Niszcz powiedziała - Piotr Rogoża

Kup ebooka

27.90 zł
22.60 zł (22,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

1

Zachowaj choć trochę godności.

Powtarzam to sobie w myślach i na głos. Słowa tracą sens, stają się tylko dźwiękami. Wszystko traci sens.

Ewelina powinna przyjechać już dawno. Oczywiście spóźnia się specjalnie, na pewno sprawia jej to satysfakcję. Doskonale zdaje sobie sprawę, że czekam i że nie jest mi łatwo. To bardzo w jej stylu, chce do samego końca czuć, że rozdaje karty. Wyobrażam sobie, jak wyjmuje telefon, upewnia się, że jest spóźniona już dwadzieścia minut, odnajduje wzrokiem moje okno i powolutku zapala papierosa.

Powinienem napisać jej esemesa: "Od teraz co minutę wyrzucam na ulicę losowo wybrany przedmiot, więc rozsądnie byłoby jednak ruszyć dupę, chyba że wolisz zbierać graty z chodnika :)". Powinienem wystawić kartony na klatkę schodową, zamknąć mieszkanie i pojechać gdzieś, choćby do Wiki. Powinienem wylać butelkę domestosa na jej ubrania. Oczywiście nic takiego nie zrobię.

Na pewno ucieszyłaby się, czując ode mnie alkohol, więc choć o niczym na świecie nie marzę tak mocno jak o otwarciu piwa, to jednak popijam herbatę. Denerwuję się na siebie, bo w ten sposób znowu przyjmuję jej warunki. Ciągle gram w tę grę na jej zasadach, nawet teraz nie potrafię przejąć w końcu kontroli.

Zastanawiam się, co jej powiedzieć. Powinnaś się cieszyć, bo ktoś inny na moim miejscu rozegrałby to zupełnie inaczej, a ja naprawdę byłem za dobry. Jesteś skończoną kretynką i mam szczerą nadzieję, że kiedyś to do ciebie dotrze. Nic się nie zmieniło i wciąż czekam, kiedy mi oddasz pieniądze. Powinnaś sobie to wszystko przemyśleć, dziewczyno, i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Cokolwiek bym powiedział, pokiwa tylko głową. Nie słuchała mnie nigdy, teraz nie posłucha tym bardziej.

Patrzę na rozstawione w przedpokoju kartony. Myślałem, że jej rzeczy uzbiera się więcej. Trochę ciuchów, torebki, buty, dosłownie kilka książek, kosmetyki, ale głównie rzeczy z kuchni: tani ekspres do kawy, zastawa stołowa, plastikowe naczynia, kubki. Akcesoria do zabawy w dom. Zatrzymuję na dłużej wzrok na zestawie foremek do pieczenia.

Lubisz, jak w domu pachnie świeżym ciastem?

Nie, wolę, jak rozsyłasz nagie zdjęcia jakimś fiutom.

Chyba nawet nie zdążyła użyć tych foremek. Nie podejrzewam, żeby w ogóle miała taki zamiar.

Idę do pokoju, siadam w fotelu. Zastanawiam się, czy odczuję brak tych wszystkich przedmiotów. Rozglądam się, przesuwam spojrzeniem po półkach, na których zwolniło się miejsce. Mieszkanie rzeczywiście już teraz wydaje się wybrakowane, zubożałe, niekompletne. Myślę o siostrze Eweliny, Gośce, którą naprawdę polubiłem. Młoda była u nas jeszcze dwa tygodnie temu. Obiecała, że zachowamy kontakt, ale wiadomo, jak jest. Jej na pewno będzie mi brakować.

Odkąd stało się jasne, że sprawy zaszły za daleko, regularnie wyobrażałem sobie chwilę, w której drzwi ostatecznie zamkną się za Eweliną jak okładka nietrafionej książki. W wyobraźni czułem żal, że po raz kolejny zabrnąłem w ślepy zaułek, czułem ulgę albo radość, czasem złość. Na pewno zawsze coś czułem.

Teraz nic nie czuję. Nawet złość na siebie zaraz przechodzi. Przecież nie muszę nikomu niczego udowadniać.

Wstaję więc po piwo i dokładnie w tym momencie stłumiony pisk domofonu informuje, że ktoś wszedł na klatkę. Nareszcie. Zamiast do kuchni, wracam do przedpokoju. Otwieram drzwi, czekam dłuższą chwilę, aż winda wjedzie na dwunaste piętro.

Nadciąga z dwoma kolesiami, rozpoznaję jednego. Miesiąc temu zrobiła u nas imprezę dla znajomych z pracy, on przyszedł jako pierwszy i pomagał przyszykować stół. Sympatyczny przygłup, takie wyrośnięte dziecko. Nie mogę sobie przypomnieć, jak ma na imię. Drugiego, rudego z cwaniakowatą gębą, nie kojarzę w ogóle.

- Cześć - mówi Ewelina. Widzę, że jest zmęczona.

- Cześć - odpowiadam.

Rzuca mi szybkie spojrzenie. Wchodzi do środka, towarzysze idą za nią. Podają mi bez słowa ręce, uroczy dureń nawet się uśmiecha. Czyżbym na twarzy rudego dostrzegał pogardę? Nawzajem, palancie.

- Dzięki, że to pozbierałeś - mówi Ewelina.

Kiwam głową. Spodziewałem się, że będzie drobiazgowo przeglądać swoje śmieci, ale chyba nie ma na to siły. Nie wierzę, że może dokądkolwiek się śpieszyć.

- Najpierw te najcięższe, zaniesiemy do samochodu - mówi przygłup. - Weźmiemy jedno na drugie, to nie trzeba będzie dwa razy łazić.

Jakoś im się udaje. Matoł łapie się za dwa kartony naraz, trzyma je przed sobą, zasłaniają mu widok. Cwaniak chwyta trzecie pudło, Ewelina bierze ostatnie, najlżejsze, to z kuchennym badziewiem. Wychodzi pierwsza.

- Cześć - mówi.

- Cześć - odpowiadam.

Zastanawiam się, czy wprowadzi się właśnie do tego rudego chujka. Pewnie tak, pewnie to dla niego pozowała wypięta pod prysznicem. Nie mam pojęcia, kim on jest. Widzę jego plecy, gdy bez słowa wychodzi za Eweliną. Jest niższy ode mnie, niewiele wyższy od niej.

Czuję przypływ szczerej sympatii dla przygłupa, który rusza jako ostatni, taszcząc trzy czwarte jej dobytku. Naprawdę nic nie widzi zza kartonów. Przytrzymuję mu drzwi.

- To na razie, Szymon - sapie.

- No, trzymaj się - odpowiadam.

Zamykam za nimi. Słyszę jeszcze, jak przygłup klnie na klatce, chyba nie trafił w drzwi do windy. Nareszcie sięgam do lodówki po upragnione piwo.

A więc to już. Szybko i sprawnie, cała operacja zajęła im może dwie minuty. Ewelina zniknęła z mojego życia i mogę zacząć udawać, że nigdy się w nim nie pojawiła. Zły cień opuścił bajkową dolinę. Ding-dong! wiedźma nie żyje.

Zanim otworzę puszkę, przykładam ją na chwilę do czoła, cieszę się tym chłodem. Czuję, że lekko drżą mi ręce. Wypiłbym to piwo duszkiem. Jedno, drugie, trzecie i potem czwarte. Ale nie zrobię tego.

- Zachowaj choć trochę godności - mówię do siebie.

Powtarzam jeszcze raz, szeptem.

?

2

Wika świdruje mnie wzrokiem skupionym jak laser, jeszcze moment i przetnie na pół. Dawno się nie widzieliśmy i trochę już zapomniałem, na czym to polega: ona nie mruga. Jest jak drapieżny kot, który hipnotyzuje ofiarę, zanim skoczy jej do gardła. Nie potrafię wytrzymać tego spojrzenia, zaglądam do butelki, jakbym spodziewał się dostrzec na dnie coś więcej niż tylko resztkę piwa. Siedzimy w Chwili na Żelaznej, w pubie, który swego czasu był dla nas drugim domem.

- A więc gra skończona - mówi Wika. - Ostatecznie zamknąłeś rozdział pod tytułem Ewelina.

- Dokładnie tak.

- I nie będziesz próbował do niej wrócić?

Podnoszę wzrok.

- Nie jestem idiotą.

- A jeśli to ona spróbuje? Wracasz do domu, a tu laska leży zwinięta w kłębek na wycieraczce i skamle, że popełniła błąd. Bardzo, ale to bardzo cię kocha i prosi o wybaczenie, tylko wpuść ją z powrotem.

- Zadzwoniłbym po policję.

Wika kiwa głową. Widzi, że jestem pewny swoich słów.

Jej nie sposób oszukać, to ludzki wariograf, wyczuje najdrobniejsze niedopowiedzenie, natychmiast zauważy milisekundę zawahania. Powinna pracować w jakichś tajnych służbach, rozpracowywać obce agentury, pasowałaby idealnie, blady cyborg z dredami spiętymi w kitkę. Przez te wielkie jasne oczy i trójkątną twarz wygląda jak zjawa, ale to pozory. Biada temu, kto się na nie nabierze. Wika od trzynastego roku życia ćwiczy karate tradycyjne, jest wykuta z żelaza. Na studiach pokonała w siłowaniu na rękę wszystkich chłopaków z naszej grupy.

- Sucz z niej nieprzeciętna - mówi. - Zabiłabym ją za to, jak cię potraktowała. Współczuję bardzo.

- Dzięki.

Lekko przechyla głowę.

- Strasznie mało mówisz, Szymon. Krótkie, proste zdania. Jak nie ty.

Uśmiecham się.

- Bo nie bardzo wiem, co powiedzieć.

Wika zamyśla się. Wiązka lasera właśnie przebija mi głowę i wypala dziurę w ścianie.

- Tak naprawdę to wydaje mi się, że historia twoja i Eweliny jest, nie gniewaj się, w pewien sposób dość typowa - mówi. - Oczywiście, pomijając wątek tych fotek, bo to jednak z jej strony arcykurewstwo. Podziwiam twoje opanowanie, tak swoją drogą, bo gdybym to ja dowiedziała się, że ktoś wywinął mi coś takiego, to przysięgam, żyłby może jeszcze przez minutę.

Wyobrażam sobie Wikę stojącą z nożem nad drgającym ciałem niewiernego partnera. Choćby mordowała w amoku, w najwścieklejszym afekcie, to w ciągu sekundy po wbiciu ostrza w serce ofiary zdążyłaby opracować dwa solidne alibi. Zanim ciało runęłoby na podłogę, miałaby już gotowy plan, jak się go pozbyć. Nigdy nie dałaby się złapać.

Mówi dalej:

- To jest chyba osobny gatunek lasek, takie modliszki. Mój brat też kiedyś na taką trafił, poznałeś go chyba, nie?

- Chyba tak - kojarzę niejasno. - Jacek, prawda?

- No, Jacek. A tamta szmata to Monika, nieważne zresztą. W każdym razie scenariusz wyglądał bardzo podobnie, wielka miłość, ale tylko do momentu, gdy się do niego wprowadziła.

- Skąd się znali?

- Chodzili razem do liceum u nas w Żyrardowie, byli w równoległych klasach. No i niby już wtedy się w nim kochała, ale jakoś przypomniała sobie, dopiero jak znalazła go w necie, na Naszej Klasie jeszcze, bo to dobrych dziesięć lat temu było, i zobaczyła, że całkiem nieźle sobie w życiu radzi. W przeciwieństwie do niej. Gładko poszło, Gadu-Gadu, telefony, spotkania na weekend. Jakieś długi jej jeszcze pomagał spłacać, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie, gdy już uwiła sobie u niego gniazdko i trochę obrosła w stolicy w piórka, zaraz pofrunęła w długą. Bo znalazła kogoś, kto radził sobie jeszcze lepiej od Jacka.

- Faktycznie można dostrzec podobieństwa.

- Akurat wtedy się okazało, że istnieje jeszcze na świecie sprawiedliwość, bo Moniczka jakoś zaraz potem zaciążyła. A jej nowy gach szybko pokapował się, z kim ma do czynienia, i bez większych rozterek wykopał ją z domu. Po narodzinach dzieciaka zażądał testów na ojcostwo i niespodzianka, okazało się, że to nie jego. Chyba w ogóle nie udało się ustalić, kto gówniarza zmajstrował, bo Moniczka cały czas szukała po klubach lepszych kandydatów na męża i sama już nie wiedziała, kogo właściwie pozywać o alimenty. Jacek był gotowy zapłacić w razie potrzeby za testy, gdyby i do niego przyszła, ale miała chociaż tyle przyzwoitości, żeby dać mu już spokój.

Dopijam piwo. Wika mówi dalej:

- Więc, koniec końców, Jacek wyszedł na tym najlepiej. Pobolało, jasne, musiało, bo jednak zawróciła mu mocno w głowie. Ale mogło być gorzej. Mógł w tym szambie całkiem utonąć. Ty też mogłeś, a nie utonąłeś.

- No, to prawda. Mogłem stracić dużo więcej.

- A, jest jeszcze epilog. Laska razem z nie wiadomo czyim synusiem zwinęła się z powrotem do Żyrardowa i o ile wiem, gnije tam do dzisiaj. Synuś dostał od losu chromosom gratis, chyba za grzechy matki, więc już całkiem jest wesoło.

- Dżizas... - Kręcę głową.

Wika wstaje i idzie do baru po następne dwa piwa. Jej dredy sięgają już prawie do pośladków; zastanawiam się, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Na pewno nie zdarzyło się to, odkąd zamieszkała u mnie Ewelina, a więc od prawie pięciu miesięcy. Mimo to czuję się w jej towarzystwie bardzo swobodnie. Gdybym miał nazwać kogoś przyjacielem, to chyba już tylko ją. Odkąd zamieszkałem sam, to właśnie Wice powierzam zapasowy komplet kluczy, na wypadek gdybym swoje zgubił. Najpierw do kawalerki na Hożej, teraz do dziupli na Granicznej. Gdybym nie miał dokąd pójść, poszedłbym do Wiki.

Wraca, uśmiecha się, choć ktoś, kto jej nie zna, zobaczyłby raczej skrzywienie ust. Podaje mi butelkę, sama przelewa sobie piwo do szklanki.

- Na pohybel wszystkim szmatom.

- Na pohybel.

Upijamy po kilka łyków. To dobry moment, żeby zmienić temat.

- A powiedz, jak u ciebie z robotą? - pytam. - Znalazłaś już coś?

- Już nawet nie szukam, mam stałego klienta. Finansowo wychodzę na pewno nie gorzej, a odpada kiblowanie w biurze.

- Wciąż marketing?

- Powiedzmy. To nie agencja, tylko duży fundusz, właściwie cała grupa kapitałowa, siedzą głównie w nieruchomościach, ale nie tylko, w branży medycznej też na przykład, produkują jakiś sprzęt ambulatoryjny. W każdym razie jest co robić, pracy dla grafika nie brakuje. A u ciebie jak? Mieliście w agencji jakieś zawirowanie, dobrze pamiętam? Zmieniło się coś?

- No, tyle że wtedy nas bujało, a teraz idziemy prosto na dno. Firma się zwija, zostajemy tylko do końca miesiąca.

- No, to nieźle się w czasie z Eweliną zbiegło.

- Nie no... - Macham ręką. - Od dawna było wiadomo, że tak to się skończy. Trochę szkoda, bo naprawdę lubiłem tych ludzi. Ale nie ma dramatu, wszyscy się zdążyli oswoić, nagrać sobie inne roboty.

- Ty też masz już coś?

- Rozesłałem CV, pewnie niedługo zaczną dzwonić. Trochę kasy odłożyłem, nie pali mi się mocno pod dupskiem. Jakoś to będzie, coś się znajdzie.

Znów patrzy mi prosto w oczy.

- Trochę cię podziwiam, Szymon - mówi. - Jak by tego nie nazywać, właśnie ci się życie sypie, a ty sprawiasz wrażenie, jakby w ogóle cię to nie ruszało.

- To właśnie słowo klucz: wrażenie. - Uśmiecham się. - Jestem tym wszystkim cholernie zmęczony po prostu, sporo nerwów straciłem. Tłumaczę sobie, że życie nie kończy się na związkach i pracy. A mała przerwa chyba dobrze mi zrobi.

- Zdrowe podejście, w pełni popieram. Praca znajdzie się sama, za dobry jesteś, żeby rynek pozwolił ci przepaść. Zobaczysz, zaraz zaczną spływać oferty. A lasek poznasz jeszcze wiele, młody z ciebie facet, całkiem przystojny i niegłupi.

- No już.

- Po prostu następną dziewczynę musisz mi przedstawić do oceny, ja się znam na ludziach.

Śmieję się.

- Serio mówię. - Wika z udawaną powagą kręci głową. - A jak coś, deal z pierwszego roku ciągle aktualny.

Na początku studiów umówiliśmy się, że jeśli do czterdziestki oboje pozostaniemy sami, weźmiemy ślub, żeby rodziny nie marudziły. Wtedy brzmiało to abstrakcyjnie, nie wiem, co bardziej - czterdziestka czy życie singla.

- Gramy w scrabble? - pytam.

- A mało ci życiowych porażek? Nie ma, że się zlituję, wiesz o tym?

- Zobaczymy.

Pudełka z grami leżą na regale przy ścianie. Sięgam po scrabble. Chyba nigdy jeszcze nie wygrałem z Wiką i nie mam złudzeń, że uda się właśnie dziś. Za to nie wyjdziemy stąd wcześnie, jestem tego pewien. Cieszę się, że ją znam.

?

3

Siedziba agencji Crem? de la Creation mieści się w wynajętym domku przy Racławickiej. Wchodzę spóźniony o dobre pół godziny, a i tak jestem pierwszy w pokoju. Wyglądam chyba niewiele lepiej, niż się czuję, ale nie ma to najmniejszego znaczenia. Mógłbym przyjechać w zarzyganych spodniach i swetrze nałożonym tył na przód, naprawdę nikogo to już nie obchodzi. Siadam przy biurku, odpalam komputer. Przez dobry moment nie mogę przypomnieć sobie hasła.

Zanim Windows wybudza się na dobre, w drzwiach staje Dawid.

- Siemasz, Sajmon - rzuca. Wchodzi, nonszalancko siada na biurku Doroty. Przez moment lustruje mnie wzrokiem, uśmiecha się lekko, ale nie komentuje. Drapie się po brodzie. - Masz chwilę?

- Aha.

Odchrząkuje.

- Słuchaj, bez lania wody. Ustaliliśmy z Łukaszem, że już definitywnie zwijamy żagle. Nie ma sensu utrzymywać biura, nie ma sensu, żebyście tu przyjeżdżali. Większość załogi od tego tygodnia idzie na urlop, wykorzystać zaległe dni. Wszyscy się zgodzili, żeby nie było, nikogo do niczego nie zmuszamy. No, a do ciebie miałbym prośbę.

- Aha?

- Zostały nam dwa aktywne projekty. Tak się złożyło, że akurat te dwa, nad którymi pracujesz. Mamy jeszcze do dowiezienia ostatnie kreacje. Zostaniesz do końca?

Uśmiecham się.

- A mam jakąś alternatywę?

- No masz, masz, możesz powiedzieć, że pierdolisz, i wybrać zaległe dni urlopowe, tak jak się umawialiśmy na początku. Ale bardzo by mi zależało, żebyś jednak te swoje tematy dociągnął. Wypłacimy ci ekwiwalent za niewykorzystany urlop.

- Nie no, pewnie. - Szybko kalkuluję, że w tym roku nie wykorzystałem nawet połowy przysługujących mi wolnych dni. Wprawdzie formalnie prowadzę własną działalność, jak połowa pracowników Crem? de la Creation, ale byliśmy umówieni, że urlopy rozliczamy tak, jakbyśmy pracowali na etacie. A Dawid zawsze uważał umowy za świętość.

- Tyle że, jak mówię, zamykamy biuro. Więc super by było, gdybyś do końca miesiąca popracował z domu. Oszczędzisz czas na dojazdy, chociaż tyle z tego będziesz miał. To samo zaproponuję Dorocie i Markowi, cały wasz zespół chciałbym mieć do samego końca pod bronią. Spoko?

- Spoko.

- No i jeszcze jedno. Sajmon?

- No?

- Ostatnią wypłatę wyślemy w dwóch ratach. Połowa jak zawsze, przed dziesiątym, druga do końca miesiąca. A ekwiwalent za urlop już w przyszłym, musimy to dopiero wyliczyć z księgową. Może tak być?

- Spoko.

Średnio uśmiecha mi się siedzenie całymi dniami w pustelni na dwunastym piętrze, ale rozumiem, że Dawid chce oszczędzić chociaż na prądzie i wodzie. Agencja przez ostatnie miesiące chwiała się jak celnie trafiony bokser, jeszcze jakimś cudem trzymała się lin, teraz z hukiem pada na twarz.

- To zabierz sobie kompa do domu. Oddasz, jak wystawisz ostatnią fakturę, umówimy się jakoś w listopadzie. Zrób sobie na spokojnie, co ci zostało, chyba nie ma tego bardzo dużo, nie?

- Nie ma - przyznaję.

Dawid spogląda przez okno na Racławicką. Na skrzyżowaniu z Wołoską znowu zgasła sygnalizacja świetlna: kierowcy trąbią na siebie, ktoś wysiadł z samochodu i wymachuje rękami, chyba zdążyło dojść do stłuczki.

- Szukasz już czegoś? - pyta.

- Powolutku.

- Polecę cię wszędzie, gdzie tylko będę mógł. Najlepsze referencje ci wystawię, jestem pewien, że Łukasz też. Naprawdę, gdybyś wiedział, jak mi jest zajebiście przykro, że tak to się wszystko kończy... To, że muszę zwolnić ludzi takich jak ty czy Dorota, to chyba moja największa zawodowa porażka.

- Spokojnie, Dawid, przecież wiem, że to nie twoja wina. Biznes to biznes, bywa różnie.

- Raz nadwozie, raz podwozie. Wiadomo.

Śmiejemy się. To tekst posta na Facebooka, który kiedyś wymyśliłem dla dużego dealera samochodowego. Osiągnęliśmy wtedy tak absurdalnie wysoki zasięg, że któryś z magazynów branżowych zrobił z tego case study. Wcześniej klient odrzucił kilka znacznie lepszych, naszym zdaniem, pomysłów. Ten napisałem zdenerwowany na kolanie, byle coś wysłać, bo garowałem już trzecią godzinę i naprawdę chciałem iść wreszcie do domu.

- A ty? Masz jakieś plany?

- Całe życie nic nie miałem, tylko plany. - Dawid macha ręką. - Przede wszystkim to muszę ogarnąć burdel, jakiego narobił Łukasz. A potem nie wiem jeszcze, ale chyba zmienię branżę. Muszę sobie przypomnieć, jak wygląda prawdziwy świat.

Milczymy przez chwilę. Wreszcie Dawid mówi:

- To jak chcesz, możesz lecieć, Sajmon, nie trzymam cię tu. Odpocznij sobie, przyda się, nie? - Uśmiecha się porozumiewawczo. - A skoro już mowa o piciu, zrobimy jeszcze na pożegnanie ostatnie piwko firmowe w następny piątek, co?

- Jasne.

Wyłączam kompa, ale akurat przychodzi Dorota, account managerka z mojego zespołu, więc rozmawiamy przez chwilę we troje. Dziewczyna zgadza się od razu na pracę zdalną do końca października. Marek i Monika zjawią się dopiero po dziesiątej, decydujemy, że nie ma sensu na nich czekać. Pijemy kawę z ekspresu, ziarna zostało akurat na trzy filiżanki. Więcej Dawid już nie kupi. Śmiejemy się, że bardziej symbolicznie być nie mogło.

Wychodzimy z Dorotą, zostawiając szefa samego. Zamykam za nami drzwi i czuję się, jakbym pieczętował wejście do grobowca. Sporo dobrych chwil tu spędziłem, poznałem kapitalnych ludzi. Widocznie naprawdę nastał czas zamykania kolejnych rozdziałów.

Deszcz zacina w twarz, jest zimno, a kac trawi do kości.

?

4

Pada przez kilka kolejnych dni. Takie właśnie te dni są - ściekają jak krople deszczu po szybie, nic po nich nie zostaje. Staram się wstawać rano i narzucać sobie rygor pracy, ale naprawdę nie mam dużo do zrobienia. Nudne, powtarzalne taski, którymi właściwie nie powinienem się zajmować, ale gdy firma zaczęła zaciskać pasa, musieliśmy pożegnać juniorów. Wymyślam więc czerstwe żarty na facebookowy fanpage płatków śniadaniowych i piszę skrypty reklam pre-roll na YouTube'a dla producenta gotowych mieszanek przypraw. To ostatni klienci, którzy z nami zostali. Podczas pracy angażuję połowę mózgu, tak naprawdę mógłbym zająć się w tym czasie czymś zupełnie innym - gdybym tylko miał pomysł czym.

Pod koniec dnia wysyłam zwyczajowy raport Dawidowi, pewien, że nawet do niego nie zajrzy. Zastanawiam się, czy nasze ostatnie projekty w ogóle zostaną zrealizowane. Nie żeby mi to robiło jakąkolwiek różnicę.

Zwykle koło południa mam już wolne, najpóźniej o czternastej. Gdybym tylko trochę się zmusił, napisałbym wszystko w dwa dni i miał wolne już dokumentnie. Ale wcale nie chcę. Taśmowa produkcja bzdur mimo wszystko nadaje jakiś kształt tym dziwnym dniom.

Otwieram plik z moim CV. Rzeczywiście wygląda nie najgorzej. Trzy agencje reklamowe, może nie największe, ale o całkiem przyzwoitej renomie. W pierwszej zaczynałem jeszcze na studiach i zaliczyłem mocne wejście: nominacje do kilku nagród, dwa wyróżnienia. Jeden z branżowych portali napisał o mnie wtedy całkiem na poważnie jako o "złotym dziecku warszawskiego copywritingu". Potem gdzieś ta kariera wyhamowała, ale i tak nie wyglądała źle. Miałem wiele pozytywnych referencji i bardzo sensownych klientów w portfolio. Nie powinienem mieć problemu ze znalezieniem nowej pracy. A przecież w ostatnich latach robiłem też na boku kilka mniejszych projektów, może właśnie nastał czas, żeby podzwonić, przypomnieć się, podziergać jeszcze coś na freelansie, byle nie ruszać oszczędności. Albo może przeciwnie, uderzyć właśnie do największych sieciówek, sprzedać duszę diabłu w korpo, ale już za konkretniejsze pieniądze.

Tymczasem dłubię teksty do postów o płatkach.

JAKI STAN UMYSŁU WYWOŁA MISKA PEŁNA NASZEGO PRZYSMAKU?

NAJWYŻSZĄ ŚNIADOMOŚĆ!

Z każdym kolejnym śniadaniowym sucharem wygładza mi się jedna fałda w mózgu. Czasem wciąż łapię się na niedowierzaniu, jakim cudem jako cywilizacja doszliśmy do momentu, w którym poważne firmy decydują się przelewać agencjom reklamowym pieniądze za prowadzenie kampanii w mediach społecznościowych. Stoimy nad krawędzią otchłani. Copywriting, wytłumacz pokoleniu dziadków, na czym polega ta praca. Tego typu zawodami musieli parać się mieszkańcy Atlantydy.

Mózg natychmiast łapie trop, taka inspiracja nie może się zmarnować: wymarła cywilizacja - antyk - dzieła sztuki.

CO ZDOBI ŚCIANY ŚNIADANIOWEGO PAŁACU?

PŁATKORZEŹBY!

Dopijam kawę, otwieram okno. Wychylam się, zimny deszcz kapie na głowę. Tlenu.

Oczywiście, kiedyś wyobrażałem sobie inaczej próg czwartej dekady życia. Miało być ładne mieszkanie, urocza żona i wierny pies. Jest wynajęta dziupla na dwunastym piętrze i włosy Eweliny w pralce. Miała być błyskotliwa kariera. Są płatki i mieszanki przypraw. Sorry, młody. Nie twoja wina, co mogłeś wiedzieć o życiu?

Kończę na dziś robotę i zastanawiam się, co zrobić z resztą dnia. Zaczynam od przejrzenia branżowych grup na fejsie i wysłaniu kilku CV w odpowiedzi na ogłoszenia o pracę.

Przez większość tego roku mieliśmy w agencji spore obłożenie i marzyłem wówczas o paru dniach wolnego, o czasie tylko dla siebie, żeby ponadrabiać zaległości w lekturach i serialach. Okazuje się, że nie bardzo wiem, co się robi z tyloma wolnymi godzinami. Zwykle po pracy byłem na tyle zmęczony, że po prostu zajmowałem się jakimiś bzdurami, gadałem z Eweliną, o ile nie miała akurat popołudniowej zmiany. Załatwiłem jej przez kumpla pracę w dużym call center, nic specjalnego, śmiech nie zarobek, ale mogła zacząć od ręki, zaraz po przeprowadzce do Warszawy, a bardzo jej na tym zależało.

Może w ogóle nie chodziła tam na popołudnia. Może to też było kłamstwem.

Właśnie tak, kłamstwa i wymysły. Słowa, które odkleiły się od sensu i lecą sobie z wiatrem. Słowa, które padają tylko dlatego, że odbiorca chce je usłyszeć. Uśmiecham się. Właśnie takie słowa słyszałem z ust dziewczyny, gdy mówiła, że mnie kocha. Właśnie takimi słowami zarabiam na życie.

?

5

Wyglądam z okna samotni na rozmiękłą w mżawce Warszawę i zastanawiam się, czy moja nieumiejętność skupienia uwagi to cecha pokoleniowa czy jednak temat dla neurologa.

Znów dość wcześnie odrobiłem pańszczyznę, już ostatecznie kończąc pracę dla Dawida, i oto stanąłem naprzeciw najpoważniejszego z problemów: co zrobić z resztą tego dnia, pięknego jak biegunka. Żadna z czekających od dawna na swoją kolej książek nie przykuwa do siebie na dłużej niż kwadrans, nie chce mi się zaczynać nowej gry na konsoli, a filmy są przerażająco długie.

Siadam więc z powrotem do komputera. Otworzyłem chyba ze trzydzieści zakładek w przeglądarce, przeskakuję między nimi, zamykam i otwieram nowe. Czytam artykuł do połowy, przełączam się na stronę banku, żeby kompulsywnie sprawdzić stan konta, sprawdzam pocztę, odświeżam Facebooka.

Nie mam pojęcia, co bym zrobił, gdyby nagle szlag trafił internet. Odwracam się, patrzę na router mrugający zielonym światełkiem, uśmiecham się do niego - przyjacielu, gdyby nie ty, chyba siedziałbym i patrzył w ścianę.

Newsy na gazeta.pl nie napawają optymizmem. Wystarczy prześlizgnąć się wzrokiem po tytułach. W Niemczech służbom udało się udaremnić zamach terrorystyczny, za to kilkadziesiąt osób zginęło w kolejnej eksplozji samochodu pułapki w Kabulu. Rosjanie ogłosili kolejne wielkie ćwiczenia wojskowe, a w Jaworznie lekarz przyjmował pacjentów, mając we krwi niemal trzy promile. We Francji policja znów stłumiła burdy z udziałem imigrantów.

Przewijam dalej, do informacji lokalnych z Warszawy. Tu newsem numer jeden jest zaginięcie młodej kobiety. Ze zdjęcia spogląda wielkimi oczami nieśmiało uśmiechnięta istotka. Klikam. Jola Kaczmarek, dwadzieścia osiem lat, nauczycielka angielskiego w jednym z mokotowskich liceów. Pochodzi z Białegostoku, w stolicy wynajmowała mieszkanie razem z młodszą siostrą. Ostatni raz widziana we wtorek, gdy późnym wieczorem wracała od koleżanki. Jej telefon milczy, znajomi nic nie wiedzą.

Przyglądam się zdjęciu. Ładna dziewczyna. Jeśli się szybko nie odnajdzie, czeka nas kolejny medialny spektakl rozpisany na sto aktów. Znów będzie śledztwo dziennikarskie, relacje ze spotkań z jasnowidzami, oratorskie popisy prywatnych detektywów. Twarz reprodukowana wszędzie. Szczegółowa analiza życiorysu. Biedna Jola, kimkolwiek jest. Oby się odnalazła.

Na Messengerze Dorota pyta, czy przyjdę dzisiaj na pożegnalne firmowe piwo. Pewnie, że przyjdę.

Rozmawiamy chwilę. Ona też zrobiła już wszystko, co miała zrobić dla Dawida. Martwi się, że może być problem z ostatnią wypłatą. Uspokajam ją, bo cokolwiek by o nich mówić, chłopaki zawsze były wobec nas bardzo w porządku. Uśmiechnięte emotikonki zioną pustką z oczu.

Ewelina nie cierpiała emotikonek. Uważała je za infantylne i głupie. Rozmawiając z nią, a były momenty, jeszcze zanim przeniosła się do Warszawy, że gadaliśmy ze sobą przez większość doby, niemal całkiem oduczyłem się ich używać. Teraz więc stawiam żółte uśmiechy na końcu zdania dobitnie niczym pieczęć, z mściwą satysfakcją.

Ciekawe, co u niej. Pewnie rozłożyła już bambetle u tego rudego gnojka i czuje się jak u siebie. Ze mną było identycznie - ani się obejrzałem, a przejęła kontrolę nad mieszkaniem, rozlała się po nim, skolonizowała, niepostrzeżenie wprowadziła swoje zasady. Miała do tego naturalny dar, a ja nie protestowałem, zachłyśnięty szczęściem idiota, przekonany, że oto z nieba spłynął anioł, który przemieni mieszkanko na dwunastym piętrze w coś, co można nazwać domem. Mój czarny aniołek. Zmieniłem dla niej przyzwyczajenia. Zacząłem jadać obiad dopiero po powrocie z pracy, wcześniej kładłem się spać. Odkształcałem się, deformowałem, byłem miękki jak wosk. Ciekawe, czy z rudym pójdzie jej równie łatwo.

Czuję, że zaczynam się denerwować. Kompletnie bez sensu. Wstaję, znowu podchodzę do okna. Warszawa tętni życiem. Spojrzenie na panoramę miasta przywraca perspektywę - takich historii jak moja rozgrywają się tu codziennie setki. Tak jak mówiła Wika: to bardzo typowe historie.

Zastanawiam się jeszcze, czy Ewelina pamięta o pieniądzach, które jej pożyczyłem. Kwota nie jest bardzo wysoka, chodzi o nieco ponad tysiąc złotych - ale ostatecznie to mój tysiąc. Mógłbym kupić sobie gry na Playstation, pojechać bez sensu na weekend do Amsterdamu, kupić trzy gramy kokainy i whisky do popicia albo nie wiem, zaprosić dwie dziwki naraz. Cokolwiek. Postanawiam, że dam jej czas do początku listopada. Teraz i tak nie odebrałaby telefonu.

Wracam do rozmowy na Messengerze. Dorota ucieka, korzystając z laby, umówiła się na mieście na obiad. Zobaczymy się wieczorem.

Mam wielką ochotę napić się z nimi tego piwa. Dociera do mnie, że od trzech dni w ogóle nie wychodziłem z mieszkania.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki