep­tur. Oczy­wi­ście, na pro­śbę go­ści, ser­wu­ją wy­bra­ne da­nia, jed­nak w cza­sie ich przy­go­to­wy­wa­nia do kuch­ni nikt nie ma wstępu.

Pa­laz­zo Tor­ria­ni to nie tyl­ko eks­klu­zyw­na baza noc­le­go­wa, do­sko­na­łe sma­ki, nie­co­dzien­na życz­li­wo­ść i ser­decz­no­ść wła­ści­ciel­ki. To też za­byt­ko­we wnętrza i ar­cy­cie­ka­we hi­sto­rie. Nie­zwy­kłe zdo­bie­nia su­fi­tów - słyn­ne wło­skie li­ber­ty, ma­lo­wi­dła nie­zna­ne­go jesz­cze wte­dy Si­lve­stro Legi, kil­ku­set­let­nie ze­ga­ry, pa­mi­ąt­ki z cza­sów dru­giej woj­ny świa­to­wej i woda, któ­ra ma ma­gicz­ne dzia­ła­nie.

Gamogna

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów, gru­dzień 2019:

Dym uno­szący się z ko­mi­na świad­czył o tym, że w opac­twie ktoś był. By­li­śmy za­sko­cze­ni, bo zwy­kle o tej po­rze erem po­zo­sta­wał za­mkni­ęty na głu­cho. Przy­naj­mniej tak by­wa­ło do tej pory. Tym ra­zem jed­nak cie­niut­ka, nie­mal po­etyc­ka smu­żka dymu wy­ra­źnie świad­czy­ła o czy­je­jś obec­no­ści.

Opac­two z tą smu­żką, na tle su­ro­wych Ape­ni­nów i bez­list­nych lasów, wy­gląda­ło na­wet bar­dziej nie­zwy­kle niż w ko­lo­rach je­sie­ni czy so­czy­sto­ści wio­sny. Za­chwy­cił mnie ten ba­śnio­wy wi­dok. Onie­mia­łam, a wzru­sze­nie ści­snęło mnie w gar­dle od sa­me­go pa­trze­nia na to po­łącze­nie su­ro­wo­ści zi­mo­wych, gra­fi­to­wo­sza­rych gór i dymu, któ­ry przy­wo­ły­wał na myśl cie­pło schro­nie­nia... Po­my­śla­łam znów o mo­jej przy­ja­ció­łce, o tym, jak bar­dzo chcia­ła­by cie­szyć oczy tym wi­do­kiem. Za­wsze, kie­dy je­stem na Ga­mo­gnii, moje my­śli pły­ną do A.

Dro­ga była roz­mi­ękła, roz­cia­pa­na, błot­ni­sta, usła­na zmęczo­ny­mi li­śćmi bu­ków i dębów. Miej­sca­mi tyl­ko, tam gdzie pro­mie­niom sło­necz­nym nie uda­ło się prze­do­stać, szlak na­dal przy­kry­wa­ła sko­rup­ka lodu, cie­niut­ka jak naj­cen­niej­sza chi­ńska por­ce­la­na. Miej­sca­mi też, na ra­chi­tycz­nych ga­łąz­kach ki­wa­ły się po­je­dyn­cze kwiat­ki.

Gamogna w letniej, lawendowej szacie

Hu­lasz­czy wiatr gnał jak głu­pi. Mo­men­ta­mi za­wie­wa­ło chło­dem zmro­żo­nych miejsc, na prze­smy­kach i prze­łęczach jak­by chcia­ło czło­wie­ka zdmuch­nąć w prze­pa­ść, ale od po­łud­nia czuć było wy­ra­źnie cie­pły po­wiew sci­roc­co. Wia­tru, któ­ry w naj­bli­ższych dniach uczy­ni to­ska­ńską zimę taką, jaka być po­win­na.

 

Klasz­tor u stóp góry Ga­mo­gna li­czy so­bie bli­sko ty­si­ąc lat. Jego dzie­je są dłu­gie i burz­li­we. Wy­bu­do­wa­no go na po­cząt­ku mi­nio­ne­go ty­si­ąc­le­cia i po­świ­ęco­no świ­ęte­mu Bar­na­bie. Jego za­ło­ży­cie­lem - po­dob­nie jak dwóch in­nych ko­ścio­łów w tej sa­mej do­li­nie - był świ­ęty Piotr Da­mia­ni - je­den z naj­wi­ęk­szych re­for­ma­to­rów i teo­lo­gów Ko­ścio­ła, któ­ry w pierw­szej po­ło­wie XIX wie­ku ogło­szo­ny zo­stał jego dok­to­rem.

W ko­lej­nych wie­kach - mniej wi­ęcej do 1500 roku - erem na­le­żał do ka­me­du­łów, na­stęp­nie opac­two zo­sta­ło prze­kszta­łco­ne w ko­ściół pa­ra­fial­ny, nad któ­rym trzy­ma­ła pie­czę pa­ra­fia świ­ęte­go Waw­rzy­ńca z Flo­ren­cji. Z ko­ńcem XIX wie­ku świ­ąty­nia prze­szła ad­mi­ni­stra­cyj­nie do nowo utwo­rzo­nej die­ce­zji ­Mo­di­glia­na.

Po dru­giej woj­nie świa­to­wej oko­licz­ne wzgó­rza stop­nio­wo pu­sto­sza­ły, bo­wiem tu­tej­si miesz­ka­ńcy, spra­gnie­ni ła­twiej­sze­go ży­cia, za­częli prze­no­sić się w do­li­ny, po­rzu­ca­jąc swe ka­mien­ne do­mo­stwa. Wte­dy to opac­two za­częło po­pa­dać w ru­inę. Na szczęście w 1991 roku, z ini­cja­ty­wy zna­ne­go w ca­łej oko­li­cy ksi­ędza An­to­nia Sa­mo­r?, roz­po­częto pra­ce ma­jące na celu przy­wró­ce­nie miej­scu jego daw­ne­go bla­sku i dziś mo­że­my oglądać ko­ściół i inne za­bu­do­wa­nia w ory­gi­nal­nej for­mie. Z daw­ne­go kom­plek­su za­kon­ne­go prze­trwa­ły dzie­dzi­niec z ar­ka­da­mi, cele mni­chów, piec, su­szar­nie i staj­nia.

Opac­two wzno­si się po­nad 800 me­trów nad po­zio­mem mo­rza. Pro­wa­dzi tu kil­ka ma­low­ni­czych szla­ków. O jed­nym z nich już wspo­mnia­łam - bie­rze po­czątek przy Ba­dia del Bor­go, ko­lej­ne ru­sza­ją z sąsied­niej do­li­ny - z Lu­ti­ra­no oraz z Pas­so dell'Ere­mo. Je­den z nich roz­po­czy­na się na­wet w cen­trum Mar­ra­di. Naj­bar­dziej wi­do­wi­sko­wy jest od­ci­nek po­mi­ędzy Ere­mo i Mar­ra­di, po­kry­wa­jący się ze szla­kiem Dan­te­go, o któ­rym sze­rzej w jed­nym z ko­ńco­wych roz­dzia­łów.

Grudniowa Gamogna

Ni­g­dy nie na­tra­fi­łam na żad­ne wzmian­ki o tym, czy Dan­te rze­czy­wi­ście na Ga­mo­gnę za­wi­tał, ale chcę my­śleć, że tak. Trud­no so­bie wy­obra­zić, żeby aku­rat on mógł ją w swych wędrów­kach po­mi­nąć. Ga­mo­gna jest miej­scem mi­stycz­nym, uspo­ka­ja, koi sko­ła­ta­ne ner­wy, za­pra­sza, by się za­trzy­mać, wy­ci­szyć, odłączyć na chwi­lę od zwa­rio­wa­ne­go, wspó­łcze­sne­go świa­ta, któ­ry, jak sza­lo­ny, pędzi na łeb, na szy­ję...

Tu czas wy­zna­cza sło­ńce, pory od­mie­rza me­ri­dia­na, o mi­ja­nych go­dzi­nach opo­wia­da­ją oko­licz­nym wzgó­rzom dzwo­ny opac­twa.

Zwy­kle w nie­dziel­ne po­łud­nie roz­cho­dzi się do­oko­ła chó­ral­ny śpiew sióstr za­kon­nych, któ­re, od kie­dy opac­two pod­nio­sło się z upad­ku, przy­je­żdża­ją tu na kil­ka mie­si­ęcy w roku. Je­dy­nie zima spo­wi­ja to miej­sce w ab­so­lut­ną ci­szę, choć bywa, że na­wet w grud­niu smu­żka dymu sączy się z ko­mi­na.

Po­dob­no, kie­dy ru­szy­ła od­bu­do­wa opac­twa, mur, sta­no­wi­ący umoc­nie­nie wznie­sie­nia, na któ­rym po­wstał ko­ściół, za­wa­lił się, a z wnętrza wy­sy­pa­ła się la­wi­na ko­ści i cza­szek, w wi­ęk­szo­ści dzie­ci­ęcych. Przy­pusz­cza się, że daw­no temu śmier­tel­ne żni­wo ze­bra­ła ja­kaś epi­de­mia. Daje to też ob­raz, jak gęsto za­lud­nio­ne były wzgó­rza w daw­nych cza­sach.

Jesz­cze jed­no "po­dob­no". Tu­byl­cy po­wta­rza­ją, że woda, któ­ra wy­pły­wa ze źró­dła, kil­ka­dzie­si­ąt me­trów od za­bu­do­wań, ma cu­dow­ne wła­ści­wo­ści. Są też tacy, któ­rzy utrzy­mu­ją, że woda z Ga­mo­gnii za­mie­nia się w wino.

Za ko­ścio­łem, w oto­cze­niu gi­ne­stre i la­wen­dy, z pi­ęk­nym wi­do­kiem na ab­sy­dę i dzwo­ny, kry­je się ze­gar sło­necz­ny. Od fron­tu, pod drze­wem, usta­wio­no ka­mien­ny stół, przy któ­rym wędrow­cy mogą się po­si­lić i od­po­cząć.

Mnisz­ki pro­wa­dzą tu też ogró­dek, a wszyst­ko to ra­zem spra­wia, że miej­sce, będąc cen­nym za­byt­kiem, re­lik­tem od­le­głej prze­szło­ści, jest pro­ste i na­tu­ral­ne, bez nadęcia, cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla ta­kich przy­byt­ków, bez zbęd­ne­go pa­to­su, ale two­rzy praw­dzi­we sa­crum.

Gamberaldi

Osa­da i góra no­szą to samo mia­no, rów­nież tu­tej­szy ko­ściół miej­sco­wi na­zy­wa­ją chie­sa a Gam­be­ral­di i pew­nie na­wet nie­wie­lu z nich wie, że ofi­cjal­nie to ko­ściół pod we­zwa­niem świ­ęte­go Ma­te­usza. Tyl­ko trzy mile to­ska­ńskie od głów­nej mar­ra­dyj­skiej dro­gi. Przy prze­je­ździe ko­le­jo­wym trze­ba skręcić w pra­wo, sto­jąc twa­rzą do Mar­ra­di, i na­stęp­nie je­chać kil­ka ki­lo­me­trów, aż do ko­ńca as­fal­tu. Da­lej mo­żna już tyl­ko iść na pie­cho­tę, as­falt się ko­ńczy, a naj­wy­ższy szczyt jak­by od­dzie­lał wy­ra­źnym czub­kiem dwie do­li­ny.

Wczesne lato na Gamberaldi

Mon­te Gam­be­ral­di wzno­si się do­kład­nie po­mi­ędzy Se­nio i La­mo­ne, tuż obok za­czy­na się Ro­ma­nia. Daw­niej było to ser­ce ziem, któ­ry­mi wła­dał Ma­ghi­nar­do. W dru­giej po­ło­wie XIV wie­ku te­re­ny te wchło­ni­ęte zo­sta­ły przez Flo­ren­cję, sta­jąc się jed­no­cze­śnie gra­ni­cą po­mi­ędzy obec­ną to­ska­ńską sto­li­cą i Pa­ństwem Ko­ściel­nym. Po dziś dzień wije się tu wie­le mniej lub bar­dziej wy­ra­źnych ście­żek i szla­ków, któ­re wie­ki temu stwa­rza­ły do­sko­na­le wa­run­ki do kon­tra­ban­dy. Ro­ma­nia "eks­por­to­wa­ła" sól i zbo­że, To­ska­nia na­to­miast oli­wę i wino.

W XVI wie­ku osie­dli­ła się tu za­cna fa­mi­lia z Ro­ma­nii - Ca­vi­na Pra­te­si. Na ich wil­li do dziś mo­że­my po­dzi­wiać ory­gi­nal­ny herb rodu. Wpły­wy ro­dzi­ny osła­bły wy­ra­źnie za spra­wą po­wa­żnych we­wnętrz­nych kon­flik­tów w dru­giej po­ło­wie XVIII wie­ku i do­mi­na­cję na Gam­be­ral­di prze­jął je­den z wa­żniej­szych mar­ra­dyj­skich ro­dów - Fab­bri. Dla­te­go też dziś na wil­li w Gam­be­ral­di wid­nie­ją aż dwa her­by.

