No, jak miło - Karkub

Kup ebooka

12.60 zł
10.46 zł (10,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. historii czar

Powinnam rozpocząć tę historię jak bajkach.

Dawno, dawno temu, w odległej i zimnej krainie, były sobie zaczarowane miasta, w których wszystko zdarzyć się może...

Ale jednak nie. Miejsca, w których działy się opisane sytuacje istnieją. Tak, jak istniały same sytuacje i ich bohaterowie. Wszystko jest widziane oczyma głównej bohaterki o imieniu... Dajmy na to Irena. I to z jej perspektywy możemy poznać tę historię.

Jak wiadomo, każdy może mieć swoją własną perspektywę, więc nie jest wykluczone, iż w przyszłości poznamy też inne warianty jednego wyjazdu.

Imiona wszystkich bohaterów (głównej bohaterki również) zostały zmienione.. Ten, kto tam był, zapewne rozpozna siebie w opowieściach, a kto nie był, niech zostanie w lekkiej niewiedzy lub domysłach.

Pomimo tego, że nie jest to opowieść historyczna, w której skrupulatnie przytacza się wydarzenia z datami, to jednak rozpocznę od nakreślenia ram czasowych: Początki lat 90-tych ubiegłego wieku w Polsce.

Cudowne lata, w których powstawał cały koloryt polskiego biznesu. Nie straszna nikomu była wizja rozmów z urzędnikami, którzy byli w tamtych czasach dość specyficzną częścią naszego społeczeństwa. Czując władzę, wyrzucali z siebie wszelkie kompleksy na petentów. Mimo to, większość ludzi czuła wiatr w żaglach i wolę działania, poruszając się dość zwinnie w korowodach kolejek po każdy najważniejszy na świecie stempel w dokumencie. Były to lata, w których w błyskawicznym tempie, jak przysłowiowe grzyby po deszczu, wyrastały i rozkwitały wielkie biznesy w naszym kraju. Te mniejsze również rozkwitały, i każdy, kto miał coś do zaoferowania był żądny pokazania się.. Tych mniejszych biznesów było zdecydowanie więcej. Mój też się do nich zaliczał. Mój i mojego wspólnika, a zarazem partnera, Jurka. Ale za nim do tego doszło, słowo wstępu (czy może parę zdań) - dlaczego.

******

Branża mody była moim drugim domem od połowy lat 80-tych, choć jako nastolatka miałam zupełnie inne marzenia. Ciągnęło mnie do świata wielobarwnego, gdzieś poza granicami naszego szaroburego kraju. Jednakże sama myśl o wakacyjnym zmywaniu naczyń "na zachodzie" jakoś nie dodawała mi skrzydeł i szybko skreśliłam to ze swojej listy z przekonaniem, że wydarzy się coś innego spełniającego moje oczekiwania o podróżach. Lecz jak to zwykle bywa, Wszechświat wysłuchuje nasze "zamówienia" rzucane w przestrzeń i daje nam to, o co prosimy. To, że nie zawsze idealnie trafia w punkt, jest bardziej kwestią niedoprecyzowania przez nas naszej prośby.

Któregoś dnia, na wyraźne polecenie (graniczące z nakazem) mojej babci, zgłosiłam się na nabór modelek do domu mody Telimena. W naszym całkiem sporym kraju, istniały wtedy tylko dwa domy mody z prawdziwego zdarzenia. Moda Polska w Warszawie i łódzka Telimena. W związku z tym, przynależność do jednego z nich była całkiem sympatyczna. Dom mody z prawdziwego zdarzenia wypuszcza, co najmniej, jedną kolekcje w sezonie. Tak jest teraz, i tak też było i wtedy.

Kolekcje były zawsze duże, składały się z wielu propozycji sylwetek na różne okazje. Część poświęcona wielkim wieczorom zawsze zwieńczała kolekcję. Wykwintne kreacje uszyte z pięknych tkanin, godne były tych największych salonów.

Po każdej premierze odbywały się wyjazdy z prezentacją nowych propozycji od projektantów. Faktycznie było co pokazywać, bo spod ich zdolnych rąk, prawdziwe dzieła sztuki wychodziły.

Szkoda, że w osiemdziesięciu procentach kolekcje te nie były dostępne w firmowych salonach domu mody. Podczas pokazów dla przedstawicieli handlowych, panie kierowniczki tychże salonów, przy każdym wzorze zbyt mocno wychodzącym poza obszar przeciętności, stwierdzały niepodważalnym tonem "nasze kobiety się w to nie ubiorą". I tu zapadała decyzja, co wejdzie do produkcji seryjnej. My modelki, będąc w garderobie i zmieniając ubrania zawsze słyszałyśmy te dyskusje. Gdy rozbrzmiewały słowa, na temat "naszych kobiet" zawsze wzbudzały w naszym gronie całą fale żartów na temat ważnych pań sklepowych kreujących trendy uliczne. Czasem same robiłyśmy zakłady, które rzeczy nie wejdą do produkcji bo są, albo za odważne, albo za kolorowe - czyli niepraktyczne.

Mimo to, dla nas modelek, czas po premierze oznaczał sporo wyjazdów i sesji zdjęciowych. To była bardzo przyjemna część pracy, którą z zewnątrz zawsze owiewała tajemnica niedostępnego "wielkiego światka", i która wyglądała zwykle bajecznie.

W Polsce był to też czas okresu szaro-buraczanego w naszych rodzimych sklepach, w dużej mierze dzięki paniom sklepowym właśnie. Chcąc dopatrzeć się w tym jakiegoś pozytywu, można rzec, że w sumie było bardzo artystycznie. Idąc śladami mistrzów, możemy wziąć pod uwagę szanownego pana Pabla Picasso. Wielki maestro miał przed kubizmem okresy błękitu i różu, których się konsekwentnie trzymał w swej twórczości. Za to my w Polsce, posiadaliśmy obecny we wszystkich sklepach z odzieżą, okres szaro-buraczany. W tym artyzmie byliśmy równie konsekwentni i to przez wiele lat.

Być może dlatego właśnie dla mnie, wejście do domu mody, który rozwinął przede mną ferie kolorów, tak mnie zauroczyło, że zmieniło moje plany życiowe na bardzo długą czasoprzestrzeń. Po paru latach, do tego świata wszedł także mój partner. Byliśmy młodzi i przekonani, że możemy wszystko. Oczywiście było w tym dużo racji. Wchodziliśmy z łatwością w organizację każdego eventu, do których inni nie mieli odwagi podejść. Teraz zastanawiam się czy więcej było w tym chęci zdobywania świata, ciekawości, czy raczej brak wiedzy na temat tego, co nas czeka za drzwiami. Nie będę też fałszywie skromna i dodam, że byliśmy bardzo dobrzy w tym, czego się podejmowaliśmy.

W czasach, gdy nie istniały media społecznościowe - ba, nawet internet raczkował, i wcale nie było oczywistym, że każdy ma do niego wszędzie dostęp - na sukces firmy pracowała opinia żywego człowieka. Nie istniały artykuły sponsorowane, ani hejt zrobiony przez anonimową postać. Żywy człowiek z imieniem i nazwiskiem miał wpływ na losy firm. W biznesie wydawało się opinie o innych, i firmy albo się polecało albo linczowało. Dalej nie będąc skromna (ale za to prawdziwa) dodam, że do nas każdego dnia dzwonił ktoś z polecenia.

Nie było więc niczym dziwnym, że dotarł do nas jeden z większych biznesmenów w naszym kraju, z pomysłem dla siebie i całego narodu.

Trafił do nas z polecenia.

II. tajemniczy biznes

Pan Adam biznesmen zaproponował nam bardzo konkretny, acz nie łatwy projekt. Projekt, o którym nie należało mówić zbyt wiele na zewnątrz. Było to jak wyzwanie z rzuceniem eleganckiej rękawicy. Oczywiście przyjęliśmy wyzwanie i podnieśliśmy tę pięknie przystrojoną w słowa, niczym brylantami, rękawicę.

- Przecież kto jak kto, ale my poradzimy sobie ze wszystkim.

Byłam bardzo dumna, że będziemy brać udział w czymś tak wielkiem. Nie znając dogłębnie szczegółów całego planu, bo jak usłyszeliśmy - "nie było takiej potrzeby", wiedzieliśmy, że wchodzimy w coś, co nazywa się Wielkim Biznesem, i jest na skalę naszego kraju. Myślę, że oboje byliśmy dumni. Czuliśmy się wybrańcami namaszczonymi przez strażnika otwierającego bramy prawdziwego dużego kalibru. W końcu pan Adam mógł zadzwonić do każdej innej agencji reklamowej z Warszawy, a jednak to my, spoza stolicy, podchodzimy do realizacji jego planów, bo jak stwierdził "ma o nas dobre opinie". Dla nas była to pełnia szczęścia. Nie do końca świadomi w jak głęboką wodę wskakujemy, obydwoje byliśmy przekonani, że wskakujemy w coś absolutnie wyjątkowego.

Ustalanie warunków współpracy też odbywało się w emocjach "ważności sytuacji", także z entuzjastycznego rozpędu godziliśmy się na wiele rzeczy. Niektóre okazywały się nad wyrost przypisane agencji reklamowej. Ale co tam! Nie stanowiło to dla nas problemu. Wszystko kwitowaliśmy, albo "przynajmniej czegoś nowego się nauczymy", albo "skoro tak nam ufają, to nie możemy zawieść".

Przedsięwzięcie było na tyle poważne, że wcześniej Jurek, wraz z ludźmi od techniki, wsiadł w samolot, i poleciał na jeden dzień na wizję lokalną.

Do Moskwy. Bo tam też wszystko miało się odbywać.

Słowo "wszystko" jest dość enigmatyczne, wiem. Może roztaczać przed nami wielowątkową opowieść, i tak naprawdę trochę tak jest. Ponieważ wielowątkowa jest układanka tego Wielkiego Biznesu. Ja sama znam tylko jej mały kawałek - i bardzo się z tego cieszę.

"Wszystko", tak już bardziej namacalnie, oznaczało zaprezentowanie w Moskwie największych wtedy w Polsce producentów wszelkiego rodzaju tekstyliów. Wielkie zakłady produkcyjne z konfekcją damską i męską wypuszczały na rynek kolekcje w gigantycznych ilościach. Warto zaznaczyć (idąc śladami historii "pań sklepowych"), kolekcje nie posiadały szalonych różnic między sobą. W pewnym momencie nasze rodzime sklepy zostały nasycony tym po sam czubek głowy. Krótko mówiąc - była spora nadprodukcja bardzo podobnych do siebie ubrań, bez genialnego pomysłu co z nimi robić. Poza ubraniami, pod hasłem "wszystko", kryły się też kolejne molochy produkujące inne tekstylia, jak ręczniki czy pościel, oraz cała masa artykułów spożywczych: konfitury, soki, pasztety i jeszcze parę rzeczy, o których nie myślałam, że mogą być eksportowe. "Wszystko" miało być wielką wspólną wystawą - propozycją dla wymiany gospodarczej na zasadzie barteru, w zamian za jeden z ważniejszych dla naszego kraju surowców. Dla nas Polaków.

"Wszystko" zaplanowane było dość dokładnie. Miało się odbywać przez kilka dni pod rząd. W jednym miejscu i powtarzalnie każdego dnia dla kolejnych świeżych gości. Oczywiście dla mediów, handlowców, ale przede wszystkim dla tych, którzy byli decydentami przy podpisywaniu kontraktów. Tak naprawdę to Oni byli najważniejsi - ale o nich chwilkę później.

Realizacja przygotowań do "wszystkiego" szła zgodnie z planem. Cały czas powtarzaliśmy sobie, że musimy dziesięć razy sprawdzić każdy punkt, zanim zrobimy kolejny krok. Niespodzianki nie były brane raczej pod uwagę...

...Chociaż pierwsza wyskoczyła już przed wyjazdem.

III. wielkie szykowanie

Absolutnym "zającem z kapelusza" była praca nad dokumentami dla celników. Wypełnianie formularzy o nazwie "karnet ATA" na wywóz z Polski wszystkich kolekcji, zaczęło okazywać się w pewnym momencie ważniejszym od samych kolekcji.

- A co to za karnet? - pytam mojego wspólnika, bo bladego pojęcia nie miałam czego się właśnie podjęłam. Do tej pory karnet kojarzył mi się z wejściem na basen.

- Formularze na wywóz kolekcji, pewnie łatwizna, trzeba tylko spisać wszystkie rzeczy. - Wyjaśnienie zabrzmiało dość prosto.

Prosto było, dopóki nie zaczęły zjeżdżać do naszego biura kolekcje. Wraz z kolekcjami dojeżdżały dodatki do stylizacji tychże kolekcji. Biuro nasze nie było jednym małym pokojem, a pomimo to zaczynało brakować miejsca. Do wszystkich kolekcji przychodziły też dokumenty. Wszystko w jakiejś gigantycznej i niezrozumiałej dla mnie ilości. Niestety nie jestem osobą z duszą księgowej, a wszelkiego rodzaju rubryczki są atrakcyjne przez pierwsze dwie minuty, natomiast potem... cóż mam rzec, chyba tylko ukłon mogę złożyć wszystkim księgowym tego świata.

Próbowałam podejść do tych osobliwych karnetów ATA z życzliwością i jakoś się z nimi zaprzyjaźnić. Robiłam różne próby, aby je polubić. Próbowałam tłumaczyć: że "to nie jest straszne", że "długopis i kartka nie odgryzą mi ręki a ciuchy przecież lubię, więc o co mi chodzi?" Mam się ogarnąć i nie histeryzować! To przecież jest tylko: przypisanie numeru do każdego wyrobu, wpisanie go w odpowiedniej kolejności do całej listy, z dokładnym opisem tej rzeczy (co to jest, gdzie zostało wyprodukowane, z czego jest uszyte, z dokładnym składem surowcowym, w jakim kolorze), a następnie, dla dobrej identyfikacji, doczepić kartkę z identycznym opisem oraz z tym samym numerem oczywiście, do opisanego ciuszka. TYLKO.

Gdy rozejrzałam się po biurze, i zobaczyłam piętrzące się wieszaki i kartony z kolekcjami, a było ich kilkanaście, więc pojedynczych wzorów blisko 1000 (!), słowo TYLKO nabrało zupełnie innego znaczenia. Przez dwa dni próbowałam podchodzić do tej czynności. Szło mi kiepsko. Doszło nawet do próby przekupstwa. Próbowałam sama się przekupić czekoladkami w nagrodę za dobrą pracę - gdzieś usłyszałam, że to działa. Stwierdzę krótko: NA MNIE NIE PODZIAŁAŁO.

Czekoladki bardzo szybko zjadałam, więc pozostawał tylko żal ze zbyt małej ilości, i dalszy brak motywacji do rozpoczęcia pracy biurowej. Za każdym razem widziałam jak kartki papieru szczerzą na mnie wielkie zębiska, i nawet raz miałam wrażenie, że jakiś warkot z ich strony groźny usłyszałam. Na samą myśl o tym, do dzisiaj czuję, że i długopis również nie był mi przychylny, i coś tam mamrotał pod moim adresem. Nie wiem, może miał żal, że czekoladkami się nie podzieliłam. Powodów do rozpoczęcia tej pracy w samotności miałam coraz więcej.

Natomiast do tej pory dziękuję za obecność cudownych istot, jakimi były dziewczyny z garderoby, które były wspaniale zorganizowane, i przez ponad tydzień robiły wraz ze mną tę mrówczą robotę. Istoty te były pod dowództwem Beci, dobrego ducha i sporego wsparcia w trudnych chwilach.

