STYCZEŃ
1
"Nie chwal dnia przed zachodem"
KILKA TYGODNI WCZEŚNIEJ
- Chłopak ma talent. Chciałbym go zabrać ze sobą - powiedział nadkomisarz Filip Tyszka, siedzący w fotelu pasażera.
Kierowca, podinspektor Aleksander Szuwarski, obrzucił go szybkim spojrzeniem, uśmiechnął się pod nosem i odparł:
- Uważasz, że jest naszym najlepszym człowiekiem, a chcesz go zabrać do narkotykowego? Z czym zostanę ja?
- Wcale nie twierdzę, że Berg jest najlepszy!
- Nie?
- Jest trochę narwany, ale do utemperowania - mruknął nadkomisarz, po czym pewnie dodał: - Ma potencjał!
- Niejeden w tej robocie ma potencjał, ale nieliczni wytrzymują nerwowo takie tempo do emerytury. Powiedziałbym nawet, że zbyt wielu wypala się za wcześnie.
Tyszka przytaknął ze zrozumieniem i po chwili zastanowienia powiedział:
- Nadal będziesz miał Wodzińskiego, Mareckiego i Dukowskiego, choć ten ostatni...
- Co? Wypali się, nie?
- Być może. Czas pokaże. Nie musimy rozmawiać o tym teraz, wiesz? Dopóki nie zamkniemy sprawy, nie mam zamiaru nigdzie uciekać.
- I dobrze, Stary - przyznał Szuwarski, włączając prawy kierunkowskaz.
Tyszkę nazywali "Starym" tylko najbliżsi koledzy i nie dostał tej ksywki z uwagi na metrykę, lecz na usposobienie. Lubił klasyczne, wiekowe samochody, grywał w szachy, nosił koszule w kratę i tweedowe spodnie. Był człowiekiem zrównoważonym, dbającym o ludzi, za których odpowiadał. Miał czterdzieści pięć lat i zamierzał pracować, dopóki wystarczy mu sił. Mówiono o nim "glina z powołania".
Od kilku miesięcy razem z Szuwarskim oraz grupą operacyjną rozpracowywali szajkę przestępczą parającą się handlem bronią i narkotykami. Do tej pory łowili płotki, udało im się aresztować paru ulicznych dilerów, ale każdego dnia znajdowali się coraz bliżej bandyckich dowódców. Wiedzieli już, kogo szukają, nie mieli tylko pojęcia, gdzie ich znaleźć, bo od ostatniego, nieudanego zresztą nalotu szefowie gangu, Marcin Laczyk i Szymon Walicki, zapadli się pod ziemię. Aż do tego dnia.
Nim Szuwarski skręcił, przez skrzyżowanie przejechał biały volkswagen golf. Samochód momentalnie przykuł uwagę obu policjantów. Podinspektor bez zwłoki ruszył za nim, nie czekając już na strzałkę ani zielone światło. Wytężył spojrzenie.
- Już nie te oczy, co kiedyś - przyznał zirytowany. - Widzisz blachy?
Tyszka przymrużył oczy, po omacku wyciągając z kieszeni notatnik. Przekartkował parę stron, szukając odpowiedniej notatki.
- To on - rzucił po chwili, a w jego głosie dało się usłyszeć podekscytowanie. - To wóz Marcina Laczyka!
- Jasna cholera! Dzwoń do kierownika! Zatrzymujemy go, czy jak?!
Nadkomisarz sięgnął po komórkę służbową. Po krótkiej rozmowie spojrzał na kumpla i powiedział:
- Zatrzymujemy skurczybyka! Wyprzedź go, każę mu zjechać na pobocze. Masz przy sobie broń, prawda?
- Jasne, że mam! Od lat zabieram klamkę do domu. Daj spokój, Stary, mamy do czynienia z ludźmi, którzy bez wahania podcięliby nam gardła we śnie!
To powiedziawszy, Szuwarski docisnął pedał gazu. Podczas wyprzedzania Tyszka pokazał kierowcy legitymację i pomachał ręką w kierunku pobocza. Zajechali im drogę, po czym zwolnili aż do zatrzymania.
- Kiedy wyprzedzałeś, zauważyłem pasażera - przyznał Tyszka z rezerwą.
- To niczego nie zmienia - odparł Szuwarski i przeładował broń. Wsunął ją sobie do wewnętrznej kabury, po czym dodał: - Podchodzimy spokojnie, jak do zwykłej kontroli drogowej.
- A co później?
- Każę Laczykowi wysiąść, że niby do dmuchania. Miej oko na tego drugiego - zarządził podinspektor.
Tyszka zerknął w boczne lusterko. Widział w nim kawałek białego golfa i siedzącego w środku pasażera. Po krótkiej chwili zapytał:
- Czy to nie jest przypadkiem Walicki?
- Jeżeli jest, to mamy dwie pieczenie na jednym ogniu. Niespodziewane szczęście i piękny koniec sprawy...
- Jak to mówią, nie chwal dnia przed zachodem. Może poczekamy na wsparcie?
- Będą tu za jakieś dziesięć minut. Jak będziemy tak stać i czekać, Laczyk się domyśli, że to nie zwyczajna kontrola, i jeszcze zacznie uciekać. Idziemy.
Wysiedli jednocześnie. Tyszka nie spuszczał oka z siedzących w samochodzie sylwetek, które z początku pozostawały nieruchome. Szybko nabrał pewności, że mężczyzną obok Laczyka jest Szymon Walicki. Przeszli zaledwie kilka metrów w stronę golfa, kiedy w jego wnętrzu zapanowało pewne poruszenie. Nim zdążyli zareagować, powietrze rozdarł niespodziewany huk.