Notatnik Literacki 1(10)/2026 Festiwale LITERACKIE - Praca zbiorowa

Kup ebooka

24.00 zł

-
Proszę czekać

SŁOWEM WSTĘPUIREK GRIN

Sukces numeru "Notatnika Literackiego" o nagrodach literackich zainspirował nas do uważnego przyjrzenia się innemu zjawisku życia literackiego, które rozwija się niezwykle dynamicznie - festiwalom. W części nazywanej przez nas roboczo "notą księgową" znajdą P.T. Czytelnicy dużo ciekawych liczb i danych. Ich analiza częściowo potwierdziła nasze intuicje, ale nie uniknęliśmy też zaskoczeń. Okazało się na przykład, że festiwali literackich - tych, które udało nam się wytropić - jest aż 179, a łączna liczba odbywających się podczas nich wydarzeń wyniosła w 2025 roku 717. Oznacza to, jak zauważają autorzy podsumowania, że gdyby festiwale rozłożyć równomiernie na cały rok, codziennie w dwóch miejscach w Polsce trwałoby jakieś święto literatury. I wydaje się, że liczby te będą rosnąć - tylko w ubiegłym roku pojawiło się 31 nowych przedsięwzięć o charakterze festiwalowym. Mamy nadzieję, że zainspirujemy badaczy pola literackiego tym niepełnym, ale pozwalającym już wyciągać jakieś wnioski obrazem do dalszych, pogłębionych rozważań.

Moją uwagę najbardziej chyba przykuł fakt, że wschód Polski to kilkanaście festiwali więcej - mimo że najmniejsza ich liczba odbywa się w województwie świętokrzyskim, a największa w dolnośląskim. Może najwyższy czas uzupełnić ministerialny program Wschód Kultury o podobnie systemową Kulturę Zachodu? Druga refleksja, którą chciałbym się podzielić, dotyczy zaskakująco dużej liczby festiwali. Podobnie jak w wypadku gwałtownego rozwoju "przemysłu nagrodowego", i ta dynamika wiąże się w mojej ocenie z instynktowną reakcją animatorów życia literackiego na coraz większe zagrożenia diagnozowane w kontekście poziomu czytelnictwa w Polsce. W otwierającym numer wywiadzie Mariusz Szczygieł mówi, że festiwale przyciągają również tych czytelników, którzy rzadko pojawiają się na pojedynczych spotkaniach autorskich. A zatem reagujemy na niepewną sytuację czytelnictwa, proponując bardziej atrakcyjne formy obcowania z książką - kumulując wydarzenia w jednym miejscu i czasie, poszukując wsparcia w muzyce i kinie, które coraz częściej towarzyszą festiwalom literackim, czy korzystając z większej promocji i zainteresowania medialnego.

W tym znaczeniu festiwale to święta w sensie dosłownym: przypominają okresy świąt religijnych, w czasie których w miejscach kultu pojawia się znacznie więcej wiernych. Są to ludzie na co dzień praktykujący nienachalnie, jednak do wspólnoty przyciągają ich zarówno tradycja, jak i wyjątkowość świątecznej sytuacji.

Od lat polskiemu życiu literackiemu zarzuca się tu i ówdzie "festiwalozę". Źle nacechowane semantycznie określenie ma sugerować brak ciągłego, całorocznego życia książki w osobistym kontakcie odbiorców z jej autorem lub autorką, brak przemyślanych, konsekwentnych działań ustawicznych na rzecz czytelnictwa. Otóż jestem przekonany, że festiwale są nieodzownym elementem ciągłości życia literackiego, a nie jej wrogiem. W wielu wypadkach są nawet ostatnim bastionem tego życia. Zatem niech się rozwijają, niech ich będzie coraz więcej. Niech rodząca się moda na peregrynację czytelników z festiwalu na festiwal się pogłębia. Niech literatura wreszcie uświadomi politykom i zadufanym w sobie często przedstawicielom innych sztuk, że jest równoprawnym uczestnikiem rozwoju kulturowego i ekonomicznego siedlisk ludzkich (bardzo proszę redaktorkę tego tekstu o nieusuwanie ostatniego zdania, przemyślałem to).

PO PIERWSZE: NIE OBRAŻAĆ SIĘ NA RZECZYWISTOŚĆMARIUSZ SZCZYGIEŁIREK GRIN

Jak pozostać popularnym pisarzem, nawet kiedy nie wydaje się książek? O tym, a także między innymi o blokadzie twórczej i o spełnieniu literackim z Mariuszem Szczygłem, jednym z najpopularniejszych rodzimych pisarzy, rozmawia Irek Grin.

Mariusz Szczygieł - jest, po Hannie Krall, najczęściej przekładanym polskim reporterem (dwadzieścia jeden języków). Jego Gottland otrzymał Europejską Nagrodę Książkową (2009), a Nie ma zdobyło podwójną Nagrodę Literacką Nike w głosowaniu jury i czytelników (2018) oraz Nike 25-lecia w głosowaniu czytelników (2021). W konkursie Grand Press przyznano mu tytuł Dziennikarz Roku 2012. Jest również instagramerem - to zajęcie traktuje jako "najmniejszą osobistą jednoosobową gazetę", a jednocześnie sposób na rozmowę z czytelniczkami i czytelnikami. Od 2024 na antenie TVP Info emitowany jest jego autorski program "Rozmowy (nie)wygodne".

Irek Grin: Tematem numeru "Notatnika Literackiego", w którym ukaże się ta rozmowa, będą festiwale literackie. Z tobą jednak wolałbym pomówić o wizerunku pisarza (co oczywiście z tematem festiwalowym jakoś rezonuje). By dobrze zarysować kontekst, chciałbym zacząć od literatury jako takiej. W poprzednim zeszycie "Notatnika", poświęconym herstoriom, rozmawiałem z Kingą Dunin. Uznała, że powinna postawić sprawę literatury polskiej we właściwej - jej zdaniem dzisiaj przetrąconej - proporcji, i zasugerowała, że może by tak skończyć z tym, cytując za Robertem Bola?o, "bebechorealizmem": opowiadaniem o własnych przeżyciach, problemach, chorobach i trudnym dzieciństwie. Kinga czuje się już tym trochę zmęczona. A ty?

Mariusz Szczygieł: Dzisiaj w Polsce publikuje się ogrom rzeczy, często bardzo ciekawych, ale w dużej mierze opierających się na narracyjnym wnętrznościowym "ja". Jest to głównie proza autopsychoterapeutyczna. Nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie piszą o sobie, tyle że dzisiaj robią to w sposób bardziej bezpośredni niż kiedyś. I najwyraźniej to lubią, podobnie jak lubili reportaż swego czasu, bo to im coś załatwiało w życiu. I ja nie mam nic przeciwko takiej literaturze, ale odnoszę wrażenie, że więdnie przy tej modzie literatura pojmowana tradycyjnie, ta, która nie jest tylko wyznaniem na własny temat.

Czy to się dzieje również w reportażu?

Tak mi się wydaje. Jako Wydawnictwo Dowody dostajemy coraz więcej bardzo osobistych książek, których autorzy powołują się na pojęcie autoreportażu, a które niestety nie są tak znakomite, jak na przykład Wczoraj byłaś zła na zielono Elizy Kąckiej. Jeśli te propozycje nie noszą znamion wybitności, to mam z nimi problem. Ja jestem z trochę innej szkoły reportażu - tej, zgodnie z którą reporter ma się przyglądać rzeczywistości, nie wychodząc z cienia. Tego nas uczyły i Szejnert, i Krall. Inspirowały nas, tłumacząc, że autor, autorka, reporter, reporterka muszą pozostać w tle, a jego czy jej zadaniem jest badanie świata.

Pamiętam, jak jechałem kiedyś z Hanną Krall samochodem do Szczebrzeszyna na festiwal i była właśnie po lekturze Księgi niepokoju Fernando Pessoi. Bardzo ją autor zawiódł, przede wszystkim tym, że pisze tylko o sobie, że to jest książka wyłącznie o jego depresji, o jego smutku. Nawet się zdenerwowała - a rzadko widzę ją zdenerwowaną - i powiedziała: "Przed drugą wojną światową jeszcze można było tak się skupiać na sobie, ale po wojnie i po Zagładzie nie wypada. Nie wypada". Ta anegdotka jest ilustracją postulatu, że my, pisarze, mamy się przyglądać światu, a nie pisać o sobie.

W koncepcie mojej książki Nie ma mieszczą się zażenowanie, skrępowanie i wstyd, wynikające właśnie z tego, że piszę o sobie.