Gdy batalia tekstylno-celnicza zastała zakończona, nastała pełnia szczęścia - przynajmniej moja. No, może prawie pełnia, ponieważ transport kolekcji do Moskwy także należał do naszych obowiązków. Wraz z tym obowiązkiem, wyskakiwały co rusz świeże kwiatki. W pewnej chwili wyrosła z nich już istna wiosenna łąka pełna dorodnych stokrotek. I tak zbierając całe bukiety kwiatków, uczyliśmy się kolejnych przepisów celnych. Z czasem zaczynało się robić zabawnie, choć wzbierało w nas uczucie uwięzienia w scenariuszu do filmu pt. "12 prac Asterixa". Trzymając się starej prawdy "co nas nie złamie to nas wzmocni", w całym ogromie stempli i podpisów dobrnęliśmy do końca papierologii.

Wreszcie przygotowane samochody z kolekcjami i dodatkami do stylizacji trafiły do urzędu celnego. Wszystko sprawdzone i auta zostały zaplombowane. Ufff... uznaliśmy, że to co najgorsze już za nami. Możemy rozpocząć naszą wspaniałą przygodę.

Wraz z zaplombowanymi przez łódzki urząd celny kolekcjami, wyruszył w tę nader ważną wyprawę nasz zaprzyjaźniony kolega Wojciech.

Wojciech, tak jak i my, był młodym przedsiębiorcą. Był to wyjątkowy człowiek z zawsze szerokim i szczerym uśmiechem. Zawsze był gotowy do pomocy innym, z każdym szybko wchodził w dobre relacje. Opisując najkrócej - bardzo imprezowa osoba, dusza towarzystwa, i co może nie zawsze idzie w parze, był też bardzo solidny i zwykle dotrzymywał słowa, co dawało nam gwarancję dobrze wykonanej misji. Sam Wojciech z przyjemnością wziął na siebie tak ważny obowiązek, aby wszystkiego dopilnować już na realnych granicach (po naszych 12-tu pracach Asterixa) i stwierdził krótko:

- Jak to ja bym sobie z tym nie poradził? Nie ma opcji! Poza tym w życiu bym takiej imprezy nie odpuścił.

Po takim zapewnieniu, jakiekolwiek wątpliwości, które mogły się jeszcze nasuwać, zostały wyparte niczym pył na wietrze. Tym samym Wojciech wszedł do naszej ekipy. Eskapada pod jego czujnym okiem wyruszyła kilka dni przed nami, aby nie było opóźnień i stresu z ewentualnym oczekiwaniem przed pokazami na nasze kolekcje. Trochę głupio by było robić pokaz bez ubrań. Wiem, wiem... mogłoby być śmiesznie, ale chyba bardziej dla widzów niż dla naszego pana Adama, tak więc woleliśmy tej śmieszności nie ryzykować.

Niestety, pomimo dobrze zrobionych dokumentów, przejazd całości kolekcji trudno określić "bezproblemowym". Łąki z kwiatkami wyrastały po drodze bardzo intensywnie, i mimo zimy kwitły sowicie.

Jak wspomniałam wcześniej, były to lata, w których każdy urzędnik miał władzę nad petentem. Na granicy celnicy, widząc opis "pokaz mody", od razu widzieli złotem kapiącą branżę show-biznesu. Bezpardonowo i dość otwarcie komunikowali naszemu koledze, że albo prezenty dla żony (nawet, gdy nie byli żonaci), albo pieniądze na butelkę, bo zimno. I to nie na jedną, bo kolegów jest kilku i każdy marznie, no a byle czego też nie piją.

Chciał nie chciał, nasz Wojciech opłacał każdy taki "punkt poboru opłat". Wszyscy przy granicy byli całkiem dobrze zorganizowani pod tym względem. A Wojciech tylko negocjował stawki - tym bardziej, że kolekcji naruszyć nie mógł i bronił jej przed rozplombowaniem własną piersią. Bronił się również zawzięcie przed utknięciem w kolejce na granicy przez kilka dni, jak to miało miejsce z innymi transportami.

Wszystko to bardzo opóźniało podróż Wojciecha. Dla nas był to "nasz pierwszy raz", i nie wszystko było dla nas oczywiste. Nie byliśmy też do końca świadomi postępów podróży, bo w tamtych latach nie trzymało się smartfona przy uchu - głównie ze względu na ich brak. Komunikacja po rozpoczęciu podróży była prawie żadna. Chyba, że ktoś liczył na telepatyczną. NIefortunnie z telepatią też nie poszło nam najlepiej. Dobrze nam szło z podnoszeniem sobie nawzajem adrenaliny. Sądzę nawet, że w wielu sytuacjach pozwoliła nam przetrwać

IV. kolorowe żyrafy

Nadszedł dzień rozpoczęcia naszej podróży.

Trzeba przyznać, że ekipa była liczna i barwna, oraz mocno podekscytowana samym wyjazdem. Wszyscy wiedzieliśmy, że przed nami duże pokazy, łączone z występami artystów, i do tego w prestiżowym miejscu w Moskwie. Sama przyjemność pracować przy takich dużych projektach. Już w ostatnim tygodniu przed wyjazdem, wszyscy byliśmy w stałym kontakcie. W każdym dniu mieliśmy spotkania, i jeszcze ostatnie ustalenia. Sprawdzania, jaka "tam" jest teraz pogoda - mapy google nie było, więc pozostało nam oglądanie wiadomości w TV, i przekazywanie sobie nawzajem "co kto usłyszał". Każdy starał się dawać i dawał najlepszą część siebie, czuło się, że każdemu zależy. Wszystkich nas opływała bardzo dobra energia, dodająca nam jeszcze więcej mocy. Gdy na zbiórce w dniu wyjazdu rozejrzałam się po nas wszystkich, zobaczyłam silną i zwarta grupę. Czułam, że nawet jeśli będą jakieś nieprzewidziane historie, to i tak wszystko będzie dobrze.

We mnie zawsze w takich sytuacjach, gdzie zabieraliśmy ze sobą ludzi, budził się syndrom "matki kwoki" odliczającej swój dobrobyt. Tak samo było i tutaj, co chwilę odliczałam czy nikt się nie zgubił, zwłaszcza jeśli chodziło o modelki - pomimo ich pełnoletności. Opieka nad sporą grupą młodych i atrakcyjnych dziewczyn, nie należy do najprostszych. Już jedna modelka potrafi zwrócić uwagę na ulicy, a co dopiero zestaw dwudziestki w jednej grupie. Ich urody nie zdołały zakryć nawet warstwowo nałożone grube i ciepłe ubrania. Poza tym te ubrania nie były szaroburaczane, jak na większości osób, które się widywało na ulicach. A zatem mamy do czynienia z grupą kolorowo ubranych żyraf. Naszych żyraf, które nawet idąc przez środek peronu do sklepiku po herbatę, zbierały żniwo w postaci rozanielonych oczu spoglądających za nimi. Każda zdawała sobie sprawę z tego efektu. Patrząc z boku, można by pomyśleć, że te przechadzki po herbatę, to jakieś ćwiczenie socjologiczne na sprawdzian ilości omiatających spojrzeń naokoło żyrafowych miejsc. Było oczywistym, że kolorowe stadko na długich kończynach uatrakcyjniło tę przestrzeń. Generalnie był to prawdziwie ładny widok. Jednak dwudziestka modelek była zbyt małą grupą dla naszych pokazów.

Ze względu na mocno rozbudowane kolekcje, nie mogliśmy polegać tylko na naszych "żyrafach", tak więc podjęliśmy decyzję, że połowa modelek jest nasza, a druga połowa będzie wybierana na miejscu w Moskwie podczas castingu. Tu też była dla nas duża niewiadoma, kto do nas zgłosi się na casting. Nie funkcjonowały przecież żadne kompozyty modelek (czyli ich wizytówki ze zdjęciami i rozmiarami jakie są dzisiaj), bo sam modeling bez internetu też był zupełnie inny. Ktoś na miejscu od naszego pana Adama, poinformował agencje modelek, że w tym a tym dniu, tu i tu mają się zgłosić modelki do takiej to a takiej imprezy. Koniec przekazu. My nie mieliśmy żadnej pewności czy ktoś przyjdzie, a jeśli tak, to kto? Piętrzyły się tylko kolejne pytania bez żadnych odpowiedzi;

- Ciekawe kto przybędzie do nas na casting?

- -Ciekawe czy w ogóle ktoś się zjawi? - to pytanie postanowiliśmy odrazu storpedować jako niedorzeczne.

- Ciekawe czy agencje są poinformowane?

- Zobaczymy. Oby były w podobnych rozmiarach o jakie prosiliśmy.

- I żeby były ładne, aby wszystkie ciuchy dobrze wyglądały.

- Taaa... Rosja duży kraj, jest w kim wybierać, ale naszych dziewczyn i tak nikt nie przebije.

W takich dywagacjach ze znakiem zapytania w tle, czekaliśmy na nasz transport. Wiedziałam, że nasze urokliwe żyrafy są bezkonkurencyjne, w końcu wybrane były z całego kraju a nie tylko z jednego miasta.

U nas była już końcówka zimy, ale wiedzieliśmy, że w Moskwie temperatura nieubłaganie wstrzymuje Białą Panią od odejścia, tak jak czasem zatrzymuje się ulubionego gościa przed wyjściem z domu. Być może w tej sytuacji było odwrotnie, i to Biała Pani tak dobrze się poczuła w tej części świata, że sama się rozgościła na dobre i nie miała ochoty odchodzić. Może rozsiadła się w jakimś wygodnym fotelu i przysnęła, ponieważ temperatura w Moskwie, w ciągu dnia, była około -25'C.

Ta wiedza wcale nas nie odstraszała. Nie żeby zaraz nas rozgrzewała w jakiś sposób, ale my po prostu szykowaliśmy się na dobrą przygodę połączoną z pracą.

VI. czas na pracę

Teatr Wielki w Moskwie jest naprawdę wielki. Jak wszystko w Rosji. Strona dla publiczności, czarująca przepychem na każdym kroku. Stylizacją zbliżona do hotelu, ale z jeszcze większym rozmachem. Od samego wejścia białe marmury wykończone złotem (oczywiście) zapraszają a jednocześnie onieśmielają. I znów nad głowami wielkie i dostojne żyrandole całe w kryształach. Pięknie szlifowane szlachetne kruszywo, po zapaleniu świateł, wydobywało z tych wnętrz klimaty z jednej strony monumentalny i trochę niedostępny, a z drugiej, wirujące wielobarwne błyski wciągały gości w bajowy i radosny świat od samego progu. Jeśli przesłaniem miała być bogactwo i magia, to potwierdzam z całym szacunkiem, że dokonali tego.

My jednak urzędowaliśmy w tej drugiej części, popularnie określanej "za kulisami".

Nasz backstage, czyli miejsce za kulisami było jak osobne wielopoziomowe miasteczko. I już nie tak bogate, ale za to również magiczne. Choć magia tej strony miała zupełnie inne oblicze niż w części dla wchodzących gości. W tej naszej części zastaliśmy mnóstwo schodów, korytarzy i zakamarków, w których można było się zgubić łatwiej niż w katakumbach. Miasteczko o mocno skomplikowanej logistyce. Być może była tam logika, tylko mnie nie udało się jej rozszyfrować. Tradycyjnie, jak w każdym teatrze, po środku usytuowana była scena, zejścia do garderób po bokach, na dwie strony. Wspaniale. Ale bez możliwości komunikacji pomiędzy garderobami (upsss???). To tak jakby zorganizować teatr na wspólnym podwórku dwóch domów w zabudowie bliźniaczej. Razem, a jednak osobno. W teatrze za sceną była ściana rozdzielająca zaplecze na dwie części. Po sposobie w jaki została zabudowania, widać było, że ktoś wpadł na ten genialny pomysł zdecydowanie później niż powstał sam teatr.

Gdy spacerowaliśmy po całym zapleczu aby rozplanować sobie nasze ruchy, ściana dzieląca garderoby, okazała się nie tylko zaskoczeniem dla wszystkich, ale skomplikowanym elementem całej układanki pod tytułem pokaz mody. Ogarnął nas lekki stres i zaczęły się więc pytania, chociaż odpowiedzi i tak nie miały znaczenia:

- Panowie, nie widzieliście tej ściany podczas wizji lokalnej?

- Sprawdzaliśmy technikę, wielkość sceny, akustykę. Nikomu nie przyszło do głowy aby szukać muru dzielącego zaplecze na dwa osobne. Przecież to nie logiczne!

W sumie mają racje. Nikt normalny nie wpadłby na to, aby szukać w garderobie ściany, której według logiki nie powinno tam być.

Szukałam usprawiedliwienia tego dziwnego pomysłu.., że może dla bezpieczeństwa, gdy na przykład dwie Divy mają występ podczas jednego wieczoru, i mówiąc oględnie- nie przepadają za sobą, to aby nie musiały mijać się na korytarzu rwąc sobie pióra z głowy- zbudowano mur. Albo, przy oficjalnych przemówieniach rządowych, z udziałem ważnych, wysoko postawionych w hierarchiach partyjnych delegatów, chcąc oddzielić ich od niżej postrzeganych artystów - zrobili to murem. Są to jakieś wstępne opcje i kolejne przychodziły mi do głowy w każdej sekundzie. Same rozważania "dlaczego" nie przynosiły rozwiązania i na szczęście optymizm zwyciężył.

- No dobra, jest jak jest, poradzimy sobie. - zaczęliśmy dyskutować na temat możliwości współpracy ze ścianą.

- Spokojnie, jakoś się rozgościmy tutaj i podzielimy się. - padały kolejne zdania.

- Przejdźmy jutro przez casting, wybierzmy dodatkowe modelki. Od tego musimy zacząć. -stwierdził konkretnie Jurek.

- Dokładnie, a potem zrobimy przymiarki, dołożę dodatki do wieszaków, dziewczyny zrobią rozpiski - poszłam tym tropem.

I nagle głos naszej kochanej, najważniejszej na świecie szefowej garderoby Beci:

- Słuchajcie, a gdzie jest kolekcja? Czy Wojciech już dotarł?

To był jak prawdziwy grom z jasnego nieba, który przeszył nas wszystkich, bo faktycznie nie mieliśmy kontaktu z Wojciechem i nie mamy bladego pojęcia gdzie się podziewa on, no i kolekcje oczywiście. Teraz autentycznie wpadliśmy w lekką panikę. Ściana pomiędzy garderobami stała się jak mgliste wspomnienie o jakimś tam wyimaginowanym malutkim problemiku. Kolekcji nie będzie to i nad ścianą nie ma co rozprawiać. Zaczęliśmy się nawzajem uspakajać i wyciszać nawzajem:

- Gdyby Wojciech miał nie dojechać, to znalazłby sposób aby o tym nas powiadomić. - był to pierwszy głos naszego kolegi od techniki.

- A co jeśli nie ma skąd zadzwonić?

- Albo dzwonił gdy nie mieliśmy zasięgu?

- A może jednak utknął na jakimś przejściu granicznym i mu auta rozplombowali i teraz nie wie co zrobić?

- A może jest awaria auta i zabrakło mu kasy?

- Przestańcie już. Znając Wojciecha to gdyby coś się stało, to nawet gołębia pocztowego by do nas wysłał aby powiadomić. - kończąc to zdanie zastanowiłam się, skąd by Wojciech wziął na granicy gołębia pocztowego, ale wolałam dalej nie rozwijać tego tematu.