Niezwiązana (#2). Póki świat nie spłonie. Niezwiązana. Tom 2 - Monika Sławik

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (47,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowniczek

Wszechświat - źródło życia i mocy, wszystko, co stanowi naturę.

Mrok - magia pochodząca z ciemności i nocy. Jest wynaturzona, dzięki niej można zrobić tak naprawdę wszystko, nawet jeśli przeczy to prawom przyrody. By używać jej zgodnie z naturą, każde zaklęcie należy poprzedzić odpowiednią ofiarą krwi. Wpływa również na stan fizyczny wiedźmy, powodując zmęczenie, a w ekstremalnych przypadkach może doprowadzić do śmierci. Używanie Mroku bez ofiary rozstraja naturę - prowadzi do kataklizmów i anomalii.

Światło - magia pochodząca od jasności i dnia. Opiera się na tym, co znane i możliwe w naturze. Dzięki Światłu czarownice mogą wzmocnić działanie roślin oraz posługiwać się drobnymi zaklęciami, nieingerującymi w ład Wszechświata. Magia ta w porównaniu z Mrokiem jest ograniczona, słaba i nie niesie za sobą żadnych konsekwencji.

Umysł - magia polegająca na ingerowaniu w umysły innych w każdy możliwy sposób: od odczytywania myśli, poprzez ich kontrolowanie, po kompletne wyczyszczenie. Konsekwencję jej używania stanowi powoli postępujące szaleństwo.

Czarownice - kobiety zrzeszone w kowenach lub innych społecznościach. Zamknęły Mrok w kamieniu podczas Rytuału Związania. Posługują się wyłącznie Światłem. Raczej obawiają się Mroku.

Wiedźmy - kobiety posługujące się Mrokiem. Zazwyczaj żyją i działają w pojedynkę, czasem tworzą swoje koweny. Wiedźmy dzielą się na te, które używają Mroku zgodnie z prawami Wszechświata, składając ofiarę krwi, oraz te, które tej ofiary nie składają, zaburzając tym samym równowagę.

Kowen - określenie wspólnoty zrzeszającej głównie czarownice i/lub wiedźmy. Zazwyczaj są to kilkunastoosobowe grupy, które żyją razem, by wspierać się w praktykowaniu magii, celebrować wspólnie święta i odprawiać rytuały. Do kowenów należą niekiedy również Strażnicy.

Strażnicy - głównie mężczyźni, funkcjonują w społecznościach jako rządowa organizacja odpowiedzialna za kontrolowanie istot magicznych oraz zapobieganie kataklizmom wywołanym przez zaburzenie równowagi świata. Dzielą się na tych, którzy aktywnie uczestniczą w misjach, oraz tych, którzy należą do kowenów i społeczności, a do ich zadań należy ochrona czarownic i raportowanie o zagrożeniach. Władają mocą żywiołów.

Wiedźmiarze - mężczyźni, którzy nie należą do żadnej społeczności ani kowenu. Również kontrolują żywioły, ale w przeciwieństwie do Strażników wiodą życie w odosobnieniu i często zrzeszają się we własnych grupach. Buntują się przeciwko prawom przyjętym przez społeczności, ponieważ chcą używać magii swobodnie, bez kontroli Strażników. Nie obchodzi ich ludzki los, a ich celem jest zaprzestanie życia w ukryciu i podporządkowanie sobie ludzi. Bardziej radykalne grupy dążą do zagłady ludzkości i przejęcia władzy nad światem. Nie przejmują się równowagą Wszechświata, często działają specjalnie na niekorzyść ładu, pragnąc ustanowić nowy - własny. W ich szeregi wstępują również wiedźmy.

Niezwiązana - rodzi się w trudnych dla Wszechświata czasach, by go uporządkować. Jej zadaniem jest przywrócenie równowagi i walka z tymi, którzy chcą ją zaburzyć. Posiada moc potężniejszą od mocy jakiejkolwiek wiedźmy. Jako jedyna oprócz Światła i Mroku może również posługiwać się Umysłem.

Przeklęta - wiedźma, w której płynie krew torturowanych, a następnie straconych podczas procesów w Salem w latach 1692-1693. Nazwa pochodzi od klątwy, którą skazane zrodziły i przekazały wszystkim dziewczynkom w następnych pokoleniach. Przeklęta nawołuje do zemsty na ludziach za to, co im zrobili.

1Mam cię, Lav

Lavender

Moje mięśnie, gardło i płuca płoną. Całe ciało krzyczy, błaga o ratunek, jest na granicy wytrzymałości. Ale ja wiem, że jeszcze dam radę, jeszcze uda mi się...

- Cholera jasna, Lavi, zatrzymaj się w tej chwili!

Hamuję dopiero po kilku metrach, zapierając się mocno piętami w mokrej, pokrytej śniegiem glebie. Zanim zginam się wpół i zaczynam kaszleć, wypuszczając przed siebie kłęby pary, udaje mi się jedynie odwrócić, by zobaczyć Asha z głową między kolanami siedzącego na ziemi. Nie mogę wyrównać oddechu, aż wreszcie upadam na kolana i dłonie.

- Lavi?! Kurwa, powiedz coś, proszę! - słyszę spanikowany ton przyjaciela i czuję, że znajduje się gdzieś obok, ale mija kilka długich sekund, nim w końcu zaczynam odzyskiwać panowanie nad ciałem i mogę unieść głowę.

- Nic mi nie jest - mówię, a kiedy słyszę swój charczący głos, mimowolnie się krzywię.

- Jasne, nic a nic. To całkiem normalne, że doprowadzasz organizm do takiego stanu. Nie ma w tym absolutnie nic dziwnego i niepokojącego.

Chłopak stara się brzmieć sarkastycznie, ale nerwowa nuta w jego tonie zdradza, że naprawdę go wystraszyłam. Nie do końca rozumiem, dlaczego wciąż tak reaguje. Przecież nasz bieg zawsze kończy się w ten sposób i jeszcze nigdy nic mi się nie stało. Dochodzę do siebie w kilka minut. No i sam parę tygodni temu zasugerował, że bieganie może mi pomóc - dzięki temu będę w stanie wyciszyć myśli, emocje i wspomnienia, a zarazem utrzymać klątwę głęboko uśpioną.

To naprawdę działa. Może męczę ciało do granic możliwości, ale za to głowa odpoczywa jedynie wtedy, kiedy mogę mknąć przed siebie przez cichy las, czuć ból w nogach, ogień w płucach i szczypanie mrozu na policzkach.

- Zobacz - rzucam, a potem prostuję się i rozkładam ręce. - Już... mi... lepiej...

- Dlatego po każdym słowie musisz brać głęboki oddech, a twoja twarz przypomina buraka?

Mrużę oczy i mogę się założyć, że gdyby nie kompletne zmęczenie, właśnie w tej chwili, w odpowiedzi na zaczepkę przyjaciela, moja klątwa załaskotałaby mnie od środka.

Wzdycham.

- Wszystko jest w porządku - powtarzam. - Możemy spróbować?

Ash wstaje i sięga do kieszeni spodni. Wyciąga z niej nierówną bryłkę.

- Na pewno nie uda ci się zdobyć większego? - pytam.

- Nie, jeśli nikt ma nie zauważyć. Obecnie zapotrzebowanie na onyks jest większe niż kiedykolwiek.

Bez żadnej nadziei, że zadziała, sięgam po kamień. W ciągu ostatnich tygodni już kilka razy próbowaliśmy sprawdzić, czy coś się może zmieniło. Liczyliśmy na to, że klątwa zagłuszyła energię Niezwiązanej na tyle, by onyks zaczął blokować moc. Całą sobą czuję, jak ta złota, czysta i jasna energia należąca do tej części mnie pozostaje wycofana i zachwiana od momentu, w którym Cam zdjęła zaklęcie blokujące przeklętą naturę. A mimo to nadal nie możemy znaleźć żadnego sposobu, by całkiem pozbawić mnie mocy.

- I co? - pyta Ash.

W jego myślach odpowiadam:

- Nico.

Na każdą inną wiedźmę działa zwykły onyks - kiedy przebywa w jego pobliżu, moc jest osłabiona. Na mnie jednak, jak się okazuje, nie działa nic, nawet specjalna, magiczna odmiana - onyks głębinowy, którego, przynajmniej w teorii, zaledwie odłamek przytknięty do ciała kompletnie odcina moc każdej magicznej istoty.

Już raz udało mi się spod niego wyrwać. Zrobiłam to jednak jeszcze pod wpływem magicznej anty-klątwowej blokady. Musiałam wykorzystać lukę i łut szczęścia, licząc, że Wszechświat rozpozna moje prawdziwe, dobre intencje i pozwoli mi się uwolnić, by powstrzymać Marcela... Mojego ojca, który postanowił uczynić ze mnie własną broń w walce z ludzkością i każdym, kto mu przeszkodzi.

Był tak blisko spełnienia swojego planu... Zbyt blisko.

Bo jesteśmy słabi, a zwłaszcza wiedźmy i cholerne czarownice. Nie potrafimy nic prócz chowania się za plecami Strażników, nie potrafimy nawet obronić samych siebie i...

- Lavi, musisz wyluzować. Widać je.

Patrzę na Asha, a potem unoszę ręce. Pod moją skórą wędrują cienie, a niebieskawe żyłki przy nadgarstku robią się czarne, jakby płynęła w nich sama kwintesencja Mroku.

- Potrzebujemy zdobyć onyks głębinowy - wycedzam przez zaciśnięte od wysiłku zęby. Muszę się naprawdę mocno skupić, by wreszcie się uspokoić i uśpić klątwę.

- Nie wiem, czy to możliwe. Już próbowałem...