Dopowiem jeszcze jedną rzecz, dla mnie ogromnie ważną. W koncepcie mojej książki Nie ma mieszczą się zażenowanie, skrępowanie i wstyd, wynikające właśnie z tego, że piszę o sobie. Ta książka wzięła się z żałoby po moim partnerze, który mimo że był ode mnie młodszy o dziewiętnaście lat, umarł pierwszy. Długo chodziłem z tą żałobą, aż uznałem, że zakończy się książką o życiu z "nie ma". Teraz już potrafię mówić, że miałem partnera, który umarł. Więcej - mówię o tym swobodnie, bo jak twierdzi Joan Didion, autorka Roku magicznego myślenia, zmarły musi stać się zdjęciem na biurku. Mój ukochany - a minęło jedenaście lat od jego śmierci - już stał się zdjęciem na biurku. Jednak kiedy byłem w żałobie, nie byłem w stanie napisać o tym w pierwszej osobie, mimo że powinienem był, zgodnie z trendami. Dlatego dodałem do Nie ma jeden tekst o mnie, ale napisany w trzeciej osobie. Wszystkie inne teksty są historiami ludzi, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. Czasami niemal identycznej, jak w wypadku pierwszej bohaterki, Violi Fischerovej, poetki, której mąż zastrzelił się, leżąc obok niej w łóżku, kiedy zasypiała. Są to więc opowieści o stracie i żałobie, czasem bardzo do mojej podobne. Szukałem nie siebie, lecz bohaterów podobnych do mnie, historii, które będą lustrem mojej, pomogą mi coś intymnego załatwić z samym sobą. Uważam bowiem, że pisanie reportaży dowodzi nieumiejętności zmierzenia się z własną sytuacją przy pomocy fikcji. Mamy reportaże interwencyjne, reportaże literackie, reportaże służące jakiejś sprawie albo takie, które chcą uświadomić jakiś wspólny problem. Warto to podkreślić: reportaż zawsze jest jakoś "wspólny". Czemuś służy, komuś pomaga albo przynajmniej otwiera oczy. A ja wpadłem na pomysł, że reportaż wesprze mnie samego, że będzie służył moim problemom przez cudze historie. Przejrzę się w nich, skoro nie znajduję odwagi, żeby pisać w pierwszej osobie.

A teraz - wracając do początku rozmowy - pojawiła się rzesza ludzi, którzy chcą pisać w "ja" o "ja", i to ukierunkowuje całą naszą literaturę. Może ta bańka pęknie za chwilę, nie wiem.

A teraz - wracając do początku rozmowy - pojawiła się rzesza ludzi, którzy chcą pisać w "ja" o "ja", i to ukierunkowuje całą naszą literaturę. Może ta bańka pęknie za chwilę, nie wiem.

Ja ten twój zabieg z Nie ma niesłychanie cenię. Dzięki niemu, jak sądzę, czytający tę książkę za sto lat nie będą jedynie uczestniczyć w opowieści o tragedii, która spotkała autora. Umieszczając się w galerii swoich bohaterów i dystansując do siebie narracją trzecioosobową, zostawiasz przyszłym pokoleniom uniwersalizm tych historii. Ich wiecznotrwałość.

Wejdę ci w słowo. Nie wierzę w "za sto lat" w literaturze. Nie wiem, co z tego, co napisałem, przetrwa. Myślę, że nic. Dlaczego tak mówię? Bo wiem to z życia. I żeby nie zostać podejrzanym o krygowanie się, przedstawię dowód. Mam częste kontakty z bibliotekarkami, czyli osobami, które dużo czytają i bez przerwy spotykają się z innymi czytelniczkami i czytelnikami. I one mówią, że było tyle nazwisk, które tak pięknie świeciły - i się wypaliły, nikt ich książek dzisiaj nie kupuje i nie wypożycza. Na przykład braci Brandysów, Bratnego, Brechta, Stachury, Bursy, Dygata - a przecież ten ostatni był wielką gwiazdą. Pozostają oczywiście znani w wąskich kręgach, ale jak mi powiedziała znajoma bibliotekarka: "Wie pan, że Dygata już żeśmy ubytkowali i Brandysów żeśmy ubytkowali?". Bo jeśli książki nie są długo wypożyczane, to biblioteki muszą się ich pozbyć i nazywa się to właśnie "ubytkowaniem". I ja myślę o sobie jako autorze, który jest modny, ale długo nie przetrwa. Nie łudzę się. Może gdybym pisał w jakiś natchniony sposób, jak Hanna Krall, Dorota Masłowska albo Katarzyna Groniec, autorka niezwykłej książki Kundle... Ale ja? Piszę być może nawet bardzo dobrze, tyle że to nie jest natchnione. Zostanie po mnie może trzytomowa Antologia polskiego reportażu XX wieku. To jest mój wkład w kulturę.

Za chwilę minie niemal siedem lat, podczas których nie napisałem nic literackiego, a ciągle udaje mi się nieźle funkcjonować w roli pisarza (...). I wyobraź sobie, że mam tak dużo zaproszeń na spotkania autorskie, że mój agent po prostu nie wie, co wybierać.

Przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. Kiedyś pilnowałem mieszkania u pani Stachovej, dziewięćdziesięciopięcioletniej już tłumaczki literatury polskiej na język czeski, damy z ogromną kulturą literacką, która przekładała choćby Herlinga, Mrożka czy Lema. Z różnych książek, które u niej przeglądałem, wypadały jakieś dokumenty, liściki, karteczki. I znalazłem wśród nich coś pięknego: zdjęcie pewnego pisarza sprzed drugiej wojny światowej. Nazywał się Jan Erben. To zdjęcie, wraz z odręcznym podpisem, widniało na pierwszej stronie czterostronicowej broszurki; jak się okazało, było to wydawnictwo ulotne rozdawane na jego pogrzebie. Poszperałem w internecie i potwierdziłem intuicję, że jest to pisarz zapomniany. No i w tej ulotce on zastanawia się, co po nim zostanie jako pisarzu - i dochodzi do wniosku, że to nie będą słowa, które napisał, ale to, co zostaje po każdym człowieku. Kiedy się rodzimy, las już od dawna szumi i ptaki śpiewają, kiedy umieramy, las też szumi i ptaki śpiewają. "Wszystko to będzie istniało, kiedy nie będę mógł już na to patrzeć". Zostanie po nim na przykład piękny letni dzień, ale nie jego teksty. Dlatego ja nie mam złudzeń, lecz cieszę się, że mogę żyć życiem, którym żyję.

Nie komentując i nie rozstrzygając tego, co będzie z twoją literaturą za sto lat, nakreśliwszy kontekst, chciałbym porozmawiać o twoim obecnym statusie i o publicznym funkcjonowaniu pisarzy.

Od trzech lat nie wydałem żadnej książki. Ostatnia była książka o reportażu, taki bardziej eseistyczny podręcznik, wcześniej przewodnik po Pradze, osobisty, fajnie napisany - ale to nie jest literatura. Za chwilę minie niemal siedem lat, podczas których nie napisałem nic literackiego, a ciągle udaje mi się nieźle funkcjonować w roli pisarza. Dodajmy do tego, że teraz również nie piszę, bo mam blokadę. I wyobraź sobie, że mam tak dużo zaproszeń na spotkania autorskie, że mój agent po prostu nie wie, co wybierać . Oprócz tego przychodzą zaproszenia na jakieś sympozja, wykłady, występy dla pracowników różnych firm. Na przykład banki chcą, żebym opowiedział ich pracownikom, jak zacząć rozmowę i jak rozmawiać. I ja się na to zgadzam, bo dzięki temu od wielu lat nie cierpię głodu.

Ale na tę moją nieustającą "pisarską" obecność składa się kilka elementów. Pierwszy to nieobrażanie się na rzeczywistość. Kiedy dwadzieścia lat temu promowałem Gottland, podeszła do mnie w Poznaniu po spotkaniu przedstawicielka miejscowego radia i powiedziała: "Panie Mariuszu, przygotowuję program świąteczny i bardzo bym chciała, żeby pan był gościem ze swoją książką". Odparłem: "Dobrze, ale jak to zrobimy? Do świąt jeszcze trochę czasu, a ja niedługo wracam do Warszawy". Na to ona: "Tutaj nagramy, teraz. Przede wszystkim jednak muszę pana przeprosić, bo nie miałam czasu przeczytać tej książki, dlatego że robię cały program kulturalny naszego radia i po prostu nie znajduję czasu na czytanie, ale to nic nie szkodzi". Zapytałem, jak ona to sobie wyobraża, a ona wyciągnęła moją książkę i powiedziała: "Zróbmy tak: pan otwiera książkę na chybił trafił, bierze jakiekolwiek przypadkowe zdanie, czyta pan to zdanie do mikrofonu i rozwija wypowiedź, tłumacząc, jak doszło do napisania tego zdania i o czym jest ta historia. Najlepiej z jakąś anegdotą. I zrobimy tak trzy razy, bo będę miała trzy wejścia w ciągu godziny". Znam kolegów, którzy by się oburzyli. Smoleński by ją pogonił, Szczerek z Twardochem by ją pogonili...

I Świetlicki z Żulczykiem...

...a ja otworzyłem tę książkę i znalazłem jakieś zdanie. Tyle że ono nie było specjalnie płodne, więc pomyślałem: co ja będę tak na chybił trafił? Przecież jej jest wszystko jedno, na której stronie otworzę. Poszukałem wobec tego fragmentu, który jest emblematyczny i ciągnie za sobą jakąś historię. Zrobiłem tak trzy razy i pani redaktor była zachwycona. Czyli po pierwsze: nie obrażać się na rzeczywistość, a w związku z tym nie obrażać się na pytania, które ci zadają. Dzięki temu funkcjonujesz bez przerwy, ukazują się te minirozmówki często i w różnych mediach, jesteś na fali.

Z tym się wiąże moja rada dla młodych pisarzy: jeśli zapraszają was do programu śniadaniowego, to idziecie i nie obrażacie się na pytania. Jeżeli pytanie wam wyjątkowo nie leży, odpowiadacie: "Być może". A jak już dziennikarz pyta naprawdę głupio, to mówicie: "Więcej panu powiem" - i opowiadacie inną historię, jaką chcecie. Ten dziennikarz i tak będzie przekonany, że to jest odpowiedź na jego pytanie.

Jestem przyjazny wobec nieprzygotowanych pytających. Swego czasu bardzo znany dziennikarz, jeden z najpoważniejszych w Polsce, który przez pewien czas prowadził program śniadaniowy w telewizji, zaprosił mnie do rozmowy o książce Nie ma i mówi: "Mariuszu, napisałeś książkę o braciach Kaczyńskich". Trudno wyjść z takiej sytuacji z godnością, jeśli program jest nadawany na żywo. Odpowiedziałem mu: "Nie do końca o braciach Kaczyńskich, choć oni rzeczywiście tam występują, kiedy przypominam o ich przybranych ciotkach, siostrach Woźnickich. Jedna z nich mówi w książce, że jak odwiedziła rodzinę Kaczyńskich, kiedy chłopcy byli mali i siedzieli pod stołem, to zapisała w swoim pamiętniku, że są mądrzy aż strach". No i taką anegdotą wybrnąłem. Książka, rzecz jasna, ma więcej znacznie ważniejszych bohaterów, ale on już zapomniał, o co zapytał, i dalej poszło gładko. Zatem ja dziennikarzy traktuję przyjaźnie, a oni być może są nawet wdzięczni, że nie wypunktowuję im nieprzygotowania.

Nie mam siły na to, żeby grać, budować postać, którą nie jestem, dlatego jestem sobą i nikogo nie udaję. Opowiadam tak, że ludzie mają poczucie, jakbym dopuszczał ich do swojego życia.

Druga rzecz w moim stylu bycia, dzięki której jestem wciąż obecny jako pisarz, jest taka, że postanowiłem być szczery na spotkaniach autorskich. To się roznosi dość szybko wśród organizatorów spotkań czy festiwali i jest doceniane. Nie mam siły na to, żeby grać, budować postać, którą nie jestem, dlatego jestem sobą i nikogo nie udaję. Opowiadam tak, że ludzie mają poczucie, jakbym dopuszczał ich do swojego życia. Oczywiście nie mówię o wszystkim, bo nie jestem samobójcą, ale gdy szukam jakichś przykładów, to chętnie wspominam o swoim tacie, o mamie, o dzieciństwie - i zauważyłem, że nawet są po tym brawa.

Czasami padają z publiczności pytania fundamentalne, a ja nie unikam odpowiedzi. Kiedyś Anna Świrszczyńska napisała w jednym wstrząsającym wierszu, że leży zwinięta w kłębek na tapczanie, bo przygniotła ją potworność zwana życiem, ale wie, że musi wstać i pojechać na spotkanie autorskie, żeby wyjaśnić ludziom, na czym polega potworność zwana życiem i jak sobie z nią radzić. Dzięki temu wierszowi uznałem, że wejście w rolę takiego wice-Coelho niczego mi nie ujmuje, a mówię rzeczy, w które naprawdę wierzę.

Zdarza się, że jestem pytany, gdzie jest sens życia, skoro jestem niewierzący. Wtedy tłumaczę, że owszem, nie wierzę w judeochrześcijańską wersję Boga, i że Bóg jest dla mnie literaturą. Ale równocześnie wierzę w jakąś tajemnicę przez duże T, ale się do niej nie modlę, w znaczeniu: nie rozmawiam z nią, ona mnie przerasta. Co nie znaczy, że nie mam życia duchowego. Czasem nawet ryzykuję wyjaśnienie, na czym ono polega. O sensie życia mówię, że ma dla mnie egzystencjalistyczny charakter: chcę dobrą drogą dojść do śmierci. Albo na przykład mówię, że w absurdzie, w którym tkwimy, człowiek wierzący powinien pamiętać, że ma szansę być zbawiony. I opowiadam historię, która wydarzyła się w samolocie. Jedna pani bała się latać i wpadła w straszną panikę. Chciałem jej pomóc i zapytałem, czy jest wierząca. Potwierdziła. Więc zacząłem tłumaczyć, że człowiek wierzący powinien pamiętać, że im krócej na ziemi, tym dłużej u Pana Boga. A ona na to: "Wie pan co, to ja chyba nie jestem aż tak bardzo wierząca".

Zdarza mi się opowiadać, że w tym absurdzie powołania nas do życia otrzymaliśmy wspaniały podarunek - inteligencję. Dzięki niej wynaleźliśmy penicylinę i telewizję, a także internet. Równocześnie nie wiemy, do czego to wszystko prowadzi i jaki jest cel istnienia ludzkości. Bo sama konieczność reprodukcji i podtrzymania gatunku mnie nie przekonuje. Wymyśliłem zatem - i chętnie o tym mówię - że uzasadnieniem naszego bycia w świecie może być przynoszenie sobie nawzajem ulgi. Miłością, medycyną, realną pomocą, także tą psychiczną, literaturą, muzyką. Wiele jest sposobów. I znowu: regularnie zdarzają się brawa po takich słowach.

Czyli w czasie wieczorów autorskich bardzo często nie rozmawiamy o warsztacie reportera, tylko o życiu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie są to rozmowy na jakimś wysublimowanym intelektualnie poziomie. Ale ten poziom, który osiągamy, fajnie jednoczy ludzi. Stajemy się sobie - autor i czytelnicy - bliscy.

Moja koleżanka, Magda Kicińska, nauczyła mnie, że nie chodzi o to, żeby człowiek rozumiał wiersz. Istotniejsze jest, żeby wiersz rozumiał człowieka.

Kiedy mówisz o tej otwartości i szczerości z takim swoistym zdystansowaniem, to brzmi to nieco kaznodziejsko. W takim znaczeniu, w jakim opowiadanie o czymś z wiarą nie musi - a może nawet nie powinno - przekładać się na osobiste wynurzenia. Stawiasz przecież granice pomiędzy tobą opowiadającym, być może przynoszącym ulgę, a tobą uwikłanym we własne demony i lęki.

Tak, ale w sposób zapośredniczony. Na przykład kiedy już nauczyłem się mówić o śmierci mojego partnera, to na spotkaniach zaczął pojawiać się temat żałoby, odchodzenia. I wtedy bardzo lubię mówić o poezji. Kiedy nie możemy czegoś wyrazić, kiedy nie znajdujemy słów, by opisać nasz stan, kiedy jesteśmy zablokowani, weźmy do ręki dobrą poezję i spróbujmy znaleźć nasz wiersz. Moja koleżanka, Magda Kicińska, nauczyła mnie, że nie chodzi o to, żeby człowiek rozumiał wiersz. Istotniejsze jest, żeby wiersz rozumiał człowieka. I zdarza się, że mówię: "Proszę państwa, musicie znaleźć wiersz, który was zrozumie".

Wydawało mi się, że książka Nie ma jest końcem mojej żałoby. Ale po jej napisaniu oglądałem jakiś serial w telewizji, usłyszałem jedno słowo, które mi przypomniało życie z moim partnerem - i nastąpił wybuch niewyobrażalnej rozpaczy. Sięgnąłem wówczas do mojej ulubionej poetki, Krystyny Miłobędzkiej, i przeczytałem w tomie Po krzyku jednowersowy wiersz, skierowany, jak sądzę, do męża. "Kocham cię razem z twoją śmiercią". Ta fraza rozbrzmiewała mi w głowie przez jakiś czas. Ale stała się kropką w mojej żałobie.

Kiedy rozmawiam z publicznością o poezji, bardzo często inspiruję ludzi do poszukiwań, do lektur, o których być może inaczej by się nie dowiedzieli. I przyznam ci się, że te spotkania wprowadzają mnie czasem w dziwny stan. Przypomina to rodzaj haju, uniesienia. Jest w tym coś buddyjskiego, jestem jedynie tu i teraz, nie myślę o rodzicach, którymi się opiekuję, nie martwię się o to, czy starczy na pensje w fundacji. Dzięki temu te rozmowy nie są występami, tylko stają się dla mnie - i mam nadzieję, że dla publiczności też - istotnym spotkaniem z drugim człowiekiem.

Zatem mamy już omówione dwa punkty, jak pozostać modnym pisarzem, nie pisząc: nie obrażamy się na rzeczywistość i nie występujemy, lecz spotykamy się z czytelnikami, rozmawiając szczerze i otwarcie, niekoniecznie na temat własnych książek. Jest jakiś następny punkt?

Oczywiście: media społecznościowe. Wprawdzie nie piszę w nich codziennie, ale zawsze byłem człowiekiem, który zapisywał sobie różne rzeczy, prowadził rodzaj dziennika, skrupulatnie notował zasłyszane zdania, nazwiska, historie. Robię to, od kiedy pamiętam.

Kiedy pojawiły się media społecznościowe, pewien kolega starał się zarazić mnie Instagramem. Powiedział: "Rób jakieś fajne zdjęcia z życia, a ja będę dodawał podpisy i wrzucał do sieci". Kiedy zobaczyłem, powiedzmy, trzy opisane przez niego zdjęcia i to miało uchodzić za moje, coś się we mnie wzburzyło: to w ogóle nie jest taki podpis jak trzeba! Bo nawet jeśli żyję w blokadzie twórczej, o czym wspomniałem, to sam akt pisania i notowania pozostaje dla mnie bardzo ważny. Zdarza się, że ktoś do mnie coś mówi, tak jak ty teraz, a ja pod stołem palcem wskazującym piszę to sobie na kolanie. Kiedy więc te podpisy mnie rozczarowały, sprawdziłem, jak długi może być wpis na Instagramie. Okazało się, że mieści się tam jedna strona znormalizowanego maszynopisu. Zacząłem wobec tego pisać takie minirecenzje, relacje, reportaże. Właściwie nie wiem, kiedy to się tak rozwinęło. Uświadomiłem sobie ich zasięg i znaczenie, kiedy jakaś pani zagadnęła mnie w metrze i powiedziała, że ona nie ma czasu na czytanie książek, bo jest lekarką i pracuje w dwóch szpitalach i jeszcze w jednej przychodni, ale jak sobie jedzie metrem, to czyta moje wpisy na Facebooku czy Instagramie i czuje się, jakby trochę czytała literaturę. Potem na spotkaniach autorskich zaczęli się pojawiać ludzie, którzy wprost mówili, że nigdy nie czytali żadnej mojej książki, ale czytają mnie w sieci, no i tak powstała pewna społeczność, z którą utrzymuję kontakt. Niemała - moje kanały obserwuje łącznie niemal czterysta tysięcy osób.

O czym piszesz?

O różnych rzeczach, które mnie frapują. Często na przykład o sztuce, bo skończyłem studia podyplomowe z historii sztuki. Oczywiście to nie są teksty profesjonalne, kuratorskie, to rzeczy bardziej popularyzatorskie, przyjazne dla różnorodnego odbiorcy. I chyba stały się popularne, gdyż otrzymuję z różnych galerii czy bardzo poważnych instytucji kultury propozycje napisania wstępu do jakiegoś katalogu albo stworzenia podpisów do eksponowanych prac. Rzecz jasna odmawiam, tłumacząc, że lubię pisać o sztuce, ale właśnie w takiej formie - w mediach społecznościowych. Jeszcze nie dorosłem do poważnych, analitycznych tekstów o sztuce, chociaż dwa razy skończyłem ten kierunek. Pierwszy raz zdałem egzamin, obroniłem pracę, ale kiedy uświadomiłem sobie, że nie pamiętam żadnych nazwisk, ponownie rozpocząłem studia, myśląc, że utrwalę wiedzę - tyle że następny program był już zupełnie inny. Więc teraz chodzę na nie trzeci raz, w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk.

Jesteś w ciągłym kontakcie z obserwatorami z mediów społecznościowych? Reagujesz na komentarze? Odpowiadasz?

Potem na spotkaniach autorskich zaczęli się pojawiać ludzie, którzy wprost mówili, że nigdy nie czytali żadnej mojej książki, ale czytają mnie w sieci, no i tak powstała pewna społeczność, z którą utrzymuję kontakt. Niemała - moje kanały obserwuje łącznie niemal czterysta tysięcy osób.

Staram się. Oczywiście nie dałbym rady na wszystkie, ale czasem wchodzę w różne dyskusje z moimi odbiorcami.

Czyli stworzyłeś własną "gazetę" o charakterze reaktywnym.

Owszem. To nie tak, że tylko ja daję jakieś treści. Dużo czerpię od innych. Obserwuje mnie grupa bardzo oczytanych ludzi, niektórzy podobno są na Facebooku czy Instagramie jedynie dla moich tekstów i piszą rzeczy na naprawdę wysokim poziomie. Od razu poprawiają jakieś moje błędy, zwracają uwagę na nienajlepszy research. I ja korzystam z ich wiedzy - czasem wprost. Kiedy pisałem książkę Fakty muszą zatańczyć, miałem pomysł, by w połowie była esejem o reportażu, a w połowie poradnikiem pisania. Pytałem więc czytelników o różne rzeczy i otrzymywałem odpowiedzi, których nie znalazłbym nigdy w żadnych googlach. Wtedy także poprosiłem o inną pomoc. W uwagach o reportażu w Faktach... stwierdziłem, że reportaż bez formy jest jak dzwon bez serca: nie zabrzmi. Ale napisałem w poście, że to porównanie wydaje mi się bardzo tanie, i poprosiłem, żeby podpowiedzieli mi inne. I zaczął się festiwal. Umieściłem te propozycje w przypisie w książce. Pokażę ci ten przypis.

[Czytamy. Mnóstwo spośród tych propozycji ujęło redaktora "Notatnika", ze szczególnym wskazaniem na: reportaż bez formy jest jak Maradona na bramce oraz jak Mann bez Materny.

Już mamy wrócić do rozmowy, kiedy przy naszym stoliku (rozmawiamy we Wrzeniu Świata w Warszawie, kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia) pojawia się młody człowiek z książką Mariusza Szczygła i przepraszając za kłopot, prosi o autograf dla mamy. Na pytanie, czy we wpisie powinno być coś szczególnego, odpowiada, że nie, wystarczy podpis. Mariusz Szczygieł zastanawia się przez chwilę i mówi: "To chociaż datę wpiszę. Gdybym jutro umarł, to mama będzie miała dodatkową przyjemność, że dzień przed śmiercią podpisałem"].

Podsumowując - te trzy punkty utrzymują mnie na powierzchni jako autora, który nie pisze. A ponieważ mam ADHD i dużo energii, nie męczy mnie to, jest przyjemne. Z drugiej strony rozmienia mój czas na drobne, chociaż mógłbym się skupić na pisaniu. Ale na wszystko w życiu musi przyjść odpowiedni moment.

Nie boisz się, że ze względu na tak dużą liczbę spotkań staniesz się na nich "powtarzalny"?

Świeżość i różnorodność tematów, które pojawiają się podczas spotkań, zapewnia mi lektura książek innych autorów i autorek. Dużo jeżdżę pociągami, bo nie mam prawa jazdy ani samochodu, i w nich czytam. Na marginesie: od lektury najbardziej odciąga mnie telefon z całą zawartością świata i w domu zacząłem go zostawiać w innym pokoju, nie tam, gdzie czytam, żeby nie zaglądać. Mam jeszcze jeden problem z czytaniem. Jeśli chodzi na przykład o lektury w mojej branży reporterskiej czy non fiction, to kiedyś czytałem wszystko, co miało ciekawy dla mnie temat, a dziś zwracam uwagę na to, jak coś jest napisane. Musi być pięknie albo przynajmniej bardzo dobrze napisane. Nawet jeśli rzecz jest przemyślana i ma formę, nawet jeśli ktoś opisał ciekawe zjawisko czy historię, ale sam tekst jest ubity językowo jak kotlet schabowy, to mocno mi to przeszkadza. Po prostu chciałbym obcować z pięknymi zdaniami. Takimi, które we mnie zapadają.

Od dawna mam duży zeszyt, w którym notuję różne rzeczy z książek, pojedyncze zdania na przykład, albo wklejam różne artykuły czy fragmenty wywiadów. Szukam w lekturach czegoś szczególnego i przez to również czytam mniej niż kiedyś. Nie chodzi tylko o to, że świat mnie odciąga, ale też o to, że bardzo mi na książkach zależy, więc czytam je powoli i uważnie. Porównałbym ten proces do pracy stomatologa umieszczającego plombę w zębie. Najpierw niewielka ilość, potem się ubija, potem następny kawałeczek i znowu się ubija - i tak dalej. Kiedy znajdę zdanie, które mnie oszołomi czy da mi do myślenia, potrafię zamknąć książkę i myśleć o nim, o tym zdaniu. Albo o dwóch akapitach, które zwróciły moją uwagę po przeczytaniu, powiedzmy, stu stron. Nie gonię donikąd. Przecież nie przeczytam wszystkich książek świata, jest ich za dużo. Godzę się z tym, starając się to, co już wziąłem do ręki, czytać uważnie i pieczołowicie.

Z tego powodu jestem niedoczytany. Kiedyś mówiłem, że nieoczytany, ale ktoś mi powiedział, że słuchał jakiejś rozmowy ze mną i że to nieprawda. Dobrze zatem, jestem być może oczytany, ale za to niedoczytany. Głównie tym, czego nie przeczytałem, a chciałbym, tyle że już nie zdążę. I nie próbuję, bo nie lubię po łebkach.

REDAKCJA:

Irek Grin (redaktor naczelny), Szymon Horała,

Rafał Komorowski (serwis www), Emilia Konwerska,

Angelika Kukioła, Waldek Mazur (sekretarz redakcji),

Piotr Pflegel, Agnieszka Wolny-Hamkało (dział "Klin")

WSPÓŁPRACOWNICY:

Julia Fiedorczuk, Weronika Gogola, Dorota Kotas,

Jacek Paśnik, Paweł Sołtys

REKLAMA I PROMOCJA:

Piotr Pflegel ([email protected])

OKŁADKA I LAYOUT:

Angelika Kukioła

REDAKC JA:

Ewa Dąbrowska

KOREKTA:

Marzena Szymanowska-Pietrzyk

WYDAWCA:

Wrocławski Dom Literatury

ADRES REDAKCJI:

Przejście Garncarskie 2,

50-107 Wrocław

KONTAKT Z REDAKCJĄ:

[email protected]

? Wrocławski Dom Literatury

ISSN 2956-7076 (wydanie papierowe)

ISSN 2956-8072 (portal internetowy)

ISSN 2956-8870 (e-book)

WWW.NOTATNIKLITERACKI.PL

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)