Prolog
Sobaka narzucił sobie na ramiona błękitną, futrzaną kurtkę.
Przed wyjściem podlał stojącego na parapecie fikusa. Rozejrzał się po kuchni i po chwili namysłu wyciągnął z kosza worek cuchnących odpadków po przedwczorajszym obiedzie.
Na dworze było zimno, a on nie miał kluczy do śmietnikowej wiaty.
- Kurde - wycedził przez zęby, kiedy worek przykleił się do zamarzniętej kałuży przy bramie, a śmieci, gdy ciągnął za niedowiązane wstążki, rozsypały się na chodnik. Próbował wyzbierać obierki, ale przy każdym skłonie ślizgał się na podeszwach nieodpowiednich do pogody trampek. Nie udało się. Wróci tu później. Nie lubił ludzi, którzy śmiecą.
Spieszył się, ale cały ten pośpiech był po nic - pociąg i tak się spóźniał. Stanąwszy na peronie, przekonał się, że dziesiątki zdyszanych i rozkasłanych podróżnych czekają na ten sam skład z Gdyni do Katowic. Pozostało tylko obserwowanie wyświetlaczy, na których informacje o opóźnieniu podawane były z opóźnieniem.
Owinął się mocniej fikuśnym szalem. Wtedy też uznał, że cała ta podróż nie ma sensu. Chciał się spotkać ze starymi znajomymi. Ale to nie był jego obowiązek. A wszystko, co wydarzyło się między wyjściem z domu a dotarciem na stację, upewniło go, że ma tego dnia pecha.
W zaparowanych szkłach innych pasażerów odbijała się ta sama frustracja, która właśnie miała zmusić go do odwrotu. Wtedy jednak telefon kogoś, kto stał w pobliżu, rozdzwonił się głośniej, niż powinien, i chłopak usłyszał intro znajomej piosenki. Kawałek obudził wspomnienia z jakiejś dawno zapomnianej tańczonej imprezy. Chłopak użył więc aplikacji do rozpoznawania muzyki, żeby ustalić, co to za utwór, i zapisał go sobie na później.
Po sąsiednim torze przejeżdżał właśnie skład towarowy. Czarna lokomotywa o dużych, okrągłych reflektorach wtoczyła się z hukiem między perony razem z tuzinem wypełnionych węglem wagonów. Zaraz po tym na stację podjechał zgrabny skład regio.
Nie myśląc zbyt wiele, chłopak wsiadł. Było mu już za zimno, za głośno, za intensywnie i denerwował się na samą myśl o szukaniu swojego miejsca w zatłoczonych przedziałach, wśród walizek, toreb i okutanych w wilgotne kurtki ludzi.
Pasażerowie spóźniającego się intercity zostali po drugiej stronie szyb pociągu, chowając się przed zacinającym śniegiem za wspierającymi dach filarami.
Chłopak wysiadł zaledwie dwie stacje dalej, wyciągnął telefon i napisał krótką wiadomość. Zamierzał zaszyć się w lokalnej piwiarni (latem bywał tam z przyjaciółmi) i zamówić coś gorącego, a potem zadecydować, co dalej, i dać znać tym, którzy spodziewali się od niego jakiejś informacji.
Założył słuchawki, z których natychmiast popłynął punkowy numer, zasłyszany na peronie, i ruszył przed siebie. Jego twarz - z wyskubanymi brwiami i ustami zaciśniętymi w wąską kreskę - zdradzała pewien szczególny rodzaj niepokoju. Tak wyglądają ludzie, którzy nie lubią zmieniać planów, ale życie cały czas zmusza ich do przekraczana własnych granic.
Muzyka ucichła, a telefon w kieszeni zawibrował. Zerknął na wyświetlacz, uśmiechnął się pod nosem, odebrał i po chwili rozmowy przyspieszył kroku, znikając w rosnących nieopodal stacji chaszczach. Wyszedł w końcu na wydeptaną pośród zarośli ścieżkę. Między zębami tlił mu się teraz wypalony prawie do filtra papieros. Światła odległego peronu jarzyły się w lodowatym powietrzu jak race.