- To nasza ostatnia nadzieja - przerywam mu. - Obiecałeś, że mi pomożesz.

Na twarzy chłopaka maluje się żal. W końcu kiwa głową.

- Postaram się.

- Musimy powoli zacząć myśleć, co zrobić, nawet jeśli on nie zadziała - dodaję, po czym odwracam się, gotowa, by wracać.

Ruszam przed siebie w stronę lekko wydeptanej ścieżki prowadzącej w dół wzgórza. Mimo że już któryś tydzień biegam po otaczających siedzibę lasach, nadal nie mam zielonego pojęcia, jak się po nich poruszać bez Asha, dlatego nie dziwi mnie, kiedy zaraz chłopak mnie woła.

- Hej, musimy wrócić tędy.

Wskazuje w kierunku, z którego wbiegliśmy na wzgórze, a ja znowu oglądam się na prowadzącą między zaroślami ścieżkę.

- Jesteś pewny, że tą drogą nie udałoby nam się dotrzeć do domu? Z chęcią nadłożę trochę trasy.

- Nie, to zupełnie w inną stronę.

Marszczę brwi, kiedy wyczuwam w zachowaniu i głosie chłopaka coś, co nie daje mi spokoju. Muszę się powstrzymać przed chęcią zajrzenia do jego głowy, by sprawdzić, o co chodzi.

- No, dalej - ponagla. - Niedługo zaczyna się impreza, a ja jeszcze obiecałem Stormowi, że z nim potrenuję. Słowo daję, że wykończy mnie to trzymanie was w ryzach. - Ostatnie słowa burczy pod nosem, jakby zwracał się bardziej do siebie.

- Trzymać nas w ryzach? - pytam, kiedy w końcu ruszam za nim z powrotem do siedziby.

- Ty codziennie wyciągasz mnie na godzinny bieg po lesie, a Storm wyżywa się na mnie na siłowni.

- Wspominał coś, że musicie ciężej trenować - przyznaję.

- Ta, o to właśnie chodzi - odpiera markotnie, a ja postanawiam go tym razem nie ciągnąć za język. Po pierwsze widzę, że jest w kiepskim humorze, a po drugie... nie chcę tego robić.

Moja relacja ze Stormem od powrotu jest dość... napięta. Choć odpowiedniejszym określeniem byłoby "nieswoja". Wpływa na to wiele rzeczy. Między innymi fakt, że Storm rzadko bywa w domu, bo pochłaniają go obowiązki, które spadły na niego razem z rolą przywódcy. Nie pomaga nam też to, że wymusiłam na jego najlepszym przyjacielu obietnicę pozbycia się mnie w momencie, w którym stanę się zagrożeniem. A na domiar złego wraz z powrotem do społeczności jeszcze bardziej uderzyła mnie świadomość, że nie udało mi się sprostać temu, czego wszyscy ode mnie oczekiwali...

Że tak naprawdę Pearl zginęła, by nas ratować, podczas gdy to było przecież moje zadanie.

To przeze mnie siostra Storma nie żyje. Zawiodłam i nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie pogodzić się z tym uczuciem. Wszyscy zresztą popełniliśmy mnóstwo błędów i nie doceniliśmy przeciwników... Ale to ja miałam być tym czymś, co da nam przewagę. Miałam stać się legendarną Niezwiązaną, która będzie w stanie przenosić góry i wszystkich ocalić, a przez dwa miesiące nie byłam w stanie wydostać się z cholernej celi.

Torturowano mnie, zniszczono na wiele sposobów, a ja nie potrafiłam zrobić absolutnie nic. Leżałam dniami i nocami na zimnej posadzce, starając się pozostać jak najbardziej nieprzytomną, by tylko uniknąć bólu. Byłam słaba, beznadziejna i rozczarowująca. Byłam...

- Lavi, kurde. Co dziś z tobą? Znowu cienie wyszły na wierzch.

Tym razem nie muszę patrzeć na swoje ręce, by widzieć ciemne plamy, bo czuję je od wewnątrz, jak jakąś uporczywą podskórną swędzącą wysypkę. Biorę kilka głębokich oddechów i drażniące uczucie mija.

- To pewnie przez to, że dziś mamy równonoc. Magia wokół takich wydarzeń zawsze jest wtedy silniejsza i trochę kapryśna. Wygląda na to, że podobnie dzieje się z klątwą.

- Chcesz biec z powrotem? Pomoże ci to?

- Sama już nie wiem - stwierdzam zrezygnowana. - Chyba nie mam siły na nic poza marszem.

Idziemy dłuższą chwilę w kompletnej ciszy, kiedy Ash wreszcie mówi:

- Ogarnia mnie tak ogromna frustracja na myśl, że nie wiem, jak ci pomóc, aż mam ochotę coś rozwalić. Nie wyobrażam sobie, co musi przeżywać Storm.

Przełykam ślinę, którą niemal się dławię.

Czy Ash może mieć rację? Może Storm mnie unika, żeby nie musiał się mierzyć z własną bezsilnością?

Albo po prostu przypominam mu o tym, że jego siostra nie żyje.

Ash odprowadza mnie pod sam dom, który - tak jak się spodziewałam - jest pusty. Kiedy żegnam się z przyjacielem i wchodzę do środka, nigdzie nie zastaję nawet Luny. Moja kotka ostatnio również większość czasu spędza poza czterema ścianami, głównie na wędrówkach po naszej siedzibie. Cieszę się, że nowe miejsce jej się podoba, ale... jestem samotna, zupełnie jak kiedyś, kiedy zostałam wyrzucona z kowenu i w czasach, zanim poznałam chłopaków. Może ostatnią godzinę spędziłam z Ashem, lecz oprócz biegów z przyjacielem i śniadań w pośpiechu ze Stormem tak naprawdę nie widuję nikogo. Pam parę razy zapraszała mnie do siebie, ale nie odważyłam się jej odwiedzić, chociażby przez wzgląd na to, że czasem kręcą się u niej różne wiedźmy, a ja... wolę ich unikać.

No bo co, jeśli któraś wyczułaby coś dziwnego i mrocznego wewnątrz mnie? Co, jeśli jakaś sytuacja wyprowadziłaby mnie z równowagi, a na moim ciele pojawiłyby się cienie?

Co, jeśli Pam zaczęłaby przy mnie płakać z tęsknoty za córką?

Nie poradziłabym sobie z tym. Ledwo udało mi się przetrwać ceremonię pożegnania, podczas której pogrzebaliśmy prochy Pearl. Nigdy nie wybaczę sobie , że nie byłam w stanie iść później ze Stormem i jego rodziną do domu. Nie wybaczę sobie tego, że musiał sam pocieszać matkę po stracie córki.

Czy wytłumaczył jej, co dokładnie się wydarzyło? Czy wyznał, że Pearl poderżnęła sobie gardło, by nas uratować? Że była naszym wybawieniem? I co powiedział Markowi?

Podczas ceremonii widziałam oczy chłopca - czerwone od powstrzymywanego płaczu. Przyglądałam mu się i wiem, że nie uronił ani jednej łzy, podobnie jak Storm. Stali po obu stronach swojej mamy, zupełnie jakby za wszelką cenę chcieli być jej podporą.

Tylko kto będzie tą podporą dla nich? Czy istnieje jeszcze choć cień szansy, że to ja będę nią mogła kiedyś zostać? Czy naprawdę jest jakaś nadzieja, że zwyciężę klątwę lub chociaż nauczę się nad nią panować na tyle, by wypełnić przeznaczenie Niezwiązanej? Czy ta piękna, ciepła, złota moc, która znacząco się wycofała, gdy tylko Camellia pozbyła się zaklęcia blokującego klątwę, odważy się znowu mi zaufać?

Głośne burczenie w brzuchu wyrywa mnie z plątaniny dobijających myśli i pytań bez odpowiedzi. Ruszam pod prysznic, myję się w ekspresowym tempie, a potem owinięta ręcznikiem schodzę na dół, do kuchni, i biorę z lodówki kokosowy jogurt pitny - jedną z niewielu rzeczy, które jestem w stanie zjeść... Cóż, przynajmniej zazwyczaj, bo nawet to czasem zdarza mi się zwrócić. Ostrożnie i powoli upijam kilka pierwszych łyków, krzywiąc się przy tym. Do dziś nie wiem, jakimi dokładnie czarami wiedźmiarze i współpracujące z nimi wiedźmy podtrzymywali mnie przy życiu, ale cokolwiek to było, sprawia, że teraz trudno mi przetrawić zwyczajne jedzenie.

Udaje mi się wmusić w siebie zaledwie połowę opakowania jogurtu, a resztę odkładam z powrotem do lodówki i ruszam na górę, by wyszykować się na dzisiejsze obchody równonocy wiosennej. Szybko ogarnia mnie panika, kiedy zdaję sobie sprawę, że nie mam pojęcia, co włożyć.

Może wypadałoby wybrać coś eleganckiego? A może w ogóle nie powinnam tam iść?

Potrząsam głową, by pozbyć się tej ostatniej myśli. Nie wiem, jak tego typu celebracje wyglądają w społeczności, ale nie mogę ominąć dzisiejszego wydarzenia. Muszę się na nim pokazać jako Niezwiązana, muszę się zachowywać, jakbym była częścią tutejszego kowenu. Poza tym według tego, co mówiła niegdyś Camellia, wspólne rytuały mogą mi pomóc z uziemieniem magii, a ta przez energię tego dnia jest wyjątkowo trudna do okiełznania. Liczę jedynie na to, że Ash wywiąże się z obietnicy i będzie mi towarzyszył, by pilnować, czy nie mam nagle ochoty kogoś zamordować.

Storm również ma się zjawić, tak jak wielu innych Strażników. Podobno w największych celebracjach biorą udział wszyscy członkowie naszej społeczności, nawet ludzkie kobiety. To kłóci się nieco z tym, co wyniosłam ze swojego kowenu - Saphire i Rosemary bardzo pilnowały, by żaden ze Strażników nie towarzyszył nam podczas uroczystości i rytuałów. Twierdziły, że te wydarzenia są intymne dla czarownic, a zapraszanie do nich obcych, zwłaszcza mężczyzn, byłoby świętokradztwem. Teraz jednak skłaniam się ku stwierdzeniu, że to kolejny chory pogląd mający na celu tworzenie podziałów, podczas gdy od samego początku powinniśmy współpracować.

Nie byłaby to jednak jedyna bzdura, którą mi wpajały.

Suszę włosy i z żalem zauważam, że już całkiem wypłukał się z nich fioletowy kolor, a to z kolei pozostawia we mnie niekomfortowe uczucie, którego jednak nie jestem na razie gotowa analizować. Na dzisiejszy wieczór - lub raczej noc, bo wszystko rozpoczyna się chwilę przed północą i będzie trwało aż do świtu - wybieram ostatecznie bieliznę termiczną. Na nią wkładam legginsy i przylegającą kurtkę - ta ochroni mnie przed wiatrem i śniegiem, a w dodatku ma przedłużane, zakładane na kciuki rękawy, dzięki którym spora część mojego ciała będzie cały czas zakryta, łącznie z makabrycznie wyglądającymi bliznami wokół nadgarstków. Na stopy wsuwam ciepłe skarpety i botki... które później zmieniam na trampki, następnie kalosze, aż wreszcie wybieram trapery. Zwlekam z wyjściem, bo liczę, że może w międzyczasie wróci Storm albo Luna, ale nic z tego. Znając jednak kocicę, zaraz wyczai, że coś się dzieje, i dołączy do nas przy ognisku. Może Storm również mnie tam odnajdzie?

W końcu wychodzę z domu, a potem ruszam do niewielkiej polany na skraju lasu, zaraz przy strumyku. Kiedy ostre powietrze boleśnie mnie przeszywa, zasuwam zamek kurtki pod samą szyję. Wlepiam wzrok w błyszczącą od szronu wybrukowaną ścieżkę i zaspy po jej bokach. Temperatura wciąż utrzymuje się sporo poniżej zera, mimo że właśnie oficjalnie zaczyna się wiosna. Nic w tym jednak dziwnego, bo świat już kompletnie się rozregulował, przez co meteorolodzy pewnie wyrywają sobie włosy z głowy.

Im bliżej miejsca docelowego, tym głośniejsza staje się muzyka i wrzawa rozmów, a gdy wreszcie mijam ostatnie budynki i moim oczom ukazuje się polana, przystaję.

Wiedziałam, że nasza społeczność ostatnio przyjęła w swoje szeregi sporo nowych osób, ale nie miałam pojęcia, że jest ich aż tyle. Częściowo pewnie przez fakt, że w ciągu dnia, kiedy toczy się tu życie, prawie w ogóle nie opuszczam domu, a jeśli już to robię - przemykam niezauważona bocznymi ścieżkami. Na polanie mieści się spokojnie setka bawiących się w najlepsze ludzi, a do tego kolejne osoby co chwilę dołączają do reszty. Liczebność w naszym już nie tak małym osobliwym miasteczku musiała się zwiększyć co najmniej trzykrotnie.

Gdzie oni w ogóle mieszkają?

- Lav! - słyszę nagle i zamieram, jakby to miało sprawić, że stanę się niewidzialna.

Niestety - niespodzianka - nic z tego.

Dalej, Lav, wiedziałaś, że dziś będziesz musiała się ze wszystkimi zmierzyć. Nie możesz się ciągle chować. Dasz sobie radę.

- Hej, Mark - rzucam sztywno, odwracając się do biegnącego w moją stronę chłopca, którego udawało mi się unikać przez ostatnie tygodnie.

Co zrobi? Czy zacznie na mnie krzyczeć, bo nie uratowałam jego siostry? Czy zacznie okładać mnie swoimi drobnymi pięściami i wybuchnie płaczem, który tak długo i dzielnie powstrzymywał? Czy...

Nim zdążę dokończyć myśl, chłopiec wpada w moje ramiona. Dłuższą chwilę zajmuje mi ocknięcie się z szoku, ale w końcu również obejmuję chłopca i klepię go niezręcznie po plecach.

- Tak dawno cię nie widziałem, Lavi - mówi, wciąż we mnie wtulony. - Tęskniłem. Storm powiedział, że potrzebujesz czasu, by dojść do siebie, ale ja tak bardzo chciałem cię zobaczyć.

Przełykam ślinę, by nawilżyć wysuszone gardło.

- Też za tobą tęskniłam, mały - odpowiadam.

Mark odsuwa się nieco i unosi głowę, żeby mi się przyjrzeć. Jego mina wyraża konsternację.

- Dlaczego tak dziwnie brzmisz?

Chrząkam.

- Mam chore gardło - wyznaję z nadzieją, że nie będzie drążył tematu.

- Okej - stwierdza tylko chłopiec, po czym robi krok w tył i patrzy na mnie z szerokim uśmiechem. - Też jesteś podekscytowana dzisiejszą imprezą?

Jakaś część mnie jest odrobinę zniesmaczona tym, że zarówno Ash, jak i Mark, a także zapewne wielu innych Strażników odnosi się do dzisiejszej celebracji równonocy jako imprezy. To coś więcej niż zwykła zabawa przy ognisku. Świętujemy nowy sezon, nowy początek, odrodzenie natury, która ponownie zacznie budzić się do życia. Czy są tego świadomi? Czy te kwestie choć przejdą przez ich myśli?

Kiedy czuję lekkie łaskotanie pod skórą, wciskam dłonie głęboko do kieszeni. Biorę kilka głębszych oddechów i odliczam w myślach do dziesięciu.

- Lavi, na pewno wszystko w porządku? - zagaduje Mark, a ja zdążyłam już zapomnieć, że przecież zadał mi pytanie.

Jeśli ośmiolatek, którego uwielbiam, jest w stanie rozbudzić moją klątwę, to mam złe przeczucia na temat dzisiejszego wieczoru.

- Tak, też jestem podekscytowana - kłamię i nawet zdobywam się na uśmiech.

Obejmuję chłopca ramieniem i razem ruszamy w stronę ogromnego zbiorowiska. Kiedy przy postawionym z boku stole zauważam Pam wśród innych wiedźm przygotowujących wszystko do rytuału, nagle się zatrzymuję.

- Pójdę po coś do picia - mówię. - Zobaczymy się później, dobrze?

- Jasne - odpowiada chłopiec, po czym rusza do mamy, a ja odwracam się i kieruję do blatów zastawionych jedzeniem i napojami.

Od samego patrzenia na kanapki, czipsy i inne przekąski robi mi się niedobrze. Biorę więc pierwszą lepszą butelkę i dopiero po chwili orientuję się, że to piwo.

Czy powinnam pić alkohol? Czy to zaszkodzi, czy raczej pomoże mi utrzymać klątwę uśpioną?

Upijam kilka łyków i krzywiąc się od cierpkiego smaku, rozglądam się dookoła. Gdzie jest Ash? Przeczesuję wzrokiem wszystkich zebranych, ale nigdzie nie mogę dostrzec przydługiej blond czupryny przyjaciela.

Nie mogę stać w miejscu jak kołek, bo to tylko kwestia czasu, kiedy ktoś podejdzie i do mnie zagada, a wolę sama zdecydować o tym, z kim wejdę w interakcję. Może jednak powinnam zatrzymać Marka przy sobie...

- Lavender - słyszę niespodziewanie i cała się spinam.

Ściskam butelkę tak mocno, że słowo daję, słyszę, jak szkło pęka.

Kiedy dostrzegam, że zbliża się do mnie Meg, nieco się rozluźniam.

Tylko raz miałam okazję rozmawiać z tą wiedźmą, ale do dziś pamiętam ten moment. Dwa dni po powrocie z Bostonu zwołaliśmy obrady, podczas których trzymałam się z boku, starając się po prostu nie stracić nad sobą kontroli. Byłam zdziwiona, kiedy zauważyłam, że do pomieszczenia weszła kobieta ubrana w strój typowy dla Strażników. Zasiadła u szczytu stołu, zaraz przy Stormie, i cały czas brała udział w dyskusji, a mnie oczarowała jej osoba. Mówiła pewnie, zdecydowanie, reprezentując wiedźmy. Zobowiązała się nawet, że sama zadba o to, by zorganizować intensywne treningi dla każdej z nas, byśmy mogły brać czynny udział w walce z tym, co nadchodzi.

Dawno nikt nie wprawił mnie w tak ogromny podziw, dlatego kiedy po wszystkim do mnie podeszła, by się przedstawić, osłupiałam. Czułam się jeszcze bardziej słaba i beznadziejna, kiedy Meg oznajmiła, że jest Strażniczką. Jako jedyna wiedźma ze społeczności regularnie wyrusza z innymi Strażnikami na misje i do tego opanowała magię Mroku do perfekcji. Zaproponowała mi nawet pomoc w szkoleniu mocy...

W skrócie - Meg jest wszystkim, czym sama chciałabym być.

Kiedy tego dnia po naradzie wróciliśmy do domu, Storm dodatkowo oznajmił mi, że kobieta przyjaźni się z jego mamą i jest dla niego niczym ciocia. To sprawiło, że do podziwu dołączyło poczucie ciepła wobec niej.

- Hej, Meg - witam się, a mój głos od wdychania mroźnego powietrza wybrzmiewa wyjątkowo chropowato, na co od razu się krzywię.

- Chcesz dołączyć do rytuału? Przy ognisku jest dużo cieplej - rzuca kobieta, nie zwracając na to uwagi.

Przełykam ślinę i przytakuję, a potem odkładam niedopite piwo.

Koniec uciekania. Potrzebuję tego rytuału. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała zmierzyć się z Pam - stanowi część naszej rodziny, nie mogę wiecznie jej unikać. Nie mogę wiecznie unikać jej smutku i wiążącego się z nim mojego poczucia winy.

- W takim razie chodź, wszystko jest już prawie gotowe.

Kobieta wyciąga rękę, by objąć mnie w podobny sposób, jak ja wcześniej objęłam Marka, ale nagle się powstrzymuje i splata dłonie za sobą, a wyraz jej twarzy wyraża zakłopotanie. Ludzie wiedzą, co mi się przydarzyło. Wiedzą o torturach, a niektórzy nawet widzieli moje blizny, kiedy odkryłam je podczas swojego wielkiego przemówienia w Bostonie. Mimo to nie jestem roztrzaskaną dziewczyną, którą każdy dotyk będzie z powrotem zapędzał do tej zimnej, ciemnej celi.

Przecież nikt nie musiał mnie nawet dotykać, by sprawiać mi ból.

Dlatego sama wyciągam rękę i sięgam do dłoni kobiety. Ściskam ją, posyłając jej krótki uśmiech, a ona przytakuje ze zrozumieniem. Odebrała to, co chciałam jej przekazać - moją niemą prośbę, by traktowała mnie normalnie.

W końcu ruszamy do wiedźm, które już ustawiły się wokół wielkiego ogniska. Zmierzamy prosto do Pam. Kobieta mnie zauważa, a na jej twarzy pojawia się pełen ciepła wyraz, przez co gardło mocno mi się zaciska. Otwiera usta, by coś powiedzieć, ale nim zdąży wydobyć chociażby słowo, inna, nieznana mi starsza wiedźma zaczyna przemawiać:

- Nigdy nie było nam dane celebrować w tak wielkim gronie. Moje blisko wiekowe serce raduje się na ten widok, ten obraz zjednoczenia i rewolucji. Znowu jesteśmy razem, stoimy jedna za drugą, jakby nic nie mogło nas ruszyć ani zniszczyć... - Urywa, a potem spuszcza głowę i smutno się uśmiecha. - Cóż, do tego nam jeszcze daleko. Wykorzystajmy więc dzisiejszą okazję i wyjątkową energię odrodzenia, by się wzmocnić i zaznaczyć, że wraz z naturą my również powstaniemy na nowo, silniejsze niż kiedykolwiek - kontynuuje. - Wiele z was pochodzi z innych społeczności i zakątków. Wiem, że macie własne sposoby na odbycie tego rytuału, więc nie będziemy nic nikomu narzucać. Przeżyjcie to po swojemu, tak głęboko i prawdziwie, jak tylko potraficie.

Wiedźmy pogrążają się w rytuale - jedne zamykają oczy, drugie łapią się za dłonie, inne zaczynają coś do siebie szeptać, a parę z nich nawet tańczy i śpiewa, podczas gdy ja... Po prostu stoję jak kołek, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nigdy nie byłam pozostawiona sama sobie podczas rytuału. W nielicznych, w których brałam udział, to Camellia wszystkim przewodziła.

- Wystarczy, że wejdziesz w stan medytacji. Wszechświat cię poprowadzi - mówi Meg, łapiąc moją dłoń, a potem posyła mi uśmiech.

Potakuję. Kiedy kobieta zaciska powieki, a jej twarz zaczyna się rozluźniać, postanawiam jej zaufać i robię to samo. Problem w tym, że w momencie, w którym próbuję wyciszyć swoje myśli, wciąż słyszę ją. Klątwa zdaje się szeptać, mruczeć, próbuje wykorzystać tę okazję, by sięgnąć do mojej świadomości, obezwładnić mnie... Gdy tylko się orientuję, co się dzieje, szeroko otwieram oczy. Rozglądam się dookoła i wyciągam dłoń z uścisku Meg, by schować ją głęboko w kieszeni.

Potem znowu badam wzrokiem otoczenie, by ustalić, czy ktoś przypadkiem nie zobaczył cieni. Niemal już oddycham z ulgą, bo wszyscy wydają się w pełni pogrążeni w rytuale, kiedy po przeciwnej stronie dostrzegam Wintera stojącego tuż obok swojej córki. Przygląda mi się, przekrzywiając głowę.

Czy mógł coś zobaczyć w samym świetle rzucanym przez ognisko? Strażnicy mają wyczulone zmysły, ale czy naprawdę aż tak?

Panika zaczyna kiełkować w moim wnętrzu, gdy mężczyzna nie spuszcza ze mnie swojego świdrującego wzroku i gdy na nowo czuję łaskotanie pod skórą. Opuszczam głowę z nadzieją, że włosy zasłonią cienie, które mogłyby pojawić się na twarzy. Zaczynam się trząść, bo trzymanie wszystkiego w ryzach w tym momencie kosztuje mnie resztki pokładów energii i samokontroli. I kiedy już myślę, że to koniec - zaraz wybuchnę i zranię wszystkich w zasięgu wzroku - czuję, jak wokół mnie oplata się silne ramię, a chwilę później zostaję przyciśnięta do twardego torsu, podczas gdy leśny zapach wypełnia mi nozdrza.

- Mam cię, Lav. Jestem tu.

Storm.

- Zabierz mnie stąd, proszę - szepczę.

2Po moim trupie

Storm

Godzinę wcześniej

Żywy ogień płonie w moich mięśniach, podczas gdy wzrok pozostaje ślepo utkwiony w miejscu, z którego już dawno zdarła się czerwona farba. Dopiero kiedy ten punkt z każdym następnym ciosem zaczyna się ode mnie odsuwać, przestaję. Opieram na kolanach odrętwiałe, pulsujące bólem dłonie i pochylam się, ciężko sapiąc. Krople potu z czoła skapują na matę między moimi nogami.

- Cholera, nawet jak na siebie jesteś dziś wyjątkowo spięty - stwierdza Ash, wyłaniając się zza zniszczonego worka treningowego. Odpycha go od siebie i zaczyna odwiązywać taśmę z dłoni. - Następnym razem do pomocy przy treningu zwerbuj sobie Blaze'a. Jego wielkie cielsko bardziej się do tego nadaje.

Ignoruję przytyki przyjaciela i podchodzę do ławki, na której zostawiłem torbę. Biorę butelkę z wodą i upijam połowę, robiąc kilka wielkich łyków, a potem próbuję znaleźć ręcznik, jednak bezskutecznie. Sięgam więc do plecaka Asha i wyciągam ten należący do niego. Upewniam się, że jest świeży, i wycieram się nim.

- Ej! - rzuca oburzony chłopak.

- I tak ci się dziś nie przyda, skoro odpuściłeś sobie ćwiczenia - kwituję, siląc się na złośliwy uśmiech.

Ash mamrocze coś pod nosem, gdy do mnie podchodzi.

- Nie wiesz, co mówisz. Lavi zmusiła mnie do wbiegnięcia na sam szczyt wzgórza od zachodniej strony. Myślałem, że wypluję płuca.

Palce zaciskają mi się nagle na butelce, zgniatając ją, co sprawia, że woda rozlewa się dookoła.

- Nie powinna się tak forsować - rzucam przez zaciśnięte zęby. - Jak możesz jej na to pozwalać?

Chłopak unosi ręce w obronnym geście.

- Myślisz, że nie próbowałem przemówić jej do rozumu? Twierdzi, że to jej pomaga, a ja niezbyt mam coś do powiedzenia na ten temat. Jak chcesz, to sam sobie z nią biegaj.

Problem w tym, że to właśnie jego poprosiła o wspólne treningi, nie mnie.

To jego prosiła, żeby ją powstrzymał, gdyby klątwa przejęła nad nią władanie. A Ash, mój przyjaciel od dzieciństwa, obiecał mojej dziewczynie, że jeśli zajdzie taka potrzeba, unicestwi ją.

Po moim trupie.

- Pomaga jej to bieganie? Naprawdę czuje się lepiej? - zagaduję.

Ash spuszcza głowę.

- Nie sądzę. Nawet jeśli, to krótkofalowo. Dzisiaj jest już w ogóle całkiem rozkojarzona. Powiedziała, że przez równonoc klątwę trudniej utrzymać w ryzach.

Odkładam butelkę i zaczynam się pakować.

Powinienem o tym wiedzieć. Powinna mi się z tego zwierzyć podczas dzisiejszego śniadania... Tylko czy naprawdę mam prawo się dziwić, że tego nie zrobiła? Między nami ostatnio powstał dystans, który oboje skutecznie zbywamy. Oddałbym wszystko, by móc zamknąć się z nią w domu choćby na jeden dzień, ignorując resztę świata, ale nie mogę sobie na to pozwolić. I nawet nie mam tu na myśli obowiązków, które ciągle nade mną wiszą, a które ostatnio zawalam.

Większość czasu w ciągu dnia poświęcam na szukanie informacji i w tym momencie mógłbym pisać doktorat na temat legend dotyczących klątwy i domniemanych sposobów jej zatrzymania. Byłby to najkrótszy dokument, jaki kiedykolwiek powstał, bo nie udało mi się znaleźć nic oprócz jakichś niedorzecznych podań. Nie natknąłem się też na zaklęcie blokady, które wcześniej Cam rzuciła na Lav.

Gdybym mógł skonsultować to wszystko z Camellią...

Nie wierzę, że taka myśl przeszła mi przez głowę.

W momencie, w którym ponownie zobaczę tę kobietę, zabiję ją. To przez Cam Marcelowi udało się dotrzeć do Lav i Pearl. To ona od początku nas zwodziła, działała na naszą szkodę, doprowadziła do tego, że moja siostra zginęła, a Lav była torturowana przez cholerne dziewięć tygodni. Ale jednocześnie nie sposób się kłócić z faktem, że jeśli ktoś wiedziałby, jak powstrzymać klątwę, byłaby to właśnie Cam.

- Dokąd odpłynąłeś? - Głos Asha wyrywa mnie z zamyślenia.

Postanawiam zmienić temat:

- Wczoraj też miałeś przerwę od treningu siłowego. Jestem niemal pewny, że dwa dni temu było podobnie. To nie jest najlepszy moment na odpuszczanie. Musimy być w jak najlepszej formie.

Jęczy przeciągle.

- Czasem strasznie trujesz dupę.

- Sorry. - Rzucam mu nową butelkę wody i widząc jego ponurą minę, dodaję: - Wierzę, że jeszcze kiedyś będzie czas, kiedy będziemy mogli odpuścić, ale na razie skupmy się na przetrwaniu.

Ostatnie tygodnie były wypełnione po brzegi reorganizacją działań Strażników, przyjmowaniem kolejnych osób do społeczności oraz wysyłaniem dostępnych i chętnych na misje, by powstrzymać przynajmniej te największe anomalie, które teraz sieją spustoszenie w całym kraju. Nie mieliśmy czasu na treningi, a to w końcu odbiło się na naszych mocach. Używanie żywiołów zaczęło nas męczyć bardziej, niż powinno, a ich siła również pozostawia wiele do życzenia. Nie możemy pozwolić sobie na taką słabość.

- Wiem, po prostu... - Urywa Ash i wypuszcza głośno powietrze. Dopiero po chwili wyznaje: - Trochę trudno mi się odnaleźć po powrocie.

Aby się czymś zająć, bo nie mam pojęcia, co mógłbym mu powiedzieć, rozprostowuję palce i zaczynam odwijać taśmę chroniącą knykcie.

- Widziałeś, że Robert skończył już rzeźbić nagrobki? - kontynuuje chłopak niezniechęcony moim brakiem odpowiedzi. - Ten Pearl wygląda...

Wstaję nagle, przez co on milknie. Odwrócony do niego plecami zaczynam pakować rzeczy do torby.

- Tak myślałem - kończy burkliwie.

- Co myślałeś? - pytam jakby od niechcenia.

- Nie jest z tobą dobrze, co? Nie byłeś na cmentarzu od pożegnania...

- Nie miałem czasu - rzucam krótko i zakładam torbę na ramię, a następnie ruszam w stronę łazienek.

Ash dogania mnie, dopiero gdy jestem już w jednej z kabin prysznicowych i zaczynam się rozbierać.

- Mógłbyś wcisnąć to każdemu, nawet Lavi. Ale nie mnie. - Nagle drzwi kabiny się otwierają. - Znowu wszystko blokujesz, co? - pyta, jakbym nie stał przed nim w samych bokserkach.

- Ash, wypad stąd! - rzucam, odwracając się do niego tyłem.

- Och, daj spokój. Nie pierwszy i nie ostatni raz widzę twój prawie że goły tyłek.

Co prawda, to prawda.

- A wracając do tematu - ciągnie, na szczęście w końcu opuszczając kabinę - udajesz, że nic się nie stało. Tak samo było wtedy, gdy Pearl i Lav zaginęły. Pochłonęły cię poszukiwania na zmianę z obowiązkami, zatraciłeś się w tym bez reszty, skupiając się wyłącznie na ich odnalezieniu, i nawet na chwilę nie dopuściłeś do siebie tego, jak bardzo przeraża cię myśl o tym, co się z nimi dzieje. Nigdy nie widziałem kogoś tak bardzo pozbawionego emocji jak wtedy ciebie. Byłeś jak cholerny robot, który...

- Ash - przerywam mu znowu. - Czego ty ode mnie oczekujesz, co? Mamy zbyt dużo na głowie, żeby się rozklejać.

- Kiedy zrozumiesz, że blokowanie emocji nigdy nie kończy się dobrze? Musisz przeżyć żałobę, żeby ruszyć dalej i wydobrzeć. Nie możesz wiecznie odcinać się od niewygodnych uczuć. To w końcu cię dogoni.

Ten chłopak zbyt dużo czasu spędza z moją matką.

- Potrzebuję chwili, by wrócić do siebie. To wszystko - odpowiadam wymijająco. - I wiesz, że nie kłamię, gdy mówię, że mam co robić.

- Rozumiem, uwierz, ale wiedz, że mamy cię na oku. Im szybciej dotrze do ciebie, co się wydarzyło, tym szybciej zaczniesz trzeźwiej myśleć, bo na razie z tym słabo. Zamiast siedzieć z ukochaną, która swoją drogą niemal dorównuje ci w wypieraniu rzeczywistości, spędzasz każdą chwilę na pracy albo okładaniu tego Wszechświatowi ducha winnemu worka.

Zaciskam zęby i opieram dłonie o zimne kafle, pozwalając wodzie spływać po plecach. Ash ma rację. Lav i ja odcięliśmy się od wydarzeń z ostatnich miesięcy, z tym że - wbrew temu, co twierdzi mój przyjaciel - to ona z nas dwojga jest w bardziej przerażającym stanie.

Tydzień po bitwie, który spędziliśmy w Bostonie... Wtedy wydawało mi się, że dobrze sobie ze wszystkim radzi. Kiedy jednak wróciliśmy do naszej społeczności, coś w niej zaczęło pękać. Wycofała się, ciągle ucieka gdzieś myślami, jakby normalna rozmowa niosła za sobą cierpienie. Jakby wszystko, co składa się na zwykłą codzienność, sprawiało jej ogromny ból.

Wróciliśmy z Bostonu trzy tygodnie temu, a pierwszy z nich spędziła zamknięta w sypialni. Nie rozsuwała nawet zasłon w oknie. Gdy próbowałem z nią rozmawiać, odpowiadała zdawkowo, ciągle patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem. Sama za to bardzo rzadko rozpoczynała rozmowę. Nie chciała jeść, a kiedy udało mi się coś w nią wmusić, od razu biegła do łazienki, by wszystko zwymiotować. Widząc ją taką, byłem przerażony niemal tak samo jak wtedy, gdy została porwana. Przełom nastąpił dopiero siódmego dnia, kiedy udało jej się utrzymać w żołądku pół opakowania jogurtu. Nazajutrz umówiła się już z Ashem na wspólne bieganie, podczas którego doprowadziła się do takiego wycieńczenia, że mój przyjaciel musiał na rękach przynieść ją do domu. Tej samej nocy jednak w końcu przespała ciągiem kilka godzin, a wyraz jej twarzy podczas snu był spokojny. Nie dręczyły jej koszmary, z których wcześniej budziła się z krzykiem, i w końcu zaczęła się regenerować po wszystkim, co przeszła.

Z dnia na dzień jest coraz lepiej, ale mimo to nadal widzę, że cierpi, i marzę, by mieć jej moc chociaż na minutę i wiedzieć, co się dzieje w jej głowie oraz jak jej pomóc. Patrzenie na nią w takim stanie zabija mnie, a gdy tylko myślę, jak jestem wobec tego bezsilny, mam ochotę rzucić obowiązki i zabrać ją do jakiegoś magicznego miejsca, pozbawionego wspomnień i zobowiązań.

Kocham tę dziewczynę. Kocham ją tak bardzo, że samego mnie to zaskakuje i czasem nawet niepokoi, bo nigdy nie sądziłem, że można do kogoś czuć coś tak potężnego.

I nie ma rzeczy, której nie byłbym gotów zrobić dla jej dobra, a to... to chyba przeraża mnie najbardziej.

Kończę prysznic, dziękując losowi, że Ash przestał drążyć temat, i wychodzę. Zastaję go na ławce przy szafkach, grzebiącego w telefonie.

- Wracasz do domu czy idziesz od razu na polanę? - pyta.

Sprawdzam godzinę.

- Jeszcze jest wcześnie, więc pójdę na chwilę do mamy. Prosiła mnie, żebym zabrał od niej kilka listów do wysłania.

- Iść z tobą?

Wzruszam ramionami, ale po chwili namysłu potakuję.

- Może dobrze jej to zrobi.

Zakładam torbę na ramię, a później wychodzę za Ashem na mroźne powietrze. Przy wejściu mijam grupę Strażników z Dallas. Pewnie powinienem się już przyzwyczaić do obecności tylu nowych ludzi w naszej społeczności, ale wciąż czuję się z tym nieswojo. Nasza mała wioska z przytulnej i rodzinnej zmieniła się w bazę wypadową, pełną nieznajomych twarzy.

- Ciągle brakuje nam ludzi - mówi po chwili Ash. - Przy Wschodnim Wybrzeżu znowu mają pojawić się huragany oraz potencjalnie trąby powietrzne. Nawet jeśli nie weźmiemy pod uwagę tych łagodniejszych, i tak zabraknie nam Strażników, żeby to wszystko ogarnąć.

- Będziemy musieli przyjrzeć się grupom w kowenach. Ze społeczności, w których Strażników jest za dużo, trzeba będzie oddelegować kilka osób i równomiernie rozmieścić po całym kraju. Niech głównie oni zajmują się lokalnymi anomaliami.

Ash zastanawia się chwilę, kopiąc w każdy napotkany zwał śniegu.

- Zajmę się tym. Myślisz, że czarownice będą bezpieczne?

- Nie są celem ani wiedźmiarzy, ani Przeklętych. No i odkąd zaczęły trenować Mrok, możemy też uznać, że każdego dnia stają się bardziej samowystarczalne. Zawsze mogą przyjechać tutaj i dołączyć do nas, tak jak już część z nich zresztą zrobiła. Rozesłaliśmy zaproszenia.

Mijamy następną grupę, tym razem już Strażników z naszej społeczności, witając się ze wszystkimi krótko.

- Kurde - rzuca Ash. - Strasznie tu tłoczno ostatnio. Nie wiem nawet, gdzie moglibyśmy pomieścić kolejne osoby.

- Będzie trzeba uruchomić następny budynek dla gości. Jeśli będzie bardzo źle, część osób może zająć niektóre pomieszczenia w głównym gmachu, przynajmniej tymczasowo. Trzeba też zlecić komuś postawienie kilku kolejnych domów do zamieszkania na stałe.

Kątem oka widzę, jak mój przyjaciel mi się przygląda.

- Myślisz, że będą chcieli tu zostać?

- Niektórzy już wyrazili taką chęć, a za nimi mogą pójść kolejni. Musimy być na to gotowi. Nie możemy ich później wyrzucić. Obawiam się, że spora część z naszych gości może stracić domy.

Kiedy w końcu docieramy na miejsce, mijając po drodze dwie kolejne grupy Strażników, jest już całkiem ciemno, temperatura spada o kilka stopni i do tego zrywa się silny wiatr... a mimo to zastajemy moją mamę na odśnieżaniu niewielkiego ogródka przed domem.

- Pam, czy ty zwariowałaś!? - wykrzykuje Ash, podbiegając do niej. - Dlaczego nie zadzwoniłaś po któregoś z nas? Zajęlibyśmy się tym w parę sekund.

- Potrzebuję czasem trochę ruchu - odpowiada i podpiera się na łopacie. Na jej twarzy pojawia się uśmiech.

Podchodzę do mamy i obejmuję ją ramieniem, a ona oddaje uścisk. Wykorzystuję to i zabieram jej łopatę z ręki.

- Ash, z tyłu jest zapasowa.

- A nie możemy po prostu...

- Ominąłeś dziś trening, odśnieżanie dobrze ci zrobi. Żadnych mocy.

Mój przyjaciel burczy coś pod nosem, po czym kiwa głową i znika za domem.

- Mamo... - zaczynam.

Szybko mi przerywa:

- Poradziłabym sobie z tym sama.

- Wiem, ale dlaczego robisz to akurat teraz? Jest cholernie zimno i ciemno.

Ucieka wzrokiem na dosłownie ułamek sekundy, ale to mi wystarcza. Od razu zauważam, że coś jest na rzeczy.

- Gdzie Mark? - dopytuję.

- Pobiegł już na polanę, by spotkać się tam z kolegami.

Przełykam ślinę, gdy się domyślam, co tak naprawdę kryje się za tym późnym odśnieżaniem. Kątem oka dostrzegam Asha wracającego z łopatą.

- Co powiesz na to, żebyśmy dokończyli, a ty w tym czasie zrobisz herbatę? Zajmie nam to nie więcej niż dziesięć minut.

Mama znowu się uśmiecha i potakuje.

- Niech wam będzie. Daj, wezmę twoje rzeczy do środka, żeby ci nie przeszkadzały.

Ściąga przemoczone rękawiczki i wkłada je pod pachę, a potem zawiesza moją torbę treningową na ramieniu. Nagle załamuje ręce, kiedy przygląda się Ashowi.

- Dziecko, przecież zamarzniesz w tym! Zaraz ci dam coś na głowę i dłonie - rzuca, kierując się w stronę domu. Chwilę później wychyla się zza drzwi i rzuca Ashowi swój różowy szal i jakąś moją starą czapkę. - Wkładaj - poleca. - A później obaj zostaniecie na herbatę i szarlotkę, którą upiekłam na wieczór. Będziecie pierwszymi testerami.

- Kocham twoją mamę - mówi przyjaciel, owijając się po uszy różowym szalem. - Oświadczyłbym się jej, gdyby nie różnica wieku i to, że wtedy zostałbym twoim ojczymem.

Krzywię się i potrząsam głową. Zabieramy się za odśnieżanie, a już po kilku minutach kończymy i odkładamy łopaty pod okno. Gdy tylko zbliżamy się do wejścia, do moich nozdrzy dociera najpiękniejszy zapach tego świata.

- Czujesz to? - pytam.

Ash jęczy.

- Szarlotka Pam. Zapach dzieciństwa, błogości i największego szczęścia.

Otrzepujemy śnieg z ubrań i wchodzimy do środka, a przy samych drzwiach wita nas Luna. Mama zajmowała się nią, podczas gdy... Lav z nami nie było, a ja nie miałem czasu. Kocica wyraźnie przywiązała się do tego miejsca. Zresztą do domu Asha również. Ten kot uwielbia wędrować po okolicy i sypiać, gdzie mu się zachce, dlatego też zarówno w naszym domu, domu mamy, jak i u przyjaciela, wstawiłem specjalną klapkę w drzwiach, przez którą Luna może wchodzić i wychodzić, kiedy chce.

- Szybko się uwinęliście! - woła mama z kuchni. - Już kroję ciasto. Siadajcie.

Odwieszamy kurtki, a kiedy zauważam przygotowane listy i jedną, bardzo kolorową paczkę do wysyłki, wkładam wszystko od razu do zostawionej przy drzwiach torby, by o tym nie zapomnieć. Zerkam przelotnie na adres na przyozdobionym milionem naklejek pudełku i dostrzegam, że - tak jak się spodziewałem - należy do koleżanki mamy z klubu książki, z którą od wielu lat wymienia się ulubionymi tytułami. Obie zaznaczają w nich najlepsze fragmenty oraz dodają komentarze od siebie. Mama długo skrywała to w tajemnicy, ale w końcu Ash i ja dostaliśmy jedną z tych książek w swoje ręce i odkryliśmy, że poczciwa Pam Emery zaczytuje się w erotykach.

- Jaki zboczony romans tym razem wybrałyście? - pytam zaczepnie, wskazując na pocztę. Coś w świadomości, że mimo ostatnich wydarzeń mama kontynuuje swoje hobby, przynosi mi ulgę.

Ona jednak szybko wyparowuje, bo kobieta unosi gwałtownie głowę i rzuca mi pełne nagany spojrzenie. W ręce trzyma ubrudzony ciastem nóż, którym teraz we mnie celuje.

- Nawet nie zaczynajcie.

- Nadal nie rozumiem, dlaczego nie pozwoliłaś mi dołączyć do waszego klubu... - rzuca Ash.

Mama przenosi wzrok na mojego przyjaciela, który już rozsiadł się przy stole. Zajmuję miejsce obok niego i biorę do ręki kubek z parującą herbatą.

- Zadam ci to samo pytanie co zawsze, gdy poruszasz ten temat - mówi mama. - Czy ty w ogóle przeczytałeś w życiu chociaż jedną książkę?

- To byłaby dobra okazja, żeby zacząć!

- Najpierw przeczytaj cokolwiek, a później do tego wrócimy.

Chwilę jeszcze się przekomarzają, a ja staram się wtrącać do rozmowy tak często, jak tylko mogę. Nie potrafię jednak wyzbyć się uczucia, że przy pomocy tej błahej pogawędki za wszelką cenę próbujemy udawać, że wszystko jest w porządku. Wędruję spojrzeniem do schodów, u których szczytu znajduje się pokój Pearl, a przez głowę momentalnie przewija się milion wspomnień związanych z siostrą - jak zawsze, gdy tu jestem.

Cieszę się, że mama stara się wrócić do normalności, ale jednocześnie... znam ją, pod wieloma względami jest taka jak ja. Wiem więc, że ta cała pozytywna otoczka stanowi jedynie przykrywkę. Wiem, że odśnieżała o tej porze, bo musiała zająć czymś myśli, gdy dom był całkiem pusty. Wiem, że stara się być silna dla nas wszystkich. I nie mam pojęcia, co powiedzieć albo zrobić, żeby wiedziała, że może odpuścić.

Skąd miałbym wiedzieć, jakich słów użyć, kiedy robię to samo?

Mama i ja jesteśmy blisko, ale w naszej rodzinie zawsze byliśmy tymi twardymi i niewzruszonymi niczym, co się działo. Trzymaliśmy wszystko w ryzach, podczas gdy tata i Pearl byli pełnymi emocji wulkanami. Oboje potrafili ryczeć podczas jakichś ckliwych bajek, z łatwością umieli mówić o strachu, smutku i innych uczuciach, a mama uwielbiała być dla nich wtedy skałą i pocieszycielką. Kiedy ojciec umarł, stała się jeszcze twardsza, niemal niezłomna. Chciała być silna dla nas i nigdy nie uroniła w naszej obecności łzy, za to nam pozwalała na wylanie ich całych wiader.

Podczas ceremonii pożegnania Pearl pierwszy raz zobaczyłem, jak płacze, i nawet przez chwilę wsparła się na mnie, jak gdyby własne nogi nie mogły jej już dłużej utrzymać, uginając się pod ciężarem żałoby. Następnego dnia jednak mama wróciła już do normalności - przynajmniej pozornie. Od tego czasu ani razu nie rozmawialiśmy o Pearl.

- Zapakowałam wam kolację - oznajmia, kiedy zaczynamy się zbierać do wyjścia. - I jeszcze trochę szarlotki. Wiem, że pewnie najecie się na obchodach równonocy, ale najwyżej zostanie wam na jutro. Upewnijcie się, żeby Lavi coś zjadła, dobrze? Widziałam ją przelotnie parę dni temu i wydaje mi się, że od przyjazdu zmarniała.

Moje dłonie zastygają na zamku kurtki. Czy to prawda? Nie zauważyłem, żeby znacząco schudła... ale biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio ciągle mnie nie ma w domu, a kiedy już jestem, to Lav spędza większość czasu zakopana w koce i kołdrę, mogłem to przegapić.

Zaciskam pięści. Jak mogło mi to umknąć? Jak mogłem do tego dopuścić? Ash ma rację. Powinienem spędzać z nią więcej czasu, zamiast tracić go na głupie poszukiwania informacji, do których pewnie i tak nigdy się nie dokopię.

Czy naprawdę nadeszła pora, żeby porzucić nadzieje, że istnieje jakikolwiek sposób na to, by Lav pozbyła się klątwy?

Kiedy wychodzimy, Ash rusza do siebie, żeby wyszykować się przed wieczorem, a ja udaję się do sklepiku w centrum, by kupić parę podstawowych, brakujących w domu rzeczy, w tym jogurty dla Lav. Po drodze zaczepia mnie mnóstwo osób - niektórzy chcą powymieniać zwykłe grzeczności, ale inni wykorzystują natknięcie się na mnie jako okazję do marudzenia. Naszym ludziom nie podoba się to, jak tłoczno zrobiło się w społeczności. Zresztą nie dziwię im się - nie jesteśmy przygotowani na takie obłożenie, czego dowodem są chociażby opustoszałe półki w sklepie, który dopiero co miał świeżą dostawę.

Zapisuję kolejne punkty na mentalnej liście zadań, a przed powrotem zahaczam jeszcze o główny gmach, by się upewnić, że wszystko jest pozamykane. Zazwyczaj budynek pozostaje cały czas otwarty, ale równonoc wiosenną lubimy celebrować szczególnie intensywnie - to swego rodzaju nasz sylwester. Za kilka godzin większość osób będzie pijana, a ja nie zamierzam ryzykować nieproszonych gości urządzających sobie afterparty w moim biurze. O ile jestem w stanie ręczyć za każdego mieszkańca naszej społeczności, o tyle obcym nie za bardzo ufam.

Kiedy w końcu wracam do domu, jestem już sporo spóźniony, a rytuał pewnie zaraz się zacznie. Spodziewałem się zastać tutaj Lav - teraz raczej unika wszelkich skupisk ludzi, przez co wątpiłem, że będzie miała ochotę wziąć udział w obchodach. Kiedy jednak nigdzie jej nie widzę, rzucam torbę na podłogę i biegnę do sypialni. W ekspresowym tempie zmieniam ciuchy, a potem znowu wybiegam na zewnątrz i kieruję się prosto na polanę.

Gdy tylko się na niej pojawiam, kolejne osoby chcą to wykorzystać, ale skutecznie oddalam wszystkie próby wciągnięcia mnie w serie lamentu o tym, jak bardzo nasza obecna sytuacja jest dla wszystkich niekomfortowa. Czy naprawdę muszę im tłumaczyć, że właśnie tego wymaga od nas nowa rzeczywistość? Że żyjemy w wyjątkowo niebezpiecznych czasach i musimy ponieść tego koszty? Brak ulubionych produktów w lokalnym sklepie to ostatnie, co teraz powinno nas obchodzić.

Rozglądam się wszędzie za Lav, aż wreszcie zauważam, że obracam się głównie wokół Strażników, bo wszystkie wiedźmy zebrały się już przy ognisku. Przeciskam się przez tłum w ich stronę, a po chwili do moich uszu dociera głos Maple, jednej z naszych najstarszych czarownic, która zazwyczaj przewodzi w celebracjach. Niedługo później dostrzegam Lav stojącą obok Meg, na co oddycham z ulgą i się zatrzymuję. Wciąż jednak mam dziewczynę na oku.

I, jak się okazuje, nie tylko ja. Mój wzrok - kierowany jakimś dziwnym, pełnym niepokoju przeczuciem - odnajduje Wintera stojącego po przeciwnej stronie kręgu. Były przywódca przygląda się mojej ukochanej z wrogością i zarazem skonsternowaniem. Marszczę brwi.

O co mu chodzi?

Szybko jednak poznaję odpowiedź na własne pytanie, bo zauważam, że ramiona Lav zaczynają drżeć, a jej głowa opada.

Nie, nie, nie, powtarzam w myślach, ruszając szybkim krokiem w jej stronę. Kiedy się do niej zbliżam, widzę cienie, które powoli zaczynają się wspinać po szyi. Obejmuję ją i przyciągam do torsu, zasłaniając Winterowi widok.

- Mam cię, Lav. Jestem tu - szepczę jej we włosy.

- Zabierz mnie stąd, proszę - odpowiada słabym, roztrzęsionym głosem.

Nie przejmując się spojrzeniami innych, przyciskam ją do siebie jeszcze mocniej, po czym biorę dziewczynę na ręce i ruszam z nią przez tłum. Niedługo potem docieramy do skraju polany, gdzie znikamy w kompletnej ciemności, pod drzewami rozpoczynającego się lasu.

3To ty tutaj wydajesz rozkazy

Lavender

Nie wiem, jak długo Storm zmierza do przodu, ale kiedy się zatrzymuje, nie stawia mnie na ziemi, tylko jeszcze mocniej do siebie dociska, a potem siada z impetem, sadzając mnie na swoich kolanach. Bierze moją twarz w dłonie i wędruje po niej wzrokiem, aż w końcu z ulgą wypuszcza powietrze i wspiera czoło na moim.

- Widział je - chrypię. - Winter je widział.

- To nie ma znaczenia. Było ciemno, łatwo będzie mu wmówić, że coś sobie wyobraził.

Przełykam ślinę, by zwilżyć i rozluźnić ściśnięte gardło.

- Tym nagłym wyparowaniem stamtąd i moim dziwnym zachowaniem trochę potwierdziliśmy, że coś jest na rzeczy.

Storm odsuwa ode mnie głowę, ale tylko na tyle, by móc spojrzeć mi w oczy.

- Nie przejmuj się tym, okej? Zajmę się wszystkimi plotkami.

Spuszczam głowę. Tego tylko brakowało, bym dołożyła mu kolejnej roboty i zmartwień.

- Niepotrzebnie tu przychodziłam. Myślałam, że rytuał pomoże mi trochę okiełznać klątwę, ale zamiast tego wszystko pogorszyłam.

- Skąd miałaś wiedzieć? Nie obwiniaj się o to, Lav.

Posyła mi uśmiech, ale jest on podszyty zmartwieniem. A ja tak bardzo nie chcę go dłużej martwić swoim stanem...

Odsuwam się powoli i ostrożnie, po czym staję na wciąż rozedrganych nogach.

- Powinnam tam wrócić, by pokazać, że wszystko w porządku - oznajmiam, a kiedy Storm również się podnosi, widzę, że ma ochotę się ze mną nie zgodzić. Zanim zdąży coś powiedzieć, dodaję: - Zwalę wszystko na to, co działo się na wyspie. Ludzie wiedzą, co przeszłam, niech pomyślą, że miałam zwykłe załamanie nerwowe spowodowane traumą czy coś takiego. Ty też używaj właśnie tego wyjaśnienia, kiedy ktoś cię o mnie zapyta, dobrze?

Jego twarz wykrzywia się w żalu.

- Nie musisz tam wracać - mówi. - Naprawdę mogę zająć się wszystkim sam.

Kręcę głową.

- Winter ci nie uwierzy. Musi mnie zobaczyć, by się upewnić, że jestem normalna, zanim zacznie coś podejrzewać. - Milknę na chwilę i splatam przed sobą ramiona. - Może uda mi się wejść do jego głowy, żeby sprawdzić, czy już nie nabrał podejrzeń...

- Nie, nie ma mowy - protestuje od razu Storm, a ja patrzę na niego zdumiona.

- Dlaczego? - pytam.

- Nie powinnaś nadużywać Umysłu.

Unoszę lekko brew.

- Upewnienie się, czy mężczyzna, którego przodkowie założyli zakon specjalizujący się w tępieniu Przeklętych, nie podejrzewa, że jestem jedną z nich, nie wydaje się nadużyciem, tylko koniecznością.

Storm wzdycha ciężko.

- Czy to nie pogorszy twojego stanu? - drąży, a gdy patrzę na niego, unosząc brew, dodaje: - Ash wspomniał, że szczególnie dziś trudniej przychodzi ci panowanie nad klątwą. Czy używanie Umysłu nie sprawi, że będziesz jeszcze bardziej... - Urywa, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa.

Dlatego kończę za niego:

- Szalona?

Jego twarz się marszczy.

- Nie jesteś szalona.

- Trochę jestem - przyznaję. - A zwłaszcza tej nocy. Gdy nastanie ranek, powinno być lepiej.

Taką przynajmniej mam nadzieję.

Oglądam się przez ramię na zebranych przy ognisku ludzi, a na myśl, że mam tam wrócić, ogarnia mnie niepokój.

Może mogę poczekać jeszcze chwilę...

Nie zwracając uwagi na to, że zaraz moje ubrania całkiem przemokną, kładę się na śniegu i wzbijam wzrok w niebo.

- Byłem wcześniej u mamy - zaczyna Storm z ostrożnością w głosie. - Dała mi spróbować szarlotki, którą upiekła na dzisiejszy wieczór. Powinna być gdzieś na stołach pośród tony innego jedzenia. Masz ochotę? Mogę ci przynieść.

Ściągam brwi na te dziwne podchody. Przyglądam mu się kątem oka, odpowiadając:

- Zjem później.

Chłopak się spina i znowu ciężko wzdycha.

- No wyduś to z siebie - ponaglam.

- Muszę cię o coś zapytać - stwierdza. - I proszę, nie wymiguj się. - Kuca przy mnie, bada nieufnie moją twarz, aż wreszcie wypala: - Czy ty jesz odpowiednio dużo? Wiem, że miałaś problem z przyjmowaniem jedzenia, ale myślałem, że te objawy już ustąpiły... W tej chwili jednak nie jestem co do tego przekonany.

Podnoszę się na łokciach i patrzę na niego zdezorientowana. Krew w uszach zaczyna mi szumieć, ale szybko doprowadzam się do porządku i odwracam wzrok, a potem pozbywam się z twarzy grymasu zaskoczenia. Doskonale jednak zdaję sobie sprawę z tego, że ta reakcja jest już dość wymowną odpowiedzią.

- Staram się - wyszeptuję mimo to, ciągle unikając jego spojrzenia. - Ale mój żołądek nadal niezbyt dobrze radzi sobie z jedzeniem. Nawet jeśli jakimś cudem uda mi się powstrzymać wymioty, boli mnie później brzuch.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? Mógłbym...

- Nie chciałam dokładać ci zmartwień - wchodzę mu w zdanie. - No i nie zawsze jest źle. Są gorsze i lepsze dni, a zawsze, gdy nadchodzą te lepsze, mam nadzieję, że już tak zostanie.

Zamyśla się na chwilę, po czym kładzie obok na śniegu i przyciska mnie do swojego ciała, a ja wtulam się w niego, czując ulgę, jakbym w jego ramionach naprawdę mogła na chwilę zapomnieć o całym Wszechświecie.

- Musisz mi mówić, kiedy dzieje się coś takiego - szepcze, po czym całuje mnie w skroń. - Nie mogę uwierzyć, że tego nie zauważyłem.

Unoszę głowę i patrząc mu prosto w oczy, pewnym tonem mówię:

- To nie twoja wina. Dobrze to ukrywam.

Czuję cierpki posmak w ustach, gdy wypowiadam następne słowa:

- Zawsze musiałam trzymać w sobie wszystko, co było ze mną nie tak. Chwilę zajmie mi przywyknięcie do rzeczywistości, w której nie muszę tego robić, przynajmniej nie przy wszystkich. A ty musisz pamiętać, że nic z tego nie jest twoją winą.

Jestem z siebie dumna, bo mój głos ani razu nie zadrżał ani się nie zawahał, mimo że dłuższe wypowiedzi wciąż sprawiają mi problem.

To daje mi nadzieję, że może kiedyś faktycznie w pełni dojdę do siebie.

Zauważam, że zsuwam niżej rękawy kurtki dopiero wtedy, gdy Storm klęka przede mną, bierze moje nadgarstki w dłonie i unosi je do ust, by zaraz potem złożyć na nich pocałunki. Uśmiecham się, ale gardło pozostaje ściśnięte.

- Już zawsze będziesz to robił?

- Za każdym razem, kiedy zauważę, że się nimi martwisz lub się ich wstydzisz - oznajmia, a potem wstaje, ciągnąc mnie za sobą. - A teraz chodź. Zrobimy szybką rundę po polanie, żeby każdy zobaczył, że wszystko z tobą w porządku. Ja odbębnię kilka powinności i wrócimy do domu. A jutro z samego rana zaprowadzę cię do Anniki. To nasza Uzdrowicielka, która specjalizuje się też w tych... bardziej magicznych przypadkach.

- Uzdrowicielka? - Kiedyś Storm wypowiedział przy mnie to słowo, ale ono nadal stanowi dla mnie nowość. - Brzmi trochę jak postać wyciągnięta z jakiejś gry wideo.

Śmieje się, a mnie uderza fakt, że nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałam ten dźwięk. Jego też musiało to zdziwić, bo nagle milknie i chrząka.

- Głównie społeczności Strażników mają w swoich szeregach Uzdrowicielki. Pomagają nam, kiedy doznajemy jakichś obrażeń. Są też kimś na wzór lekarza rodzinnego dla naszych mieszkańców.

Przytakuję, a później łapię jego wyciągniętą w moją stronę dłoń i razem wracamy do reszty zgromadzonych. Kilka ciekawskich par oczu od razu nas odnajduje i bez skrępowania się nam przygląda, ale staram się z całej siły ignorować wszystkich poza Stormem i jego kciukiem, który zatacza uspokajające kręgi na wierzchu mojej dłoni.

- Tu jesteście! - woła znajomy głos, a po chwili dostrzegam Reeda idącego do nas szybkim krokiem. - Nie mogłem was nigdzie znaleźć.

- Co się stało? - pyta od razu zaalarmowany Storm.

Kiedy przyglądam się uważniej twarzy młodego Strażnika, również dostrzegam, że coś musi być na rzeczy, bo wydaje się spięty. Rozgląda się dookoła, wyznając:

- Dwa koweny zostały zaatakowane i ograbione. Zginął jeden Strażnik oraz czarownica, która próbowała mu pomóc. Była jego żoną.

Moje serce przestaje bić na kilka sekund. Storm klnie pod nosem.

- Lokalizacje? - rzuca krótko.

- Główny kowen w Kentucky i jeden na południu Idaho.

- Wśród nas jest Strażnik z okolic Idaho - wtrącam, przypominając sobie, że Ash wspominał mi o chłopaku imieniem Dez, z którym jakiś czas temu był na krótkiej misji.

- Zgadza się - mówi Reed. - Pochodzi właśnie z tej zaatakowanej społeczności. Został już wezwany do głównego budynku. Ash, Blaze, Winter, Flint już tam na nas czekają.

- Zaraz przyjdę, odprowadzę tylko Lav...

- Nie - przerywam mu. - Chcę iść z wami.

Storm ściąga brwi.

- Jesteś pewna? Winter...

- Nie boję się go. Poza tym zginęła czarownica... - Kręcę głową i przełykam twardą gulę, która uformowała się w moim gardle. - Zginęła jedna z nas. Muszę tam być. Znajdźcie też Meg.

Reed zerka na Storma, jakby czekał, aż przywódca to zatwierdzi, a on przytakuje i mówi:

- Słyszałeś rozkaz.

Policzki zaczynają mnie szczypać od nagłego rumieńca, a kiedy Reed nas zostawia, rzucam:

- To ty tutaj wydajesz rozkazy.

- Ty również. Zapomniałaś, kto jest moją lewą ręką?

Moje serce omija jedno uderzenie.

- W takim razie ruszajmy.

Kiedy docieramy do głównego gmachu, a przy schodach prowadzących do wejścia dostrzegam małą futrzaną kulkę, szeroko się uśmiecham.

- Luna! Co ty tu robisz? - pytam, a kocica od razu wskakuje mi w ramiona.

- Mogę się założyć, że przyszła tu za Ashem - odpowiada Storm. - Bardzo się ostatnio polubili.

W pewnym sensie Luna stała się kotem należącym do wszystkich. Parę dni temu Storm wspomniał, że wpadła na śniadanie do Pam, a innym razem odwiedziła naszego sklepikarza i cały dzień obserwowała, jak pracuje.

- Myślisz, że mogę wziąć ją do środka? Nie chcę, żeby czekała na mnie na mrozie.

- Jasne.

Zmierzamy do znajdującej się na parterze sali obrad, a Luna wtula się w moją kurtkę. W środku brakuje jedynie Deza, Meg oraz Reeda, który prawdopodobnie szuka wiedźmy wśród innych celebrujących na polanie.

- A ona co tu robi? - rzuca Winter, zanim zdążymy chociażby się przywitać.

Na brzmienie jego wrogiego głosu kotka syczy i zeskakuje z moich rąk. Później wchodzi na stół, a następnie na parapet, gdzie zwija się w kłębek.

- Nie mam dziś ani czasu, ani ochoty na twoje humory, więc jeśli coś ci się nie podoba, to możesz wyjść - odpiera bez zawahania Storm, na co były przywódca mierzy go gniewnym spojrzeniem.

Już wcześniej stosunki między tymi dwoma pozostawały dość napięte, ale podczas mojej kilkutygodniowej... nieobecności coś dodatkowo musiało je zaostrzyć. Z pewnością głównym powodem jest fakt, że stanowisko Wintera objął akurat Storm - syn jego poprzednika, mający skrajnie odmienne poglądy - ale może chodzi o coś jeszcze?

- Myślę, że to ona powinna wyjść.

Widzę, jak były przywódca świdruje mnie wzrokiem, jak uważnie skanuje moją skórę w miejscach, w których jest odsłonięta, a niepokój zaczyna coraz szybciej we mnie kiełkować. Nie potrzebuję dodatkowego potwierdzenia, że Winter zobaczył cienie. Nie zwlekając ani chwili, wchodzę do jego głowy, ale od razu odbijam się od bariery. Mrugam intensywnie, bo wzrok mi się rozmazał, a gdy zauważam na twarzy mężczyzny uśmiech satysfakcji, muszę się odwrócić, w obawie, że czarne plamy znowu wykwitną mi na skórze.

A później przypominam sobie, kim jestem.

- Lavi? - rzuca niepewnym głosem stojący z boku Ash. - Wszystko w porzą... - Milknie, kiedy uciszam go palcem.

Odwracam się z powrotem do reszty, patrząc prosto na Wintera.

- Jest jakiś konkretny powód, że postanowiłeś kazać córce albo innej wiedźmie rzucić na swój umysł zaklęcie bariery? - pytam.