Gam­be­ral­di to wil­la, ko­ściół, kil­ka roz­rzu­co­nych po oko­li­cy ka­mien­nych po­sia­dło­ści, za­chwy­ca­jąca na­tu­ra oraz im­po­nu­jąca pa­no­ra­ma. Ni­g­dy nie było tu wi­ęk­szej "me­tro­po­lii", na po­cząt­ku XVIII wie­ku pa­ra­fia li­czy­ła nie­wie­le po­nad stu miesz­ka­ńców.

Gam­be­ral­di to jed­no z pierw­szych miejsc, któ­re chwy­ci­ło mnie tu­taj za ser­ce. W cza­sach, kie­dy To­ska­nia była jesz­cze tyl­ko wa­ka­cyj­nym przy­stan­kiem, przy­je­żdża­li­śmy tu za­wsze na po­że­gnal­ny spa­cer przed po­wro­tem do Pol­ski. Pod ko­niec sierp­nia tu­tej­sze łąki ma­lu­ją się na zło­to i tak je w du­chu na­zy­wam: Zło­te Łąki. Jed­nak nie tyl­ko la­tem war­to tu za­wi­tać. Pi­ęk­nie jest zimą, kie­dy ota­cza nas czy­ste po­wie­trze i wi­dać stąd na­wet Mon­te Fu­ma­io­lo, i wio­sną, gdy zło­te łąki za­stępu­je fio­let dzi­kie­go ty­mian­ku, pi­ęk­nie jest w czerw­cu, kie­dy so­czy­sta zie­leń idzie pod rękę ze sło­necz­ny­mi gi­ne­stra­mi, a na­wet w li­sto­pa­dzie, gdy na zmo­kłych łąkach osia­da­ją je­sien­ne chmu­ry...

Na Gam­be­ral­di prze­ci­na­ją się szla­ki Dan­te­go, Ga­ri­bal­die­go, świ­ęte­go An­to­nie­go i kil­ka in­nych. Mo­żna stąd wy­ru­szyć przez Mon­de­rę do Mar­ra­di, albo do sąsied­niej do­li­ny Pa­laz­zu­olo sul Se­nio, mo­żna na­wet po­rwać się na dłu­gą wy­pra­wę gra­nia­mi do sa­mej Fa­en­zy, albo ze­jść przez Val­ne­rę do Po­po­la­no.

 

To­ska­ńskich no­te­sów, pa­ździer­nik 2015:

Ogo­ło­co­ne z zie­le­ni, bru­nat­ne, pra­wie nie­do­stęp­ne... Z ostrym wia­trem go­ni­ącym po gra­niach, przy­gi­na­jącym do zie­mi ka­rło­wa­te dęby i so­sny. Z nie­bem w gó­rze spo­chmur­nia­łym, na­bur­mu­szo­nym i ci­ężkim od śnie­gu. Z tym wszyst­kim, co wi­ze­ru­nek oczer­nia, wci­ąż jed­nak tak ko­jące, tak wspa­nia­łe. Jest w tych mo­ich to­ska­ńskich Ape­ni­nach ja­kaś ła­god­no­ść, coś, cze­go do­kład­nie zde­fi­nio­wać nie umiem, coś, co, mimo upły­wu lat, wci­ąż się nie zmie­ni­ło. Mogę stać i pa­trzeć, i pa­trzeć bez ko­ńca, czu­jąc, jak w gar­dle ści­ska, jak my­śli, te złe, gdzieś od­pły­wa­ją.

Po­wie­trze jest za­snu­te, za­wo­alo­wa­ne, znów wisi fo­schia. Wi­dać tyl­ko La­va­ne, Ca­val­la­rę i naj­bli­ższe pa­gór­ki. Nie wi­dzę ani Fal­te­ro­ny ani Fu­ma­io­lo, ale znam ten kra­jo­braz na pa­mi­ęć i wiem, że tam są, za zi­mo­wą fo­schią kry­ją się ro­dzi­ciel­ki wło­skich rzek, Ty­bru i Arno.

- Buty choć masz od­po­wied­nie? - pyta Ma­rio przez te­le­fon.

- Ja­sne, że mam.

- Czy aby na pew­no?

- Po co mia­ła­bym kła­mać!

- Będę za pi­ęt­na­ście mi­nut.

Ru­sza­my w góry. Ty­tuł i ofi­cjal­ny mo­tyw wy­pra­wy - ro­ze­znać się, czy są grzy­by, ale tak na­praw­dę - żeby "roz­ru­szać nogi" - jak mówi Ma­rio. Po­go­da wąt­pli­wej uro­dy, na­wet kozy od­pro­wa­dza­ją nas za­dzi­wio­nym wzro­kiem, jak­by chcia­ły za­py­tać, czy to aby na pew­no do­bry po­my­sł.

Monochromatyczne Apeniny

Je­dzie­my na Gam­be­ral­di. Na Ape­ni­nach przy­cup­nęły chmu­ry, sza­ro-bia­łe kłęby ni­czym przy­ku­rzo­na wata na na­szej gro­chow­skiej cho­in­ce. Zo­sta­wia­my sa­mo­chód przy Ma­don­ni­nie i da­lej ru­sza­my pie­szo.

- Patrz, jaki ład­ny! - wy­ci­ągam w stro­nę Ma­ria lśni­ące­go mar­ro­ne (ja­dal­ny kasz­tan - przyp. au­tor­ki) i za­raz cho­wam go do kie­szon­ki. Je­den, dru­gi, pi­ąty, dzie­si­ąty. Ście­lą całą dro­gę. Kie­dy schy­lam się po na­stęp­ne­go, do­strze­gam też w mchu dwa grzy­by - dla pre­cy­zji - dwie kur­ki.

- Gu­ar­da! (Po­patrz - przyp. au­tor­ki)

- O! To daje na­dzie­ję.

Szu­ka­my te­raz jesz­cze bar­dziej za­ci­ęcie, przy oka­zji co i raz upy­cha­jąc w kie­sze­ni co ład­niej­sze, oka­zal­sze kasz­ta­ny, ale grzy­bów już jak na le­kar­stwo.

Ru­sza­my da­lej, co i rusz przy­sta­jąc, bo przed nami roz­ci­ąga­ją się pa­no­ra­my nie­zna­ne, w no­wej od­sło­nie, co­raz bar­dziej za­dzi­wia­jące.

- Zgad­niesz, co to za ka­li­ber? - pyta na­gle Ma­rio - trąca­jąc bu­tem ka­wa­łek roz­je­cha­ne­go pla­sti­ku.

- Nie mam po­jęcia - od­po­wia­dam, wy­mow­nie pry­cha­jąc pod no­sem, bo po­lo­wa­nie i broń to spra­wy, o któ­rych na­wet nie mam ocho­ty mieć ja­kie­go­kol­wiek po­jęcia.

- Do­di­ci (Dwa­na­ście - przyp. au­tor­ki).

- In­te­re­su­jące.... - Te­atral­nie wy­wra­cam ocza­mi, ale chwi­lę po­tem sama w du­szy się besz­tam. Kto wie, jaka się wie­dza czło­wie­ko­wi w ży­ciu przy­da. Ka­li­ber 12, po­sta­ram się za­pa­mi­ętać.

Prze­cho­dzi­my przez jesz­cze je­den kasz­ta­no­wy gaj i znów do­py­cha­my kie­sze­nie kasz­ta­no­wy­mi reszt­ka­mi.

- Pi­ęk­nie tu... - mo­gła­bym fo­to­gra­fo­wać ka­żde­go "je­ży­ka" z osob­na.

Kie­ru­je­my kro­ki w stro­nę miejsc grzy­bo­wych. Ście­żka tam, gdzie sło­ńcu ni­g­dy nie uda­je się prze­drzeć, jest błot­ni­sta, a po oby­dwu jej bo­kach za­le­ga­ją zwa­ły roz­mi­ękłych, pod­gni­łych li­ści.

We­jść to we­jść, ale scho­dze­nie może być trud­niej­sze... - my­ślę so­bie, kie­dy su­nie­my ostro­żnie pod górę.

Chmu­ry prze­su­wa­ją się nie­mal na wy­so­ko­ści na­szych oczu, mam wra­że­nie, jak­bym mo­gła ich do­tknąć. Wła­śnie to było mi dziś po­trzeb­ne. Spa­cer gdzieś poza świa­tem za­wsze dzia­ła te­ra­peu­tycz­nie. W tym bło­cie, w tym roz­mo­kłym dy­wa­nie li­ści, w ogo­ło­co­nych kasz­ta­nach, w tym wszyst­kim za­wie­ra się kwin­te­sen­cja ape­ni­ńskie­go pa­ździer­ni­ka. Znów czu­ję się jak mała dziew­czyn­ka, któ­ra drep­cze za swo­im prze­wod­ni­kiem. Znów za­słu­chu­ję się w opo­wie­ści o do­mach, miej­scach i lu­dziach.

Do­cie­ra­my do punk­tu, gdzie szlak się roz­wi­dla. W pra­wo...

- Czy przy­pad­kiem w czerw­cu już tam nie by­li­śmy? Może le­piej te­raz iść w lewo. Tu jest na­pi­sa­ne, że do Mon­de­ry dwa­dzie­ścia mi­nut. Co tam jest?

- Sta­ra, ka­mien­na ru­de­ra. Opusz­czo­ne wiej­skie po­de­re (wiej­ska po­sia­dło­ść - przyp. au­tor­ki).

Przez chwi­lę idzie­my samą gra­nią, jesz­cze wy­żej, jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kle, na­dal poza świa­tem, pi­ęk­nym choć mrocz­nym od chmur, pod nie­bem oło­wia­nym i gniew­nym. W mo­rzu wci­ąż moc­nej zie­le­ni tyl­ko dąb­ki ka­rło­wa­te mia­ły od­wa­gę się ze­zło­cić, są te­raz jak pstro­ka­te pie­gi na ape­ni­ńskiej twa­rzy...

 

- To już tu, Mon­de­ra. Po­patrz! W pięć go­dzin mo­żna do­jść stąd na Ga­mo­gnę!

- Bez prze­sa­dy z tymi pi­ęcio­ma go­dzi­na­mi!

- Czy ja wiem... Je­śli ktoś przy­sta­je co dwa kro­ki i fo­to­gra­fu­je te wszyst­kie kasz­tan­ki, cy­kla­me­ny i li­ście, to pew­nie i wi­ęcej.

- Może i ra­cja, a gdzie to po­de­re?

- Po­win­no być już bli­sko - od­po­wia­da Ma­rio i za­raz sam przy­sta­je - Po­patrz! Wi­dzia­łaś kie­dyś śla­dy da­nie­la?

- Zro­bię zdjęcie! - Oto ra­ry­ta­sy dla fo­to­gra­fa, nie ja­kieś tam ka­li­bry - kpię so­bie w du­szy.

- Sądzę, że był ca­łkiem spo­ry.

Nie­opo­dal, lek­ko w dole, wy­ła­nia się zza drzew reszt­ka ka­mien­nych mu­rów.

- O! Dom! To jest to słyn­ne po­de­re? Mo­że­my po­de­jść bliżej?

Miej­sco­wi na­zy­wa­ją to miej­sce Mon­de­ra. Pod­cho­dzi­my, ogląda­my po­sia­dło­ść z ka­żdej stro­ny. Na zde­ze­lo­wa­nej ta­blicz­ce wisi na­wet ogło­sze­nie o sprze­da­ży, choć na moje oko qu­asi-znaw­cy cena jest zbyt wy­gó­ro­wa­na. Z tyłu za­bu­do­wań roz­ci­ąga­ją się po­ła­cie zło­tych łąk, to, co tak lu­bię na Gam­be­ral­di. Niby mo­kro, dżdży­ście i mgli­ście, ale mar­ge­ryt­ki jesz­cze się nie pod­da­ły, na­wet mrów­ki pra­cu­ją w fer­wo­rze, jak­by bały się, że nie zdążą przed desz­czem.

Idzie­my jesz­cze ka­wa­łek da­lej, aż do sa­me­go ko­ńca gra­ni. Po dru­giej stro­nie do­li­ny ma­ja­czy bia­ła krop­ka. To sa­mo­chód Ma­ria, któ­ry zo­stał przy Ma­don­ni­nie. Do­pie­ro stąd wi­dać, jak spo­ry ka­wa­łek prze­szli­śmy. Choć to pew­nie zła po­go­da po­tęgu­je wra­że­nie dy­stan­su, bo Mon­de­ra od­da­lo­na jest od Gam­be­ral­di tyl­ko o trzy ki­lo­me­try. Sto­imy przez chwi­lę jak za­cza­ro­wa­ni i pró­bu­je­my przy­pi­sać to­żsa­mo­ść wy­ła­nia­jącym się z mgieł do­mo­stwom.

