Noc w Lizbonie - Erich M. Remarque

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wpatry­wa­łem się w sta­tek, który stał rzę­si­ście oświe­tlony przy nabrzeżu Tagu. Choć byłem w Lizbo­nie od tygo­dnia, wciąż jesz­cze nie mogłem się przy­zwy­czaić do bez­tro­skich świa­teł tego mia­sta. W kra­jach, z któ­rych tu przy­je­cha­łem, mia­sta nocą tonęły w mroku jak kopal­nie węgla, a latar­nia roz­świe­tla­jąca ciem­no­ści stwa­rzała więk­sze zagro­że­nie niż zaraza w śre­dnio­wie­czu. Przy­by­łem z Europy dwu­dzie­stego wieku.

Wie­dzia­łem, że ten sta­tek, paro­wiec pasa­żer­ski, ma wypły­nąć następ­nego wie­czoru. Wła­śnie trwał zała­du­nek. W ostrym świe­tle nagich żaró­wek łado­wano mięso, ryby, kon­serwy, chleb i warzywa; robot­nicy tasz­czyli na pokład bagaże, a dźwig bez­sze­lest­nie pod­no­sił skrzy­nie i bele, tak jakby nic nie ważyły. Paro­wiec szy­ko­wał się do rejsu niczym arka w cza­sie potopu. I był arką. Jak każdy sta­tek, który opusz­czał Europę w tych mie­sią­cach 1942 roku. Górą Ara­rat była Ame­ryka, a fale potopu pod­no­siły się codzien­nie. Już dawno zalały Niemcy i Austrię; pod wodą zna­la­zły się Pol­ska i Praga; Amster­dam, Bruk­sela, Kopen­haga, Oslo i Paryż rów­nież zostały już zato­pione; cuch­nęły powo­dzią mia­sta Włoch, także Hisz­pa­nia nie była już bez­pieczna. Wybrzeże Por­tu­ga­lii stało się ostat­nim miej­scem schro­nie­nia uchodź­ców, dla któ­rych spra­wie­dli­wość, wol­ność i tole­ran­cja zna­czyły wię­cej niż ojczy­zna i byt. Kto nie potra­fił dotrzeć stąd do Ame­ryki, owej ziemi obie­ca­nej, był zgu­biony. Musiał się wykrwa­wić w dżun­gli odrzu­co­nych wnio­sków wizo­wych, nie­osią­gal­nych pozwo­leń na pracę i pobyt, obo­zów inter­no­wa­nia, biu­ro­kra­cji, wydany na pastwę samot­no­ści, obczy­zny i potwor­nej powszech­nej obo­jęt­no­ści na los poje­dyn­czego czło­wieka, nie­od­łącz­nego następ­stwa wojny, stra­chu i nędzy. Czło­wiek był w tym okre­sie nikim, ważny pasz­port - wszyst­kim.

Po połu­dniu posze­dłem do kasyna w Esto­rilu i gra­łem. Mia­łem jesz­cze porządny gar­ni­tur, więc mnie wpusz­czono. Była to ostat­nia, roz­pacz­liwa próba prze­ku­pie­nia losu. Nasze zezwo­le­nie na pobyt w Por­tu­ga­lii tra­ciło waż­ność za kilka dni, a Ruth i ja nie mie­li­śmy innych wiz. Ten sta­tek cumu­jący przy nabrzeżu Tagu był ostat­nim, któ­rym - jak liczy­li­śmy we Fran­cji - mogli­by­śmy jesz­cze dotrzeć do Nowego Jorku. Bilety były jed­nak wyprze­dane od mie­sięcy, a nam, oprócz wizy ame­ry­kań­skiej, bra­ko­wało też ponad trzy­stu dola­rów na opła­ce­nie podróży. Pró­bo­wa­łem zdo­być przy­naj­mniej pie­nią­dze - w jedyny moż­liwy jesz­cze spo­sób: gra­jąc. Nie miało to sensu, bo gdy­bym nawet wygrał, i tak musiałby się zda­rzyć cud, żeby­śmy dostali się na sta­tek. Ale gdy się ucieka, gdy grozi nie­bez­pie­czeń­stwo i opada zwąt­pie­nie, czło­wiek uczy się wie­rzyć w cuda, w prze­ciw­nym razie by nie prze­żył.

Z sześć­dzie­się­ciu dwóch dola­rów, które nam pozo­stały, prze­gra­łem pięć­dzie­siąt sześć.

Późną nocą na nabrzeżu było dosyć pusto. Po chwili zauwa­ży­łem jed­nak męż­czy­znę, który cho­dził bez celu tam i z powro­tem, aż w końcu zatrzy­mał się i jak ja spo­glą­dał na sta­tek. Uzna­łem, że on także jest jed­nym z wielu roz­bit­ków, i prze­sta­łem zwra­cać na niego uwagę, ale po pew­nym cza­sie poczu­łem, że mnie obser­wuje. Strach przed poli­cją ni­gdy nie opusz­cza ucie­ki­niera, nawet we śnie, nawet gdy nie ma się czego bać - dla­tego natych­miast odwró­ci­łem się ze znu­dzoną miną i wol­nym kro­kiem zaczą­łem się odda­lać jak czło­wiek, który nie musi się oba­wiać niczego.

Wkrótce potem usły­sza­łem, że ktoś za mną idzie. Sze­dłem dalej, nie przy­śpie­sza­jąc, i zasta­na­wia­łem się, jak zawia­do­mić Ruth, gdy­bym został aresz­to­wany. Domy w paste­lo­wych kolo­rach, śpiące na końcu nabrzeża niczym motyle w nocy, były jesz­cze zbyt daleko, żebym nie nara­ża­jąc się na postrzał z broni pal­nej, mógł do nich dobiec i znik­nąć w cia­snych ulicz­kach.

Męż­czy­zna zrów­nał się ze mną i szedł obok. Był tro­chę niż­szy ode mnie.

- Jest pan Niem­cem? - spy­tał po nie­miecku.

Pokrę­ci­łem głową, nie zatrzy­mu­jąc się.

- Austria­kiem?

Nie odpo­wie­dzia­łem. Patrzy­łem na kolo­rowe domy, które zbli­żały się o wiele za wolno. Wie­dzia­łem, że wśród por­tu­gal­skich poli­cjan­tów są i tacy, któ­rzy bar­dzo dobrze mówią po nie­miecku.

- Nie jestem poli­cjan­tem - powie­dział męż­czy­zna.

Nie uwie­rzy­łem mu. Był po cywil­nemu, ale w Euro­pie ład­nych parę razy aresz­to­wali mnie już taj­niacy z żan­dar­me­rii. Wpraw­dzie teraz mia­łem przy sobie doku­menty, i to nie­źle zro­bione w Paryżu przez pew­nego pro­fe­sora mate­ma­tyki z Pragi, nie­mniej były one fał­szywe.

- Widzia­łem, jak przy­glą­dał się pan stat­kowi - pod­jął męż­czy­zna. - Dla­tego pomy­śla­łem...

Zmie­rzy­łem go obo­jęt­nym spoj­rze­niem. Nie wyglą­dał na poli­cjanta, ale i żan­darm, który zatrzy­mał mnie w Bor­de­aux, wzbu­dzał poli­to­wa­nie jak Łazarz po trzech dniach w gro­bie, a oka­zał się naj­bar­dziej bez­li­to­sny ze wszyst­kich. Aresz­to­wał mnie, choć wie­dział, że woj­ska nie­miec­kie powinny wejść do Bor­de­aux już naza­jutrz, i pew­nie byłoby już po mnie, gdyby lito­ściwy dyrek­tor wię­zie­nia nie wypu­ścił mnie parę godzin póź­niej.

- Chciałby pan popły­nąć do Nowego Jorku? - zapy­tał.

Nie odpo­wie­dzia­łem. Od kolo­ro­wych domów dzie­liło mnie jesz­cze tylko dwa­dzie­ścia metrów, tam mógł­bym go powa­lić i uciec, gdyby zaszła taka koniecz­ność.

- Oto dwa bilety na sta­tek, który stoi przy nabrzeżu - powie­dział męż­czy­zna, się­ga­jąc do kie­szeni.

Mignęły mi kartki papieru, ale w nikłym świe­tle nie zdo­ła­łem nic odczy­tać. Tym­cza­sem doszli­śmy tak bli­sko domów, że mogłem zary­zy­ko­wać i się zatrzy­mać.

- Co to wszystko zna­czy? - spy­ta­łem po por­tu­gal­sku. Zna­łem kilka słów w tym języku.

- Może je pan mieć. Ja ich nie potrze­buję.

- Nie potrze­buje pan? Jak mam to rozu­mieć?

- Nie potrze­buję ich już.

Wytrzesz­czy­łem na niego oczy. Nie poj­mo­wa­łem, co ma na myśli. Fak­tycz­nie, chyba nie był poli­cjan­tem. Żeby mnie aresz­to­wać, nie musiałby się wcale ucie­kać do takich wymyśl­nych tri­ków. A jeśli bilety są auten­tyczne, to dla­czego ich nie potrze­buje? I po co mi je pro­po­nuje? Chce mi je sprze­dać? Czu­łem, jak w środku zaczy­nam dygo­tać.

- Nie mogę ich kupić - ode­zwa­łem się w końcu po nie­miecku. - Te bilety są warte mają­tek. Podobno w Lizbo­nie są też bogaci emi­granci, oni zapłacą panu za nie, ile pan zażąda. Źle pan tra­fił, ja nie mam pie­nię­dzy.

- Nie chcę ich sprze­dać.

Znowu spoj­rza­łem na bilety.

- Są auten­tyczne?

Podał mi je bez słowa. Zasze­le­ściły w moich dło­niach. Były praw­dziwe. To, czy będę je miał czy nie, odpo­wia­dało róż­nicy mię­dzy ratun­kiem a zgubą. Nawet jeśli w tej chwili były dla mnie nie­przy­datne, bo nie mie­li­śmy wiz ame­ry­kań­skich, mógł­bym spró­bo­wać wysta­rać się o wizy jesz­cze jutro przed połu­dniem. W osta­tecz­no­ści przy­naj­mniej sprze­dał­bym bilety, a to ozna­cza­łoby prze­dłu­że­nie życia o sześć mie­sięcy. Nie rozu­mia­łem tego czło­wieka.

- Nie rozu­miem pana - powie­dzia­łem.

- Może je pan mieć - odrzekł. - Za darmo. Jutro przed połu­dniem wyjeż­dżam z Lizbony. Mam tylko jeden waru­nek.

Opu­ści­łem ręce. Wie­dzia­łem, że to nie może być prawda.

- Jaki? - zapy­ta­łem.

- Nie chciał­bym być sam tej nocy.

- Chce pan, żebym panu towa­rzy­szył?

- Tak, do jutra rana.

- To wszystko?

- To wszystko.

- Nic wię­cej?

- Nic wię­cej.

Popa­trzy­łem na niego z nie­do­wie­rza­niem. Wpraw­dzie byłem już przy­zwy­cza­jony do tego, że ludzie naszego pokroju cza­sem się zała­mują, że czę­sto nie potra­fią znieść samot­no­ści, że cier­pią na lęk prze­strzeni wła­ściwy ludziom, dla któ­rych ni­gdzie nie ma już miej­sca, i że któ­rejś nocy nawet przy­godny towa­rzysz może uchro­nić czło­wieka przed samo­bój­stwem, ale w takich wypad­kach udzie­le­nie pomocy było czymś oczy­wi­stym i nie miało jakiejś okre­ślo­nej ceny. Zwłasz­cza takiej.

- Gdzie pan mieszka? - spy­ta­łem.

Nie­zna­jomy wyko­nał taki gest, jakby się wzbra­niał.

- Wolał­bym tam nie iść. Nie ma tu jakiejś knajpki, w któ­rej można by jesz­cze posie­dzieć?

- Na pewno jakieś są.

- A lokale dla emi­gran­tów? Coś takiego jak Café de la Rose w Paryżu?

Zna­łem Café de la Rose. Ruth i ja noco­wa­li­śmy tam przez dwa tygo­dnie. Wła­ści­ciel pozwa­lał na to, kiedy zamó­wiło się kawę. Roz­kła­dało się parę gazet i spało na pod­ło­dze. Ni­gdy nie spa­łem na stole, tylko tam: z pod­łogi nie można spaść.

- Nie znam żad­nego - odpar­łem.

Zna­łem taki lokal, ale czło­wieka, który chce ci poda­ro­wać dwa bilety na sta­tek, nie pro­wa­dzi się tam, gdzie ludzie odda­liby za nie oko.

- Znam tutaj tylko jeden lokal - rzekł męż­czy­zna. - Ale możemy spró­bo­wać. Może jest jesz­cze otwarty.

Mach­nął ręką, by przy­wo­łać samotną tak­sówkę, i spoj­rzał na mnie.

- Dobrze - powie­dzia­łem.

Wsie­dli­śmy, podał kie­rowcy adres. Chęt­nie zawia­do­mił­bym jesz­cze Ruth, że nie wrócę na noc, lecz kiedy wsia­dłem do śmier­dzą­cej, ciem­nej tak­sówki, wstą­piła we mnie nagle taka dzika, potworna nadzieja, że nie­mal zakrę­ciło mi się w gło­wie. A może jed­nak to wszystko prawda, może nasze życie wcale się jesz­cze nie skoń­czyło i sta­nie się to, co wyda­wało się nie­moż­liwe - będziemy ura­to­wani. Odrzu­ci­łem wąt­pli­wo­ści i posta­no­wi­łem nie odstę­po­wać nie­zna­jo­mego nawet na chwilę.

Tak­sówka minęła przy­po­mi­na­jący sce­no­gra­fię teatralną Praça do Comer­cio i po pew­nym cza­sie wje­cha­li­śmy w plą­ta­ninę scho­dów i pną­cych się w górę uli­czek. Nie zna­łem tej czę­ści Lizbony; bywa­łem, jak w każ­dym mie­ście, głów­nie w kościo­łach i muze­ach - nie, żebym tak bar­dzo kochał Boga albo sztukę, lecz po pro­stu dla­tego, że w kościo­łach i muze­ach nie pytano nikogo o doku­menty. Wobec Ukrzy­żo­wa­nego i mistrzów pędzla czy dłuta byłem jesz­cze czło­wie­kiem - a nie jakimś indy­wi­duum na podej­rza­nych papie­rach.

Wysie­dli­śmy z tak­sówki i zaczę­li­śmy wspi­nać się po scho­dach i krę­tych ulicz­kach, które wypeł­niała woń ryb, czosnku, noc­nych kwia­tów, mar­twego słońca i snu. W bla­sku wscho­dzą­cego gdzieś z boku księ­życa wyra­stał spo­śród noc­nych ciem­no­ści zamek S?o Jorge, a po licz­nych scho­dach spły­wało kaska­dami świa­tło. Odwró­ci­łem się i popa­trzy­łem z góry na port. W dole pły­nęła rzeka, a rzeka to wol­ność, rzeka to życie - ucho­dziła do morza, a morze ozna­czało Ame­rykę.

Zatrzy­ma­łem się.

- Mam nadzieję, że nie żar­tuje pan ze mnie - powie­dzia­łem.

- Nie - odparł nie­zna­jomy.

- Mam na myśli bilety na sta­tek.

Jesz­cze na nabrzeżu scho­wał je z powro­tem do kie­szeni.

- Nie - powtó­rzył męż­czy­zna - ja nie żar­tuję. - Wska­zał na mały plac obsa­dzony drze­wami. - Tam wła­śnie jest lokal, o któ­rym mówi­łem. Jesz­cze otwarty. Bywają w nim pra­wie wyłącz­nie cudzo­ziemcy. Wezmą nas tam za ludzi, któ­rzy jutro wyjeż­dżają. Za takich, co przy­szli uczcić ostat­nią noc w Por­tu­ga­lii, a jutro wejdą na sta­tek.

Na ów lokal skła­dał się bar, nie­wielki czwo­ro­kątny par­kiet do tańca i taras - typowa knajpka urzą­dzona z myślą o tury­stach. Sły­chać było gitarę, a w głębi ujrze­li­śmy śpie­waczkę fado. Kilka sto­li­ków na tara­sie obsie­dli cudzo­ziemcy, wśród nich kobieta w sukni wie­czo­ro­wej i męż­czy­zna w bia­łym smo­kingu. Zna­leź­li­śmy wolny sto­lik na skraju tarasu, skąd mogli­śmy patrzeć z góry na Lizbonę, na blado jaśnie­jące kościoły, oświe­tlone ulice, port, doki i sta­tek, który był arką.

- Wie­rzy pan w dal­sze życie po śmierci? - spy­tał męż­czy­zna z bile­tami.

Pod­nio­słem wzrok. Wszyst­kiego bym się spo­dzie­wał, tylko nie tego. Pyta­nie zupeł­nie mnie zasko­czyło.

- Nie wiem - odpo­wie­dzia­łem w końcu. - Ostat­nimi laty za bar­dzo mnie zaprzą­tało dal­sze życie przed śmier­cią. Kiedy wylą­duję w Ame­ryce, chęt­nie będę się nad tym zasta­na­wiał - doda­łem, aby mu przy­po­mnieć, że obie­cał mi bilety.

- Ja nie wie­rzę - oznaj­mił.

Ode­tchną­łem z ulgą. Gotów byłem wysłu­chać czło­wieka nie­szczę­śli­wego, ale nie mia­łem ochoty z nim dys­ku­to­wać. Zbyt wiele mnie roz­pra­szało. Tam w dole stał sta­tek.

Męż­czy­zna sie­dział przez jakiś czas nie­ru­chomo, jakby spał z otwar­tymi oczami. Ock­nął się po chwili, gdy na taras wyszedł gita­rzy­sta.

- Nazy­wam się Schwarz - zaczął. - Nie jest to moje praw­dziwe nazwi­sko. To nazwi­sko, które wid­nieje w moim pasz­por­cie, ale przy­zwy­cza­iłem się do niego i na dzi­siej­szą noc jesz­cze wystar­czy. Długo pan był we Fran­cji?

- Jak długo się dało.

- Inter­no­wany?

- Kiedy wybu­chła wojna. Jak wszy­scy inni.

Poki­wał głową.

- My też. Byłem szczę­śliwy - rzu­cił nagle cichym gło­sem. Spu­ścił głowę i nie patrzył na mnie. - Byłem bar­dzo szczę­śliwy. Bar­dziej, niż kie­dy­kol­wiek sądzi­łem, że mógł­bym być.

Popa­trzy­łem na niego zasko­czony. Doprawdy, nie wyglą­dał na takiego. Spra­wiał wra­że­nie prze­cięt­niaka, w dodatku tro­chę nie­śmia­łego.

- Kiedy? - zapy­ta­łem. - Czyżby w obo­zie?

- Ostat­niego lata.

- W trzy­dzie­stym dzie­wią­tym? We Fran­cji?

- Tak, ostat­niego lata przed wojną. Do dziś nie poj­muję, jak to się stało. Dla­tego muszę z kimś o tym poroz­ma­wiać. Nie znam tu nikogo. Kiedy z kimś poroz­ma­wiam, wszystko to ożyje w mojej pamięci i będzie dla mnie zupeł­nie jasne. I pozo­sta­nie. Muszę tylko jesz­cze raz... - Urwał. - Rozu­mie pan? - zapy­tał po chwili.

- Tak - odpo­wie­dzia­łem. - To wcale nie tak trudno zro­zu­mieć, panie Schwarz - doda­łem ostroż­nie.

- Tego w ogóle nie da się zro­zu­mieć! - zapro­te­sto­wał nagle, gwał­tow­nie i namięt­nie. - Ona tam leży w pokoju z poza­my­ka­nymi oknami, w ohyd­nej drew­nia­nej trum­nie, mar­twa, nie ma jej już! Kto potrafi to zro­zu­mieć? Nikt! Ani pan, ani ja, nikt, a kto mówi, że rozu­mie, ten kła­mie!

Nie odzy­wa­łem się, cze­ka­łem. Nie­je­den raz sie­dzia­łem już tak z dru­gim czło­wie­kiem. Stratę trud­niej prze­bo­leć, kiedy nie ma się wła­snego kraju. Czło­wiek nie ma wtedy w niczym opar­cia, a obczy­zna jest okrop­nie obca. Prze­ży­łem coś takiego w Szwaj­ca­rii, kiedy dosta­łem wia­do­mość, że moich rodzi­ców zabito i spa­lono w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w Niem­czech. Cały czas mia­łem w pamięci oczy matki w pło­mie­niach pieca kre­ma­to­ryj­nego. Obraz ten prze­śla­do­wał mnie do dzi­siaj.

- Przy­pusz­czam, że wie pan, co to jest syn­drom emi­gra­cyjny - rzekł Schwarz spo­koj­niej­szym tonem.

Ski­ną­łem głową. Kel­ner przy­niósł pół­mi­sek gar­neli. Nagle poczu­łem, że jestem bar­dzo głodny, i przy­po­mnia­łem sobie, że od połu­dnia nie mia­łem nic w ustach. Z waha­niem popa­trzy­łem na Schwa­rza.

- Pro­szę jeść - powie­dział. - Zacze­kam.

Zamó­wił wino i papie­rosy. Jadłem szybko. Kre­wetki były świeże i pach­niały ape­tycz­nie.

- Prze­pra­szam - ode­zwa­łem się - ale jestem bar­dzo głodny.

Jedząc, obser­wo­wa­łem Schwa­rza. Sie­dział spo­koj­nie i patrzył na leżące w dole mia­sto, które przy­po­mi­nało teatralną deko­ra­cję. Nie wyda­wał się znie­cier­pli­wiony ani roz­draż­niony. Poczu­łem do niego jakby cień sym­pa­tii. Wyglą­dał na kogoś, kto skoń­czył z fał­szywą przy­zwo­ito­ścią i wie, że można być głod­nym i jeść, gdy obok cierpi inny czło­wiek, i wcale nie musi to świad­czyć o braku współ­czu­cia. Jeśli nie można nic zro­bić dla dru­giego czło­wieka, rów­nie dobrze jest jeść jego chleb, dopóki ktoś nie odej­mie go nam od ust. Ni­gdy prze­cież nie wia­domo, kiedy to nastąpi.

Odsu­ną­łem talerz i wzią­łem papie­rosa. Dawno nie pali­łem. Oszczę­dza­łem, by mieć dzi­siaj tro­chę wię­cej pie­nię­dzy na grę.

- Ten syn­drom dopadł mnie wio­sną trzy­dzie­stego dzie­wią­tego - zaczął Schwarz. - Od ponad pię­ciu lat byłem emi­gran­tem. Gdzie pan był jesie­nią trzy­dzie­stego ósmego?

- W Paryżu.

- Ja też. Wła­śnie wtedy się pod­da­łem. To był okres przed ukła­dem mona­chij­skim. Powolne kona­nie ze stra­chu. Co prawda ukry­wa­łem się jesz­cze i odru­chowo bro­ni­łem, ale odcią­łem się od świata. Będzie wojna, przyjdą Niemcy i mnie zabiorą, myśla­łem. Taki mój los. Pogo­dzi­łem się z tym.

Poki­wa­łem głową.

- To był okres samo­bójstw. Dziwne, pół­tora roku póź­niej, kiedy Niemcy rze­czy­wi­ście przy­szli, samo­bójstw było mniej.

- A potem zawarto układ mona­chij­ski - pod­jął znowu Schwarz. - Tej jesieni trzy­dzie­stego ósmego nagle poda­ro­wano nam życie na nowo! Czło­wie­kowi było tak lekko na duszy, że zapo­mi­nał o ostroż­no­ści. W Paryżu nawet po raz drugi zakwi­tły kasz­tany, pamięta pan? Sta­łem się do tego stop­nia lek­ko­myślny, że czu­łem się jak czło­wiek i nie­stety tak się też zacho­wy­wa­łem. Zła­pała mnie poli­cja i za powtórny nie­le­galny wjazd do Fran­cji dosta­łem cztery tygo­dnie wię­zie­nia. A potem zabawa zaczęła się od nowa. Fran­cuzi odsta­wili mnie na gra­nicę w pobliżu Bazy­lei, Szwaj­ca­rzy ode­słali z powro­tem, Fran­cuzi wyda­lili mnie w innym miej­scu, znowu zosta­łem aresz­to­wany... Zna pan tę zabawę, to prze­sta­wia­nie ludzi jak pionki na sza­chow­nicy...

- Znam ją. Ale zimą nie było żar­tów. W szwaj­car­skich wię­zie­niach mie­li­śmy naj­le­piej. Cie­pło jak w hotelu.

Znowu zabra­łem się do gar­neli. Nie­przy­jemne wspo­mnie­nia mają jedną dobrą stronę: prze­ko­nują czło­wieka, że jest szczę­śliwy, choć jesz­cze przed chwilą nie był. Szczę­ście to kwe­stia porów­na­nia. Kto opa­no­wał tę sztukę, rzadko bywa zupeł­nie nieszczę­śliwy. Byłem szczę­śliwy w szwaj­car­skich wię­zie­niach, bo nie były to wię­zie­nia nie­miec­kie. Ale oto sie­dział przede mną czło­wiek, który twier­dził, że szczę­ście mu sprzyja, choć gdzieś w Lizbo­nie w nie­wie­trzo­nym pokoju stoi drew­niana trumna.

- Gdy wypusz­czali mnie ostat­nio, zapo­wie­dzieli mi, że zostanę ode­słany do Nie­miec, jeśli jesz­cze raz zła­pią mnie bez doku­men­tów. To była tylko groźba, ale się prze­stra­szy­łem. Zaczą­łem się zasta­na­wiać, co powi­nie­nem zro­bić, gdyby rze­czy­wi­ście do tego doszło. A potem śniło mi się po nocach, że jestem w Niem­czech i SS dep­cze mi po pię­tach. Śniło mi się to tak czę­sto, że w końcu bałem się zasnąć. Zna pan też coś takiego?

- Mógł­bym napi­sać na ten temat pracę dok­tor­ską - odpo­wie­dzia­łem. - Nie­stety.

- Pew­nej nocy śniło mi się, że jestem w Osnabrück, gdzie daw­niej miesz­ka­łem i gdzie wciąż miesz­kała moja żona. Sta­łem w jej pokoju i widzia­łem, że jest chora. Była bar­dzo wychu­dzona i pła­kała. Obu­dzi­łem się prze­ra­żony. Nie widzia­łem jej od prze­szło pię­ciu lat i nie mia­łem od niej żad­nych wia­do­mo­ści. Ani razu zresztą nie napi­sa­łem do niej, bo się oba­wia­łem, że jej kore­spon­den­cja jest kon­tro­lo­wana. Nim ucie­kłem, obie­cała mi, że się ze mną roz­wie­dzie. Miało to jej oszczę­dzić kło­po­tów. Przez kilka lat wie­rzy­łem zresztą, że to zro­biła.

Schwarz zamilkł. Nie pyta­łem go, dla­czego wyje­chał z Nie­miec. Miał po temu dość powo­dów. Żaden nie wyda­wał mi się jed­nak cie­kawy, gdyż wszyst­kie były nie­ade­kwatne. Nie­cie­kawa jest rola ofiary. Albo był Żydem, albo nale­żał do par­tii poli­tycz­nej opo­zy­cyj­nej wobec reżimu, albo miał wro­gów, któ­rzy stali się nagle wpły­wo­wymi oso­bi­sto­ściami - w Niem­czech było aż nadto powo­dów, żeby wsa­dzić kogoś do obozu kon­cen­tra­cyj­nego lub zabić.

- Udało mi się dostać znowu do Paryża - pod­jął po chwili Schwarz - ale ten sen mnie nie opusz­czał. Poja­wił się ponow­nie. W tym samym cza­sie pry­sła także ilu­zja układu mona­chij­skiego. Wio­sną wia­domo już było, że na pewno doj­dzie do wojny. Czuć ją było w powie­trzu, tak jak czu­jemy woń spa­le­ni­zny, na długo nim zoba­czymy pożar. Tylko bez­silna dyplo­ma­cja świa­towa zasła­niała sobie oczy i roiła o dru­gim i trze­cim Mona­chium, o wszyst­kim, tylko nie o woj­nie. Takiej wiary w cuda ni­gdy nie było tyle, ile w naszych cza­sach, w któ­rych nie zda­rzają się one wcale.

- Zda­rzają się jesz­cze - odpar­łem. - W prze­ciw­nym razie nas wszyst­kich też nie byłoby już wśród żywych.

Schwarz ski­nął głową.

- Ma pan rację. Nie­któ­rym się przy­tra­fiają. Ja sam prze­ży­łem taki cud. Wszystko zaczęło się w Paryżu. Nie­spo­dzie­wa­nie odzie­dzi­czy­łem ważny pasz­port. Wła­śnie ten, na nazwi­sko Schwarz. Nale­żał do pew­nego Austriaka, z któ­rym pozna­łem się bli­żej w Café de la Rose. Ten czło­wiek zmarł, pozo­sta­wia­jąc mi pasz­port i pie­nią­dze. Przy­je­chał do Paryża zale­d­wie trzy mie­siące wcze­śniej. Pierw­szy raz spo­tka­li­śmy się w Luw­rze, przed obra­zami impre­sjo­ni­stów. Spę­dza­łem tam wtedy całe popo­łu­dnia, żeby się uspo­koić. Kiedy czło­wiek stał przed tymi prze­sy­co­nymi słoń­cem, cichymi pej­za­żami, nie wie­rzył, że pewna rasa zwie­rząt, która potra­fiła stwo­rzyć coś takiego, może się szy­ko­wać do mor­der­czej wojny. Ilu­zja ta na jakąś godzinę obni­żała tro­chę ciśnie­nie krwi.

Czło­wiek z pasz­por­tem na nazwi­sko Schwarz sie­dział czę­sto przed nenu­fa­rami i kate­drami Moneta. Wda­li­śmy się w roz­mowę i od słowa do słowa opo­wie­dział mi, że po prze­ję­ciu wła­dzy przez faszy­stów udało mu się legal­nie opu­ścić Austrię za cenę rezy­gna­cji z majątku. Mają­tek ten, zare­kwi­ro­wany przez pań­stwo, sta­no­wiła kolek­cja dzieł impre­sjo­ni­stów. Nie żało­wał jej. Mówił, że dopóki w muze­ach wysta­wiają obrazy, będzie mógł je oglą­dać jak wła­sne, nie mar­twiąc się, że padną ofiarą pożaru czy kra­dzieży. Poza tym w muze­ach fran­cu­skich były płótna znacz­nie lep­sze od tych, które posia­dał. Nie był już przy­wią­zany do swo­jej nie­wiel­kiej kolek­cji jak ojciec do rodziny, nie musiał już fawo­ry­zo­wać swo­ich obra­zów i ule­gać ich wpły­wom, zamiast tego nale­żały do niego wszyst­kie dzieła w zbio­rach publicz­nych i nie musiał w tym celu nic robić. Dziwny to był czło­wiek: cichy, łagodny i pogodny, cho­ciaż tyle prze­żył. Nie pozwo­lono mu zabrać pra­wie żad­nych pie­nię­dzy, lecz ura­to­wał pewną liczbę sta­rych znacz­ków pocz­to­wych. Znaczki łatwiej ukryć niż bry­lanty, bo są od nich mniej­sze. Czło­wiekowi nie­ła­two cho­dzić w butach, w któ­rych ukrył dia­menty, zwłasz­cza kiedy pro­wa­dzą go na prze­słu­cha­nie. Nie da się też ich sprze­dać bez dużych strat i wielu pytań. Znaczki kupują kolek­cjo­ne­rzy, a oni nie pytają wiele.

- Jak je wywiózł? - zapy­ta­łem z zain­te­re­so­wa­niem wła­ści­wym każ­demu emi­gran­towi.

- Wziął ze sobą jakieś stare listy bez żad­nego zna­cze­nia, a znaczki powsa­dzał do kopert mię­dzy bibułkę i papier. Cel­nicy spraw­dzali listy, nie koperty.

- Dobry pomysł - przy­zna­łem.

- Oprócz tego udało mu się prze­my­cić dwie małe prace Ingres'a. Por­trety ołów­kowe. Opra­wił je w sze­ro­kie passe-par­tout i tan­detne zło­cone ramy i utrzy­my­wał, że to por­trety jego rodzi­ców. Pod passe-par­tout tak umie­jęt­nie pod­kleił dwa rysunki Degasa, że nie było ich widać.

- Dobry pomysł - pochwa­li­łem ponow­nie.

- W kwiet­niu miał zawał serca. To wtedy dał mi swój pasz­port, znaczki, które mu pozo­stały, i rysunki. A także adresy ludzi, któ­rych powinno inte­re­so­wać kupno znacz­ków. Następ­nego ranka, kiedy zaj­rza­łem do niego, leżał mar­twy w łóżku. Ledwo go pozna­łem, tak bar­dzo zmie­niła go cisza. Zabra­łem pie­nią­dze, jakie jesz­cze miał, gar­ni­tur i tro­chę bie­li­zny. Poprzed­niego dnia nale­gał, żebym to zro­bił: lepiej, żeby dostały się towa­rzy­szom nie­doli niż wła­ści­cie­lowi miesz­ka­nia.

- Zmie­nił pan coś w pasz­por­cie? - zapy­ta­łem.

- Tylko zdję­cie i rok uro­dze­nia. Schwarz był ode mnie star­szy o dwa­dzie­ścia pięć lat. Imię nosi­li­śmy to samo.

- Kto panu to zro­bił? Brünner?

- Ktoś z Mona­chium.

- To był Brünner, mistrz w tym fachu.

Brünner był znany jako świetny fał­szerz. Pomógł wielu ludziom, ale sam nie miał żad­nego doku­mentu, kiedy go zła­pano. Był prze­sądny, wie­rzył, że jest uczciwy i pomaga ludziom w potrze­bie, toteż nie przy­trafi mu się nic złego, dopóki sam nie sko­rzy­sta z wła­snych umie­jęt­no­ści. Zanim wyemi­gro­wał, miał nie­wielką dru­kar­nię w Mona­chium.

- Gdzie jest teraz? - zapy­ta­łem.

- A nie ma go w Lizbo­nie?

Nie wie­dzia­łem. Ale moż­liwe, że wła­śnie tu prze­by­wał, jeśli jesz­cze żył.

- Dziw­nie się czu­łem z tym pasz­por­tem w gar­ści - oświad­czył Schwarz II. - Nie mia­łem odwagi z niego korzy­stać. Tak czy owak, upły­nęło parę dni, zanim przy­zwy­cza­iłem się do nowego nazwi­ska. Wciąż powta­rza­łem je sobie na głos. Sze­dłem przez Champs Elysées i mru­cza­łem pod nosem swoje nowe nazwi­sko i nową datę uro­dze­nia. Sie­dzia­łem w muzeum przed Reno­irem i jeśli byłem sam, wypo­wia­da­łem szep­tem wyima­gi­no­wany dia­log. "Schwarz!" - woła­łem ostrym tonem, po czym natych­miast zry­wa­łem się z miej­sca i odpo­wia­da­łem: "Jestem!" Albo rzu­ca­łem chra­pli­wie: "Nazwi­sko!" i w następ­nej chwili recy­to­wa­łem auto­ma­tycz­nie: "Josef Schwarz, uro­dzony w Wie­ner Neu­stadt 22 czerwca 1898 roku". Tre­no­wa­łem nawet wie­czo­rami przed pój­ściem do łóżka. Nie chcia­łem jakiejś nocy, zbu­dzony przez poli­cjanta, powie­dzieć w pół­śnie tego, co nie należy. Chcia­łem wyma­zać z pamięci swoje poprzed­nie nazwi­sko. Nie mieć pasz­portu a mieć fał­szywy to duża róż­nica. To dru­gie jest nie­bez­piecz­niej­sze.

Sprze­da­łem oba rysunki Ingres'a. Dosta­łem za nie mniej, niż się spo­dzie­wa­łem, lecz nagle mia­łem pie­nią­dze, i to tyle, ile od dawna już nie widzia­łem.

I wtedy pew­nej nocy przy­szła mi do głowy myśl, od któ­rej nie potra­fi­łem się już uwol­nić. Czy legi­ty­mu­jąc się tym pasz­por­tem, nie mógł­bym poje­chać do Nie­miec? Był prze­cież pra­wie auten­tyczny, więc dla­czego ktoś na gra­nicy miałby coś podej­rze­wać? Mógł­bym zoba­czyć się z żoną. Mógł­bym uci­szyć lęk o jej życie. Mógł­bym... - Schwarz popa­trzył na mnie. - Na pewno pan to zna! Syn­drom emi­gra­cyjny w naj­czyst­szej postaci. Ści­ska­nie w żołądku, w gar­dle i gdzieś za oczami, w głębi czaszki. Oto coś, co przez pięć lat usi­ło­wało się zadep­tać, o czym pró­bo­wało się zapo­mnieć, czego uni­kało się jak zarazy, ożywa znowu: zabój­cze wspo­mnie­nie, rak toczący duszę emi­granta!

Pró­bo­wa­łem się od tego uwol­nić - cią­gnął. - Jak daw­niej cho­dzi­łem do muzeów i prze­sia­dy­wa­łem godzi­nami przed obra­zami tchną­cymi poko­jem i ciszą, przed Sisley­ami, Pis­sar­rami i Reno­irami - lecz teraz sku­tek był odwrotny. Obrazy te prze­stały mnie uspo­ka­jać i zaczęły nawo­ły­wać, żądać, przy­po­mi­nać: o kraju nie­spu­sto­szo­nym jesz­cze przez bru­natną zarazę, o wie­czo­rach spę­dza­nych w ulicz­kach z bzem zwi­sa­ją­cym z murów, o zło­tym zmierz­chu sta­rego mia­sta, o jego wie­żach kościel­nych, wokół któ­rych krą­żyły jaskółki - i o mojej żonie.

Jestem czło­wie­kiem prze­cięt­nym, nie mam żad­nych szcze­gól­nych wła­ści­wo­ści. Przez cztery lata wie­dli­śmy z żoną zwy­czajne życie: przy­jemne, bez trud­no­ści, ale także bez jakiejś wiel­kiej pasji. Po kilku pierw­szych mie­sią­cach nasz zwią­zek stał się tym, co nazy­wane bywa zwy­kle uda­nym mał­żeń­stwem, związ­kiem dwojga ludzi, któ­rzy akcep­tują zasadę, że wza­jemna wyro­zu­mia­łość sta­nowi pod­stawę har­mo­nij­nego współ­ży­cia. Nie bra­ko­wało nam marzeń. Tak przy­naj­mniej nam się wyda­wało. Byli­śmy roz­sąd­nymi ludźmi. Odno­si­li­śmy się do sie­bie z wielką ser­decz­no­ścią.

Teraz widzia­łem to wszystko z innej per­spek­tywy. Zaczą­łem robić sobie wyrzuty, że moje mał­żeń­stwo było takie prze­ciętne. Wszystko zanie­dba­łem. Po co żyłem? Co teraz robię? Zaszy­łem się tu i wege­tuję. Jak długo to jesz­cze potrwa? I jak się skoń­czy? Nadej­dzie wojna, w któ­rej Niemcy muszą zwy­cię­żyć. Był to jedyny kraj w pełni do niej gotowy. I co się wtedy sta­nie? Gdzie się ukryję, jeśli w ogóle będę miał jesz­cze czas i wolę prze­trwa­nia? W któ­rym obo­zie umrę z głodu? Przy któ­rym murze zostanę zabity strza­łem w tył głowy, jeśli będę miał szczę­ście?

