Nora - Henryk Ibsen
24.49 zł
20.08 zł
(11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
PANI LINDEN ( nieśmiało, jakby z wahaniem). Dzień dobry, Noro. NORA ( nie pewna). Dzień dobry. PANI LINDEN. Nie poznajesz mnie.. NORA. Nie, nie, wiem - ach! tak... zdaje mi się ( z wybuchem). Krystyna! To ty, doprawdy. PANI LINDEN. Tak, to ja. NORA. Krystyno! Jakże mogłam cię nie poznać... ( ciszéj) ale bo téż się zmieniłaś. PANI LINDEN. O! tak... przez dziewięć, dziesięć długich lat. NORA. Więc to tak dawno, jak nie widziałyśmy się? Tak, prawda! Och! ostatnie lat osiem były bardzo szcześliwemi, wierzaj mi... Więc i ty przyjechałaś do stolicy? Wśród zimy przedsięwzięłaś taką daleką podróż. To odważnie. PANI LINDEN. Odbyłam podróż koleją. NORA. Ażeby się zabawić w czasie świąt. Ach! jak to ładnie. I bawić się będziemy... Ale zdejmże to. Nie zmarzniesz tu przecież ( pomaga jéj się rozebrać). Tak! No, teraz siądźmy wygodnie przy piecu. No, pokażże mi się dobrze... Nie zmieniłaś się... To tylko tak mi się wydało na pierwsze wejrzenie... Co prawda, Krystyno, trochę przybladłaś... i schudłaś także. PANI LINDEN. I postarzałam się, Noro, postarzałam bardzo. NORA. Może troszkę, ale tylko troszeczkę, niewiele ( zatrzymuje się nagle; poważnie). Jaka ja téż jestem bezmyślna! Siedzę i paplę... Droga Krystyno, czy mi to przebaczysz? PANI LINDEN. Cóż znowu, Noro? NORA ( ciszéj). Biedna Krystyno. Wszakżeś owdowiała. PANI LINDEN. Tak, przed trzema laty. NORA. Wiedziałam o tém; wyczytałam w gazetach. Ach! wierz mi, nieraz chciałam do ciebie pisać, ale zawsze mi coś przeszkodziło. I tak zeszło. PANI LINDEN. Moja droga, to łatwo zrozumieć. NORA. Nie, to było szkaradnie z mojéj strony. Biedaczko! ileż ty zniosłaś... I nie zostało ci nawet żadnego majątku? PANI LINDEN. Nie. NORA. Nie masz dzieci? PANI LINDEN. Nie. NORA. Więc ci nic nie zostało? PANI LINDEN. Nic, nawet troski. NORA ( patrząc na nią z niedowierzaniem). Ach! Krystyno, czy to możliwe? PANI LINDEN ( uśmiechając się smutnie i gładząc jéj włosy). Tak się to czasem zdarza. NORA. Być zupełnie samą... jak to musi być okropnie! Ja mam troje dzieci. Pokazać ci ich teraz nie mogę, są z niańką na przechadzce. Tymczasem musisz opowiedzieć mi wszystko. PANI LINDEN. Nie, nie, ty lepiéj opowiedz. NORA. Nie, ty musisz zacząć. Nie chcę być dziś samolubną, będę myśléć o tobie. Jedno przecież muszę ci powiedziéć. Czy wiész, jakie nas w tych dniach szczęście spotkało? PANI LINDEN. No, cóż takiego? NORA. Pomyśl tylko, mój mąż został dyrektorem akcyjnego banku. PANI LINDEN. Twój mąż! to doprawdy wielkie... NORA. Bardzo wielkie szczęście. Nieprawdaż? Być adwokatem, to chleb tak niepewny, zwłaszcza gdy kto chce zajmować się tylko sprawami, co są uczciwe, przyzwoite. Tak naturalnie czynił Robert. I ja byłam tego samego zdania. Och! wierz mi, cieszymy się bardzo. On już od nowego roku ten urząd obejmie, a wówczas otrzyma dużą pensyę i wielką tantyemę. W przyszłości będziemy mogli urządzić się zupełnie inaczéj niż dotąd... jak tylko będziemy chcieli, Krystyno. Tak mi teraz lekko, tak dobrze... Jak to przyjemnie miéć dużo pieniędzy i żyć bez troski. Nieprawdaż? PANI LINDEN. W każdym razie musi to być rzeczą przyjemną, miéć pewność zaspokojenia potrzeb. NORA. O, nietylko potrzeb, ale miéć dużo, bardzo dużo pieniędzy. PANI LINDEN ( uśmiechając się). Noro, Noro, czyś ty jeszcze nie nabrała rozsądku? Za pensyonarskich czasów byłaś wielką rozrzutnicą. NORA ( uśmiechając się tajemniczo). Tak zawsze mówi Robert ( podnosząc palec w górę). Ale Nora, Nora nie jest tak szaloną, jak wy myślicie. Doprawdy nie mogłam nie trwonić. Musieliśmy pracować oboje. PANI LINDEN. Ty także? NORA. No tak, roboty ręczne, szydełkowe, haft i t. p. Wiész przecież, że gdyśmy się pobrali, Robert porzucił urzędowanie. Nie miał widoków awansu a potrzebował więcéj zarabiać. Więc téż w pierwszym roku przepracował się straszliwie. Musiał szukać różnych zajęć dodatkowych, wstawać rano, niedosypiać i po pewnym czasie rozchorował się śmiertelnie. Wtedy lekarze zawyrokowali, że musi pojechać na południe. PANI LINDEN. Tak, bawiliście wówczas cały rok we Włoszech. NORA. Wierz mi, ten wyjazd nie przyszedł z łatwością. Erwin właśnie się wówczas urodził. Ale musieliśmy wyjechać. Co to była za cudna podróż! I ona to uratowała życie Roberta. Kosztowała téż bardzo wiele pieniędzy. PANI LINDEN. Temu to wierzę. NORA. Tysiąc osiemset talarów. Pięć tysięcy czterysta marek. To bardzo duża suma. PANI LINDEN. W podobnych okolicznościach to wielkie szczęście, jeżeli się ją posiada. NORA. Myśmy dostali pieniędzy od ojca. PANI LINDEN. Tak? On właśnie umarł w tym czasie, twój ojciec. NORA. Właśnie wówczas. I wystaw sobie, nie mogłam do niego jechać ani go pielęgnować. Każdéj chwili spodziewałam się przyjścia na świat Erwina, a jeszcze miałam śmiertelnie chorego męża. Mój dobry, drogi ojciec! Nigdym go już nie widziała więcéj. Ach! to były najcięższe chwile od czasu zamęścia. PANI LINDEN. Wiem, żeś go bardzo kochała. A potém pojechaliście do Włoch. NORA. Tak, w cztery tygodnie po jego śmierci. Mieliśmy pieniądze, a doktorzy naglili. PANI LINDEN. I twój mąż wyleczył się zupełnie. NORA. Wrócił zdrów, jak ryba. PANI LINDEN. Przecież doktór... NORA. Jakto? PANI LINDEN. Zdaje mi się, iż służąca mówiła, że ten pan, który wszedł razem ze mną, jest doktorem. NORA. Tak, doktór Rank, ale on nie przychodzi tutaj w charakterze lekarza, to nasz najlepszy przyjaciel i przynajmniéj raz na dzień jest u nas. Nie, od tego czasu, Robert nie chorował. Dzieci także są zdrowe, a ja niemniéj od nich ( skacze i klaszcze w ręce). Ach! Boże, Boże, Krystyno! jak to rozkosznie żyć i być szczęśliwą... O, ależ to szkaradnie z mojéj strony. Mówię tylko o sobie ( siada na stołeczku tuż przy Krystynie i ręce opiera o jéj kolana). Nie gniewaj się na mnie. Powiedz mi czy to prawda, żeś nie cierpiała swego męża? Dlaczegóżeś za niego poszła? PANI LINDEN. Żyła wówczas moja matka, była chorą, bez środków, a ja musiałam jeszcze myśleć o dwóch młodszych braciach. NORA. No tak, miałaś słuszność. Więc on był wówczas bogatym? PANI LINDEN. Był bardzo zamożnym, przynajmniéj tak sądziłam. Ale interes był niepewny; gdy umarł, wszystko przepadło tak, że nie zostało nic wcale. NORA. A wówczas? PANI LINDEN. Próbowałam założyć sklepik, potém szkółkę, robiłam, co mogłam. Ostatnie trzy lata spędziłam w nieustannéj pracy. Teraz, Noro, to się już skończyło. Moja biedna matka niczego już nie potrzebuje, bo w grobie spoczywa. Chłopcy także wyrośli i wystarczają sobie. NORA. Musisz się czuć swobodniejszą. PANI LINDEN. Nie, Noro, czuję tylko niewypowiedzianą pustkę... Nie miéć nikogo, komubym mogła życie poświęcić ( powstając niespokojna). Nie mogłam dłużéj wytrzymać w tym zapadłym kącie. Tu musi być łatwiéj coś znaleźć, coby i myśl zajęło. Jakże byłabym szczęśliwą, mając stałe miejsce, jaką robotę w kantorze... NORA. Krystyno, to rzecz strasznie wyczerpująca, a ty tak mizernie wyglądasz. Byłoby daleko lepiéj, żebyś pojechała do jakich kąpieli. PANI LINDEN ( idąc do okna). Ja nie mam ojca, Noro, coby mi dał pieniędzy na drogę. NORA ( powstając). Nie miéj mi tego za złe. PANI LINDEN ( idąc ku niéj). Muszę cię prosić o względność. Najgorszą stroną mego położenia jest to, że budzi gorycz. Nie mam nikogo, dla kogobym mogła pracować, a przecież muszę miéć ciągle zajęcie. Trzeba żyć, i człowiek staje się samolubnym. Gdyś mi mówiła o szczęśliwiéj zmianie waszego położenia - czy uwierzysz? - ucieszyło mnie to więcéj ze względu na samę siebie, niż na ciebie. NORA. Jakto? Ach! rozumiem. Sądzisz, że może Robert będzie ci mógł dopomódz. PANI LINDEN. Tak myślałam. NORA. On to zrobi, moja droga, spuść się tylko na mnie, tak go ładnie usidlę, nasunę mu na myśl coś miłego, ażeby go do tego nakłonić. Tak bym chciała być ci pożyteczną. PANI LINDEN. Jest to ładnie z twojéj strony, że się tak gorliwie mną zajmujesz. Masz w tém podwójną zasługę, bo ty tak mało znasz troski i kłopoty życia! NORA. Ja? Ja tak mało znam... PANI LINDEN ( z uśmiechem). Mój Boże! trochę robótek i t. p. to całe twoje zajęcie i troska... Jesteś jeszcze dzieckiem, Noro. NORA ( kręci głową i chodzi po pokoju). Nie mów tego z taką pewnością. RANK. Czy tak? NORA. Ty tak samo jak inni myślisz, że ja nie jestem zdolną do czegoś poważnego. PANI LINDEN. No, no! NORA. Że nie doświadczyłam złości świata. PANI LINDEN. Droga Noro, opowiedziałaś mi przecież wszystkie przeciwności, jakich doznałaś. NORA. Ba! małe przeciwności; ( cicho) o wielkich ci nie mówiłam. PANI LINDEN. Wielkie! Co przez to rozumiesz? NORA. Nie patrz tak na mnie przez ramię, nie masz do tego prawa. Dumną jesteś z tego, żeś długo i ciężko pracowała dla matki. PANI LINDEN. Ja na nikogo nie spoglądam przez ramię, ale to prawda: jestem dumną i szczęśliwą, że mogłam dać matce spokojny dni ostatek. NORA. I z tego jesteś dumną, coś uczyniła dla braci. PANI LINDEN. Zdaje mi się, że mam do tego prawo. NORA. I ja tak sądzę, ale powiem ci coś, Krystyno, ja także mogę być dumną i szczęśliwą z tego, co uczyniłam. PANI LINDEN. Nie wątpię o tém, tylko jak to rozumiesz. NORA. Nie tak głośno. Uważaj, gdyby cię Robert usłyszał... Nie chciałabym tego za nic... Nikt o tém wiedziéć nie powinien, Krystyno... nikt, tylko ty jedna. PANI LINDEN. Ale o czémże? NORA. Chodź tutaj ( przyciąga ją na kanapkę). Tak, ja także mam powody być dumną i szczęśliwą... bo to ja uratowałam Robertowi życie. PANI LINDEN. Uratowałaś życie? Jakim sposobem? NORA. Opowiadałam ci o naszéj włoskiéj podróży. Gdyby nie ona, Robert byłby zgubiony. PANI LINDEN. No tak, twój ojciec dał wam na to pieniędzy... NORA ( śmiejąc się). Wierzy w to nie tylko Robert, ale wszyscy. Jednak... PANI LINDEN. Jednak? NORA. Ojciec nie dał nam złamanego grosza. Ja to dostarczyłam pieniędzy. PANI LINDEN. Ty! Tak wielką sumę! NORA. Tysiąc osiemset talarów. Pięć tysięcy czterysta marek. Cóż ty na to powiesz? PANI LINDEN. Jakimże sposobem? Czyś wygrała na loteryi? NORA ( pogardliwie). Ja, na loteryi? Cóżby to było wielkiego. PANI LINDEN. Skądże dostałaś tyle pieniędzy? NORA ( z tajemniczym uśmiechem). Hm! PANI LINDEN. Pożyczyć przecież nie mogłaś. NORA. Tak? Dlaczegóżby nie? PANI LINDEN. Nie, kobieta bez pozwolenia męża nie może zaciągnąć tak wielkiéj pożyczki. NORA ( wstrząsając głową). Ach! kiedy kobieta ma trochę pojęcia o interesach i przytém umie się mądrze obrócić, to... PANI LINDEN. Doprawdy, Noro, nie rozumiem. NORA. I możesz nie rozumiéć. Wszakże nie powiedziałam, że to ja pożyczyłam pieniędzy, mogłam je otrzymać innym sposobem ( rzuca się na kanapę). Mogłam je dostać od któregokolwiek z wielbicieli. Kiedy się, jak ja, znośnie wygląda. PANI LINDEN. Jesteś szaloną. NORA. Pewnoś strasznie ciekawa. PANI LINDEN. Posłuchaj, moja droga. Czyś nie popełniła jakiéj niedorzeczności? NORA ( prostując się). Jeżeli jest niedorzecznością ratować życie męża. PANI LINDEN. Sądzę, że było nierozważnie, bez jego wiedzy... NORA. Ale właśnie, on o tém nie powinien był wiedziéć. Boże mój! czyż tego zrozumiéć nie możesz? On nie powinien się był domyślać, że z nim było tak źle. Mnie tylko powiedzieli doktorzy, iż życie jego było w niebezpieczeństwie i że jedynym dla niego ratunkiem był wyjazd na południe. Czy sądzisz, żem nie próbowała innych sposobów? Przedstawiam mu, jakby mi było przyjemnie podróżować, jak to czynią wszystkie prawie młode kobiety; płakałam i prosiłam, bo w okolicznościach, w jakich się znajdowałam, obowiązkiem jego było uczynić zadość mojej woli, nasuwałam mu myśl zaciągnienia pożyczki. Ale wtedy, Krystyno, wpadał w gniew. Mówił, że jestem lekkomyślną, a jego obowiązkiem, jako męża, było powściągać moje zachcianki i kaprysy - tak się wyraził. A ja pomyślałam, że uratować go muszę... i poradziłam sobie... PANI LINDEN. A czy twój mąż nie dowiedział się od ojca, że pieniądze nie pochodziły od niego? NORA. Nie, nigdy. Ojciec właśnie wtedy umarł. Ja chciałam mu o tém powiedziéć i prosić, by mnie nie zdradził, ale był wówczas tak chory... A potém było to już niepodobném. PANI LINDEN. I poźniéj, nie zwierzyłaś się mężowi? NORA. Boże! jak możesz nawet przypuszczać! On jest w tych rzeczach tak surowy. Przytém Robert ze swoją męską dumą czułby się upokorzonym, gdyby wiedział, że mi coś zawdzięcza. Mogłoby to zepsuć zupełnie harmonię naszego pożycia, a nasz miły, szczęśliwy dom nie byłby już tém, czém jest dzisiaj. PANI LINDEN. Więc mu tego nigdy nie powiesz? NORA ( zamyślona z półuśmiechem). Może kiedyś... po wielu latach, gdy już nie będę tak ładną, jak dzisiaj. Nie śmiéj się ze mnie. Mam na myśli czas, gdy Robert nie będzie mnie już tak kochał, jak dzisiaj, gdzie nie będzie już znajdował przyjemności w patrzeniu na mnie, gdy tańczę, przebieram się, deklamuję. Wówczas możeby dobrze było miéć coś w odwodzie ( urywając). Ach! głupstwo, ten czas nie przyjdzie nigdy! No, cóż teraz powiesz, Krystyno, o mojéj wielkiéj tajemnicy? Czy jestem do niczego? Wierz mi téż, że cały ten interes sprawił mi wiele kłopotu. Nie było mi wcale łatwo zadość uczynić zobowiązaniom. Musisz wiedziéć, że w interesach są rzeczy zwane spłatą i procentem; a zawsze tak strasznie trudno im zadość uczynić. Więc musiałam tu i owdzie trochę zaoszczędzać. Z pieniędzy, przeznaczonych na utrzymanie domu, mało co mogłam odłożyć, bo Robert musiał żyć dobrze. Nie mogłam téż dzieci ubierać ubogo; wszystko, co na to otrzymywałam, trzeba było wydać. Moje śliczne dzieciaki. PANI LINDEN. Więc sobie saméj odejmowałaś, biedna Noro? NORA. Naturalnie. Mnie to było najłatwiéj. Ile razy Robert dawał mi pieniądze na nowe suknie i t. p., wydawałam ich tylko połowę, kupowałam zawsze najskromniejsze, najtańsze materyały. Prawdziwe szczęście, że się na mnie wszystko tak dobrze wydaje i Robert nic nie zauważył. Niekiedy jednak przychodziło mi to ciężko, bo to przecież przyjemnie być ładnie ubraną. Nieprawdaż? PANI LINDEN. O tak! NORA. Miałam téż inne źródła dochodów. Przeszłéj zimy udało mi się przetłómaczyć powieść do jednego z dzienników - naturalnie bezimiennie. Zamykałam się co wieczór w moim pokoju i pisałam późno w nocy. Byłam czasem taka zmęczona, jednak to było zabawne pracować i zarabiać. Miałam także uczucie, jak gdybym była mężczyzną. PANI LINDEN. Ileżeś z tego długu spłaciła? NORA. Tego dokładnie powiedziéć nie mogę. Widzisz, w takich rzeczach to bardzo trudno miéć wszystko w porządku, wiem to tylko, żem oddawała, com tylko zebrać zdołała. Czasem trudno mi było dać sobie rady ( uśmiecha się). Wówczas siedziałam tu i wyobrażałam sobie, że stary, bogaty pan, pokocha się we mnie. PANI LINDEN. Co?... Jaki pan?.. NORA. Ot głupstwo... Że on umarł... i gdy otworzono jego testament, było tam napisane wielkiemi literami: "Wszystkie moje kapitały mają być wręczone ślicznéj pani Norze Helmer." PANI LINDEN. Cóż to za pan, droga Noro? NORA. Boże! Czyż tego nie możesz zrozumiéć? Taki stary pan nie istnieje wcale, ja sobie tylko tak marzyłam, nie wiedząc, skąd wziąć pieniędzy. Ale dajmy mu pokój, ten stary nudziarz może sobie być, gdzie chce. Nie troszcz się ani o niego, ani o jego testament, teraz mi już wszystkie kłopoty z głowy spadły ( zrywa się). Boże! Krystyno, jak miło pomyśléć, że się jest bez troski. Być bez troski, zupełnie bez troski, dokazywać z dziećmi, bawić się, dom urządzić ładnie i wygodnie, jak tego pragnąłby Robert. Niedługo będzie wiosna z jasnym błękitem nieba. Może będziemy mogli podróżować troszeczkę, może znowu zobaczę morze. Ach! jak to dobrze żyć i być szczęśliwą ( Słychać dzwonek). PANI LINDEN ( wstając). Ktoś dzwoni, może lepiéj, żebym odeszła. NORA. Nie, zostań, tu pewno nikt nie przyjdzie, pewnie kto do Roberta.
NORA. Schowaj dobrze choinkę, Heleno, żeby jéj dzieci nie zobaczyły aż do wieczora, zanim będzie ustrojona ( do posłańca, dobywając portmonetkę). Ile się należy? POSŁANIEC. Pięćdziesiąt fenigów. NORA. Oto marka... nie, reszty nie potrzeba. ( Posłaniec dziękuje i odchodzi, Nora drzwi za nim zamyka. Rozbiera się śmiejąc się sama do siebie. Wyjmuje z kieszeni torebkę makaroników i zajada je. Potém podchodzi ostrożnie do drzwi pokoju męża i nasłuchuje). Tak, jest w domu. ( Nucąc idzie do stolika na prawo). HELMER ( ze swego pokoju). Czy to się mój skowronek trzepocze? NORA ( zajęta zaglądaniem do paczek). To ja. HELMER. Więc to moja wiewióreczka się tam krząta? NORA. Tak. HELMER. Kiedyżeś przyszła? NORA. Tylko co ( chowa torebkę z makaronikami do kieszeni i obciera sobie usta). Chodźno tu, Robercie, i zobacz, com nakupiła. HELMER. Nie przeszkadzaj mi. ( Po chwili otwiera drzwi i wygląda ze swego pokoju z piórem w ręku). Nakupiłaś, mówisz. Jakto! takie mnóstwo rzeczy! No, to znowu mój kanarek nawyrzucał pieniędzy. NORA. Robercie! tego roku możemy przecież pozwolić sobie na małe przyjemności. Są to pierwsze święta Bożego Narodzenia, w które nie potrzebujemy się oszczędzać. HELMER. Nie możemy też trwonić. NORA. Ach! Robercie, troszeczkę trwonić możemy, nieprawdaż? Tylko troszeczkę. Będziesz miał teraz duży dochód, zarobisz tyle pieniędzy. HELMER. Tak, od Nowego Roku, ale jeszcze cały kwartał czekać trzeba na pensyę. NORA. Ba! możemy tymczasem pożyczyć. HELMER ( zbliża się i bierze ją żartobliwie za ucho). Zawsze lekkomyślna. Przypuśćmy, żebym dziś pożyczył tysiąc marek, ty je roztrwonisz w czasie Świąt, a w dzień świętego Sylwestra spada mi na głowę dachówka i zabija. NORA ( zatykając mu ręką usta). Fe, jak możesz mówić takie okropne rzeczy. HELMER. Przypuśćmy coś podobnego. Cóż wówczas? NORA. Gdyby spotkało mnie podobno nieszczęście, byłoby mi obojętném, czy mam długi lub nie. HELMER. Ależ ci, od którychbym pożyczył? NORA. Ci? Któżby się o nich troskał. To są przecież obcy. HELMER. Ach! Noro! Noro! Mówię teraz seryo, wiész dobrze, moje dziecko, jakie są moje zasady. Nigdy długów. Nigdy nie pożyczać. Życie, na pożyczkach oparte, krępuje i ma w sobie coś wstrętnego. Oboje do téj pory trzymaliśmy się dzielnie; i tak postępować będziemy jeszcze przez krótki czas do przyszłego kwartału. NORA ( idąc do pieca). Dobrze, dobrze, jak chcesz. HELMER ( idąc za nią). No, tylko nie opuszczaj skrzydełek, mój skowronku. Jakto?.. Buzia się wyciąga ( wyjmuje portmonetkę). Jak ci się zdaje, co ja mam tutaj? NORA ( odwracając się szybko). Pieniądze! HELMER ( daje jéj kilka banknotów). Mój Boże! wiem przecież, że na święta wielu rzeczy potrzeba. NORA. Dziesięć.. dwadzieścia... trzydzieści... czterdzieści. O dziękuję! dziękuję ci, Robercie. To mi na długi czas wystarczy. HELMER. Spodziewam się. NORA. Tak, na długi czas. A teraz obacz moje sprawunki! Takie tanie! Patrz ta nowa sukienka dla Erwina - i szabelka także. To konik i trąbka dla Boba. I jeszcze lalka dla Emci. Wszystko to skromne, ale one i tak to zaraz połamią. A tutaj mam suknie i chustki dla Maryanny i Heleny. HELMER. A tu w téj paczce? NORA ( z okrzykiem). Nie, Robercie, tego nie zobaczysz przed wieczorem. HELMER. Czy tak! Powiedz teraz, ty mała zbytnico, czyś téż pomyślała o saméj sobie. NORA. Ba! o sobie? Ja niczego nie pragnę. HELMER. No przecież. Powiedz mi jakie rozsądne żądanie, wymień rzecz, którąbyś miéć chciała. NORA. Nie wiem, doprawdy... A posłuchaj, Robercie. HELMER. Cóż? NORA ( zajęta jakimś guziczkiem, nie patrząc na niego). Gdybyś chciał mnie czém obdarzyć, to mógłbyś.. mógłbyś. HELMER. No powiedzże. NORA ( prędko). Mógłbyś dać mi pieniędzy. Tak, wiele pieniędzy, ile dać możesz, nie robiąc sobie różnicy; a potém ja kupiłabym sobie za nie... HELMER. Ależ Noro. NORA. Zrób to, mój najdroższy, zrób to. A ja zawinę pieniądze w piękny złocony papierek i powieszę na choince. Jakbyto było zabawnie. HELMER. Jak nazywają tego ptaszka, co to zawsze wszystko rozrzuca? NORA. Wiem, wiem, to lekkomyślny kanarek. Ale zrób to dla mojéj przyjemności, Robercie. Potém będę miała czas rozważyć, co mi najpotrzebniejsze. Czy to nie jest rozsądne? Powiedz? HELMER ( uśmiechając się). Zapewne, to jest gdybyś naprawdę umiała pieniądze utrzymać i kupić sobie coś za nie. Ale to wszystko poszłoby na utrzymanie domu, na mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, a potém ja znowu musiałbym wydawać. NORA. Robercie! HELMER. Czy możesz mi zaprzeczyć? ( kładzie jéj rękę na ramieniu). Mój skowronek jest najmilszém stworzeniem, ale potrzebuje bardzo dużo pieniędzy. Rzecz nie do uwierzenia, jak drogo kosztuje utrzymanie takiego ptaszka. NORA. O! jak możesz mówić takie rzeczy? Ja doprawdy oszczędzam, ile mogę. HELMER ( uśmiechając się). Rzeczywiście, ile możesz. Cóż, kiedy nie możesz wcale. NORA ( kręci się i uśmiecha zadowolona). Gdybyś ty wiedział, Robercie, jakie to zadanie