Notatnik Literacki Nr 4 (9)/2025 HERSTORIE - Praca zbiorowa
24.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Herstoria nie ogranicza się już obecnie do próby opisania dziejów nieobecności kobiet w pamięci kultury i coraz śmielszego realizowania potrzeby wypełniania białych plam z tym związanych. Dynamicznie się rozwija, by jak najczęściej oddawać kobietom głos, z prośbą o diagnozy i aktywny udział w radzeniu sobie z wyzwaniami przyszłości. Staje się także narzędziem opisu teraźniejszości, który musimy usłyszeć i potraktować śmiertelnie poważnie. Bo to właśnie analiza problemów "tu i teraz" pozwala nam ujrzeć rzeczywistą rolę kobiet w kulturze w przeszłości i zrozumieć, jak ważne są ich diagnozy na przyszłość. To głosy współczesnych kobiet doskonale kojarzą ze sobą te dwie przestrzenie - historii i przyszłości - w zupełnie nowy i często zaskakujący sposób.
Historia lubi się powtarzać, mawiamy. Być może, ale na razie w ogromnej większości wciąż jest to historia mężczyzn pisana przez mężczyzn, a zatem tylko ta - naszym ułomnym zdaniem, wynikającym z patriarchalnej spuścizny - może się powtarzać. A to nie brzmi dobrze. Dlatego trzeba nieustannie spisywać wielotomową herstorię i, odnowiwszy perspektywę, zastanawiać się: co z niej, już uświadomionej i zaakceptowanej, powinno zacząć się powtarzać, byśmy żyli lepiej? Co z idei i działań kobiet, marginalizowanych wciąż w powszechnej świadomości, powinno wrócić dzisiaj w debacie o stanie globu i być przedmiotem szczególnej uwagi i podmiotem zmian? Dość paradoksalnych w istocie, gdyż byłyby to zmiany oparte na powtarzalności herstorii, czyli czegoś, co nie znalazło jeszcze trwałego miejsca we wspólnej wiedzy i doświadczeniu, nie unaoczniło się uniwersalnie w formie pierwotnej, czegoś, co próbujemy mozolnie odtworzyć z oderwanych skrawków informacji, porozrzucanych chaotycznie w sztucznej mgle, czegoś świadomie zgubionego przez historiografów w mroku dziejów.
(Uprasza się o stosownie ironiczno-metaforyczne podejście do fraz: "sztuczna mgła" i "mrok dziejów").
W tym numerze "Notatnika Literackiego" najwięcej rozmawiamy o literaturze, co zrozumiałe. Niemniej w ogromnej różnorodności tematów herstorycznych i form, jakie ta rozmowa w proponowanych przez nas tekstach przyjmuje, ujawnia się fundament, na którym idea naszego pisma była oparta. Czyli: rozmów nie tyle o literaturze, ile - literaturą. Tym specyficznym, ale najgłębszym chyba narzędziem komunikacji, tym językiem najbardziej bodaj przenikliwym spośród wszystkich, które ludzkość wymyśliła.
Warto się w te teksty wczytać, bo wiele z nich stara się rozwiać mgłę i rozproszyć mrok.
(Jw.)
O "bardziej interesujących" latach dziewięćdziesiątych, o doreprezentowaniu specyfiki kobiecego doświadczenia w literaturze, coraz chętniej publikowanych biografiach pisarek, inbach internetowych, ale też o książkach, które zaczynamy czytać przed śmiercią, z Kingą Dunin rozmawia Irek Grin.
KINGA DUNIN (1954) - socjolożka, publicystka, krytyczka literacka. Autorka licznych publikacji (m.in. Tao gospodyni domowej, Zadyma, Karoca z dyni), powieści dla młodzieży (Tabu i Obciach), opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne). Autorka Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności (praca doktorska). Od 2002 roku współpracuje z redakcją "Krytyki Politycznej", gdzie stale publikuje recenzje książkowe.
Irek Grin: Odnoszę wrażenie, że w ostatnich latach mamy wreszcie dużą ofertę uzupełniającą lukę w biografiach polskich pisarek. Chciałbym o tym pomówić. Zacznę jednak nieco inaczej i zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi.
Na pewno zetknęłaś się z tą opowieścią: Olga Tokarczuk wspomina siebie jako małą dziewczynkę stojącą przed biblioteką rodziców i patrzącą na grzbiety książek, których autorami są głównie mężczyźni. Dziewczynka zastanawia się, co z tego, co ci panowie opowiadają o świecie i życiu, co z tej pamięci kulturowej pokoleń jest przeznaczone dla niej i - co najważniejsze - czego na tych półkach brakuje. Czy ty również miałaś z tym problem w swoim wczesnym życiu czytelniczym?
Kinga Dunin: Nie miałam.
A wiesz dlaczego?
Byłam chłopcem, przynajmniej do momentu, w którym trzeba było już zostać dziewczynką. Wychowałam się na chłopięcej literaturze, więc nietrudno było mi przejść do męskiej. Kiedy zaczęłam pod koniec podstawówki czytać "dorosłe" książki, to były przede wszystkim te, których autorami byli mężczyźni. Wobec bezmiaru pozycji, których nie czytałam, jakoś nie myślałam o braku, raczej o tej ogromnej bibliotece, którą chciałam poznać.
Ale z punktu widzenia...
Jeśli mam być szczera, to dopiero kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiły się dla mnie feminizm - przedtem ważniejsza była walka z komuną - oraz wiele nowych pisarek, uświadomiłam sobie, że czegoś mi jednak brakowało.
...współczesnego? Teraz to dostrzegam.
A czy w twoim doświadczeniu krytycznoliterackim zaistniało poczucie jakiegoś braku? Taka refleksja na przykład, że czegoś brakuje w przestrzeni myśli ludzkiej? Że jakiś ważny komponent jest nieobecny?
Moją ulubioną literaturę, taką, w której czuję się najlepiej, nazwałabym uniwersalistyczną - jest w niej miejsce i dla kobiet, i dla mężczyzn, a także dla osób o innych tożsamościach, ale jej głównym tematem nie jest tożsamość. Kiedy pod koniec roku piszę podsumowanie i przeglądam książki, które recenzowałam, to widzę, że zawsze jest zachowany parytet.
Nie chcę retrospektywnie udawać mądrzejszej, niż byłam. Jeśli mam być szczera, to dopiero kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiły się dla mnie feminizm - przedtem ważniejsza była walka z komuną - oraz wiele nowych pisarek, uświadomiłam sobie, że czegoś mi jednak brakowało. Zresztą wcześniej nie zajmowałam się pisaniem o książkach. W każdym razie dotarło do mnie, że należy upominać się o kobiety, o ich punkt widzenia, dowartościowanie; że ta literatura istnieje i ma swoją specyfikę, wreszcie że jest równie wartościowa jak ta pisana przez mężczyzn.
Co więcej - fajnie by było, gdyby panowie też chcieli ją czytać, zobaczyć, że istnieją inne punkty widzenia. Wtedy również dostrzegłam, jak wiele jest w męskiej literaturze seksizmu i mizoginii. Mam wrażenie, że dziś ta perspektywa jest jednak w odwrocie. Nie wiem, czy pisarze się zreformowali, ale chyba poczuli, że tak już nie wypada.
Czy mogłabyś - z perspektywy swojego zaangażowania w latach dziewięćdziesiątych - spojrzeć szerzej na zjawisko odczarowywania świata literatury pisanej przez kobiety i odnieść się do tezy, że odruch jej odrzucenia był całkiem poważnym zjawiskiem społecznym o charakterze wychodzącym poza spory wewnątrz świata literackiego? Ukute wówczas określenie "literatura menstruacyjna" osiągnęło spory sukces i, odmieniane przez wszystkie przypadki, miało wielu zwolenników.
Feminizm jako wyrazista idea pojawił się w Polsce, z oczywistych powodów, dość późno, bo właśnie w latach dziewięćdziesiątych. Książki i teksty, które dostrzegały różne odmiany literatury feministycznej - też takie pisałam - były traktowane jako część denerwującego mężczyzn zjawiska. To były czasy, kiedy jak się mówiło: "jestem feministką", to tak, jakby się mówiło: "jestem wariatką".
Warto przy tym pamiętać, że problematyka kobieca weszła do mainstreamu tak naprawdę dzięki popfeminizmowi. Rynek wydawniczy, w tym pisma kobiece, zaczął się interesować tymi hałaśliwymi feministkami, by następnie ubrać je w bezpieczny i właściwy strój, który pasował do glamour. Tu z mężem, tu z dzieckiem, tu z pieskiem, tu w ogródku. I powoli, również dzięki angażującej wiele kobiet, niezmiennie obecnej w debacie publicznej kwestii walki o legalizację aborcji, te różne elementy sprawiły, że feminizm został oswojony. Teraz znowu prawica próbuje i ciągle będzie próbowała rozgrywać antykobiece wątki, lecz pewnych rzeczy nie da się już wymazać, i to nie tylko w literaturze, ale w całym polu kultury. W związku z tym również literatura pisana przez kobiety stała się po prostu niekwestionowaną częścią pola literackiego i nie można nią ostentacyjnie pogardzać. Nieostentacyjnie oczywiście nadal można. Chociaż odnoszę wrażenie, że kobiety wciąż równie chętnie czytają książki napisane zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn, a mężczyźni czytają głównie innych mężczyzn, kobiety ich nie ciekawią.
Postawiłaś ciekawą i nieoczywistą tezę, że feminizm w kulturze, a zatem i w literaturze, został oswojony przez mainstreamowy popfeminizm, niebezpiecznie flirtujący z obrazami tradycyjnej roli kobiety i wykorzystujący je. Rozumiem jednak, że istniał jakiś podział wewnątrz samej literatury pisanej przez kobiety, tak jak we wszystkich skomplikowanych systemach, które nieudolnie próbujemy nazwać. Że literatura feministyczna różniła się od literatury popfeministycznej i że na pewno nie było jej po drodze z czymś, co do dziś w języku pokutuje jako - nie najlepiej semantycznie nacechowana - "literatura kobieca".
Debatowano nad tym, cóż to jest ta "literatura kobieca", "literatura dla kobiet", "literatura feministyczna", "literatura postfeministyczna". Jeśli dobrze pamiętam, wtedy pisałam tak o Manueli Gretkowskiej - ale nie każ mi dzisiaj bronić tej tezy.
Debatowano nad tym, cóż to jest ta "literatura kobieca", "literatura dla kobiet", "literatura feministyczna", "literatura postfeministyczna". Jeśli dobrze pamiętam, wtedy pisałam tak o Manueli Gretkowskiej - ale nie każ mi dzisiaj bronić tej tezy.
Definicji i prób całościowego uchwycenia problemu było dużo, odsyłam choćby do tekstów z tamtych czasów: Grażyny Borkowskiej, Krystyny Kłosińskiej, Ewy Kraskowskiej i wielu innych badaczek. Dziś mnie to męczy, bo wiadomo, że w kulturze nie ma czystych klasyfikacji, takich, które pozwolą zaszufladkować każde dzieło. A jeszcze zaczęło się pojawiać coraz więcej autorów, którzy pisali książki z kobietami jako głównymi bohaterkami, próbowali się w nie wcielić. Czy powinniśmy je odrzucać?
Potem podobne problemy przerabialiśmy z literaturą gejowską czy lesbijską, teraz z queerową. Trudne do jednoznacznego określenia są nawet granice literatury narodowej. W czasach wzmożonych dyskusji o fenomenie literatury pisanej przez kobiety byłam w nie dosyć mocno wciągnięta, bo prowadziły do ciekawych sporów. Może to typowe na starość marudzenie, ale wydaje mi się, że życie literackie wówczas istniało pełniej, było ciekawsze. Później straciłam serce do syntez, typologii, odkrywania tendencji. Każdą książkę staram się traktować jak pewien mikrokosmos, co nie oznacza, że nie dostrzegam w niej różnych powiązań i odniesień. I jeżeli mówisz, że w tej chwili kobiece biografie, w ogromnej większości pisane przez kobiety, zostały doreprezentowane, to możliwe, że masz rację, i to oczywiście dobrze. Świat składa się przecież z kobiet i mężczyzn, a także osób o zróżnicowanych tożsamościach płciowych. Biografie dzielę jednak na te, które mnie ciekawią, i te, które mnie nie ciekawią. Ale to prawda: częściej ciekawią mnie biografie kobiet.
Może to typowe na starość marudzenie, ale wydaje mi się, że życie literackie wówczas istniało pełniej, było ciekawsze. Później straciłam serce do syntez, typologii, odkrywania tendencji. Każdą książkę staram się traktować jak pewien mikrokosmos, co nie oznacza, że nie dostrzegam w niej różnych powiązań i odniesień.
Nie chcę ci wkładać słów w usta, ale wydaje mi się, że starasz się unikać refleksji, jak ważny to był czas - uświadamiający i uzupełniający potężną lukę w historii kultury. Wasze zaangażowanie nie było zaangażowaniem wyłącznie estetycznym.
Dla mnie to była część kulturowej walki o zaistnienie feminizmu. Czyli również literatury pisanej z punktu widzenia innego typu samoświadomości. Po pierwsze należało głośno mówić, że istnieje specyfika kobiecego doświadczenia, która nie jest doreprezentowana w wystarczającym stopniu, a jest ciekawa i warta poznania, po drugie - że jej brak nie jest po prostu przeoczeniem, ale odruchowym działaniem patriarchalnej kultury, która wypiera te doświadczenia jako mniej istotne, mniej wartościowe. Że to nie jest tylko takie "kobiece ględzenie" czy "kobiece marudzenie" - różnych epitetów wtedy używano. Przy czym, nie ukrywam, to tekst literacki pozostaje dla mnie najważniejszy, a nie płeć autora czy autorki, bo czasem to rzeczywiście jest ględzenie.
Czy masz tu na myśli prozę pisaną przez autorki, którą można by nazwać popfeministyczną? Mówiliśmy o oswojeniu różnych idei feministycznych przez główny nurt za pomocą choćby wielkonakładowych pism kobiecych - a jaką rolę w przełomie odegrały popularne "powieści kobiece"? Te, które trudno byłoby porównać do - trzymajmy się jakiegoś kanonu, nadmiernie uogólniając - Filipiak, Gretkowskiej czy Tokarczuk? Czytałaś taką literaturę?
Oswajanie feminizmu często polegało na wygładzaniu go do stanu, który byłby bardziej akceptowalny dla wciąż konserwatywnego mainstreamu i jego wielowiekowych przyzwyczajeń. To był koszt, który się płaciło za odzyskanie miejsca w kulturze, w przestrzeni społecznej, w polityce
Czytałam, a nawet o niej pisałam. Uważałam ją za istotny pas transmisyjny, niezbędny do udomowienia feminizmu. Co nie znaczy, że nie byłam wobec konkretnych książek krytyczna. Oswajanie feminizmu często polegało na wygładzaniu go do stanu, który byłby bardziej akceptowalny dla wciąż konserwatywnego mainstreamu i jego wielowiekowych przyzwyczajeń. To był koszt, który się płaciło za odzyskanie miejsca w kulturze, w przestrzeni społecznej, w polityce. Kiedyś nieustannie pytano mnie o to, czym jest feminizm. W końcu zaczęłam odpowiadać, że feminizm polega na tym, że o czymkolwiek byśmy mówili, to warto zadać pytanie: a co z kobietami? Nie ma takiego tematu, w którym nie dałoby się dodać czegoś, co ma związek z kobietami. I jacy by tu nie rządzili talibowie, nie sposób wyniku tego procesu zadawania pytań o kobiety całkiem odwrócić. Oczywiście nie twierdzę, że jest wspaniale, że mamy równość, ale kiedy słyszę, że nic nam się nie udało, bo aborcja ciągle jest zakazana, to usiłuję powiedzieć, że pamiętam dawne czasy i jednak naprawdę coś nam się udało.
Dotykasz teraz niezwykle ciekawego zagadnienia. Czy w tym procesie upodmiotawiania kobiet, ale też osób o różnych tożsamościach, literatura i kultura wyprzedziły rzeczywistość i realnie przyczyniły się do zmiany?
Spójrz na reakcje na, przykładowo, Absolutną amnezję Izabeli Filipiak. W połowie lat dziewięćdziesiątych dyskusje o dojrzewaniu i cielesności kobiet odbywały się raczej w wąskim gronie. Nagle z powodu tej powieści zostały przeniesione na szersze forum, niekoniecznie na co dzień obserwujące życie literackie. Odbyło się to paradoksalnie dzięki tym krytykom, którzy zaczęli pisać pogardliwie o "literaturze menstruacyjnej". Bo to potęgowało konflikt, a konflikt jest ciekawy, pociąga nas. I nawet w tamtym świecie bez internetu udało się dzięki temu konfliktowi wywołać, jak dziś byśmy powiedzieli, inbę, więc uważam, że męscy krytycy wykonali dobrą robotę. Gdyby po prostu to przemilczeli - o czym bredzi ta Filipiak, jaka Policja Menstrualna, co to za bzdury, w ogóle nie warto o tym pisać, machnijmy na to ręką - to byłoby gorzej. W jakimś sensie jestem im wdzięczna.
I nawet w tamtym świecie bez internetu udało się dzięki temu konfliktowi wywołać, jak dziś byśmy powiedzieli, inbę, więc uważam, że męscy krytycy wykonali dobrą robotę. Gdyby po prostu to przemilczeli - o czym bredzi ta Filipiak, jaka Policja Menstrualna, co to za bzdury, w ogóle nie warto o tym pisać, machnijmy na to ręką - to byłoby gorzej. W jakimś sensie jestem im wdzięczna.
Dziś te dyskusje, jeśli w ogóle można je tak nazwać, są w większości o rzeczy błahe. Jakiejś pani nie spodobała się powieść innej pani. To drobiazgi.
Przez powszechną dostępność inby się paradoksalnie zatomizowały i charakteryzują się dużą wsobnością. Myślę, że nie mają potencjału prawdziwej, dojrzałej zmiany, nawet jeśli dotykają tematów ważnych. A o co chciałabyś się dziś pokłócić?
Może o literaturę związaną z polityką tożsamości? Myślę o rosnącym zmęczeniu tym kierunkiem w literaturze, który wyznacza pewien kres nurtu emancypacyjnego. Ukradłam Robertowi Bola?o określenie "bebechorealizm". Wiesz, o co chodzi: opiszę wam moją anoreksję, moją depresję, moje ADHD, moje bycie w spektrum, i jeszcze parę rzeczy moich i o mnie. Jest też odmiana męska - ile piw dziś wypiłem, ile lulek wypaliłem i jak bardzo cierpię w kapitalizmie. Czyli teraz ja jestem tą konserwą, która używa deprecjonujących określeń. Ale nawet gdybym mogła, dziś nie zainicjowałabym takiej dyskusji.
Dlaczego?
Ponieważ skończyłaby się mordobiciem na socialach. Bo fakt, że nie jest to literatura dla mnie, nie oznacza, że jest zła. Czasem są to naprawdę dobrze napisane książki i pewno są innym, młodszym, potrzebne. A ja - bardzo to staroświeckie - tęsknię za porządną fabułą.
Mówisz do człowieka, który czeka na nową Lalkę od wielu lat.
A nie na nowe Przedwiośnie?
Zostawmy to. Chcesz porozmawiać bardziej szczegółowo o swojej roli w czasach przełomu, wtedy, kiedy literatura feministyczna i herstoria stawały się nową normą? Uchodzisz za mentorkę wielu autorek, za istotny głos tamtej zmiany.
Nie, nie chcę. Nie wydaje mi się, żeby to była prawda. Różne mity powstają, jak człowiek długo żyje.
Porozmawiajmy zatem o biografiach. W końcu na to się umawialiśmy, ale nam nie wychodzi. Czytasz taką literaturę?
Kiedyś trochę czytałam dzienniki, ale nie biografie. Teraz czytam. Wydaje mi się, że to ma związek z wiekiem. Kiedy jesteś młody, to czytasz bajki, potem fantastykę, no i poezję, bo pierwszy raz się zakochałeś. A potem zaczynasz czytać fikcję literacką. I wreszcie przychodzi taki moment - widzę to też u moich znajomych - że czyta się wszystko, byle nie fikcję. Czytasz reportaże, potem właśnie biografie, a na końcu pamiętniki z powstania warszawskiego - i umierasz. Taka jest trajektoria życia. Jeśli chcesz poczytać o tym, że ktoś się urodził, że żył i że umarł, to musisz mieć swoje lata i też coś przeżyć. I jeszcze żeby nie było to pisane na kolanach.
Myślę o rosnącym zmęczeniu tym kierunkiem w literaturze, który wyznacza pewien kres nurtu emancypacyjnego. Ukradłam Robertowi Bola?o określenie "bebechorealizm". Wiesz, o co chodzi: opiszę wam moją anoreksję, moją depresję, moje ADHD, moje bycie w spektrum, i jeszcze parę rzeczy moich i o mnie.
Ani na kolanie. Bo teraz, kiedy tych tytułów biograficznych jest już naprawdę dużo, mam czasem wrażenie, że zaczął się jakiś wyścig. Wymieńmy kilkanaście z ostatnich lat: Iłłakowiczówna, Kowalska, Pawlikowska-Jasnorzewska, Konopnicka, Przybyszewska, Rodziewiczówna, Poświatowska, Szymborska, Orzeszkowa, Mniszkówna, Dąbrowska, Nałkowska, Świrszczyńska, Kuncewiczowa, Osiecka, Krahelskie, Ginczanka, Stańczakowa. Niektóre po dwie. A lista jest oczywiście dłuższa. To jest jednak dowód na ogromną lukę, którą w krótkim czasie trzeba było zapełnić.
Ona się wypełnia między innymi także z powodu przemian kulturowych i związanych z nimi zmian obyczajowych. Dzisiaj można w biografiach po prostu więcej napisać i znacznie mniej jest tematów tabu, wiele rzeczy jest odbieranych naturalnie. Pamiętam, jak już prawie dwadzieścia lat temu lat ukazały się Homobiografie Krzyśka Tomasika i przez moment miałam wrażenie, że jest jak za starych, dobrych czasów. Darek Nowacki łapał mnie za guzik i mówił: "No i po co to wszystko, po co, przecież wszyscy i tak to wiedzieli, więc po co to pisać?". Pojawiło się trochę wściekłych recenzji: jak można Konopnickiej takie rzeczy robić, skąd to wiadomo, nikt u niej pod łóżkiem nie siedział. Wydaje mi się, że Homobiografie, rzecz raczej popularna, otworzyły wówczas różne drzwi. Wtedy jeszcze naruszyły pewne tabu kulturowe, ale to okropne "zaglądanie pisarzom i pisarkom do łóżek" pozwoliło wyjść poza wąski krąg kółka literackiego. A przecież nie chodziło o szukanie sensacji, tylko właśnie o uzupełnianie luk i mówienie tego, co niedawno było nie do pomyślenia.
Pamiętam, jak już prawie dwadzieścia lat temu lat ukazały się Homobiografie Krzyśka Tomasika i przez moment miałam wrażenie, że jest jak za starych, dobrych czasów. Darek Nowacki łapał mnie za guzik i mówił: "No i po co to wszystko, po co, przecież wszyscy i tak to wiedzieli, więc po co to pisać?". Pojawiło się trochę wściekłych recenzji: jak można Konopnickiej takie rzeczy robić, skąd to wiadomo, nikt u niej pod łóżkiem nie siedział.
Olga Tokarczuk powiedziała o tej pozycji: "Myślę, że Jarosław Iwaszkiewicz tam, w zaświatach, po wydaniu tej książki powiedział z ulgą: "Nareszcie!"". A ty pisałaś: "Dowiadujemy się, jak heteronorma kastruje naszą kulturę, przykrawa wszystko do jednego wzoru i upycha w szafie to, co do niego nie pasuje. Jak ją zubaża".
Dzisiaj już wolno bez krygowania się użyć słów: gej, lesbijka, osoba trans. Długo obowiązywały metaforycznie łagodne określenia na związek na przykład Konopnickiej i Dulębianki, począwszy od "przyjaciółek", na "siostrzeństwie" kończąc, aż wreszcie w biografii Konopnickiej, napisanej przez Grzebałkowską, pojawia się określenie "partnerki", "życie w związku partnerskim". To oczywiście anachronizm, bo one tego określenia nie znały, ale dobrze pasuje. Nie chodzi jedynie o aktywność łóżkową, ale o jak najpełniejsze oddanie łączących je relacji, również społecznych. Innymi słowy: sukces biografii kobiet to nie tylko efekt drogi, którą przeszliśmy w myśleniu feministycznym, lecz także uzyskanie i oswojenie narzędzi językowych, dzięki którym możemy to precyzyjnie opisać. Moja ulubiona z tych, które wymieniłeś, to książka o Rodziewiczównie, Rodziewicz-ówna. Gorąca dusza Emilii Padoł.
Dlaczego?
Pomijając dobrą literacką robotę, której niestety w części biografii brakuje, to kiedy podejmuję decyzję o lekturze, nie jest dla mnie najważniejsze, czy bohaterka książki była dobrą pisarką, czy nie. Interesuje mnie życie. W wypadku Rodziewiczówny warstwa obyczajowa książki była najciekawsza, a autorka, już bez żadnego krygowania, zastanawiała się nad jej tożsamością płciową. Mniej interesuje mnie fakt, w którym roku chłopi zrobili dla niej wielki wianek, a bardziej sprzeczności w jej życiu: jak funkcjonuje osoba, której życie nie mieści się w ówczesnych normach, a która jednocześnie jest do głębi konserwatystką.
W wypadku Rodziewiczówny warstwa obyczajowa książki była najciekawsza, a autorka, już bez żadnego krygowania, zastanawiała się nad jej tożsamością płciową. Mniej interesuje mnie fakt, w którym roku chłopi zrobili dla niej wielki wianek, a bardziej sprzeczności w jej życiu: jak funkcjonuje osoba, której życie nie mieści się w ówczesnych normach, a która jednocześnie jest do głębi konserwatystką.
Z innych ostatnich biografii kobiecych, choć tej akurat nie wymieniłeś, przeczytałam z płonącymi uszami biografię Róży Luksemburg Weroniki Kostyrko. Rozumiem, że nie znalazła się na twojej liście, bo jej bohaterka nie jest pisarką. Ale moim zdaniem świetnie pisała i koniecznie należałoby wydać jej listy. W tym przypadku do lektury skłonił mnie kontekst. Róża Luksemburg była dla mnie postacią z klucza PRL-u; omawiało się ją wtedy na lekcjach historii pod hasłem "komunistka", co skutkowało natychmiastową chęcią wyparcia. Potem z kolei wpadła w tryby wulgarnego antykomunizmu. Odczarowanie tej postaci w biografii okazało się niezwykle świeże i ciekawe. A ponieważ moja dusza jest, jak już wiesz, zanurzona w narracjach, to naprawdę przyłapałam się w trakcie lektury na kibicowaniu jej i nadziei, że przecież musi jej się udać. Fajny byłby ten komunizm w Niemczech! Oczywiście znam historię, ale literatura czasem zapewnia immersję i póki Róża miała nadzieję, ja miałam ją razem z nią. Nazywam ten stan "efektem Katynia" od czasu, kiedy mój kolega, wybitny filmoznawca, oglądał film "Katyń", siedząc za parą młodych ludzi, i ze zdumieniem usłyszał po projekcji, jak dziewczyna ze łzami w oczach mówi do chłopaka: "Miałam nadzieję, że im się uda".
Ale takie podejście do lektury pokazuje, że biografie należy traktować również jako część literatury pięknej, jako prozę fabularną, której oboje tak pożądamy. Przecież zazwyczaj opowiadają one o życiu ludzi i o różnych problemach, co stanowi także materię fikcji powieściowej.
Pomówmy przez chwilę - w kontekście wchodzenia tematów do mainstreamu - o biografiach społecznych kobiet, które również, głównie za sprawą Chłopek Joanny Kuciel-Frydryszak, przeżywają swój renesans. Otóż zamówiliśmy do tego numeru "Notatnika Literackiego", w którym znajdzie się też nasza rozmowa, recenzję książki Antoniny Tosiek Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet. No i zgodnie z oczekiwaniami - co nie znaczy oczywiście, że zgodnie ze stanowiskiem redakcji - otrzymaliśmy tekst, w którym autorka, omawiając książkę Tosiek, nie mogła się powstrzymać przed porównywaniem jej do Chłopek właśnie i porównania te nie uniknęły hierarchizacji i wartościowania. A przecież zgodnie z wcześniej omawianą przez nas koncepcją, wedle której osiągamy cele, kiedy wykraczają poza branżową bańkę, to Chłopki właśnie zrealizowały plan, upowszechniając ideę daleko poza wąską grupę zainteresowanych.
Ktoś ten proces przywracania pamięci na dużą skalę musiał rozpocząć i, tak jak mówiłam przy okazji popfeminizmu, ponieść tego koszty, czyli w tym wypadku doczekać się krytyki. Faktu istotnej roli Chłopek to nie zmienia i dobrze, że stało się to, co się stało, ale warto się zastanowić, z czego to wyniknęło.
Tak zwany zwrot ludowy to nie jest kwestia ostatnich dwóch-trzech lat. Trwa już dość długo i obfituje w publikacje. I jeśli za jego uporządkowany historycznie początek uznać przełomową Ludową historię Polski Adama Leszczyńskiego, to trzeba uczciwie powiedzieć, że głosy zarzucające autorowi omijanie tematu kobiet były usprawiedliwione. O ile pamiętam, niektóre były dość gwałtowne, by nie powiedzieć agresywne. Czyli wydawałoby się, że pozostaje znowu luka do wypełnienia. I że ktoś - na bazie dynamicznie rozwijających się składowych przeróżnych herstorii - w końcu ją zapełni, szczególnie że pojawiło się przy okazji Leszczyńskiego kolektywne, społeczne zainteresowanie tym tematem. Ale z drugiej strony mieliśmy książki Kacpra Pobłockiego z istotnym komponentem kobiecym czy - z innej perspektywy: rodzącego się kapitalizmu - Michała Narożniaka, który zajął się nie tylko mężczyznami i kobietami, ale także zwierzętami. Zatem, podobnie jak w przypadku wielu procesów w literaturze, naprawdę nie da się powiedzieć z całą pewnością, kto był pierwszy i co otworzyło worek. Ważne, że to się dzieje.
Tak zwany zwrot ludowy to nie jest kwestia ostatnich dwóch-trzech lat. Trwa już dość długo i obfituje w publikacje. I jeśli za jego uporządkowany historycznie początek uznać przełomową Ludową historię Polski Adama Leszczyńskiego, to trzeba uczciwie powiedzieć, że głosy zarzucające autorowi omijanie tematu kobiet były usprawiedliwione.
Chyba nie chcesz pomniejszyć roli Chłopek...
Nie. To jest literacko dobrze zrobione, świetnie się czyta, a jeśli chodzi o metodologię - cóż, nie jestem ortodoksyjna, jak wiesz. Ciekawsza jest jednak recepcja tej książki. Chyba bardziej interesuje mnie okołosocjologiczna historia funkcjonowania tego tekstu, bo że ciężkie było życie chłopskie, to wiedziałam od czasu lekcji historii w PRL-owskiej podstawówce. Warto się więc zastanowić nad sukcesem tej książki i zadać sobie pytanie, czy rzecz jest naprawdę tak postępowa i otwierająca ludziom oczy, jak powszechnie słyszymy, czy po prostu ogromnej masie kobiet robi dobrze, bo je dowartościowuje. Jednym ze sposobów takiego dowartościowania jest zidentyfikowanie się z jakąś wyróżnioną dyskryminowaną grupą, na przykład z czarnymi w Stanach Zjednoczonych czy z jakimś rdzennym ludem gdzie indziej. U nas długo z Żydami. Pewno większość z nas miała jakąś babcię lub przynajmniej prababcię, która nie była hrabianką. Można na tym oprzeć poczucie własnej wartości - identyfikuję się z grupą, do której już zdecydowanie nie należę, żyję zupełnie innymi problemami, ale ta identyfikacja daje mi poczucie bycia skądś i to skądś nareszcie zostało dowartościowane, uff. Czyli mogę się dobrze poczuć w swojej skórze. To przyjemne uczucie. Zrozum mnie właściwie - nie ma w tym niczego złego, ale to nie jest nagłe masowe zainteresowanie historią społeczną czy gospodarczą Polski, ani nawet feminizmem. I może za mało jest w tym słusznego klasowego gniewu, za to jest jakiś rodzaj resentymentu wobec... wyobrażonych elit?
A książka Tosiek nie jest gorsza ani lepsza, tylko inna.
Na koniec chciałbym postawić tezę, że po tym okresie biografii autorek czy artystek, po czasie biografii kobiecych pokoleniowych, społecznych czy nawet branżowych, czeka nas niedługo obfitość biografii kobiet, które były związane z pisarzami mężczyznami, poruszających rolę, jaką odegrały w ich życiu, również zawodowym. Jeśli twoja diagnoza sukcesu Chłopek jest słuszna, to - w nieco inny oczywiście sposób - książki o poświęceniu się dla mężczyzny i jego sukcesu powinny niedługo rozbić czytelniczy bank. To się już zaczyna - jestem właśnie po lekturze ciekawej biografii Anny Iwaszkiewicz, którą napisała Sylwia Góra.
Jeszcze nie czytałam, ale chętnie przeczytam. Chociaż mówienie o "poświęcaniu" trochę mnie niepokoi. W świecie indywidualizmu, indywidualnych sukcesów i konieczności dbania o nie, budowania marki, dość łatwo jest osobę towarzyszącą w tym autorowi (albo autorce) uznać za ofiarę, kogoś wykorzystywanego i pominiętego. Oczywiście tak też często bywa. Jednak można o tym pomyśleć inaczej. Współuczestniczenie w procesie twórczym jest przyjemne intelektualnie, praca na rzecz powstania i zaistnienia książki to niekoniecznie wyrzeczenie, ale część wspólnego życia.
To, co powiem, może zabrzmieć prowokacyjnie, ale skąd się bierze przekonanie, że osoba, która pławi się w sukcesach, nic nie daje tej, która się "poświęciła"? Jeśli odniosła sukces - a pisze się chyba zwykle o partnerkach znanych pisarzy? - to może też coś z tego miała? Udział w zyskach, podróże, satysfakcję. Natomiast ominą ją krytyka, może hejt, bo odpowiedzialność spoczywa na tym, kto podpisał się pod dziełem, konieczność udzielania głupich wywiadów, nadmierna rozpoznawalność, wymuszone kontakty społeczne...
Wybacz, ale musimy kończyć, bo ostatnia teza zdaje się, jak mawia mój przyjaciel prawnik, źródłem hipotetycznych problemów.