Chwi­lę po­tem mgli­ste opa­ry prze­su­wa­ją się w na­szym kie­run­ku. Spek­takl się ko­ńczy. Nie­bo za­ci­ąga kur­ty­nę.

- Wra­ca­my? To ra­czej nic do­bre­go nie wró­ży, a do auta jest kil­ka ład­nych ki­lo­me­trów.

Kra­jo­braz zmie­nia się z chwi­li na chwi­lę. Góry zni­ka­ją ka­wa­łek po ka­wa­łecz­ku. Za­czy­na­my to­nąć we mgle. O zbłądze­nie nie­trud­no, na­wet je­śli ktoś zna dro­gę. Robi mi się nie­swo­jo.

- Nie chcia­ła­bym, że­by­śmy się zgu­bi­li... Jesz­cze chwi­la i nic nie będzie wi­dać.

- Pew­nie mi nie uwie­rzysz, ale kie­dyś już zgu­biłem się w gó­rach, wła­śnie na Gam­be­ral­di...

- Bez­cen­ne sło­wa otu­chy - my­ślę so­bie w du­chu.

- Nie trze­ba się mar­twić, je­śli na­wet by­śmy się zgu­bi­li i zna­le­źli­by nas po trzech dniach, to z gło­du i tak by­śmy nie umar­li - żar­tu­je Ma­rio. - To prze­cież pa­ździer­nik, mamy kasz­ta­ny.

Mgła skra­pla się co­raz in­ten­syw­niej. Idę za Ma­riem krok w krok, z po­chy­lo­ną gło­wą, wpa­tru­jąc się w jego za­bło­co­ne bu­cio­ry. Co ja­kiś czas ła­pię się ga­łęzi i pró­bu­ję za­cho­wać rów­no­wa­gę, bo błot­ni­sta dro­ga spra­wia, że na­wet gór­skie scar­po­ni tra­cą przy­czep­no­ść.

- Czy to wilk? - Za­trzy­mu­ję się w pół kro­ku, w miej­scu, gdzie w bło­cie wy­ra­źnie od­ci­śni­ęta jest łapa z pa­zu­ra­mi.

- To rze­czy­wi­ście może być wilk. - Ma­rio prze­krzy­wia gło­wę, przy­gi­na się do zie­mi, pa­trzy z ka­żdej stro­ny, przy­gląda się okiem znaw­cy. - Tak - do­da­je po wni­kli­wej in­spek­cji - to wilk. I to na­wet spo­ra be­stia.

- Tych śla­dów nie było, kie­dy szli­śmy w tam­tą stro­nę.

- Ja też ich nie wi­dzia­łem, ale być, na pew­no były, tyl­ko je prze­oczy­li­śmy.

- Skąd ta pew­no­ść?? - Jak na moje oko są bar­dzo świe­że. Wilk jak nic stoi tu za drze­wa­mi i pa­trząc na nas, ob­my­śla już menu na ko­la­cję.

- Po­patrz na to. - Ma­rio zo­sta­wia od­cisk buta na błot­ni­stej ście­żce. - Co wi­dzisz?

- Wi­dzę ślad, i co?

- Zie­mia jest na­si­ąk­ni­ęta, więc od­cisk na­tych­miast wy­pe­łnia się wodą, ale ta woda jest czy­sta. Tu czy­sta, tam za­mu­lo­na. Na­ucz się od­czy­ty­wać śla­dy. Z dro­gi, z tego, co masz pod sto­pa­mi, mo­żesz się wie­le do­wie­dzieć. Za­cznij ob­ser­wo­wać na­tu­rę.

Pró­bu­ję sama sie­bie prze­ko­nać, że wilk rze­czy­wi­ście prze­sze­dł tędy wcze­śniej, ale moje bu­cio­ry wci­ąż dep­czą po śla­dach jego po­ka­źnych łap. Przej­mu­je mnie lęk. Może przez mgłę robi mi się na­gle tak nie­swo­jo. Wo­kół nas jak­by go­to­wa sce­ne­ria do mro­żących krew w ży­łach thril­le­rów. Ko­lo­ry przy­ga­sły, a skra­pla­nie się mgły sta­je się re­gu­lar­nym desz­czem

Mar­twię się o Ni­ko­na. Ści­ągam blu­zę i ro­bię z niej pro­wi­zo­rycz­ny pa­ra­sol. Jesz­cze tyl­ko jed­no ujęcie i apa­rat zni­ka pod kurt­ką. W jed­nej chwi­li roz­kręca się praw­dzi­we obe­rwa­nie chmu­ry. Deszcz był wi­ęcej niż pew­ny, ale dru­gie­go po­to­pu z nie­ba się nie spo­dzie­wa­li­śmy! Przy­spie­sza­my kro­ku, szu­ka­jąc cho­ćby nędz­ne­go za­da­sze­nia, cho­ćby ka­wa­łka schro­nie­nia przy ostat­nim ka­mien­nym domu. Jak zło­dzie­je prze­ska­ku­je­my przez ba­rier­kę i od­dy­cha­my z ulgą. Ufff...

Ma­rio wy­ci­ąga zza pa­zu­chy dia­nę (mar­ka wło­skich pa­pie­ro­sów - przyp. au­tor­ki)i przy­pa­la ją z fi­glar­nym uśmie­chem, naj­wy­ra­źniej szcze­rze uba­wio­ny... Fak­tycz­nie, su­che są tyl­ko pa­pie­ro­sy Ma­ria i szczęśli­wie mój apa­rat.

- Kisz­ki mi gra­ją mar­sza. Wie­le bym dała za ka­nap­kę z fi­noc­chio­ną - ma­rzę so­bie na głos, a moje sło­wa za­głu­sza­ją stru­mie­nie wody wy­rzu­ca­ne z ry­nien z siłą Nia­ga­ry. - Na­stęp­nym ra­zem we­zmę coś do je­dze­nia. Może masz choć ja­kie­goś cu­kier­ka?

 

W ci­ągu kil­ku­na­stu mi­nut dro­gi sta­ły się w rwący­mi rze­ka­mi. Tam, gdzie wy­bo­iście, przy­da­łby się ka­jak. W tym wszyst­kim tyl­ko śli­ma­ki wy­da­ją się szczęśli­we z po­wo­du ta­kiej aury, wy­le­gły tłum­nie i ta­pla­ją się w pa­ździer­ni­ko­wej wil­go­ci. Jesz­cze kil­ka ostat­nich kasz­ta­nów upy­cha­my po kie­sze­niach, ot, żeby uszczęśli­wić dzie­ci. Znów prze­cho­dzi­my obok za­gro­dy kóz, które pa­trzą na nas spode łba, jak­by chcia­ły za­py­tać: I co? Czy to był na pew­no do­bry po­my­sł?

Popolano

Ma­le­ńka, uro­kli­wa miej­sco­wo­ść po­ło­żo­na jest za­le­d­wie trzy ki­lo­me­try od Mar­ra­di. W daw­nych cza­sach to wła­śnie tu była tak zwa­na do­ga­na, czy­li miej­sce, gdzie po­bie­ra­no cło. Oczy­wi­ście, tak wa­żny punkt mu­siał być do­brze strze­żo­ny, a za­tem wy­bu­do­wa­no tu nie­wiel­ki za­mek, na któ­re­go reszt­kach w na­stęp­nych wie­kach wznie­sio­no ko­ściół. Sta­ra, ka­mien­na świ­ąty­nia to miej­sce, gdzie dziś od­by­wa­ją się często lo­kal­ne fe­sty.

Poza za­byt­ko­wym kom­plek­sem ko­ściel­nym Po­po­la­no to je­den bar, sta­cja ko­le­jo­wa, na któ­rej za­trzy­mu­ją się tyl­ko wy­bra­ne po­ci­ągi, jed­na agro­tu­ry­sty­ka oraz ka­me­ral­ne sku­pi­sko do­mów. Jest to też do­sko­na­ły punkt wy­pa­do­wy na wy­pra­wę z ple­ca­kiem.

 

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów, wio­sna 2021:

Jesz­cze nie tak daw­no wy­da­wa­ło mi się, że w pro­mie­niu trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów znam już ka­żdy cen­ty­metr zie­mi, jed­nak ko­lej­ny raz z po­ko­rą mu­sia­łam przy­znać, że by­łam w błędzie. Gdy­by nie moje wy­pra­wy po górach z T., kto wie, kie­dy i czy w ogó­le, tra­fi­ła­bym w to miej­sce. I co naj­cie­kaw­sze, na­wet sam Ma­rio kry­tycz­nie sko­men­to­wał - "Ty jak ty, je­steś tu od kil­ku­na­stu lat. Ale ja żyję tu­taj od sie­dem­dzie­si­ęciu i ni­g­dy nie po­sta­wi­łem tu sto­py!".

Oczy­wi­ście Ma­don­ni­na pew­nie nie­raz w roz­mo­wach się prze­wi­ja­ła, ale tych ka­pli­czek tu prze­cież za­trzęsie­nie, kto by się więc po­ła­pał, o któ­rą "Ma­don­ni­nę" w da­nym mo­men­cie się roz­cho­dzi. Na­to­miast samą dro­gę cy­pry­so­wą, któ­ra tu bie­rze po­czątek, wie­lo­krot­nie po­dzi­wia­łam z szo­sy, tyl­ko - kto wie dla­cze­go - ni­g­dy nie po­my­śla­łam, żeby po mo­je­mu za­plątać się w nowe, nie­zna­ne re­wi­ry.

Madonina, Popolano

Być może, pa­trząc obiek­tyw­nie, Ma­don­ni­na w Po­po­la­no ni­czym szcze­gól­nym się nie wy­ró­żnia, po­dob­nych ka­pli­czek jest wie­le i w To­ska­nii, i w ca­łych Wło­szech, jed­nak to, co spra­wia, że jest uni­ka­to­wa, to oto­cze­nie. Chcia­ło­by się rzec - pew­nie za­brzmi to in­fan­tyl­nie - za­cza­ro­wa­ne! Oby­dwo­je z Ma­riem by­li­śmy zgod­ni co do tego, że było tam coś nie­zwy­kłe­go, coś, co trud­no zde­fi­nio­wać. Jak­by nie­co abs­trak­cyj­na mie­szan­ka de­wo­cji i wiej­skiej sztu­ki, sa­crum i pro­fa­num, i wła­śnie to lu­do­we, swoj­skie pro­fa­num oka­za­ło się naj­bar­dziej fa­scy­nu­jące.

Wzdłuż praw­dzi­wie to­ska­ńskiej cy­pry­so­wej ście­żki bie­gnie dro­ga krzy­żo­wa, a oprócz wspo­mnia­nej Ma­don­ni­ny jest tu za­trzęsie­nie in­nych fi­gu­rek, fi­lo­zo­ficz­nych my­śli, ta­bli­czek pa­mi­ąt­ko­wych, mo­dlitw, de­dy­ka­cji i po­ezji. Nie­któ­re z nich są rze­czy­wi­ście bar­dzo re­li­gij­ne, inne na­to­miast zu­pe­łnie z re­li­gią nie­zwi­ąza­ne.

Schronisko Valnera

Val­ne­ra - val­le to do­li­na, nera zna­czy czar­na. Czy dla­te­go tak je na­zwa­no, że po­zo­sta­je ukry­te w cie­niu gór, w wąskiej do­li­nie, któ­rą od po­łud­nia za­sła­nia­ją wzgó­rza Gam­be­ral­di? Tak czy ina­czej, sło­wo "schro­ni­sko" do Val­ne­ry pa­su­je jak ulał. Mo­żna się tu schro­nić przed ha­ła­sem, przed roz­pędzo­nym do sza­le­ństwa świa­tem, przed zły­mi my­śla­mi, przed lu­dźmi, przed tym, co dręczy, przed wszyst­kim.

W cza­sie gór­skiej wędrów­ki mo­żna się tu za­trzy­mać na po­si­łek i noc­leg.

Schro­ni­sko kry­je się na ko­ńcu dro­gi, w głębi do­li­ny, wio­sną oto­czo­ne so­czy­stą zie­le­nią, je­sie­nią to­nące w fe­erii ogni­stych barw. Ri­fu­gio - schro­ni­sko - tak wła­śnie po­win­no wy­glądać. Ri­fu­gio w ka­żdym tego sło­wa zna­cze­niu.

Valnera

Praw­do­po­dob­nie daw­no temu ist­niał tu klasz­tor, miej­sce mo­dli­twy i wy­ci­sze­nia ka­me­du­łów, po­tem był przy­sta­nek Ga­ri­bal­die­go - szlak, któ­ry tędy prze­cho­dzi, nosi jego imię, na po­cząt­ku ubie­głe­go wie­ku szko­ła dla dzie­ci miesz­ka­jących w do­li­nie, w cza­sie woj­ny schro­ni­sko, aż w ko­ńcu po­sia­dło­ść sta­ła się zwy­kłym, wiej­skim do­mem. Obec­ną funk­cję pe­łni od lat sie­dem­dzie­si­ątych.

