Nocny Anioł. Nemezis. Kroniki Kylara. Tom 1 - Brent Weeks

Kup ebooka

73.00 zł
62.04 zł (58,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 8

Roz­dział 8

Wizyta mamy

Tuli­pan nie żyje. Już od pew­nego czasu.

Myślę, że umarł, kiedy byłem w Cena­rii, żeby zabić lady Jadwin. Nic, co zro­bi­łem, nie zdo­łało go oży­wić. Pew­nie do tej pory i tak by umarł. Powi­nie­nem go wyrzu­cić. Codzien­nie, kiedy nie mogę już ich dłu­żej znieść, wypeł­zam spod sko­tło­wa­nych koców na pod­ło­dze i staje przede mną on, rado­śnie usu­szony, jedyna ozdoba moich agre­syw­nie asce­tycz­nych czte­rech kątów.

Logan chciał mi poda­ro­wać rezy­den­cję w swo­jej nowej sto­licy, chciał mnie uho­no­ro­wać na sto spo­so­bów po bitwie pod Czar­nym Wzgó­rzem. To dobry czło­wiek. Myślę, że jest nawet dobrym kró­lem mimo fatal­nego gustu w dobo­rze przy­ja­ciół. Nie chcia­łem zaszczy­tów. Nie chcia­łem wiel­kiego domu, bo nie chcia­łem służby. Nie chcia­łem być do niczego przy­wią­zany. Wszelcy ludzie w moim życiu byliby prze­szkodą. Nara­żał­bym ich na nie­bez­pie­czeń­stwo. Sam sta­no­wił­bym dla nich zagro­że­nie.

Po tym, jak odmó­wi­łem, dał mi zamiast tego ten budy­nek, wysoki na sześć pię­ter, wypeł­niony luk­su­so­wymi miesz­ka­niami dla wizy­tu­ją­cych dyplo­ma­tów, zamoż­nych kup­ców i lor­dów, któ­rzy zła­zili się zewsząd, żeby roz­krę­cić inte­resy w nowej sto­licy naj­wyż­szego króla. Logan zadbał o obsługę i ochronę, wyzna­czył god­nego zaufa­nia kasz­te­lana (budy­nek jest zbyt ele­gancki, żeby zajęła się nim zwy­kła gospo­dyni), który pobiera czynsz i... robi to wszystko, czym tacy ludzie się zaj­mują. Podobno moje zyski są odkła­dane na konta u licz­nych rodzin ban­ko­wych w mie­ście. Nie wiem, nie spraw­dza­łem tego.

Ja sam zaj­muję obszerne naj­wyż­sze pię­tro. Mam wła­sne wej­ście. Mam bez­pieczne wyj­ścia przez dach, gdy­bym ich potrze­bo­wał. Nikt już nie zawraca mi głowy.

Doszło do kilku zama­chów na moje życie w pierw­szych paru mie­sią­cach. Nic poważ­nego.

Jed­nakże dziś rano mam wra­że­nie, że coś jest nie tak. Odzywa się we mnie jakiś instynkt. Wyczu­wam zagro­że­nie.

Udaję nie­świa­do­mość, roz­luź­niam napięte mię­śnie i prze­cie­ram zaspane oczy, rzu­ca­jąc szyb­kie spoj­rze­nia po pustym pomiesz­cze­niu.

Nic.

Spraw­dzam pole raże­nia z okien, zanim się ruszę, na wypa­dek gdyby gdzieś czaił się strze­lec. A potem robię to co zwy­kle: spraw­dzam pułapki i machi­nal­nie napeł­niam brzuch sucha­rem i suszo­nym mię­sem. Może to fał­szywy alarm. Zda­rza się. Kie­dyś gołąb uru­cho­mił jedną z moich puła­pek z poty­ka­czem i przez pół nocy sie­dzia­łem w zasadzce gotowy zasko­czyć napast­ni­ków, któ­rzy się nie poja­wili.

Zosta­wiam koce zrzu­cone na stos, nie zmie­niam ubra­nia ani go nie piorę. Jaki to ma sens? Potem będę w nim tre­no­wał. Nie golę ciem­nego, nie­chluj­nego zaro­stu. Nie mogę roz­cze­sać dło­nią nie­po­słusz­nych wło­sów, kiedy pró­buję je odgar­nąć z oczu. Nie dość, że ster­czą na wszyst­kie strony, to zaczy­nają się koł­tu­nić; jeśli nie umyję ich wkrótce, to będę musiał je ściąć. Zabawne, że jestem teraz bogaty, a pew­nie lepiej wyglą­da­łem, gdy miesz­ka­łem na ulicy.

Lewą ręką pod­no­szę mar­twego tuli­pana w bia­łej doniczce i wysta­wiam na bal­kon, żeby zapew­nić mu tro­chę słońca. Kwia­tek jest zwię­dły i paskudny, liście są żółte i brą­zowe. Powi­nie­nem się pod­dać. Wiem. Wiem, jak dbać o dzie­siątki naj­pow­szech­niej­szych roślin tru­ją­cych, ale nic, czego pró­bo­wa­łem, nie oży­wiło mojego tuli­pana.

Gdyby to była zwy­kła roślina, pod­dał­bym się. To jed­nak nie jest zwy­czajny kwia­tek. Jedyne, co przy­cho­dzi mi do głowy, i co mogłoby go oży­wić, to magia.

Nie­stety zna­le­zie­nie kogoś, kto mógłby posłu­żyć się tego typu magią, ozna­cza wyj­ście z miesz­ka­nia. Roz­mowę z dru­gim czło­wie­kiem. Zaufa­nie, że ktoś nie znisz­czy ostat­niej pamiątki, jaka mi po niej została.

Led­wie zaczą­łem pracę z linami z poran­nej czę­ści mojego tre­ningu, a ktoś puka do drzwi. Serce mi zamiera, opa­dam bez­sze­lest­nie na pod­łogę i ląduję na pal­cach.

Ludzie nie powinni być w sta­nie dostać się na moją pry­watną klatkę scho­dową.

- Kylar? - roz­lega się kobiecy głos.

Pod­cho­dzę do drzwi. Jest w nich wizjer, ale nie korzy­stam z niego.

- To ty - mówię, otwie­ra­jąc. Wyszło bar­dziej obce­sowo, niż chcia­łem, więc sta­ram się to zła­go­dzić, doda­jąc: - Jakim cudem wyglą­dasz mło­dziej za każ­dym razem, gdy cię widzę?

- Przy­mknij się i zejdź mi z drogi - odpo­wiada Mama K i prze­py­cha się obok mnie, jak­bym był krnąbr­nym dziec­kiem.

Daje znać swoim ochro­nia­rzom, żeby zostali na zewnątrz. Wypeł­niają pole­ce­nie bez słowa.

Jej per­fumy wypeł­niają mi noz­drza: nuty głowy to gorzka poma­rań­cza, maté, nasiona piż­mianu, nuty serca to jaśmin, kwiat poma­rań­czy i może gar­de­nia, a baza to cedr, czarny ootai i może kasz­tan? Zamy­kam za nią drzwi jak odźwierny. To nowe per­fumy, rów­nie dro­gie jak jej dawny zapach, ale bar­dziej kró­lew­skie.

- Pro­szę wejść, Wasza Ksią­żęca Mość - mówię sar­ka­stycz­nie do jej ple­ców.

Roz­gląda się po moim miesz­ka­niu z nie­ta­joną nie­chę­cią, a potem patrzy na mnie i nie­smak ustę­puje roz­cza­ro­wa­niu.

Kobieta znana jako Gwi­nvere Kirena Thorne, duchessa Thorne lub po pro­stu Mama K - dla nas, daw­nych szczu­rów z gil­dii i dzie­cia­ków z rynsz­toka, ni­gdy nie wygląda gorzej niż wspa­niale, ale dzi­siaj sta­nowi ucie­le­śnie­nie chłodu w luź­nej, pro­stej sukni z cha­bro­wego jedwa­biu, która pew­nie kosz­to­wała wię­cej, niż wszy­scy moi loka­to­rzy razem wzięci płacą czyn­szu. Smu­kła i pełna wdzięku, o spoj­rze­niu prze­ni­kli­wym jak noże, któ­rymi od dawna kie­ro­wała, wygląda na może czter­dzie­ści lat, cho­ciaż jest o co naj­mniej dekadę star­sza.

- Uprze­dzono mnie, ale nie sądzi­łam, że upad­niesz tak nisko - mówi, pocią­ga­jąc nosem na mój widok.

- Może to ucie­szy Waszą Ksią­żęcą Mość, że jesz­cze nawet nie zaczą­łem upa­dać - odpo­wia­dam, pochy­la­jąc się w wyra­fi­no­wa­nym dwor­skim ukło­nie.

Mama K nauczyła mnie wszyst­kich dwor­skich manier, jakie jesz­cze posia­dam, i ukłon skut­kuje tak, jak można się było spo­dzie­wać.

Patrzy na mnie bez­na­mięt­nie, ale ja już nie jestem ulicz­ni­kiem trzę­są­cym się w jej salo­nie.

- Przy­nio­słam ci pre­zent, ale nie dla­tego tu jestem. Pró­bo­wa­łam tego unik­nąć przez wzgląd na nas oboje, ale tak naprawdę przy­szłam, żeby cię wyna­jąć.

- Świet­nie! Mia­łem nadzieję, że to będzie krótka roz­mowa.

- Masz u mnie dług.

Zaci­skam usta.

- Znajdź sobie kogoś innego.

- Pró­bo­wa­łam. To nie­moż­liwe zada­nie.

- Nie ma nie­moż­li­wych zadań, są tylko nie­moż­liwe ceny - odpo­wia­dam odru­chowo.

- Dokład­nie to samo mawiał Durzo, zaraz przed tym, jak mnie kan­to­wał. - Uśmie­cha się roz­ba­wiona i chłód w pokoju roz­pra­sza się, ale moje odrę­twie­nie osła­nia mnie nawet przed jej wpły­wem.

- To dla­czego jemu nie dasz tego zada­nia? - pytam.

Odwraca wzrok i widzę, jak kciu­kiem obraca pier­ścio­nek na palcu. Dro­biazg, tylko z jed­nym bia­łym opa­lem. Przy rubi­nach, które nosi dzi­siaj, pier­ścio­nek jest wręcz komicz­nie mały i skromny. Może to ma być ślubna obrączka?

- Jest... nie­uchwytny - odpo­wiada z wysi­lo­nym uśmie­chem.

Życie na ulicy spra­wiło, że bez­błęd­nie wyczu­wam, kiedy ktoś może stać się agre­sywny, ale ceną za to jest nie­umie­jęt­ność roz­po­zna­wa­nia innych emo­cji, a Mama K jest uta­len­to­wa­nym kłamcą i nie powi­nie­nem był się zorien­to­wać, że uśmiech był wysi­lony, o ile nie chciała, żebym to zauwa­żył. No, chyba że jej ból jest tak wielki, że nie potrafi go ukryć.

Domy­ślam się, że cho­dzi jed­nak o mani­pu­la­cję. Chce, żebym zapy­tał o Durzo. A jeśli jed­nak jej ból jest praw­dziwy, to pew­nie zamie­rza wyko­rzy­stać go, żebym wyko­nał zada­nie dla niej, bez względu na to, na czym polega.

- Szkoda - odpo­wia­dam. - Dzięki, że wpa­dłaś.

Pod­cho­dzę do drzwi, żeby wska­zać jej wyj­ście.

A ona wycho­dzi na mój bal­kon.

Czuję się jak nadą­sany dzie­ciak, ale nie idę za nią. Wra­cam do lin i już mam wró­cić do ćwi­czeń, kiedy widzę, że zna­la­zła sobie zaję­cie na bal­ko­nie.

Wpa­dam tam w oka­mgnie­niu.

- Odłóż to!

Stoi do mnie ple­cami. Nóż bły­ska w jej dło­niach, brą­zowy liść opada na zie­mię. Jeden, a potem drugi. I trzeci.

Mój tuli­pan. Mimo to nie jestem w sta­nie nawet drgnąć, żeby ją powstrzy­mać.

- To nie mor­der­stwo - odpo­wiada.

- Co? Mówisz o kwiatku? Prze­stań!

Wzdy­cha, jakby spo­dzie­wała się po mnie cze­goś wię­cej.

- Zle­ce­nie. Każdy, kto by się go pod­jął, musiałby przy oka­zji zabić paru ludzi. Nie­win­nych ludzi. A jeśli się zawa­hamy, nie­winni i tak stracą życie. Tylko ty możesz zała­twić to czy­sto. Jeden mały skok, Kyla­rze. Może oca­lić Loga­nowi życie. A może coś wię­cej. Znacz­nie wię­cej.

- Skok? To się ni­gdy nie spraw­dza. I dla­czego ja? Jestem sie­pa­czem, nie zło­dzie­jem. - Ona wie, co czuję w związku z Loga­nem. Nie chcę, żeby bar­dziej to wyko­rzy­stała. - Do dia­bła, nawet tym już nie jestem.

- Skok nie różni się aż tak bar­dzo od zama­chu, prawda? Może się udać, jeśli nie prze­kom­bi­nu­jesz. Zrób to samo, co w posia­dło­ści lorda Repha'ima, z pomi­nię­ciem tor­tur, mor­der­stwa i tego, że jak skoń­czony ama­tor dałeś się zauwa­żyć.

Nawet nie pró­buję zaprze­czać. Nie zamie­rzam roz­ma­wiać o tym zada­niu.

- Mówię po raz ostatni...

Mama K wska­zuje mia­sto.

- Zasta­na­wia­łeś się nad kon­se­kwen­cjami zbu­do­wa­nia mia­sta na magicz­nie zacho­wa­nym polu sta­ro­żyt­nej bitwy?

Ta zmiana tematu zbija mnie z tropu.

- Nie zawra­ca­łem sobie tym głowy.

- A ja ow­szem. Kopuła i magia, które trzy­mały ludzi z dala od tego miej­sca przez stu­le­cia, uchro­niły także inne rze­czy, ukryte we wnę­trzu. Oczy­wi­ście więk­szość tego, co ludzie przy­nie­śli ze sobą przy oka­zji tam­tej ostat­niej bitwy, dawno się roz­pa­dła, zwłasz­cza magiczne przed­mioty, ale nie­które prze­trwały. Część natych­miast roz­kra­dziono, zanim zda­łam sobie sprawę, że nikt nie roz­mie­ścił tam straży, i posta­no­wi­łam zro­bić to sama. Widzisz, uwa­żam, że wszystko, co wydo­byto z Czar­nego Wzgó­rza, należy do naszego nowego naj­wyż­szego króla. Chcę te rze­czy odzy­skać. Wszyst­kie.

- To miłe - odpo­wia­dam.

Nie cierpi, kiedy mówię do niej takim tonem.

- Kło­pot w tym, że ludzie, któ­rych wysła­łam, żeby odna­leźli potężne lub intry­gu­jące magiczne przed­mioty, sami są...

Nie koń­czy zda­nia, żebym sam odgadł koniec.

- Magami - nie­chęt­nie podej­muję jej grę. Wiem, dokąd to zmie­rza, więc dodaję: - A mago­wie to dokład­nie ci ludzie, któ­rzy mogą naj­wię­cej zyskać, zatrzy­mu­jąc to, co znajdą.

- Widzisz? Oto umysł, który kocham. Lotny jak kura w rosole.

- Cze­kaj no...

- Wła­śnie. Posta­raj się teraz nadą­żyć. Zaj­mu­jąc się wszyst­kim, co nie­zbędne, żeby pokie­ro­wać stwo­rze­niem nie jed­nego, ale czte­rech kró­lestw, musia­łam zaufać ludziom, a potem musia­łam zaufać innym ludziom, że będą czu­wać nad tam­tymi pierw­szymi. Kło­pot w tym, że nie wszy­scy są godni zaufa­nia.

- To musiało być szo­ku­jące odkry­cie dla daw­nej sze­fo­wej pół­światka - odpo­wia­dam. - Ale nie podoba mi się, dokąd zmie­rza ta roz­mowa. Wygląda na to, że przy oka­zji tego zle­ce­nia jed­nak trzeba też kogoś sprząt­nąć.

Mama K ni­gdy nie trak­to­wała zdrady z pobła­ża­niem. Zanim prze­szła na drugą stronę prawa, Durzo pra­co­wał dla niej i wyko­nał dla niej mnó­stwo zle­ceń.

- Nikomu się to nie podoba - odpo­wiada uprzej­mie. - Wszy­scy powin­ni­śmy po pro­stu współ­pra­co­wać. Powin­ni­śmy zgo­dzić się, że Logan jest naj­lep­szym kró­lem, jakiego kto­kol­wiek z nas ujrzy w ciągu naj­bliż­szych stu lat. Powin­ni­śmy słu­żyć mu bez waha­nia. Czy to nie jest miłe, kiedy ludzie widzą, co powinni robić, i robią to bez pona­gla­nia? - mówi słodko, ale ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Nie ma takiej potrzeby - odpo­wia­dam. Jestem ura­żony, a co gor­sza, zdra­dza to mój ton.

- Chcemy tego samego, Kyla­rze.

- Chcę, żebyś zosta­wiła mnie w spo­koju.

- Z rado­ścią. Ale oboje chcemy, żeby Logan był bez­pieczny.

- Chcę tego, bo w niego wie­rzę. Ty chcesz tego, bo nie dość, że jest jedy­nym ary­sto­kratą, który kie­dy­kol­wiek zary­zy­ko­wał i ci zaufał, to na­dal ci ufa. Dbasz o bez­pie­czeń­stwo Logana, bo on zapew­nia ci bez­pie­czeń­stwo i wła­dzę. Jeśli on odej­dzie, to ty także.

Mama K wzdy­cha.

- Na­dal masz w sobie ten upo­rczywy szla­chetny ide­alizm, co? Nawet po tym wszyst­kim. Pyta­nie brzmi: i co z tego? Co z tego, jeśli robię to z czy­sto ego­istycz­nych pobu­dek?

To mnie zaska­kuje, bo prawdę mówiąc, wiem, że zacho­wuję się jak dupek. Nor­mal­nie powie­dział­bym wam, że Mama K jest tak twarda, jak wyma­gają tego oko­licz­no­ści. Udaje, że wszystko robi dla wła­snej korzy­ści. Prawda jest taka, że szla­chetne odru­chy też przed­sta­wia jak prze­jaw dba­nia o wła­sne inte­resy. Kar­mie­nie, dawa­nie schro­nie­nia i rato­wa­nie życia dzie­cia­kom z ulicy? Ni­gdy nie umiała przy­znać, że nie cierpi widoku przy­mie­ra­ją­cych gło­dem, drę­czo­nych dzieci. Nie, tłu­ma­czyła, że to po pro­stu inwe­sty­cja, bo dzi­siej­sze dzieci z ulicy będą w przy­szło­ści prze­stęp­cami. Zdo­bądź ich lojal­ność, a - jak mawiała - naj­lepsi z nich zostaną ci wierni na zawsze.

Sięga do kie­szeni i rzuca mi srebrną bran­so­letkę.

Łapię ją. Sądząc po wadze, jest to białe złoto, nie sre­bro. Zdobi ją głę­boki ryt w kształ­cie nie­skoń­czo­nego węzła w jakimś pra­daw­nym stylu, któ­rego nie potra­fię umiej­sco­wić.

- To pre­zent dla mnie? - pytam. - Biżu­te­ria? Nie trzeba było. Mówię serio.

- To nie jest mój pre­zent. To świe­ci­dełko. W każ­dym razie tyle powie­dział Durzo, kiedy popro­sił, żebym ci to prze­ka­zała. Utrzyma ka'kari, kiedy zechcesz, żeby było bli­sko, ale nie doty­kało two­jej skóry. Powie­dział, że za dekadę, może dwie powi­nie­neś się zorien­to­wać, kiedy coś takiego ci się przyda.

Auć. To rze­czy­wi­ście brzmi jak słowa Durzo.

- Magiczna?

Mama K pry­cha.

- Też o to zapy­ta­łam. Powie­dział, że nie, po pro­stu pla­tyna opiera się pożar­ciu. Próby rze­czy­wi­ście wyka­zały, że bran­so­letka nie jest magiczna.

- Aha.

Pla­tyna, nie białe złoto. I oczy­wi­ście Mama K sama ją spraw­dziła.

- A skoro mowa o ka'kari... - dodaje.

- Roz­ma­wiamy o ka'kari? - pytam. - Myśla­łem, że roz­ma­wiamy o pre­zen­cie, który masz dla mnie?

- Nie. O ka'kari. Kyla­rze, masz naj­po­tęż­niej­sze ka'kari ze wszyst­kich. Wiem, że kilka pozo­sta­łych jest bez­pieczne w Lesie Ezry, ale... O, teraz wresz­cie zaczą­łeś słu­chać.

Nawet tego nie zauwa­ży­łem, ale nabra­łem powie­trza w płuca i przy­go­to­wa­łem się na naj­gor­sze, kiedy powie­działa "kilka pozo­sta­łych".

- Masz wieść o następ­nym ka'kari? Ukry­tym tutaj? - pytam.

- Krążą plotki. Same zwie­trzałe tropy. Opo­wie­ści o wypa­czo­nej magii. Góra Tenji plu­jąca ogniem i popio­łem przez sto dni po bitwie. Zapa­da­jący się Wir Tla­xini. Mor­skie węże w Czar­nych Wodach przy wybrzeżu Friaku. Pływy na Gandu i na Jedwab­nym Wybrzeżu. Wypa­czona magia. Omeny. Prze­ra­żeni kapłani. Cały ten typowy har­mi­der. Jed­nak naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo dla Logana i nas wszyst­kich, jakie potra­fię sobie wyobra­zić, wypływa z ka'kari. Mago­wie suge­rują, że nad­cho­dzą złe czasy. Pro­po­nuję ci dłu­go­fa­lową roz­grywkę, Kyla­rze, nie­sły­cha­nie ważną. Jedna potyczka w dłu­giej walce na setce fron­tów. Moim zada­niem jest prze­wi­dy­wać zagro­że­nia dla czło­wieka, o któ­rym mówisz, że tak bar­dzo go kochasz.

Czło­wieka, o któ­rym mówię, że tak bar­dzo go kocham? To mnie iry­tuje, ale widzę haczyk, pułapkę, mani­pu­la­cję. Mama K spro­wo­kuje mnie do roz­mowy o Loga­nie, a potem o tym, co jestem mu winny, i wresz­cie o tym, w jaki spo­sób mogę mu słu­żyć: słu­żąc jej. Dla­tego prze­ły­kam gniew, igno­ruję przy­nętę.

- Mam polo­wać na plotki? To nie skok, to robota dla szpiega.

- Skra­dziono sta­ro­żytny arte­fakt. W tłu­ma­cze­niu jego nazwa brzmi "Pomroczny Kom­pas".

- Że co pro­szę?

Mama K wzdy­cha.

- Kom­pas Pół­mroku, jeśli tak wolisz; cho­dzi o czas przed poran­kiem albo przed nocą. Może działa tylko o tej porze. Może jest jakoś szcze­gól­nie mroczny. Nie wiem. Liczy się to, że go potrze­bu­jemy. Pomoże nam dowie­dzieć się, kto ma ka'kari... A przy­naj­mniej kto je miał ostatni.

- Jak działa?

- Kom­pas ma jesz­cze inną nazwę. Nazwę, którą powi­nie­neś uznać za nad­zwy­czaj intry­gu­jącą. Jego jedyna moc spro­wa­dza się do tego, że pomaga znaj­do­wać ludzi. Podobno trzeba zro­bić to, co konieczne, żeby go akty­wo­wać, a potem wypo­wia­dasz imię nadane okre­ślo­nej oso­bie po uro­dze­niu i kom­pas wska­zuje drogę. Nie mówi, jak daleko znaj­duje się ta osoba ani nawet czy żyje. Po pro­stu wska­zuje kie­ru­nek. To przed­miot o bar­dzo ogra­ni­czo­nej mocy, ale...

Marsz­czę brwi.

- Ogra­ni­czo­nej? Mógł­bym wymy­ślić tysiąc spo­so­bów wyko­rzy­sta­nia takiego przed­miotu. Zwłasz­cza w moim fachu.

Mama K uśmie­cha się do mnie ze szczerą czu­ło­ścią i - jeśli się nie mylę - rado­ścią, jaka wiąże się z fak­tem, że ktoś cię rozu­mie.

- Ja też - przy­znaje. - I pew­nie stąd się wzięła druga nazwa tego przed­miotu. Od imie­nia pół­bo­gini, córki samej Matki Nocy; była wcze­snym wcie­le­niem karzą­cej spra­wie­dli­wo­ści. Ta, która podąża: nie­prze­jed­nana, bez­li­to­sna, bez­względna, nie­po­wstrzy­mana w swoim pościgu za win­nym. Coś ci to przy­po­mina?

Nie pyta, czy znam imię tej bogini. Ma na myśli to, że bogini bar­dzo przy­po­mina Anioła Nocy. Według nie­któ­rych opo­wie­ści była pierw­szą spo­śród nas.

Igno­ruję dreszcz, jaki prze­biega mi po ple­cach.

- Przy­po­mina mi prze­sąd, który Durzo przy pew­nej oka­zji wyśmiał.

- Durzo może pozwo­lić sobie na śmia­nie się z rze­czy, któ­rych my powin­ni­śmy się oba­wiać. To jed­nak nie jest istotne. Nawet jeśli Neme­zis ni­gdy nie ist­niała, nawet jeśli ten przed­miot nie ma z nią żad­nego związku, wie­rzę, że Kom­pas Neme­zis naprawdę ist­nieje. Nie stać nas na zacho­wa­nie się, jakby było ina­czej. Już sama moż­li­wość, że ist­nieje, mówi mi, że zasłu­guje na bar­dzo duży wysi­łek, żeby dopil­no­wać, by nikt inny go nie zna­lazł. Rozu­miesz?

Rozu­miem. Lepiej, niżby chciała. Widzę teraz, jak pre­cy­zyj­nie przy­go­to­wała to prze­mó­wie­nie. Powią­za­nie z Anio­łem Nocy, magia, strach przed utratą cze­goś potęż­nego na rzecz wroga.

- To brzmi jak naprawdę ważne zle­ce­nie, ale ja już mam ważną robotę - mówię. - Jestem teraz gospo­da­rzem.

Pry­cha z roz­ba­wie­niem.

- Gdy­byś zamie­rzał przejść na eme­ry­turę, to już byś to zro­bił. Nie wyko­nał­byś tej roboty w posia­dło­ści Repha'ima. Nie­któ­rzy z moich naj­lep­szych agen­tów wyko­nują dla mnie "swoje ostat­nie zada­nie" od dwu­dzie­stu lat. Prawda jest taka, że ludzie tacy jak my nie znaj­dują nowej pracy. Mamy szczę­ście, jeśli tra­fią nam się nowi prze­ło­żeni, mamy tysiąc­krot­nie więk­sze szczę­ście niż więk­szość, kiedy naszym panem zostaje ktoś taki jak Logan. Bez względu na to, jak bar­dzo sam sie­bie okła­mu­jesz, dasz się z powro­tem wcią­gnąć do tego życia, a im dłu­żej cze­kasz ze zro­bie­niem tego, co konieczne, tym wię­cej bólu spra­wisz wszyst­kim wokół sie­bie.

- Cie­szę się, że zna­la­złaś zaję­cie, które pozwala ci spać w nocy - wcho­dzę jej w słowo. - Gra­tu­luję. - Milknę. - Z dru­giej strony nie­czy­ste sumie­nie ni­gdy nie dawało ci się we znaki, co? Bez względu na wszystko. To chyba tylko ja tak mam, to moja sła­bość.

Przez chwilę widzę roz­błysk praw­dzi­wego gniewu w jej oczach, ale potem zerka na słońce i chowa swój mały nożyk.

- Wybacz mi, pro­szę. Otrzy­ma­łam roz­kaz i mam sta­wić się dzi­siaj u króla. Wie­dzia­łam, że ary­sto­kraci wystą­pią prze­ciwko mnie: stara dziwka mia­łaby nimi zarzą­dzać? Wie­dzia­łam, że to będzie dla nich nie do znie­sie­nia, ale nie spo­dzie­wa­łam się tego tak szybko. Czeka mnie sąd z powodu drob­nego nad­uży­cia wła­dzy i mor­der­stwa. Zatem albo lord Repha'im jest głup­cem, albo... Cóż, prze­ko­namy się, prawda?

- Mor­der­stwo? Ty? Jakie mor­der­stwo?

- Tak, Kyla­rze. Nie wyobra­ża­łeś sobie chyba, że roz­wią­zu­jesz jakieś pro­blemy, prze­pro­wa­dza­jąc ten swój mały wyczyn, co? - Wresz­cie odwraca się do mnie. - Lord Repha'im twier­dzi, że Tru­dana Jadwin została zamor­do­wana z mojego pole­ce­nia. Cena­ria to moje mia­sto. Mój teren, moja odpo­wie­dzial­ność.

Wrę­cza mi doniczkę, którą biorę onie­miały. Goła brą­zowa łodyga wystaje z gołej brą­zo­wej ziemi. Tylko tyle zostało.

- Może udało mi się ura­to­wać cebulkę przed zgni­li­zną, która już ją zaata­ko­wała, ale prze­ko­nasz się dopiero za rok - odpo­wiada, jakby nie oznaj­miła mi wła­śnie, że czeka ją pro­ces z powodu mor­der­stwa, które popeł­ni­łem. - W ogrod­nic­twie śmierć wymaga zarzą­dza­nia. Nie można jej ani pona­glać, ani zbyt długo odwle­kać. Popeł­ni­łeś oba błędy, ale może tuli­pan jesz­cze zakwit­nie.

- Odpo­wiedź na­dal brzmi: nie.

Mama K wyj­muje chu­s­teczkę i wyciera ręce. Ni­gdy nie waha się ich zabru­dzić, ale nie można poja­wić się na dwo­rze z rękami upać­ka­nymi zie­mią.

- Kyla­rze, nie masz poję­cia, ile kosz­tuje Logana chro­nie­nie cie­bie, kiedy ty dąsasz się jak smar­kacz. Nie stać go na to. Zetnij łodygę za kilka tygo­dni - radzi, pokle­pu­jąc mnie po policzku. Twar­dość jej spoj­rze­nia zadaje kłam mat­czy­nej czu­ło­ści tego gestu. - Tak czy ina­czej, nie będzie mnie tutaj, żebym to za cie­bie zała­twiła.

- Ej - odzy­wam się. - Chyba mówi­łaś, że coś dla mnie masz. Gdzie to jest?

- Nie to. On. Stoi na kory­ta­rzu. Wła­ści­wie to jest dobrym przy­kła­dem ostat­niej rze­czy, jaką chcia­łam ci powie­dzieć. - Mruży oczy z nie­sma­kiem, patrząc mi w twarz. - Rób coś dobrze albo nie rób tego w ogóle. To doty­czy także zapusz­cza­nia brody.

- Dla­czego tego po pro­stu nie powiesz?

- A co chcesz, żebym powie­działa? - pyta, jakby nie wie­działa.

Trak­to­wa­nie mnie, jak­bym był głupi, zawsze łatwo dopro­wa­dzało mnie do furii.

- Powiedz to! "Ona nie żyje, Kyla­rze!". "Pogódź się z tym, Kyla­rze. Żyj dalej". "Mia­łeś już czas na żałobę".

Patrzy na mnie, jak­bym był zagadką do roz­wią­za­nia.

- Nie powiem tego, ponie­waż nie mówię idio­ty­zmów. Ni­gdy nie prze­bo­le­jesz straty Elene. I albo twój cha­rak­ter, albo oko­licz­no­ści zmu­szą cię, żebyś znowu zaczął żyć. To wszystko. A ona nie ruszy razem z tobą, bo już jej nie ma. I to będzie bolało. A potem zaczniesz od czasu do czasu o niej zapo­mi­nać. I to też będzie bolało. Potem zaczniesz zapo­mi­nać o niej na coraz dłu­żej i to będzie bolało jesz­cze bar­dziej. Nie będziesz potra­fił przy­po­mnieć sobie dobrze jej twa­rzy i będziesz to odbie­rał jak wła­sną zdradę. I tak dalej. Nikt nie twier­dzi, że nie ma bólu. Ból to część umowy. Może cała umowa spro­wa­dza się do bólu.

- To fatalna umowa - mówię, cho­ciaż jak na mój gust ta roz­mowa za bar­dzo przy­po­mina inną, którą odby­li­śmy dawno temu.

- Nie ma innej - odpo­wiada cicho. - Dla­tego doro­śnij, do dia­bła.

Wycho­dzi i wku­rza mnie tym, że nie ma nawet dość przy­zwo­ito­ści, by trza­snąć drzwiami.

Rozdział 9

Roz­dział 9

Brze­mię cieni

Uczone z Ora­to­rium zakła­dają ist­nie­nie trzech typów nie­śmier­tel­no­ści. Tylko sam Bóg Jedyny - o ile taki potwór ist­nieje - mógłby posia­dać naj­wyż­szy rodzaj: abso­lutną nie­znisz­czal­ność, któ­rej nie może naru­szyć ani czas, ani miecz. Szcze­bel niżej pla­sują się elshad­dim: ni­gdy się nie sta­rzeją, ale ucie­le­śnieni są czę­ściowo wraż­liwi na miecz. Cho­ciaż ich esen­cja nie umiera, ciało można zabić i taka śmierć unie­moż­li­wia im ponow­nie przy­ję­cie cie­le­snej postaci. Naj­wyż­szy rodzaj nie­śmier­tel­no­ści, na jaki może mieć nadzieję czło­wiek, nawet dzięki naj­po­tęż­niej­szej magii, jest naj­niż­szym typem z tych trzech. "Nie nazy­waj­cie tego życiem wiecz­nym" - mówią uczone w wywa­żo­nych sło­wach. "Nazy­waj­cie to życiem wydłu­żo­nym na czas nie­okre­ślony, w któ­rym sta­rze­nie jest tak spo­wol­nione, że być może cał­ko­wi­cie się zatrzy­muje, ale poza tym wszystko inne wygląda tak jak wcze­śniej".

Mówią o tym wszyst­kim z wiel­kim prze­ko­na­niem typo­wym dla kogoś, kto cał­ko­wi­cie się myli.

Wiem to, bo jestem tym, co ich zda­niem nie może ist­nieć. Nie tylko jestem nie­wraż­liwy na dzia­ła­nie cier­pli­wych noży czasu, ale jeśli dać mi dość czasu, to moje ciało wyle­czy się ze wszyst­kiego, nawet ze śmierci.

Oczy­wi­ście jest w tym haczyk. Nawet kilka. Nikt nie wyja­śnił mi, jak to działa, i musia­łem zapła­cić cenę w postaci życia kilku osób, zanim wresz­cie zro­zu­mia­łem naj­gor­sze: za każ­dym razem, gdy umie­ram, bez względu na przy­czynę, umiera za mnie ktoś, kogo kocham.

