Nowa Europa Wschodnia 6/2013. Partnerstwo wschodnie - Praca zbiorowa

Kup ebooka

12.00 zł
9.60 zł (8,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Stabilna niestabilność

Z Absalitdinem Murzajewem rozmawia Daniel Wańczyk

DANIEL WAŃCZYK: Jest Pan członkiem Izby Społecznej Dagestanu, głową Starszyzn Narodu Kumyckiego i liderem społeczności kumyckiej - trzeciego co do wielkości narodu Dagestanu. Jakie są Pana społeczne i polityczne cele?

ABSALITDIN MURZAJEW: Zacznijmy od tego, że nie uważam siebie za lidera, choć wiem, że tak jestem przedstawiany w mediach. Jako działacz sfery społecznej dbam o rozwój horyzontalnych relacji, a nie wertykalnych, hierarchicznych, dlatego właściwsze jest określanie mnie mianem ideologa ruchu kumyckiego, a nie jego lidera.

Naszym celem jest osiągnięcie równych praw w wieloetnicznej republice, jaką jest Dagestan, zabezpieczenie równoważności interesów wszystkich nacji. Żeby to było możliwe, konieczne jest jasne i przejrzyste gospodarowanie, zarządzanie własnością ziemską, a w Dagestanie jest to jedna z najbardziej skorumpowanych i upolitycznionych sfer. W tym kontekście sytuacja Kumyków jest bardzo trudna - po przymusowych przesiedleniach ludności górskiej na Równinę Kumycką, czyli na rdzennie kumyckie terytoria, w latach dwudziestych ubiegłego wieku i żywiołowej migracji, która cały czas się nasila, staliśmy się mniejszością na własnych terenach. Powoduje to wiele niekorzystnych konsekwencji. Po pierwsze, nie mamy realnego wpływu na władzę - obecnie żaden z dagestańskich merów nie jest Kumykiem. Po drugie, następuje degradacja środowiska będąca wynikiem nielegalnego osadnictwa i nadmiernego, nieprzemyślanego gospodarowania ziemią. Taka sytuacja prowadzi do kryzysu ekonomicznego, do upadku tradycyjnych form zarządzania na równinie. A należy podkreślić, że z Równiny Kumyckiej pochodzi około 70 procent dochodów Dagestanu. Nas to boli, ponieważ na naszych oczach marnuje się ziemię, na której żyjemy od wielu stuleci. Tracimy ziemię, a jak naród traci ziemię, to przestaje istnieć.

Zatem jednym z naszych postulatów jest powołanie regionalnych sądów arbitrażowych, działających niezależnie od sądownictwa federalnego, sądów, które będą w stanie sprawiedliwie rozwiązywać kwestie sporne dotyczące podziału ziem. Walczę o to od 2007 roku - sprawa nabrała pewnego rozgłosu, a co za tym idzie tempa, w 2010 roku. Jest to zresztą jeden z podstawowych tematów podczas moich spotkań z Aleksandrem Chłoponinem.

A jaką rolę w tej złożonej sytuacji odgrywa religia?

Gdyby wszyscy w Dagestanie funkcjonowali w oparciu o zasady szariatu, nasz problem byłby rozwiązany szybko. Ale żyjemy w państwie świeckim i tutaj nie moralność jest priorytetem, a stanowione prawo, tyle że w Dagestanie mamy do czynienia z prawnym nihilizmem, nikt prawa nie szanuje i nie dba o jego przestrzeganie. To jedna wielka fikcja i gra interesów. Dlatego też żyjemy w dualizmie prawnym - władza centralna nie szanuje szariatu, a społeczeństwo nie szanuje państwowej legislatury. W naszym przypadku wygląda to tak, że władza odgórnie dzieli terytorium, rozdziela jego części według własnych pomysłów, nie licząc się z tradycją, z moralnymi zasadami islamu. Gdyby to szariat był priorytetem, to ten, kto przychodzi na naszą ziemię, musiałby najpierw uzyskać od nas zgodę, bo to ziemia naszych przodków, w której oni spoczywają. Tak nakazuje moralne prawo islamu.

Ale przecież ponad 90 procent społeczeństwa Dagestanu to muzułmanie...

Tak, ale dzisiaj często świadomość państwowa jest silniejsza niż religijna. Niemniej jednak islam niesie ze sobą ogromny społeczny potencjał, a w Dagestanie po czasach sowieckiej religijnej próżni obserwuje się religijny renesans. Islam staje się wręcz modny i to raczej młode pokolenie namawia starszych członków rodzin do powrotu do własnych korzeni. Poza tym religijne zaangażowanie wypełnia nie tylko pustkę powstałą w czasach sowieckiego ateizmu, ale jest także alternatywą dla dzisiejszej oficjalnej ideologii państwowej, która jest czystą fikcją, grą pozorów.

Na początku marca 2013 roku w Machaczkale zorganizowano na Pana zamach. Był Pan hospitalizowany. Dużo mniej szczęścia miał Pana bliski współpracownik Jusup Adżijew, lider kumyckiej młodzieży, który został zastrzelony 19 kwietnia w Chasawjurcie. Dla kogo wasza działalność jest aż tak niewygodna?

Wydaje się, że obydwa zamachy są ze sobą powiązane. W ostatnim czasie Rada Starszyzn Narodu Kumyckiego, Związek Organizacji Społecznych "Spłoczennost'" (spójność) oraz Społeczny Komitet Obrony Praw Narodów Prześladowanych "Anzhi" przyjęły rezolucję, w której jest mowa o tym, że coraz częściej pojawiają się akcje zwrócone przeciwko Kumykom, zwłaszcza wtedy, gdy zaczynamy bronić swoich praw do ziemi. W pełni się z tym zgadzam: jest to element walki o interesy. To był ewidentnie zamach na mnie jako na głównego kumyckiego ideologa - proszę zwrócić uwagę, że napastnicy nie bili mnie po nogach czy po żebrach, a wyłącznie po głowie. To był jasny znak, przestroga, że głoszenie takich poglądów jest niewskazane, niebezpieczne. Mogli mnie zastrzelić, tak jak Jusupa, ale rozbicie głowy jest pewnym symbolem. Bycie ideologiem jest niebezpieczne.

Kto konkretnie był tym zainteresowany? Tutaj splata się wiele spraw, wiele interesów - my mówimy: "jeżeli ukradłeś, to raz będziesz rozgrzeszony, jeżeli tobie ukradli, to tysiące razy będziesz rozgrzeszany, bo grzeszysz tysiące razy, rzucając podejrzenia na niewinnych". Uważamy, że mamy do czynienia z jawnym terrorem przeciwko Kumykom, przeciwko kumyckim działaczom społecznym. Oczywiście nie możemy i nie chcemy mówić, kto jest winny, ale jeżeli sprawa nie zostanie wyjaśniona przez organy ścigania i sądy, uznamy to za przyznanie się do winy przez władze.

A dziś jak Pan ocenia pracę prokuratury w tej sprawie?

To złożona sytuacja. Prokuratura, chcąc bronić moich interesów, powinna, zgodnie ze stanem faktycznym, zgodnie z prawdą, sformułować oskarżenie o usiłowanie zabójstwa działacza państwowo-społecznego - to bardzo ciężki zarzut, poważna sprawa, a organy śledcze, policja chcą, żeby zarzuty były słabsze, na przykład pobicie czy chuligaństwo. I ja nie mam o to do nich pretensji, bo wiadomo, że śledztwo nie zostanie pomyślnie zakończone, a za brak sukcesów w sprawie o próbę zabójstwa grożą im surowe konsekwencje służbowe. Rozumiem tych chłopaków i dlatego nie zamierzam domagać się zaostrzenia kwalifikacji czynu. U nas jest już wystarczająco niestabilna sytuacja, nie chcę prowokować kolejnych demonstracji. Będę spokojnie czekał na rozwój wydarzeń.

Mam już swoje lata, w polityce sporo przeżyłem i najbardziej cenię sobie szacunek swojej społeczności, przede wszystkim mieszkańców mojej rodzinnej miejscowości, której interesy jestem zobowiązany reprezentować. Kiedy leżałem w szpitalu, pod moim oknem zgromadziło się trzysta osób, w Machaczkale zorganizowano manifestację na znak solidarności ze mną - przyszło dwa tysiące ludzi. To daje mi siłę, sprawia, że czuję się potrzebny i wiem, że właściwie wywiązuję się ze swoich zobowiązań.

A z którą z narodowości Dagestanu Kumycy mają najwięcej spornych interesów?

Na równinie narody są tak przemieszane, że w zasadzie należy mówić, iż reprezentujemy interesy obecnych mieszkańców równiny, a nie Kumyków. Niemniej jednak wiadomo, że od zawsze Kumycy mieli wiele spornych kwestii z Awarami.

Jak zatem patrzy Pan na najbliższą przyszłość Dagestanu?

Sytuację należy wnikliwie obserwować, ale też przedstawiać swoje recepty. Według mnie, w Dagestanie mamy do czynienia ze stabilną niestabilnością, ani władze federalne, ani władze republiki nie potrafią uporać się z najważniejszymi problemami. A dlaczego? Otóż wszyscy oni cały czas próbują opierać się na klanach, a już najwyższy czas z tym skończyć. Władza powinna opierać się na społeczeństwie, a nie na klanach. Społeczeństwo wykazywało inicjatywę, chciało uczestniczyć we władzy, ale ze względu na korupcję i stare układy było to niemożliwe. Pojawiła się więc społeczna apatia, rozczarowanie, ludzie przestali chodzić na wybory, stracili wiarę, że cokolwiek może od nich zależeć. Wybory są notorycznie fałszowane, a jeżeli władza opiera się na fałszerstwie, to jest całkowicie zgniła.

Jeżeli sytuacja będzie tak dalej wyglądała, jeżeli nie powstanie społeczeństwo obywatelskie, nie dopuści się ludzi do uczestnictwa we władzy, do ponoszenia współodpowiedzialności, a wciąż będzie się wszystkie kwestie rozwiązywać odgórnie, to już niebawem w Dagestanie będziemy mieli do czynienia z dyktaturą. Będzie tylko wódz i plemiona. Przecież wszystkie ekstremistyczne ugrupowania w naszym kraju są niczym innym, jak wynikiem błędnej, odgórnej polityki. Jeżeli społeczne dążenia, ruchy, protesty nie znajdują swojego konstruktywnego rozwiązania, wtedy ich członkowie szukają innych dróg realizacji własnych potrzeb. Legalna droga jest zamknięta, nie ma więc innego wyjścia, jak tylko ucieczka w podziemie, do lasu, w terroryzm. Radykalne zakazy budzą radykalny sprzeciw.

Aby uzdrowić sytuację, należy stworzyć nową perspektywę polityczną, pozwolić na organizowanie partii na poziomie republiki (obecnie jest to zabronione), a także na "polityzację islamu", czyli tworzenie partii oficjalnie odwołujących się do muzułmańskich wartości. I nie widzę tutaj powodów do obaw, przecież w Europie istnieją partie chrześcijańskie, chrześcijańsko-demokratyczne. W Turcji, kiedy Partia Dobrobytu, oficjalnie uznająca się za islamską, weszła do parlamentu, to Koran nie zastąpił konstytucji, Turcja nadal chce stać się członkiem Unii Europejskiej. Nie sądzę, żeby w samym Dagestanie partia islamska zdobyła więcej niż 30 procent poparcia, zatem nie doszłoby do żadnej rewolucji na scenie politycznej, a zniknęłoby źródło wielu patologii. Jeżeli natomiast kontynuowana będzie polityka oparta na klanach i pseudoelicie, to Dagestan czeka jedynie chaos.

Partnerstwo Wschodnie to dobra lekcja

Z Olafem Osicą, dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich, rozmawiają Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki

NOWA EUROPA WSCHODNIA: Jakie znaczenie dla Unii Europejskiej ma dziś Europa Wschodnia?

OLAF OSICA: Malejące i to w dość szybkim tempie. Aby zrozumieć, jakie Europa Wschodnia i Kaukaz zajmują miejsce w polityce unijnej, musimy wpierw uświadomić sobie, czym jest dziś Unia Europejska. W wymiarze globalnym Europa przeżywa głęboki kryzys siły. Powstał świat wielobiegunowy i główną tego ofiarą padła Unia Europejska. Okazało się bowiem, że brak bliskiego partnerstwa strategicznego ze Stanami Zjednoczonymi sprawił, że na arenie międzynarodowej możemy mniej.

Także jeśli idzie o najbliższe otoczenie Unii, Bruksela nie ma siły sprawczej. To, co się dzieje w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, pokazuje, że kilkadziesiąt lat starań Unii Europejskiej, budowy instytucji i olbrzymich nakładów finansowych - wszystko to zdaje się mieć dzisiaj niewielkie znaczenie. Unia jest jedynie obserwatorem, a nie współuczestnikiem przemian w krajach arabskich. A przecież Francja czy Anglia prowadziły bardzo aktywną politykę wobec swoich byłych kolonii. Wyobraźmy więc sobie, jak nikły wpływ Unia może mieć na kraje Europy Wschodniej, gdzie nie było tych kilku dziesięcioleci aktywnej polityki.

Ostatnim elementem jest to, co się dzieje w samej Unii Europejskiej. Strefa euro, kryzys, problemy wewnętrzne zajmują na co dzień unijnych polityków.

Biorąc to wszystko pod uwagę, łatwiej zrozumiemy, że szczyt w Wilnie będzie zarazem szczytem zaangażowania Unii Europejskiej w Europie Wschodniej. Po tym szczycie większość krajów unijnych uzna sprawę za zakończoną. Może stać się tak, że sytuacja w Europie Wschodniej ani się nie poprawi, ani też się nie pogorszy - a o takim regionie najłatwiej zapomnieć.

Polska jest w Unii Europejskiej, ale sąsiaduje z częścią krajów Europy Wschodniej i nasze podejście siłą rzeczy musi być trochę inne.

Dylemat ten polega na tym, że geografii się nie zmieni - Europa Wschodnia to są nasi sąsiedzi, nie możemy udawać, że nas nie interesuje to, co tam się dzieje. Jednocześnie samodzielnie nie jesteśmy w stanie popchnąć tych krajów w stronę Zachodu. Gdy więc wstępowaliśmy do Unii, mieliśmy nadzieję, że poza impulsem modernizacyjnym zyskamy jeszcze ważne wsparcie z Brukseli w kwestiach wschodnich, że będziemy na Wschodzie silniejsi siłą unijnych instytucji. Dziś widać, że jesteśmy jednym z niewielu krajów, które w ogóle chcą ciągnąć ten wschodni wagonik Unii Europejskiej.

Ale tu trzeba powiedzieć, że wiele zależy też od naszych wschodnich partnerów. Oni muszą nam dać okazję, żeby można było pochwalić jakiś ich wysiłek na rzecz zbliżenia się do świata zachodniego. Jeśli w krajach Europy Wschodniej będą zachodzić pozytywne zmiany, to będziemy mieli większe możliwości, by zainteresować Brukselę dalszym zaangażowaniem na Wschodzie. Jeśli jednak będzie dominować - jak na przykład na Ukrainie - przekonanie o własnej wyjątkowości, to obawiam się, że proces stopniowej marginalizacji agendy wschodniej będzie postępował. Są bowiem państwa w Unii, które chętnie odhaczyłyby temat Europy Wschodniej i do niego nie wracały. Jeśli Wilno będzie sukcesem, to dobrze, ale gdy szczyt się nie uda - może być to uznane za dowód, iż w ogóle nie trzeba było się tym tematem zajmować. Polska i kilka innych krajów będzie mieć problem, jak się w tym odnaleźć.

Są dwie możliwości: można się odgrodzić złotą kurtyną lub prowadzić politykę otwartości - uruchamiając mały ruch graniczny, dając więcej wiz i tak dalej.

Nie powinno być odgradzania się kurtyną, ale są pewne obszary, w których nie mamy narzędzi narodowych - nie zniesiemy wiz do Unii. Bardziej niepokojące jest to, że ta kurtyna może powstawać w wyniku działań wschodnich partnerów. Jeśli u nas będzie postępować modernizacja, a w krajach Europy Wschodniej będziemy mieli do czynienia ze stagnacją, to różnice między nami będą tylko rosły. Z Ukrainą mamy mały ruch graniczny, eksperymentujemy z Kaliningradem, ale Białoruś odmawia w tej kwestii współpracy. To przykład, jak powstawanie tej kurtyny jest obiektywną konsekwencją działań drugiej strony, a nie Polski. Kraje Europy Wschodniej nie mogą jedynie czekać, aż będziemy im przynosić rozwiązania, a one się do nich zastosują lub nie, w zależności od ich sytuacji wewnętrznej. Taka postawa przesądzi o ich głębokiej marginalizacji w Europie.

Co w takiej sytuacji może robić Polska - co zależy od nas, od polskiej polityki wschodniej?

Właściwie już nie sposób odseparować wątku unijnego od krajowego. Bruksela sama z siebie nie zajmie się Wschodem, jeśli Polska nie zwróci jej na niego uwagi, i to najlepiej z poparciem jakiegoś dużego kraju "starej Unii". Oczywiście można twierdzić, że inną rolę pełni minister spraw zagranicznych Polski, gdy przybywa do Mołdawii jako przedstawiciel unijny, a inną, gdy jedzie jako narodowy minister. W ostatnim czasie to zresztą ministrowie spraw zagranicznych, a nie baronessa Ashton, odwiedzali stolice krajów Europy Wschodniej i zachęcali je do wysiłku reform. Czy była to polityka poszczególnych krajów, czy Unii Europejskiej - nie sposób rozstrzygnąć. Ważne, że towarzyszył jej wyraźny przekaz polityczny zgodny zarówno z interesem Unii, jak i Polski.

Jest jeszcze komisarz Štefan Füle, który wypowiada wiele ciepłych słów o Europie Wschodniej.

Komisarz Füle rzeczywiście chciałby wiele nie tylko obiecać, ale i dać krajom regionu, musimy mieć jednak świadomość, że nie ma on mocy sprawczej. Nie od niego będzie zależeć, czy Unia zgodzi się na podpisanie umowy z Ukrainą. Podstawowe decyzje podejmie Rada Europejska.

Ile zostało z projektu Partnerstwa Wschodniego?

Odpowiem tak: nawet jeśli z tego programu niewiele zostanie, to dobrze, że podjęliśmy tę inicjatywę. Partnerstwo Wschodnie było nie tylko ofertą Unii Europejskiej dla krajów położonych na Wschód od niej, ale dla Polaków było dobrą lekcją funkcjonowania w Unii. Poza tym Partnerstwo Wschodnie pomogło nam rozszerzyć perspektywę - obok rozważań o geopolitycznych uwarunkowaniach regionu stworzyliśmy przestrzeń do konkretnych działań na poziomie prawa, instytucji, gospodarki. A to okazało się niekiedy lepszym sprawdzianem intencji partnerów niż w sumie łatwe deklaracje o atrakcyjności Zachodu jako modelu rozwoju. Już na początku dowiedzieliśmy się, że Białoruś i Azerbejdżan nie są zainteresowane projektem. Potem był żmudny proces popychania Unii Europejskiej do rozmów na temat umów stowarzyszeniowych.

Jedną z głównych przeszkód do pokonania przez wschodnie elity jest zrozumienie natury procesu integracji u Unią. Przypomnę, że Polski nie zapraszano do Unii - myśmy się sami tak długo napraszali i przekonywali, pokazując, co udało nam się zrobić, godząc się też nieraz na niekorzystne dla siebie rozwiązania, aż wytworzyliśmy sytuację, w której koszt pozostawienia nas poza Unią był większy niż koszt wpuszczenia nas do środka. I dziś, przy oczywistych wszystkich różnicach, to jest problem Ukraińców - to oni muszą chcieć pokazywać Europie, ile udało się im osiągnąć, muszą naciskać, budować atmosferę, żeby coraz częściej mówiono na europejskich salonach - "bez Ukrainy Unia straci więcej niż z Ukrainą". Tymczasem część wschodnioeuropejskich elit woli dyskutować o geopolitycznym znaczeniu rozszerzenia, a zarazem kluczyć w sprawie odrobienia kilku lekcji domowych.

Raporty wielu think tanków mówią, że sytuacja w krajach Partnerstwa Wschodniego w ostatnich latach uległa pogorszeniu.

I jest to niestety prawda, choć trudno obarczać za to odpowiedzialnością projekt Partnerstwa Wschodniego. Na negatywne zjawiska zachodzące na Wschodzie należy jednak patrzeć także na tle tego, co się dzieje w Europie. W samej Unii Europejskiej mamy dzisiaj poczucie deficytu demokracji i rośnie przekonanie, że wyborca "może zmienić rząd, ale nie politykę" - tak jest przecież nie tylko w Bułgarii i Rumunii, ale i Grecji, we Włoszech czy Hiszpanii. Kryzys Unii Europejskiej nie sprzyja zatem orędownikom budowy instytucji demokratycznych na Wschodzie, a raczej daje argumenty tym, którzy w europejskiej demokracji widzą jedynie elegancką fasadę. Dla przeciętnego obywatela nie jest istotne, czy jego sytuacja jest pochodną "logiki rynków finansowych", czy "logiki systemu oligarchicznego".

Czy wierzy Pan w członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej za swojego życia?

Tak, wierzę i mówię to nie tylko dlatego, że jestem dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich. Należy jednak zadać pytanie, co tak naprawdę rozumiemy przez pojęcie członkostwa w Unii, bo termin ten ewoluuje tak samo jak natura integracji europejskiej. Państwa strefy euro budują własną unię w Unii. Powstają więc kolejne kręgi zewnętrzne dla pozostających poza strefą euro. Już dziś widać, że członkostwo Bułgarii i Rumunii nie jest tym samym co nasze członkostwo, a nasza obecność w Unii różni się od obecności Niemiec. Tych kręgów może być wiele i możliwe, że Ukraina wejdzie do któregoś z zewnętrznych kręgów Unii: będzie brała udział w kilku politykach Unii Europejskiej, zasiadała przy kilku unijnych stolikach. W tym sensie perspektywa pozostaje otwarta.

I znów: wiele zależy od samej Ukrainy. Jeśli podejmie wysiłek reform - nie tylko przyjmie ustawodawstwo, ale następnie wdroży je i będzie go przestrzegać - ułatwi Polsce agitowanie za nią. W energetyce mamy pewien postęp, co pokazuje, że prawdziwym bodźcem dla Kijowa jest silna presja i widmo kryzysu. Ukraina odkrywa nowe złoża, wraca do starych, otwiera się na gaz łupkowy, co oznacza ściągnięcie inwestorów, którym trzeba zaoferować stabilne warunki. Jeśli Ukraina wykazywałaby podobne starania w kwestii małego i średniego biznesu, dużo łatwiej przekonałaby Zachód do siebie.

Problem polega na tym, że dziś kraje Europy Wschodniej nie nadają się do żadnego z istniejących kręgów i raczej zapadają się w sobie. Istnieje niebezpieczeństwo, że staną się takim brudnym zapleczem produkcyjnym Unii - że na Ukrainie, Białorusi czy w Mołdawii będzie się produkować wszystko to, na co nie zezwalają w Unii Europejskiej normy, a także wytwarzać towary na przemyt. Takie byłyby konsekwencje funkcjonowania umowy o wolnym handlu bez wdrożenia politycznych reform: sądowniczych, obywatelskich czy pracowniczych. Czasem można odnieść wrażenie, że elitom tych krajów wręcz zależy na takim rozwiązaniu, ponieważ pozwoliłoby ono na czerpanie doraźnych zysków gospodarczych bez zmiany systemu politycznego.

A więc Wschód jako zagrożenie?

Z pewnością nie będzie to zagrożenie, z którym Unia Europejska ma styczność na południu - w Europie Wschodniej nie ma groźnego czynnika religijnego, etnicznego czy terroryzmu. Migracje nawet nie są problemem, a mogą być korzystne ze względu na stan demograficzny Europy. Natomiast trwały regres Wschodu zawsze będzie problemem dla Polski, bo po drugiej stronie znajdują się państwa, które będą psuły nasze pogranicze. Byłaby to taka wschodnioeuropejska "Ameksyka", pogranicze Meksyku i Stanów Zjednoczonych, czyli wynaturzenie idei sąsiedztwa jako obszaru spotkań nie tego, co bliskie i wartościowe, ale tego, co legalne, z tym, co kryminalne. Podlaskie i Podkarpackie w roli Teksasu oznacza, że nasze poczucie bezpieczeństwa będzie słabło. Ale na razie jest to scenariusz tyle czarny, ile odległy i wciąż jeszcze trudny do wyobrażenia.

Teraz nadzieją Europy na sukces jest Mołdawia...

Przyszłość Mołdawii będzie odpowiedzią na pytanie, czy Unia Europejska jest w stanie cokolwiek zrobić na Wschodzie. Jeśli obecna ekipa rządząca tym krajem mimo wielu poświęceń doprowadzi do podpisania umowy stowarzyszeniowej, a potem się okaże, że skończy się na podpisaniu papierka i nie pójdą za tym duże unijne pieniądze oraz polityczne zaangażowanie - będzie to sygnał, że Unia jest niepoważna. Przegranie Mołdawii to przegranie nadziei wschodnich społeczeństw. To byłby koniec możliwości wpływu Unii na Wschodzie.

Ale Mołdawia ma konflikt o Naddniestrze.

Tak. Można więc zapytać, czy słusznie nie podjęto w Partnerstwie Wschodnim spraw bezpieczeństwa i zamrożonych konfliktów. Chciano ominąć te rafy w przekonaniu, że są to problemy nienadające się do dyplomatycznego rozwiązania, mogą natomiast słabnąć w obliczu pozytywnych przemian społecznych i gospodarczych będących rezultatem Partnerstwa, ale widzimy, że tak nie jest. Armenia, która zbliżała się do Unii, musiała wybrać integrację w ramach rosyjskiego projektu, bo ważniejszy od unijnych programów okazał się realny problem Górskiego Karabachu. Rosjanie brutalnie wymusili na Armenii tę decyzję. Trzeba mieć nadzieję, że podobna akcja nie powiedzie się w Mołdawii.

A co jeśli Rosja zacznie grać tymi konfliktami: Naddniestrze w Mołdawii, Abchazja i Osetia Południowa w Gruzji, Górski Karabach w Armenii i w Azerbejdżanie?

W długiej perspektywie to, co robią Rosjanie, nie ma sensu i jedynie im szkodzi. Mają przecież masę miękkich argumentów - przewagę medialną na terytorium poradzieckim, język, brak wiz, przyjmują wielu gastarbeiterów, a jednak Rosja postanowiła postawić te kraje pod ścianą. To musi wywołać poczucie upokorzenia przywódców tych krajów, którzy, jeśli nadarzy się okazja, będą chcieli się odegrać. Rosja zagrała tak ostro zupełnie niepotrzebnie, bo nikt Armenii nie zmuszał dzisiaj do jakiegoś radykalnego wyboru, nie było zagrożenia dla interesów Rosji. Chodziło jedynie o to, czy ma się poprawić klimat inwestycyjny w tych krajach, czy mają być lepsze niektóre normy i czy kraje te mogą realizować jakieś wspólne programy z Unią Europejską. Rosja nie bierze udziału w Partnerstwie Wschodnim, ale rozmawiając o wschodniej polityce Unii, nie sposób abstrahować od stosunków z nią. Każda próba współpracy z krajami Europy Wschodniej jest przez Moskwę odbierana jako naruszenie jej strefy wpływów.

Partnerstwo Wschodnie nie było pomyślane przeciw Rosji. Owszem jest wiele zagadnień, w których Polska czy Europa mają inne zdanie niż Rosja, ale program Partnerstwa Wschodniego był tak skonstruowany, by ominąć te wszystkie niebezpieczne punkty. Rosja odmówiła udziału w Partnerstwie, bo chciała być traktowana na innych zasadach. Jeśli jednak spojrzymy na eksperyment z małym ruchem granicznym w Kaliningradzie, to jest to przecież działanie w duchu Partnerstwa Wschodniego. W dłuższej perspektywie może to być wspólne osiągnięcie polsko-rosyjskie. Zobaczymy jednak, czy europejski wentyl Kaliningradu nie stanie się w pewnym momencie problemem dla Rosji. Jest to bardzo ciekawy proces, bo Rosji trudno będzie się wycofać z tego eksperymentu.

Rosja jest krajem podzielonym i płyną z niej sprzeczne komunikaty. Ostrzegałbym przed kreśleniem obrazu, że mamy monolityczną neoimperialną Rosję, niezdecydowaną Unię Europejską i biedne kraje Europy Wschodniej, które nie wiedzą, co robić. Te "biedne kraje" doskonale umieją rozgrywać różnice w samej Rosji czy w Unii Europejskiej. Rosjanie są częścią procesu, który zachodzi w regionie, bo Rosja jest w pewnym stopniu współzależna od krajów Partnerstwa Wschodniego. I pewne obawy Rosjan wobec Partnerstwa Wschodniego mają uzasadnienie, ale tylko dlatego, że Moskwa boi się modernizacji. Możliwy jest bowiem taki scenariusz, gdy na Ukrainie wprowadzone będą europejskie normy i rosyjskie produkty będą po prostu niekonkurencyjne - tak przecież stało się w Europie Środkowej - Rosja potraciła te rynki, a teraz nawet przedsiębiorcy z Polski czy z innych krajów sprzedają swoje towary do Rosji.

Ale Rosjanie mają problem z odnalezieniem się nie tylko wobec Partnerstwa Wschodniego, ale mają problem wręcz z odnalezieniem swojego miejsca w świecie. Moskwa dramatycznie walczy o zahamowanie procesu spadku swojego znaczenia. Może jeszcze dzięki temu, że zajmuje miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, pokazywać, że ma globalne znaczenie - jak w przypadku Syrii. Tak naprawdę jest tylko regionalnym mocarstwem, które walczy o przetrwanie. Jest wewnętrznie niespójna, boryka się z narastającymi problemami wewnętrznymi, a głównego rywala, którym są Chiny, a nie Zachód, udaje, że nie dostrzega.

Czy Rosja rzeczywiście tak traci na znaczeniu?

Z perspektywy Chin i Waszyngtonu coraz bardziej jawi się jak wielka przestrzeń między Chinami a Europą, trochę jak w Dniu oprycznika Władimira Sorokina, gdzie Rosja została przedstawiona jako państwo na zachodzie odgrodzone wielki murem, które przyjazne stosunki polityczne utrzymuje tylko z Chinami, żyjąc z eksportu ropy i gazu. W długiej perspektywie polityczna podmiotowość Rosji w świecie jest narażona na ogromne wyzwania będące pochodną niemożności wewnętrznej reformy z jednej strony, a koniecznością adaptacji do zmieniającej się sytuacji międzynarodowej - z drugiej. Ten szpagat, który dzisiaj obserwujemy w obszarze rosyjskiej energetyki, będzie się poszerzał i dotykał innych sfer.

Rosjanie jednak mają własny pomysł na integrację - Unię Euroazjatycką, czy ta idea ma szanse powodzenia, czy może powstać konkurencja dla Unii Europejskiej?

Nie, co nie znaczy, że powinniśmy ten projekt bagatelizować i że nie może on funkcjonować w pewnym zakresie. Główny problem ma naturę polityczną: elita rosyjska jest immanentnie niezdolna do budowy prawdziwie partnerskich relacji. Jej klasyczne podejście do polityki międzynarodowej jako gry o sumie zerowej dotyczy nie tylko domniemanych przeciwników, ale i potencjalnych partnerów. Tymczasem każda forma integracji między państwami musi mieć oparcie we wzajemnym zaufaniu, co nie wyklucza oczywiście rywalizacji. Tymczasem prezydent Władimir Putin sprawia wrażenie, jakby chciał być zarazem Adenauerem i Schumannem, zapominając, że integracja gospodarcza Europy była elementem pojednania. Dlatego Unia Euroazjatycka będzie zawsze bardziej funkcją rosyjskiej presji niż wspólnym celem jej członków.

Olaf Osica jest dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia.