Nowa ludzkość - Jolanta Kupiec

Reflow text when sidebars are open.
Przedmieścia Warszawy
- Co za nieznośny upał - narzekała od czasu do czasu Danka. - Rysiek, chyba byłoby najlepiej rozpiąć nad ogrodem wielki baldachim, wtedy dałoby się jakoś funkcjonować koło domu. Ale wiem, że to też nie całkiem dobre rozwiązanie.
- Raczej nie - potwierdził lakonicznie Rysiek.
- Każdego roku upały są coraz większe. Staramy się do tego przyzwyczajać, ale ile można? A tu zapowiadają dalszy wzrost temperatur - ciągnęła poirytowana Danka.
- To nieuchronne zmiany klimatyczne - mruknął Rysiek. - Odkąd Ziemia istnieje, były okresy ochłodzenia i ocieplenia. A teraz ludzie na świecie dokładają się do tego solidnie złą gospodarką.
- Ale dawniej ludzie jakoś sobie z tym radzili.
- Po prostu opuszczali niedogodne miejsca i migrowali na inne tereny.
- Nie wyobrażam sobie tego teraz. Przy tej liczbie ludności na świecie? A żeby to tylko zmiany klimatyczne! Wszystko się kotłuje - podsumowała obruszona Danka.
Niemłode już małżeństwo Leszczyńskich relaksowało się na leżakach w cieniu rozłożystego orzecha, chłodząc się cytrynowo-miętowym napojem. W pobliżu przekomarzali się wesoło dwaj chłopcy: wnuk Danki i Ryśka, dziesięcioletni Mateusz, w domu nazywany zdrobniale Mati, i rok starszy Bartek, kolega z sąsiedztwa. Grali w jakąś wymyśloną grę, używając patyczków i kolorowych kulek. Stawiali tajemnicze stacje badawcze i inne punkty doświadczalne. Smartfony już ich znudziły. Wśród rówieśników wyróżniali się szerszymi horyzontami i otwartością na świat. Co ciekawe, już wtedy przeczuwali, że przypadnie im rola tych, którzy wyznaczają nowe drogi. Niby byli zajęci zabawą, ale rozmowy starszych rejestrowali z właściwą małolatom podzielnością uwagi.
Charakteryzowała ich dziecięca zażyłość, a że byli do siebie podobni fizycznie, to tym bardziej zwracali na siebie uwagę otoczenia.
- Wie pani - odezwał się Bartek - najlepiej byłoby mieć oprócz domu na zimę jakąś podziemną grotę na czas letnich upałów, dobrze wyposażoną, jak mieszkanie.
- Bartek - podchwycił Mateusz - musimy zająć się takimi projektami, jak skończymy szkoły.
- Po co te groty? - wtrącił dziadek Rysiek. - Dawniej budowano pod domami piwnice, które też sprawdzały się podczas upałów.
- Ale to nie to samo - zaprotestował poważnie Bartek. - Piwnice były z betonu, nieprzewiewne, nie nadawały się do dłuższego zamieszkania. A naturalne groty, jaskinie czy tunele to co innego.
- No tak - przytaknął niechętnie Ryszard. - Ale nie wszędzie można znaleźć pod domami jaskinie czy tunele.
- To jest do przemyślenia na poważnie, przyszłościowo. Można zasiedlać takie tereny z naturalnymi tunelami. Jest ich pełno, technologia robi postępy - podsumował Bartek. - Mati, jak podrośniemy, zajmiemy się tym, prawda?
- Jasne. Nawet już teraz możemy myśleć nad zmianami w późniejszym budownictwie.
- No, zapowiada się nam, a właściwie wam, chłopcy, ciekawa przyszłość. Działajcie.
- A wiesz, dziadku - ciągnął z zapałem Mati - przychodzi czasem do naszej szkoły taki ciekawy pan i rozmawiamy o przyszłości, takiej lepszej, i o wprowadzeniu koniecznych zmian. Co można zmienić w nauczaniu, edukacji dzieci, żeby nauka stała się interesująca i użyteczna. A nie tak jak teraz, nudna i ogłupiająca. Ale przede wszystkim musi się zmienić myślenie ludzi.
- O! Z tym myśleniem to przydałaby się zmiana. W szkole jest aż tak kiepsko? Właściwie twoja mama wspominała coś o zajęciach pozalekcyjnych, na które chętnie chodzisz z innymi uczniami.
- Mama nawet z tym panem rozmawiała i mówiła, że to bardzo wartościowe spotkania. Wychowawczyni też je lubi. Bartek! - Mateusz odwrócił się do kolegi. - To mamy już jakiś plan na przyszłość. A jak skończymy szkoły, tylko takie lepsze, mądrzejsze, to zajmiemy się budowaniem nowej rzeczywistości - zakończył poważnym, zdecydowanym tonem.
- I oczywiście zajmiemy się ograniczaniem nadmiernych upałów, opanowaniem klimatycznych zmian i tanią energią - fantazjował wesoło Bartek.
Danuta i Ryszard spojrzeli na siebie porozumiewawczo, wyraźnie zaskoczeni. Obaj chłopcy wyróżniali się nie tylko odważnymi pomysłami, ale oprócz poważnych tematów lubili też, jak przystało na młodzież, poszaleć z piłką, jazdę na rowerach, górskie wycieczki i muzykę, ale nie tę modną dzisiaj, eklektyczną, tylko dawniejszą, bardziej wyszukaną.
*
Wiktor Zandrowski prowadził dla chętnych uczniów szkół podstawowych bezpłatne warsztaty kreatywnego myślenia. Wcześniej był dziennikarzem i podróżnikiem, a teraz zajmował się badaniem ludzkich społeczności i przyczyn współczesnych zapaści. Napisał na ten temat wiele książek. Powodów zmian ludzkich zachowań upatrywał w gruntownych przemianach związanych z systemem nauczania. Z czasem jednej z nauczycielek szkoły podstawowej udało się zorganizować zajęcia pozalekcyjne. Zgodnie z wypracowaną i opublikowaną przez siebie nowoczesną metodą edukacyjną Zandrowski zachęcał uczniów do samodzielnego myślenia i oceniania rzeczywistości, rozwoju kreatywności i wyciągania wniosków. Wciągał ich nawet w filozoficzne dyskusje. Uczniowie bardzo lubili te spotkania. Mogli swobodnie wypowiadać się na tematy proponowane przez Wiktora, ale też poruszać swoje własne. A pomysłowość, elokwencja i inteligencja wielu z nich była imponująca.
Epizod z przyszłości
Rejon Sudetów
Ogromna posiadłość położona na podgórskim terenie tonęła w zieleni. Wyglądała przedziwnie. W centralnej części działki stała pięknie utrzymana stylowa willa, sprawiająca wrażenie zbudowanej w odległych czasach dwudziestego wieku, kiedy podobne budowle czy pałacyki posiadali bogaci ludzie.
Te czasy przeminęły.
Zbliżała się połowa XXI wieku.
Nie spotykało się już tego rodzaju obiektów. Ten odgrywał rolę historyczną, ale nadano mu funkcjonalność właściwą dla nowych czasów. Wkomponowany w nowy styl, z równoczesnym zachowaniem starszych rozwiązań, zyskał rangę przełomowego dzieła architektonicznego. Budynek składał się z kilku kondygnacji zdobionych wieżyczkami oraz łukowo rozmieszczonych, ciekawie wkomponowanych pawilonów z przeszklonymi partiami. Dawało to efekt idealnego wpasowania się w otoczenie i przy tym nie zaburzało okazałości willi.
Była to siedziba Instytutu Kreatywnej Przyszłości Bio-Nat-Pol, który miał już filie w kilku miejscach w Polsce. W pracowniach, laboratoriach, halach doświadczalnych i salach konferencyjnych tętniło intensywne życie odpowiednio dobranych zespołów zapalonych naukowców i konstruktorów o ponadprzeciętnych umysłach. Tworzyli je głównie ludzie młodzi.
- Profesorze Karpiński! - Młody człowiek biegł długim, oszklonym korytarzem w stronę nieco starszego mężczyzny. - Chciałbym z moim zespołem przedyskutować pewne zagadnienie. Czy znajdzie pan dzisiaj chwilę?
Profesor Piotr Karpiński był niewysokim, szczupłym mężczyzną o miłej twarzy, z gęstą czupryną jasnych włosów. Dzięki temu, mimo prawie pięćdziesięciu lat na karku, niewiele odbiegał wyglądem od młodych pracowników. Piastował stanowisko kierownika Instytutu, był też jego współzałożycielem.
- Witam cię, Mati. A wy ciągle z tym profesorem. - Dobrotliwie pogroził Mateuszowi palcem. - Przecież od dawna wszyscy jesteśmy w Instytucie na "ty".
- No tak - przytaknął chłopak - ale wszyscy mamy duże poważanie dla twojego tytułu, jesteśmy z niego dumni. Ale teraz musimy coś zaprezentować.
- Pewnie macie znowu jakąś sensacyjkę? - zainteresował się profesor. - Za jakąś godzinę do was przyjdę. Jesteście w trzeciej pracowni?
- Tak. Natrafiliśmy na niezwykle ciekawe zjawisko, będziesz zaskoczony. - Ekscytacja aż biła od Mateusza.
- Dobrze znam, Mati, twoją grupę, wasze oszałamiające osiągnięcia również. Świetnie pracujecie, a skoro słyszę, że jesteś tak podekscytowany, to wiem, że macie coś rzeczywiście fascynującego.
- Kilkakrotne eksperymenty potwierdziły nasze wcześniejsze przewidywania. To wielki przełom i ogromna korzyść dla całej ludzkości.
- Chętnie się zapoznam. Będę za godzinę.