Monte Lavane

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów:

Po­win­naś so­bie za­pi­sać, ja­kie na­zwy no­szą po­szcze­gól­ne miej­sca. Niech to będzie pro­fe­sjo­nal­na re­la­cja ze szla­ku - po­ucza mnie Ma­rio już na po­cząt­ku wy­pra­wy. - Naj­pierw będzie­my prze­cho­dzić przez Gat­to­le­to, po­tem jest In­fer­no, a da­lej il Ta­glio del­la Re­gi­na.

Roz­bra­ja mnie nie­zmien­nie ta ma­nia na­zy­wa­nia miejsc! Chciał nie chciał, przy­po­mi­na mi się moja uko­cha­na Ania z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza. Oczy­wi­ście tu­tej­sze na­zwy nie są aż tak po­etyc­kie, ani gór­no­lot­ne, bo­wiem mają słu­żyć przede wszyst­kim my­śli­wym, by mo­gli mi­ędzy sobą do­kład­nie okre­ślać swo­je po­ło­że­nie. Jak na ma­niacz­kę wy­my­śla­nia wła­snych nazw przy­sta­ło, chło­nę te opo­wie­ści Ma­ria z pa­sją i wy­słu­chu­ję ko­lej­nych hi­sto­ry­jek. Opo­wie­ści ci­ągną się bez ko­ńca, Ma­rio baja o kro­wie, któ­ra po­rwa­ła mu na­miot na In­fer­no, przy­ta­cza le­gen­dę o kró­lo­wej, któ­ra chcia­ła zmie­nić bieg wody, o za­gi­nio­nym ro­we­rzy­ście i wie­le wi­ęcej.

Widok z Monte Lavane

Mon­te La­va­ne jest naj­wy­ższym szczy­tem Ape­ni­nów po­mi­ędzy Bor­go San Lo­ren­zo i Fa­en­zą, li­czy pra­wie 1300 me­trów nad po­zio­mem mo­rza. Nie­co przed szczy­tem znaj­du­je się od­re­stau­ro­wa­ny w ostat­nich la­tach "sza­łas par­ty­zan­ta", choć w tym wy­pad­ku sło­wo sza­łas zda­je się po­wa­żnym nie­do­mó­wie­niem. Ca­pan­na del Par­ti­gia­no - tak na­praw­dę na­zy­wa się ten ma­le­ńki do­mek z ka­mie­nia - wy­po­sa­żo­ny jest w pry­cze, by zmęcze­ni wędrow­cy mo­gli prze­no­co­wać. Oprócz miej­sca do spa­nia, jest też pa­le­ni­sko, przy któ­rym mo­żna się ogrzać, czy też zro­bić so­bie kawę.

Sza­łas od­da­lo­ny jest od głów­nej dro­gi o kil­ka ki­lo­me­trów. Zwy­kły tu­ry­sta sa­mo­cho­dem tu nie wje­dzie, bo­wiem te­re­ny wo­kół po­zo­sta­ją w rękach pry­wat­nych. Obok sza­ła­su są też ławy pik­ni­ko­we, a nie­opo­dal, na zbo­czu, usta­wio­no ła­wecz­kę - to miej­sce chwy­ta za ser­ce na­wet naj­bar­dziej obo­jęt­nych. Jak okiem si­ęgnąć, mo­żna stąd po­dzi­wiać mo­rze gór, gra­ni, wierz­cho­łków, la­tem mo­rze zie­le­ni, zimą mo­rze gra­fi­to­wo-nie­bie­skie, je­sie­nią mie­dzia­ne od po­ra­sta­jących te te­re­ny bu­ków.

Naj­bar­dziej ma­low­ni­czym szla­kiem, jed­no­cze­śnie też naj­bar­dziej wy­ma­ga­jącym, któ­ry pro­wa­dzi do sza­ła­su par­ty­zan­ta, jest tra­sa bio­rąca po­czątek w Cam­pi­gno.

Cam­pi­gno to osa­da po­ło­żo­na w gó­rach, oko­ło ośmiu ki­lo­me­trów od Bi­for­co. Upodo­bał so­bie to miej­sce już daw­no temu lo­kal­ny po­eta, Dino Cam­pa­na, któ­ry wła­śnie w Cam­pi­gno, w oto­cze­niu dzi­kiej na­tu­ry, szu­kał spo­ko­ju i wy­ci­sze­nia. Rze­czy­wi­ście, dziś as­fal­to­wa dro­ga tu­taj wła­śnie się ko­ńczy - kil­ka do­mów (głów­nie wa­ka­cyj­nych), bar, ko­śció­łek i re­stau­ra­cja. Da­lej mo­żna iść tyl­ko pie­szo któ­ry­mś z wie­lu in­te­re­su­jących szla­ków. Je­den z nich - szlak AM (anel­lo Mar­ra­di), nr 533, pro­wa­dzi na wspo­mnia­ne Mon­te La­va­ne.

Trze­ba pa­mi­ętać, że sza­łas nie jest jesz­cze szczy­tem La­va­ne. Tuż po­ni­żej Ca­pan­na del Par­ti­gia­no znaj­du­je się skrzy­żo­wa­nie szla­ków i aby we­jść na sam szczyt, trze­ba ob­rać szlak nu­mer 413. Na­stęp­nie, w dro­dze po­wrot­nej, na­le­ży skie­ro­wać się szu­tro­wą dro­gą wzdłuż po­to­ku Fos­so dell'Ar­na­io, aż do miej­sca na­zy­wa­ne­go przez miej­sco­wych Ta­glio del­la Re­gi­na. Roz­po­ście­ra się stąd wspa­nia­ły wi­dok na do­li­nę La­mo­ne. Uwa­żne oczy wy­pa­trzą opi­sa­ne na po­cząt­ku Ca­stel­lo­ne, któ­re z tej per­spek­ty­wy wy­da­je się ma­le­ńkim klo­cusz­kiem.

Da­lej trze­ba podążać szla­kiem 523, któ­ry po­pro­wa­dzi obok sza­ła­su my­śli­wych, przez ba­jecz­ne łąki, gra­nie, ga­le­stro i bu­ko­we lasy. To zde­cy­do­wa­nie jed­na z pi­ęk­niej­szych tras w ca­łej gmi­nie.

Szlak ko­ńczy się przy kom­plek­sie za­bu­do­wań, na któ­ry skła­da­ją się wspo­mnia­ne już wcze­śniej cir­co­lo, re­stau­ra­cja i ko­ściół. Nie­mal do­kład­nie na wprost, po dru­giej stro­nie do­li­ny, wzno­si się cha­rak­te­ry­stycz­na riva bian­ca - tak miej­sco­wi na­zy­wa­ją ogrom­ną skal­ną ścia­nę, któ­ra opa­da pio­no­wo, ni­czym klif. Na­zwa wzi­ęła się po­dob­no od jej nie­ty­po­we­go na­chy­le­nia, dzi­ęki któ­re­mu, na­wet w cza­sie desz­czu, po­zo­sta­je su­cha, a co za tym idzie, za­wsze jest "bia­ła".

Wy­god­niej­sze szla­ki na Mon­te La­va­ne, ale też zde­cy­do­wa­nie mniej wi­do­wi­sko­we, pro­wa­dzą od Pas­so dell'Ere­mo i od Pas­so del­la Pe­schie­ra.

Crespino del Lamone

Kto­kol­wiek choć raz za­wi­tał do Włoch, ten na pew­no wie, że nie­mal w ka­żdym wło­skim mia­stecz­ku, czy też poza nim, mo­żna zna­le­źć źró­dła wody. Przez sa­mych Wło­chów są one na­zy­wa­ne fon­ta­ne. Ist­nie­ją dwa ro­dza­je "fon­tann" - miej­skie, po­bie­ra­jące wodę z wo­do­ci­ągów, i te na­tu­ral­ne, z któ­rych woda jest oczy­wi­ście o wie­le lep­sza. To wła­śnie w ta­kie źró­dła z głębi zie­mi bo­ga­te są te­re­ny Ap­pen­ni­no To­sco-Ro­ma­gno­lo, zaś Cre­spi­no del La­mo­ne, od­da­lo­ne od Mar­ra­di o dzie­wi­ęć ki­lo­me­trów, zwa­ne jest mia­stem do­brej wody. Tak gło­si na­wet ta­bli­ca przy wje­ździe. W mia­stecz­ku, na jego obrze­żach i w oko­li­cy, bije mnó­stwo na­tu­ral­nych źró­deł - jed­no z bar­dziej zna­nych, głów­na "fon­ta­na", zo­sta­ła "obu­do­wa­na" po­nad sto lat temu.

Inne słyn­ne źró­dło, zwa­ne Fon­ta­na del Re (źró­dło kró­la), znaj­dzie­my już poza za­bu­do­wa­nia­mi Cre­spi­no. Miej­sce wzi­ęło swą na­zwę od Fry­de­ry­ka I Bar­ba­ros­sy, któ­ry w XII wie­ku tam­tędy prze­je­żdżał.

Oprócz na­tu­ral­nie wy­bi­ja­jących z zie­mi źró­deł, w oko­li­cy roi się od wo­do­spa­dów i ka­skad. Woda prze­ci­ska się ci­chut­ko mi­ędzy ka­mie­nia­mi, cza­sem le­ni­wie szem­rze i szu­mi, by za­raz spa­ść baj­ko­wy­mi ka­ska­da­mi. Ta­kie spek­ta­kle naj­le­piej po­dzi­wiać wio­sną, kie­dy zie­mia na­sączo­na jest jak cia­sto pon­czo­we, a woda try­ska z gór ka­żdą naj­węższą szcze­li­ną.

Crespino del Lamone - miasteczko dobrej wody

Cre­spi­no, poza swo­imi na­tu­ral­ny­mi źró­dła­mi, zna­ne jest też z tra­gicz­nej hi­sto­rii z okre­su dru­giej woj­ny świa­to­wej.

W lip­cu 1944 roku, z ze­msty za za­bi­cie kil­ku nie­miec­kich żo­łnie­rzy - co było praw­do­po­dob­nie dzie­łem par­ty­zan­tów - zo­sta­ło za­mor­do­wa­nych czter­dzie­stu dwóch miesz­ka­ńców mia­stecz­ka i oko­lic. Hi­tle­row­cy nie mie­li li­to­ści dla ni­ko­go. Naj­pierw z ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go roz­strze­la­li 21 osób w sa­mym mia­stecz­ku, spro­fa­no­wa­li ko­ściół, za­bi­li pro­bosz­cza i dwóch in­nych mężczyzn obec­nych w świ­ąty­ni, a na­stęp­nie kon­ty­nu­owa­li bez­li­to­sną ma­sa­krę lo­kal­nej lud­no­ści w roz­rzu­co­nych po oko­li­cy wiej­skich po­sia­dło­ściach.

Pod ko­niec lat sze­śćdzie­si­ątych ze­szłe­go wie­ku, ku czci ofiar wznie­sio­ne zo­sta­ło na brze­gu La­mo­ne, w sa­mym cen­trum Cre­spi­no nie­wiel­kie mau­zo­leum.

Przez Cre­spi­no prze­bie­ga też li­nia ko­le­jo­wa - jed­na z naj­star­szych w ca­łej Ita­lii, słyn­na fa­en­ti­na. Tu­tej­sza sta­cja na­to­miast li­czy so­bie po­nad sto lat. Zo­sta­ła otwar­ta w 1893 roku.

Pigara

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów, wrze­sień 2017:

- Kasz­ta­nów nie sa­dzi się dla sie­bie... - Za­my­ślił się Ma­rio. - Nie sa­dzi się ich na­wet dla wła­snych dzie­ci, a do­pie­ro dla dzie­ci ich dzie­ci i przede wszyst­kim dla na­stęp­nych po­ko­leń... Po­trze­ba wie­lu lat, ca­łych dzie­si­ęcio­le­ci, by za­częły ro­dzić owo­ce. Mni­si z Val­lom­bro­sy pew­nie na­wet nie przy­pusz­cza­li, ile ist­nień wy­kar­mią ich drze­wa i że to one w trud­nych cza­sach ura­tu­ją lu­dzi z gór przed gło­dem.

Pi­ga­ra to świat jak z baj­ki. Jest jed­no­cze­śnie za­cza­ro­wa­nym ogro­dem i ga­le­rią sztu­ki, bo po­wy­gi­na­ne ko­na­ry, dziu­ple, omsza­łe ko­rze­nie i pnie są jak fan­ta­zyj­ne rze­źby. Nie­któ­re, jak nie­me usta, roz­war­te, po­kry­te ak­sa­mit­nym mchem... Ileż hi­sto­rii mo­gły­by opo­wie­dzieć, gdy­by ze­chcia­ły prze­mó­wić. Co za nie­zwy­kłe miej­sce.

- Sua Ma­esta' Pi­ga­ra... - pod­su­mo­wał kon­fe­ran­sjer­skim to­nem Ma­rio. (Jej Wy­so­ko­ść - przyp. au­tor­ki)

- Bel­lo! Po­do­ba mi się... Sua Ma­esta'...

Moja mama często po­wta­rza­ła, że drze­wa mają moc, że do­brze jest je obej­mo­wać, jak tyl­ko tra­fi się oka­zja, przy­tu­lać się do nich ca­łym sobą, czer­pać z nich tę pier­wot­ną ener­gię. I my­ślę so­bie, że je­śli to praw­da, to w kasz­ta­nach tej prze­dziw­nej mocy jest wi­ęcej niż w in­nych drze­wach.

Naj­szla­chet­niej­szy gaj kasz­ta­no­wy Ap­pen­ni­no To­sco-Ro­ma­gno­lo ro­śnie tuż obok Cre­spi­no del La­mo­ne. Pi­ga­ra... Je­den z naj­pi­ęk­niej­szych i naj­bar­dziej zna­nych gajów w oko­li­cy, a może i ca­łej To­ska­nii? Wzmian­ki o nim znaj­dzie­my w wie­lu lo­kal­nych prze­wod­ni­kach. Te­ren się tu ła­god­nie wy­płasz­cza, tam, gdzie ko­ńczą się drze­wa, za­czy­na­ją się zie­lo­ne po­ła­cie łąk. Do­oko­ła góry, pa­gór­ki skąpa­ne w sło­ńcu i zie­le­ni.

Jed­no z drzew Pi­ga­ry jest świ­ęte - tak przy­naj­mniej mó­wią lu­dzie, tak jest na­pi­sa­ne na ta­blicz­ce przy­twier­dzo­nej do kil­ku­wiecz­ne­go pnia. Al­be­ro sa­cro to le­gen­da, do­sko­na­ło­ść, ołtarz Na­tu­ry. To miej­sce, gdzie miesz­ka ci­sza i spo­kój, gdzie drze­wa szep­tem opo­wia­da­ją daw­ne hi­sto­rie. Mo­nu­men­tal­ne kasz­ta­ny, któ­re są mil­czący­mi ku­sto­sza­mi mi­nio­nych stu­le­ci.

Tuż obok gaju znaj­du­je się ka­mien­ne do­mo­stwo, w któ­rym zwy­kle urzędu­ją dzie­rżaw­cy ca­łe­go te­re­nu. Ty­po­we siel­skie oto­cze­nie z krza­ka­mi po­rze­czek, z mal­wa­mi, kępa­mi gi­ne­stre, ze sta­rym roz­ma­ry­nem, dzi­ki­mi go­ździ­ka­mi, z drze­wem fi­go­wym i sza­łwią.

 

- Bu­on­gior­no!

- Bu­on­gior­no! Ehi Ma­rio!

- Pa­trz­cie, kto to!

- Za­pra­szam! Cho­dźcie, cho­dźcie!

Mężczy­zna, krząta­jący się przed ka­mien­nym do­mem, obok któ­re­go za­par­ko­wa­li­śmy sa­mo­chód, roz­po­znał Ma­rio. Wy­mie­ni­li­śmy kil­ka kur­tu­azyj­nych zdań, a star­szy czło­wiek ser­decz­nym ge­stem za­pro­sił nas do skrom­nej kuch­ni, gdzie miło ła­sko­ta­ło cie­pło ko­min­ko­we­go ognia. Ła­sko­ta­ło przede wszyst­kim oczy, bo na ze­wnątrz pa­no­wa­ła cu­dow­na wrze­śnio­wa aura.

- Na­pi­je­cie się kawy?

- No, gra­zie - od­po­wie­dzia­łam.

- Gra­zie? - zdzi­wił się - Ta­kie­go trun­ku nie znam. To kawa z Pi­ga­ry, trze­ba się jej na­pić. - Si­ęgnął po bu­tel­kę i za­raz na­lał do fi­li­ża­nek ciem­ne­go na­pit­ku...

- Do­bra?

- Mmmm... pysz­na!

- Zro­bi nam pani zdjęcie?

- Ja­sne, że zro­bię!

Do Pi­ga­ry mo­żna do­trzeć sa­mo­cho­dem - to oko­ło ośmiu ki­lo­me­trów za Mar­ra­di - ja­dąc dro­gą 302 w stro­nę Pas­so del­la Col­la, ale zde­cy­do­wa­nie przy­jem­niej jest wy­brać je­den ze szla­ków po­nad Cre­spi­no i po­trak­to­wać słyn­ny gaj jako bazę wy­pa­do­wą albo jako ostat­ni przy­sta­nek - ta dru­ga pro­po­zy­cja jest zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wi­do­wi­sko­wa. W do­dat­ku to nie­mal o ka­żdej po­rze roku ide­al­ne miej­sce, żeby za­trzy­mać się na pik­nik pod jed­nym z mo­nu­men­tal­nych, roz­ło­ży­stych drzew. Trze­ba z Cre­spi­no ob­rać szlak 537 w kie­run­ku Pas­so del­la Fra­sca i za­to­czyć pętlę. Jesz­cze inna opcja - mo­żna przy­wędro­wać do Pi­ga­ry z Bi­for­co szla­kiem nr 527. Po­czątek tra­sy - to ta, któ­ra kie­ru­je się na Mon­te Car­ne­va­lo­ne - znaj­du­je się tuż obok baru. War­to wie­dzieć, że dru­gi szlak to mniej wi­ęcej dzie­si­ęć ki­lo­me­trów, przy czym po­czątek po­de­jścia jest do­syć wy­ma­ga­jący, a za­tem za­le­ca­ny dla osób o moc­nych no­gach.

Prati Piani

Szlak Cre­spi­no - Pra­ti Pia­ni jest jed­ną z tych tras, do któ­rych przez ostat­nie lata wzdy­cha­łam tęsk­nie, ale za­wsze coś sta­wa­ło na prze­szko­dzie. Ko­stro­pa­te gra­nie nęci­ły, wy­zy­wa­ły na po­je­dy­nek, pro­wo­ko­wa­ły za ka­żdym ra­zem, kie­dy po­ko­ny­wa­li­śmy sa­mo­cho­dem prze­łęcz Col­la.

Do szla­ku na Pra­ti Pia­ni ro­bi­łam po­de­jście dwa razy, za­nim wy­pra­wa za­ko­ńczy­ła się suk­ce­sem. Za pierw­szym ra­zem hu­lał po gra­niach tak sil­ny wiatr, że aby nie po­dzie­lić losu la­taw­ca, trze­ba się było kur­czo­wo trzy­mać skał i drze­wek. Po­nie­waż moi sy­no­wie byli wte­dy jesz­cze dość mali, więc roz­sądek mat­ki wy­grał z sza­le­ństwem i za­wró­ci­li­śmy. Z po­ko­rą odło­ży­łam wy­pra­wę na inny raz.

Szlak na Prati Piani

Przy dru­giej pró­bie by­li­śmy w to­wa­rzy­stwie osób nie­przy­zwy­cza­jo­nych do praw­dzi­wych gór­skich wy­praw, więc ko­lej­ny raz eks­tre­mal­ne wy­zwa­nia mu­sia­ły po­cze­kać na do­god­niej­szy mo­ment. Część eki­py pod­da­ła się już przy pierw­szym stro­mym po­de­jściu.

Do­pie­ro na po­cząt­ku lata 2020 roku na­stał ten dzień. Dzień pi­ęk­ny, czerw­co­wy. Dzień go­rący, ale zno­wu nie­przy­zwo­icie wietrz­ny, tak, że na gra­niach, po­dob­nie jak przy pierw­szym po­de­jściu, ury­wa­ło nam gło­wy. Dzień, kie­dy wresz­cie moje sto­py do­ta­rły na Pra­ti Pia­ni, a gło­wa i ser­ce za­ko­cha­ły się w tym miej­scu na za­bój. Do trzech razy sztu­ka. To po­de­jście, mimo fi­glar­ne­go wia­tru, wy­gra­łam ja.

Szlak na Pra­ti Pia­ni za­czy­na się do­syć ła­god­nie. Szu­tro­wa dro­ga, któ­rą prze­ja­dą te­re­no­we auta, wspi­na się stop­nio­wo przez dwa ki­lo­me­try. Dwa ki­lo­me­try kwia­tów, szu­mu po­to­ku, la­tem słod­kie­go za­pa­chu gi­ne­stre i co­raz pi­ęk­niej­szych wi­do­ków na do­li­nę La­mo­ne. Naj­wy­god­niej za­par­ko­wać obok cir­co­lo i wy­ru­szyć z cen­trum Cre­spi­no del La­mo­ne szla­kiem 531.

Pierw­szym cha­rak­te­ry­stycz­nym punk­tem na tra­sie jest go­spo­dar­stwo rol­ni­cze, któ­re miej­sco­wi na­zy­wa­ją Bia­na, od­da­lo­ne od cen­trum Cre­spi­no o bli­sko dwa ki­lo­me­try i po­ło­żo­ne tak pi­ęk­nie, że trud­no to opi­sać sło­wa­mi... Ile­kroć tu je­stem, moje ma­rze­nie o wy­pro­wadz­ce w dzi­kie góry oży­wia się i o so­bie przy­po­mi­na. Na­wet je­śli wła­ści­cie­le trak­tu­ją to miej­sce czy­sto rol­ni­czo, ja ocza­mi wy­obra­źni wi­dzę tu, za­miast ka­mien­nych sto­dół, to­ska­ńską wiej­ską po­sia­dło­ść jak z mo­je­go snu.

Tuż za Bia­ną jest prze­łęcz i od tego miej­sca szlak za­czy­na wspi­nać się bar­dzo wi­do­wi­sko­wo. Przy nie­zmie­rzo­nym ma­je­sta­cie gór, czło­wiek zda­je się ma­le­ńkim ro­bacz­kiem, któ­ry roz­pacz­li­wie cze­pia się wszyst­kie­go, co daje opar­cie, i metr po me­trze, krok po kro­ku, ka­mień po ka­mie­niu, wspi­na się da­lej i da­lej, wy­żej i wy­żej...

 

Szlak z Cre­spi­no na Pra­ti Pia­ni nie jest ła­twą tra­są, nie na­da­je się dla ma­łych dzie­ci i osób, któ­re cier­pią na lęk wy­so­ko­ści, choć na pew­no jest jed­nym z ład­niej­szych. Trze­ba często przy­sta­wać, ale nie tyl­ko po to, by zła­pać od­dech i od­po­cząć, ale przede wszyst­kim po to, by na­cie­szyć oczy nie­praw­do­po­dob­nym wi­do­kiem, jaki się stąd roz­ci­ąga, dzi­czą i ci­szą Ape­ni­nów, z któ­rą nie­wie­le rze­czy na świe­cie może się rów­nać. Szlak bo­ga­ty jest w "pó­łki skal­ne", z któ­rych pa­no­ra­ma roz­ci­ąga się na trzy­sta sze­śćdzie­si­ąt stop­ni, na czte­ry stro­ny świa­ta.

 

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów, czer­wiec 2020:

Do­tar­li­śmy do sza­ła­su - schro­ni­ska na Pra­ti Pia­ni, gdzie aku­rat wy­po­czy­wa­li inni wędrow­cy - przy­by­wa­jący z Loz­zo­le. Żeby nie być więc za­kłó­ca­jącym spo­kój in­tru­zem, oce­ni­łam tyl­ko ri­fu­gio pod kątem noc­le­gu, bo za­raz po­my­śla­łam so­bie o O., że je­śli uda jej się do mnie la­tem za­wi­tać i w ko­ńcu zre­ali­zu­je­my plan na dwu­dnio­wą wy­pra­wę, to prze­cież to mo­gło­by być ide­al­ne miej­sce na noc­leg. Obu­dzić się wraz ze sło­ńcem i oglądać świt po­nad szczy­ta­mi...

 

Od sza­ła­su na Pra­ti Pia­ni mo­żna po­wędro­wać w ró­żnych kie­run­kach. Naj­dłu­ższa tra­sa to ta na Loz­zo­le - szlak nr 505, ale mo­żna też ob­rać szlak w stro­nę Ca­sa­gli - nr 531. Oby­dwa kie­run­ki są nie­zwy­kle wi­do­wi­sko­we.

Rzeka Lamone

La­mo­ne ro­dzi się w oto­cze­niu bu­ków, na wzgó­rzu, skąd ­wi­dać Ca­sa­glię z jed­nej, a Mu­gel­lo z dru­giej stro­ny. Po oko­ło 100 ki­lo­me­trach bie­gu przez To­ska­nię i Ro­ma­nię wpły­wa do Ad­ria­ty­ku. To sa­mo­dziel­na rze­ka, sa­mo­wy­star­czal­na, nie­zwy­kła. Rze­ka po­ety. Czu­ję, jak­by w pew­nej części była tyl­ko moja...

La­mo­ne... moja naj­bli­ższa sąsiad­ka, moja po­wier­nicz­ka, to­wa­rzysz­ka. Jej szum brzmi w mo­ich uszach przez cały dzień. Wy­da­je się zna­jo­ma, a jed­nak wci­ąż za­dzi­wia. Na pew­no kry­je przede mną jesz­cze wie­le ta­jem­nic.

Lamone szmaragdowe zimą

Po­mi­ędzy "mia­stecz­kiem do­brej wody" a Mar­ra­di jest tyl­ko kil­ka osad. Choć, szcze­rze mó­wi­ąc, na­wet okre­śle­nie osa­da wy­da­je się lek­ką prze­sa­dą. Znaj­dzie­my tu rap­tem po­je­dyn­cze domy, cza­sem sku­pio­ne po dwa czy trzy, cza­sem przy­tu­lo­ne tak cia­sno przy dro­dze, że zda­ją się zle­wać w jed­no. Mi­ędzy nimi po­zor­nie nie ma nic wi­ęcej. La­tem je­dy­nie zie­leń w swo­ich naj­ró­żniej­szych od­cie­niach, któ­ra so­czy­ście ma­lu­je ape­ni­ńskie lasy, je­sie­nią mie­dź, zło­to i ochra, a zimą su­ro­wo, sino, cza­sem złow­ro­go, mo­no­chro­ma­tycz­nie. Nie­za­le­żnie od pory roku - nie­po­wta­rzal­ny spek­takl na­tu­ry...

W tej oto wi­do­wi­sko­wej do­li­nie wije się wąska i po­kręco­na dro­ga. La­tem co i rusz mo­żna na­po­tkać tu cia­sno za­par­ko­wa­ne na po­bo­czu sa­mo­cho­dy i sku­te­ry, je­den przy dru­gim, jak śle­dzie. Trze­ba wie­dzieć, że to znak!

Oto do­sko­na­ła wska­zów­ka, że gdzieś, poza wzro­kiem cie­kaw­skich, jak naj­cen­niej­szy skarb, ukry­ty jest ka­wa­łek raju. War­to za­trzy­mać się i spró­bo­wać od­na­le­źć dro­gę, ta­jem­ne prze­jście, ni­czym bra­mę do baj­ko­we­go świa­ta. Ta­kie miej­sca są pra­wie nie­wi­docz­ne, za­ma­sko­wa­ne przez je­ży­ny, po­krzy­wę i chasz­cze naj­ró­żniej­sze, któ­re strze­gą do­stępu do nich jak do skar­bu.

Miejsc jak z fil­mu jest tu wie­le, bo­gac­two za­kąt­ków ca­łkiem nie z tego świa­ta. La­mo­ne nie wpa­da do żad­nej in­nej rze­ki, to ona jest głów­ną bo­ha­ter­ką, któ­ra bie­gnie w kie­run­ku mo­rza nur­tem wart­kim, fi­ku­śnym, przez ka­my­ki i gła­zy, opa­da­jąc fan­ta­zyj­ny­mi ka­ska­da­mi, przy­sta­jąc w na­tu­ral­nych niec­kach, na skal­nych ta­ra­sach, pod ko­na­ra­mi drzew opa­dły­mi bez­rad­nie, po­chy­lo­ny­mi nad nią, ni­czym w uni­żo­nym po­kło­nie.

Na czwar­tym ki­lo­me­trze, gdy je­dzie się od Mar­ra­di do Cre­spi­no, stoi ka­mien­ny bu­dy­nek - roz­pa­da­jący się młyn Fan­ti­no, przez miej­sco­wych na­zy­wa­ny La Fre­ra. Już bez części stro­pów, bez okien, nie­my świa­dek daw­nych cza­sów... To tyl­ko je­den z nie­zwy­kłych za­kąt­ków.

 

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów, sty­czeń 2014:

Da­lej w kie­run­ku Flo­ren­cji rze­ka pro­wa­dzi do jesz­cze bar­dziej za­cza­ro­wa­nych miejsc. Za­trzy­mu­je­my się pod mo­stem ko­le­jo­wym, gdzie dro­ga ostro za­kręca. Val­bu­ra - gło­si na­pis na za­rdze­wia­łej ta­bli­cy. Tyl­ko je­den ka­mien­ny dom...

Pod­cho­dzi­my do ba­rier­ki i za­trzy­mu­je­my się, ocza­ro­wa­ni wi­do­kiem rze­ki z góry. Spa­da wie­lo­ma ka­ska­da­mi w dół, w otchłań, zda­je się bez dna.

- Tam nie zej­dzie­my - mówi Ma­rio.

- Jak to nie? - dzi­wi się To­mek. - Ja tam by­łem! - krzy­czy roz­pro­mie­nio­ny i idzie śmia­ło przed sie­bie.

Wy­mie­nia­my za­sko­czo­ne spoj­rze­nia i ru­sza­my za na­szym ma­łym prze­wod­ni­kiem. Po kil­ku me­trach do­cie­ra­my do wąskiej ście­żki, któ­ra pro­wa­dzi w dół. Przy­sta­ję co kil­ka kro­ków i nie mogę się na­dzi­wić! Ta­kie miej­sce, nie­mal pod do­mem! Dzie­si­ąt­ki mniej­szych i wi­ęk­szych wo­do­spa­dów, nie­cek, dziw­nych głazów, wy­żło­bio­nych przez rzecz­ny nurt, któ­re zda­ją się za­klęty­mi po­sąga­mi. Ko­na­ry drzew po­kry­te so­czy­ście zie­lo­nym mchem, woda kry­sta­licz­na, la­zu­ro­wo-tur­ku­so­wa. Gdy­by to miej­sce było w in­nym re­jo­nie, sta­ło­by się na pew­no wiel­ką atrak­cją tu­ry­stycz­ną. A tu? Na tle tego wszyst­kie­go, co do­oko­ła, zda­je się nie­mal nie­zau­wa­żo­ne, nie­do­ce­nio­ne, pew­nie po­ło­wa mar­ra­dyj­czy­ków ni­g­dy tu nie była.

- Mu­sia­ło się po­ja­wić pol­skie dziec­ko, że­bym mógł po­znać ten za­kątek - mówi Ma­rio pod no­sem i śmie­je się sam do sie­bie. A ja je­stem szczęśli­wa, bo moje duże-małe dziec­ko przede mną od­kry­wa cuda tego świa­ta... na­sze­go baj­ko­we­go świa­ta...

Casaglia

Choć Ca­sa­glia ad­mi­ni­stra­cyj­nie na­le­ży już do Bor­go San Lo­ren­zo, to jed­nak pod ka­żdym względem bli­żej jej do na­sze­go Mar­ra­di.

Ukry­ta w gó­rach, jak mi­nia­tu­ro­wa pe­re­łka Ape­ni­nów, kil­ka ki­lo­me­trów od Pas­so del­la Col­la i pew­nie oko­ło 13 ki­lo­me­trów od Bi­for­co. Niby w sa­mej osa­dzie nie ma nic szcze­gól­ne­go. Ot, kil­ka do­mów, ko­ściół, po­mnik i cir­co­lo, czy­li to, co w ta­kich miej­scach jest na­miast­ką baru.

 

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów, ma­rzec 2014:

W po­łud­nie za­trzy­mu­je­my auto na cen­tral­nym pla­cu, poza nami nie wi­dać ży­wej du­szy. Ani jed­ne­go czło­wie­ka! Choć oczy­wi­ście ja­kieś ży­cie być musi. Zza lek­ko przy­mkni­ętych okien­nic do­cho­dzą stłu­mio­ne gło­sy i dzwo­nie­nie garn­ka­mi. Po­wie­trze pach­nie dy­mem, któ­ry de­li­kat­nie snu­je się po­nad da­cha­mi.

Casaglia

Gdy pa­trzy się na to miej­sce, wy­da­je się, że o Ca­sa­glii świat za­po­mniał. Skrom­nie przy­cup­nęła na ubo­czu, ci­chut­ka, już pra­wie opusz­czo­na, na co dru­gim domu kar­tecz­ka - VEN­DE­SI (do sprze­da­nia). Wszy­scy ucie­ka­ją do cy­wi­li­za­cji, szu­ka­ją wy­god­niej­sze­go ży­cia i niby trud­no się dzi­wić, ale ja jed­nak - pa­trząc na osa­dę jak z baj­ki - odro­bi­nę się dzi­wię.

Z Ca­sa­gli wy­ru­sza je­den z głów­niej­szych szla­ków, pi­ęk­na pętla, któ­ra pro­wa­dzi przez naj­bar­dziej wi­do­wi­sko­we miej­sca. Mo­żna po­wie­dzieć, że Ca­sa­glia jest tro­chę jak sta­cja węzło­wa i rze­czy­wi­ście, la­tem często mo­żna spo­tkać tu gru­py wędrow­ców, ale po se­zo­nie mia­stecz­ko zda­je się kom­plet­nie wy­ma­rłe.

Wy­ma­rłe, ale nie­zwy­kle fo­to­ge­nicz­ne. War­to prze­je­chać ki­lo­metr da­lej, za­trzy­mać się na wy­gi­ętym do nie­mo­żli­wo­ści za­kręcie i zro­bić zdjęcia z od­da­li. Łąki Ca­sa­gli to spek­takl sam w so­bie o ka­żdej po­rze roku. Czy z zie­le­nią i bia­ły­mi szczy­ta­mi w tle, czy la­tem, kie­dy do­mi­nu­je zło­ty ko­lor wy­pa­lo­nych sło­ńcem traw. Czy je­sie­nią, kie­dy pstro­ka­ci­zna barw prze­cho­dzi ludz­kie po­jęcie. Ta­kie wy­da­wa­ło­by się nic, a mnie nie­zmien­nie ści­ska za ser­ce.

Grotta del Romito

Al­be­ro - kil­ka do­mów na krzyż. Mi­nia­tu­ro­wa osa­da. As­falt tu się ko­ńczy i da­lej mo­żna iść tyl­ko pie­szo. Miej­sce zu­pe­łnie poza świa­tem, ukry­te przed cie­kaw­ski­mi.

To tak na­praw­dę je­den z pierw­szych szla­ków, jaki prze­szłam, nim jesz­cze na po­wa­żnie za­częłam po­zna­wać Ape­ni­ny. Był rok 2014...

 

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów, wrze­sień 2014:

Zo­sta­wia­my sa­mo­chód tam, gdzie ko­ńczy się dro­ga. Osa­da na­zy­wa się Al­be­ro. Rap­tem kil­ka do­mostw scho­wa­nych w ma­łej, zie­lo­nej do­li­nie. Ście­żka do gro­ty wie­dzie po­przez je­den z naj­pi­ęk­niej­szych ga­jów kasz­ta­no­wych, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łam! Znów się za­chwy­cam. Pnie po­wy­kręca­ne, tak gru­be, że do ob­jęcia nie­któ­rych po­trze­ba kil­ku osób. Zwęglo­ne, bez­li­to­sne śla­dy pio­ru­no­wych po­ca­łun­ków. Da­lej gła­zy, pa­gór­ki, unie­sio­ne ko­rze­nie, jak otwar­te pasz­cze mi­tycz­nych stwo­rów. Po­tem ka­mien­ny młyn. Po­noć w oko­li­cy jest ich oko­ło sied­miu!

Mi­ja­my wo­do­spa­dy, źróde­łka naj­mniej­sze, któ­re sączą się po­wo­li, ci­chut­ko, tak, jak z pew­no­ścią pły­nęło ży­cie pu­stel­ni­ka.

Dro­ga za­czy­na się zwężać, prze­cho­dzi­my przez spróch­nia­łe mo­stecz­ki, wspi­na­my się co­raz wy­żej. Po­wie­trze jest te­raz chłod­ne. Zdej­mu­ję chu­s­tę z szyi i daję Mi­ko­ła­jo­wi. Czuć orze­źwia­jący od­dech gór...

- Pa­trz­cie, to tam! - wo­łam po mniej wi­ęcej go­dzi­nie mar­szu. Rze­czy­wi­ście, po­nad nami coś jak­by gro­ta, wy­drążo­ny głaz, ba­ry­ka­da z bali...

Je­ste­śmy na miej­scu. Tu przez lata żył "ro­mi­to". Mu­szę po­grze­bać w miej­sco­wej bi­blio­te­ce, chcę się o nim do­wie­dzieć cze­goś wi­ęcej. Lu­dzie mó­wią, że woda, któ­ra tu wy­pły­wa, czy­ni cuda, że miej­sce jest ma­gicz­ne, pe­łne mocy. Od­dy­cham głębo­ko...

Schod­ki, jamy, świ­ęte ob­raz­ki, zo­sta­wio­ne, za­pew­ne w po­dzi­ęce, ró­ża­ńce, pusz­ka na ofia­ry, pa­mi­ąt­ko­wy ze­szyt, ołów­ka brak, naj­dziw­niej­sze for­my skal­ne, sza­łas dla wędrow­ców i... hu­śtaw­ka...

Ga­łąź, na której jest za­wie­szo­na, nie wy­da­je się dość moc­na, aby mo­gła utrzy­mać mój ci­ężar, więc, choć ko­cham hu­śtaw­ki, za­ba­wę zo­sta­wiam chłop­com.

Chwi­la od­de­chu i wra­ca­my. Znów spa­ce­ru­je­my przez kasz­ta­no­we gaje, w od­da­li sły­chać war­kot pił me­cha­nicz­nych. Lu­dzie przy­go­to­wu­ją się do zbio­rów. Trze­ba oczy­ścić podło­że. Jak ogro­dy te gaje, jak z baj­ki to wszyst­ko. Pi­ęk­ne. Cza­sem nie­na­tu­ral­nie pi­ęk­ne... Znie­wa­la­jące...

 

Tra­sa do gro­ty nie wie­dzie gra­nia­mi i nie jest może tak wi­do­wi­sko­wa jak inne tu­tej­sze szla­ki, na­to­miast na pew­no pro­wa­dzi przez je­den z naj­pi­ęk­niej­szych ga­jów kasz­ta­no­wych w ca­łym Ap­pen­ni­no To­sco-Ro­ma­gno­lo. Już samo to jest do­brym po­wo­dem, by ru­szyć tą tra­są na spo­koj­ny spa­cer. W Bi­for­co, ja­dąc od Mar­ra­di w kie­run­ku Flo­ren­cji, trze­ba skręcić w lewo, w stro­nę Cam­pi­gno i po oko­ło trzech ki­lo­me­trach jesz­cze raz w lewo, w kie­run­ku osa­dy Al­be­ro.

W Al­be­ro dro­ga się ury­wa i tam też bie­rze po­czątek wspo­m­-nia­ny szlak.

Lutirano

Ma­le­ńka osa­da ukry­ta w do­li­nie Acer­re­ty, tuż przy gra­ni­cy z Emi­lią-Ro­ma­nią, być może nie jest punk­tem obo­wi­ąz­ko­wym, ale jed­nak war­to tu za­wi­tać, zwłasz­cza je­śli ktoś lubi miej­sca za­po­mnia­ne, od­ci­ęte od świa­ta, je­śli chce za­nu­rzyć się w gęs­twi­ny i bez­dro­ża Ape­ni­nów.

Lu­ti­ra­no to tak na­praw­dę kil­ka do­mów w "cen­trum" i kil­ka­na­ście roz­rzu­co­nych po oko­licz­nych wzgó­rzach. Cen­tral­ne miej­sce sta­no­wi oczy­wi­ście sklep, zwa­ny przez miej­sco­wych bot­te­gą. Mo­żna na­pić się tu kawy, po­roz­ma­wiać, zje­ść ka­nap­kę, przy­go­to­wa­ną od ręki ze świe­że­go chle­ba, pro­sciut­to, mor­ta­del­li lub fi­noc­chio­ny. Uro­czy swoj­ski kli­mat, któ­re­go pró­żno szu­kać w osła­wio­nych miej­scach, choć, uczci­wie mu­szę przy­znać, że sama osa­da nie jest na pew­no naj­wi­ęk­szą ozdo­bą do­li­ny.

Nie­mo­żli­wo­ścią jest tra­fić tu przy­pad­kiem. Dro­ga, któ­ra w "cen­trum" od­bi­ja w pra­wo, bie­gnie do­ni­kąd. Ury­wa się kil­ka ki­lo­me­trów da­lej. Wcze­śniej jed­nak, po oko­ło dwóch ki­lo­me­trach, na­po­tka­my śre­dnio­wiecz­ny ko­ściół - Ba­dia del­la val­le. Dziś mie­ści się tu agro­tu­ry­sty­ka z do­sko­na­łą re­stau­ra­cją.

Badia della Valle

W skład kom­plek­su ka­mien­nych za­bu­do­wań wcho­dzi przede wszyst­kim świ­ąty­nia, któ­rej wiek zbli­ża się do ty­si­ąca lat. Czu­ję się w obo­wi­ąz­ku pod­kre­ślić, jak wiel­kiej hi­sto­rii tu do­ty­ka­my. To ko­lej­na świ­ąty­nia, któ­rej po­wsta­nie za­wdzi­ęcza­my prze­cho­dzące­mu tędy set­ki lat temu świ­ęte­mu Pio­tro­wi Da­mia­ni, temu sa­me­mu, dzi­ęki któ­re­mu, u stóp góry Ga­mo­gna, mo­że­my po­dzi­wiać opi­sa­ne kil­ka stron wcze­śniej opac­two.

Piotr Da­mia­ni, bi­skup, teo­log, re­for­ma­tor, ogło­szo­ny dok­to­rem Ko­ścio­ła, często pod­ró­żo­wał po Ita­lii. Jed­nym z jego sta­łych szla­ków była dro­ga po­mi­ędzy Fa­en­zą i Flo­ren­cją. Du­chow­ny lu­bił jed­nak po­rzu­cać głów­ne tra­sy, by szu­kać sa­mot­no­ści. Dzi­ęki temu, na jego ży­cze­nie, w 1053 roku po­wstał ten ko­ściół. Przy­le­ga­jące do nie­go za­bu­do­wa­nia, jak i po­ło­żo­na kil­ka­set me­trów da­lej pi­ęk­na po­sia­dło­ść Vos­se­mo­le, na­le­żą obec­nie do ro­dzi­ny Ca­ta­ni.

Do­li­na Acer­re­ty wije się w otu­li­nie ła­god­nych pa­gór­ków i choć, jak wspo­mnia­łam, samo Lu­ti­ra­no nie jest ni­czym nad­zwy­czaj­nym, ja kil­ka lat temu zo­sta­wi­łam tu moje ser­ce.

Już chy­ba za­wsze będę mia­ła sen­ty­ment do tych te­re­nów, gdzie na­wet sy­gna­ły sie­ci ko­mór­ko­wych od­ma­wia­ją wspó­łpra­cy.

Kie­dy po kil­ku la­tach spędza­nia wa­ka­cji w agro­tu­ry­sty­ce, Ma­rio pod­po­wie­dział, że bar­dziej sen­sow­nym roz­wi­ąza­niem by­ło­by w na­szym przy­pad­ku wy­na­jęcie domu na sta­łe, za­raz za­bra­li­śmy się za po­szu­ki­wa­nia. Nie za­jęły nam one wie­le cza­su, bo już pierw­sze ogląda­nie lo­kum za­ko­ńczy­ło się po­my­śl­nie. Tak oto ko­lej­ne trzy lata spędzi­li­śmy w Ca­sa­luc­cio, sta­rym wiej­skim do­mo­stwie, po­ło­żo­nym kil­ka ki­lo­me­trów da­lej niż na­sza po­przed­nia kwa­te­ra. Wie­le wspo­mnień, wie­le nie­zwy­kłych prze­żyć.

Na­dal lu­bię tu wra­cać.

 

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów:

W domu na­szych by­łych go­spo­da­rzy pa­no­wa­ła nie­zmąco­na ni­czym ci­sza. Do­pie­ro po kil­ku chwi­lach wy­szła nam na spo­tka­nie Er­mi­nia. Za­jęta była szy­ko­wa­niem ko­la­cji, więc po­pro­si­ła, by­śmy po­szli za nią do let­niej kuch­ni. Ko­la­cja mia­ła być wy­jąt­ko­wa, więc Er­mi­nia mia­ła ręce pe­łne ro­bo­ty. Gdy tyl­ko zo­ba­czy­łam za­sta­wio­ny stół, na­tych­miast od­wró­ci­łam się na pi­ęcie i jak strza­ła po­mknęłam po apa­rat. Ta­kie­go wi­do­wi­ska nie mo­gła­bym prze­ga­pić!

- Co przy­go­to­wu­jesz?

- Śli­ma­ki. Lu­bisz?

- Nie wiem, ta­kich chy­ba nie ja­dłam.

Na sto­le sta­ła wiel­ka mi­cha spra­wio­nych i ugo­to­wa­nych śli­maków. Er­mi­nia wy­ja­śni­ła, że wcze­śniej go­to­wa­ła je w wa­rzy­wach i zio­łach, tak jak ro­sół. Po­tem na­dzie­wa­ła na pa­tycz­ki, na prze­mian z bocz­kiem i pie­czar­ka­mi ze sło­ika. Tak przy­go­to­wa­ne sza­szły­ki lądo­wa­ły w jaj­ku i w tar­tej bu­łce, po czym go­to­we były do sma­że­nia.

W ży­ciu cze­goś ta­kie­go nie ja­dłam i aż żal mi było, że nie będę mo­gła spró­bo­wać.

- Czy to są te wiel­kie śli­ma­ki, któ­re cza­sem znaj­du­je­my w ogród­ku?

- Do­kład­nie.

- O mat­ko, to ile cza­su mu­sia­łaś je zbie­rać?? Tyle ich!

- Nie py­taj! Już od kil­ku dni szy­ku­ję tę ko­la­cję!

Za­ska­ku­jące wy­da­wa­ło mi się to menu w zwy­kłym wiej­skim domu. Śli­ma­ki ni­g­dy nie ko­ja­rzy­ły mi się z to­ska­ńską wsią, a tu pro­szę - ko­lej­na nie­spo­dzian­ka.

Pa­trzy­łam jak za­cza­ro­wa­na na uwi­ja­jące się ręce Er­mi­ni, któ­re jak w tran­sie na­dzie­wa­ły na pa­tycz­ki śli­ma­ki, grzy­by i bo­czek. Szyb­ko, ener­gicz­nie, je­den za dru­gim. To są dla mnie jed­ne z naj­wi­ęk­szych tu­tej­szych ra­do­ści - móc ob­ser­wo­wać Włosz­kę w kuch­ni. Uszy na­sta­wiam jak ra­da­ry, by żad­ne sło­wo mi nie ucie­kło. Wzrok wy­ostrzam, za­trzy­mu­ję ka­dry. Ku­li­nar­ne in­struk­cje prze­pla­ta­ją się z no­wy­mi opo­wie­ścia­mi.

 

Z do­li­ny Acer­re­ty mo­żna wy­ru­szyć kil­ko­ma pi­ęk­ny­mi szla­ka­mi. Je­den pro­wa­dzi na Ga­mo­gnę, ale trze­ba pa­mi­ętać, że od tej stro­ny tra­sy są tak na­praw­dę dwie - jed­na dłu­ga (oko­ło czte­rech ki­lo­me­trów) i do­syć mo­zol­na, bie­rze po­czątek przed ostat­nim do­mo­stwem - do­mem Ca­mu­ra­nich. Dru­ga na­to­miast - za­czy­na­jąca się nie­co da­lej - zde­cy­do­wa­nie krót­sza, ale też zu­pe­łnie nie­wi­do­wi­sko­wa. Mo­żna stąd też po­wędro­wać na Va­lan­dro­ne, na Ca­val­la­rę i do jesz­cze jed­ne­go ka­mien­ne­go ko­ścio­ła - na Treb­ba­nę.

Trebbana

Kil­ka ki­lo­me­trów od cen­trum Lu­ti­ra­no, za­raz przy dro­dze, roz­ci­ąga się...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Wstęp

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów, sier­pień 2009:

Kie­dy wró­ci­li­śmy wie­czo­rem z in­nych niż zwy­kle wo­ja­ży i usie­dli­śmy w ko­ńcu w ogro­dzie nad misą pa­sty, emo­cje, za­chwyt, upo­je­nie nie­zna­ną To­ska­nią wy­pe­łnia­ły mnie po ko­ńców­ki ­włosów.

- Dla­cze­go wcze­śniej nie po­ka­za­łeś nam tych miejsc? - za­py­ta­łam, wkła­da­jąc mnó­stwo wy­si­łku w po­praw­no­ść języ­ko­wą, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów i wal­cząc z tre­mą.

- My­śla­łem, że je­ste­ście, jak wszy­scy tu­ry­ści, za­in­te­re­so­wa­ni Flo­ren­cją, Pizą, San Gi­mi­gna­no, pla­żą w Via­reg­gio, outle­tem w Bar­be­ri­no.

- Nie, nie je­ste­śmy, je­ździ­li­śmy zna­ny­mi szla­ka­mi, bo nie zna­li­śmy tego ob­li­cza To­ska­nii, które dziś nam po­ka­za­łeś. Dla­cze­go tak pó­źno? (Za kil­ka dni wra­ca­li­śmy do Pol­ski).

Tak to się za­częło... Od tam­te­go dnia Ma­rio, któ­re­go po­zna­li­śmy na na­szych dru­gich mar­ra­dyj­skich wa­ka­cjach, za­czął spędzać z nami wi­ęk­szo­ść swo­je­go cza­su, pro­wa­dząc nas przez lasy, mało uczęsz­cza­ne ście­żki, a ka­żde z tych miejsc, ka­żda po­zna­na oso­ba utwier­dza­ły mnie w prze­ko­na­niu, że to tu..., że to jest wła­śnie mój dom, mój świat...

Szlak na Monte Lavane

Dłu­go za­sta­na­wia­łam się, jak za­cząć tę opo­wie­ść. Przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy wie­le słów, zbyt wie­le. Czy po­win­nam opo­wie­dzieć, dla­cze­go wy­bra­łam wła­śnie to miej­sce i jak to się w ogó­le za­częło? Czy może po­win­nam być pro­fe­sjo­nal­na i na chłod­no, jak re­por­ter, opo­wie­dzieć o nie­zna­nych zie­miach z po­gra­ni­cza To­ska­nii i Ro­ma­nii?

Mu­gel­lo, Alto Mu­gel­lo, To­sca­na Ro­ma­gna, Mar­ra­di, Mon­te La­va­ne, Ga­mo­gna, Loz­zo­le. Dom... Z dy­stan­sem, jak re­por­ter, by­ło­by mi opo­wia­dać nie­zwy­kle trud­no, to będzie ksi­ążka o nie­zna­nej części Ita­lii, tej poza tu­ry­stycz­nym szla­kiem, czy­stą mi­ło­ścią pi­sa­na.

Jak to się sta­ło, że w ogó­le tu tra­fi­łaś? - py­ta­ją często tu­ry­ści i czy­tel­ni­cy, a ja za ka­żdym ra­zem opo­wia­dam tę samą hi­sto­rię.

Kie­dy w 2007 roku za­częli­śmy pla­no­wać wy­ma­rzo­ne, to­ska­ńskie wa­ka­cje, wie­dzia­łam, że nie chcę spędzić ich w osła­wio­nych już wte­dy miej­scach typu Chian­ti. Jak na prze­kor­ną du­szę przy­sta­ło, szu­ka­łam re­jo­nów, w któ­rych nie będzie za­trzęsie­nia tu­ry­stów, za­chęca­jących mnie po an­giel­sku re­klam punk­tów sprze­da­ży wina, czy też wi­do­ków zna­nych z pocz­tó­wek. Szu­ka­łam cze­goś nie­zna­ne­go, cze­goś mniej oczy­wi­ste­go.

I tak oto, w pe­wien stycz­nio­wy dzień, na jed­nym z po­pu­lar­nych por­ta­li, zna­la­złam ofer­tę wy­naj­mu sa­mo­dziel­ne­go domu w nie­zna­nym ni­ko­mu Mar­ra­di. Kto by wte­dy po­my­ślał, że będą to wa­ka­cje, któ­re ca­łko­wi­cie od­mie­nią moje ży­cie, wa­ka­cje, z któ­rych już ni­g­dy do ko­ńca nie wró­cę?

"Przed mo­stem na rze­ce La­mo­ne skręć w lewo" - in­stru­owa­ły wska­zów­ki do­jaz­du do agro­tu­ry­sty­ki, otrzy­ma­ne od po­śred­ni­ka. Pa­mi­ętam tam­to zda­nie do­kład­nie, bo most na rze­ce La­mo­ne uró­sł w moim ser­cu nie­mal do ran­gi sym­bo­lu. Choć, oczy­wi­ście, w tam­tym mo­men­cie na­wet przez myśl mi nie prze­szło, że gdy­bym wte­dy po­pa­trzy­ła w lewo, zo­ba­czy­ła­bym mój przy­szły dom...

Dwa ty­go­dnie spędzo­ne w Alto Mu­gel­lo lub - jak wolą te te­re­ny na­zy­wać miej­sco­wi - w To­sca­na Ro­ma­gna, nie były go­ni­twą po zna­nych mia­stach i za­byt­kach. Ze sław­nych miejsc - przede wszyst­kim ze względu na małe dzie­ci - po­ku­si­li­śmy się je­dy­nie o wy­ciecz­kę do Pizy i Via­reg­gio. Tak na­praw­dę bar­dziej in­te­re­so­wa­ło nas po­zna­wa­nie lo­kal­ne­go, mar­ra­dyj­skie­go ży­cia poza tu­ry­stycz­nym szla­kiem. I kie­dy dzień przed po­wro­tem usia­dłam w sąsied­niej Bri­si­ghel­li, tuż obok ku­li­stej fon­tan­ny, roz­pła­ka­łam się jak dziec­ko. Na­gle ogar­nęło mnie uczu­cie, że oto zna­la­złam mój praw­dzi­wy dom i mu­szę zro­bić wszyst­ko, by tu za­miesz­kać. Myśl o wy­je­ździe bo­la­ła jak otwar­ta rana. Bo­la­ła zresz­tą za ka­żdym ra­zem, kie­dy w na­stęp­nych la­tach wra­ca­li­śmy po mar­ra­dyj­skich wa­ka­cjach do Pol­ski.

W mi­ędzy­cza­sie sy­tu­acja fi­nan­so­wa ule­gła du­żej zmia­nie i nie była to zmia­na na lep­sze. Nie było nas już stać na to, by w agro­tu­ry­sty­ce spędzać pra­wie dwa mie­si­ące. I tak oto, za radą miej­sco­wych, w 2010 roku wy­na­jęli­śmy na sta­łe skrom­ny, wiej­ski dom, któ­re­go rocz­ne utrzy­ma­nie oka­za­ło się zde­cy­do­wa­nie ta­ńsze. To był mo­ment, kie­dy wresz­cie czu­łam się, jak­bym jed­ną nogą była już tu­taj. Dom stał na praw­dzi­wym ko­ńcu świa­ta i pro­wa­dzi­ła do nie­go nie­mo­żli­wie wy­bo­ista dro­ga, ale wła­śnie tam, na tym ko­ńcu świa­ta, upew­ni­łam się, że po­ryw ser­ca na za­ko­ńcze­nie pierw­szych wa­ka­cji nie był tyl­ko chwi­lo­wym ka­pry­sem.

Ka­żde­go roku od­gra­ża­li­śmy się, że tym ra­zem już nie wra­ca­my, ale nikt oczy­wi­ście nie brał na­szych słów na po­wa­żnie. To wła­śnie z tęsk­no­ty za Ita­lią w 2012 roku na­ro­dził się blog Dom z Ka­mie­nia.

Za­pi­ski z to­ska­ńskich no­te­sów za­częłam nie­śmia­ło pu­bli­ko­wać w sie­ci, ma­rząc po ci­chu, że kie­dyś będzie z tego ksi­ążka. To pi­sa­nie było pró­bą, czy moje ba­ja­nie może się po­do­bać szer­szej pu­blicz­no­ści.

W 2013 roku, tak jak za­wsze, przy­je­cha­li­śmy do Lu­ti­ra­no (gmi­na Mar­ra­di) i ku za­sko­cze­niu wszyst­kich zre­ali­zo­wa­li­śmy nasz za­my­sł. Po­sta­no­wi­li­śmy zo­stać tu na sta­łe. To była sza­lo­na i pew­nie w tam­tej sy­tu­acji bar­dzo nie­od­po­wie­dzial­na de­cy­zja, ale w gło­wie wci­ąż tłu­kły mi się prze­czy­ta­ne gdzieś sło­wa: nie ma sen­su cze­kać na wła­ści­wy mo­ment, bo ni­g­dy nie na­dej­dzie. Taki mo­ment nie ist­nie­je.

Appennino

Tak za­częło się wło­skie ży­cie w naj­mniej zna­nym za­kąt­ku To­ska­nii.

Przez ko­lej­ne lata za­częłam drążyć jak kret moją nową oj­czy­znę, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Od­kry­wa­łam ko­lej­ne mia­stecz­ka, opusz­czo­ne osa­dy, prze­mie­rza­łam gór­skie szla­ki, fo­to­gra­fo­wa­łam ukry­te je­zio­ra i ka­mien­ne ko­ścio­ły. Sma­ko­wa­łam tu­tej­sze ra­ry­ta­sy i sta­łam się re­gu­lar­nym by­wal­cem lo­kal­nych im­prez. Z cza­sem sama za­częłam sta­wiać się w roli am­ba­sa­do­ra tych ziem, a w 2019 roku zo­sta­łam ofi­cjal­nie człon­kiem de­le­ga­cji Mu­gel­lo i Ziem Dan­te­go, któ­re pro­mo­wa­ły się w Pol­sce na oko­licz­no­ść sie­dem­set­le­cia śmier­ci po­ety.

Po­nie­waż to Mar­ra­di sta­ło się moim do­mem, od tego mias-tecz­ka po­sta­no­wi­łam za­cząć swą opo­wie­ść i pew­nie, siłą rze­czy, to jemu po­świ­ęci­łam naj­wi­ęcej uwa­gi. Ten qu­asi--prze­wod­nik ad­re­so­wa­ny jest głów­nie do osób, któ­re lu­bią pod­ró­żo­wa­nie po­wol­ne, tych, któ­re nie pod­ró­żu­ją na akord, nie go­nią, lu­bią od­kry­wać nie­zna­ny świat po ka­wa­łecz­ku, do tych, któ­rzy pod­róż ce­le­bru­ją, chwi­la po chwi­li. To opo­wie­ść dla tych, któ­rzy lu­bią ci­szę i spo­kój, ce­nią so­bie podąża­nie bocz­ny­mi, cza­sem bar­dzo nie­wy­god­ny­mi dro­ga­mi.

Nie­zna­ne To­ska­nia i Ro­ma­nia to opo­wie­ść o miej­scach nie­po­pu­lar­nych, mniej wy­mu­ska­nych, może dla nie­któ­rych na­wet zwy­czaj­nych. Ale wła­śnie w tych zwy­czaj­nych, za­po­mnia­nych miej­scach uda­je się po­sma­ko­wać au­ten­tycz­ne­go wło­skie­go ży­cia. Poza tym we Wło­szech miej­sca nie­po­pu­lar­ne też mają swo­ją im­po­nu­jącą hi­sto­rię, a wiel­ką sztu­kę mo­żna zna­le­źć na­wet w szcze­rym polu.

Za­kła­dam, że tyl­ko garst­ka czy­tel­ni­ków, do któ­rych tra­fi ta ksi­ążka, śle­dzi Dom z Ka­mie­nia, dla­te­go po­sta­no­wi­łam, dla ja­sno­ści, zro­bić krót­kie wpro­wa­dze­nie, kto jest kim i o ja­kich miej­scach mowa.

Mam na imię Ka­sia i je­stem au­tor­ką tej ksi­ążki. To­mek i Mi­ko­łaj to moi dwaj już pra­wie do­ro­śli sy­no­wie, któ­rym de­dy­ku­ję tę ksi­ążkę, opo­wie­ść o miej­scu ich do­ra­sta­nia. Ma­rio jest wło­skim przy­ja­cie­lem ro­dzi­ny i od kil­ku­na­stu lat po­ma­ga mi od­kry­wać se­kre­ty nie­zna­nej To­ska­nii i Ro­ma­nii. Ini­cja­ły prze­wi­ja­jące się we wspo­mnie­niach, to przy­ja­cie­le, tu­ry­ści, to­wa­rzy­sze wy­praw.

Mu­gel­lo to część To­ska­nii na pó­łnoc­ny wschód od Flo­ren­cji, Alto Mu­gel­lo to gór­ska część Mu­gel­lo, któ­ra obej­mu­je gmi­ny gra­ni­czące z Emi­lią-Ro­ma­nią. To­sca­na Ro­ma­gna na­to­miast to tak na­praw­dę częściej uży­wa­ne okre­śle­nie gmin Ape­ni­nów, le­żących na po­gra­ni­czu dwóch re­gio­nów - za­li­cza się do nich gmi­ny To­ska­nii i bli­skie jej gmi­ny Ro­ma­nii. Wie­le miejsc na pew­no zo­sta­ło po­mi­ni­ętych, wie­le jesz­cze mo­gła­bym na­pi­sać, ale uwa­żam, że nie­do­po­wie­dze­nia są wa­żne, dają mo­żli­wo­ść od­kry­wa­nia cze­goś no­we­go. Mam na­dzie­ję, że mi­ędzy jed­nym a dru­gim i ko­lej­nym opi­sa­nym prze­ze mnie miej­scem i wy od­kry­je­cie coś, o czym jesz­cze nie­wie­lu sły­sza­ło.

Z mo­ich To­ska­ńskich no­te­sów:

Co­dzien­no­ść tu­taj jest kozą pa­sącą się na łące, szma­rag­do­wym zimą je­zio­rem, jest kwit­nącą w stycz­niu pry­mul­ką i przy­pró­szo­nym śnie­giem szczy­tem Sam­bu­ki. Co­dzien­no­ść tu jest ko­stro­pa­tą dro­gą, stro­mym urwi­skiem, ci­szą. Jest ter­ko­czącą na wy­bo­jach pan­dą 4 × 4, Ni­ko­nem na szyi, pa­stą na ta­le­rzu, wi­nem w kie­lisz­ku...

W moją to­ska­ńską co­dzien­no­ść wpi­sa­ny jest pro­fil gór, szem­ra­nie La­mo­ne, uśmiech i życz­li­wo­ść...