mają skowronki i wiewiórki. HELMER. Zabawne z ciebie stworzenie! Kropką w kropkę do ojca podobnaś. On zawsze myślał o zarobku, ale skoro coś zarobił, pieniądze ulatniały mu się z ręki. Ty także nigdy nie wiész, na coś wydała. Cóż, taką już jesteś. To leży we krwi. Tak, tak, Noro, to są rzeczy dziedziczne. NORA. Ach! byłoby dobrze, gdybym odziedziczyła wiele właściwości ojca. HELMER. A jabym nie chciał, żebyś była inną, niż jesteś, mój śliczny skowroneczku. Ale słuchajno, czy mi się zdaje? Wyglądasz dzisiaj tak... tak... jakżeż to powiedziéć... jakoś podejrzanie. NORA. Doprawdy? HELMER. Tak. Spojrzno mi prosto w oczy. NORA ( patrząc na niego). Cóż? HELMER ( grożąc jéj palcem). Czy moja łakotnisia nie zbroiła co na mieście? NORA. Broń Boże! jak możesz coś podobnego przypuszczać. HELMER. Czy łakotnisia doprawdy nie wstępowała do cukierni? NORA. Nie, zaręczam ci, Robercie. HELMER. Nie skosztowała czego samowolnie? NORA. Nie, ani troszeczki. HELMER. Ani nawet nie probowała makaroników? NORA. Zaręczam ci, że nie. HELMER. No, no, no, żartuję naturalnie. NORA ( idzie do stołu na prawo). Jakżebym mogła ciebie martwić! HELMER. Wiem o tém. Dałaś mi na to słowo ( zbliża się do niéj). Zachowaj swoje tajemnice świąteczne, najdroższa. Wyjdą one na jaw dziś wieczór, gdy się choinkę zapali. NORA. A czy pomyślałeś o zaproszeniu doktora? HELMER. Nie, to przecież nie potrzebne, rozumie się samo z siebie, że będzie u nas. Powiem mu jednak, skoro tu przyjdzie. Kazałem także przynieść dobrego wina. Nie uwierzysz, Noro, jak ja się cieszę dzisiejszym wieczorem. NORA. Ja także. O jak dzieci będą uszczęśliwione. HELMER. Ach! jakie to szczęście pomyśléć, że się posiadło zapewnione stanowisko i dobre uposażenie? Nieprawdaż, że samo to przekonanie sprawia rozkosz? NORA. O tak! HELMER. Czy pamiętasz ostatnie święta? Na całe trzy tygodnie przed nimi zamykałaś się po całych wieczorach i nawet po północy, ażeby robić kwiaty i całe przystrojenie choinki, którém chciałaś nas olśnić. Był to najnudniejszy czas w mojém życiu. NORA. Ja nie nudziłam się wcale. HELMER ( z uśmiechem). Jednakże wypadło to dość licho. NORA. Jeszcze chcesz mi tém dokuczać. Cóż ja temu winna, że zakradł się kot i całą moję robotę porozdzierał. HELMER. Naturalnie, żeś nie winna, biedna moja mała. Miałaś najlepsze chęci, chciałaś wszystkim nam zrobić przyjemność, a to rzecz główna... Zawsze to jednak dobrze, iż te szkaradne czasy minęły. NORA. Minęły już, Robercie. HELMER. Nie siedzę już teraz nudząc się sam jeden; a ty nie męczysz już swoich oczu i tych ślicznych małych rączek. NORA ( klaszcząc w ręce). Nieprawdaż, Robercie, to już niepotrzebne. Jakież to szczęście! ( bierze go pod rękę). A teraz muszę ci powiedziéć, co ja myślę, jak powinniśmy się teraz urządzić... Po świętach... ( ktoś dzwoni). Ach! dzwonek ( porządkuje pokój). Pewno ktoś przyszedł. To nieznośne. HELMER. Niéma mnie w domu dla gości. Nie zapominaj o tém.