1.
Nasze pojęcie cyganerii dla wielu ludzi wiąże się wyłącznie z rozwiązłością seksualną, alkoholem, ewentualnie narkotykami. Takie jest powszechne przekonanie. Półświatek, prostytucja, dzikie orgie i zarabiane miliony - powtarzane przez tak zwaną opinię publiczną - napędzają pieniądze, a przede wszystkim działają na wyobraźnię.
Słowa dotyczące "niewiarygodnie wielkich pieniędzy" w tym kontekście są jak najbardziej na miejscu, ale tylko w ramach tak zwanego powszechnego użytku. Bo mnie na przykład pojęcie cyganerii kojarzy się raczej z chronicznym brakiem gotówki i wiem, co mówię, bo się wśród artystów urodziłam i żyłam wśród nich przez cały czas swojego istnienia.
Brak czasu i pieniędzy nie jest w tym środowisku jakimś wymysłem dwudziestego, a już na pewno nie dwudziestego pierwszego wieku. Pojęcie "chudy literat" znane już było w czasach tak odległych, że ginących w pomroce dziejów. Nasza cyganeria nie stanowiła tutaj wyjątku.
Wbrew rozpowszechnionym opiniom ciężkie życie żon artystów skłaniało mnie raczej do przypuszczeń, że moja własna matka musiała darzyć ojca wyjątkowym uczuciem, skoro tyle lat z nim wytrzymała. Miejsce w kolejnej encyklopedii i zapiekanka na obiad były w mojej rodzinie chlebem powszednim.
Nie wolno mi zapominać także tych alarmujących telefonów do mojego ojca od jednego z luminarzy polskiej sztuki, któremu w tym momencie akurat skończyła się forsa. Potem z kolei ojciec dzwonił do pewnej rozgłośni radiowej, kiedy zostawała mu w kieszeni ostatnia złotówka. Zdaje się, że w ciężkich chwilach wspomagali się nie tylko mistrzowie polskiej muzyki, o których (oczywiście po ich śmierci) niejeden palant mówił "mój przyjaciel", ale i inni posiadacze znanych nazwisk chorujący na niedyspozycję nazywaną "byle do pierwszego". I nikogo nie zdziwił jeden z artystów, który po otrzymaniu nagrody państwowej zaprosił do Fukiera cały Związek Kompozytorów Polskich.
Dlaczego wobec tego zdecydowałam się iść tą samą drogą, choć może w trochę innej dziedzinie, skoro nie tylko nie rokowała w przyszłości godziwych zarobków, ale jakichkolwiek w ogóle? Ano, jakoś tak samo wyszło.
Każdemu artyście z mojego otoczenia "właściwie jakoś tak wychodziło samo", co nie oznacza, że przez to mieli więcej pieniędzy, czy że w ogóle im ktokolwiek za cokolwiek płacił. W ten sposób, aby związać koniec z końcem, trzeba było nauczyć się prawdziwej ekwilibrystyki i to stanowiło nie lada problem wyłącznie dla żon twórców. A kiedy powiedziałam, że i mnie przydałaby się taka żona, usłyszałam, że jestem... lesbijką.
Czy moja cyganeria kochała alkohol? Owszem, ale wyłącznie wtedy, kiedy ktoś inny go kupił, w związku z czym wsławiła się nieustanną trzeźwością. A zamiast kwiatów z okazji różnych uroczystości wręczało się artystom wałówę.
Jednej natomiast rzeczy nie można było odmówić temu zbiorowisku oryginałów. Wisielczego poczucia humoru, szczególnie na swój własny temat. A były to często nazwiska z pierwszych stron gazet.
Życie na granicy głodu stało się tak nagminnym przyzwyczajeniem, że gdyby udało się nam zarobić jakąś większą forsę, nie wiedzielibyśmy, co z nią zrobić. Na wszelki wypadek jednak od razu zrezygnowałam z prawa jazdy, bo jako żywo na myśl mi nie przyszło, żebym była w stanie kiedykolwiek zarobić tyle, żeby sobie kupić samochód.
Legendy krążyły o zarobkach otaczających mnie artystów. Słowo "milioner" odmieniano przez wszystkie przypadki. Prawda zaś była taka, że co prawda jednemu z nich państwo ofiarowało dworek, ale odmalować i wyremontować go już nie miał za co. Musieli to zrobić zaprzyjaźnieni z mistrzem studenci.
Legendy i te wszystkie opowieści o orgiach, milionach i wystawnym życiu nie tylko można włożyć między bajki, ale trącą wyłącznie czyimś pobożnym życzeniem. Pewnie sama bym uwierzyła w tę prawdę absolutną, gdybym nie wiedziała, że tylko wyjątkowy popapraniec mógł się zdecydować na taką profesję.
A były to podobno czasy sprzyjające artystom, gdy państwo sprawowało nad nimi opiekę, w ramach której faworyzowano ich i noszono na rękach. Zaiste, dziwna to była forma uwielbienia, skoro zupa gotowana na cały tydzień z góry była luksusem. A jeżeli wtedy było tak dobrze, to co nas, artystów, może czekać w przyszłości? Wolę nie wiedzieć.
Życie pokazało, że miały się spełnić najczarniejsze scenariusze. Artystom w ogóle przestano płacić, bo według wszelkich znaków na niebie i na ziemi, powinni byli żyć z tych milionów, o których powszechnie mówiono, a których nikt na oczy nie widział.
Rozumiem, iż wydawcy oraz inni prominentni władcy tej ziemi z góry założyli, że artysta może żyć natchnieniem, ale osobiście uważam to za pewną przesadę, jeszcze większą niż wtedy, kiedy płacono mało, ale w ogóle coś płacono. Teraz każdy chciał mieć sztukę za darmo.
Dlaczego więc nie rzucić w cholerę tego zajęcia i nie odejść do innego? Wielu tak zrobiło, ale pozostała dość liczna grupa straceńców i uparciuchów, co bez sztuki żyć nie mogli. I, co gorsza, jeszcze widzieli w niej swoje szczęście, co już jest zboczeniem. Reszta się wykruszyła.
Albowiem sztuce można oddać wszystko albo się nią w ogóle nie zajmować. Jest czymś w rodzaju obsesji. Pisać (malować, tworzyć itp.) się wręcz musi. I tu nie ma żadnego wyboru. Zawsze w ten sam sposób powstawała ta najbardziej poszukiwana i wartościowa, kiedy pisarz (tu zacytuję Boya-Żeleńskiego) powtarzał sobie: "Chce mi się pisać wiersze, jak dziecku psipsi chce się".
Nie było takiej osobowości, która by ze sztuki wyżyła. Może za wyjątkiem paru autorów kryminałów i całego cyklu pornosów, ale to niewiele miało wspólnego z artystyczną działalnością. W tym fachu "trzymać fason" oznaczało "nie obniżać lotów", choćby wszyscy diabli i szatani się na artystę uwzięli.
W tej chwili króluje szmira akceptowana przez tak zwanych sponsorów, czyli dorobkiewiczów, którzy nie odróżniają Mony Lisy od jelenia na rykowisku. Ale ponieważ tylko ich gust się liczy, cała reszta, która nie produkuje takich arcydzieł na skalę masową, ma przechlapane.
Nie zdarzyło się w naszej historii, żeby twórca z prawdziwego zdarzenia miał z czego przeżyć. W związku z tym właśnie dla nich powstały rozliczne posady uniwersyteckie, aby w ogóle mieli co do garnka włożyć.
Ale i tu dotarła wieść gminna o zarabianych przez nich milionach i nawet z tych stanowisk zaczęto artystów zwalniać, wymieniając ich na dyletantów i teoretyków, co niczym impotenci wiedzieli, jak to się robi, ale sami nie mogli niczego zrobić.
I wróciliśmy do punktu wyjścia: że tylko artysta artystę zrozumie. I, o dziwo, zwiększała się liczba szaleńców, co się zajmowali wyłącznie własnym tworzeniem, bo nikt przy zdrowych zmysłach by się nie zdecydował świadomie na cykliczne przymieranie głodem. Ale o ile było "pokolenie Kolumbów" i "pokolenie Syzyfów", to dzisiejsze najlepiej nazwać "pokoleniem Fakirów", skoro w takich warunkach byli w ogóle w stanie przeżyć.
Wydawcy nie uważają powieści czy wierszy za własność autora i do woli nimi dysponują, starając się ze wszystkich sił za nic nie płacić, ale na wszelki wypadek robią dodruki, licząc na śmierć pisarza, co by im pozwoliło się bezkarnie obłowić.
Dystrybucją książek zajmują się dawni handlarze z bazarów, co do tej pory obracali wielkimi ilościami cebuli i pietruszki, w ten sam sposób traktując książki, bo inaczej nie potrafią. Pisarz musi im nie tylko załatwiać darmową reklamę (dla wydawcy, a nie dla siebie), ale i często sam się zajmuje sprzedażą, co jest tym komiczniejsze, że potem nie dostaje ani grosza. Ta kwestia jest podnoszona przez kolejne rządy, ale jakoś dziwnie nieskutecznie, ponieważ istnieje święte przekonanie, że po to istnieje artysta, żeby sam się umiał utrzymać.
Ostatecznie można się skundlić i zacząć pracować dla jednej z partii politycznych, choć z tego aktu tworzenia wychodzą jakieś dziwaczne potworki, ale nie ma wyjścia, kiedy ostatni garnek świeci pustkami, a w portfelu widać podszewkę. Brak cenzury okazał się jedną wielką fikcją, narzuca się bowiem autorom konkretne tematy i na każdym kroku ingeruje nie tylko w ich twórczość, ale nawet w życie prywatne.
A legendy o milionach zarabianych przez artystów jak krążyły, tak krążą, i tylko oni sami wiedzą najlepiej, jak wygląda to w rzeczywistości. A że nie wygląda różowo, brzmi jak eufemizm. Życie można stracić, upominając się o własne ciężko zarobione pieniądze, choćby nawet najmniejsze. Przy czym podpisanie umowy nigdy nie gwarantuje jakiegokolwiek zarobku, bo nie ma go komu egzekwować. A wydawca zawsze może powiedzieć, że ani jednej książki nie udało mu się sprzedać.