- Cześć - rzucił w mrok.
- Cześć - usłyszał w odpowiedzi.
Nie przejął się tym, że powitanie było chłodne, i podszedł bliżej. Schował peta do kieszeni, upychając go głęboko razem z telefonem i splątanymi kablami od słuchawek.
Okolica była cicha i spokojna. Pobliskie osiedle należało do bezpiecznych, tych, po których nawet zimą biegają rozbawione dzieciaki i spuszczone ze smyczy psy. Na takich wspólnie oczekuje się pierwszej gwiazdki, a niektórzy sąsiedzi dzielą się ze sobą opłatkiem. Tu pewnie kaloryfery były ciepłe, a światła w salonach przygaszone. W telewizji leciały reklamy lalek, klocków i kawy. Mieszkańcy pochłonięci byli przygotowaniami do nadchodzących świąt.
Niedługo później korzenie śpiących wierzb, kłącza krwawnika i podbiału oraz łakome mchy okryły się ciepłem świeżej krwi, która roztopiła śnieg i przesączyła się przez warstwę zlodowaciałej gleby jak przez cieniutką membranę, karmiąc przy tym wszystkich tych, którzy zimowali w jej spierzchniętych zimą grudach. Legenda mówi, że tam, gdzie spadną krople ludzkiej juchy, latem wyrośnie i zakwitnie kruszczyk rdzawoczerwony. Dzwonkowate kwiaty pachną wanilią i mają w sobie coś żałobnego, nawet jeśli spozierają tylko nieśmiało spomiędzy hałdzianych chabazi.
Katuchna
TY: hej, K17
OBCY: M17 siema, tu czy się przenosimy?
TY: nwm, wolę tu
OBCY: co porabiasz?
TY: przecież widzisz xd
OBCY: no w sumie xd imię?
TY: katuchna, kati
OBCY: a ja sobaka :3
To był szósty tego wieczora czat, wszyscy poprzedni rozmówcy Katuchny znikali po pierwszym "hej", pozostawiając komunikat "przepraszamy, nieznajomy zakończył rozmowę".
TY: dziwne ale ładne ^^
TY: jesteś stąd?
OBCY: mieszkam w Polsce od urodzenia, teraz w Katowicach
TY: super
TY: czym się zajmujesz?
OBCY: hahah chyba aktywizm to dobre słowo, głównie to wolontariat, pomagam zwierzętom i takie tam
TY: ja pracuję w antykwariacie
Wszystko, co Katuchna pisała na czacie, było kłamstwem. Skończyła ledwie piętnaście lat i nigdy nigdzie nie pracowała, nie mówiąc już o posiadaniu własnych pieniędzy. Brak środków przekładał się na brak możliwości zbierania płyt i książek. Nie miała też wielu okazji, by dyskutować na żywo z kimś, kto miałby podobne do niej hobby, więc sytuacje, które szczegółowo referowała, były zmyślone.
Ale w internecie nic nie miało znaczenia, zwłaszcza nieprzyjemna i wstydliwa prawda, zwłaszcza w dzień tak koszmarnie męczący jak ten. Katuchna już od rana chodziła nabuzowana i dziwnie drażliwa, nieprzyjemnie pobudzona, co podobno było normalne, a przynajmniej zdarzało się osobom takim jak ona. W szkole nie potrafiła się skupić na bezsensownym przepisywaniu notatek. Tkaniny ubrań wydawały się jej sztywniejsze i bardziej niewygodne niż zwykle, choć celowo założyła swoje ulubione spodnie i bluzę, z których od razu po zakupie starannie odcięła metki. Miała wrażenie, że szwy drapią ją aż do kości. Nerwowo stukała paznokciami w blat i na wychowawczej wyszła, żeby schować się w łazience, ale to nie pomogło. Przeczuwała, że w końcu wybuchnie.
No i wreszcie - stało się. Katuchna dostała proste zadanie: miała po lekcjach odebrać zamówioną włoszczyznę z osiedlowego warzywniaka. Kiedy znalazła się pod kioskiem, czapa śniegu z markizy nad wejściem spadła jej na głowę.
Dziewczyna najpierw się zapowietrzyła, potem z całej siły zacisnęła pięści, tak że paznokcie boleśnie wbiły się we wnętrze dłoni - a miała tego nie robić. Po chwili odwróciła się i szybkim, robotycznym krokiem przemknęła na drugą stronę ulicy. Niemal od razu poczuła, że robi jej się gorąco, policzki nabiegają krwią, a w kącikach oczu wzbierają łzy. Skończyło się to bezgłośnym powtarzaniem litanii: jestem głupia i żałosna, głupia i żałosna, głupia i żałosna. Kretynka, kretynka, kretynka.
Rozdygotana dotarła pod dom. Zorientowała się, że klucze są na dnie plecaka, więc zaczęła nim chaotycznie potrząsać.
Drewniane, pomazane markerem drzwi zaskrzypiały, kiedy pchnęła je nogą, a w końcu trzasnęły, gdy już pokonała schody prowadzące na podwyższony parter. Pierwsze piętro, drugie piętro. Drzwi. Szczęk kluczy, znowu pchnięcie nogą, rzut plecakiem o wgniecione linoleum, tak że siedzący na dywaniku kot podskoczył i godnie wycofał się z pola rażenia. Buty były ubłocone i ten sam los miał spotkać wszystko wokół.
Zimą bardziej niż kiedykolwiek mieszkanie wionęło grzybem, który rozlał się po kątach czarną, śliską materią. Głupiutki Pankracy właśnie ocierał się pyszczkiem o zacieki na ścianie.
Kiedy Katuchna zamknęła za sobą drzwi (klucz przekręcić raz, potem przeciągnąć łańcuch, potem zamknąć drugie drzwi, docisnąć i przekręcić tkwiący w nich klucz tylko raz) i wciągnęła w płuca zatęchłe powietrze, poczuła, że wściekłość i zażenowanie odpływają. Wyjęła telefon i wysłała mamie wiadomość, że włoszczyzny nie odebrała, bo na drzwiach sklepu wisiało: "Zaraz wracam".
W łazience wzięła szybki prysznic. Woda była chłodna - nikt nie włączył bojlera, a ona bała się do niego sięgać: był wielki, pożółkły i w subtelnym świetle pojedynczej żarówki mrugał czerwoną diodą. To było jak "danger, danger, danger" albo po prostu "trzymaj się z daleka, dzieciaku", więc Katuchna się nie zbliżała, ale przez cały czas uparcie, zdobywając się na odwagę, patrzyła w lampkę, gdy ochlapywała się ospałym strumieniem z prysznicowej słuchawki. Z łazienki zawsze wybiegała szybko, nago, z ręcznikiem w ręce, i wycierała się w pokoju, uprzednio zasłoniwszy wielkie okno roletą.
Tamtego dnia, jeszcze zanim założyła ocieplone legginsy w skandynawskie renifery, odebrała wiadomość od matki: "rozpal w piecu, będę po 21, baśka ł chora".
Tak było zawsze: raz nadgodziny, raz nocki, raz późne powroty. Bezustanne użeranie się z ogniem, którego rozpalanie było niczym układanka: najpierw zwinięta gazeta na rozpałkę, później równiutki stos pociosanych drewienek ("jak igiełki", mówiła mama, "mają być jak igiełki"; wcale nie były), potem odrzucona w pośpiechu zapałka, druga, bo pierwsza gasła, nie dotknąwszy nawet papieru, czasem trzecia, później pojedyncze bryły połyskującego węgla, który nie chciał zająć się żarem i kopcił Katuchnie prosto w twarz. Szuranie pogrzebaczem po żelaznym ruszcie, pilnowanie gazet, na których napisy najpierw rozświetlały się czerwienią, a potem czerniały i zamieniały w płomień. Potem dokładanie węgla łopatką: raz, potem przerwa, na kilka minut można zająć się czymś innym, potem dokładka. Młody ogieniek jest żarłoczny i szybko pochłania nawet największe kawałki węgla (takie, które czasem trzeba rozłupać siekierką, bo się nie mieszczą do paszczy kachloka). Kiedyś całe to składanie i pilnowanie ognia było miłą rutyną, porządkującą rzeczywistość. Katuchna czasem wyobrażała sobie, że jest hutniczką i wytapia stal: wrzucała do pieca kasztany, czyli kawałki żelaza czy czegoś takiego, które potem strzelały jak kulki posłane z odpustowego pistoletu. Później, gdy trochę podrosła, zajmowała się piecem tylko z przymusu i gdy mama o to poprosiła. Już nie gapiła się w płomienie ("dziadek oślepł od huty") ani nie rzucała kasztanów ("nie będę dzwonić po zduna").
Tamtego dnia klęczała przed węglarką w samych bokserkach i koszulce z Bikini Kill. Miała wilgotne włosy, które powoli przesychały od ciepła ognia i była zadowolona, że jest ciąg i że komputer już się włącza, że razem z nim odpala się internet i jeśli dobrze pójdzie, to zaraz zaloguje się na Chipsera i zostanie tam aż do rana.
Ze spokojnego planowania wyrwały ją wibracje telefonu, który przylegał do jej brzucha, wsunięty za gumę od majtek.
- Tak?
- Co z tą włoszczyzną? - Mama była na cigaretpauzie przed szpitalem, Katuchna słyszała karetkę, której syreny po chwili umilkły.
- Nie było - odpowiedziała, zamykając stalowe drzwiczki w piecu.
- Jak nie było?
- Baby nie było - poprawiła się poirytowana.
- Baby nie było - powtórzyła mama, a w słuchawce coś zachrumkało, jakby wiatr wpadł do głośnika i zderzył się z elektronicznym bebechem telefonu. - Co?
- No, wyszła. - Katuchna wstała z klęczek i jedną ręką zaczęła wciągać legginsy.
- Idź po te warzywa i podgotuj. - Mama musiała wejść do budynku, bo nagle zrobiło się ciszej. - Ja dziś trochę posiedzę.
- Nie chcę obiadu.
- Nie myśl tylko o sobie.
Katuchna rozłączyła się i rzuciła telefon na sofę. Niewielki, mieszczący się w kącie aneks kuchenny wyglądał tak, jakby też nie chciał obiadu (ani kolacji, ani jutrzejszego śniadania): elektryczna kuchenka stała przygnieciona rondlem i garnkiem z poprzedniego dnia, a na blacie piętrzyły się naczynia przyniesione z łazienki już po tym, kiedy mama wyszorowała je pod prysznicem.
Katuchna nie zamierzała gotować. Zostawiła piec i uciekła do swojego pokoju, by wspiąć się na piętrowe łóżko, wziąć laptopa i słuchawki, i poszukać kogoś do rozmowy. Właściwie nie miało już znaczenia to, o czym popiszą i czy rozmowa będzie się kleić. Chodziło bardziej o przyjemność kompulsywnego uderzania w klawiaturę, o nieprzemyślane odpowiedzi, o feeling, może o pytanie: "wyjdziemy na dwór?" i odpowiedź: "mam siódemkę piętnaście po, będę na rynku po 19" (co już zdarzało się Katuchnie, ale nigdy nie przychodziła na umówione spotkania, bo za bardzo się ich obawiała). Wirtualne przygody napawały ją tym dziwnym uczuciem, że świat nie ma w sobie nic rzeczywistego i jest mętny jak sen w narkozie.
Kiedy Chipser ładował połączenie z losowym użytkownikiem, Katuchna wyjrzała za okno. Była dziewiętnasta, a niebo przecierało się charakterystyczną, grudniową czerwienią. Gdy była malutka, mówiło się, że Święty Mikołaj piecze ciasteczka i to stąd te rozgrzane burgundem obłoki. Ktoś w familoku naprzeciwko przyklejał do okna świecący się wieniec, a w ciemności innego mieszkania żarzyły się choinkowe lampki.
Laptop piknął, bo ekran czatu w końcu się załadował. Informacja nad okienkiem radośnie oznajmiła:
Chipser znalazł dla ciebie parę. Twój rozmówca jest z miasta Katowice. Napisz "hej!" :-)
Gdzieś pod spodem widniała informacja, że udostępnianie danych osobowych w rozmowie z obcym może być niebezpieczne. Katuchna jednak świetnie się zabezpieczała, umiała na przykład zmienić proxy, a to podobno gwarantowało anonimowość. Tak myślała i tym przekonaniem podzieliła się z rozmówcą - chłopcem, który przedstawił się jako Sobaka.
SOBAKA: nie, to nie działa
KATUCHNA: a masz coś lepszego?
SOBAKA: vpn
KATUCHNA: co?
SOBAKA: wpisz to w google, katiusza xd
Wtedy Sobaka po raz pierwszy nazwał Katuchnę Katiuszą.
"czekaj, co? xd" - wystukała w klawiaturę, ale wtedy poczuła, że w pokoju nadal jest chłodno.
Ogień w piecu mógł zgasnąć, a to by oznaczało, że musi zacząć mozolną rozpałkę od nowa. Trzymając laptopa, zsunęła się z łóżka i niemrawym krokiem ruszyła do salonu, w którym panował nieprzyjemny półmrok. Światła przejeżdżających pod domem samochodów przemykały po popękanym suficie i odbijały się w oczach przysypiającego na oparciu sofy kocura.
SOBAKA: wychadila na bierieg katiusza
SOBAKA: kojarzysz?
Ale ona właśnie otwierała pogrzebaczem drzwiczki od pieca, a po kilku sekundach, kiedy chłopak wysłał kolejną wiadomość, próbowała już obudzić płomień z gasnących resztek paleniska. Nagle na ekranie pokazało się okno przychodzącego połączenia wideo. Zaskoczona Katuchna zatrzymała się w pół ruchu i - nie myśląc za wiele, wiedząc tylko tyle, że w ciemnicy pokoju Sobaka i tak jej nie zobaczy - wyciągnęła rękę i kliknęła w zieloną słuchawkę.
- "Rascwietali jabłoni i gruszy" - przywitał się śpiewnie, licząc chyba na to, że Katuchna odpowie kolejnym wersem piosenki. Ale ona milczała, wpatrując się w rozpikselowaną, ziarnistą twarz chłopaka. - Nie znasz tego?
- Chyba nie.
Zaśpiewał dalej, fałszując.
- W ogóle cię nie widać. Jesteś tam, Katiusza? - Odchrząknął.
Był bardzo szczupły, jego policzki wydawały się wklęsłe, jakby zasysał je od środka, tak jak mama przy konturowaniu twarzy. Miał też duże, nieco wyłupiaste oczy i tlenione, krótko przystrzyżone włosy. Kilka pojedynczych kosmyków śmiesznie sterczało mu nad czołem, jakby nieudolnie przyciął sobie baby bangs.
W tej chwili z popiołu i resztek na żelaznym ruszcie buchnął płomień. Pomarańczowe światło zatańczyło przez chwilę na twarzy Katuchny i Sobaka chyba się z tego ucieszył.
- Rany, co ty tam robisz? - zapytał i lekko się uniósł znad biurka, tak jakby chciał spojrzeć w głąb monitora.
- Palę w piecu. - Katuchna zbliżyła się do leżącego na podłodze komputera. Jasne światło trochę za mocno podkręconego ekranu sprawiło, że tym razem jej skóra pewnie wydała mu się szara. - A ty?
- Widzisz - odpowiedział, nawiązując do jej riposty na czatowe: "co porabiasz?".
- Wygląda, jakbyś miał tam słoneczny dzień - zauważyła. - Serio jesteś z Kato?
- To taka lampa. Ma imitować światło słoneczne. Terapeuta mojego współlokatora polecił mu to na zimowe epizody depry, żeby jego organizm produkował więcej witaminy D. - Katuchna powoli pokiwała głową, a wtedy Sobaka odwrócił się gdzieś za siebie i krzyknął coś, co brzmiało jak: "prawda?!". Nie wiedziała, czy otrzymał odpowiedź, bo jej chipserowy match tylko się uśmiechnął i jak gdyby nigdy nic wrócił do rozmowy. - A czemu u ciebie jest tak... ponuro?
- Bo jest wieczór, zima, pieprzony grudzień - mruknęła. - A poza tym mam w domu kota, który ucieka, gdy zapalamy w domu duże światło.
- To dziwne.
- Robi też inne głupie rzeczy. Wygryza dziury w skarpetkach i zasypia w pralce, jeśli ktoś zostawi otwarte drzwi do kibla.
- Serio?
- Potrafi też otwierać szuflady. Dlatego zaklejamy je taśmą. - Katuchna zakradła się cichcem do drzemiącego kota, który na widok światła emitowanego przez ekran odwrócił się i zwinął w kłębek. - To on. Ma na imię Pankracy.
- Też mam kota. - Sobaka wstał i teraz widziała tylko jego uda. - Zaraz ci pokażę.
Zniknął z pola widzenia kamerki. Za jego plecami Katuchna dostrzegła wcześniej kilka plakatów, ale ściana, na której wisiały, zdawała się odrapana, jakby ktoś planował remont, ale tuż po zdjęciu tapet się rozmyślił.
- To Petunia. - Najpierw usłyszała jego głos, a później zobaczyła, jak Sobaka siada przed komputerem. W kościstych dłoniach trzymał kociątko.
- O rany. - Katuchna przysunęła nos do ekranu. - Przecież to jeszcze bobas.
- Jest zupełnie malutka. - Chłopak przytulił stworzenie do policzka, a ono wtuliło w niego malutki, łaciaty łepek. - Karmimy ją z butelki.
- Musisz wstawać co dwie godziny? I masować ją po brzuszku? - Katuchna przyjrzała się, jak Sobaka obraca Petunię w dłoniach. Robił to całkiem sprawnie.
- Karmimy i masujemy ją na zmianę - odpowiedział, gdy po dłuższej chwili udało mu się ułożyć kociątko na ramieniu, skąd łypało ciekawsko w stronę kamery, próbując zeskoczyć. - To znaczy ja i moje ziomki stąd - dodał, bo Katuchna nic nie mówiła. - Ale to ja ją znalazłem, więc jestem teraz jej tatą.
- Słodko - rzuciła w odpowiedzi.
Pankracy nadal usilnie starał się ignorować jej natrętną obecność, więc powlokła się z powrotem do łóżka. Po drodze dotknęła pieca i z ulgą pomyślała, że kafle robią się coraz cieplejsze. Kątem oka dostrzegła, jak kot zeskakuje z oparcia sofy i kładzie się przy węglarce, chcąc najpewniej ogrzać sobie tłusty zadek i zmęczone kocurze kości.
- A Pankracy? - zapytał Sobaka, przekazując coraz bardziej łobuzującą Petunię jakimś dłoniom, które nagle pojawiły się w zasięgu kamerki.
- Jest stary. Starszy ode mnie - palnęła, ale szybko uświadomiła sobie, że gdyby pociągnęła temat, to mogłoby zdradzić jej prawdziwy wiek. - To znaczy, w zasadzie tak stary jak ja - uśmiechnęła się, maskując chwilowe zmieszanie, którego rozmówca chyba nawet nie zauważył.
- Jejku, i jak tam się trzyma?
- Dobrze - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Sędziwy wiek Pankracego mógł robić wrażenie. - Jest zdrowy. To znaczy... Nie dolega mu nic oprócz kamienia na zębach, ale na razie nie mamy kasy na zabieg.
- U nas też z tym słabo, ale na szczęście mieszka tu z nami zootechnik. Dzięki niemu nikt nie wpadł na pomysł, żeby karmić Petunię śmietanką.
- Moja mama cały czas daje Pankracemu mleko do kawy. Nie chce słuchać, że to mu szkodzi, może zresztą już się przyzwyczaił.
- Miał sporo czasu - przyznał chłopak. - A ty? Powiesz coś więcej o sobie, Katiusza?
- Wszystko już wiesz. Zdążyłeś wykminić. - Przez chwilę zastanawiała się, czy powinna mu opowiadać te wyuczone anegdotki o pracy w antykwariacie. Sobaka wyglądał na kogoś, kto lubi drążyć tematy i zadawać niewygodne pytania. Postanowiła więc zmilczeć. Widząc wahanie w sposobie, w jaki chłopak podniósł kciuk do ust, zdecydowała się przystąpić do ofensywy. - Dajesz, ty opowiedz coś o sobie, Sobaka.
Sobaka. Co to w ogóle za imię?, myślała, przyglądając się uważnie jego pociągłej twarzy i ekscentrycznemu uczesaniu, które nie na pewno nie było dziełem doświadczonego fryzjera. Mogło za to wyjść spod nożyczek zootechnika.
- Okej, chyba zaczynam rozumieć, czemu nie chcesz mówić. - Uśmiechnął się krzywo. - To trudne. Trudno tak szybko wymyślić, kim się właściwie jest.
- Jesteś kocim tatą. Mieszkasz z kolegą, który zna się na zwierzętach, bo jest zootechnikiem.
- Nie tylko z nim. Jest tu jeszcze mój kumpel, z którym dzielę pokój, ten gość od lampy słonecznej, ma na imię Adaś. Mieszka z nami też Melody, tatuażystka, i Stan, który próbuje rapować, i Kuba, on jest prawie jak mój brat. Czasem pojawiają się inni. Mamy sporo miejsca.
Katuchna kiwała głową i zastanawiała się, czy Sobaka w ogóle wie, że te imiona nic jej nie mówią i że próbując sobie wyobrazić twarze tych osób, widzi tylko szereg podobnych do niego, kościstych i jasnych sylwetek.
- To takie wielkie mieszkanie? - Uśmiechnęła się krzywo, przypominając sobie, że sama żyje w ciasnej, dwupokojowej klitce z klaustrofobiczną łazienką.
- Cóż... - Sobaka westchnął i spojrzał gdzieś w bok. - Można tak chyba powiedzieć.
- Czad - mruknęła szczerze.
Też kiedyś w takim zamieszka. Wynajmie gigantyczny apartament, może jakiś loft, albo przynajmniej trzypokojowy duży metraż na osiedlu z centralnym ogrzewaniem. I z widokiem na drzewa, które wiosną zakwitną i sprawią, że każde otwarcie okna będzie jak psiknięcie odświeżaczem powietrza o zapachu cherry blossom. Nad ranem budzić będzie ją śpiew ptaków, a ona odpali peta, siadając na parapecie, z nogami na zewnątrz, i obejrzy sobie wschód słońca, wydmuchując dym w stronę różowego świtu.
- A ty z kim mieszkasz? Wspominałaś o mamie.
Faktycznie, wspominała. Nie szło jej za bardzo to ukrywanie faktów ze swojego życia i zastępowanie ich czymś fajniejszym.
- Tak, z mamą. - Zrobiło jej się przykro, że Sobaka musi to wiedzieć. On pewnie już dawno wyniósł się od rodziców i prowadził dużo bardziej towarzyskie, pełne przygód życie. - Jeszcze - dodała szybko.
To nie byłby powód do wstydu, gdyby przyznała się wcześniej, że ma piętnaście lat i chodzi do szkoły. Ale miała nadzieję utrzymać pozory bycia ogarniętą i samodzielną młodą dorosłą.
- Jest superowo - odezwała się znowu, chcąc przekonać nie tyle Sobakę, ile samą siebie, że sytuacja jest totalnie pod kontrolą. - Zamierzam się niedługo wyprowadzić.
- Pozwoli ci? - zapytał, a ona się przestraszyła, że może wie już, że jest kłamczuchą. Uspokoiła się w sekundę, gdy w końcu dodał: - Brakuje ci jeszcze roku.
- No tak - burknęła, uciekając spojrzeniem w dół, na klawiaturę, i mając nadzieję, że Sobaka nie uzna tego za przejaw zmieszania wywołanego blefem. Raczej za naturalne skrępowanie kogoś, kto nagle sobie przypomniał, że na drodze, która wydawała się prosta, jest jeszcze kilka nieprzyjemnych przeszkód. - Już raz mieszkałam sama. Wróciłam, kiedy zwolnili mnie z pracy... - ugryzła się w język, ale uznała, że na to już za późno - ...w kręgielni.
- Ojej, to słabo. - Sobaka nie siedział już prosto. Rozwalił się na krześle tak, że zamiast jego twarzy widziała w kadrze kolano, prowokacyjnie wystające zresztą z potarganej dziury w dżinsach.
- Niefajnie - potwierdziła, też odsuwając od siebie laptopa. Spojrzała w kierunku okna i zdziwiona zorientowała się, że zaczął padać śnieg. To musiało trwać już jakiś czas, bo dachy i kominy budynków naprzeciwko pokryły się grubą warstwą bieli. - Śnieży - wymruczała, po trosze do samej siebie, po trosze do osoby po drugiej stronie ekranu.
Sobaka podniósł się z miejsca, zapewne spoglądając za okno. - Miało już nie padać. Na święta prognozowali siedem stopni na plusie, a teraz tylko deszcz i roztopy.
- Będzie pizgać - stwierdził, krzyżując ręce i pocierając ramiona dłońmi. - Może spacer?
Na początku Katuchna nie zrozumiała. Skrzywiła się, zapatrzyła w jego twarz na wideoczacie i powtórzyła w głowie: "może spacer?". Czy ten chłopak właśnie zaproponował jej wyjście?
- Spacer? - powtórzył.
Nikt nie kazał jeSomu, a w wystawianiu ludzi do wiatru miała już niezłe doświadczenie. Zerknęła na godzinę wyświetlającą się w prawym dolnym rogu ekranu i z ulgą stwierdziła, że ledwo dochodziło wpół do ósmej. Do powrotu mamy było jeszcze całe mnóstwo czasu, ogień był już rozpalony, Pankracy miał miskę wypełnioną karmą dla otyłych kotów, a ona sama nie mogła znaleźć powodu, dla którego powinna odmówić. Tym razem naprawdę miała ochotę z kimś się spotkać. Dla efektu chrząknęła, potarła dłonią twarz i poprawiła się na łóżku, siadając prosto, aż strzeliło jej w kręgosłupie.
- No dobra, czemu nie.
- Super. Gdzie się widzimy? - Sobaka wystukał coś na klawiaturze i nachylił się nad komputerem.
- Mogę dojechać do centrum w jakieś pół godziny. - Katuchna przeanalizowała w głowie rozkład jazdy. Miała do wyboru tramwaj za cztery minuty lub pociąg, który odjeżdżał za piętnaście.
- Centrum spoko. Możemy się potem przejść gdzieś indziej albo zawinąć do jakiegoś lokalu.
Była przestraszona i podekscytowana.
- Okej. Żeby zdążyć, muszę się teraz rozłączyć. Wyjdziesz po mnie na dworzec?
- Jasne, o której będziesz?
- Nie pamiętam. Poczekaj chwilę. - Katuchna wygooglowała stronę kolei i sprawdziła, kiedy pociąg ląduje w Kato. Zanim odpowiedziała, zastanowiła się jeszcze, czy to na pewno dobry pomysł, ale wyczekujące spojrzenie Sobaki sprawiło, że odsunęła od siebie niechciane myśli. - O ósmej. Może być?
- Będę wcześniej, sprawdzę sobie peron i spotkamy się przy zejściu na schody ruchome, okej?
- Dobra.
- Do zobaczenia, Katiusza. - Sobaka pomachał do niej, a ona uśmiechnęła się słabo.
- Na razie.
Wcisnęła czerwoną słuchawkę i połączenie zostało przerwane. Pospiesznym ruchem klapnęła pokrywą laptopa. Miała tylko chwilę poczatować, to tyle. I powinna była wystawić tego chłopca, a nie zastanawiać się, czy na pewno zdąży na swój pociąg.