Czuję głód spra­wie­dli­wo­ści, któ­rego nie potra­fię stłu­mić. Wszyst­kie moje talenty służą prze­mocy. Dora­sta­łem na uli­cach, gdzie wytre­no­wano mnie na legendę. Wszystko, czym jestem, zostało ukształ­to­wane z myślą o szyb­kim i śmier­cio­no­śnym dzia­ła­niu.

Dokąd­kol­wiek się udam, widzę cier­pie­nie doma­ga­jące się moich umie­jęt­no­ści, ale czy ist­nieje coś, co mogę zmie­nić, a co byłoby warte powol­nej śmierci wszyst­kich, na któ­rych mi zależy? Jeśli popeł­nię błąd, umrze za mnie ktoś nie­winny. Moje porażki już kosz­to­wały mnie utratę jedy­nego świa­tła w moim świe­cie ciem­no­ści.

Dla­tego muszę być dosko­nały. Dla­tego muszę odkryć, co spo­wo­do­wało tę klą­twę, którą noszę, i jak poło­żyć jej kres.

Nazy­wam się Kylar Stern. Jestem Anio­łem Nocy, a to jest brze­mię cieni.

Powyż­sze słowa zostały zapi­sane pie­czo­ło­wi­tym, skru­pu­lat­nym cha­rak­te­rem pisma, ale potem całą stro­nicę Kylar prze­kre­ślił gniew­nym krzy­żem. Poni­żej szyb­szym, swo­bod­niej­szym pismem dopi­sał:

Nie wiem, jak opo­wie­dzieć tę prze­klętą histo­rię. Wszystko, czego pró­buję, jest kłam­stwem. Opo­wieść to obiet­nica, prawda? To nie jest opo­wieść o tym, jak pró­bo­wa­łem zakoń­czyć swoje prze­kleń­stwo. Może powinna być. Przy­po­mnij­cie mi, żebym wró­cił i spró­bo­wał cze­goś innego. To wszystko wyszło na opak.

Viri­diana ode­tchnęła powoli. Raz, potem drugi. Zamru­gała, żeby powstrzy­mać powódź uczuć, któ­rych nie potra­fiła nazwać.

Kylar nie wró­cił, żeby to napra­wić. Nie spró­bo­wał póź­niej cze­goś innego.

Wie­działa dla­czego.

Rozdział 10

Roz­dział 10

Wrak Króla-Boga

- Spóź­ni­łeś się - mówi męż­czy­zna, wcho­dząc.

Jego słowa grze­cho­czą w zardze­wia­łym gar­dle. Nosi wspa­niałą, schlud­nie przy­ciętą czarną brodę, która łago­dzi kan­cia­ste rysy jego twa­rzy. W tej chwili nie wygląda na sza­leńca.

Z dru­giej strony nie wygląda też jak były król. "Pre­zent" od Mamy K to nikt inny jak Dorian Ursuul, nie­gdyś znany jako uzdro­wi­ciel i mag, a póź­niej jako Król-Bóg Fre­sunk, władca Kha­li­doru i Lodri­caru. To czło­wiek, który zakłó­cił moje życie wię­cej niż raz.

Ubra­nie ma piękne, ale w nie­ła­dzie, jakby w nim spał. Zamiast jak zde­tro­ni­zo­wany król albo sza­le­niec wygląda jak dzie­ciak, któ­remu coś się upie­kło i jest z tego powodu bar­dzo z sie­bie zado­wo­lony. Czarne włosy ma zmierz­wione, ale nie brudne, nie widzę rów­nież ścią­gnię­tych rysów gło­dzo­nego czło­wieka, co pod­po­wiada mi, że nie­dawno uciekł swoim straż­ni­kom.

Na ile się orien­tuję, Dorian spę­dza więk­szość czasu w kata­to­nii, prze­sia­du­jąc to w jed­nym kącie zamku, to w dru­gim i na nic nie reagu­jąc. Prze­żuwa i prze­łyka poda­wane mu jedze­nie, daje znać, kiedy potrze­buje sko­rzy­stać z latryny, i idzie tam, dokąd się go zapro­wa­dzi, ale to byłoby tyle.

Logan kazał go prze­ba­dać wszel­kim magicz­nym i medycz­nym auto­ry­te­tom, jakie zna­lazł, a one jed­no­myśl­nie stwier­dziły, że Dorian by­naj­mniej nie symu­luje cho­roby, na czym­kol­wiek ona polega. Nie pró­buje też unik­nąć odpo­wie­dzial­no­ści za złe rządy w tych krót­kich chwi­lach, kiedy odzy­skuje zdrowe zmy­sły.

Surow­szy król, może mądrzej­szy król, kazałby go stra­cić.

Dorian jest pro­ro­kiem, cho­ciaż nie ma zgody co do tego, co to wła­ści­wie zna­czy.

Nosi teraz długą brodę, a jego lodo­wate błę­kitne oczy stają się szkli­ste, powoli tracą sku­pie­nie, kiedy patrzy na mnie.

- Miło widzieć, że mie­wasz się dobrze, Doria­nie - odpo­wia­dam.

Powraca gwał­tow­nie do teraź­niej­szo­ści.

- Chcesz powie­dzieć, że jestem przy zdro­wych zmy­słach?

- Tak - przy­znaję. - Na co się spóź­ni­łem?

Splata palce i mocno je wykrzy­wia.

- Wyglą­dasz cał­kiem spraw­nie - mówi. - Wszystko w tobie wygląda wręcz lepiej niż wcze­śniej...

- Ryzyko zawo­dowe. Tre­nuję całymi...

- ...poza two­imi oczami.

Zaci­skam zęby.

- Jesteś jedną z tych powol­nych ofiar wojny, co? - mówi nie­zra­żony. - A nie możesz sobie na to pozwo­lić. Jak spra­wimy, żebyś ruszył z miej­sca?

- To ty jesteś pro­ro­kiem. Na pewno znasz odpo­wied­nią sztuczkę.

Roz­błysk iry­ta­cji prze­pływa przez jego twarz.

- Wiesz, nie mogę się do tego przy­zwy­czaić, że trak­tuje się mnie tak, jak­bym mógł zaofe­ro­wać tylko jedną rzecz. Jak­bym ja, Dorian, nie był niczym wię­cej niż mój naj­bar­dziej nie­wy­godny talent. Ja, który byłem uzdro­wi­cie­lem, kró­lem, uczniem i mistrzem wielu naj­trud­niej­szych rodza­jów magii na świe­cie, zosta­łem zre­du­ko­wany w oczach wszyst­kich do sza­lo­nego pro­roka.

- Na co się spóź­ni­łem, Doria­nie? - pytam po raz drugi.

- Opo­wiedz mi o chłopcu.

- Jakim chłopcu?

- Tym, któ­rego nie zabi­łeś.

- Myślisz, że zabi­jam dzieci tak czę­sto, że to uła­twi mi sko­ja­rze­nie?

Patrzy na mnie bez­na­mięt­nie.

- Nie mam na to całego dnia.

- Jeśli wiesz dość, żeby zapy­tać, to wiesz wszystko.

- Nie. Czarne ka'kari zakłóca moje wizje. Umy­kają mi szcze­góły na twój temat. Prze­ga­piam je.

- Och, naresz­cie dobra nowina. Mówisz mi, że mogę jed­nym źró­dłem iry­ta­cji zablo­ko­wać dru­gie? Cho­ciaż muszę przy­znać, że to tro­chę przy­po­mina przy­wdzia­nie pele­ryny z koma­rów, żeby odpę­dzić rój psz­czół.

- Dla­czego nie zabi­łeś chłopca?

- Stra­ci­łem zimną krew.

Mruży oczy, patrząc na mnie, jakby zasta­na­wiał się, czy kła­mię.

- Wiem, nawa­li­łem. Ile to będzie mnie kosz­to­wać? - pytam.

Dorian spo­gląda w dal. Nie wiem, czy znowu odpły­nął i już mam się ode­zwać, kiedy mówi:

- Może lepiej ura­to­wać jedno dziecko niż cały świat.

- Cały świat? Tylko tyle? - pytam. - Rety. I to przy­pad­kowy dzie­ciak z ulicy. Co za moc!

- O ile sobie przy­po­mi­nam, ty też byłeś przy­pad­ko­wym dzie­cia­kiem z ulicy.

- Wiesz, na czym polega pro­blem z pro­roc­twami, Doria­nie? - pytam coraz bar­dziej poiry­to­wany.

- Tro­chę się orien­tuję - odpo­wiada bez­na­mięt­nie. - Ale, pro­szę, poucz mnie w tym tema­cie.

- Kło­pot z pro­roc­twami spro­wa­dza się do pro­ro­ków.

- Och, nie zapę­dzajmy się w abs­trak­cje. Chcesz powie­dzieć, że kło­pot z moimi pro­roc­twami sta­nowi moja osoba. Cóż, tak, z pew­no­ścią nie speł­niam ocze­ki­wań - przy­znaje.

Jed­nakże nie ma w nim teraz ani krztyny sła­bo­ści czy skru­chy.

- Nie, nie, nie. Ludzie zakła­dają, że pro­rok jest zale­d­wie naczy­niem dla wia­do­mo­ści; że nie zmie­nia jej, by skie­ro­wać wyda­rze­nia na tory, jakie mu odpo­wia­dają. Widzia­łem jed­nak, co robisz, kiedy posia­dasz wie­dzę, jakiej inni nie mają. Wie­dzia­łeś, że Logan żyje, kiedy uwio­dłeś Jenine. Pozwo­li­łeś oblu­bie­nicy w żało­bie myśleć, że jej mąż nie żyje, żeby samemu ją poślu­bić. Nie będę zaprze­czał, że sta­ra­łeś się też czy­nić dobro, ale jesteś ostat­nią osobą, jakiej zawie­rzył­bym "sekretną wie­dzę".

Dorian patrzy na mnie spod cięż­kich powiek.

- Moje wady prze­sła­niają mój prze­kaz. Tak. O tym wła­śnie wspo­mnia­łem. Oskar­żasz mnie o coś, do czego sam się przy­zna­łem.

Fakt.

- To co tu robisz? Poma­gasz Mamie K? Ewi­dent­nie masz jakiś plan, żeby wma­ni­pu­lo­wać mnie w zro­bie­nie cze­goś, czego zro­bić nie chcę.

Melan­cho­lia zbyt głę­boka, żeby wyra­zić ją sło­wami, ota­cza czło­wieka, któ­rego kie­dyś uwa­żano za boga.

- Nie, Kyla­rze - odpo­wiada. - Cała moja moc zda się na nic. Mój syn mnie potrze­buje.

Jest coś dziw­nego w spo­so­bie, w jaki to mówi.

- Syn? Tylko jeden z nich cię potrze­buje?

- Ist­nieje tylko jeden. Zapy­taj Vi, jeśli na­dal nie rozu­miesz. Nie mam czasu na wyja­śnie­nia. Jenine i ja jeste­śmy przy­naj­mniej w tej jed­nej kwe­stii zgodni. Nasz syn nas potrze­buje i nie możemy go oca­lić. Wiem, że wszyst­kie nasze wysiłki pójdą na marne, a mimo to nie możemy nie spró­bo­wać.

- Zamie­rzasz skło­nić mnie do cze­goś pod­stę­pem.

W jego oczach poja­wia się błysk. Mówi powoli, jakby tłu­ma­czył coś imbe­cy­lowi.

- Nie, bo wtedy miał­bym moc, żeby coś zmie­nić. Co się nie uda, jak już wspo­mnia­łem. Nie chcesz mnie nawet wysłu­chać?

Chcę coś powie­dzieć, ale wcho­dzi mi w słowo:

- Pozwól, że spró­buję ina­czej: gra­łeś kie­dyś w łuzy?

- Ow­szem. - Gładki stół, bile z kości, kij i, jak się można domy­ślać, łuzy, które są celem. - I na ile się orien­tuję, to kolejny pre­tekst dla ary­sto­kra­tów, żeby upra­wiać hazard.

- Wyobraź sobie, że ina­czej niż w grze w łuzy reguły nie są znane i jed­na­kowe, kule są róż­nych wiel­ko­ści, nie znasz liczby gra­czy ani nawet loka­li­za­cji wszyst­kich łuz. Wyobraź sobie, że stół wiecz­nie się zmie­nia, cza­sem poja­wiają się tam rowki albo wypu­kło­ści ukryte pod fil­cem, a wszy­scy gra­cze ude­rzają jed­no­cze­śnie i raz za razem. Aha, i bile potra­fią cza­sem zmie­niać kie­ru­nek ruchu; nie­które nawet zmie­niają wiel­kość, tocząc się. To jest gra, w którą jestem ska­zany grać, Kyla­rze, tak jak my wszy­scy. W całym wol­nym i roz­le­głym wszech­świe­cie pro­roc­two to rap­tem zdol­ność zoba­cze­nia odro­binę więk­szego kawałka stołu, niż potrafi to więk­szość pozo­sta­łych ludzi.

- Aha, jasne. Na­dal nie obsta­wiał­bym prze­ciwko tobie.

- Wszyst­kie moje moce to oddech wobec wichury.

- Możesz uda­wać, co zechcesz. - Uno­szę ręce wnę­trzem dłoni na zewnątrz. - Na­dal tu jesteś. Wyma­chu­jesz kijem, żeby wal­nąć w moje bile.

- Kyla­rze, wiesz, co się dzieje, gdy czło­wiek żyje zbyt długo w izo­la­cji?

- Co... ?

- Ja wiem.

Mrużę oczy.

- Ty... wiesz?

Sfru­stro­wany Dorian zaci­ska usta w wąską linię. A potem oddy­cha ciężko. Nie­ru­cho­mieje. Prze­chyla nagle głowę, jakby usły­szał coś dostęp­nego tylko dla jego uszu.

- Nie­stety nie ma już czasu na dal­sze wyja­śnie­nia. Została mi tylko chwila przy zdro­wych zmy­słach, aku­rat, żeby zli­czyć do dzie­się­ciu.

Nie chcę mu prze­ry­wać ani nawet go pona­glać. Nie chcę robić wra­że­nia chęt­nego. To wszystko jest mani­pu­la­cją. Tu cho­dzi tylko o wła­dzę. Zawsze tak jest w przy­padku tych ludzi.

I cho­ciaż nie uwie­rzę w ani jedno słowo pły­nące z jego ust, to wbrew sobie jestem cie­kawy, co powie.

Chwile upły­wają, a on patrzy na mnie hardo, jakby pro­wo­ko­wał mnie, żebym wrza­snął na niego i zmar­no­wał resztki jego czasu.

W końcu mówi:

- Anioł Nocy osą­dza, ale kto osą­dza jego? Prawda jest taka, że nie jestem tu po to, by zmie­nić twoją drogę. Jestem tu, byś pamię­tał, że kiedy tego nie zro­bisz, to postą­pisz tak z wła­snego wyboru. Moją zemstą jest to, że sam sie­bie osą­dzisz.

Jego oczy staję się szkli­ste. Sza­lony pro­rok znowu jest sza­lony, zamknięty w samot­nej celi wła­snej czaszki; to, co patrzy teraz na mnie spo­mię­dzy prę­tów jego prze­szłych decy­zji, nie ma w sobie niczego z boskiej iskry. To puste naczy­nie w pustej celi.

Rozdział 11

Roz­dział 11

Zasadzka na nie­od­po­wied­niego czło­wieka

Po tym, jak ludzie Mamy K zabie­rają Doriana z jego pustką w oczach, potrze­buję kilku minut, żeby odświe­żyć się w misce, dopro­wa­dzić włosy do względ­nego porządku, ubrać się i - otwo­rzyw­szy kilka zam­ków jeden po dru­gim - zaj­rzeć w końcu do mojej szafy z bro­nią.

- Różne bitwy wyma­gają róż­nej broni, prawda, mistrzu? - pytam.

Ostat­nio czę­sto mówię do sie­bie. Nie z powodu samot­no­ści; to po pro­stu ina­czej poru­sza zapad­kami w zam­kach mojego umy­słu. W dźwię­czą­cych pustką kanio­nach wła­snego mózgu możesz powta­rzać myśl tysiąc razy, nie móc przed nią uciec i nawet nie zda­wać sobie z tego sprawy. Jeśli zaczniesz robić to na głos, dość szybko zdasz sobie sprawę, że gadasz jak wariat.

Mam nadzieję, że prze­ka­zy­wa­nie wszyst­kiego ka'kari w taki spo­sób jak teraz pozwoli mi zerwać z tym nawy­kiem.

Wybie­ram jeden nóż i gla­dius, któ­rego główną zaletą jest to, że jego ozdo­biona klej­no­tami pochwa pasuje do ary­sto­kra­tycz­nych fata­łasz­ków, jakie będę musiał wło­żyć. Kiedy wybie­rasz się gdzieś, gdzie będziesz musiał pozwo­lić się roz­broić, nie zabie­raj broni, któ­rej nie chciał­byś stra­cić.

Dwie minuty póź­niej na ulicy pytam por­tiera pra­cu­ją­cego w budynku:

- Powóz?

- Od godziny nie ma żad­nych wol­nych powo­zów, z powodu tego wszyst­kiego, co dzieje się na zamku. Mogę przy­pro­wa­dzić konia mojego brata. Dzie­sięć minut?

Zaczy­nam biec.

Można by się spo­dzie­wać, że będę miał wła­snego konia, ale to tylko kolejna rzecz, o którą trzeba zadbać, albo kolejny kon­trakt, który trzeba opła­cić. Tak czy ina­czej, byłoby to kolejne powią­za­nie, któ­rym ktoś mógłby się posłu­żyć, żeby mnie zna­leźć. Zagro­że­nie. Utrzy­ma­nie w sekre­cie kilku kry­jó­wek, środka trans­portu, a nawet broni, wymaga pew­nego wyra­fi­no­wa­nia i nie­ustan­nej tro­ski.

Wyra­fi­no­wa­nia mi nie bra­kuje.

Mój dawny mistrz wytknąłby mi, że miesz­kam w jed­nym miej­scu, otwar­cie, pod wła­snym idio­tycz­nym nazwi­skiem. Jakim dodat­ko­wym zagro­że­niem byłoby posia­da­nie konia?

Żad­nym. Zatem jestem nie­kon­se­kwentny nawet w łama­niu wła­snych reguł. W porządku.

Prze­bie­gam obok scenki napadu.

To nie­ty­powe tak bli­sko zamku i w tym mie­ście. Fakt, nie wycho­dzi­łem za dużo z domu, ale obec­ność szu­mo­win pozwa­la­ją­cych sobie na napad wydaje mi się z jakie­goś powodu dziwna.

Bied­nych ludzi nie stać na to, żeby migro­wać do nowego mia­sta w pierw­szej fali. Poja­wią się tu z cza­sem. Czym byłoby mia­sto bez ubo­gich? Na razie jed­nak mamy tu szu­mo­winy z lep­szej klasy. Może więc wła­śnie o to cho­dzi. Trzech męż­czyzn drę­czy skle­pi­ka­rza. Wymu­sze­nie? Noszą jed­nak takie same pele­ryny, podob­nie jak buty. Wyglą­dają raczej na kom­pa­nię najem­ni­czą niż na zwy­kłych opry­chów.

Z dru­giej strony nawet kom­pa­nie najem­ni­cze muszą jeść. Może przy­byli do mia­sta w poszu­ki­wa­niu pracy i niczego nie zna­leźli.

Dwie prze­cznice dalej w zaułku mię­dzy wyso­kimi murami dwóch rezy­den­cji, któ­rym bie­gnę, żeby skró­cić sobie drogę, widzę trzy kobiety bijące męż­czy­znę.

Dora­sta­łem w Cena­rii. Widzia­łem agre­sywne kobiety, a te tutaj są upior­nie ciche, tylko jedna coś mówi. Wszyst­kie natych­miast mnie zauwa­żają. To dziwne. Wśród męż­czyzn cza­sem zapada pry­mi­tywne mil­cze­nie, kiedy odwo­łują się do prze­mocy, ale wśród kobiet rzadko. A bez względu na płeć, gru­po­wej prze­mocy ni­gdy nie towa­rzy­szy cisza.

Wszystko w tej sytu­acji aż błaga, żebym przyj­rzał jej się uważ­niej.

- Pomocy, bła­gam! - krzy­czy męż­czy­zna, zasła­nia­jąc zakrwa­wioną twarz rękami.

Ja jed­nak nie patrzę na jego twarz. Nosi takie same buty jak wcze­śniejsi najem­nicy. I jak te kobiety.

Jedna z nich, w głębi, pod­nosi palce do ust, żeby zagwiz­dać.

Zasadzka.

A odpo­wiedź na zasadzkę brzmi: "Nie".

Zanim pułapka się zamknie, trwa pełna nie­pew­no­ści chwila, kiedy napast­nicy cze­kają jak zamro­żeni, aż ofiara zrobi jeden krok za daleko. Myśliwi opo­wia­dają sobie o tym, co ich zwie­rzyna zrobi, wie­rząc, że strach i zasko­cze­nie prze­zwy­ciężą racjo­nalny umysł i ofiara uciek­nie pro­sto w pasz­czę więk­szego nie­bez­pie­czeń­stwa, jakie dla niej przy­go­to­wali.

Nie.

Pędzę naprzód, osią­gam mak­sy­malną pręd­kość już po kilku wzmoc­nio­nych Talen­tem kro­kach i się­gam dło­nią do dru­giej sakiewki, którą mam przy sobie: sakiewki peł­nej sta­lo­wych kul.

Kobiety wytrzesz­czają oczy, gdy ata­kuję. Cofają się, się­gają po omacku po broń, którą mają pod ręką, ale ukrytą.

Ciskam garść kul przed sie­bie.

Kobiety są w trak­cie wycią­ga­nia broni, kiedy coś - nie wie­dzą co wła­ści­wie - leci w ich kie­runku. Odru­chowo pró­bują się uchy­lić.

Dopa­dam je chwilę potem, gla­dius poja­wia się w mojej ręce w ostat­nim momen­cie. Tnę w dół i na zewnątrz, głę­boko roz­ci­na­jąc udo pierw­szej kobiety. Daję nura przez odsło­niętą prze­strzeń pod ich unie­sio­nymi ostrzami, tur­lam się za drugą z kobiet i zale­d­wie prze­cią­gam krót­kim mie­czem przez mięso jej poślad­ków.

Paruję włócz­nię ostat­niej lewą ręką i przy­szpi­lam ją do budynku. Wbi­jam klingę w brzuch, o włos omi­ja­jąc krę­go­słup.

Ona jed­nak nie pada ani nie pró­buje wyrwać mi włóczni. Zamiast tego dziel­nie pod­nosi palce do ust, żeby zagwiz­dać.

I zagwiz­da­łaby, gdyby gla­dius nie pozba­wił jej pal­ców, a potem nie powstrzy­mał wszel­kiego krzyku, jaki mógłby dobyć się z jej gar­dła, gdy zakrwa­wiony metal kor­kuje tcha­wicę.

Pozo­stałe jęczą na ziemi: pierw­sza pew­nie umiera, druga może umrzeć. Żadna nie zacho­wuje dosta­tecz­nej przy­tom­no­ści umy­słu, żeby krzyk­nąć.

Pozo­stali uczest­nicy zasadzki muszą znaj­do­wać się w miej­scu, z któ­rego nie widzą zaułka, stąd koniecz­ność sygnału dźwię­ko­wego.

Dopiero teraz męż­czy­zna, któ­rego uda­wały, że biją, pro­stuje się. Strach i gniew wal­czą w jego czach.

Czuję wzbie­ra­jącą w nim moc. To mag.

Nie. Wymie­rzam cios zabraną włócz­nią, którą mam w lewej ręce.

Grot wbija się w jego pierś i wycho­dzi bokiem. Męż­czy­zna skręca się, wyrywa mi w ten spo­sób włócz­nię, bo trzy­mam ją tylko jedną ręką.

Zni­kam za rogiem. Nie ma czasu na dobi­ja­nie. Reszta ludzi z zasadzki może się zja­wić lada chwila.

A potem ska­czę z klamki na rzy­gacz i dalej na szczyt muru wokół rezy­den­cji.

Na głów­nej dro­dze dzie­sięć koni czeka pod strażą dwóch męż­czyzn. To niwe­czy moje nadzieje na kra­dzież zwie­rzę­cia, żeby szyb­ciej dotrzeć do zamku. Nie mogę zabić dwóch kolej­nych ludzi.

To zna­czy mógł­bym to zro­bić.

Ale nie powi­nie­nem. Nie na głów­nej dro­dze, gdzie ktoś może mnie zoba­czyć i będzie to wyglą­dało na niczym nie­spro­wo­ko­wany atak.

Prze­ska­kuję przez zaułek, ląduję na szczy­cie muru kolej­nej posia­dło­ści, zeska­kuję na jej teren, prze­ci­nam uro­czy ogród, obmy­wam miecz z krwi w bul­go­czą­cej fon­tan­nie, budzę dość dużego psa i wyska­kuję na następną ulicę, zanim psi­sko zdąży mnie cap­nąć za pięty.

Zanim dotar­łem zady­szany do głów­nej bramy Zamku Gyre, mój umysł dopiero zaczy­nał moco­wać się ze wszyst­kimi oczy­wi­stymi pyta­niami.

Czy to była pułapka na dowol­nego ary­sto­kratę kie­ru­ją­cego się do zamku, czy kon­kret­nie na mnie? Więk­szo­ści band najem­ni­ków nie stać na usługi maga. Mago­wie nie powinni robić cze­goś, co mogłoby popsuć repu­ta­cję ich szkół, a napad na ary­sto­kra­tów nowego naj­wyż­szego króla musiał liczyć się jako Coś, Z czym Naprawdę Nie Chcemy Zostać Powią­zani.

Z dru­giej strony ludzie muszą jeść. Nawet najem­nicy. A to, że jestem taki, ach, nad­zwy­czajny, nie ozna­cza, że każda dziwna rzecz w mie­ście ma zwią­zek ze mną.

Z pew­no­ścią, gdyby to była kolejna próba zama­chu na mnie - szó­sta, o ile się nie mylę - to byliby ostroż­niejsi.

To wszystko wygląda jak jesz­cze jeden dobry powód, żeby na stałe wynieść się z tego mia­sta w dia­bły. Co zyskam, pozo­sta­jąc w Ele­nei?

Nie tak postę­puje Anioł Nocy. Miał­bym sie­dzieć z tar­czą strzel­ni­czą wyma­lo­waną na ple­cach i cze­kać? Komu to pomoże?

Byłem pasywny przez wiele mie­sięcy. Zde­cy­do­wa­nie zbyt długo. Wystar­czy.

Wkrótce wycho­dzę na roz­le­gły dzie­dzi­niec zam­kowy.

Tro­chę wytrąca mnie z rów­no­wagi. Durzo nauczył mnie omi­jać tego typu miej­sca: setki ludzi, dzie­siątki dzie­sią­tek kie­run­ków, z któ­rych można zaata­ko­wać i nie da się wszyst­kich mieć na oku. A ja tu wcho­dzę pod wła­snym nazwi­skiem. Wra­że­nie odsło­nię­cia i nara­że­nia na atak jest tak prze­ni­kliwe, że prze­wraca mi się żołą­dek.

Wiem, że są lor­do­wie, któ­rzy życzą mi śmierci. Niektó­rzy z nich mają nawet ku temu dobre powody. Więk­szość jest zwy­czaj­nie zazdro­sna, ale ukrywa nie­na­wiść pod maską fał­szy­wo­ści. Dla nich każdy, kto stoi bli­żej naj­wyż­szego króla niż oni, jest kimś, kto ich odpy­cha. Pro­wa­dzą roz­grywki, które w ogóle mnie nie obcho­dzą i do któ­rych w żad­nej mie­rze nie zamie­rzam się wtrą­cać, ale to może ścią­gnąć na mnie śmierć.

Co ja tu robię?

Co mówi na mój temat to, że tu przy­sze­dłem? Jakim głup­cem jestem?

Nie potra­fię na to odpo­wie­dzieć. Jeśli jed­nak trzeba zapła­cić cenę za śmierć lady Tru­dany Jadwin, to nie pozwolę, żeby ktoś zro­bił to za mnie.

Mimo wszyst­kich polu­kro­wa­nych słów, które dźgają jak noże, i ukry­tych intryg Mama K nie ścią­gnęła mnie tu za pomocą swo­ich sztu­czek, cho­ciaż tak wła­śnie pomy­śli. Mogłaby po pro­stu powie­dzieć: "Zrzu­cają na mnie winę za twoją mokrą robotę. Jeśli nie powiesz im prawdy, zawi­snę".

Nie mam nic prze­ciwko zabi­ja­niu tych, któ­rzy na to zasłu­gują. Prawdę mówiąc, w przy­padku pew­nego typu złych ludzi ow­szem, zabi­ja­nie wręcz spra­wia mi przy­jem­ność.

Jed­nakże śmierć kogoś nie­win­nego, żebym ja mógł żyć?

Mowy nie ma. Zali­czy­łem dość takich sytu­acji na kilka żywo­tów z górką. Koniec z tym. Ni­gdy wię­cej. Bez względu na to, ile mnie to będzie kosz­to­wało.

Rozdział 12

Roz­dział 12

Jeden zło­czyńca na dwo­rze, a może dwóch

Jeśli słu­chasz tego, to zapewne znasz Zamek Gyre, więc nie będę ci opi­sy­wać każ­dej błysz­czą­cej kopuły ani przy­pory. Przede wszyst­kim, kiedy prze­wod­nicy wycie­czek za dwa mie­dziaki zaczy­nają roz­wo­dzić się na temat port­fe­ne­trów, cle­re­sto­riów i archi­tra­wów, to naprawdę nie mam poję­cia, o czym mówią. Jasne, mam oczy. Widzę, kiedy jedna wykwintna rzecz znaj­duje się na dru­giej wykwint­nej rze­czy na naroż­niku, i potra­fię zauwa­żyć, kiedy są zro­bione z arty­stycz­nym wyczu­ciem, ale zasad­ni­czo więk­szość tych rze­czy nie ma dla mnie zna­cze­nia, dopóki nie muszę się po nich wspi­nać.

M o g ę c i p o m ó c z e s ł o w n i c t w e m , j e ś l i c h c e s z .

Nie będę pro­sił lewego pół­dupka ciem­no­ści, żeby defi­nio­wał mi słowa.

I p o c o t a d r a ż l i w o ś ć ?

To powie­dziaw­szy, dodam tylko, że ci, któ­rzy nazy­wają Zamek Gyre jed­nym z cudów świata, nie kła­mią. Cho­ciaż mam pełną świa­do­mość, że mogę zmie­rzać na spo­tka­nie wła­snej śmierci, a co bar­dziej praw­do­po­dobne - jak znam Logana - bani­cji, czuję nie­chętny podziw.

Na każ­dym kroku widzę biały mar­mur z czer­wo­nymi żył­kami, wiel­gachne okna, witraże, barwne mozaiki i bez­mierne gobe­liny. Już w samym holu wej­ścio­wym spo­koj­nie kręci się teraz z tysiąc ludzi, część uwija się w tę i we w tę, już nie­wraż­liwa na swoje oto­cze­nie po paru krót­kich mie­sią­cach. Inni roz­glą­dają się od czasu do czasu, jakby na­dal nie wie­rzyli, że się tu znaj­dują, albo że ten zamek znaj­duje się tutaj.

Wzią­łem udział w powsta­niu tego miej­sca. Maleńki. Mój Talent razem z Talen­tami około tuzina naj­po­tęż­niej­szych magów na świe­cie zostały razem zaprzę­gnięte i wzmoc­nione przez Curo­cha i Iuresa - Miecz Mocy i Kostur Prawa - żeby to wszystko stwo­rzyć. Mówiąc "to wszystko", nie mam na myśli jedy­nie zamku, lecz całe mia­sto. Dorian pokie­ro­wał tą magią. W głów­nej mie­rze. I w ten spo­sób uszko­dził swój umysł.

Nie jestem pewien, czy my, pozo­stali, wyszli­śmy z tego w dużo lep­szym sta­nie. Kiedy ostatni raz go widzia­łem, Durzo spra­wiał wra­że­nie nie­tknię­tego. Vi też. Jed­nakże nie­któ­rzy z innych magów byli znisz­czeni - magicz­nie, psy­chicz­nie albo na oba te spo­soby naraz. Mój wła­sny umysł spra­wia wra­że­nie... Cóż, nie roz­ma­wiajmy o tym w tej chwili.

Dorian twier­dził, że ten zamek i więk­szość mia­sta, które powstały na szczy­cie szcząt­ków Czar­nego Wzgó­rza, nie naro­dziły się po pro­stu w jego wyobraźni. Powie­dział, że zwy­czaj­nie odtwo­rzył to, co czuł, że już tam było, jak echo uno­szące się powie­trzu z daw­nych cza­sów. Do tego cze­goś nie­wy­obra­żal­nie sta­rego magia wplo­tła także okru­chy i strzępki każ­dego z nas, świa­dome i nieświa­dome, skrawki naszej wyobraźni, nadziei, rze­czy ukry­tych w naszej psy­chice.

Mam nadzieję, że nie dodała niczego ode mnie. Z pew­no­ścią nie pró­bo­wa­łem świa­do­mie dodać od sie­bie niczego poza swoją mocą, pozwa­la­jąc sil­niej­szym i mądrzej­szym kie­ro­wać całym pro­ce­sem. Nie potra­fię sobie wyobra­zić, jaka zgroza cza­iłaby się w tym mie­ście, gdyby magia pokie­ro­wała się tym, co zna­la­zła w ciem­nych śle­pych zauł­kach mojego mózgu.

Nie­mniej nowy zamek i nowe mia­sto zaofe­ro­wały naszemu nowemu naj­wyż­szemu kró­lowi nowy począ­tek, miej­sce ode­rwane od zepsu­cia i defek­tów Cena­rii, śmier­cio­no­śnych intryg Kha­li­doru i Lodri­caru oraz nie­usta­nych wojen kla­no­wych Ceury.

Wiel­kie drzwi do sali audien­cyj­nej są dzi­siaj zamknięte, a pedan­tyczni straż­nicy z hala­bar­dami nie znają mnie z widze­nia. Naprawdę na zbyt długo wypa­dłem z obiegu.

- Muszę wejść do środka. W tej chwili - mówię. - Czy Mama K już tu jest? Gdzie pla­suje się jej sprawa na wokan­dzie?

Nie są pod naj­mniej­szym wra­że­niem moich słów.

- Kim pan mówi, że jest? - pyta jeden z nich.

- Słu­chaj... - zaczyna drugi - ... pil­nuj języka. Będziesz miał dwa razy poważ­niej­sze kło­poty, niż duchessa ma w tej chwili, jeśli nie będziesz tytu­ło­wał jej sto­sow­nie. Ma mnó­stwo prze­ra­ża­ją­cych przy­ja­ciół, któ­rzy nie odniosą się życz­li­wie do kogo­kol­wiek, kto nazywa ją sta­rym imie­niem.

- Ach! Racja. Mia­łem na myśli duchessę Thorne. Jestem... Jak by to ująć? Jestem jed­nym z tych jej prze­ra­ża­ją­cych przy­ja­ciół. Nazy­wam się Kylar Stern. Pozwo­li­cie?

Jeden z nich pry­cha.

- Nie­prawda - odpo­wiada drugi. - Widzia­łem lorda Sterna na wła­sne oczy, z tak bli­ska, że pra­wie mogłem go dotknąć. Jest wyż­szy od samego naj­wyż­szego króla i pro­mie­niuje taką mocą, że masz szczę­ście, jeśli nabie­rzesz pół odde­chu, prze­by­wa­jąc z nim w jed­nej sali. A moc, jaką posiada? Czu­jesz ją w piersi z odle­gło­ści pięć­dzie­się­ciu kro­ków.

Ci dwaj przy­po­mi­nają mi, dla­czego nie lubię ludzi.

- Serio? Przez niego trudno się oddy­cha? - pytam. - Tylko dla­tego, że prze­bywa w tej samej sali? Nie­zbyt to sub­telne. Nie powi­nien być dys­kretny?

Uno­szę ręce - sze­roki gest, żeby przy­cią­gnąć spoj­rze­nie, dzięki czemu mogę dys­kret­nie naprzeć magią na ich prze­pony. Zaczy­nam naci­skać, począt­kowo deli­kat­nie.

- Pew­nie potrafi być dys­kretny... - mówi straż­nik, który twier­dzi, że mnie już widział, i łapie płytki wdech - ...ale korzy­sta z tego, kiedy chce. Wiesz, jako Anioł Nocy i w ogóle. To... hmm. - Krzywi się.

Drugi masuje brzuch.

A potem, kiedy obaj wypusz­czają powie­trze z płuc, prze­ko­nują się, że nie mogą zro­bić następ­nego wde­chu.

Gdy kon­ster­na­cja zamie­nia się w strach, mówię:

- Przy­pro­wadź­cie admi­sjo­na­riu­sza, biu­ro­kra­tora, czy jak ich Logan posta­no­wił nazwać, dobrze?

Jeden otwiera usta i wytrzesz­cza oczy, bo na­dal nie może oddy­chać.

Pusz­czam ich, zanim ogar­nie ich panika. Moż­liwe, że także, nim zaczęli rozu­mieć, bo obaj łapią kilka razy powie­trze, patrząc na sie­bie nawza­jem.

Stoję ze skrzy­żo­wa­nymi rękami, zgar­biony, na nie­roz­sta­wio­nych sto­pach, sta­ra­jąc się nie wyglą­dać groź­nie.

- Ty jesteś... jesteś...

- Tak. Już o tym roz­ma­wia­li­śmy. A czy teraz może­cie pójść po kogoś, kto każe wam otwo­rzyć te drzwi?

Patrzą po sobie, jeden bled­nie, a drugi zie­le­nieje.

Po dwóch minu­tach krą­gła kobieta o sta­lo­wo­sza­rych wło­sach zwią­za­nych w kok i z ogrom­nym urzę­do­wym klu­czem wiszą­cym na szyi wpro­wa­dza mnie nie przez główne drzwi, ale do bocz­nej pocze­kalni.

- Jesz­cze raz pro­szę o wyba­cze­nie, lor­dzie Stern - mówi. - Mamy bar­dzo dużo nowych twa­rzy wśród służby. Jedna połowa z nich uważa, że jest pan duchem, druga, że olbrzy­mem. To się wię­cej nie powtó­rzy.

- Nie, nie sądzę - odpo­wia­dam chłodno.

Cho­ciaż nie z takiego powodu, jaki ona ma na myśli, ale dla­tego, że za jakieś dzie­sięć minut zostanę ska­zany na bani­cję albo coś jesz­cze gor­szego.

- Czy duchessa Thorne została już wezwana?

- Gdzie pan był? - pyta zdu­miona. - Zaczęło się już wczo­raj. W tej chwili są na eta­pie koń­co­wych reka­pi­tu­la­cji i mowy obroń­czej.

- Mowy obroń­czej?

Jed­nym z licz­nych zadań Logana była decy­zja, jaką tra­dy­cję praw­ni­czą wybie­rze jego nowy kraj. Wszystko tu opiera się na zapo­ży­czo­nych tra­dy­cjach, zapo­ży­czo­nych tytu­łach i zapo­ży­czo­nych korze­niach. Bez względu na siłę, bez względu na prze­my­ślane wybory, czy nowe impe­rium wycza­ro­wane z niczego, ma szansę prze­trwać, czy też od początku jest ska­zane na porażkę?

- Po tym, jak powód przed­stawi swoją wer­sję wyda­rzeń, obrona ma ostat­nią szansę na odpar­cie zarzu­tów albo, jeśli poło­że­nie oskar­żo­nego jest tra­giczne, może bła­gać o łaskę.

Pró­buję sobie wyobra­zić Mamę K, jak błaga. Wstrzyk­ną­łem jej kie­dyś śmier­telną tru­ci­znę, a ona nawet nie popro­siła o anti­do­tum. Nie będzie bła­gać. Ni­gdy. Nie powie­działa mi nawet, że pro­ces się zaczął. Czy to moż­liwe, że wła­śnie prze­ma­wia?

- Możesz dać jej znać, że tu jestem? - pytam.

- Nie. Naj­wyż­szy król roz­ka­zał, że ma nie być żad­nych nie­spo­dzia­nek. Życzy sobie, żeby pierw­szy kró­lew­ski pro­ces tej wagi był spra­wie­dliwy i zor­ga­ni­zo­wany. Żad­nych póz i pompy, tak powie­dział.

- A możesz powie­dzieć kró­lowi, że tu jestem?

- Oczy­wi­ście. Po wzno­wie­niu posie­dze­nia. Ina­czej bym pana tu nie przy­pro­wa­dziła.

- Pytam, czy możesz powie­dzieć mu teraz.

Zamiera w pół kroku w kory­ta­rzu i obraca się, żeby mi się przyj­rzeć. Jej spoj­rze­nie jest rów­nie ostre, jak figura krą­gła.

- Jestem tu z jego roz­kazu - dodaję.

Kobieta ściąga brwi i zaci­ska usta.

- Jeśli to prawda, to sam pośle po pana.

- Pośle po mnie, jeśli mu powiesz, że tu jestem.

W jej oczach poja­wia się smu­tek, który zaraz zamie­nia się w lód.

- Byli­ście przy­ja­ciółmi, prawda?

- Jeste­śmy przy­ja­ciółmi. Naj­lep­szymi.

Powoli kręci głową.

- Przy­ja­ciel byłby przy nim pod­czas tych ostat­nich potwor­nych mie­sięcy.

Co ona, u dia­bła, ma na myśli?

Pro­wa­dzi mnie do strze­żo­nych drzwi. Kró­lew­scy gwar­dzi­ści otwie­rają je, nie cze­ka­jąc na jej słowo.

W sali jest paru lor­dów i kilka dam, więk­szość roz­ma­wia cicho ze swo­imi dorad­cami lub mię­dzy sobą, prze­gląda doku­menty, ucząc się na ostat­nią chwilę szcze­gó­łów swo­ich spraw, albo słu­cha ukrad­kiem pro­cesu, który odbywa się w sąsied­niej sali.

Nikogo nie roz­po­znaję.

Nie­do­brze.

Admi­sjo­na­riuszka pośpiesz­nie wraca do sali kró­lew­skiego sądu, żeby spraw­dzić, co prze­ga­piła, kiedy wyszła po mnie.

- No, dotar­łeś. Fatal­nie. - Rosły, przy­stojny ary­sto­krata z ele­gancką czarną bródką i bla­do­nie­bie­skimi oczami odzywa się do mnie.

Nie roz­po­znaję go. Sie­dzi, nogi opiera na sto­liku, krzy­żu­jąc je w kost­kach, w jed­nej ręce trzyma otwarty tomik - uoso­bie­nie mło­dej lor­dow­skiej gnu­śno­ści. Jed­nak spoj­rze­nie ma bystre. Wygląda na Kha­li­dor­czyka, ale kto może mieć pew­ność w dzi­siej­szych cza­sach? Ja też mam ciemne włosy i jasno­nie­bie­skie oczy.

- Znamy się? - pytam.

Jest w nim coś zna­jo­mego.

- Na szczę­ście spóź­ni­łeś się i domy­ślam się, że pozwo­li­łeś mi zaosz­czę­dzić wydat­ków.

Jego słowa zaska­kują mnie, więc tak­suję go wzro­kiem ponow­nie. To potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna, nie tak młody, jak uzna­łem w pierw­szej chwili; należy do tych atle­tycz­nych łaj­da­ków, któ­rzy spra­wiają wra­że­nie, że wiecz­nie są w kwie­cie wieku. Nie znam go, a już wiem, że go nie lubię.

- Słu­cham?

- Najem­nicy, któ­rych wyna­ją­łem, żeby cię spo­wol­nili. Teo­re­tycz­nie mieli w ogóle unie­moż­li­wić ci przy­by­cie tutaj. A ponie­waż ewi­dent­nie zawie­dli, mam nadzieję, że wszy­scy byli na tyle uprzejmi, żeby umrzeć, pró­bu­jąc cię zatrzy­mać? W ten spo­sób zaosz­czę­dzę drugą połowę ich zapłaty.

Drzwi na salę sądową otwie­rają się. Krą­gły herold o dud­nią­cym gło­sie woła:

- W spra­wie zarzutu o opła­ce­nie zabój­stwa prze­ciwko duches­sie Thorne Jego Kró­lew­ska Mość oso­bi­ście wysłu­cha powo­dów, zanim wyda wyrok. Lor­dzie Repha'im, wystąp!

- Pro­szę o wyba­cze­nie - mówi ary­sto­krata, wsta­jąc. Jest o wiele wyż­szy, niż myśla­łem, kiedy gar­bił się na krze­śle. - To ja.

I teraz, ponie­wcza­sie, roz­po­znaję głos z posia­dło­ści. Repha'im odrzuca książkę na bok.

- Nie­długo wró­cimy do tej roz­mowy.

Rozdział 13

Roz­dział 13

O śmier­cio­no­śnej sztuce dyplo­ma­cji

Pro­ces to musiał być pierw­szy raz, kiedy mojemu życiu zagra­żało bez­po­śred­nie nie­bez­pie­czeń­stwo, a ja się nudzi­łem.

Póź­niej zda­łem sobie sprawę, że nudzi­łem się z powodu wła­snej igno­ran­cji.

Chciał­bym przed­sta­wić wam w pięć minut pełną rela­cję z tego, jak Logan ura­to­wał mnie, Mamę K i całe swoje kró­le­stwo, ale nie potra­fię. Zwra­ca­łem uwagę na wszyst­kie nie­wła­ściwe rze­czy, a prze­ga­pi­łem te wła­ściwe.

Kiedy oglą­dam poje­dy­nek mistrzów sztuk walki, nawet jeśli sam tych sztuk nie tre­no­wa­łem, potra­fię w kilka chwil z grub­sza oce­nić poziom zaawan­so­wa­nia wal­czą­cych. Jed­nakże osoba nie­wy­szko­lona potrze­buje skali, porów­na­nia, musi zoba­czyć, jak mistrz nisz­czy innych wojow­ni­ków, żeby się zorien­to­wać, że jest mistrzem. A nawet tu kryje się haczyk: wytre­no­wany wojow­nik roz­no­szący w proch niewytre­no­wanych prze­ciw­ni­ków może wyglą­dać tak samo jak mistrz poko­nu­jący tych wytre­no­wanych. Far­towne tra­fie­nie można pomy­lić z umie­jęt­no­ścią.

Dla nie­wy­szko­lo­nego oka począt­kowe manewry trzech mistrzów, szu­ka­nie sła­bo­ści prze­ciw­nika, wstępne ataki, które są prze­ry­wane natych­miast po nie­po­myśl­nym kontr­ataku - to wszystko wygląda jak sta­nie, szu­ra­nie, pod­cho­dze­nie, zatrzy­my­wa­nie się, krą­że­nie, przy­sta­wa­nie - taniec pozba­wiony piękna typo­wego dla tańca. Nudy.

Kiedy oglą­dasz mistrzów i mru­gniesz w nie­wła­ści­wym momen­cie, walka może się skoń­czyć, a ty nawet nie będziesz wie­dział, co się stało i dla­czego ludzie klasz­czą.

Naprawdę nie mam nawet szcze­gól­nie dobrej wymówki. U Mamy K zosta­łem tro­chę pod­szko­lony w dwor­skiej sztuce dia­lek­tyki i ostrych jak brzy­twa słów, a nawet w krucz­kach praw­nych. Może więc kiedy zorien­to­wa­łem się, że tak się nudzę, że cał­kiem się zgu­bi­łem... może wtedy wła­śnie pogrą­ży­łem się we wła­snym świe­cie bar­dziej, niż myśla­łem.

" M o ż e " ?

Przy­mknij się.

Mama K... ehm, zna­czy... Duchessa Thorne (trudno nazy­wać kogoś nowym imie­niem po tym, jak całe życie zna­łeś go pod sta­rym) jest mistrzy­nią tych sztuk, ale miała naj­gor­szą pozy­cję w całej trójce. Wyda­wało się, że lord Repha'im polega tylko na agre­sji i grał tak, jakby jego pozy­cja była sil­niej­sza, niż sądzi­łem. Myl­nie, jak się oka­zało.

Wyol­brzy­miał obrazę, jaką był mój atak na jego posia­dłość, żąda­jąc spra­wie­dli­wo­ści za nie­udany zamach na jego życie. Logan grał słab­szego, niż­bym się spo­dzie­wał - w końcu był naj­wyż­szym kró­lem. Spra­wiał wra­że­nie albo roz­ko­ja­rzo­nego, albo wyczer­pa­nego, a może żon­glo­wał zbyt wie­loma sprzecz­nymi żąda­niami, by móc cał­ko­wi­cie sku­pić się na tej spra­wie. (Wszystko to było prawdą. Naj­wy­raź­niej na­dal znam mojego przy­ja­ciela).

Sta­ra­łem się być widoczny spoza hala­bard straż­ni­ków, które odci­nały mnie od Kom­naty Wia­trów, ale sta­łem bar­dzo z boku i - o ile się zorien­to­wa­łem - Logan w ogóle nie zer­k­nął w moją stronę.

To zna­czy aż do samego końca, kiedy admi­sjo­na­riuszka zaszła mnie od tyłu i powie­działa cicho:

- Jego Wyso­kość prosi, żeby posłu­żył się pan magią w spo­sób sub­telny, ale nie­da­jący się z niczym pomy­lić, kiedy pana wezwie.

Spoj­rza­łem na nią.

- Co na przy­kład mam zro­bić? Roz­ma­wia­łaś z nim?

- Prze­słał mi wia­do­mość.

- Teraz? Pod­czas tego wszyst­kiego? - Nie widzia­łem, żeby Logan choćby szep­nął do swo­jej pra­wej ręki przez cały ten czas, kiedy patrzy­łem. - Powie­dział coś jesz­cze?

***

Vi potarła oczy. To się oka­zało o wiele bar­dziej skom­pli­ko­wane, niż począt­kowo się spo­dzie­wała. Drugi albo trzeci raz Kylar ewi­dent­nie cof­nął się i dodał coś albo popra­wił wcze­śniej­szą rela­cję, ale nic nie wska­zy­wało na to, żeby tekst uległ zmia­nie, nie doło­żono dodat­ko­wych stron na dodat­kowe słowa. W pew­nym momen­cie Kylar zmie­nił zda­nie i zamiast przy­go­to­wy­wać rela­cję tylko dla hra­biego Drake'a, zaczął opo­wia­dać histo­rię dla sie­bie (a przy­naj­mniej tak powie­dział), ale też dla kogoś innego - dla kogo? Kilka razy odwo­łał się do ocze­ki­wań słu­cha­czy, nie czy­tel­ni­ków. Ile z tego, co czy­tała, było ory­gi­nalną rela­cją? Czy prze­pa­dło coś waż­nego?

***

- Lord Kylar Stern - ogła­sza Logan.

Ma wspa­niały głos, mocny i wyraźny, który nie­sie się po sali bez jego naj­mniej­szego wysiłku. To cen­niej­szy talent, niż myśli­cie, w przy­padku dowódcy albo władcy. Z dru­giej strony Logan zawsze był we wszyst­kim dosko­nały: wysoki, przy­stojny, genialny, odważny, silny pod każ­dym wzglę­dem. Jeśli ktoś miałby spra­wić, że to nowe kró­le­stwo będzie dzia­łać, jak należy, to wła­śnie Logan.

- Wystąp.

Straż­nicy odsu­wają hala­bardy.

Do licha, i co ja mam teraz zro­bić? Mój mistrz uczył mnie sub­tel­no­ści, tre­no­wa­łem ją do upa­dłego. Pod­szko­lił mnie nawet nieco w magii, mimo moich począt­ko­wych trud­no­ści. Magia zawsze miała jed­nak dopeł­niać sub­tel­ność, a nie ją osła­biać.

Jed­nakże jak przy­stało na mło­do­cia­nego prze­stępcę, który lubi się popi­sać, wbrew roz­sąd­kowi tre­no­wa­łem też tro­chę na boku.

Wycho­dzę naprzód.

Pomo­żesz mi w tym czy jestem zdany na sie­bie? - pytam ka'kari.

Z p r z y j e m n o ś c i ą p o m o g ę .

Obrys mojej syl­wetki roz­ma­zuje się cza­sem, gdy idę, drob­niut­kie smużki ciem­no­ści roz­cią­gają się na zewnątrz, strze­lają maleń­kimi błę­kit­nym pło­my­kami, gdy poru­szam rękami przy każ­dym kroku. To dosta­tecz­nie sub­telne, żeby wyglą­dało jak błę­kitna opa­li­za­cja ceki­nów roz­bły­sku­ją­cych w świe­tle, tyle że nie ma świa­tła, ceki­nów ani błę­kitu.

Cisza zalega w ogrom­nym tłu­mie w sali audien­cyj­nej. Ludzie zasta­na­wiają się, czy wła­śnie widzieli to, co im się wydaje, że widzieli, ale ja patrzę tylko na króla.

Kiwa głową, jakby mówił: "Tak. Wię­cej".

Dla­tego mię­dzy jed­nym kro­kiem a dru­gim zni­kam, zamie­nia­jąc się w roz­ma­zaną plamę ciem­no­ści... i poja­wiam się przed następ­nym kro­kiem.

Na twa­rzy Logana roz­bły­skuje prze­lotny uśmiech, kiedy szepty niosą się w tłu­mie jak roz­pę­dzona woda roz­pły­wa­jąca się na wszyst­kie strony, gdy fala ude­rzy w brzeg. Zaraz potem obli­cze króla nie­ru­cho­mieje.

Kiedy zatrzy­muję się przed nim, nie zwraca się do mnie. Zamiast tego mówi:

- Lady Tru­dana Jadwin była zdraj­czy­nią i mor­der­czy­nią. Jak wszy­scy dowie­dzie­li­śmy się ponie­wcza­sie, oso­bi­ście zabiła księ­cia Gun­dera, wspie­ra­jąc inwa­zję ze strony Kha­li­doru i przy­czy­nia­jąc się do upadku naszego uko­cha­nego ojczy­stego kró­le­stwa. Potem słu­żyła naszym wro­gom i brała bez­po­średni lub pośredni udział w zamor­do­wa­niu co naj­mniej dwu­dzie­stu naszych pod­da­nych, w tym szla­chet­nie uro­dzo­nych dzieci, takich jak córki lorda Drake'a, Serah i Mag­da­lyn, syn lady Eve­line, Drac­cos, Coreen Bel­l­mont i bliź­nięta Kor­ran i Karin Vashiel. W swo­jej depra­wa­cji dopu­ściła się zbez­czesz­cze­nia ciał zmar­łych, po czym wysta­wiła je na pokaz. Po naszym zwy­cię­stwie ucie­kła przed kró­lew­ską spra­wie­dli­wo­ścią i się ukryła. - Logan kie­ruje wzrok na lorda Repha'ima. - W twoim domu. Gdzie ją chro­ni­łeś.

Dopiero teraz widzę, co Logan robi. Zamiast bro­nić jed­nego ze swo­ich dorad­ców, prze­szedł do ataku.

- Mam tylko nadzieję, lor­dzie Repha'im... - cią­gnie, zanim tam­ten ode­zwie się choć sło­wem - ...że jako nowy i naiwny przy­bysz jakimś cudem nie byłeś świa­domy roz­licz­nych zbrodni lady Jadwin ani naszych naka­zów jej aresz­to­wa­nia. Na razie decy­du­jemy się w to uwie­rzyć i ocze­ku­jemy w przy­szło­ści dowo­dów, że oka­zu­jesz nam swoją abso­lutną lojal­ność, pra­gnąc napra­wić prze­szłe błędy w osą­dzie. Wra­ca­jąc zaś do aktu­al­nej sprawy... W kwe­stii zabój­stwa lady Jadwin duchessa Gwi­nvere Thorne twier­dzi, że jest nie­winna. Wiem, że to prawda...

- Wasza Kró­lew­ska Mość, mam świad­ków, któ­rzy... - pró­buje wtrą­cić Repha'im.

- Dosko­nale wiem, że jest nie­winna... - odzywa się gło­śno Logan i kiedy przy­ciąga uwagę do swo­ich słów, dociera do mnie, że nie pomy­lił się, mówiąc w licz­bie poje­dyn­czej, zamiast posłu­żyć się kró­lew­skim "my" - ...ponie­waż oso­bi­ście wysła­łem Kylara, żeby wyko­nał wyrok śmierci na Tru­da­nie Jadwin.

W Kom­na­cie Wia­trów musi się teraz znaj­do­wać ze dwa tysiące ludzi i myślę, że na chwilę wszy­scy, co do jed­nego, wstrzy­mują oddech. Logan mówi "wyko­nał wyrok śmierci", a nie zamor­do­wał. W nie­try­wialny spo­sób balan­suje pomię­dzy swoją publiczną per­soną a pry­watną wie­dzą i led­wie jestem w sta­nie za tym nadą­żyć.

- Nie w taki spo­sób pra­gną­łem zała­twić tę sprawę, ale odkry­łem, że ją ukry­wasz... - podej­muje. - To zna­czy, że zatrzy­mała się u cie­bie, może pod fał­szy­wym nazwi­skiem?... W swoim domu już po tym, jak roze­sła­łem na wszyst­kie krańce naszego kró­le­stwa powszechną amne­stię. Pro­szę was, wszy­scy dobrzy ludzie, jacy się tu zgro­ma­dzi­li­ście, o wyro­zu­mia­łość, ponie­waż sytu­acja ta przed­sta­wiała dla mnie nie­zno­śny dyle­mat: z jed­nej strony nie możemy pozwo­lić, aby nasza kró­lew­ska amne­stia objęła nik­czemną zdraj­czy­nię, któ­rej ni­gdy z zało­że­nia nie miała doty­czyć, z dru­giej zaś mogłoby się wydać, że zaprze­czamy wła­snemu posta­no­wie­niu, sta­wia­jąc lady Jadwin przed sądem po tym, jak amne­stia została ogło­szona. Wszy­scy zaczę­liby się zasta­na­wiać, czy zamie­rzamy dotrzy­my­wać naszego kró­lew­skiego słowa w przy­szło­ści. Dla­tego roz­ka­za­łem Kyla­rowi wymie­rzyć kró­lew­ską spra­wie­dli­wość zdraj­czyni, zanim amne­stia objęła Cena­rię. I tak wła­śnie uczy­nił. Jej wstrętna obec­ność została usu­nięta z naszych oczu, plama na naszych kró­le­stwach zma­zana. Wymie­rzono jej spra­wie­dli­wość przed ogło­sze­niem amne­stii. Rap­tem o włos przed jej ogło­sze­niem, przy­znaję; to mar­gi­nes daleki od kom­fortu. Dla­tego wła­śnie, dobrzy ludzie, uzna­li­śmy, że zasłu­gu­je­cie na pełne i publiczne przed­sta­wie­nie naszych powo­dów, aby­ście nie oba­wiali się naszej spra­wie­dli­wo­ści. Niech lękają się jej tylko zło­czyńcy.

Nie wiem, ilu słu­cha­czy zda­wało sobie sprawę, jak sub­tel­nie wyra­ził się Logan. Twier­dził, że amne­stia miała zacząć obo­wią­zy­wać nie od chwili jej pod­pi­sa­nia przez niego, ale od chwili jej ogło­sze­nia w róż­nych zakąt­kach jego kró­le­stwa.

Kiedy czło­wiek, który pisze prawo, mówi ci, jakie miał przy tym inten­cje, to trudno ci się z nim spie­rać, że jego inten­cja była cał­kiem inna.

Jed­nakże Logan nie daje nikomu czasu na wyra­że­nie sprze­ciwu. Nadą­żam za nim tylko dzięki temu, że musia­łem roz­my­ślać dokład­nie nad tym samym pro­ble­mem przez cały czas, kiedy polo­wa­łem na lady Jadwin. Posta­no­wi­łem zin­ter­pre­to­wać sytu­ację w dokład­nie taki sam spo­sób - nie wiem, jak Logan wpadł na to bez roz­mowy ze mną. Naj­wy­raź­niej jest w tym rów­nie dobry. On albo Mama K.

- Infor­muję cię, lor­dzie Repha'im... - kon­ty­nu­uje Logan - ...że roz­ka­za­łem Kyla­rowi zabić tylko lady Jadwin, jeśli to będzie moż­liwe, ale roz­kaz był tak sfor­mu­ło­wany, że gdyby uznał kogoś za prze­szkodę w wymie­rze­niu zdraj­czyni spra­wie­dli­wo­ści w jej peł­nym wymia­rze, miał prawo zająć się nim w taki spo­sób, jaki uzna za konieczny. Zatem możesz zacząć swoje nowe życie po ogło­sze­niu amne­stii, dzię­ku­jąc mu za oka­zaną ci łaskę.

Na sali robi się bar­dzo, bar­dzo cicho.

- T-tak, Wasza Kró­lew­ska Mość - odpo­wiada Repha'im po dłu­giej chwili.

Zaci­ska zęby, w jego oczach widać napię­cie i drży. Nie ze stra­chu. Z wście­kło­ści.

- Mamy na myśli... żebyś zro­bił to teraz - wywar­kuje Logan.

- Tak, Wasza Kró­lew­ska Mość - mówi Repha'im. Jego język jak mały różowy wąż śmiga, żeby zwil­żyć wargi. - Dzię­kuję ci za twoją łaskę, lor­dzie Stern - mówi gło­śno i wyraź­nie i nagle bez śladu urazy, jakby dzię­ko­wał mi za to, że poda­łem mu dzban z winem.

Nawet na mnie nie patrzy, tylko na Logana.

- I możesz także podzię­ko­wać nam za łaskę - mówi Logan. - Ponie­waż gdy­by­śmy wie­dzieli, że ukry­wasz zdraj­czy­nię, mogłoby się zda­rzyć, że nie zdo­łał­byś wnieść tej nie­po­waż­nej sprawy do kró­lew­skiego sądu. A tak możesz uznać się za szczę­ścia­rza, że twoje skan­da­liczne postępki zostały okryte sze­roką płachtą naszej amne­stii i nie cof­niemy ochrony i łaski, jaką nie­sie ona dla cie­bie.

Prze­lotne skrzy­wie­nie kącika usta ujaw­nia pogardę, jaką lord Repha'im czuje do Logana.

- Dzię­kuję, Wasza Kró­lew­ska Mość - mówi. - Jesteś doprawdy słow­nym czło­wie­kiem.

W posta­wie i w tonie Repha'ima nie ma śladu prze­gra­nej ani upo­ko­rze­nia. Nie spra­wia nawet wra­że­nia, jakby rozu­miał, jak bar­dzo to go rani.

Widzi, że na niego patrzę, i uśmie­cha się. Kolejny nadęty ary­sto­krata uro­dzony na szczy­cie góry, który uważa, że piękne widoki zawdzię­cza wła­snym umie­jęt­no­ściom wspi­naczki. Spra­wia wra­że­nie, że nie tylko nie zdaje sobie sprawy, że obra­ził Logana, czło­wieka sły­ną­cego z łaski, kiedy tylko może jej udzie­lić. Zaata­ko­wał także Mamę K, kobietę, która wspięła się na szczyty z miejsc znacz­nie bar­dziej śli­skich, niż on nawet potrafi sobie wyobra­zić. Przez całe życie była nie­do­ce­niana przez bystrzej­szych i bar­dziej bez­względ­nych męż­czyzn. I wszy­scy oni są teraz karmą dla roba­ków. Mam tylko nadzieję, że będą miał oka­zję zoba­czyć chwilę, gdy nadej­dzie dla niego sto­sow­nie bru­talne prze­bu­dze­nie.

Odpo­wia­dam mu uśmie­chem.

Rozdział 14

Roz­dział 14

Przy­ja­ciel w potrze­bie

- Mam mały amba­ras - mówi Logan.

Jego kamer­dy­ner szczot­kuje mu smo­king i wykłada dla niego strój wie­czo­rowy, ale poza tym jeste­śmy sami w schlud­nej goto­walni Logana.

- Tyci? - pytam, nie do końca pewny, czy dobrze uży­łem tego słowa.

- Więk­szy.

- Mówimy o nie­po­koju czy zmar­twie­niu?

- Bar­dziej o fra­sunku niż utra­pie­niu - odpo­wiada. Rzuca mi prze­lotny uśmiech.

To gra, w którą zda­rzało nam się grać: ja przy­ła­puję Logana i dro­czę się z nim z powodu jego nawyku posłu­gi­wa­nia się sło­wami rzad­szymi i dłuż­szymi niż dziób brzy­two­dzioba, a Logan robi, co w jego mocy, żeby prze­bić samego sie­bie.

- Zgry­zoty? - pytam.

- Raczej tur­ba­cja.

- Dla­boga, wygra­łeś. Nie znam tego.

- "Dla­boga"? - powta­rza. Jed­nak jego uśmiech natych­miast gaśnie. - Na pewno sły­sza­łeś plotki. Nie są... bar­dzo nie­ści­słe.

- Nie sły­sza­łem żad­nych plo­tek. - Żołą­dek mi się zaci­ska.

Logan zamiera w poło­wie zdej­mo­wa­nia koszuli z pięk­nie wyrzeź­bio­nego ciała, a potem koń­czy się roz­bie­rać i odrzuca ją na krze­sło.

- Nie sły­sza­łeś nic o Jenine? - pyta z pew­nym nie­do­wie­rza­niem w gło­sie.

Wtedy widzi moją minę i zaczyna mi wie­rzyć.

- Fakt, że nie znasz intym­nych szcze­gó­łów z mojego życia, powi­nien być miłą odmianą, zwa­żyw­szy, w jakim panop­ty­ko­nie żyję, ale...

Zanim został kró­lem, nie mówił z takimi dłu­gimi pau­zami. Teraz można odnieść wra­że­nie, że waże­nie słów stało się jego drugą naturą. Nawet w roz­mo­wie ze mną.

Przy­ja­ciel byłby przy nim, jak powie­działa mi admi­sjo­na­riuszka.

Co takiego złego się działo?

- Co się dzieje z Jenine? - pytam.

Logan dużą dło­nią pociera wciąż wolne od zmarsz­czek czoło. Wkłada świeże ciemne spodnie i białą, lnianą koszulę. Więk­szość kraw­ców musi ubie­rać klien­tów tak, żeby mini­ma­li­zo­wać ich słabe strony i pod­kre­ślać atuty. Krawcy Logana muszą być roz­pusz­czeni, mając zbyt wielki wybór, gdy decy­dują, ile z jego atu­tów powi­nien ujaw­niać strój na daną oka­zję. Jest smu­kły, musku­larny, wysoki, dłu­go­nogi i bar­czy­sty - myślę, że Logan lepiej wyglą­dał wygło­dzony, brudny i w wię­zien­nych łach­ma­nach, niż ja wyglą­dałbym we wszyst­kich jedwa­biach Lade­shu.

Kiedy kamer­dy­ner koń­czy się uwi­jać przy guzi­kach, Logan odpra­wia go gestem, który tam­ten natych­miast odczy­tuje.

- Przy­ślę fry­zjerkę za pięć minut, Wasza Kró­lew­ska Mość?

- Za dzie­sięć.

Kamer­dy­ner zatrzy­muje się przy wiel­gach­nych drzwiach zdo­bio­nych błysz­czą­cym mosią­dzem i zro­bio­nych z jakie­goś egzo­tycz­nego prąż­ko­wa­nego drewna, może z cyprzynu, a może z drewna tygry­siego. Luk­sus tych wnętrz jest osza­ła­mia­jący, a kamer­dy­ner w bia­łych ręka­wicz­kach i Logan dosko­nale tu pasują.

- Wasza Kró­lew­ska Mość pro­sił, żeby mu przy­po­mnieć, że nie chce się dziś spóź­nić i obra­zić szefa kuchni Vay­dena po raz trzeci w tym tygo­dniu.

Logan mru­czy coś poko­nany.

- Dzie­sięć minut, ale przy­ślę wszyst­kie panie naraz? - pro­po­nuje kamer­dy­ner.

Logan wyraża pomru­kiem zgodę.

- Dzię­kuję, Ari­xu­sie.

- A pani Bri­ses przy­po­mina o deli­kat­no­ści macicy per­ło­wej i prosi, żeby Wasza Kró­lew­ska Mość nie pró­bo­wał sam zasznu­ro­wać allo­re­ań­skich butów.

- Tak, tak, idź już sobie! - odpo­wiada Logan.

Słu­żący szybko wycho­dzi, ale nie oka­zuje stra­chu. Cięż­kie drzwi zamy­kają się za nim bez skrzyp­nię­cia zawia­sów.

Po jego wyj­ściu Logan mówi:

- Każę im mówić mi różne rze­czy, a potem wrzesz­czę na nich, gdy mi o tym mówią. Zaczy­nam myśleć, że jedyna rzecz gor­sza od bycia kró­lem to słu­że­nie kró­lowi.

Uśmie­cham się.

- Czy to ten moment, kiedy zapew­niam cię, że słu­że­nie tobie nie jest takie złe, co płyn­nie pro­wa­dzi do tego, że ty pro­sisz, abym słu­żył ci w jakiś nowy i uciąż­liwy spo­sób? - pytam. - A ja czuję się zobo­wią­zany, żeby się zgo­dzić, bo prze­cież powie­dzia­łem, że słu­że­nie ci nie jest takie złe?

- I ty twier­dzisz, że nie jesteś dobry w te gierki. - Logan siada ciężko. - Ale mniej wię­cej do tego się to spro­wa­dza. Ostat­nimi czasy mani­pu­luję przy­ja­ciółmi nawet wtedy, gdy tego nie zamie­rzam.

- Spo­dzie­wa­łem się, że ska­żesz mnie dzi­siaj na wygna­nie, o ile nie na śmierć - odpo­wia­dam. - Możesz zwy­czaj­nie popro­sić.

Przy­gląda mi się, nie tylko mojemu ubra­niu, ale też patrzy mi w oczy.

- Naprawdę zmu­si­łeś mnie do cięż­kiej pracy, żebym mógł cię ura­to­wać.

Jego przy­stojna twarz roz­pro­mie­nia się i widzę, że jest dumny z tego, jak sobie pora­dził, szybko podej­mu­jąc decy­zje.

Jed­nak czas ucieka.

- To nie w twoim stylu tak krą­żyć wokół tematu - zauwa­żam.

Uśmiech mu rzed­nie. Znowu masuje czoło.

- Boisz się cza­sem, że gdy już coś wyra­zisz sło­wami, to będziesz zobo­wią­zany do okre­ślo­nych dzia­łań? Jakby to nie działo się naprawdę, dopóki nie wypo­wiesz tego na głos, ale gdy już powiesz, nie będzie można się cof­nąć?

- Co się dzieje z Jenine?

Nie patrzy mi w oczy i nie odpo­wiada przez całą minutę. Mil­czę.

- Ciąża z bliź­nię­tami była dla niej ciężka. Nie tylko, ehm, dla jej ciała. Kiedy zwy­cię­ży­li­śmy w bitwie, wszę­dzie pul­so­wała magia, a ona znaj­do­wała się bar­dzo bli­sko waszej dwu­nastki i tego, co zro­bi­li­ście... Jest prze­ko­nana, że to w jakiś spo­sób wpły­nęło na chłop­ców.

- W jakiś spo­sób wpły­nęło na chłop­ców? - powta­rzam.

Pociera twarz rękami.

- To sza­leń­stwo, Kyla­rze. - Wzdryga się, może z powodu uży­cia słowa "sza­leń­stwo".

- Posłu­ży­li­śmy się tak wielką mocą, że udało się znisz­czyć całą armię i wybu­do­wać to mia­sto - pod­su­wam mu. - Nie wiem jak, ale nie zdzi­wił­bym się, gdyby ta magia doko­nała cze­goś jesz­cze. Nawet cze­goś dziw­nego.

- Jenine mówi, że wtedy wszystko zmie­niło się w jej ciąży; że chłopcy szyb­ciej doj­rzeli pod­czas zalewu magią. Ona... oba­wia się, że Dorian coś im zro­bił.

- O ile pamię­tam, Dorian był dość zajęty.

Dorian nie stra­cił zdro­wych zmy­słów do końca walki. Poświę­cił swój umysł, żeby pomóc nam wygrać, cof­nąć całe spo­wo­do­wane zło, jakiego był czę­ścią - umyśl­nie bądź nie.

- Czy był sza­lony, czy nie, Dorian nie jest potwo­rem, który skrzyw­dziłby dziecko.

- Nie mówię, że jej wie­rzę! - war­czy Logan. Mina mu rzed­nie. - Pró­bo­wa­łem jej uwie­rzyć. Roz­ma­wia­łem z aku­szer­kami, medy­kami, cyru­li­kami i z pół tuzi­nem szar­la­ta­nów. Wszy­scy ci, któ­rzy nie pró­bo­wali mi cze­goś sprze­dać, powie­dzieli, że wysi­łek zwią­zany z poro­dem potrafi zra­nić umysł kobiety na pewien czas, ale że Jenine naj­pew­niej wkrótce powróci do zdro­wia. Spro­wa­dzi­łem też naj­lep­sze uzdro­wi­cielki z Ora­to­rium. One rów­nież się z tym zgo­dziły. Tyle że ona... Kocham ją, wiesz prze­cież, ale myślę, że jej stan się pogar­sza. Mówi mi o snach, które miewa, a ja wiem, że sny czę­sto, bar­dzo czę­sto, bywają cudaczne, prawda? Ale tej jej sny... One nie są nor­malne. Nie wiem, jak w ogóle może cokol­wiek śnić, tak nie­wiele sypia.

- Ile czasu upły­nęło od naro­dzin chłop­ców? Dwa mie­siące? Czy nie jest jesz­cze za wcze­śnie, żeby cokol­wiek prze­są­dzać? Może z cza­sem...

- Jej stan się pogar­sza, zamiast się popra­wiać. Oba­wiam się, że może... nie, nie mogłaby...!

Cier­pie­nie na jego twa­rzy prze­nika mnie do szpiku kości. Nie chce tego powie­dzieć, nie potrafi, więc ja koń­czę za niego. Cza­sem, kiedy przy­ja­ciel nie ma dość odwagi, musisz go zastą­pić:

- Boisz się, że mogłaby skrzyw­dzić chłop­ców?

- Nie! Tak. Albo sie­bie. To tylko obawy. To nie­moż­liwe... To bar­dzo mało praw­do­po­dobne, sam rozu­miesz. Wystar­czy jed­nak, żebym uznał, że powi­nie­nem zapo­biec takiej ewen­tu­al­no­ści.

Nie potrafi spoj­rzeć mi w oczy. Jest naprawdę wiel­kim czło­wie­kiem, rów­nie potęż­nym pod wzglę­dem fizycz­nym, jak i poli­tycz­nym, ale teraz wydaje się mały, jakby skur­czył się w sobie.

- Okrop­nie mi przy­kro, Loga­nie.

Nie spra­wia wra­że­nia, jakby mnie sły­szał.

- Nie­które z jej snów, Kyla­rze, są apo­ka­lip­tyczne. Para­no­iczne. Kiedy uzdro­wi­cielki z Ora­to­rium ją zba­dały, natych­miast wezwały wspar­cie. To nie może być dobry znak, prawda? Kiedy wresz­cie poroz­ma­wiały ze mną, ich słowa były prze­ci­wień­stwem pocie­chy. Magia czę­sto leczy ciało, ale pra­wie ni­gdy nie leczy duszy.

A myśla­łem, że ja jeden noszę rany na duszy po naszym wiel­kim trium­fie. Pośród całego świę­to­wa­nia uwie­rzy­łem, że tylko ja jestem w żało­bie.

- Jak mogę pomóc?

Pytam bez zasta­no­wie­nia, ale kiedy tylko wypo­wia­dam te słowa, dociera do mnie, że to może być roz­wią­za­nie dla mnie. Może moja roz­pacz zma­leje, kiedy sku­pię się na poma­ga­niu komuś innemu pogrą­żo­nemu w roz­paczy.

Logan chwyta się tego. Widzę, że ma plan.

- Moje nowe impe­rium wzbu­dziło strach wszę­dzie na świe­cie. Wszy­scy spo­dzie­wają się, że muszę być agre­sywny, skoro tak szybko zagar­ną­łem trzy kró­le­stwa, że muszę pra­gnąć nowych ziem. Bez względu na to, co twier­dzą, połowa dyplo­ma­tów, któ­rzy nas odwie­dzają, ma jeden jedyny cel: zorien­to­wać się, dokąd poma­sze­ruję w następ­nej kolej­no­ści. Nie, czy poma­sze­ruję, ale dokąd. Na razie tylko Ali­ta­era­nie mają szansę w jaki­kol­wiek spo­sób temu zara­dzić.

- To dobra nowina, prawda? Ali­ta­era jest bar­dzo daleko.

- Tak, ale przy całej ich potę­dze, jeśli Ali­ta­era­nie posta­no­wią jed­nak coś z nami zro­bić, to nikt ich nie powstrzyma, a już na pewno nie my. Posta­no­wi­łem wybrać się na połu­dnie, żeby zawrzeć z nimi trak­tat.

- Podróż? Na pewno nie musisz wybie­rać się tam oso­bi­ście?

- Czy muszę? Nie. Mogę zro­bić to, co pod­su­wają mi wszy­scy doradcy, i wysłać paru zręcz­nych dyplo­ma­tów, żeby się tym zajęli.

- To czemu tak nie zro­bisz?

- Nie chcę wojny.

- Wiem, że nie chcesz, ale...

- Każdy władca będzie ocze­ki­wał, że mój dyplo­mata przy­bę­dzie i powie wszystko to, co należy. Od tego są dyplo­maci. Dyplo­mata powie to samo bez względu na to, czy naprawdę nie zamie­rzam zaata­ko­wać, czy też pla­nuję atak na jutro. Każdy to wie. Jeśli jed­nak przy­będę oso­bi­ście...

- Jeśli przy­bę­dziesz oso­bi­ście, to cię uwiężą! To idio­tyczny pomysł.

Rzuca mi szybki uśmiech.

- Moi doradcy wyra­zili się bar­dziej oględ­nie, ale nie mylisz się. Mam jed­nak parę asów w ręka­wie.

- Mia­no­wi­cie?

- Gdy­bym ci powie­dział, to nie byłyby już w moim ręka­wie, prawda?

Nie wiem, czy się ze mną dro­czy, czy nawet teraz mar­twi się tym, że ktoś może pod­słu­chi­wać. Tak czy ina­czej, sprawa jest zamknięta. Jest kró­lem.

- Nara­żasz wła­sne życie dla pod­da­nych - mówię po chwili. - Tak jak zawsze sza­nuję twoją odwagę i moty­wa­cję.

- I uwa­żasz, że jestem głup­cem.

- Nie głup­cem, ale zacho­wu­jesz się nie­mą­drze, ow­szem.

Uśmie­cha się smutno.

- Widzisz, jesz­cze mógłby być z cie­bie dyplo­mata!

- Już to widzę: ja spo­ty­ka­jący kró­lów i cesa­rzowe. Na pewno świet­nie by mi szło.

Logan ma dziwny wyraz twa­rzy, jak­bym wła­śnie pod­su­nął mu jakiś pomysł.

- Ofi­cjalne wysła­nie naj­lep­szego zabójcy na świe­cie jako swo­jego emi­sa­riu­sza...

- Sie­pa­cza - popra­wiam go. - I wcale nie jestem naj­lep­szy...

Zbywa to mach­nię­ciem ręki, jak­bym był po pro­stu skromny.

- Naj­słyn­niej­szego. Wystar­czy. Wysła­nie go ofi­cjal­nie wywo­ła­łoby nie lada reak­cję. Trzeba by wybrać ci odpo­wied­nie sta­no­wi­sko...

- Dro­czysz się ze mną - mówię i zni­żam głos. - Bo dro­czysz się, prawda?

Uśmie­cha się nagle i przez chwilę widzę daw­nego, chło­pię­cego, przy­stoj­nego, nie­spo­ży­cie pew­nego sie­bie Logana.

- Zwle­kam, zanim powiem ci coś wię­cej.

Mło­dość w nim ulega sta­ro­ści na moich oczach.

- Jest aż tak źle?

- Potrze­buję, żeby Jenin poje­chała ze mną. Jej siła wzmac­nia moją. Ona widzi rze­czy, któ­rych ja nie dostrze­gam, a ludzie mówią jej rze­czy, jakich mi nie powie­dzą.

- Myśla­łem, że jest zbyt kru­cha na podróż.

- Ona nie. Bliź­niaki tak. Przy­naj­mniej na podróż tak szybką, jak pla­nuję. Wysła­łem już przo­dem konie na kolejne przy­stanki, żebym mógł je szybko zmie­niać; poje­chać i wró­cić naj­szyb­ciej, jak się da.

- Cze­kaj, zamie­rzasz zabrać Jenine, ale zosta­wić dzieci? Mają dopiero dwa mie­siące. Co ona myśli o tym pla­nie?

- Ona... jesz­cze nic nie wie.

- Zamie­rzasz oddzie­lić zroz­pa­czoną świeżo upie­czoną matkę od dzieci?

Czy nikt nie mówi naszemu nowemu naj­wyż­szemu kró­lowi, kiedy wpada na wybit­nie idio­tyczne pomy­sły?

Logan zniża głos.

- Nie mogę jej zosta­wić. Jeśli ona zosta­nie, to nawet gdy­bym zde­cy­do­wał się ura­zić ją na zawsze poprzez wyzna­cze­nie regenta, który rzą­dziłby pod moją nie­obec­ność, Jenine na­dal będzie kró­lową. Kto sta­nie mię­dzy kró­lową a jej dziećmi? Jeżeli poje­dzie ze mną, może oca­lić dzie­siątki tysięcy ludzi. Jeśli zosta­nie... - Zniża głos jesz­cze bar­dziej. - Narazi życie trojga ludzi.

Drzwi otwie­rają się i kamer­dy­ner Logana, Ari­xus, zagląda do środka. Poka­zuje dwa palce i znika, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Dwie minuty.

Logan wzdy­cha.

- Cały czas tak jest? - pytam.

- Zawsze. I tak pozo­sta­nie, dopóki nie umiesz­czę odpo­wied­nich mini­strów na odpo­wied­nich sta­no­wi­skach. Wtedy, zamiast podej­mo­wać wszel­kie decy­zje, będę zaj­mo­wał się tylko tymi naj­trud­niej­szymi. O, rado­ści.

Czas skoń­czyć z owi­ja­niem w bawełnę.

- Zatem czego ode mnie ocze­ku­jesz? Mam jechać z tobą i zadbać o twoje bez­pie­czeń­stwo? Wiesz, że żaden ze mnie ochro­niarz, ale... twoje życze­nie jest dla mnie roz­ka­zem.

- Nie. To zna­czy nor­mal­nie zabrał­bym cię bez chwili waha­nia. Byłoby cudow­nie mieć cię przy sobie, nawet gdyby nie gro­ziło mi nie­bez­pie­czeń­stwo. Ale nie. Para­noja Jenine... Wydaje jej się, że chłop­com grozi nie­bez­pie­czeń­stwo. Uważa, że miała wizję kogoś, kto ich wykrad­nie, zabije czy coś takiego.

- Więc... co wła­ści­wie? Chcesz, żebym zajął się dziećmi?

- Ty miał­byś się zająć dziećmi? Ha! Nie zro­zum mnie źle, ale nie znam dru­giego faceta, który miałby mniej zadat­ków na ojca.

Recho­czę, jakby to była dobro­duszna szpilka, bo takie były inten­cje Logana.

Nie wie, co mówi.

Nie wie, że Elene była w ciąży, gdy umarła; że cały mój świat zmie­niał się wtedy na moich oczach. Nie mogłem dłu­żej być dzie­cia­kiem; byłem mężem. Mia­łem zostać ojcem. Tatą.

Wie, że ją stra­ci­łem. Uważa, kiedy tylko poru­sza temat bli­ski jej oso­bie. A to? Nie mogę winić go za jątrze­nie rany, o któ­rej ist­nie­niu nie wie. W końcu to ja mu ni­gdy o tym nie powie­dzia­łem.

Naj­lep­szy przy­ja­ciel? Dobry przy­ja­ciel byłby przy Loga­nie. Dobry przy­ja­ciel pozwo­liłby, żeby Logan był przy nim. Podzie­liłby się z nim swoją raną.

Jestem nie­udacz­ni­kiem pod każ­dym wzglę­dem.

Z wyjąt­kiem zabi­ja­nia. W tym jestem dobry. Myśla­łem kie­dyś, że ucie­kam przed obję­ciami cie­nia, ale cień lgnie do mnie, gdzie­kol­wiek się ruszę.

- Chcę, żebyś czu­wał dla mnie nad nimi - mówi Logan. - Wiem, że nie jesteś ochro­nia­rzem ani niańką. Zapew­nię dzie­ciom jedno i dru­gie. Chcę, żebyś krę­cił się tutaj, spraw­dzał drogi, które sam byś wybrał, gdy­byś chciał skrzyw­dzić albo porwać dzieci. Nic się nie sta­nie, ale będę mógł powie­dzieć Jenine o tobie, żeby ją uspo­koić. Niech wie, że robię wszystko dla zapew­nie­nia im bez­pie­czeń­stwa.

- Loga­nie, ona zwa­riuje z tego powodu. - Logan się wzdryga, a ja zdaję sobie sprawę, jak fatal­nie dobra­łem słowa, więc szybko dodaję: - Jak każda matka na jej miej­scu. Nie możesz oddzie­lić jej od dzieci. Pocze­kaj parę mie­sięcy. Wyślij przo­dem dyplo­ma­tów, a kiedy sytu­acja tro­chę się uspo­koi, pojedź oso­bi­ście. Te parę mie­sięcy może sta­no­wić klu­czową róż­nicę.

- Wtedy jed­nak będzie już za późno. Za kilka tygo­dni cesa­rzowa Caele­stia i jej dwór opusz­czą wschod­nią sto­licę Ali­ta­ery. Po zaba­wach na Wyspach Let­nich wylą­dują na Zamku Sztor­mów, skąd poże­glują na zachód z nie­sa­mo­witą szyb­ko­ścią, nie­sieni Wiel­kim Sztor­mem. Gdy już znajdą się w Borami, cesa­rzowa będzie przez sześć mie­sięcy nad­zo­ro­wała rządy swo­jego nowego króla, zanim wróci lądem na wschód i powtó­rzy cały pro­ces. Rzecz w tym, że gdy już opu­ści Skone, znaj­dzie się poza zasię­giem. Borami znaj­duje się za daleko, zbyt wielu wro­gów minę­li­by­śmy po dro­dze. Nawet gdyby podróż była bez­pieczna, wyjazd potrwałby zde­cy­do­wa­nie zbyt długo. To jed­nak nie wszystko. Kyla­rze, czy­ta­łem pod­ręcz­niki histo­rii. Szpie­dzy Gwi­nvere prze­ka­zali mi prze­mowy innych wład­ców. Widzę oznaki. Nagle władcy Mid­cyru nakła­dają nowe podatki na wystawne przed­się­wzię­cia: pomniki, roz­bu­dowę pała­ców i tym podobne.

- Tym wła­śnie zaj­mują się monar­cho­wie w cza­sach pokoju i pro­spe­rity, prawda?

- Ow­szem, ale w nie taki spo­sób. Nie­wielu wład­ców jest dość cier­pli­wych, żeby zebrać pie­nią­dze na nowy pałac i zapła­cić za wszystko naraz. Zbie­rają małą sumę, żeby ufun­do­wać począ­tek prac, płacą za roboty ziemne i kamień. W następ­nym roku nakła­dają nowy poda­tek, żeby zapła­cić mura­rzom i cie­ślom. To mniej iry­tuje ary­sto­kra­tów i spra­wia, że natych­miast zaczy­nasz przed­się­wzię­cie. A tu jest ina­czej. To są kraje, które zbie­rają dużo pie­nię­dzy i nie wydają ich. Dla­czego? Bo pie­nią­dze to śro­dek wymiany. Prze­bie­gły władca może zbie­rać pie­nią­dze i nie spra­wiać wra­że­nia, że przy­go­to­wy­wuje się do wojny, a potem w ostat­niej chwili może wziąć te fun­du­sze i kupić broń dla armii, jedze­nie i wszystko inne, co jest potrzebne, żeby wyma­sze­ro­wać. Dla­tego muszę jechać. I muszę zro­bić to teraz. A obec­ność Jenine może być klu­czo­wym ele­men­tem, który zmieni porażkę w suk­ces. W prze­ciw­nym wypadku, kiedy cesa­rzowa wyma­sze­ruje z zachod­niej sto­licy Borami w przy­szłym roku, to może iść na czele armii.

- Mia­łem nadzieję, że to już koniec wojen - powie­dzia­łem.

Zabić mor­der­czy­nię i zdraj­czy­nię to jedno, zabić jakie­goś nasto­latka, któ­rego jedy­nym grze­chem jest to, że masze­ruje pod nie­wła­ściwą cho­rą­gwią w prze­ko­na­niu, że sta­no­wisz zagro­że­nie dla jego rodziny, to cał­kiem co innego.

- To mój obo­wią­zek - mówi ponuro Logan. - Poma­gać mojemu kra­jowi roz­kwi­tać. Chro­nić moich pod­da­nych. Dopil­no­wać, żeby to był koniec wojen, jeśli nie na zawsze, to na tak długo, jak to moż­liwe. Moje zada­nie jest zbyt ważne, żebym był takim ojcem, jakim powi­nie­nem być. Albo mężem. Jestem kró­lem. Życie moich pod­da­nych jest waż­niej­sze od mojego szczę­ścia.

- A szczę­ście two­jej żony?

Nie chcia­łem powie­dzieć tego na głos, ale Logan mi wyba­cza.

- Uro­dziła się jako księż­niczka, wycho­wano ją w świa­do­mo­ści, że pew­nego dnia zosta­nie kró­lową. Znała poten­cjalną cenę swo­jej pozy­cji wcze­śniej niż ja.

Jestem pewien, że to prawda, ale cie­szę się, że nie będę obecny, kiedy będą roz­ma­wiać o tym we dwoje.

- Zro­bię, co trzeba, Wasza Kró­lew­ska Mość - mówię, rusza­jąc do drzwi. - I... dzięki, że nie ska­za­łeś mnie na bani­cję. Albo na coś gor­szego. Pro­si­łem się o to, ale... Nie mogłem sobie tego odpu­ścić, wiesz?

- Mnie też bra­kuje Mags - mówi. Odwraca wzrok. - I Serah. I księ­cia Ale­ine'a z jego wszyst­kimi dzi­wac­twami. I pozo­sta­łych. Tru­dana musiała zgi­nąć. Gdy­byś zapy­tał, sam bym cię posłał.

Jest w tym zda­niu nutka oskar­że­nia, urazy. Dla­czego nie popro­si­łem go o pozwo­le­nie.

- Dowie­dzia­łem się, gdzie prze­bywa tego samego dnia, kiedy usły­sza­łem o amne­stii. Myśla­łem, że dotrę tam pierw­szy. - Pra­wie na tym poprze­staję, na tej pół­praw­dzie. Pra­wie. - Poza tym... odda­li­łem się od two­jego dworu. Nie wie­dzia­łem, co byś powie­dział. Nie sądzi­łem, że będę w sta­nie cię posłu­chać, jeśli mi zaka­żesz.

Logan uśmie­cha się smutno.

- Tacy wła­śnie obaj jeste­śmy, co? Męż­czyźni, któ­rzy zawsze robią to, co uwa­żają za słuszne, bez względu na to, co mówią inni. Chciał­bym tylko, żeby­śmy zawsze byli zgodni w tej oce­nie.

- Jesteś lep­szym przy­ja­cie­lem, niż na to zasłu­guję.

- To nie ma nic wspól­nego z byciem twoim przy­ja­cie­lem. Był­bym głu­pim kró­lem, gdyby wygnał swoją tajną broń.

Uśmie­cha się i obaj wiemy, że kła­mie, ale nie do końca. Wła­dza Logana jest inte­gralną czę­ścią tego, kim teraz jest. Cho­ciaż naj­czę­ściej kie­rują nim naj­wyż­sze ide­ały, to, żeby prze­żyć, musi zawsze myśleć o przej­mo­wa­niu i pod­trzy­my­wa­niu wpły­wów.

- Będziesz nam towa­rzy­szył pod­czas kola­cji?

Odchrzą­kuję.

- Myślę, że wolę zamiast tego... ehm... pod­trzy­my­wać ota­cza­jącą mnie aurę tajem­ni­czo­ści. Dzięki.

- Nie zmie­nisz zda­nia nawet, jeśli ci powiem, że będzie tam gość, który cię szcze­gól­nie zain­te­re­suje?

- Będę dla cie­bie lep­szą tajną bro­nią, jeżeli będziesz mnie wycią­gał tylko wtedy, gdy jestem potrzebny. - Otwie­ram drzwi i do środka wma­sze­ro­wuje sznu­re­czek słu­żą­cych. - Jeśli to naprawdę ważne, możesz przy­słać go do mnie po kola­cji.

- Jego?

- Tego gościa?

- To nie on. To ona - odpo­wiada Logan. - I jeśli nie przyj­dziesz, jestem pewien, że sama cię znaj­dzie.

Ści­ska mnie w żołądku.

Rozdział 15

Roz­dział 15

Miłość nie wystar­cza

Nie wiem, dla­czego wszy­scy kła­mią na ten temat: nowo­rodki nie są słod­kie.

Nowo naro­dzone zwie­rzątka ow­szem. Mogę gru­chać i cmo­kać, nie ustę­pu­jąc w tym naj­lep­szym, nad szcze­nia­kiem albo malut­kim kro­ko­dyl­kiem, czym­kol­wiek. Ale ludz­kie nowo­rodki? Te ich pomarsz­czone buzie i kom­pletny brak świa­do­mo­ści oto­cze­nia?

Może jeden na sto rze­czy­wi­ście jest słodki. Cho­ciaż wąt­pię.

A ta dwójka? Nie. Wybacz­cie. Daleko im do tego.

- Są prze­śliczne! - mówię z takim entu­zja­zmem, na jaki mnie stać.

- Prawda? - mówi Logan, uno­sząc jed­nego z synów wysoko, aż niańka zaczyna się dener­wo­wać. - A ja? Ja należę do tych męż­czyzn, któ­rzy nie uwa­żają każ­dego dziecka za słod­kie. Chcesz go potrzy­mać?

- Nie, nie, dzięki. Po pro­stu wiem, że zro­bię to nie tak, jak trzeba.

Logan rzuca mi pie­lu­chę.

- Prze­rzuć ją przez ramię. Ni­gdy nie wiesz, kiedy coś z nich wytry­śnie jed­nym koń­cem albo dru­gim.

Śmieje się, jakby to też było zachwy­ca­jące.

Trudno było mu się oprzeć, zanim został kró­lem, ale teraz oso­bo­wość Logana - gdyby porów­nać ją do konia bojo­wego - otrzy­mała pełną uprząż i solid­nego klapsa w zad.

Zmu­szam się do uśmie­chu, ale nie wkła­dam w to serca.

- Naprawdę wystar­czy mi...

Podaje mi małą, wiotką, senną parówkę. Tę, która ma rzadki ciemny meszek na przy­du­żej czaszce.

Logan prze­krzy­wia z dez­apro­batą głowę, widząc, jak trzy­mam dziecko, ale nic nie mówi.

A potem nagle dzie­ciak się wierci i gigan­tyczna czaszka grozi, że spad­nie z pozba­wio­nej mię­śni szyi.

- Główka! - mówi Logan. - Chło­pie, pod­trzy­maj Kier­nowi głowę!

Roz­kła­dam dło­nie, jak­bym trzy­mał dro­go­cenny przed­miot. Nie, to coś gor­szego. Ten mały tłu­ścioch to książę.

- Przy­tul go do piersi. Posta­raj się go nie zabić, dobrze? Jak­byś pierw­szy raz w życiu trzy­mał dziecko na ręku...

- No bo trzy­mam pierw­szy raz.

- Serio? - Patrzy na mnie zdu­miony. - Och, racja. Prze­pra­szam. Nie zda­wa­łem sobie sprawy, jak bez­tro­sko powie­rzam w twoje ręce przy­szłość mojego kró­le­stwa.

- No co ty, pora­dzimy sobie. Jak jedno popsuję, to jesz­cze mamy dru­gie, nie?

Logan śmieje się i pomaga mi uło­żyć dziecko pra­wi­dłowo. Nagle czuję się nie­zręcz­nie. Jak­bym trzy­mał okla­płą, nad­zwy­czaj deli­katną klu­skę.

Czuję mro­wie­nie w miej­scu, gdzie główka dziecka dotyka skóry na mojej piersi i szyi. Nie wiem, czy odzywa się we mnie uśpiony instynkt ojcow­ski, czy po pro­stu to świa­do­mość, że trzy­mam przy­szłego naj­wyż­szego króla.

Tak czy ina­czej, to mi się nie podoba.

- Hmm... wyglą­dają róż­nie - mówię. Oczy­wi­ście nie odróż­nił­bym jed­nej z tych pomarsz­czo­nych śli­wek od dru­giej, ale ta, którą trzy­mam, ma ciemne włosy. - Myśla­łem, że Kiern i... ehm... Jak się nazywa ten drugi?

Logan chowa twarz w dło­niach. Nie wiem, która z głu­pot, jakie pal­ną­łem, jest tego przy­czyną. Zanim się ode­zwie, pod­cho­dzi jego doradca i szep­cze mu do ucha.

Zostaję więc sam z Jego Kró­lew­ską Pulch­no­ścią. Patrzę w dół i widzę, że ziewa.

No dobra, to ziew­nię­cie jest nawet uro­cze. Odro­binę.

Bogo­wie. To się budzi. Zaczy­nam nim pod­rzu­cać, tak jak widzia­łem, że ludzie to robią. Śpij dalej, bła­gam, śpij dalej.

Czy kto­kol­wiek kie­dyś trzy­mał mnie w ten spo­sób? Czy ktoś widział we mnie małą zgrozę, miał nadzieję, że zdoła się mnie pozbyć przy naj­bliż­szej oka­zji?

W końcu jestem sie­rotą. Przy­naj­mniej porzu­cono mnie dość wcze­śnie, żebym nie pamię­tał żad­nego z rodzi­ców. Ale nie za wcze­śnie. Nie prze­trwał­bym na ulicy, gdy­bym był za mały. Gangi nie przyj­mują nikogo tak małego, za duży z tym kło­pot.

Czy sam wyrzu­cił­bym sie­bie jak śmie­cia?

Kiern otwiera nie­bie­skie oczy. Patrzę w nie i w gar­dle rośnie mi gula tak szybko, jakby ten smar­kacz wsa­dził mi tam wła­sną piąstkę.

- Co? Czy nie mówi­łeś... - odpo­wiada doradcy Logan.

Prze­klina pod nosem, a ja cie­szę się, że mam pre­tekst, żeby ode­rwać wzrok od dziecka. Logan patrzy na mnie, potem na drzwi, jakby musiał pod­jąć jakąś potworną decy­zję, cho­ciaż wygląda na to, że tylko zasta­na­wia się, czy zabrać ode mnie syna.

Zaci­ska zęby i zmu­sza się do opusz­cze­nia rąk.

- Co się stało? - pytam.

Chyba za późno.

Wtedy domy­ślam się, co nad­ciąga, bo drzwi otwie­rają się, zanim zdążę oddać dziecko.

Naj­wyż­sza kró­lowa Jenine Gyre widziała wiele w swoim życiu. Uro­dziła się jako księż­niczka Gun­der z Cena­rii, poślu­biła Logana i myślała, że został zamor­do­wany w tym samym cza­sie, co cała jej rodzina. Została porwana, a potem "ura­to­wana" przez Doriana, który poślu­bił ją, zro­bił z niej kró­lową Kha­li­doru, Lodri­caru i Cena­rii, po czym (kiedy była w ciąży z dziećmi Doriana) dowie­działa się, że Logan wciąż żyje, a jej mąż Dorian wie­dział o tym od początku. Zosta­wiła Doriana, anu­lo­wała ich mał­żeń­stwo i znów zeszli się z Loga­nem, który adop­to­wał jesz­cze nie­na­ro­dzone dzieci Doriana i Jenine.

I mimo tej burz­li­wej prze­szło­ści Jenine nie ma jesz­cze nawet dwu­dzie­stu lat. Kiedy widzia­łem ją ostatni raz, wyglą­dała jesz­cze mło­dziej.

To się zmie­niło.

Ma ciemne sińce pod oczami. Opuch­niętą twarz.

Zamiera na mój widok.

Jed­nak tylko na chwilę.

- Nie on! - krzy­czy, wyty­ka­jąc mnie pal­cem. Jak wcie­lona furia porywa dziecko z moich oszo­ło­mio­nych objęć. - Jak mogłeś, Loga­nie?

- Kocha­nie, nic się nie...

- Nie! Jak możesz pozwo­lić, żeby coś takiego doty­kało naszego dziecka?! - wrzesz­czy. - Powie­dzia­łeś mi, przy­zna­łeś, że to naj­bar­dziej nie­bez­pieczny czło­wiek w całym kró­le­stwie. Coś ty sobie myślał, żeby tu go przy­pro­wa­dzać?!

- To mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, Jenine! On...

- Tacy jak on nie mają przy­ja­ciół! Oni mają tylko cele!

- Jenine, naj­droż­sza...

- Żad­nych "naj­droż­szych"! - war­czy Jenine, cała się trzę­sąc.

- To nie­prawda - odzy­wam się.

Jenine zamiera.

- Tacy jak ja nie mają "celów". Zabójcy mają cele, bo celu można chy­bić. Sie­pa­cze mają tru­po­szy, bo kiedy sie­pacz zawiera umowę, śmierć wska­za­nej osoby jest tylko kwe­stią czasu. Pro­szę jed­nak mówić dalej.

Jenine zacho­wuje się jak prze­stra­szone dziecko i to zaczyna mnie wku­rzać.

- Tru­po­sze? Tru­po­sze! - mówi.

- Kylar... - odzywa się bła­gal­nie Logan.

- Powi­nie­nem już iść - oznaj­miam, narzu­ca­jąc kap­tur na głowę. - Zasto­suję się do woli Waszej Kró­lew­skiej Mości. Widzę, że wy dwoje macie...

Kiedy kap­tur opada na swoje miej­sce, Jenine wytrzesz­cza oczy jesz­cze bar­dziej, jakby zoba­czyła mnie po raz pierw­szy.

I zaczyna lamen­to­wać.

Serce zaci­ska mi się z żalu, nie tylko z jej powodu, ale też przez wzgląd na mojego przy­ja­ciela, bo kocha kobietę, któ­rej umysł stra­cił wszelki kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

Widzę, że słu­żąca pod­biega do drzwi i czeka na pozwo­le­nie, żeby wejść. Trzyma kie­lich, w któ­rym widzę brą­zowe zia­renka maku w winie.

Mieli to już przy­go­to­wane. Nie pierw­szy raz Jenine zacho­wuje się w taki spo­sób.

Twarz Logana miga mi po raz ostatni, kiedy wycho­dzę, żeby oszczę­dzić mu dal­szego wstydu; skrzy się sto­icką deter­mi­na­cją czło­wieka, któ­rego czeka bitwa. Wie, że nie może w niej wygrać, a jedy­nie ją prze­trzy­mać. To mina czło­wieka dźwi­ga­ją­cego brze­mię tak cięż­kie, że nie wie, jak je nieść, ale nie może go odrzu­cić.

Nasze spoj­rze­nia krzy­żują się i jakąś cząstka mnie myśli, że powi­nie­nem zostać. Powi­nie­nem zostać przez wzgląd na przy­ja­ciela, któ­rego kocham, czy wyjść przez wzgląd na kobietę, którą on kocha? Moja obec­ność naj­wy­raź­niej pogar­sza stan Jenine.

Odwra­cam się, żeby odejść.

- Stój, Bez­i­mienny! - krzy­czy Jenine.

Zamie­ram. Nie z powodu roz­kazu kró­lo­wej, tylko dla­tego, że ostat­nią osobą, która tak mnie nazwała, była sama Biała Sera­fina, a przed nią Wilk. I wła­ści­wie żad­nego z nich nie nazwał­bym osobą.

- Myślisz, że zwa­rio­wa­łam - mówi do Logana tonem, który spra­wia, że wszy­scy w pomiesz­cze­niu nie­wąt­pli­wie tak uwa­żają. - Chcesz, żebym dowio­dła, że to nie­prawda?

- Ni­gdy tak nie twier­dzi­łem - odpo­wiada łagod­nie Logan.

- Ni­gdy! - war­czy Jenine.

- Nie uwa­żam, że zwa­rio­wa­łaś - mówi Logan, a ja mu wie­rzę.

Myli się, ale ja mu wie­rzę.

- Przyj­dzie tu czło­wiek z wia­do­mo­ścią dla cie­bie - war­czy Jenine. - I będziesz musiał wyjść.

Logan zerka na mnie, zaże­no­wany tym, że kłócą się przy mnie.

- Skar­bie... to się dzieje setki razy dzien­nie. To żaden...

Dwo­rza­nin wcho­dzi do sali i Logan gwał­tow­nie milk­nie. Przy­wo­łuje męż­czy­znę gestem. Dwo­rza­nin prze­pra­sza krótko i wrę­cza mu wia­do­mość.

- Nie ten czło­wiek - mru­czy Jenine i na jej twa­rzy maluje się zakło­po­ta­nie, ale myślę, że tylko ja ją sły­szę.

Logan odczy­tuje wia­do­mość, a potem kręci głową i odsyła dwo­rza­nina.

- Widzisz? Zostaję...

- Nie ten czło­wiek - powta­rza Jenine.

Logan roz­kłada ręce.

- Mówi­łam ci sto razy. W każ­dym razie pró­bo­wa­łam mówić - mówi Jenine. - Dorian naprawdę coś zro­bił tam­tego dnia. Nie tylko z chłop­cami, ale i ze mną.

Głos jej się łamie przy ostat­nich sło­wach. Krzywi się, ale udaje jej się nie roz­pła­kać.

- Nie chcę wię­cej sły­szeć o Doria­nie! - war­czy Logan.

- Nie mia­łam roz­stę­pów na brzu­chu aż do tam­tego dnia, Loga­nie! Czu­łam, jak chłopcy wiją się w moim łonie. Tak jakby nagle podwo­ili się w roz­mia­rach i sile. Może byli za mali, za słabi, żeby prze­żyć, a on ich uzdro­wił. Był jed­nym z naj­więk­szych uzdro­wi­cieli z Hoth'salaru, prze­cież wiesz. Jed­nym z naj­więk­szych uzdro­wi­cieli wszech cza­sów. Krążą legendy na jego temat, ale mówię ci: myślę, że nie­chcący prze­ka­zał też...

- Prze­stań! Prze­stań! - krzy­czy Logan. - Chłop­com nic nie jest!

- Ja go znam. Nie skrzyw­dziłby ich celowo, ale było tam tyle magii...

- Ty go znasz? Dorian powie­dział ci, że nie żyję! Wszystko, co ci powie­dział, było kłam­stwem!

- Nie, Loga­nie, to nie­prawda.

Loga­nowi rzed­nie mina, kiedy nagle przy­gląda jej się z nie­do­wie­rza­niem.

- Na bogów... - szep­cze. - Ty na­dal go kochasz.

Nie wiem, jak do tego doszedł, ale widzę poczu­cie winy malu­jące się na twa­rzy Jenine.

Logan zerka wtedy na mnie, a ja widzę na jego obli­czu tysiąc myśli i bagno kotłu­ją­cych się uczuć.

Nie mogę uciec. Jestem intru­zem w tej nie­zno­śnie trud­nej chwili, obser­wuję, jak grunt ich mał­żeń­stwa pęka, poja­wia się linia uskoku i grozi trzę­sie­niem ziemi, roz­nie­sie­niem na strzępy całego ich wspól­nego życia, wyrzu­ce­niem samych fun­da­men­tów rzą­dów Logana w powie­trze.

Widzę jego zawsty­dze­nie, że jestem świad­kiem takiej chwili, jego bez­rad­ność wobec skali pro­blemu, ale widzę też pewne zado­wo­le­nie, że ze wszyst­kich ludzi to jestem wła­śnie ja.

Logan nie­ła­two wpada w gniew na tych, któ­rych kocha. A kocha Jenine jak nikogo innego. Jed­nak...

A jeśli miłość nie wystar­cza? Czy miłość może ura­to­wać umysł przed pochopną, nie­zwa­ża­jącą na szkody ucieczką od rze­czy­wi­sto­ści, umysł wzdra­ga­jący się ze stra­chu przed naj­de­li­kat­niej­szą, naj­sil­niej­szą i naj­pew­niej­szą dło­nią?

W bez­rad­nym Loga­nie budzi się gniew. Czer­wie­nieje mu jasna skóra. Ból, poczu­cie zdrady spla­tają się w nim w węzeł. Logan dał Jenine tak wiele, a ona odpłaca mu się w ten spo­sób, że wciąż kocha męż­czy­znę, który zajął jego miej­sce? Czło­wieka, który pod­stę­pem skło­nił ją do biga­mii, uwiódł ją, zapłod­nił. Czło­wieka, który przez cały czas wie­dział, że Logan żyje i umiera z głodu w lochu. Jak śmiała go kochać?

Jenine musiała ostroż­nie stą­pać w prze­szło­ści, ale teraz przy mnie zacho­wuje się nie­roz­waż­nie.

Zanim Logan zdąży się ode­zwać, mówi:

- Wiem, że zamie­rzasz zmu­sić mnie, żebym poje­chała z tobą do Skone.

To spra­wia, że z Logana ucho­dzi całe powie­trze.

Patrzę w stronę drzwi, zasta­na­wia­jąc się, czy zdo­łam wyjść dys­kret­nie. Albo niedys­kret­nie.

- Co takiego? Skąd o tym wiesz?

Jenine mil­czy.

- Kto ci powie­dział? - dopy­tuje się Logan.

- Sny...

- Wiecz­nie te sny! - ryczy Logan, jakby ura­do­wany, że zna­lazł coś, na co może się bez­piecz­nie wściec.

- To nie ma zna­cze­nia, skąd wiem! Oddzie­le­nie mnie od chłop­ców to naj­głup­sza rzecz, jaką możesz w tej chwili zro­bić. Prze­pra­szam. Nie naj­głup­sza. Naj­mniej prze­my­ślana. Oni mnie potrze­bują. A ja potrze­buję ich. Tylko dzięki nim jakoś się trzy­mam.

- Przez nich się roz­pa­dasz.

- Bła­gam cię. Nie odbie­raj mi dzieci. Pro­szę.

Jenine nagle wygląda nędz­nie, jakby dopa­dło ją sto bez­sen­nych nocy naraz. Pod­czas ciąży i wcze­śniej była młoda, pełna ener­gii, prze­peł­niona życiem, ale w tej chwili nie ma w niej krztyny tego wszyst­kiego. Zapa­dłe policzki, prze­krwione oczy, zgar­bione ramiona.

- Moja pani, ile czasu upły­nęło, odkąd spa­łaś? - odzy­wam się, pró­bu­jąc zała­go­dzić sytu­ację.

Patrzy na mnie jado­wi­tym wzro­kiem.

- Milcz, żmijo.

- Jenine... - odzywa się cicho Logan.

- Pojadę. Pojadę z tobą, ale, pro­szę... zabierzmy two­jego wil­cza­rza.

- Już wpa­dłem na lep­szy pomysł.

- Jeśli ten mor­derca zosta­nie na zamku, sta­nie się coś złego pod naszą nie­obec­ność - upiera się Jenine. - Musisz mi uwie­rzyć.

- Jeżeli ma zda­rzyć się coś złego, on naj­prę­dzej może temu zapo­biec - odpo­wiada Logan.

Drzwi otwie­rają się i do kom­naty wcho­dzi dwo­rza­nin. Szep­cze coś Loga­nowi do ucha.

- To ten czło­wiek - mówi Jenine z wes­tchnie­niem. - To on.

Wąt­pię jed­nak, żeby Logan ją sły­szał.

- Muszę się tym zajęć - oznaj­mia po chwili. - Poroz­ma­wiamy... póź­niej. - Patrzy na Jenine, a potem na mnie. - Kyla­rze, możesz... ehm... odejść.

Wycho­dzi szybko, a zanim ja docie­ram do drzwi, odzywa się Jenine:

- Nie, ty masz zostać.

W swoim życiu musia­łem sta­wić czoło naj­praw­dziw­szym potwo­rom, ale wąt­pię, żebym bał się tak jak teraz, kiedy odwra­cam się do drob­nej, nie­szczę­śli­wej matki.

- Widzia­łam cię już wcze­śniej. Wiesz, przed tym wszyst­kim, kiedy uda­wa­łeś krew­nego Ster­nów. Ale ja cię znam - mówi z sza­lo­nym bły­skiem w oku. - Ja cię znam.

Nie mam jej nic do powie­dze­nia. Albo zwa­rio­wała, albo nie. Tak czy ina­czej, nie prze­ga­dam kró­lo­wej.

- Jesteś gor­szym czło­wie­kiem, niż myśli Logan. On widzi w ludziach to, co naj­lep­sze, a cho­ciaż nie jest już tak naiwny jak kie­dyś, na­dal ma do cie­bie sła­bość. Będzie wie­rzył w cie­bie bez względu na wszystko. Bo tego potrze­buje. Nie mogę być dla niego wszyst­kim. Wiem. Roz­pacz­liwe wal­czy o prze­trwa­nie na dwo­rze i potrze­buje kogoś dobrego w swoim życiu, żeby był jego przy­ja­cie­lem, a zamiast tego dostaje cie­bie. - Prak­tycz­nie wypluwa te słowa z odrazą. - Nie­na­wi­dzę cię. Spró­bo­wa­ła­bym cię zabić tu i teraz, gdy­bym uwa­żała, że mam naj­mniej­szą szansę.

Cofam się o krok. Ostat­nie, czego mi trzeba, to bro­nić się przed kró­lową. Co by się stało, gdyby tuzin kró­lew­skich gwar­dzi­stów wpa­ro­wał do sali i zoba­czył, jak odpie­ram atak kobiety, naprawdę z nią wal­czę?

To mogłoby skoń­czyć się dla mnie znacz­nie gorzej, niż Jenine myśli.

- Dla­tego zro­zum, jak bar­dzo mnie to boli, gdy to powiem... - Wykrzy­wia usta. A potem klęka. - Bła­gam cię, Kyla­rze. Bła­gam. Nie rób tego. Nie rób tego. Masz wybór. Nie­ważne, co myślisz. Masz wybór. - Wyciąga się na pod­ło­dze przede mną i zaczyna pła­kać. - Pro­szę... pro­szę...

Wszel­kie myśli o wyco­fa­niu się z god­no­ścią zni­kają. Ucie­kam.

Opry­skliwa słu­żąca z kie­li­chem wina mija mnie w prze­lo­cie, żeby zająć się obłą­kaną kró­lową.

Rozdział 16

Roz­dział 16

Nadą­sane mil­cze­nie nasto­let­nich chłop­ców

- Mia­łem zeszłej nocy pewien nad­zwy­czaj nie­po­ko­jący sen - mówię do ka'kari.

Nie odpo­wiada. Wzdy­cham, zda­jąc sobie sprawę, że go nie doty­kam. Kładę na nim jeden palec i powta­rzam.

S ł y s z ę c i ę . M o j e g r a t u l a c j e .

- Zatem sły­szysz mnie, kiedy jesteś w odle­gło­ści głosu, ale nie możesz odpo­wia­dać mi w mojej gło­wie, jeśli cię nie doty­kam.

Zabie­ram palec, cze­kam kilka chwil i znowu doty­kam ka'kari.

- Ach, nie możesz też sły­szeć moich myśli, jeśli cię nie doty­kam.

~ Niech zgadnę: wła­śnie pomy­śla­łeś gło­śno coś, co mia­łeś nadzieję, że będzie dla mnie obraź­liwe i spro­wo­kuje moją reak­cję. Strasz­nie mnie cie­kawi, co mnie omi­nęło. ~

- Taki ton jest zupeł­nie nie­po­trzebny. Poroz­ma­wiajmy.

B o t o n a m z a w s z e ś w i e t n i e w y c h o d z i .

- Kto cię stwo­rzył? Co potra­fisz? Dla­czego cza­sem mi poma­gasz, a cza­sem nie? Jak mogę spra­wić, żeby czę­ściej móc liczyć na twoją pomoc? Dla­czego twój wybór padł na mnie?

Zadaję wszyst­kie te pyta­nia i parę innych w ciągu następ­nej godziny, na wszel­kie spo­soby, jakie przy­cho­dzą mi do głowy. Na próżno.

Ka'kari głów­nie mil­czy. Wresz­cie mówi:

M a m t e g o d o ś ć .

Cza­sem zacho­wuje się jak nabz­dy­czony nasto­la­tek, który lubi pogrą­żać się w nadą­sa­nym, nie­prze­nik­nio­nym mil­cze­niu.

Co powiesz na moje ostat­nie słowa? - pytam.

~ "Nadą­sane, nie­prze­nik­nione mil­cze­nie". Po raz kolejny twój geniusz prze­szywa mnie z sub­tel­no­ścią młota kowal­skiego, mój panie. Od razu czuję, że ta wyra­fi­no­wana mani­pu­la­cja skło­niła mnie do wyja­wie­nia ci wszyst­kiego. ~

Wzdy­cham. Wła­ści­wie od początku wie­dzia­łem, że nic z tego nie będzie.

Wybacz.

T e r a z p r ó b u j e s z p o d e j ś ć m n i e d o b r o c i ą ?

Bez względu na to, jaki cel jest mi pisany, ka'kari nie pomoże mi go zna­leźć. Zasta­na­wiam się, czy takie były inten­cje tego, kto je stwo­rzył, czy to Durzo ska­ził je swoim wpły­wem, nosząc je tak długo. Z dru­giej strony odrzu­ci­łem drogę Durzo, słusz­nie czy nie. Czy potrak­to­wał­bym poważ­nie wska­zówki, któ­rych udzie­li­łoby mi ka'kari?

Może ja też nie pomógł­bym sobie. Może niczego nie da się mnie nauczyć, może docie­rają do mnie tylko bru­talne lek­cje. Może ka'kari to wie. A może za wiele się spo­dzie­wam po przed­mio­cie, który, nawet jeśli jest wytwo­rem pra­daw­nej i potęż­nej magii, to jed­nak tylko magii. Jego stwórca ewi­dent­nie zawarł w nim pewną instruk­cję. Wygląda na to, że muszę zro­bić coś okre­ślo­nego, coś ukry­tego i nie­opi­sa­nego, żeby ka'kari zare­ago­wało. Kiedy je zwią­za­łem, minęły mie­siące, zanim wresz­cie w ogóle się do mnie ode­zwało, a było to poje­dyn­cze słowo, próba ura­to­wa­nia mi życia.

W ka'kari kryje się echo albo imi­ta­cja oso­bo­wo­ści, ale na ile się zorien­to­wa­łem, nie jest to praw­dziwa oso­bo­wość. Domy­ślam się, że Stwórca takiego przed­miotu mógł zapro­jek­to­wać go tak, żeby nie odzy­wał się do nowego wła­ści­ciela przez kilka mie­sięcy. Stwórca mógłby się mar­twić tym, że ktoś nie­godny weź­mie ka'kari i natych­miast uzy­ska dostęp do wszyst­kich jego mocy, do całej jego wie­dzy.

To coś, co łatwiej mi sobie wyobra­zić i co bar­dziej pasuje do tego, czego doświad­czy­łem, niż pomysł z praw­dziwą oso­bo­wo­ścią u ka'kari. Nawet Durzo nie byłby w sta­nie sie­dzieć w mil­cze­niu i patrzeć dzień po dniu, jak popeł­niam błędy, i mie­siąc po mie­siącu, jak szu­kam po omacku. Zwłasz­cza po wielu latach (całej deka­dzie?), jakie ka'kari spę­dziło w izo­la­cji, bo Durzo stra­cił z nim więź.

Oso­bo­wość byłaby głodna roz­mowy po tak dłu­gim cza­sie. To nie może być to. To magiczny kon­strukt kie­ru­jący się zasa­dami, które muszę poznać.

Czego chcesz? Jakie są twoje zasady?

C h c ę , ż e b y ś s t a ł s i ę p r a w d z i w y m A n i o ł e m N o c y .

W porządku! Wresz­cie do cze­goś docho­dzimy! Co to zna­czy?

Mil­cze­nie.

Robi­łem to dosta­tecz­nie dużo razy, żeby wie­dzieć, że ka'kari nie ode­zwie się pierw­sze. Jego mil­cze­nie mogłoby być rów­nie dobrze wrza­skiem rodzica: "Koniec roz­mowy!".

- Zatem ten sen, który mia­łem, tro­chę mną wstrzą­snął - odzy­wam się. - Jak­bym wło­żył przy­małą kurtkę i teraz nie mogę wycią­gnąć rąk z ręka­wów. To jeden z tych snów, które wydają się naprawdę reali­styczne. Widzia­łem sie­bie, jak wbi­jam szpi­ku­lec w kamienną ścianę, szpi­ku­lec połą­czony z łań­cu­chem, który łączył się z oko­wami zakry­wa­ją­cymi całe moje przed­ra­mię. Pew­nie nie umiesz inter­pre­to­wać snów, co?

Wzdy­cham. Bo ka'kari nie odpo­wie. Wie­dzia­łem, że nie odpo­wie.

- Nie wiem, czy jesteś naj­lep­szym roz­mówcą na świe­cie, czy naj­gor­szym. Zwa­żyw­szy, że nie jesteś żywą osobą. Z dru­giej strony jesteś moim jedy­nym towa­rzy­stwem.

Do dia­bła, to naprawdę jest przy­gnę­bia­jące.

Nie chcę o tym myśleć.

Sam nie wiem. Nie ma sensu, żebym dłu­żej opo­wia­dał. I tak nie mam z kim się podzie­lić tą opo­wie­ścią. Koniec z tym.

Rozdział 17

Roz­dział 17

Łyk wina ze sta­rym przy­ja­cie­lem

Tej nocy prze­ga­pi­łem coś waż­nego i pró­buję to sobie przy­po­mnieć, ale lepiej byłoby, gdy­bym mógł odtwo­rzyć minione wyda­rza­nia krok po kroku, tak jak ich doświad­czy­łem.

Zatrute wino mnie nie zabiło. Jak widać. Gdyby mnie zabiło, nie słu­cha­li­by­ście tego. Słu­chali? Czy­tali? Czy min­strel napi­sze kie­dyś muzykę do tej kro­niki? Czy kopi­ści będą ślę­czeć nad każdą linijką i bazgro­lić na mar­gi­ne­sach?

Pew­nie pochle­biam sobie, w ogóle to roz­wa­ża­jąc. Ta opo­wieść nie jest dość hero­iczna. W ogóle nie jest hero­iczna. Nie z mojej strony.

Po wyjeź­dzie Logana i Jenine do Skone sie­dzia­łem na dachu. Zaczą­łem przy­go­to­wy­wać tę rela­cję, żeby opo­wie­dzieć hra­biemu Drake'owi, jak pomści­łem jego córki. On jed­nak nie życzył sobie tej zemsty, a ponie­waż świat posza­rzał, odkąd zabra­kło Elene, nie widzia­łem sensu, żeby dalej się wysi­lać, więc prze­sta­łem prze­ka­zy­wać swoje spo­strze­że­nia ka'kari. To jed­nak był błąd. Gdy­bym opi­sy­wał wszystko, co widzia­łem tam­tej nocy, mógł­bym wychwy­cić coś, co mogłoby mi teraz pomóc. Dla­tego teraz to nie jest dla Drake'a ani dla nikogo innego. Robię to dla sie­bie.

W porządku, schrza­ni­łem sprawę. Naj­lep­sze, co mogę zro­bić, to opo­wie­dzieć tyle, ile teraz pamię­tam z tego, co się wyda­rzyło.

~ Nie­ustanna nar­ra­cja skie­ro­wana do mnie to twoje roz­wią­za­nie? Za jakie grze­chy zasłu­guję na ten dar? ~

Żad­nych takich.

Wygląda na to, że jedyna gor­sza rzecz od spi­sy­wa­nia tej kro­niki to sko­rzy­sta­nie z "pomocy".

A c h c i a ł b y ś s p r ó b o w a ć t o r o b i ć b e z m o j e j p o m o c y ?

A chcesz wró­cić do swo­jego pudełka?

Ka'kari milk­nie na bar­dzo długi czas.

Jestem zasad­ni­czo nie­śmier­telny, a ono jest zasad­ni­czo nie­znisz­czalne, więc zabawa w to, kto kogo prze­trzyma, może w naszym wypadku cią­gnąć się naprawdę, naprawdę długo.

W każ­dym razie to była jedna z tych nocy pod­czas nowiu, kiedy lśniący płaszcz nieba roz­po­ście­rał się sze­roko, bóstwa nad nami tań­czyły i mru­gały, posłańcy prze­ci­nali prze­stwo­rza od hory­zontu po hory­zont, wolno albo szybko, wiel­kie pla­ne­tarne potęgi lśniły w całej swo­jej chwale. To była noc, pod­czas któ­rej czło­wiek czynu filo­zo­fuje, ale oszczę­dzę wam moich dal­szych men­tal­nych deli­be­ra­cji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Roz­dział 1

Nie­za­wi­niona śmierć

Jest młody i naj­pew­niej nie­winny, a ja żałuję, że to niczego nie zmie­nia. Jeśli dzie­ciak nie ruszy się w ciągu następ­nych trzech minut, będzie musiał umrzeć.

Więk­szość ludzi nie rozu­mie mojej pracy: myśli, że tą trudną czę­ścią jest mor­der­stwo.

Może na początku ow­szem - kiedy masz czter­na­ście lat, cho­wasz się pod łóż­kiem, dyszysz gło­śno, zaci­skasz ręce na stali tak, że bie­leją ci palce, oczy masz prze­krwione od łez, które prze­le­jesz następ­nego dnia, i sły­szysz zbli­ża­jące się kroki.

Jed­nakże nawet wtedy to nie przy­szłe ofiary nastrę­czały naj­więk­szych trud­no­ści; naj­gorsi byli żywi. Oni ni­gdy nie trzy­mają się planu. Żywi zawsze pchają się, dep­czą po pię­tach tym, któ­rym pisane jest umrzeć, jakby zamie­rzali ski­nąć głową na powi­ta­nie Śmierci, kiedy już ją spo­tkają, i pójść dalej swoją drogą.

Moim pierw­szym razem była zam­kowa poko­jówka. Przy­szła zaj­rzeć do swo­jego nic nie­war­tego kochanka, któ­rego pole­cono mi zabić. Zamie­rzał ją porzu­cić, a tak ona dołą­czyła do niego w wiecz­no­ści. Wtedy pierw­szy raz zabi­łem kogoś nie­win­nego.

A teraz napa­to­czył się ten dzie­ciak.

Co o tej porze robi tu dzie­ciak gra­jący w piłkę? Dla­czego musiał przy­leźć aku­rat tutaj?

Mam wra­że­nie, że smar­kacz znaj­duje się tysiąc kro­ków ode mnie, maleńki punkt po dru­giej stro­nie prze­pa­ści doświad­cze­nia, pod­czas gdy ja sie­dzę samot­nie na szczy­cie urwi­ska, cho­ciaż tak naprawdę to on stoi na ziemi, a ja po pro­stu sie­dzę na dachu po dru­giej stro­nie zaułka.

Usta­wił sobie kilka kamieni, żeby zazna­czyć, gdzie ma celo­wać. Kiedy go obser­wuję, wymija wyima­gi­no­wa­nego obrońcę, odbija piłkę raz, a potem kop­nia­kiem posyła ją w mur rezy­den­cji.

Bęc, bęc, bach.

Raz za razem. Unosi ręce i wydaje z sie­bie odgłos, jakby tłum ryczał z zachwytu. Mały gów­niarz, ma ze dwa­na­ście lat, cho­dząca głu­pota i wiel­kie marze­nia. Może myśli, że pew­nego dnia wydo­sta­nie się z tych slum­sów.

K o g o ś c i p r z y p o m i n a ?

Udaję, że nie sły­szę ka'kari odzy­wa­ją­cego się w mojej gło­wie. Kiedy chce, potrafi być naprawdę pomocne i tylko dla­tego nie wywa­li­łem już dawno temu tego prze­klę­tego dzia­do­stwa naj­da­lej, jak się da.

Przed­świt jest jak żarzący się lont i wkrótce słońce wybuch­nie nie­ubła­ga­nie na hory­zon­cie, ujaw­nia­jąc wszystko, co zro­bi­łem i co pozo­sta­wi­łem nie­do­koń­czone. Jed­nak na­dal cze­kam, mając nadzieję, że znajdę trze­cie roz­wią­za­nie.

Bęc, bęc, bach.

To tylko dzie­ciak. Nie­stety nie prze­staje tre­no­wać.

Wie­dząc, co to może zna­czyć, czy naprawdę to zro­bię?

Tak, zro­bię. Ona jest tego warta. Ci ludzie zasłu­gują na spra­wie­dli­wość.

W porządku, trzeba dzia­łać. Nad­cho­dzi ranek. Czas koń­czy się dla nas obu.

Ruszam. Opa­dam bez­sze­lest­nie z dachu w głęb­sze cie­nie zaułka.

Bęc, bęc, ba...

Wypa­dam zni­kąd i łapię lecącą piłkę. I to lewą ręką. Może roz­mi­ną­łem się ze swoim powo­ła­niem? Mógł­bym być mistrzem gry w piłkę.

Chło­pak roz­dzia­wia usta, wręcz komicz­nie wytrzesz­cza oczy na mój widok. To odro­binę satys­fak­cjo­nu­jące, o ile można być dum­nym z tego, że się nastra­szy dzie­ciaka. Czy to jest jedna z tych mrocz­nych przy­jem­no­ści pły­ną­cych z siły, przed któ­rymi ostrze­gał mnie hra­bia Drake? Nie ubra­łem się dzi­siaj tak, żeby robić wra­że­nie. Tej nocy, a wła­ści­wie tego ranka, mam na sobie cęt­ko­wany szaro-czarny strój z kap­tu­rem i maską na twarz, scho­wany łuk bez zało­żo­nej cię­ciwy i czarny miecz w pochwie na ple­cach, który wysuwa się auto­ma­tycz­nie pod naci­skiem dłoni.

W t e j p i ł c e k r y j e s i ę c o ś c i e k a w e g o .

Patrzę na nią. Skóra na nadmu­cha­nym kozim pęche­rzu, pozszy­wana tak, że two­rzy nie­mal ide­alną kulę. Dzie­ciaki z tej oko­licy zwy­kle zado­wa­lają się kłę­bem szmat zwią­za­nych sznur­kiem.

- Popro­szę cię o przy­sługę, smyku - war­czę. - Nie mam nic do cie­bie, więc pro­szę, żebyś odszedł. Cicho. Z łaski swo­jej. Rozu­miesz? Tej nocy jest tu czło­wiek, który zabił dziecko.

Milknę na dość długo, żeby mógł się zasta­no­wić, czy mówię o sobie, czy o szla­chet­nie uro­dzo­nej gni­dzie, która żyje w posia­dło­ści za tym murem.

Wła­śnie, żyje, ale może uda mi się temu zara­dzić.

- On ci to dał? - pytam, obra­ca­jąc piłkę na jed­nym palcu, a potem na dru­gim. - Lord Repha'im?

Dzie­ciak zamiera i nie jest w sta­nie nawet ski­nąć głową, ale wiem, że mam rację. Podobne podarki to tani spo­sób na kupie­nie sobie lojal­no­ści w takich slum­sach jak te.

- Jesteś Anio­łem Nocy - udaje się wykrztu­sić smar­ka­czowi. - Ty jesteś Kylar Stern.

Piłka obraca się, zatrzy­muje, ale na­dal opiera się na moim palcu.

Ludzie wie­dzą, że wró­ci­łem do mia­sta. Lord Repha'im wie, że nad­cho­dzę. To tłu­ma­czy­łoby magiczne pułapki kłę­biące się nad jego murami, unie­moż­li­wia­jące mi po pro­stu wspię­cie się na nie i przej­ście. A skoro ten dzie­ciak o mnie wie...

- Pra­cu­jesz dla niego - mówię, bio­rąc piłkę w rękę. - To dla­tego grasz tutaj o tej porze. Jesteś czujką.

A c h . T o k o m p l i k u j e s y t u a c j ę .

Myśla­łem, że może prze­pło­szę go, poka­zu­jąc się, i dzięki temu zyskam pre­tekst, żeby daro­wać mu życie. Jed­nak jako czujka jest zbyt nie­bez­pieczny, żeby mu odpu­ścić, prawda?

Dzie­ciak znowu prze­łyka ślinę, ale jego chciwy wzrok natych­miast pada na piłkę. Powi­nien wła­śnie ucie­kać, ale ja trzy­mam jego skarb, a on nie jest w sta­nie go porzu­cić. Straci życie dla dur­nej piłki.

- Smyku, jak nazywa się nie­win­nego czło­wieka, który pomaga złym ludziom, choćby tro­szeczkę? Jak nazywa się kogoś nie­win­nego, kto swoim dzia­ła­niem spra­wia, że giną nie­winni ludzie?

Nie odpo­wiada. I na­dal nie ucieka.

M a m l e p s z e p y t a n i e . J a k t y n a z y w a s z k o g o ś t a k i e g o , K y l a r z e ?

Dzi­siaj? Dzi­siaj kogoś takiego nazwę stratą do przy­ję­cia.

Gra­nice zaczy­nają się zacie­rać. Oto do czego spro­wa­dza się mój fach. Dla­tego wła­śnie go nie cier­pię pra­wie tak samo mocno, jak kocham.

- Dali ci coś, żebyś mógł wysłać sygnał - mówię. - Jakąś racę albo coś podob­nego, żebyś dał znać, kiedy mnie zoba­czysz? Będę z tobą szczery. Jeśli ich uprze­dzisz, umrzesz.

Chło­pak bled­nie, ale znowu zerka na piłkę. Jego skarb.

Jeśli będę musiał go zabić, to świat nie sta­nie się uboż­szy z powodu utraty geniu­sza.

- Smyku, dys­po­nuję mocą tak wielką, że samego mnie to prze­raża. Mocą tak wielką, że trzeba ją spę­tać. Mógł­bym stać się czymś gor­szym niż ludzie, któ­rych zabi­łem. Może już się sta­łem. Jed­nak teraz się sta­ram. Sta­ram się być dobry, rozu­miesz? Dla­tego pra­cuję nad wpro­wa­dze­niem kilku zasad. Wła­śnie je testuję. Oto jedna z nich: ni­gdy nie pozwól, żeby ktoś ujrzał twoją twarz, bo będzie musiał umrzeć.

Jeśli pozwolę mu odejść, pomy­śli, że już się nim nie inte­re­suję i całą uwagę sku­piam na tym, jak dostać się do posia­dło­ści. Wtedy mógłby wró­cić i ostrzec domow­ni­ków. Jeżeli jed­nak uciek­nie, mogę wycią­gnąć ostrze i pobiec za nim. Nie ma poję­cia, jak długo będę go ści­gał. Pew­nie nie prze­sta­nie biec aż do połu­dnia.

Zdej­muję maskę.

- Co powiesz na to?

Dzie­ciak pisz­czy, ale nie ucieka. Twardy gów­niarz. A może po pro­stu tępy.

- Wiem, jak to jest, smyku, pra­co­wać dla tego rodzaju ludzi. Znam te kli­maty. Dora­sta­łem nie­da­leko stąd, w takiej czę­ści Nor, przy któ­rej to miej­sce wygląda przy­jem­nie. Ulice nie ofe­rują więk­szo­ści dzie­cia­kom zbyt wielu szans. Wiem to. Nie­na­wi­dzę tego. Dla­tego ja każ­demu daję szansę. Jedną. Jedyną. A potem mój osąd jest osta­teczny. Naj­pierw, jeśli mogę, ofe­ruję łaskę, a potem wymie­rzam spra­wie­dli­wość, bez­względną i szkar­łatną.

Nie ucieka, nie korzy­sta z drogi ucieczki, którą mu pod­su­wam. Co ozna­cza, że poślę jesz­cze jedno białe ciało z nur­tem kwa­śnej, brą­zo­wej od nie­czy­sto­ści rzeki.

Chyba że... Dostrze­gam coś. Trze­cia droga. Być może.

Odwra­cam się i kopię piłkę do bramki. Pudłuję mini­mal­nie. Do licha. Jesz­cze nie jestem moim mistrzem. Piłka jed­nak odbija się do dziecka, które spa­zma­tycz­nie porywa swój mały skarb.

Odwra­cam się do muru i jaśnie­ją­cego nieba i zakła­dam z powro­tem maskę, odci­na­jąc się od smrodu rzeki i slum­sów. Pytam cicho:

- Zatem powiedz mi: co wybie­rasz?

Nie pada żadna odpo­wiedź, ale sły­chać ciche skrzyp­nię­cie butów na bruku. Dzie­ciak czmych­nął. Naresz­cie.

Wycią­gam ostrze i war­cząc, bie­gnę za nim. Ogląda się, zni­ka­jąc za zakrę­tem, bled­nie, wytrzesz­cza oczy, potyka się na śmie­ciach wysy­pu­ją­cych się z zaułka. Kiedy ucieka peł­nym pędem, ja cho­wam broń, spo­wi­jam się w cie­nie i ści­gam go bez­sze­lest­nie jak cho­dzący kosz­mar.

Mam tru­ci­znę. Pozba­wia przy­tom­no­ści doro­słego czło­wieka. Mógł­bym zała­twić nią dzie­ciaka, dobie­ra­jąc dawkę do jego wagi. Ist­nieje jed­nak ryzyko, że to zabi­łoby gnojka. Ni­gdy nie wia­domo.

W mokrej robo­cie błąd może ozna­czać śmierć dziecka. Jeśli nie możesz tego prze­łknąć, to wybra­łeś sobie nie­wła­ściwy zawód.

Po kilku szyb­kich zakrę­tach dzie­ciak rusza ulicą rów­no­le­głą do posia­dło­ści, a ja zaczy­nam myśleć, że może jed­nak zmą­drzał i ucieka do domu. A potem śmiga w szparę mię­dzy roz­pa­da­ją­cym się skle­pi­kiem a nie­ska­zi­tel­nym murem rezy­den­cji. Tu, pośród próch­nie­ją­cego drewna i sypią­cej się zaprawy, znika.

Pierś mi się zaci­ska.

Znaj­duję dziurę tylko dzięki szme­rowi, gdy dzie­ciak się czołga. Ruszam za nim.

W tunelu cuch­nie zwie­rzęcą sier­ścią i kocimi sikami. Nic miłego, ale to dobry znak. Gdyby było tam czy­sto, wie­dział­bym, że tunel zbu­do­wał ktoś doro­sły, kto o niego dba. Mimo to zwal­niam. Nie z powodu klau­stro­fo­bii. Cia­sne miej­sca prze­ra­żają tylko wtedy, gdy czu­jesz się w nich bez­silny, a kiedy byłem mały, cia­sne miej­sca zapew­niały mi ochronę przed star­szymi dzie­cia­kami. Także napie­ra­jąca ciem­ność nie jest powo­dem, dla któ­rego zwal­niam. Odkąd zwią­za­łem czarne ka'kari, ciem­ność otwiera się dla moich oczu.

Nie, zwal­niam, bo wła­śnie tu zało­żył­bym praw­dziwą pułapkę, gdy­bym na sie­bie polo­wał.

Duża pułapka, którą wła­śnie omi­jam, wcho­dząc tędy do posia­dło­ści, znaj­duje się w murach rezy­den­cji i nad nimi. Wisi nie­wi­dzialna w postaci magicz­nych sideł i wygląda na dzieło co naj­mniej trzech róż­nych magów. Robota dwóch z nich jest sub­telna, trzeci to mag ognia.

Mago­wie ognia zwy­kle nie są mistrzami sub­tel­no­ści.

Nie wiem, jak dzia­łają nie­wi­dzialne haki, pręty i włącz­niki nad murami, sam nie jestem magiem, ale wiem, że kiedy widzisz pułapkę na niedź­wie­dzia, to nie spraw­dzasz jej, wkła­da­jąc w nią nogę.

Piłka, dociera do mnie.

Na piłkę rzu­cono zaklę­cie, prawda? - pytam ka'kari. A ty sło­wem się nie odzy­wasz!

~ Jesteś już dużym chłop­cem, Kyla­rze. Nie muszę ci wszyst­kiego tłu­ma­czyć jak dziecku. ~

To wła­śnie było dziwne w piłce, nie tylko to, że jest za droga jak na dzie­ciaka z ulicy. Sama piłka była ostrze­gaw­czą racą dla czujki. Pew­nie miał ją prze­rzu­cić przez mur, kiedy mnie zoba­czy.

Prze­ci­skam się przez cia­sny tunel tak szybko, jak się odważę. A potem zatrzy­muję się przy wyj­ściu osło­nię­tym przez duży głaz, który opiera się o budy­nek gospo­dar­czy. Samą dziurę zara­sta wysoka trawa. Wyj­ście jest za małe, żeby prze­ci­snął się tędy doro­sły. Nawet dzie­ciak led­wie daje radę.

To dobra wia­do­mość. To zna­czy, że to nie jest awa­ryjna droga ucieczki z rezy­den­cji. To zna­czy, że lord Repha'im może nie wie­dzieć o jej ist­nie­niu.

Zła wia­do­mość jest taka, że psy z posia­dło­ści znają to miej­sce i wygląda na to, że wszyst­kie co do jed­nego wyko­rzy­stały ten zaką­tek do ozna­cza­nia terenu i opróż­niały tu kiszki.

Sły­szę w oddali wale­nie do drzwi i pod­nie­siony głos dzie­ciaka. Krzy­czy.

Muszę się pośpie­szyć.

Dra­pię twardą zie­mię gołymi rękami, posze­rza­jąc wyj­ście. Ka'kari mogłoby mi pomóc, ale tego nie robi, a ja nie będę się pro­sił. Magia ka'kari mogłaby też osła­bić smród świe­żego psiego gówna, w które wlazł dzie­ciak i wszę­dzie roz­niósł, wyła­żąc z tunelu, ale tego też nie robi.

Dla­czego w tej robo­cie to zawsze są ścieki albo nagie skalne ściany nad głę­bo­kimi na tysiąc kro­ków prze­pa­ściami? Dla­czego mój fach nie ozna­cza luk­su­so­wych rej­sów wyciecz­ko­wych z pięk­nymi kobie­tami, dro­gim alko­ho­lem i muzyka kame­ralną?

Udaje mi się wyjść. Omi­jam ostroż­nie wszyst­kie psie eks­kre­menty. Nie ma zna­cze­nia, że twoje wła­sne ciało nie wydziela zapa­chu - tak jak moje - jeśli cuch­niesz tym, w co wdep­ną­łeś. Mój mistrz zawsze mi powta­rzał, że to wła­śnie przez takie dro­bia­zgi się umiera.

Poważ­nymi rze­czami też się mar­twił. I pośred­nimi. I przez połowę czasu gar­ścią rze­czy, co do któ­rych jestem pewien, że je sobie uroił.

W tym gorz­kim fachu para­noja to pie­kło.

Prze­my­kam od cie­nia do cie­nia, odda­la­jąc się od wyj­ścia z tunelu. Zasta­na­wiam się, czy nie wspiąć się na dach niskiego budynku gospo­dar­czego, ale pozo­staję na dole, żeby moja syl­wetka nie rzu­cała się w oczy na tle nieba, i szybko wyj­muję z ple­caka łuk bez cię­ciwy. Opie­ram jego dolny koniec o zie­mię, zakła­dam cię­ciwę na naj­niż­szy karb, prze­cho­dzę, wygi­nam i zakła­dam cię­ciwę na drugi karb. Spraw­dzam po omacku strzały, a potem zakła­dam na cię­ciwę taką z sze­ro­kim gro­tem z zadzio­rami.

Chło­piec jest łatwym celem. Stoi dwa­dzie­ścia kro­ków ode mnie; prze­stał dobi­jać się do drzwi, bo wrzesz­czący najem­nicy już pędzą do niego z wycią­gniętą bro­nią. Trzyma cenną piłkę nie­zręcz­nie pod pachą, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc unieść ręce.

Trzeba strze­lić teraz, zanim go oto­czą. Wybra­łem wła­śnie taki grot, bo gdy się trafi kogoś w pierś, to strzała wska­zuje dokład­nie loka­li­za­cję łucz­nika. A ja pla­nuję znacz­nie trud­niej­szy strzał. Jeśli zadra­snę dzie­ciaka w szyję sze­ro­kim gro­tem, to strzała poleci dalej i znik­nie w ciem­no­ści. Roz­le­gnie się tylko szept lecą­cego poci­sku, try­śnie nie­po­ko­jąca fon­tanna krwi z tęt­nicy i chło­pak pad­nie, uci­szony, nim za bar­dzo utrudni mi robotę, a jed­no­cze­śnie nie będzie wyraź­nych wska­zó­wek, skąd nade­szła jego śmierć.

Powie­dzia­łem mu, jaka jest cena. Dałem mu wybór. To on wybrał śmierć, nie ja.

Przy­cią­gam cię­ciwę do ust. Nie ma wia­tru. Dzie­ciak zamarł ze stra­chu na widok najem­ni­ków i stoi nie­ru­chomo. Dam radę.

Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek strze­la­li­ście z łuku reflek­syj­nego, ale nie zostały one pomy­ślane tak, żeby trzy­mać je długo napięte. Mimo to cze­kam.

To dziecko.

Dziecko, które chroni potwora. Strata do przy­ję­cia.

Myślę o hra­bim Drake'u. Reje­struję to dla niego, prze­ka­zu­jąc wszystko ka'kari. Ni­gdy nie popro­siłby, żebym wyko­nał tę robotę. Powie­działby mi, że nara­żam wła­sną duszę. Zapy­tałby, czy jestem pewien, że robię to w imię spra­wie­dli­wo­ści.

Jestem pewien.

Jed­nak jak mam mu spoj­rzeć w oczy i powie­dzieć, że zabi­łem dziecko?

Mogę powie­dzieć, że dzieci giną na woj­nach, a nasza wojna jesz­cze się nie skoń­czyła i nie może się skoń­czyć, dopóki spra­wie­dli­wo­ści nie sta­nie się zadość.

Straż­nik jak zwa­li­sta bestia wycho­dzi naprzód. Za dwa mgnie­nia oka zasłoni mi cel.

Za jedno.

Powoli zmniej­szam napię­cie cię­ciwy. Opusz­czam łuk, nie strze­liw­szy. Klnę w duchu, zdej­muję cię­ciwę i cho­wam broń.

Drzwi się otwie­rają, wycho­dzi zamoż­nie odziany męż­czy­zna. Ginie mi z oczu, kiedy znowu ruszam. Sły­szę tylko urywki roz­mowy, pyta­nia rzu­cane w tę i z powro­tem. Dostrze­gam prze­lot­nie gwał­towną gesty­ku­la­cję, kiedy dowo­dzący męż­czy­zna prze­słu­chuje pozo­sta­łych.

Nie, straż­nicy nie widzieli umó­wio­nego sygnału, więc w czym pro­blem?

Nie, nie znają dzie­ciaka, ale są nowi, więc nie koja­rzą tu mnó­stwa ludzi.

A kiedy zbli­żam się na tyle, żeby sły­szeć wyraź­nie jego słowa, ton głosu przy­wódcy się zmie­nia. Jedną ręką łapie dzie­ciaka za przód koszuli, drugą przy­trzy­muje piłkę.

- Chcesz mi powie­dzieć, że Anioł Nocy roz­ma­wiał z tobą?! A ty nie dałeś nam sygnału?!

Straż­nicy patrzą po sobie, nie­któ­rzy z nie­do­wie­rza­niem, inni z nagłym stra­chem.

Kiedy męż­czy­zna wypusz­cza dzie­ciaka, widzę czer­wone znaki, które zapa­lają się na jego łysej czaszce.

Ach, czer­wony mag. Pew­nie ten sam, któ­rego dzieło widzia­łem nad murem posia­dło­ści.

- Nie chcia­łem stra­cić piłki - odpo­wiada płacz­li­wie dzie­ciak.

Mag z rykiem ciska piłkę za mur do slum­sów.

Kiedy ta prze­la­tuje przez fale nad murem, głę­bo­kie czer­wone świa­tło pul­suje nad całą posia­dło­ścią. Macki czer­wonego bla­sku płoną jakby wzdłuż strug roz­la­nego oleju, do każ­dego okna i drzwi rezy­den­cji, które też zaczy­nają pul­so­wać taką samą czer­wie­nią. Szczę­kowi zwy­czaj­nych zam­ków, które się zatrza­skują, towa­rzy­szy wibra­cja akty­wo­wa­nej magii, zamy­ka­ją­cej całą posia­dłość.

- Moja piłka! - wrzesz­czy smar­kacz.

W powie­trzu poja­wia się smuga nie­bie­skiej magii i roz­lega się mię­si­sty chrzęst. Naj­bliżsi straż­nicy wzdry­gają się, myśląc, że to atak. Wszy­scy się odwra­cają i widzą nie­to­pe­rza, który spada na zie­mię pod posta­cią paru zakrwa­wio­nych strzę­pów; bru­tal­nie prze­rwano mu polo­wa­nie o brza­sku.

Czer­wony mag war­czy na dzie­ciaka:

- Nie wsze­dłeś przez mur. I nie wsze­dłeś bramą. Jak się tu dosta­łeś?

- Ja, ja...

- Nie­ważne. - Czer­wony mag odwraca się gwał­tow­nie i wpa­truje się w ciem­ność. - Ty mały kre­ty­nie, wpro­wa­dzi­łeś go do środka. Anioł Nocy już tu jest.

Rozdział 2

Roz­dział 2

Księga umar­łego

Vi ode­rwała wzrok od stro­nicy i zgar­biła się na krze­śle. Odmie­rzała odde­chy, żeby nie zdra­dzić faktu, że jej pierś stała się sza­loną kuź­nią, jeśli oce­niać to po biciu serca. Cha­rak­ter pisma nie­wąt­pli­wie wyglą­dał jak pismo Kylara, ale Vi wycho­wała się w cena­ryj­skim pół­światku Sa'kagé i wie­działa, że ni­gdy nie można odrzu­cić moż­li­wo­ści fał­szer­stwa. Nie była fachow­cem. Dałaby się zwieść. A im waż­niej­szy jest doku­ment, tym wię­cej scep­ty­cy­zmu powinno się oka­zać.

Sio­stry trak­to­wały tę księgę, jakby była bar­dzo, bar­dzo ważna.

Wezwały Vi, odry­wa­jąc ją od lek­cji. Spo­dzie­wała się tego. Jej przy­ja­ciółka Gwaen życzyła jej szczę­ścia, ale jej uśmiech zdra­dzał napię­cie. Vi wie­działa, że prę­dzej czy póź­niej zosta­nie uka­rana, ale surowa, mil­cząca Sio­stra nie zapro­wa­dziła jej przed jakiś try­bu­nał, tylko do tej przy­tul­nej biblio­teki poło­żo­nej wysoko w Bia­łej Sera­fi­nie: pomiesz­cze­nia z paroma sto­łami z pobliź­nio­nego czar­nego orze­cha i set­kami ksiąg i zwo­jów. Nie zechciała odpo­wie­dzieć na żadne z pytań Vi, posa­dziła ją przy stole, na któ­rym leżała jedna, nie­szcze­gól­nie impo­nu­jąca ręko­pi­śmienna książka, na oko opra­wiona w zwy­kłą kozią skórę, pod­nisz­czoną i ufar­bo­waną na czarno. Na okład­kach wytło­czono kilka geo­me­trycz­nych wzo­rów, zamiast ozdo­bić je zło­tem, kra­wę­dzie też nie były zło­cone ani kar­bo­wane. A mimo to leżała na pul­pi­cie ze zło­tymi pod­pór­kami, pod opra­wio­nym w złoto szkla­nym klo­szem.

Wyma­wia­jąc zaklę­cie tak, żeby Vi nie sły­szała, Sio­stra prze­su­nęła dźwi­gnię po jed­nej stro­nie klo­sza. Roz­legł się syk powie­rza i wewnątrz zapul­so­wało fio­le­towe świa­tło. Sio­stra ostroż­nie unio­sła klosz.

- Ta książka zostaje w biblio­tece. Tak samo jak ty. Nie doty­kaj jej magią. Masz tylko czy­tać.

Po tych sło­wach Sio­stra wyszła.

Książka nie wyglą­dała na wartą takich zabez­pie­czeń. Przy­po­mi­nała księgę rachun­kową podró­żu­ją­cego kupca albo pamięt­nik - była w sam raz takiej wiel­ko­ści, żeby mie­ściła się w dużej kie­szeni, i wyglą­dała na tyle zwy­czaj­nie, żeby nie kusić zło­dziei. Vi otwo­rzyła ją z nie­po­ko­jem, ale nie nastą­pił żaden magiczny wybuch.

Nie zna­la­zła też żad­nej inskryp­cji, która wyja­śnia­łaby, do kogo książka nale­żała i czym wła­ści­wie jest. Prze­czy­tała kilka aka­pi­tów, zanim zdała sobie sprawę, dla­czego pismo wydaje jej się zna­jome. A potem natych­miast nabrała wąt­pli­wo­ści. Dzien­nik? Kylara?

Jed­nakże w miarę jak czy­tała, jej wąt­pli­wo­ści się roz­wie­wały. W tek­ście bez wąt­pie­nia sły­szała głos Kylara. Roz­po­zna­wała jego spo­sób mówie­nia rów­nie wyraź­nie, jakby widziała jego twarz. Jed­nak czym była ta książka? Jak wpa­dła w ręce Sióstr?

Sta­ra­jąc się naśla­do­wać bez­stronne zain­te­re­so­wa­nie swo­ich nauczy­cie­lek, spoj­rzała na jedną z naj­mniej lubia­nych przez nią osób na świe­cie - dowód­czy­nię Zespołu do Zadań Spe­cjal­nych i Tak­tyki, sio­strę Ayayah Mega­nah.

- Co to wła­ści­wie ma być?

- Zatem potra­fisz to prze­czy­tać? - zapy­tała Sio­stra, uno­sząc pod­bró­dek. Mówiła tonem, który suge­ro­wał, że Vi jest czymś obrzy­dli­wym.

- Oczy­wi­ście, że potra­fię! - wark­nęła Vi. - Myślisz, że nie potra­fię czy­tać? Sądzisz, że od powrotu spę­dzi­łam tyle godzin w biblio­tece tylko po to, żeby prze­ko­nać się, ile minie czasu, nim roz­płasz­czy mi się du... tyłek?

Tyle, jeśli idzie o zacho­wa­nie spo­koju.

Zamknęła oczy. W sta­rym życiu posłu­ży­łaby się znacz­nie więk­szą liczbą prze­kleństw i co naj­mniej kil­koma sło­wami obraź­li­wymi, ale sio­stra Ayayah nie była skłonna pochwa­lić jej za tę powścią­gli­wość.

Białe zęby Ayayah ocie­kały pro­tek­cjo­nal­no­ścią jak posocz­nik tru­ci­zną, gdy dowód­czyni daw­nego zespołu Vi powie­działa:

- Nie pytam, czy "potra­fisz czy­tać", młod­sza sio­stro...

Zanim tra­fiła do Ora­to­rium, Viri­diana ni­gdy nie doce­niała tego, na jak wiele spo­so­bów można powie­dzieć do kogoś "młod­sza sio­stro". Nauczy­cielki wyja­śniły jej, że to okre­śle­nie ma być przy­ja­znym przy­po­mnie­niem dla peł­no­praw­nych Sióstr, aby z wiel­ko­dusz­no­ścią pod­cho­dziły do bra­ków u mniej doświad­czo­nych kobiet, które się tu uczyły.

W wyko­na­niu tej żyla­stej star­szej kobiety od jakie­goś czasu nie było w tych sło­wach nawet śladu życz­li­wo­ści. Nie dla Vi. Nie od czasu Zamku Sztor­mów, a już w szcze­gól­no­ści od ich powrotu do Ora­to­rium po fia­sku, jakim były ich dzia­ła­nia na sztor­mo­statku. Powoli, jakby Vi była wyjąt­kowo tępa, sio­stra Ayayah powie­działa:

- Pyta­łam, czy potra­fisz to odczy­tać. Spójrz.

Miała krótko przy­cięte ciemne włosy i nosiła wiel­kie koła w uszach, ale poru­szała się z tak dostojną powol­no­ścią, że jej kol­czyki nie koły­sały się ani nie pod­ska­ki­wały. Rów­nie dobrze mogłaby być wyrzeź­bio­nym z hebanu posą­giem głod­nej Oyuny.

Z wdzię­kiem i iry­ta­cją pod­pły­nęła do stołu Viri­diany, na któ­rym leżał otwarty tomik.

Vi zasta­na­wiała się, dla­czego wcze­śniej Ayayah stała tak daleko. Teraz zro­zu­miała. Kiedy tylko się zbli­żyła, słowa na stro­nie się poplą­tały.

Vi nie potra­fiła nawet zorien­to­wać się, czy litery na­dal ukła­dają się w praw­dziwe wyrazy. Widząc jed­nak zaci­śnięte usta sio­stry Ayayah, domy­śliła się, że nie.

- Co... co to jest? - zapy­tała cicho, zapo­mi­na­jąc o swo­jej ura­zie.

- Zakła­dam, że nawet ty nie jesteś tak głu­pia, żeby pytać, czy to jest magiczna książka. Zatem zakła­dam, młod­sza sio­stro, że pytasz: "Czym jest ta magiczna książka, którą czy­tam? Dla­czego pozwala się odczy­tać mnie, a nie innym, lep­szym ode mnie?". I w prze­ci­wień­stwie do two­jego pierw­szego pyta­nia, to jest w rze­czy samej naprawdę dobre.

Vi zamknęła usta. Sły­szała bar­dziej obraź­liwe słowa w poprzed­nim życiu, ale sio­stra Ayayah szybko się zorien­to­wała, że nazy­wa­nie Vi głu­pią raniło ją bar­dziej niż inne obe­lgi. Sio­stra Ayayah uwiel­biała dźgać ją w to czułe miej­sce, zawsze twier­dząc, że robi to dla dobra Vi - pomaga jej doro­bić się tam gru­bej skóry.

- Ta książka to odpadki - cedziła słowa sio­stra Ayayah. - To śmieci. Pew­nie w ogóle nie ma nic wspól­nego z Kyla­rem. Z pew­no­ścią ten chło­pak nie miał dość wie­dzy, żeby posłu­żyć się taką magią. Teraz jed­nak z rado­ścią mogę powie­dzieć, że ta książka znisz­czy twoją karierę tak, jak pra­wie znisz­czyła moją.

- Co?

Sio­stra Ayayah kon­ty­nu­owała, jakby Vi w ogóle się nie ode­zwała:

- Ponie­waż z jakie­goś powodu, mimo że jesteś przy­głu­pia i bra­kuje ci wyra­fi­no­wa­nia, a może wła­śnie dla­tego, ta książka daje ci się odczy­tać. Na razie, na ile się orien­tu­jemy, nie pozwala na to nikomu innemu. Wobec tego na mnie padło, żeby cię poin­for­mo­wać, że Rada Pokoju daje ci trzy dni na prze­czy­ta­nie cało­ści, zna­le­zie­nie wszel­kich moż­li­wych wska­zó­wek, a następ­nie przy­go­to­wa­nie raportu.

Vi miała wra­że­nie, że to powrót do daw­nych, złych cza­sów, kiedy zwy­rod­nial­cowi, który był jej mistrzem, zda­rzało się zaczy­nać tre­ning od tego, że przy­wa­lał jej w nos, a potem ata­ko­wał bru­tal­nie, zmu­sza­jąc ją do obrony mimo oszo­ło­mie­nia, ośle­pie­nia pły­ną­cymi łzami i fon­tanny krwi try­ska­ją­cej z nosa.

- Dla­czego zwo­łano naradę wojenną? - zdo­łała wykrztu­sić. - I jakie wska­zówki? Na temat czego?

- Musimy zna­leźć... Wybacz, ty musisz... - Sio­stra Ayayah uśmiech­nęła się z okru­cień­stwem, jakby po tym, jak sama zawio­dła w tym nie­wdzięcz­nym zada­niu, teraz odkry­wała radość zrzu­ce­nia go na kogoś innego. - Ty musisz odkryć, gdzie jest ciało Kylara.

- Na pod­sta­wie tej książki? Prze­cież sama powie­dzia­łaś, że nawet nie wie­cie, co w niej jest, więc skąd wiemy, że...?

- Tak, na pod­sta­wie tej książki. Nie każ mi powta­rzać. Przez to spra­wiasz wra­że­nie jesz­cze głup­szej niż zwy­kle.

Oddy­chaj. Powoli. Vi zamru­gała, odwra­ca­jąc wzrok. Potrze­bo­wała tylko jed­nego wde­chu, żeby nad sobą zapa­no­wać.

- Ale... dla­czego? Kogo to obcho­dzi? Kylar nie zdo­był tu sobie przy­ja­ciół. Nie ma mowy, żeby Rada przej­mo­wała się nim na tyle, by wysłać eks­pe­dy­cję do Ali­ta­ery tylko po to, żeby zapew­nić mu godny pochó­wek. Z pew­no­ścią nie po tym, jak sprawy się uło­żyły.

Sio­stra Ayayah zaci­snęła usta.

- Byłaś kie­dyś zabój­czy­nią. Czy to nie jest oczy­wi­ste? Kiedy ktoś usły­szy, że osoba tak potężna jak Kylar Stern nie żyje, to zawsze jest gotowy zapła­cić, żeby zoba­czyć ciało na wła­sne oczy.

- Nie będzie żad­nego ciała! Już ci mówi­łam. Nie ma szansy, żeby dotarł do...

- Mamy powody wie­rzyć, że mu się udało. Przy­naj­mniej na krótko.

- Ale... ale, myśla­łam, że magia jasno­wi­dze­nia potwier­dziła, że Kylar był mar­twy. Jest mar­twy.

W przy­padku Kylara mię­dzy tymi ostat­nimi dwoma zda­niami ziała potężna cze­luść, ale Vi miała nadzieję, że sio­stra Ayayah tego nie dostrze­gła.

Ayayah Mega­nah nagle odwró­ciła wzrok.

- W porządku. Miał coś przy sobie, rze­komo przed­miot obda­rzony potężną magią. Mamy powody wie­rzyć, że przez cały czas go skry­wał. Wie­dzia­łaś o tym?

- Nie. Czyli chce­cie zna­leźć ten przed­miot. Nie obcho­dzi was tak naprawdę ciało.

Vi spo­strze­gła, że to prawda, ale sio­stra Ayayah nie zamie­rzała dać jej tej satys­fak­cji i przy­znać racji.

- Ale prze­cież cie­bie obcho­dzi, prawda? - odwark­nęła. - Możesz innym wma­wiać, co zechcesz, z nadzieją, że ci uwie­rzą, ale widzia­łam, jak na niego patrzy­łaś.

Tym razem Vi prze­ko­nała się, że z łatwo­ścią jest w sta­nie przy­brać bez­na­miętny wyraz twa­rzy, wyra­ża­jący czy­stą, sio­strzaną nie­na­wiść.

- Jeśli go znajdę, będę mogła go pocho­wać?

- Och, mała Viri­diano. Widzia­łaś Sio­stry przy­by­wa­jące ze wszyst­kich stron świata. Zwo­łano powszechny Synod, żeby omó­wić ali­ta­erań­ski bała­gan. Za trzy dni prze­gło­su­jemy, co teraz zro­bimy. Jako twoja prze­ło­żona będę usil­nie reko­men­do­wać, żeby nie pozwo­lono ci wziąć udziału w tej ani w żad­nej innej misji w naj­bliż­szych latach. Zatem twoje zada­nie zaczyna się i koń­czy z twoim tył­kiem roz­płasz­czo­nym na tym krze­śle. Zwa­żyw­szy, jak kata­stro­fal­nie zawa­li­łaś sprawę na pokła­dzie sztor­mo­statku, jeśli znowu nas zawie­dziesz, będzie to miało kon­se­kwen­cje dla two­jej pozy­cji w zako­nie. Masz trzy dni, Viri­diano - powie­działa sio­stra Ayayah z nie­przy­jem­nym uśmiesz­kiem. - A dzi­siej­szy liczy się jako pierw­szy.

Rozdział 3

Roz­dział 3

Wyścig z amne­stią

Cze­piam się ściany naj­wyż­szej wieży rezy­den­cji lorda Repha'ima pod rzę­dem zakra­to­wa­nych okien i cze­kam, aż straż­nik się ruszy.

Już skno­ci­łem tę robotę. Powi­nie­nem był wyco­fać się, kiedy tylko słowa "Anioł Nocy" padły z ust tam­tego dzie­ciaka. A już na pewno, kiedy nazwał mnie Kyla­rem Ster­nem. Nie ma dobrego powodu, żebym nie mógł zacze­kać i pod­jąć się zada­nia za mie­siąc, pół roku albo dwa lata.

Nie ma dobrego powodu, jeśli pomi­nąć dekret naj­wyż­szego króla.

Czarne ka'kari pokrywa mi skórę i ukrywa moją obec­ność przed wszyst­kimi, któ­rzy posłu­gują się magią. Powie­działo mi, że mogę wybrać nie­wi­dzial­ność dla zwy­kłych oczu albo nie­wi­dzial­ność dla magicz­nego wzroku, ale nie mogę mieć obu rze­czy naraz. Z dru­giej strony jest też moż­liwe, że ka'kari mnie okła­muje, żeby utrud­nić mi życie.

J a i k ł a m s t w o ?

Ze względu na obec­nych tu magów doko­na­łem wyboru. Teraz więc wci­skam się w ciemne kąty, zer­kam co pewien czas na straż­nika za oknem i na niebo.

Różane palce jutrzenki dra­pią już hory­zont po grzbie­cie.

Gdy­bym powie­dział, że jestem tu, żeby zabić kogoś dla mojego przy­ja­ciela naj­wyż­szego króla, to wyobra­ża­li­by­ście sobie, że wie­cie, co mam na myśli. Jed­nak to jest bar­dziej skom­pli­ko­wane. Trud­niej­sze. Mam nadzieję zabić kogoś bez roz­kazu, może nawet wbrew roz­ka­zom, ale na­dal zacho­wać przy­jaźń króla.

Jeśli zosta­wię w tym budynku tylko jed­nego mar­twego potwora, Logan może mi wyba­czy. Jeżeli zamor­duję tuzin męż­czyzn, bez względu na to, jak bar­dzo na to zasłu­gują, Logan mnie skre­śli. Pew­nie wyśle wła­snych ludzi, żeby mnie aresz­to­wali, a potem każe mnie stra­cić.

Czy roz­ka­załby zabić swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela?

Powiedzmy tylko, że mam dobre powody, żeby uznać, że ow­szem.

Na­dal mogę prze­rwać tę robotę. Pod pew­nymi wzglę­dami dys­po­nuję nie­ogra­ni­czo­nym cza­sem.

Potworni ludzie zawsze mają mnó­stwo wro­gów i nikt nie może wiecz­nie żyć w sta­nie naj­wyż­szej czuj­no­ści. Tru­po­sze stają się nie­cier­pliwi. Przez jakiś czas się ukry­wają, ale w końcu zaczy­nają się nudzić i uznają, że nie­bez­pie­czeń­stwo minęło, więc wycho­dzą.

I wtedy wła­śnie mój mistrz ich zabija. To jest mądre podej­ście. Tak wła­śnie powi­nie­nem postą­pić.

Tyle że jeśli zdo­łam dokoń­czyć robotę tej nocy, to naj­wyż­szy król wciąż może mi to wyba­czyć. Jeżeli zała­twię to dziś w nocy, to na­dal będzie można uwie­rzyć, że nie sły­sza­łem o wiel­kiej amne­stii. Wyprze­dzi­łem posłań­ców, żeby dotrzeć tu przed nimi. Nie­stety herol­do­wie obwiesz­czą amne­stię z samego rana.

Jed­nakże tak naprawdę nie z tego powodu tu jestem i obaj dobrze to wiemy, prawda, hra­bio Drake?

Prawda jest taka, że nie potra­fię sobie odpu­ścić. Za późno już, żeby ura­to­wać moje przy­brane sio­stry. Nie jest jed­nak za późno, żeby się zemścić.

Chcia­łem powie­dzieć: wymie­rzyć spra­wie­dli­wość.

Pocie­ram oczy ręką. Nie spa­łem dobrze od mie­sięcy, od ostat­niej bitwy pod Czar­nym Wzgó­rzem, a przez ostat­nią noc czy dwie w ogóle nie zmru­ży­łem oka. Nie­do­brze. Mój Talent nie zdoła skom­pen­so­wać osła­bio­nego refleksu ani przy­tę­pio­nego osądu.

Wresz­cie straż­nik odcho­dzi. Patrzę na pręty w oknie. Ka'kari potrafi pożreć małe kawa­łeczki stali i prze­ciąć w ten spo­sób pręty, ale już jest prze­peł­nione mocą. To tak, jakby spró­bo­wać napeł­nić lampę ole­jową z peł­nym zbior­nicz­kiem: olej tylko wyleje się z lampy, a to nie jest roz­sądne, kiedy masz do czy­nie­nia z ogniem. Na tej samej zasa­dzie prze­cię­cie krat za pomocą ka'kari byłoby w tej chwili jak zapa­le­nie racy widocz­nej zarówno w zwy­kłym, jak i magicz­nym spek­trum.

Zer­kam w dół na dzie­dzi­niec. Mag - ten pomoc­nie nosi nie­bie­skie szaty - patro­luje teren. Mogę posłu­żyć się magią wewnątrz ciała, na przy­kład wzmoc­nić mię­śnie do skoku, i nie zostanę zauwa­żony, ale jeśli posłużę się nią na zewnątrz, to rów­nie dobrze mógł­bym poma­chać pochod­nią w ciem­no­ści. Może mag niczego nie zauważy, jeśli będę dosta­tecz­nie szybki. Jeśli wybiorę chwilę, kiedy się odwróci...

Nie, nie warto tak ryzy­ko­wać. Ktoś inny może mnie spo­strzec.

Pod­cią­gam się, żeby zer­k­nąć przez okno. Straż­nik na­dal się oddala, idzie do prze­ciw­le­głego okna i sto­ją­cego tam męż­czy­zny. Jeśli tam­ten odwróci się, żeby przy­wi­tać pod­cho­dzą­cego, kiedy będę wcho­dził przez okno, będzie po mnie.

Jest zwy­czaj­nie zbyt wiele par oczu, które mogą skie­ro­wać się na mnie, i zbyt wiele spo­so­bów, w jakie mogę się ujaw­nić, jeśli będę miał zwy­kłego pecha.

Trzeba zary­zy­ko­wać. No to jazda.

Czuję mro­wie­nie ka'kari na opusz­kach pal­ców, kiedy wchła­nia pot i łój, żeby mój chwyt był pew­niej­szy. Jak już wspo­mnia­łem, potrafi być bar­dzo pomocne, kiedy tylko zechce.

Zdo­bione kro­ksztyny pod­pie­rają wysta­jący poza lico wieży pła­ski dach nade mną. Żad­nej magii, na doda­tek okna i prze­wieszka ozna­czają, że moją naj­więk­szą szansą jest szybka seria dyna­micz­nych ruchów. Znowu jestem wdzięczny za lata spę­dzone bez Talentu. Sta­ra­jąc się nadą­żyć za moim mistrzem, musia­łem dobrze nauczyć się wspi­nać.

Jed­nakże w tam­tych latach wiele razy spa­dłem, żeby zawi­snąć na końcu liny, a ni­gdy nie pró­bo­wa­łem cze­goś rów­nie głu­piego jak teraz. I tym razem nie mam żad­nej liny, która by mnie ura­to­wała.

Wyobra­żam sobie wła­ściwe ruchy: szybki bieg po murze, skok z pół­ob­ro­tem, zła­pa­nie się gar­gulca pod prze­wieszką, obrót wokół niego, żeby sal­tem do tyłu wsko­czyć na dach.

Żaden pro­blem, nie? Dam radę.

Umrę.

Zer­kam do środka i widzę, że jeden ze straż­ni­ków wska­zuje kciu­kiem moje okno. Drugi zerka w tym kie­runku i kiwa głową. Któ­ryś z nich lada chwila tu podej­dzie.

Teraz!

Wzmoc­niony Talen­tem pod­cią­gam się na para­pet i prze­su­wam rękami po prę­tach w oknie, jakby to była dra­bina. Za nimi ruszają moje stopy, wspi­na­jąc się szybko. Odwra­cam głowę od ściany i ska­czę w pustkę.

Moje ciało obraca się w tej krót­kiej chwili, gdy nie ma żad­nego opar­cia i jest oto­czone tylko przez powie­trze. A potem dłońmi tra­fiam na wyba­łu­szone kamienne okrą­głe śle­pia gar­gulca wyrzeź­bio­nego na kro­kszty­nie nade mną. Obra­cam się wokół niego tak, jak akro­bata obró­ciłby ciało wokół słupa, żeby pęd cisnął mną w stronę budynku.

Kiedy jed­nak się pod­cią­gam, jedno z kamien­nych oczu odpada i zostaje mi w dłoni, psu­jąc moją tra­jek­to­rię.

Moje ciało leci w górę, ale nie dość wysoko i nie dość daleko w głąb dachu.

Kiedy koń­czę salto, ude­rzam w kamień kola­nami zamiast sto­pami i ląduję led­wie na kra­wę­dzi dachu. Zbyt szybko tracę pęd, a moje ciało osiąga ten przy­pra­wia­jący o mdło­ści moment w apo­geum skoku, kiedy prze­staje się wzno­sić.

Mój śro­dek cięż­ko­ści na­dal znaj­duje się poza kra­wę­dzią dachu.

Wycią­gam ręce do tyłu, żeby zła­pać się bla­nek po obu stro­nach prze­rwy, ale są za bar­dzo od sie­bie odda­lone. Nie ma szansy, żebym nie spadł.

Wtedy jed­nak roz­kła­dam sze­roko nogi, robię szpa­gat i zaha­czam jedną nogą o blankę, dzięki czemu zde­cy­do­waną więk­szość mojego cię­żaru utrzy­mują teraz moje pachwiny.

A potem, ponie­waż nie mam się czego zła­pać, zsu­wam się.

Powstrzy­muję upa­dek tylko dzięki temu, że łapię się brzegu dachu jedną ręką, a wycią­gniętą stopą zapie­ram o otwarty pysk gar­gulca, który led­wie wystaje spod prze­wieszki.

Przez kilka chwil led­wie mogę się ruszyć, z tru­dem nawet oddy­cham. Jest coś mistycz­nego w bólu w kro­czu. Można jed­nak nauczyć się go zno­sić i zro­bić to, co konieczne.

Chce­cie zgad­nąć, jak mój mistrz nauczył mnie igno­ro­wać tego typu ból?

Śmiało, zga­duj­cie, ponie­waż ja nie zamie­rzam o tym mówić.

Dzięki Talen­towi trzy­ma­nie się zim­nej, ziar­ni­stej ściany, dys­po­nu­jąc jed­nym sła­bym chwy­tem i jed­nym wątłym pod­par­ciem, jest moż­liwe, cho­ciaż nie­ła­twe. Zapie­ram się, a następ­nie pod­ska­kuję na jed­nej sto­pie, żeby drugą rękę prze­rzu­cić przez kra­wędź dachu. Potem to już kwe­stia pod­cią­gnię­cia się, o ile brzeg wieży wytrzyma.

Wytrzy­muje. Kla­pię ciężko na dach i tur­lam się z dala od brzegu. Naresz­cie bez­pieczny. Obra­cam się na bok i zwi­jam w pozy­cji pło­do­wej jak przy­stało na doro­słego męż­czy­znę.

C o z a s z c z ę ś c i e !

- Szczę­ście? - udaje mi się wychry­pieć.

~ Oko gar­gulca, które ode­rwa­łeś, spa­dło w krzaki, a straż­nik aku­rat znaj­do­wał się dosta­tecz­nie daleko, żeby tego nie usły­szeć. ~

Mogę tylko jęk­nąć.

Ale ze mnie szczę­ściarz.

Led­wie wsta­łem i otrze­pa­łem ręce i tunikę, usły­sza­łem dobie­ga­jący z dołu krzyk:

- Stern! Kyla­rze Stern, wiem, że tu jesteś!

Świa­dom tego, że bełt kuszy albo magiczny wybuch mogą tylko cze­kać, żebym wysta­wił głowę na widok, zbli­żam się do kra­wę­dzi ostroż­nie, ale woła­jący męż­czy­zna nie zapla­no­wał zasadzki. Stoi na kry­tym patio nie­mal dokład­nie pode mną. To może być tylko sam lord Repha'im. Musi stać wci­śnięty mię­dzy ochro­nia­rzy, któ­rzy nie są zado­wo­leni z faktu, że wyszedł na zewnątrz, nie wspo­mi­na­jąc już o magach, bo widzę małe kule róż­no­barw­nego świa­tła wyla­tu­jące z patio, zni­ka­jące w cie­niach, polu­jące na mnie.

Zaraz powie, żebym wyszedł i wal­czył z nim jak męż­czy­zna.

- Stern! - krzy­czy znowu. Przy­cichł nieco, ale na­dal sły­szę go bez wysiłku. Jego głos należy do tych, które niosą się daleko. - Myślisz, że wiesz, jak to się skoń­czy. Mylisz się.

Jarzące się kule zata­czają ostat­nie kółko i zni­kają. Sły­szę, jak drzwi zamy­kają się z hukiem przy wtó­rze gło­śnego zgrzytu zwy­kłych i magicz­nych sztab wsu­wa­nych na swoje miej­sce.

Mylę się, co? - myślę sobie, prze­le­wa­jąc czarne ka'kari do dłoni. Chyba się wkrótce prze­ko­namy.

Wstaję i kiedy cała wieża bez­piecz­nie zasła­nia magię ka'kari przed oczami ludzi na dole, zwy­czaj­nie prze­ci­nam zamek w drzwiach.

Daję sobie chwilę na zebra­nie sił przed okrop­no­ścią tego, co mnie czeka.

Odpo­wie­dzial­ność spo­czywa tylko na mnie. Moja wina jest nie­zmie­rzona, nie­unik­niona, nie­wy­sło­wiona, ale nie spo­czywa tylko i wyłącz­nie na mnie. Ty i twoja rodzina przy­ję­li­ście mnie do swo­jego domu jak syna, hra­bio Drake. To moja wina, że moja sio­stra nie żyje. Jed­nak to nie ja zepchną­łem ją z bal­konu. Nie ja spro­fa­no­wa­łem jej ciało. Sam nie zapłacę za to, co się stało, ale tej nocy dopil­nuję, żeby zapła­cił ktoś inny.

Owi­jam wyci­sza­ją­cymi falami powie­trza zawiasy, żeby nie zaskrzy­piały, i zakra­dam się do środka, żeby zabić.

Rozdział 4

Roz­dział 4

Dogodny potwór

Wydaje się, że to mar­no­wa­nie wysiłku: wspiąć się na sam szczyt naj­wyż­szej wieży w posia­dło­ści tylko po to, żeby potem zejść aż do dobrze chro­nio­nej piw­nicy, prawda? Zwłasz­cza że w tej wieży jest mnó­stwo prze­wę­żeń, które z łatwo­ścią utrzy­małby jeden zdy­scy­pli­no­wany straż­nik, już nie wspo­mi­na­jąc o magu.

W tej wieży lord Repha'im roz­sta­wił straże co kilka pozio­mów. Roz­mie­ścił takie dru­żyny na każ­dej moż­li­wej tra­sie pro­wa­dzą­cej do jego sank­tu­arium. W co naj­mniej pię­ciu z tych dru­żyn straż­ni­kowi towa­rzy­szy mag.

To mnó­stwo magów jak na nowego lorda zni­kąd. A wszy­scy oni, zarówno straż­nicy, jak i mago­wie, są teraz w naj­wyż­szym sta­nie goto­wo­ści. Zupeł­nie jakby ten czło­wiek, poza tym, że jest bogaty, był na doda­tek bystry i ostrożny. Jakby nie chciał umrzeć.

Nic nie szko­dzi. Obrona lorda Repha'ima nie będzie sta­no­wiła pro­blemu. Uczy­łem się na sie­pa­cza. A to ozna­cza, że jestem superza­bójcą, który potrafi cho­dzić po ścia­nach, zabija, kogo zechce, i znika, zanim zwłoki ude­rzą o zie­mię, prawda?

Ach, racja. Wynaj­mo­wa­łeś sie­pa­czy, zanim mnie przy­gar­ną­łeś, prawda, hra­bio Drake? Zanim się zmie­ni­łeś.

Dwoje drzwi pro­wa­dzi z wąskiej cen­tral­nej klatki scho­do­wej do apar­ta­men­tów na naj­wyż­szym pozio­mie wieży: wej­ście dla służby i ele­gant­sze drzwi dla lorda lub jego gości. Waham się w ciem­no­ści, zasta­na­wia­jąc się, jak dźwięk będzie się niósł w dół krę­co­nych scho­dów.

Nie­wiele wiem na temat lorda Repha'ima, ale wiem mnó­stwo na temat Cena­rii. Dora­sta­łem w slum­sach, a tutej­sze dwory są rów­nie bez­względne i nie­wiele czyst­sze. Nikt nie przy­bywa do Cena­rii, jeśli nie chce się pobru­dzić. A już na pewno nikt tu nie przy­bywa i nie wzbo­gaca się szybko, o ile nie jest bar­dzo dobry w byciu bar­dzo złym.

Może­cie więc nazwać mnie cyni­kiem, ale idę o zakład, że lord Repha'im nie ma czy­stego sumie­nia.

Oczy­wi­ście tak naprawdę to on w ogóle nie ma sumie­nia, ale wie­cie, co mam na myśli.

Na pozio­mie poni­żej mnie urzą­dzono swego rodzaju salon podzie­lony na dwie czę­ści wyso­kimi rega­łami na książki, z wiel­kimi oknami z wido­kiem na mia­sto po obu stro­nach. Już wcze­śniej pod­czas wspi­naczki odno­to­wa­łem, że sta­cjo­nują tam straż­nik z magiem, ale nie zauwa­ży­łem, że spi­ralne schody koń­czą się tam i zaczy­nają po dru­giej stro­nie pokoju.

To naprawdę świad­czy o wręcz dener­wu­ją­cym pozio­mie para­noi. Jeśli twoi wro­go­wie zajęli cały zamek z wyjąt­kiem naj­wyż­szej wieży, to i tak już prze­gra­łeś. Jed­nak pomi­ja­jąc nie­wy­godę tego roz­wią­za­nia dla mnie, ozna­cza ono zapewne, że mam rację.

Nie zabi­łem dzie­ciaka zaraz po tym, jak wska­zał mi drogę wej­ścia do posia­dło­ści, nie dla­tego, że jestem miłym czło­wie­kiem, ale ponie­waż jestem cyni­kiem. Nie mia­łem czasu, by dosta­tecz­nie dobrze przy­go­to­wać się przed tą robotą, więc zało­ży­łem kilka rze­czy z góry: zbru­kany ary­sto­krata, nie­czy­ste sumie­nie, strach, ostroż­ność, ego­ty­sta.

Doda­łem to wszystko i uzna­łem, że taki ary­sto­krata zafun­do­wał sobie bez­pieczny pokój nie­mal nie do sfor­so­wa­nia.

Widzi­cie jed­nak, to nie jest pro­blem. To jest roz­wią­za­nie.

Zabójca wła­muje się do sil­nie ufor­ty­fi­ko­wa­nej posia­dło­ści - i co wtedy? Wszy­scy gro­ma­dzą się wokół szefa, bo wszy­scy zakła­dają, że zabójca przy­szedł zabić szefa.

I w tym wypadku wszy­scy się mylą.

Alarm skie­ro­wał pra­wie wszyst­kich straż­ni­ków na swoje miej­sca, z któ­rych mogą chro­nić czło­wieka, który w ogóle mnie nie inte­re­suje.

Lord Repha'im pew­nie zasłu­guje na śmierć. Nie wiem. Nie przy­sze­dłem tu po niego. Zja­wi­łem się, żeby zabić jed­nego z jego gości. Tego, który - jak uwa­żam - znaj­duje się w tym pokoju.

Jeśli Repha'im jest dobrym czło­wie­kiem, to pew­nie zabrał swo­ich gości razem ze sobą do zabez­pie­czo­nego pokoju. Jeśli jest złym, to zosta­wił ich na pastwę losu. Może dał im jed­nego, dwóch straż­ni­ków. Takich jak ta dwójka w salo­nie.

To jest nie­pewny ele­ment w tej ukła­dance, bo nie znam Repha'ima. Mój mistrz ni­gdy nie zary­zy­ko­wałby w podobny spo­sób. Jed­nak ja? W tej chwili? Muszę.

Fakt, że na­dal są tu straż­nicy, pod­po­wiada mi, że pew­nie mam rację. To, że ich nie odwo­łano, suge­ruje, że coś cen­nego kryje się w apar­ta­men­tach na górze. Coś - albo ktoś, mam nadzieję.

Wła­ma­nie do apar­ta­mentu może wią­zać się z hała­sem. To, co zro­bię potem w środku, nie­wąt­pli­wie będzie gło­śne, więc naj­pierw muszę zająć się tą dwójką.

Nie zabiję ich. Żad­nych rzezi przez wzgląd na Logana. Ręka mi się trzę­sie. Mru­gam pod wpły­wem tego nagłego przy­po­mnie­nia o swoim wyczer­pa­niu.

Sły­szę, jak męż­czyźni roz­ma­wiają, ale nie rozu­miem żad­nych słów. To zna­czy, że zaraz zamie­nią się poste­run­kami, cho­ciaż stra­ci­łem poczu­cie czasu i nie wiem, ile go minęło, odkąd wspi­na­łem się obok okna. Mój mistrz Durzo wie­działby dokład­nie, kogo teraz zoba­czy. Wie­działby także, w jaki spo­sób straż­nicy powinni pod­nieść alarm - czy to będzie coś tak zwy­czaj­nego jak gwiz­dek, czy coś rów­nie skom­pli­ko­wa­nego jak magiczna flara, jaką można uru­cho­mić na tuzin róż­nych spo­so­bów, z któ­rych parę jest bar­dzo trudno powstrzy­mać.

Ta robota coraz bar­dziej wygląda na potworną pomyłkę.

Nawet teraz mogę się jesz­cze wyco­fać.

Jed­nakże tu jest Tru­dana Jadwin. Jej zdrada nie poru­sza mnie tak bar­dzo jak fakt, że poma­gała tym, któ­rzy zamor­do­wali moją przy­braną sio­strę Mag­da­lyn, i wyko­rzy­stała jej ciało do cze­goś, co nazywa "sztuką" - zamie­niła je w posąg z nie­ule­ga­ją­cych roz­kła­dowi zwłok, który wygląda jak żywy, i wysta­wiła go na widok publiczny ku maka­brycz­nej ucie­sze innych.

Jeśli się wyco­fam, duches­sie ujdzie to na sucho. Jej zbrod­nie zostaną wyba­czone w ramach ogło­szo­nej po woj­nie przez naj­wyż­szego króla Logana amne­stii. Ukry­wała się od ostat­niej bitwy, ale po dzi­siej­szym dniu będzie mogła wyjść z tej wieży i powró­cić na łono spo­łe­czeń­stwa. I to by­naj­mniej nie na jego dno - od razu wsko­czy w rejony bli­sko samego szczytu.

Nie pozwolę na to. Rozu­miesz to, hra­bio Drake, prawda? Myśl o tym, że wybie­rzesz się na dwór i zoba­czysz ją, jak się śmieje i pije wino z przy­ja­ciółmi? Ona należy do tych ludzi, któ­rzy będą szu­kali spo­tka­nia z tobą; będzie się cheł­pić, wie­dząc, że przy­się­ga­łeś nie sto­so­wać prze­mocy.

Rozu­miem, dla­czego porzu­ci­łeś prze­moc, ale świat potrze­buje ludzi goto­wych na noc wil­ko­łaka, któ­rzy będą bro­dzić we krwi, żeby powstrzy­mać zło. Ludzi takich jak ja.

Zdej­muję pas z bro­nią i ple­cak, cho­wam je na scho­dach. Otwie­ram dwie puszki. Naj­pierw nakła­dam ochronną war­stwę tłusz­czu na palce, a potem nabie­ram dwie dawki tru­ci­zny pozba­wia­ją­cej przy­tom­no­ści. Każę ka'kari wsiąk­nąć w moją skórę i zostaję nagi.

Waham się chwilę w cie­niach na scho­dach. Zeszłej nocy wyda­wało mi się, że to cał­kiem dobry pomysł.

Widzę, że męż­czy­zna po mojej stro­nie salonu to mag, więc wzy­wam ka'kari, żeby na wszelki wypa­dek ukryło mój Talent przed jego wzro­kiem.

- Pssst - syczę.

Męż­czy­zna stoi przy oknach i patrzy na świt nad­cią­ga­jący nad mia­sto. Jest znacz­nie więk­szy, niż mi się wyda­wało. Będę musiał poświę­cić na niego obie dawki.

Jakim cudem prze­ga­pi­łem coś takiego?!

- Pssst! - odzy­wam się gło­śniej. Gar­bię się i krzy­żuję ręce, żeby zakryć swoją nagość. Wszystko we mnie świad­czy o bez­bron­no­ści.

Odwraca się.

- Co jest, u...?

Macham na niego jedną ręką, zawsty­dzony.

- Dan­nil? - odzywa się, ale nie­zbyt gło­śno. To musi być imię dru­giego straż­nika.

Kręcę głową, jakby zakło­po­tany swoją nago­ścią, bła­gal­nie.

Pod­cho­dzi do mnie.

- Co tu robisz? - pyta nie­zbyt cicho.

- Ciszej, pro­szę - mówię. - Stracę pracę, jeśli mój mistrz się dowie. Pró­bo­wa­łem wydo­stać się stąd, odkąd pod­nie­siono alarm.

- Co tu robisz? - powta­rza, mru­żąc oczy. Trzyma deli­katną szklaną bańkę w pra­wej ręce, naci­ska­jąc ją wiel­kim kciu­kiem.

- Byłem w nocy... z... no wiesz... - Kiwam głową w stronę scho­dów. Tru­dana Jadwin sły­nie z kolo­sal­nego ape­tytu sek­su­al­nego i z tego, że naj­chęt­niej wybiera sobie męż­czyzn o połowę od niej młod­szych, czyli takich w moim wieku. - Kiedy roz­legł się alarm, wyko­pała mnie ze swo­ich kom­nat! Nie chce mnie wpu­ścić z powro­tem. A tam jest moje ubra­nie!

Męż­czy­zna par­ska. Widzę, że ucho­dzi z niego całe napię­cie. Led­wie powstrzy­muje śmiech.

- Bła­gam! - szep­czę. Mag nosi ręka­wiczki. Ma bar­dzo nie­wiele odsło­nię­tej skóry, którą mógł­bym potrak­to­wać tru­ci­zną kon­tak­tową. - Musisz mi pomóc. Masz poję­cie, jak poni­ża­jące rze­czy kazała mi robić minio­nej nocy? Co mi zro­biła? Spę­dzę resztę tygo­dnia w wan­nie, pró­bu­jąc zmyć z sie­bie... fuj! A jeśli jesz­cze na doda­tek stracę pracę? Bła­gam, panie.

Padam przed nim na kolana i wycią­gam ręce, żeby ująć jego dłoń. Roz­sma­ro­wuję tru­ci­znę kon­tak­tową na zewnętrz­nej i wewnętrz­nej stro­nie jego nad­garstka, a potem bła­gal­nie ści­skam mu rękę obiema dłońmi, żeby nie wyczuł niczego podej­rza­nego.

To stara sztuczka kie­szon­kow­ców. Łatwo wyczuć jedno dotknię­cie, ale prze­lotny, krótki dotyk może umknąć zmy­słom, jeśli zagłu­szy go moc­niej­szy, bar­dziej zde­cy­do­wany dotyk tuż przed lub zaraz po.

- Dan­nil! - woła gło­śniej, roz­ba­wiony. - Chodź to zoba­czyć!

- Och, daj spo­kój - jęczę, na­dal klę­cząc. - Naprawdę?

Zabiera rękę z nie­sma­kiem i chowa szklane urzą­dze­nie alar­mowe.

- Powi­nie­neś wie­dzieć, że nie należy zada­wać się z lep­szymi od sie­bie, chłop­cze.

A potem mruga.

- Co jest? - pyta straż­nik po dru­giej stro­nie.

Wielki mag znowu mruga i się zata­cza.

Staję za nim i ude­rzam go pię­ściami pod kolana.

Pada w moje wycią­gnięte ramiona, a ja go przy­du­szam, żeby na pewno pozo­stał cicho. Wiot­czeje, więc natych­miast go wypusz­czam. Nie mogę zbyt długo odci­nać dopływu krwi do głowy, bo to może skoń­czyć się śmier­cią, a poza tym chcę, żeby tru­ci­zna dotarła do mózgu.

Robię salto nad niskim rega­łem, kiedy wycho­dzi zza niego straż­nik.

Wyobra­żam sobie, że ostat­nie, czego się spo­dzie­wał, to nagi męż­czy­zna, który ska­cze w powie­trze. Roz­trą­cam mu ręce sze­roko na boki, prawą dło­nią tra­fiam go w ramię, lewą tuż pod prawą pachę, nie tam, gdzie pla­no­wa­łem. Udaje mi się jed­nak ścią­gnąć jego głowę w dół, a ponie­waż spa­dam na niego całym cię­ża­rem, obaj padamy na pod­łogę. Ude­rzam w nią ręką, żeby amor­ty­zo­wać upa­dek, a on ląduje nade mną na czwo­ra­kach. Udaje mu się wstać, gdy opla­tam go nogami; ma nadzieję, że mnie unie­sie i ciśnie mną o pod­łogę. Ja jed­nak blo­kuję mu piętę, kiedy pró­buje zła­pać rów­no­wagę, dźwi­ga­jąc cię­żar nas obu.

Potyka się, upada na tyłek, a ja zaci­skam nogi wokół jego głowy. I to wszystko.

Od chwili, kiedy mnie zoba­czył, zaczął wal­czyć i padł nie­przy­tomny, minęło mniej czasu, niż potrzeba na poli­cze­nie do dzie­się­ciu. Nawet nie przy­szło mu do głowy, żeby posłu­żyć się swoją naj­groź­niej­szą bro­nią: gło­sem.

Wypusz­czam go szybko. Zbyt łatwo można zabić czło­wieka nie­chcący. Zabie­ram mu broń i znaj­duję w jego kie­szeni włącz­nik magicz­nego alarmu, a potem przy­wo­łuję ka'kari na skórę, żeby znowu odziało mnie jako Anioła Nocy. Nie spo­sób powie­dzieć, jak długo przy­du­szony czło­wiek pozo­sta­nie nie­przy­tomny.

W tym przy­padku zde­cy­do­wa­nie nie dość długo. Zamiast zamru­gać powie­kami, dając znać, że przy­tom­nieje, otwiera oczy gwał­tow­nie i cał­ko­wi­cie.

Nie taki był plan. Nie chcę tego, ale coś - może bli­skość naszych twa­rzy, może strach w jego oczach - w każ­dym razie coś uru­cha­mia moje moce. Anioł Nocy - czym­kol­wiek, u dia­bła, jest, czym­kol­wiek, u dia­bła, ja teraz jestem - może cza­sem spo­strzec zbrod­nie czło­wieka w jego oczach jak nie­usu­walną plamę bez­po­śred­nio na jego duszy. Nikt inny jej nie zoba­czy. Ja nie mogę jej nie zauwa­żyć.

Szybko odwra­cam wzrok. Wcale nie mia­łem takiego zamiaru, ale poko­nuję dzie­lącą nas prze­strzeń, przy­szpi­lam go kola­nem, obra­cam mu głowę jedną ręką, drugą wycią­gam ostrze i jestem gotowy do zada­nia osta­tecz­nego ciosu. Zaci­skam szczęki, szcze­rzę zęby, maska Anioła Nocy osła­nia moją twarz, dym wylewa mi się z oczu jak nie­bie­skie pło­mie­nie potę­pie­nia.

Prze­su­wam wzrok i oglą­dam jego libe­rię. Jakimś cudem wcze­śniej to prze­ga­pi­łem.

Nie nosi herbu Repha'ima. Obaj męż­czyźni noszą barwy Jadwin. Ten brał udział w porwa­niu Mags i... nie wiem, w czym jesz­cze. Odwró­ci­łem wzrok, kiedy tylko zoba­czy­łem, jak ją pobił.

Nie mogę go zabić.

Nie mogę!

- Mag­da­lyn Drake - war­czę do męż­czy­zny pod sobą.

Moja maska Anioła Nocy jest zro­biona z ka'kari, tak samo jak reszta mojego stroju, jed­nak zamiast przy­wie­rać cia­sno do rysów twa­rzy, przed­sta­wia zło­wiesz­czo puste obli­cze spra­wie­dli­wo­ści. Usta to led­wie suge­stia gry­masu, oczy są zasło­nięte, cza­sem wypeł­niają się ilu­zo­rycz­nym nie­bie­skim bla­skiem dla cie­kaw­skich, ale teraz za sprawą odru­chu zapa­lają się czer­wo­nym ogniem, ułudny dym bucha z pie­kiel­nych pło­mieni cze­ka­ją­cych na potę­pień­ców.

- Ni­gdy jej nawet nie tkną­łem!

To jest kłam­stwo, ale led­wie to powie, widzę, że on nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Zapo­mniał, że ją pobił?

Moje moce cza­sem mi to robią - przed­sta­wiają pozor­nie sprzeczne infor­ma­cje. Pew­nie mówiąc "ni­gdy jej nie tkną­łem", ma na myśli to, że jej nie zgwał­cił. Jed­no­cze­śnie widzia­łem w jego oczach, jak zła­pał ją za pierś i ją wykrę­cił, jak śmiał się z jej bólu i prze­ra­że­nia, gdy krzyk­nęła w oba­wie, co zrobi potem. Ale jej nie zgwał­cił. Nie miał w sobie takiego głodu...

Nie mogę tego robić. Nie mogę go osą­dzać. Nie tu. Nie teraz. Nie mogę ryzy­ko­wać, że zacznę grze­bać zbyt głę­boko. Wiem, że jeśli zoba­czę pew­nego rodzaju winę, to zabiję go wbrew wszyst­kiemu, zapo­mi­na­jąc o kon­se­kwen­cjach.

- Co jest, u dia­bła, z two­imi oczami? - pyta, wier­cąc się pode mną.

Pod­no­szę wzrok i patrzę mu w oczy.

Ten czło­wiek uwiel­bia zastra­szać, uwiel­bia krzyw­dzić. Jedyna muzyka, jaka go poru­sza, to per­ku­sja cio­sów wymie­rzo­nych w ciało, nara­sta­jące okrzyki bólu; odwró­cony wzrok upo­ko­rzo­nych poru­sza go tak jak wsty­dliwe prze­ko­ma­rza­nie się, a łzy są lep­sze od...

Zmu­szam się, żeby patrzeć na jego gar­dło zamiast w oczy. Drżę, napi­nam ciało, kiedy chęć uprząt­nię­cia tego... śmie­cia nara­sta.

W ogóle się mnie nie boi, ale byłoby błę­dem uznać go za odważ­nego. Widuję strach w swoim fachu, dobrze go znam. Tak jak wszystko inne, tak i strach może się zepsuć i wypa­czyć na tym świe­cie. Nie­któ­rzy ludzie nie rozu­mieją stra­chu, nie czują go. Można by uznać, że to dar. Nie­prawda. We wła­ści­wym miej­scu wła­śnie strach jest darem. Strach to dowód ist­nie­nia duszy, świad­czy o tym, że czło­wiek coś ceni. Taki czło­wiek jak ten będzie ci kła­mał pro­sto w oczy, nie dla­tego, że jest cwany, tylko dla­tego, że się nie boi, że przy­ła­piesz go na kłam­stwie. Albo nie rozu­mie kon­se­kwen­cji, albo nie potrafi się nimi prze­jąć.

Teraz, kiedy już wiem, z czym mam do czy­nie­nia, staję się zimny.

- Potra­fisz pisać? - pytam, roz­ci­na­jąc mu rękaw od nad­garstka po ramię cienką, ostrą klingą.

- Czy co potra­fię? - pyta zdu­miony, kiedy odci­nam mu rękaw.

- Pisać. Litery, czło­wieku. Znasz litery?

- Skądże, nie umiem pisać. Wyglą­dam na takiego gład­kiego wypierdka, co niu­cha książki jak ty?

- Świet­nie - mówię. - Więc ujdziesz z życiem.

Zwi­jam rękaw.

- Gdzie ujdę?

- Nie zdo­łasz im powie­dzieć nic wię­cej na mój temat, niż już wie­dzą.

- Że co?

Cho­wam mój deli­katny nóż i zabie­ram broń straż­ni­kowi: sze­ro­kie, cięż­kie ostrze.

- Nie masz jaj, żeby mnie zabić - mówi. - Bo już byś to zro­bił. Myślisz, że tak mnie nastra­szysz, że nic nie powiem?

Kręcę głową i znowu odwra­cam wzrok. Może uzna, że tracę odwagę.

- Co mnie powstrzyma przed powie­dze­niem im wszyst­kiego, hm? - dopy­tuje się.

- Nie to.

Z gwał­tow­no­ścią, jakiej się nie spo­dziewa, łapię go za rękę, pro­stuję ją i jego wła­snym cięż­kim ostrzem odci­nam mu dłoń.

Zanim krzyk­nie, ja już trzy­mam zwi­nięty rękaw, żeby go nim zakne­blo­wać i stłu­mić okrzyk, a potem wrzask, który mu się wyrywa, kiedy ka'kari pło­nie czer­wie­nią i przy­pala kikut, żeby gość się nie wykrwa­wił. Cuch­nie jak... Cóż, nie potrze­bu­je­cie takich szcze­gó­łów, żeby wam się obi­jały póź­niej po gło­wie.

- Byłeś czło­wie­kiem, który żeruje na sła­bych, więc ska­zuję cię na sła­bość - mówię. - Prze­trwasz tylko dzięki współ­czu­ciu innych albo w ogóle nie prze­ży­jesz. Jed­nakże ludzie współ­czu­jący to ludzie nara­żeni na zra­nie­nie, a nie wypusz­czę cię jak wilka mię­dzy owce. Dla­tego odbiorę ci zdol­ność krzyw­dze­nia innych.

***

W porządku, wró­ci­łem tu póź­niej. Zda­łem sobie sprawę, że zanim pójdę dalej, powin­ni­śmy pew­nie poroz­ma­wiać o naszej umo­wie.

Tak, o two­jej i mojej, słu­cha­czu, czy­tel­niku, czy kim tam jesteś. Oka­zuje się, że to nie będzie pry­watna opo­wieść tylko dla uszu hra­biego Drake'a, tak jak począt­kowo pla­no­wa­łem, więc musisz zro­zu­mieć kilka rze­czy.

Przy paru oka­zjach, kiedy zapro­po­no­wa­łem, że opo­wiem część mojej histo­rii, ludzie zawsze mówili, że chcą poznać całość.

Nie, wcale tego nie chcą. Nie tak naprawdę. I ty także tego nie chcesz.

Ej, ja to rozu­miem: słu­chasz płat­nego zabójcy, jak opo­wiada swoją histo­rię, więc spo­dzie­wasz się histo­rii płat­nego zabójcy, nie? Może zaczy­nasz od pyta­nia, które uwiel­bia każdy, kto kie­dy­kol­wiek zabił: "Jakie to uczu­cie, zabić czło­wieka?".

Jakby zabi­ja­nie zawsze wywo­ły­wało takie samo uczu­cie. Jakby zabi­ja­nie czło­wieka zawsze wywo­ły­wało jakieś uczu­cia.

Rozu­miem jed­nak, może naprawdę wie­rzysz, że jesteś inny, że to prze­łkniesz, że naprawdę możesz usły­szeć wszystko.

Cóż, nie ufam ci. Zechcesz usły­szeć kilka dodat­ko­wych krwa­wych szcze­gó­łów, kiedy moi tru­po­sze będą wyjąt­kowo źli. Jed­nak kiedy przy oka­zji zabiję jakie­goś nie­szczę­śnika pró­bu­ją­cego zaro­bić na kawa­łek mięsa dla dzieci raz w tygo­dniu, słu­żąc dobremu czło­wie­kowi, który służy dobremu czło­wie­kowi, który służy złemu czło­wie­kowi, któ­rego mam zabić, to będziesz życzyć sobie dla niego szyb­kiej, łatwej śmierci. Zga­dza się?

Tak jakby świat dzia­łał w taki spo­sób.

Jeśli chcesz się dobrze poczuć z tym, co robię, to schrza­niaj stąd. Jeśli jesteś tu po to, żeby roz­ko­szo­wać się mor­der­stwami z dru­giej ręki, to wynoś się i idź porząd­nie przyj­rzeć się swo­jemu odbi­ciu w lustrze, przy­ja­cielu.

Jeżeli jed­nak naprawdę cie­kawi cię to, co robię? To rozu­miem. Sam swego czasu odczu­wa­łem tę cie­ka­wość. Byłem jed­nak smar­ka­czem. Nie mia­łem dość rozumu.

To powie­dziaw­szy... Jeśli masz w miarę mocny żołą­dek, możesz mi zaufać. Powiem ci wszystko, co musisz wie­dzieć, żeby zro­zu­mieć, jak wylą­do­wa­łem na tej kra­wę­dzi prze­pa­ści o krok od... od tego, co zamie­rzam zro­bić.

Ale wszystko, co wykra­cza poza szcze­góły konieczne dla odma­lo­wa­nia kla­row­nego obrazu? To ja zade­cy­duję, ile musisz usły­szeć na temat okrop­no­ści. Jeśli to ci się nie podoba, mój panie, moja pani, czy kim, u dia­bła, jesteś, możesz prze­stać słu­chać w tej chwili. Albo prze­stań czy­tać, jeśli moje słowa tra­fią kie­dyś na stro­nice książki. Uwierz mi, powiem ci dosta­tecz­nie dużo, żeby nasy­cić twoją cie­ka­wość i nieco wię­cej, a kiedy zrobi się zbyt bru­tal­nie - a zrobi się - to powiem ci, kiedy odwró­cić wzrok.

Dość tych prze­ryw­ni­ków. Wra­cajmy do Dan­nila i nie­zbęd­nej jatki.

***

Reszta tego nie-mordu nie jest godna uwagi. Dość powie­dzieć, że męż­czy­zna szybko traci przy­tom­ność.

Teraz patrzę przez chwilę na ścinki, które roz­rzu­ci­łem po sali jak nasto­la­tek roz­rzu­ca­jący ubra­nia po swo­jej sypialni.

To nie w porządku zosta­wiać tu taką jatkę, więc zbie­ram jego oczy, ręce i przed­nią część każ­dej stopy (uzna­łem, że powi­nien móc stać, ale nie bie­gać albo kopać). Jed­nak za nic na świe­cie nie mogę zna­leźć języka.

Gdzie, u dia­bła, podziewa się ten prze­klęty ozór?

Pod­daję się. Jego przy­ja­ciel mag nie pozo­sta­nie wiecz­nie nie­przy­tomny, a jeśli obu­dzi się, kiedy tu będę, to przy­spo­rzy mi znacz­nie wię­cej trud­no­ści. Posta­na­wiam zająć się moim głów­nym celem.

Mój wzrok pada na sto­sik czę­ści ciała. Zamie­rza­łem wszyst­kie skru­pu­lat­nie poskła­dać, jak sto­larz, który zamiata tro­ciny, albo kucharz sprzą­ta­jący kuch­nię po pracy.

Nie­stety schludny stos spra­wia inne wra­że­nie. Przy­pa­li­łem rany, ale nie końce odcię­tych czę­ści. Mam tu więc stos zakrwa­wio­nych strzę­pów. Naprawdę nie chcę, żeby zabrzmiało to maka­brycz­nie, ale co można zro­bić z gał­kami ocznymi?

Skie­ro­wać je w prze­ciwne strony, żeby wyglą­dały jak roz­bieżny zez? To nie­sto­sowne. Ku sobie, żeby wyglą­dały na zez zbieżny? Jesz­cze gorzej. Obie mają patrzeć w lewo, ku jego nie­przy­tom­nemu ciału, jakby spo­glą­dał sam na sie­bie? Czy w drugą stronę, jakby zawsty­dzony nie chciał na sie­bie patrzeć? "O rety, zapo­dzia­łem gdzieś oczy! Jakie to żenu­jące!".

Robię, co mogę, a potem przy­kry­wam wszystko jego chu­s­teczką.

Sma­ruję Dan­nila resztką tru­ci­zny usy­pia­ją­cej i wycho­dzę.

Ach, do dia­bła. Nie powi­nie­nem był wymie­niać jego imie­nia. Nie potrze­bu­je­cie go pamię­tać. Nie pojawi się wię­cej, w każ­dym razie do tej pory się nie poja­wił, a ja nie wyobra­żam sobie kaleki, jak kica na szczyt tej góry. Jed­nak wymie­nia­jąc jego imię, spra­wi­łem, że ten łaj­dak stał się dla was osobą, prawda?

Nie współ­czuj­cie mu. Nie powie­dzia­łem wam nawet połowy tego, co widzia­łem w jego oczach.

W każ­dym razie następ­nym razem pominę nie­istotne szcze­góły. Odpuść­cie mi tro­chę, jestem nowy w tym opo­wia­da­niu wszyst­kiego na bie­żąco. W końcu nabiorę wprawy.

Praw­do­po­dob­nie.

Pod­cho­dzę do ele­ganc­kich drzwi i pukam.

- Lady Jadwin?! - wołam jak praw­dziwy dżen­tel­men, który przy­szedł z wizytą.

- Kto tam? - odpo­wiada kobieta. Mimo gru­bego drewna tłu­mią­cego dźwięk sły­szę drże­nie w jej noso­wym gło­sie.

- Kylar Stern. Przy­sze­dłem cię zabić. To zaj­mie tylko chwilkę.

Rozdział 5

Roz­dział 5

Śmierć i artystka

Wystar­czy poob­ser­wo­wać uważ­nie, a ludzie na każ­dym kroku zaczną was zaska­ki­wać tym, jacy są głupi. Nie­stety Tru­dana Jadwin nie otwo­rzyła mi drzwi.

Wzdy­cham i otwie­ram je klu­czem zabra­nym straż­ni­kowi. Ary­sto­kraci czę­sto są tak ode­rwani od życia, że ich zda­niem fakt, iż inni robią za nich różne rze­czy, świad­czy o ich wła­snej waż­no­ści, a Tru­dana Jadwin wie­lo­krot­nie dowio­dła, że jest ary­sto­kratką naj­gor­szego sortu. Na­dal jed­nak zakła­dam, że ona także ma jedną z tych szkla­nych kulek, które uru­cha­miają alarm.

Kiedy zamek otwiera się ze szczę­kiem, sły­szę, jak Tru­dana krzy­czy. Musiała sobie już zdać sprawę, że ist­nieje tylko kilka spo­so­bów, w jaki mogłem zdo­być ten klucz, a dla niej żadna z tych moż­li­wo­ści nie jest dobrą nowiną.

Na wypa­dek gdyby miała kuszę albo cichego, uzbro­jo­nego towa­rzy­sza, scho­dzę z linii strzału, kiedy prze­krę­cam klamkę na wyso­ko­ści ramie­nia i popy­cham drzwi.

Są zary­glo­wane.

Tru­dana śmieje się pogar­dli­wie.

- Stern? - pyta, sto­jąc teraz dokład­nie po dru­giej stro­nie drzwi. - Biedny krewny Logana Gyre z pro­win­cji? Ten, co nosi ohydne ubra­nia?

Ach. Krzyk był dla żar­tów. Pod­pusz­czała mnie, żeby teraz wykpić.

- Nie jestem jego krew­nym - odpo­wia­dam. - Jedy­nie przy­ja­cie­lem. Przy­ja­cie­lem, który przy­wią­zuje naj­mniej­szą wagę do mody, a naj­więk­szą do...

Ka'kari roz­lewa się kałużą jak opa­li­zu­jący czarny olej w mojej dłoni i prze­pływa przez szcze­linę w drzwiach, zamie­nia­jąc się w cie­niutki łom. Uno­szę je i opusz­czam kilka razy, aż w nagrodę sły­szę, jak blo­ku­jąca drzwi drew­niana sztaba po dru­giej stro­nie spada z hukiem na pod­łogę.

- ...pie­lę­gno­wa­nia uraz - koń­czę poiry­to­wany.

Wyobra­ża­łem sobie, że to zabrzmi o wiele bar­dziej zło­wiesz­czo.

Cóż, może póź­niej to napra­wię.

Popy­cham drzwi stopą.

Roz­lega się brzęk kuszy, pra­wie nakła­da­jący się na odgłos towa­rzy­szący beł­towi, który wbija się w drewno. Nie był to bar­dziej prze­ni­kliwy brzęk żelaza ude­rza­ją­cego o kamień klatki scho­do­wej za moimi ple­cami, tak jak się spo­dzie­wa­łem.

Tru­dana nie była w sta­nie tra­fić nawet w cel wiel­ko­ści otwar­tych drzwi z odle­gło­ści - wyglą­dam zza drzwi z nie­do­wie­rza­niem - sied­miu kro­ków?!

Lady Jadwin cofa się, wytrzesz­cza oczy prze­ra­żona, kusza zwisa bez­wład­nie w jej rękach. Nie pró­buje prze­ła­do­wać broni. Pew­nie nawet tego nie potrafi. Potyka się o sto­łek i pada na jedną z licz­nych szta­lug roz­sta­wio­nych na obwo­dzie pokoju. Jej dzieła sztuki zapeł­niają jesz­cze więk­szą prze­strzeń: szki­cow­niki wypeł­nione rysun­kami walają się na każ­dym biurku i stołku, cztery war­stwy płó­cien opie­rają się o wszyst­kie ściany, jeden kąt jest zasłany pyłem mar­mu­ro­wym i narzę­dziami kamie­niar­skimi.

Nikogo wię­cej tu nie widać.

To jed­nak może być pułapka. Tracę kilka bez­cen­nych sekund, żeby się upew­nić, że jed­nak nie jest pułapką.

- Patrz, co przez cie­bie zro­bi­łam - mówi, a w jej gło­sie poja­wia się nowy ogień.

Upa­da­jąc, znisz­czyła jeden z obra­zów.

Roz­glą­dam się po pokoju i domy­ślam się, że wszyst­kie są jej dzie­łem.

- Jak śmiesz! - dodaje, wsta­jąc.

Ma wielki nos, naprawdę dużo więk­szy od zwy­kłego nosa; Logan nazwałby go pew­nie... Jak to się nazywa?

R y j e m ?

Trąbą? Tak mi się wydaje. W każ­dym razie ma wielki nos, pocią­głą, koń­ską twarz i wod­ni­ste oczy, które są owo­cem wyjąt­kowo kon­se­kwent­nego chowu wsob­nego pro­du­ku­ją­cego pewien pod­typ ary­sto­kra­tów, nie­stety pozba­wiony wszel­kich poten­cjal­nych walo­rów.

Ma za to dosko­nały smak. Nawet szla­frok, który nosi o tak wcze­snej porze, w ide­al­nie kom­po­nu­ją­cych się ze sobą odcie­niach lawendy i jasnej mor­skiej zie­leni, sta­nowi dosko­nały kon­tra­punkt dla warstw bie­li­zny pod spodem i aż cuch­nie rzad­kim splo­tem bogac­twa i dobrego gustu.

Jej dzieła sztuki też są piękne. Nie­na­wi­dzę jej za to.

Muszę przy­znać, że w naj­mrocz­niej­szych chwi­lach fan­ta­zjo­wa­łem, jak mógł­bym sto­sow­nie ją uka­rać za to, co zro­biła. Porwał­bym ją, ukrył gdzieś, kar­mił tylko, jeśliby dała mi obraz, rzeźbę czy co by mi tam przy­szło do głowy. Kazał­bym jej w kółko robić to, czego nie cierpi. A może to, co uwiel­bia? Marzy­łem o tym, żeby pobu­dzić ją do wspię­cia się na naj­więk­sze wyżyny Sztuki, jakie jest w sta­nie osią­gnąć, a potem na jej oczach znisz­czyć jej dzieło, by wie­działa, że nikt ni­gdy nie zoba­czy tego, co stwo­rzyła.

Zamie­rza­łem poeks­pe­ry­men­to­wać. Codzien­nie nisz­czyć jej dzieła na jej oczach? Czy też może w jeden dzień w roku nisz­czył­bym wszystko, co przez ten rok stwo­rzyła? Co byłoby bar­dziej okrutne?

Wiem, takie fan­ta­zje nie są godne zawo­dowca.

- Przy­sze­dłem w związku z Mags Drake.

Tru­dana mruży świń­skie ślepka.

- Z kim?

- Mag­da­lyn Drake. Zmie­ni­łaś ją w jeden z tych swo­ich tru­pich posą­gów.

- Mówisz o tej poła­ma­nej? Nie możesz być zły z tego powodu! Doko­na­łam cze­goś zdu­mie­wa­ją­cego z mate­ria­łem, jaki dosta­łam. Sko­czyła, żeby się zabić! Ja poskła­da­łam ją z powro­tem. Odda­łam światu jej urodę.

Mru­gam zasko­czony. Nie powi­nie­nem się dzi­wić. To chyba cena za te wszyst­kie bez­senne noce. Lady Jadwin wypiera się winy? Co potem? Zacznie wyty­kać pal­cem innych?

Wresz­cie dostrzega mój wyraz twa­rzy i wyje:

- To nie był mój pomysł! Musia­łam to zro­bić. On mnie zmu­sił. Powie­dział, że to dla badań. Powie­dział...

Pocie­ram skro­nie. Co spo­dzie­wa­łem się tu zna­leźć? Smu­tek z powodu wła­snych zbrodni? Odro­binę zadumy nad sobą? Skru­chę?

S p o k ó j d u c h a ?

Zamknij się, mówię do ka'kari.

Ta kobieta zamor­do­wała księ­cia. Z zimną krwią. Po tym, jak przez pewien czas była jego kochanką. Pomo­gła wyeli­mi­no­wać kró­lew­ski ród w Cena­rii i zagwa­ran­to­wać w ten spo­sób, że bru­talna inwa­zja Króla-Boga napo­tka szcząt­kowy opór. Miliony złych czy­nów na tych zie­miach miało taki czy inny zwią­zek z tą kobietą i jej mor­der­czymi rękami. Na pewno każdy z nich po tro­chu plami jej dło­nie.

Mógł­bym spoj­rzeć w jej duszę i się prze­ko­nać. Może wście­kłość ośle­pi­łaby mnie. To by mi pomo­gło zro­bić to, po co tu przy­sze­dłem. Tak ciężko pra­co­wa­łem, żeby zdą­żyć na czas.

I nagle nie mam do tego serca.

- Po tym, jak cię zabiję, pod­palę ten pokój - mówię bar­dzo cicho. - I przez resztę życia za każ­dym razem, gdy natra­fię na twoje dzieło, znisz­czę je bez względu na kon­se­kwen­cje. Byłoby lepiej dla świata, gdy­byś się ni­gdy nie uro­dziła. Nale­żało cię udu­sić w koły­sce. Ale teraz? Świat nie może uwa­żać, że dałaś mu jakie­kol­wiek piękno. Dopil­nuję tego. Twoja sztuka prze­żyje cię, ale tylko o jedną chwilę. Zosta­niesz zapa­mię­tana tylko ze swo­ich zbrodni.

To okrutne słowa, ale ona jest okrutną kobietą i zasłu­guje na to. To jej kara.

Potrzeba jed­nak chwili, żeby coś takiego, co wła­śnie powie­dzia­łem, do niej dotarło, a jesz­cze wię­cej czasu, żeby w to uwie­rzyła.

Pod­cho­dzę do kąta z jej rzeź­bami. Jesz­cze nie widać, co to ma być, ale coś nabiera zgrub­nego kształtu w czar­nym mar­mu­rze, jak dziecko kształ­tu­jące się w łonie. Mam nadzieję, że Tru­dana spo­strzeże otwartą drogę do drzwi i rzuci się do ucieczki. Widok ucie­ka­ją­cej ofiary uru­cha­mia pier­wotny instynkt dra­pieżcy. Chcę, żeby mi pomo­gła w tym, co muszę zro­bić.

Ona jed­nak nie ucieka.

- Mam potęż­nych przy­ja­ciół - mówi. - Nie skrzyw­dzisz mnie.

Widzi­cie? Jed­nak mia­łem rację. Wystar­czy poob­ser­wo­wać uważ­nie, a ludzie na każ­dym kroku zaczną was zaska­ki­wać tym, jacy są głupi.

Nie­długo zacznie mi mówić, że to mi nie ujdzie na sucho.

Zdmu­chuję mar­mu­rowy pył z jej narzę­dzi rzeź­biar­skich.

Wybie­ram sobie dłuto i mło­tek.

Rozdział 6

Roz­dział 6

Pod­stawy fachu

Robi się ryzy­kow­nie, bo jakimś cudem zapo­mnia­łem o pod­sta­wach.

Powi­nie­nem był zabić dzie­ciaka. Powie­dzia­łem, że to zro­bię, jeśli ich ostrzeże. Powi­nie­nem był posłać strzałę w jego szyję. I tak pod­nie­śliby alarm. Na­dal skie­ro­wa­liby uwagę w nie­wła­ści­wym kie­runku, tak jak to zapla­no­wa­łem, a ja mógł­bym wyko­nać swoją robotę. Róż­nica polega na tym, że teraz nie musiał­bym się mar­twić tym, że z każdą chwilą coraz bar­dziej praw­do­po­dobne staje się prze­aran­żo­wa­nie moich czte­rech liter.

Ile misji prze­pro­wa­dzi­łem? Jak dobry jestem, tak naprawdę? Wsze­dłem, zabi­łem tru­po­sza i... co? Ten gość, Anioł Nocy we wła­snej oso­bie? Aha, on wła­śnie. Skoń­czył bez planu ucieczki.

To tak jakby doświad­czony poła­wiacz pereł zapo­mniał nabrać powie­trza przed nur­ko­wa­niem.

Nie odważę się sko­rzy­stać z tunelu, któ­rym tu wsze­dłem - nie zabi­łem dzie­ciaka, sły­sza­łem, jak go pytano, w jaki spo­sób dostał się do środka, więc muszę zakła­dać, że usta­wili już magiczne pułapki w przej­ściu. Dla­tego teraz spraw­dzam każde pomiesz­cze­nie, każdy budy­nek gospo­dar­czy, szu­ka­jąc sła­bego punktu. Tak, zga­dza się. Nie poszu­ka­łem drogi ucieczki przed wyko­na­niem roboty, robię to teraz, kiedy posia­dłość jest zamknięta na cztery spu­sty i pęka w szwach od najem­ni­ków i magów, któ­rzy mnie szu­kają. Jak skoń­czony ama­tor.

Chce­cie wie­dzieć, do czego spro­wa­dza się moja robota?

Wejdź. Zabij. Wyjdź.

Wła­śnie. To jest cała moja robota.

Jeśli jesteś zawo­dow­cem, możesz wie­lo­krot­nie zawa­lić wej­ście i na­dal zro­bić karierę. Pra­wie zawsze da się dokoń­czyć robotę w innym ter­mi­nie, w innym miej­scu.

Możesz nawet dotrzeć do tru­po­sza i od czasu do czasu zawa­lić samo zabi­cie i wciąż znaj­dziesz zatrud­nie­nie.

Jed­nakże jedna kwe­stia nie pod­lega nego­cja­cjom: ni­gdy nie możesz zawa­lić wyj­ścia po robo­cie. Ci, któ­rzy płacą wła­snym życiem za życie celu, nie są zawo­dow­cami. To sza­leńcy, zeloci, głupcy, zwy­kli zabójcy.

Ze wszyst­kich, któ­rych znam w tym fachu, z moim doświad­cze­niem, z moją magią, z moim wykształ­ce­niem zdo­by­tym pod okiem naj­więk­szego z nas w dzie­jach świata - jak mogłem aż tak nawa­lić?

C e l o w o ?

Ha, to nie jest zabawne. Nie jestem taki i dobrze to wiesz. Wiesz, ile mnie to kosz­tuje, kiedy zostaję zabity.

T a k w i e m . C z y ż b y ś t y z a p o m n i a ł ?

W moim wypadku to nawet nie wcho­dzi w grę. Porażka ni­gdy nie wcho­dziła w grę, a odkąd prze­ko­na­łem się, jaka jest cena mojej nie­śmier­tel­no­ści, ta per­spek­tywa stała się tysiąc­krot­nie gor­sza. Jeśli umrę, to wra­cam, ale zamiast mnie umiera ktoś, kogo kocham. Ktoś taki jak moje przy­rod­nie sio­stry.

To ja odpo­wia­dam za ich śmierć, cho­ciaż wtedy o tym nie wie­dzia­łem. Nie uwię­zi­łem ich. Nie spra­wi­łem, że Mags sko­czyła, ale rów­nie dobrze mógł­bym to zro­bić. Jedna z moich śmierci spo­wo­do­wała jej odej­ście. Nie będę uda­wał, że to rozu­miem, ale to potężna magia, rów­no­wa­że­nie szal. Żebym ja mógł ponow­nie żyć, ktoś musi umrzeć.

To dla­tego msz­czę się za nie, dla­tego musia­łem zabić Tru­danę Jadwin. Bez względu na to, co robię, jedna osoba odpo­wie­dzialna za śmierć moich sióstr - ja - odej­dzie wolno. Nie pozwolę, żeby upie­kło się dwóm. Na tym polega pro­blem. To nie było zle­ce­nie. To była sprawa oso­bi­sta, a kiedy anga­żu­jesz się w coś z powo­dów oso­bi­stych, zaczy­nasz naci­skać tam, gdzie zawo­do­wiec wie­działby, że należy sobie odpu­ścić. Popeł­niasz błędy.

Będę miał szczę­ście, jeśli nie zapłacę za to wła­snym życiem.

Straż­nicy są pode­ner­wo­wani, wszy­scy pra­cują w parach lub więk­szych gru­pach, sta­rają się stać ple­cami do ścian - na ile to moż­liwe. Słońce już wstaje, a oni nawet mnie nie widzieli. Lord Repha'im jest ewi­dent­nie boga­tym para­no­ikiem, ale nawet jego nie stać na dzie­siątki magów, więc mimo licz­nej straży na zewnątrz w końcu docie­ram do kuchni.

Cho­ciaż znaj­duje się w pod­zie­miach, kuch­nia ma wspólną ścianę z murem wokół posia­dło­ści i - tak jak mia­łem nadzieję, ale jak skoń­czony głu­pek nie spraw­dzi­łem tego wcze­śniej - są tu dwa zsypy opa­łowe, jeden na drewno, drugi na węgiel. Wycho­dzą pod kątem na ulicę za murem, żeby dostar­cza­nie opału było łatwiej­sze i czyst­sze. Lor­do­wie nie lubią, kiedy prze­woź­nicy węgla kręcą się po ich wspa­nia­łych domo­stwach. Nie­stety zsypy są zamknięte. To nie sta­nowi dużego pro­blemu. W tym na drewno jest parę sągów, co już może sta­nowić więk­szą prze­szkodę.

Straż­nicy zaglą­dają do kuchni co minutę albo dwie. Nie ma mowy, żebym opróż­nił zsyp, nie robiąc przy tym potwor­nego hałasu, żeby straże nie pod­nio­sły wtedy alarmu i żebym ja nie musiał wtedy paru zabić.

Jed­nakże z każdą mija­jącą minutą rośnie ryzyko, że śmierć Tru­dany Jadwin zosta­nie odkryta. Kiedy znajdą ją mar­twą, mogą zdać sobie sprawę, że lord Repha'im w ogóle nie był moim celem i wielu jego oso­bi­stych straż­ni­ków może roz­biec się po posia­dło­ści i zacząć na mnie polo­wać.

Zsyp na węgiel jest takiej sze­ro­ko­ści jak moja ręka od łok­cia do końca pal­ców i, no cóż, to jest zsyp na węgiel, czarny jak smoła nawet dla moich oczu i pełen czar­nego pyłu, w któ­rym oddy­cha­nie to męczar­nia. Ale na razie nie jest przy­naj­mniej pełen węgla. Jed­nak do posia­dło­ści tych roz­mia­rów węgiel musi być dostar­czany codzien­nie, więc nie mogę liczyć na to, że długo pozo­sta­nie pusty.

Spraw­dzam zamek, ale muszę prze­rwać, kiedy sły­szę zbli­ża­jące się kroki straży. Plu­sem pod­nie­sio­nego alarmu jest to, że w kuchni nie ma pra­cow­ni­ków. Na pewno wszy­scy sie­dzą sku­leni z prze­ra­że­nia w swo­ich poko­jach albo cze­kają na zewnątrz przed zamkniętą fron­tową bramą. To, co teraz robię, nie byłoby nor­mal­nie moż­liwe wcze­snym ran­kiem.

Straż­nicy spraw­dzają kuch­nię, gde­ra­jąc na ner­wo­wych magów i żar­tu­jąc sobie z dzie­ciaka, który dosta­nie baty za fał­szywy alarm.

Ama­to­rzy. Niczego nie zoba­czyli, więc powinni bać się bar­dziej, a nie mniej.

Dzięki ka'kari szybko otwie­ram zamek na zsy­pie węglo­wym, cho­wam resztkę węgla ze środka do jed­nego z wiel­kich czar­nych garów sto­ją­cych nie­opo­dal i wyj­muję łuk z ple­caka. Jestem dosta­tecz­nie giętki, żeby zmie­ścić się w tak wąskiej ryn­nie, ale nie będę brał ze sobą niczego nie­po­trzeb­nego. Cho­wam łuk za jed­nym ze schlud­nych sto­sów drewna pod ścianą, przy­wią­zuję jeden koniec cię­ciwy do zasuwki na drzwiach zsypu, a drugi do stopy, dzięki czemu zamknę je za sobą.

Sły­szę, że straż­nicy znowu idą do kuchni. Szybko.

Jakoś wci­skam się do zsypu węglo­wego i zaczy­nam czoł­gać się nim w górę. Jed­nak nie wcią­gną­łem jesz­cze stóp do końca, nie mówiąc o tym, żeby zamknąć za sobą drzwiczki, kiedy sły­szę, jak jeden z nich mówi:

- Co to?

Wyczer­pany zamie­ram, zamiast natych­miast zadzia­łać. Rzu­cić się z powro­tem do kuchni i zacząć zabi­jać, czy ucie­kać?

- Alarm! - roz­lega się drugi głos. - Mor­der­stwo! Gdzieś na górze. Chodź!

Cze­kam, aż usły­szę, jak odbie­gają, a potem czoł­gam się do przodu i zamy­kam za sobą drzwiczki za pomocą cię­ciwy uwią­za­nej do stopy. Ota­cza mnie ciem­ność.

Zsyp jest dokład­nie tak nie­przy­jemny, jak sobie wyobra­ża­cie, gęsto tu od pyłu, śmier­dzi nieco zgni­łymi jaj­kami, a powierzch­nia nie jest gładka. Potrze­buję kilku minut, żeby dotrzeć do kraty na górze. Jest zamknięta na klucz. Serio, dla­czego tutej­sza służba nie może być rów­nie nie­kom­pe­tentna jak najem­nicy?

To mógłby być praw­dziwy pro­blem, gdy­bym nie miał ka'kari, które może dla mnie prze­ciąć zawiasy.

C z y ż b y ś m n i e d o c e n i ł ? N a r e s z c i e .

Igno­ruję ka'kari, jak to czę­sto mi się zda­rza, i wyska­kuję na ulicę, kasz­ląc, splu­wa­jąc pyłem i dzię­ku­jąc za sło­dycz względ­nie czy­stego powie­trza.

Nie pozwa­lam sobie jed­nak na ocią­ga­nie się w zaułku. Reszta mia­sta nic nie wie o tym, co wła­śnie się wyda­rzyło, zaczął się poranny ruch i jedyna róż­nica spro­wa­dza się do ogrom­nego tłumu dostaw­ców, któ­rzy tkwią przed zamkniętą fron­tową bramą posia­dło­ści i dopy­tują się, dla­czego nikt ich nie wpusz­cza.

Wspi­nam się, żeby mieć widok na cały kwar­tał zabu­dowy, kiedy prze­ni­kliwy gwizd prze­cina poranne powie­trze. Wypły­ną­łem na czy­ste wody.

Wody może i są czy­ste, ale ja muszę się wyką­pać w jakimś bez­piecz­nym miej­scu... i prze­spać. Posłu­gi­wa­nie się ka'kari i Talen­tem sporo mnie kosz­tuje, a nie spa­łem od... Nie jestem pewny od jak dawna.

Może jed­nak teraz, kiedy Tru­dana nie żyje, znowu będę mógł zasnąć.

Obra­cam tę myśl w gło­wie, kiedy widzę męż­czyzn dosia­da­ją­cych konie na tere­nie posia­dło­ści. Wyjeż­dżają. Widzę, że tar­cza czer­wo­nej magii opada.

Nie. Pew­nie nie. Głę­boki sen nie jest pisany komuś takiemu jak ja. Mogę jed­nak paść nie­przy­tomny na łóżko na parę godzin, zanim znowu przyjdą kosz­mary. Pew­nie na nic wię­cej nie mogę liczyć po tym, co prze­sze­dłem. Po tym, co zro­bi­łem.

Dzień to nie jest pora dla oży­wio­nego kawałka nocy, więc już zamie­rzam roz­to­pić się i znik­nąć z poran­nego świa­tła, kiedy coś w zaułku na dole przy­ciąga mój wzrok. To obszar­pany ulicz­nik, na tyle mały, że w pierw­szej chwili nie wiem, czy to dziew­czynka, czy chło­piec. Włosy ma krótko obcięte z powodu wszy i pcheł. Celowo chowa się za rogiem przed więk­szymi dzie­cia­kami, które mogłyby mu zabrać jego zdo­bycz, i wyciąga piłkę.

Nie byle jaką piłkę, ale wła­śnie tę piłkę. Roz­po­znaję ją, widząc zachwyt na twa­rzy smar­ka­cza na widok tego nowego skarbu. Musiał ją zna­leźć tam, gdzie wylą­do­wała, gdy mag wyrzu­cił ją z posia­dło­ści godzinę temu.

Tłum przed bramą roz­dziela się, dostawcy i jeźdźcy krzy­czą na sie­bie i nagle dosko­nale wiem, co się zaraz wyda­rzy.

Nie wiem, dokąd jeźdźcy wyobra­żają sobie, że jadą. Na pewno nie mogą ocze­ki­wać, że mnie znajdą, ale widzę, jak się roz­dzie­lają i roz­jeż­dżają w grup­kach w różne strony; jest ich ze trzy­dzie­stu. Może wiozą wia­do­mo­ści do przy­ja­ciół lub prze­ło­żo­nych, może mają nadzieję jakimś cudem odciąć mi drogę ucieczki.

Lądują w ści­sku poran­nego tłumu.

Dzie­ciak jest w pustej bocz­nej uliczce, ale wła­śnie dla­tego grozi mu nie­bez­pie­czeń­stwo. Ja to po pro­stu wiem. Jedna z grup szar­żuje pustą ulicą, pię­ciu jeźdź­ców jeden obok dru­giego nie zosta­wia miej­sca na manewr. Wypadną zza rogu i...

To nie moja sprawa.

Wydo­sta­łem się. Nie zosta­wi­łem żad­nych istot­nych dowo­dów na to, że to ja zabi­łem Tru­danę Jadwin. Jeśli zejdę teraz, to wszystko prze­kre­ślę.

Poza tym mógł gno­jek stam­tąd zwiać. To jego wina.

K o g o p r ó b u j e s z p r z e k o n a ć ?

Już ruszam. Nie po to, żeby rato­wać smar­ka­cza. Tylko żeby się zbli­żyć.

Widzę, jak konie wyry­wają się z tłumu i wszystko roz­grywa się dokład­nie tak, jak to prze­wi­dzia­łem. Konie tra­tują dur­nego pędraka, jeden roz­trza­skuje mu czaszkę.

~ To mam zapi­sać? Chcesz pomi­nąć ten frag­ment, w któ­rym spa­dasz na zie­mię jak mete­oryt pło­nący sza­fi­ro­wym ogniem, przez co dwa z koni zrzu­cają jeźdź­ców, pory­wasz dzie­ciaka i odsta­wiasz go bez­piecz­nie kilka prze­cznic dalej, zanim znik­niesz? ~

Tak, zamie­rza­łem to pomi­nąć, zga­dza się.

Z a t e m ... m a m w r ó c i ć d o p o p r z e d n i e g o f r a g m e n t u o t w o j e j s z c z e r o ś c i ?

A posłu­chasz mnie, jeśli ci każę zosta­wić to tak, jak jest?

Ka'kari nie odpo­wiada, a nie ma teraz czasu na spraw­dza­nie, kto postawi na swoim.

W porządku. Zostaw to tak, jak sobie chcesz.

Ura­to­wa­nie dzie­ciaka było błę­dem. To mnie zdra­dziło, potwier­dziło podej­rze­nia Repha'ima i przez to głowa Mamy K wylą­do­wała na pieńku. Nie powi­nie­nem był tego robić. Żadna z następ­nych rze­czy nie wyda­rzy­łaby się, gdy­bym pozwo­lił umrzeć dur­nemu smar­ka­czowi.

Rozdział 7

Roz­dział 7

Nie ma kon­traktu, nie ma zapłaty

Dach mojego budynku w Ele­nei znaj­duje się dosta­tecz­nie wysoko, żebym mógł odda­lić się od ruchli­wego mia­sta w dole, i jest tu dość wietrz­nie, żeby było nie­bez­piecz­nie. Nocne powie­trze jest dosta­tecz­nie chłodne, żeby uznać je za rześ­kie, i dość czy­ste, żeby orzeź­wiało, ale ani tro­chę nie pomaga mi zacząć trzeźwo myśleć.

Nie powie­dzia­łem wam, jak uło­żyła się roz­mowa z hra­bią Dra­kiem. Nie pomy­śla­łem o tym wcze­śniej. Jakie to dla mnie typowe, co? Zamie­rza­łem przed­sta­wić mu rela­cję. Spi­sać ją w mojej małej czar­nej książce i może pod­rzu­cić jego odźwier­nemu. Nie zro­bi­łem tego jed­nak. Po pro­stu zja­wi­łem się u niego oso­bi­ście.

Nie posia­dał się z rado­ści na mój widok, dopóki nie wyja­śni­łem mu powo­dów wizyty. Nie chciał, żeby kto­kol­wiek ginął z jego powodu, powie­dział, że już dawno temu porzu­cił ten fach, że nic nie sta­nowi więk­szego zagro­że­nia dla jego duszy.

Tak, tak, na­dal uwiel­bia roz­pra­wiać o swo­jej duszy. I mojej też, jeśli szybko nie zmie­nię tematu roz­mowy.

Uzna­łem, że to ozna­cza, że będzie w pew­nym sen­sie zado­wo­lony, że zro­bi­łem to, nie cze­ka­jąc, aż o to poprosi. I jak głu­piec powie­dzia­łem mu o tym. Nie powi­nie­nem był tego robić. Nie byłem w naj­lep­szym nastroju. Z dru­giej strony ten stan trwa u mnie już dość długo.

Powie­dział kilka rze­czy, z któ­rych wszyst­kie były spra­wie­dliwe, praw­dziwe i bolały jak dia­bli.

A ja powie­dzia­łem kilka rze­czy, któ­rych żałuję.

Szcze­rze mówiąc, nie wiem, dla­czego w ogóle pomy­śla­łem, że chciałby usły­szeć o tym, jak zabi­łem Tru­danę Jadwin. Ja, zaba­wia­jący go histo­ryjką jak pijany wete­ran, który pró­buje zaim­po­no­wać rekru­towi? Zwa­żyw­szy na histo­rię Drake'a, bar­dziej przy­po­mi­nało to sytu­ację, w któ­rej mło­kos nagrzany po swo­jej pierw­szej bitwie prze­chwala się przed sta­rym sier­żan­tem szta­bo­wym swo­imi doświad­cze­niami w walce. Co ja sobie, u dia­bła, wyobra­ża­łem?

Że roz­pła­cze się rzew­nie, bo dałem mu coś, co pozwoli mu zamknąć ten roz­dział życia, ponie­waż zapew­ni­łem spra­wie­dli­wość jego cór­kom? Że zapła­kany przy­zna, że odku­pi­łem w ten spo­sób wszystko, czym się sta­łem, ponie­waż wykorzysta­łem swoje umie­jęt­no­ści dla jego sprawy?

Że będzie pod wra­że­niem?

Na bogów, chcia­łem, żeby mi powie­dział, że dobrze się spra­wi­łem, prawda? Myśla­łem, że po pro­stu wejdę z powro­tem do życia Drake'ów i znowu wszystko będzie dobrze, nor­mal­nie. Że będziemy mogli po pro­stu poroz­ma­wiać.

Nie mam z kim poroz­ma­wiać.

Jak Durzo to robił, jak żył samot­nie przez wszyst­kie te lata?

Do dia­bła, udało mi się popsuć sto­sunki nawet z nim. Pokłó­ci­łem się z nim i ode­pchną­łem od sie­bie jedyną osobę w całym Mid­cyru, która naprawdę mogła mnie zro­zu­mieć i może nawet mi pomóc.

Może po pro­stu potrze­buję się wyga­dać. Prze­cież nie jestem słaby. Już samo uję­cie tego wszyst­kiego w słowa, choćby skie­ro­wane do ka'kari, jest pomocne. Dobrze jest usły­szeć sie­bie, dobrze jest prze­ko­nać się, co powie­dzia­łeś potem, żeby nie cho­dzić w kółko, nie ugrzę­znąć we wła­snej gło­wie. Nie mam cier­pli­wo­ści do pro­wa­dze­nia pamięt­nika, a ka'kari może zapi­sy­wać rze­czy na bie­żąco, więc posta­no­wi­łem pozo­stać przy tym na jakiś czas. Jest coś koją­cego w potoku słów, nawet jeśli są moje.

W dole, w oświe­tlo­nym księ­ży­cem mie­ście, są ludzie, któ­rzy z rado­ścią przy­mi­la­liby się do boha­tera wojen­nego, Kylara Sterna. Ludzie, któ­rzy chcie­liby ode mnie róż­nych rze­czy. To zabawne, że wszy­scy ci, któ­rzy naprawdę mnie znają, są na mnie źli, ode­szli, żeby zająć się czymś lep­szym, albo nie żyją.

Nie zro­zum­cie mnie źle. Nie potrze­buję niczego wię­cej. To życie jest dosta­tecz­nie dobre. Naprawdę dobre! Mam wszystko, czego mi potrzeba. Nie przy­mie­ram gło­dem. Mam cie­płe miej­sce do snu. Rze­czy, które uwa­żam za wła­sne. Wszystko, czego pra­gną­łem jako dzie­ciak z ulicy? Tak, mam.

Może jed­nak nocne powie­trze oczy­ściło moje myśli. Coś tłu­cze się w mojej piersi, puste nie­za­do­wo­le­nie, ale może nikt ni­gdy nie pozbywa się tego cze­goś. Może to po pro­stu ból, który daje ci znać, że żyjesz. Jak mógł­bym chcieć cze­goś wię­cej? Jest świet­nie.