Pasz­port, który miał mi przy­nieść spo­kój, popy­chał mnie tylko do roz­pa­czy. Cho­dzi­łem po uli­cach tak długo, aż pada­łem z wyczer­pa­nia. Nie mogłem jed­nak spać, a jeśli zasy­pia­łem, budziły mnie zaraz kosz­mary. Widzia­łem swoją żonę w lochach gestapo, sły­sza­łem, jak z podwó­rza na tyłach hotelu wzywa pomocy, a pew­nego dnia, gdy wsze­dłem do Café de la Rose, wyda­wało mi się, że widzę jej twarz w lustrze obok drzwi: na moment odwró­ciła się do mnie - blada, o smut­nych oczach - a potem znik­nęła. Widzia­łem ją tak wyraź­nie, że uzna­łem, iż jest tam naprawdę, więc pobie­głem w głąb sali. Jak zawsze, sie­działo tam pełno ludzi, ale jej wśród nich nie było.

Na kilka następ­nych dni prze­ro­dziło się to w idée fixe, że ona przy­je­chała tu, do Paryża, i mnie szuka. Widy­wa­łem ją setki razy: zni­kała za rogiem ulicy, sie­działa na ławce w Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim, ale gdy pod­cho­dzi­łem, obra­cały się ku mnie zdzi­wione, obce twa­rze. Innym razem prze­szła przez Place de la Con­corde tuż przed stru­mie­niem rusza­ją­cych wła­śnie pojaz­dów. Teraz to naprawdę była ona - jej chód, wła­ściwy jej spo­sób trzy­ma­nia ramion, wyda­wało mi się nawet, że poznaję jej sukienkę, ale gdy kie­ru­jący ruchem poli­cjant zatrzy­mał wresz­cie wąż samo­cho­dów i mogłem pognać za nią, znik­nęła, pochło­nęła ją czarna cze­luść wej­ścia do sta­cji metra. Gdy dotar­łem na pod­ziemny peron, zdą­ży­łem tylko doj­rzeć w ciem­no­ści, niczym znak szy­der­stwa, tylne świa­tła odjeż­dża­ją­cego pociągu.

Zwie­rzy­łem się jed­nemu ze zna­jo­mych. Nazy­wał się Löser i han­dlo­wał poń­czo­chami, daw­niej był leka­rzem we Wro­cła­wiu.

Pora­dził mi, żebym mniej prze­by­wał sam. "Niech pan sobie znaj­dzie jakąś kobietę", powie­dział. Nic nie pomo­gło. Nie są panu obce te zna­jo­mo­ści, do któ­rych popy­cha nędza, samot­ność, strach, te ucieczki do odro­biny cie­pła, czy­je­goś głosu, czy­je­goś ciała - te prze­bu­dze­nia w nędz­nym poko­iku w obcym kraju, jakby strą­cono czło­wieka w prze­paść, i gorzka wdzięcz­ność za oddech kogoś dru­giego obok sie­bie. Cóż to jed­nak jest wobec nie­po­ha­mo­wa­nej wyobraźni, która żywi się krwią i spra­wia, że czło­wiek budzi się rano, brzy­dząc się sobą po tym, co zro­bił?

Kiedy teraz mówię o tym wszyst­kim, wydaje się to nie­do­rzeczne i pełne sprzecz­no­ści; wtedy tak nie myśla­łem. Z tych wszyst­kich wewnętrz­nych zma­gań wycho­dził zawsze zwy­cię­sko jeden pew­nik: muszę tam wró­cić. Muszę jesz­cze zoba­czyć żonę. Moż­liwe, że od dawna żyje z kimś innym. Było mi to obo­jętne. Musia­łem ją zoba­czyć. Wyda­wało mi się, że to abso­lut­nie logiczne.

Coraz wię­cej się mówiło o nad­cią­ga­ją­cej woj­nie. Dla każ­dego było jasne, że Hitler, który bar­dzo szybko zła­mał obiet­nicę i zajął nie tylko Sudety, ale i całą Cze­cho­sło­wa­cję, chce teraz zro­bić to samo z Pol­ską. Wojna musiała wybuch­nąć. Soju­sze Fran­cji i Anglii z Pol­ską spra­wiły, że nie było innej moż­li­wo­ści. I nie była to już kwe­stia mie­sięcy, lecz jedy­nie tygo­dni. Także dla mnie. Dla mojego życia. Musia­łem pod­jąć decy­zję i zro­bi­łem to. Posta­no­wi­łem wyje­chać do Nie­miec. Nie wie­dzia­łem, co będzie potem. Było mi to zresztą obo­jętne. Jeśli wybuch­nie wojna, myśla­łem, tak czy owak będę zgu­biony. Rów­nie dobrze mogę zro­bić coś sza­lo­nego.

W tych ostat­nich dniach ogar­nął mnie dziw­nie rado­sny nastrój. Był maj, rabaty przy Rond Point w La Cha­pelle mie­niły się od tuli­pa­nów. Wcze­sne wie­czory miały już w sobie coś ze srebr­nego świa­tła płó­cien impre­sjo­ni­stów: wszę­dzie snuły się nie­bie­skie cie­nie, a wysoko w górze, za zim­nym świa­tłem pierw­szych gazo­wych latarni i nie­spo­koj­nymi, czer­wo­nymi wstę­gami świetl­nych napi­sów cią­gną­cymi się wzdłuż dachów redak­cji gazet, wzno­siło się jasno­zie­lone niebo. Każ­demu, kto potra­fił czy­tać, te napisy zwia­sto­wały wojnę.

Naj­pierw poje­cha­łem do Szwaj­ca­rii. Nie mia­łem jesz­cze zaufa­nia do swo­jego pasz­portu, więc chcia­łem go wypró­bo­wać na nie­groź­nym tere­nie. Fran­cu­ski cel­nik oddał mi doku­ment z obo­jęt­nym wyra­zem twa­rzy, tego się zresztą spo­dzie­wa­łem. Z wyjaz­dem bywają trud­no­ści tylko w kra­jach, gdzie panuje dyk­ta­tura. Ale gdy przy­szedł szwaj­car­ski urzęd­nik, poczu­łem, jak coś się we mnie kur­czy. Sie­dzia­łem wpraw­dzie naj­spo­koj­niej, jak potra­fi­łem, lecz wyda­wało mi się, że brzegi moich płuc trze­po­czą z sza­loną szyb­ko­ścią, podob­nie jak cza­sem liść na drze­wie w bez­wietrzną pogodę.

Cel­nik oglą­dał pasz­port. Był to potężny, bar­czy­sty męż­czy­zna, od któ­rego zala­ty­wało dymem faj­ko­wym. Masyw­nym ciel­skiem zasło­nił okno prze­działu. Na chwilę ogar­nął mnie nie­po­kój, prze­stra­szy­łem się, że wraz z wido­kiem nieba pozba­wia mnie wol­no­ści - jakby prze­dział był już wię­zienną celą. W końcu Szwaj­car oddał mi pasz­port.

- Zapo­mniał pan pod­stem­plo­wać - rzu­ci­łem mimo woli w odru­chu ulgi.

Urzęd­nik uśmiech­nął się.

- Zaraz panu pod­stem­pluję. Tak panu na tym zależy?

- Nie tak bar­dzo, ale będę miał swego rodzaju pamiątkę z podróży.

Przy­bił pie­czątkę w pasz­por­cie i wyszedł. Zagry­złem wargi. Ależ się zro­bi­łem ner­wowy! Póź­niej uświa­do­mi­łem sobie, że ostem­plo­wany pasz­port wygląda tro­chę bar­dziej auten­tycz­nie.

W Szwaj­ca­rii zasta­na­wia­łem się przez dzień, czy do Nie­miec także powi­nie­nem jechać pocią­giem, ale nie mia­łem odwagi. Nie wie­dzia­łem też, czy osoby powra­ca­jące do kraju, nawet pocho­dzące z daw­nej Austrii, nie są rewi­do­wane bar­dziej szcze­gó­łowo. Praw­do­po­dob­nie nie, posta­no­wi­łem jed­nak pójść przez zie­loną gra­nicę.

W Zury­chu uda­łem się więc naj­pierw, jak daw­niej, na główną pocztę. Przy okienku poste restante naj­ła­twiej spo­tkać zna­jo­mych - takich samych tuła­czy bez prawa pobytu, któ­rzy mogą udzie­lić róż­nych infor­ma­cji. Stam­tąd posze­dłem do Café Greif, która była cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem Café de la Rose. Tam spo­tka­łem róż­nych ludzi prze­pro­wa­dza­ją­cych nie­le­gal­nie przez gra­nicę, ale nikogo, kto by znał dokład­nie przej­ścia do Nie­miec. To zro­zu­miałe. Kto, oprócz mnie, chciałby się pchać do Nie­miec? Zauwa­ży­łem, że ci ludzie zer­kają na mnie podejrz­li­wie, a gdy się zorien­to­wali, że poważ­nie noszę się z takim zamia­rem, zaczęli mnie uni­kać. Ktoś, kto chciał wra­cać, musiał być odszcze­pień­cem, bo skoro tego chciał, akcep­to­wał też pew­nie reżim! A do czego jesz­cze byłby gotów taki czło­wiek? Kogo by zdra­dził? Kogo by zdra­dził?

Nagle zosta­łem sam. Uni­kano mnie jak mor­dercy. Nie mogłem też niczego wyja­śnić: samemu robiło mi się cza­sami gorąco i pot mnie oble­wał ze stra­chu, gdy pomy­śla­łem, co zamie­rzam. A jak miał­bym wytłu­ma­czyć to innym?

Trze­ciego dnia o szó­stej rano przy­szła po mnie poli­cja. Wycią­gnęli mnie z łóżka, zasy­pali szcze­gó­ło­wymi pyta­niami. Od razu się zorien­to­wa­łem, że zade­nun­cjo­wał mnie jeden ze zna­jo­mych. Nie­uf­nie obej­rzeli mój pasz­port i zabrali mnie na prze­słu­cha­nie. Teraz oka­zało się, jakie to szczę­ście, że pasz­port był ostem­plo­wany. Dzięki temu mogłem udo­wod­nić, że wje­cha­łem legal­nie do Szwaj­ca­rii i dopiero od trzech dni prze­by­wam w tym kraju. Pamię­tam dokład­nie ten wcze­sny pora­nek, gdy sze­dłem uli­cami w asy­ście poli­cjanta. Dzień był pogodny, wieże i dachy domów odci­nały się wyraź­nie na tle nieba, jakby wykro­jone z metalu. Z mija­nej pie­karni dobie­gał zapach cie­płego chleba, wyda­wało się, że w tym zapa­chu sku­pia się cała pocie­cha świata. Zna pan to uczu­cie?

Ski­ną­łem głową.

- Świat ni­gdy nie wydaje się pięk­niej­szy niż w chwili aresz­to­wa­nia. W chwili, gdy czło­wiek musi go opu­ścić. Gdyby tak zawsze można go było widzieć! Może mamy na to za mało czasu. Za mało spo­koju. - Schwarz pokrę­cił głową. - Nie, to nie ma nic wspól­nego ze spo­ko­jem. Tak to wtedy odczu­wa­łem.

- I potra­fił pan zacho­wać to odczu­cie? - zapy­ta­łem.

- Nie wiem - odparł powoli. - Wła­śnie to muszę usta­lić. Wymknęło mi się z rąk, ale gdy je trzy­ma­łem, czy było pełne? Czy nie mógł­bym go teraz odzy­skać, w całej jego sile, i zacho­wać na zawsze? Teraz, kiedy się już nie zmieni? Czy nie tra­cimy cią­gle cze­goś, co - jak sądzimy - trzy­mamy w gar­ści, tylko dla­tego, że to się rusza? A zatrzy­muje się dopiero wtedy, gdy go już nie ma lub gdy nie może się już zmie­nić? Czy nie należy do nas dopiero wtedy?

Wpa­try­wał się we mnie nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Po raz pierw­szy patrzył mi pro­sto w oczy. Źre­nice miał roz­sze­rzone. Fana­tyk albo sza­le­niec, pomy­śla­łem nagle.

- Ni­gdy nie mia­łem takiego odczu­cia - powie­dzia­łem. - Ale czy każdy nie pró­buje? Utrzy­mać tego, czego nie da się utrzy­mać? I roz­stać się z czymś, co nie chce się z nim roz­stać?

Od sąsied­niego sto­lika wstała kobieta w sukni wie­czo­ro­wej i zaczęła spo­glą­dać z tarasu na mia­sto i port w dole.

- Kocha­nie, dla­czego musimy wra­cać? - zwró­ciła się do męż­czy­zny w bia­łym smo­kingu. - Tak bym chciała, żeby­śmy mogli jesz­cze tutaj zostać! Nie mam naj­mniej­szej ochoty wra­cać do Ame­ryki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki