Nocny pociąg do Bulowic - Tomasz Urbaniec

Kup ebooka

42.99 zł
32.62 zł (32,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jesteś moją mamą, co już ustaliliśmy, jak sama mówisz: nigdy nie ciągnęło cię do rodzicielstwa. Na początku proste pytanie: kim jest Tamara Kwarcińska-Smajkiewicz?

Dorosłą kobietą, bardzo dorosłą kobietą w tej chwili. Jestem na takim etapie swojego życia - zakręconym - co mnie również nie cieszy. Oceniam się z perspektywy lat - co zawsze następuje u człowieka. Równocześnie sama jeszcze wiele bym chciała. To takie - w połowie - rozmyślanie i podsumowanie swojego życia.

Skąd się wzięła Wspólnota Chleb Życia w Polsce? Jak to się zaczęło z twojego punktu widzenia?

Jeśli chodzi o mnie, to wcale nie z wiary ani nie wiadomo jakich przemyśleń. Nie chciałabym używać słowa "solidarność", bo obecnie się ono zdewaluowało. Myślę, że z przyzwoitości. Nie jest to mój pomysł na życie - ta przyzwoitość. Jestem natomiast za byciem przyzwoitym, za tym, aby moje dzieci były przyzwoite, moi znajomi z wąskiego grona byli przyzwoici. Zatem sam pomysł Wspólnoty - na początku nawet nie Wspólnoty, ale sam pomysł, aby pomóc komuś, komu wiedzie się gorzej niż mnie - to przez przyzwoitość.

Co możesz powiedzieć o swoim najdłuższym związku w życiu?

Mój najdłuższy związek w życiu to ten... z siostrą Małgorzatą (śmiech).

Właśnie o tym mówię.

Jak go opisać... Strasznie intensywny, strasznie rozwijający... No, może nadużywam słowa "strasznie", natomiast rozwijający i intensywny, i burzliwy.

Czy jest to lepszy - pod pewnymi względami - związek niż małżeństwo?

Chyba tak.

W jakim momencie życia spotkałaś Gośkę i ile miałaś lat?

Miałam 25 lat. Dokładnie tak. Byłam uwikłana w różne związki męsko-damskie, które były dosyć nudne. Spotkałam Gośkę kompletnym przypadkiem. I mnie powaliła.

Czy to było na słynnym moście w Szewnej[1]?

Tak, to było na słynnym, najsłynniejszym moście - dla mnie przynajmniej - w Szewnej.

Poczekaj, ustalmy, gdzie jest Szewna. To miejscowość pod Ostrowcem Świętokrzyskim. Stamtąd pochodzisz. Ten most to miejsce, w którym w zasadzie wszystko się zaczęło. Siostra Małgorzata była tam u Niepokalanek?

Nie, u Małych Sióstr.

Tak, u Małych Sióstr[2]. Wróćmy do mostu. Więc spotkałyście się w połowie drogi, coś kliknęło i tyle?

Ja szłam utrefiona na jakąś randkę - kolejną - a Gośka jechała na rowerze i zagwizdała, wołając: "Hej, panienko!".

Dosyć nietypowa zagrywka.

Oczywiście, zawołała, śmiejąc się. Ponieważ to było dosyć ekscentryczne zachowanie (i moje, i jej), to strasznie się nią zainteresowałam.

Strasznie?

Znowu nadużywam słowa "strasznie". Bardzo się nią zainteresowałam.

Wiesz, kiedy używamy często danego słowa, oznacza to, że jest ono ważne. No dobrze, spotkałyście się na tym moście, Gośka cię zaintrygowała, co było potem? Byłaś wtedy wierząca czy niewierząca?

Byłam kompletnie niewierząca. I nasze spotkanie to była jedna wielka walka i dyskusje do rana - o wierze. Ja chciałam w pewnym sensie odciągnąć Gośkę od wiary, a Gośka mnie do wiary wciągnąć. Bardzo długo rozmawiałyśmy i nawet poniewierałyśmy się nawzajem. Ja uważałam, że Gośka to wielki umysł, ale dała się omotać ideologii. A ona uważała... Zresztą nie wiem. W sumie to ją spytaj, co uważała. Na pewno chciała mnie do wiary przekonać. W tamtym czasie nie udawało jej się mnie wciągnąć, a mnie nie udawało się Gośki odciągnąć od wiary.

W którym momencie stwierdziłyście, że trzeba zrobić coś dla innych? Wspólnota, zanim została Wspólnotą, rozpoczęła się od chęci pomocy komuś.

Tak, to też był przypadek. Byłyśmy w Warszawie, w jednym z Kościołów - bo Gośka mnie zaciągała do kościoła na siłę. Była adoracja, która mi się spodobała. Było coś w powietrzu, jeszcze wtedy nie wiedziałam, co to może być. Zapadała już noc, mróz na zewnątrz - zima i wiadomo, że o dwudziestej w zimę jest mocny zmrok. Mróz. Siedziałyśmy na tej adoracji w tym kościele. Jednocześnie za naszymi plecami znajdowały się kobiety - zmarznięte, i widać było, że nie pociąga ich sytuacja wiary i modlitwy, tylko zwyczajnie jest im zimno. Za jakiś czas wyszedł organista albo dozorca i wszystkim powiedział "wypieprzać". Więc myśmy wyszły, stanęły z Gośką, i ja w ramach walki wiara-niewiara powiedziałam: "No chwileczkę, ty idziesz sobie spać do ciepłego łóżeczka, a te osoby dokąd mają iść? To nie jest taka wiara, w którą ja bym uwierzyła". A ponieważ Gośka jest człowiekiem czynu i na pewno jej się to spodobało, powiedziała: "No to zróbmy coś". I tak to się zaczęło.

Co było impulsem do działania?

No właśnie to spotkanie kobiet w kościele, które musiały wyjść na "świeże powietrze". A wtedy to były prawdziwe zimy i "świeże powietrze" oznaczało temperaturę minus dwadzieścia. Nie to, co teraz mamy. To był impuls, podejrzewam, że dla obydwu. Nie musiałam tu Gośki przekonywać do działania. Ale żebyś mnie dobrze zrozumiał. W moim zamyśle to w ogóle nie miało być "na kościelnie". To miało w ogóle... To miała być hipisowska Wspólnota. Na zasadzie wolności, bez ideologii.

Czyli w zasadzie tak jak Pascal[3] - nasz założyciel. On też startował z komuny hipisowskiej.

Tak, tak, to miało być na zasadzie wolności każdego, kto przyjdzie, w prawie do wolności. Potem jednak zrozumiałam, że nie da się czegoś takiego prowadzić bez poczucia rytmu... Właśnie, bez czegoś więcej.

Zatrzymajmy się przy "czegoś więcej". Czy jesteś zadowolona z tego, jaką formę przyjęła obecna Wspólnota?

Chyba tak, oczywiście zawsze jesteśmy w drodze, w jakimś punkcie rozwoju. I wcale nie uważam, że za rok, dwa, trzy powinno być tak samo - tylko trzeba się przystosowywać do czasów, jakie są. Trzeba łapać doświadczenia z całego świata. Nie twierdzę, że nie można zmienić formuły - lub dalszego rozwoju.

Weź pod uwagę, że dużo rzeczy, które się we Wspólnocie dzieją - samą Wspólnotę kojarzy się z siostrą Małgorzatą - nie zaistniało w świadomości społecznej i Kościoła katolickiego. Czy według ciebie to parcie do Kościoła katolickiego było słuszne?

Może to nie jest parcie do Kościoła, ale do wiary. Jak wiesz, wiara jest rzeczą ulotną i trudno przekazywalną, zwłaszcza wśród osób, które z zasady są daleko. Założeniem Wspólnoty jest przekazywanie wiary, a nie poddaństwa wobec Kościoła. Jest to rzecz praktycznie niewykonalna. Dlatego że wiara to bardzo indywidualna sprawa, potrzebuje jakiegoś momentu, aby zaistnieć w drugim człowieku. I wcale nie jest tak, że jak człowiek jest w potrzasku, to chce wierzyć. Przeważnie wręcz przeciwnie. Jest pogniewany na cały świat i na wiarę. Czasami słusznie. Natomiast przez te wszystkie lata były osoby, które jednak stwierdziły, że wiara to jest jedyna ucieczka od okrucieństwa życia, i się załapały. Myślę, że dzięki wierze było im łatwiej. Bo wbrew pozorom - choć o Kościele można mówić różnie, teraz nawet bardzo różnie - sama wiara bardzo pomaga w życiu. Tutaj można zahaczyć o filozofię czy psychoterapię oraz inne rozbudowane dziedziny. Generalnie z mojego doświadczenia wynika, że jeśli wiara jest rzeczywista, to ułatwia życie, nadaje mu sens, ułatwia przeżywanie różnych sytuacji. Jest to oczywiście mój pogląd. Nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi.

Czyli mamy podobny punkt widzenia w sprawie wiary. Ciekawe dlaczego...

(śmiech) Geny!

Moim zdaniem wiara jest bardzo indywidualna i wyjątkowo krucha. Nasz przyjaciel, ksiądz Jacek Krzemień, uważa - i ja się z nim zgadzam - że nam, ludziom, jest sądzone, kto ma jaką relację z Bogiem.

Oczywiście!

Podoba mi się, że Jacek w pełni popiera papieża Franciszka w tym, co ten próbuje światu ogłosić. Mniej więcej chodzi o to, że droga do zbawienia niekoniecznie wiedzie przez drogę Kościoła katolickiego, ale generalnie jest to droga, która prowadzi do Boga. I jest to wynik Soboru Watykańskiego Drugiego, który chciał otworzyć drogę do zbawienia czy drogi poznania Boga również ludziom żyjącym poza Kościołem.

Tutaj chyba wracamy do słowa klucza: przyzwoitość. Jakbyśmy prześledzili dziesięć przykazań, te podstawowe zasady wiary... Może to nie są zasady wiary, a zasady ułatwiające wiarę. Bo według mnie nie można być wierzącym i popełniać drastyczne i (trzymajmy się tego) nieprzyzwoite czyny. Więc to jest taki troszeczkę kaganiec. Bo można fruwać i mówić, i mieć odczucia wiary jakieś ponadprzeciętne, i jednocześnie być - mówiąc prostym językiem - złym człowiekiem. Więc Dekalog i podstawowe nasze modlitwy, to, jeśli się zastanowić - bo większość odklepuje te "pacierze" bez zastanowienia - podstawowe prawdy wiary. W "Ojcze Nasz" mamy jej fundamentalnie zasady, a większość powtarza to bez pomyślunku. Widzisz to, bo bywasz często w kościele, na mszach. Wierni to nieraz grupa nienawidzących się wzajemnie ludzi.

To prawda, wchodzą na Mszę, udając wspólnotę i miłość braterską, a wychodząc, gadają na siebie.

Tak, i ma się to nijak do Dekalogu. On oczywiście jest bardzo trudny. To wiemy, tylko żeby chociaż sobie przypominać, jak daleko jesteśmy od niego, jego przestrzegania, to już by było dobrze.

Twoje ostatnie kilka zdań podsunęło mi taką dygresję. Jeżeli mówimy o tym podejściu "kościołkowym" - celowo przerysowuję - to typowo: idziemy odmówić "paciorek", a wychodząc się nienawidzimy. Czy nie wydaje ci się, że choćby pandemia spowodowała, że ta fasada runęła? Ludzie zgubili ten rytm. Przez zakaz chodzenia do kościoła musieli szukać Boga w sobie i swoich bliskich. Pewien dominikanin, ojciec Szustak, opublikował na YouTube film, w którym oznajmił, że cieszy się, iż ta pandemia nastała. W końcu fasada "kościołkowości" runęła i trzeba Boga szukać na własną rękę. Jak się odniesiesz?

Myślę, że ludzie, którzy szukali Boga wcześniej, w trakcie pandemii poszukiwania mogli pogłębić. Natomiast ci, co nastawieni są do życia tylko konsumpcyjnie, a Bóg nie jest im potrzebny do niczego, to mają Netflixa[4]. Wasze pokolenie za bardzo żyje elektroniką. Wolicie pogadać przez Skype'a, zamiast popatrzeć w niebo, idąc z kimś za rękę. Jesteście trochę jebnięci. Całą tę pandemię Kościół instytucjonalny chciał przedstawić jako karę Bożą. Ci, którzy szukali Boga i szli w Jego kierunku podczas pandemii, mogli skorzystać. A niezainteresowani stwierdzili, że odpalą Netflix i można żyć.

Netflix to jedno, ale mam wrażenie, iż część społeczeństwa, która chodzi do kościoła odbębnić Mszę, przez pandemię musiała trochę poszukać w głębi siebie. Skoro nie można było pójść do kościoła, to trzeba znaleźć ten kościół w drugim człowieku. Kościół to Jezus we mnie i w tobie. I chyba o to w tym chodzi, aby przestać traktować Boga jako "sklepik życzeń".

Kończąc ten temat, ja myślę, że dla ludzi z małych miast albo wiosek Kościół jako instytucja nadaje rytm. Idzie się na Mszę, potem na rosół, kobiety mogą się ubrać i umalować. Kościół w takich miejscach nie ma przecież konkurencji. Nie ma barów, salonów gier...

W zasadzie to nic tam nie ma.

Właśnie. Obyczaj jest jakby drugą wiarą. Nie chcę nikogo oceniać, bo wcale nie uważam się za kogoś mądrzejszego od całej populacji. Tak to niestety wygląda. Ma to coś wspólnego z wiarą? Z wiarą przez duże "w" to nie ma nic wspólnego. Z Wiary wynika, aby starać się nie nienawidzić "Bronka", który stoi dwie ławki dalej. Nie zrozum mnie źle, ja też nienawidzę paru osób.

Poważnie?

Poważnie, ale nie zaprząta to mojej głowy. Nigdy nie zrobiłabym im krzywdy, ale jak spojrzę, to mi się niedobrze robi. Jednak krótko mam takie odczucia.

Trochę z innej beczki, aby zmienić nieco temat: demokracja czy monarchia?

Ani jedno, ani drugie.

Ponieważ?

Bo się kompletnie nie sprawdziły. Myślę, że nadchodzi czas, że wasze (lub waszych dzieci) pokolenie musi wymyślić coś lepszego. Jestem z tych czasów komunistycznych. Jestem drugim pokoleniem po wojnie. Oczywiście moi rodzice to byli ludzie, którzy powinni wylądować na kozetce u psychiatry. Powinni być na terapii całe życie z powodu przeżyć wojennych.

Tak... Moja babcia, a twoja mama, podczas egzekucji na rynku w Ostrowcu straciła prawie wszystkich kolegów i koleżanki z klasy. To i inne sytuacje musiało pozostawić ślad w psychice.

To jest historia na kolejną opowieść, na rozmowy z kolejnymi ludźmi, na kolejną książkę. Twoja babcia chodziła do gimnazjum kupieckiego[5] i trzy czwarte klasy to byli Żydzi, którzy zajmowali się handlem. Szkoła zresztą była znakomita. Dowodem na to jest choćby to, że po jej ukończeniu babcia przez lata świetnie mówiła po francusku. Tam już od drzwi trzeba było znać ten język. Nauczyła się bardzo wielu rzeczy, odpowiednich dla księgowych. Natomiast to, co zobaczyła, co się stało z jej klasą... Ja ci tylko opowiem pokrótce jeden moment. Byłam całkiem małą dziewczynką i szłam z twoją babcią na spacer. Z naprzeciwka zmierzała bardzo elegancka i atrakcyjna kobieta. Rzuciła się twojej babci na szyję. Okazało się, że była to jej koleżanka z klasy. Żydówka, która jakimś cudem przeżyła tamtą egzekucję. Potem wyemigrowała do USA. Przyjechała do Polski na chwilę, nie wiem po co, bo nie była specjalnie zakochana w Polsce. Miała drastyczne przeżycia i wiedziała doskonale o postawach niektórych Polaków. To był płacz i opowieść, że ten był wyprowadzony z klasy. Potem zagonili ich na plac Wolności i musieli obserwować egzekucję, i tak dalej. Twoja babcia ponadto nosiła wódkę do lasu dla partyzantów, kradła cukier z Cukrowni Częstocice, była za to wystawiona do rozstrzelania. Twój dziadek był w obozie, co prawda nie koncentracyjnym, a w obozie pracy, ale również w ciężkim obozie. Oni wszyscy byli chorzy, powinni się leczyć po tej wojnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji