Rozdział 6
6
Hakone, wyspa Honsiu, Japonia
Cléo delektowała się ciszą.
Uwielbiała swoją klasę - tych dwadzieścioro sześcioro uczniów, ich
śmiech i nieustanne pytania, ich niewyczerpaną energię, lubiła być
kapitanem pośród tego wiru - jedyną dorosłą, która gromadziła ich
dziecięce marzenia, chroniła je i pomagała im rozkwitać. Lecz jeszcze
bardziej lubiła tę sekundę, gdy jednym przyciśnięciem TPC wszystkie
dzieciaki wracały do domu, a ona nagle zostawała w ciszy, bez
pięćdziesięciorga dwojga oczu śledzących każdy jej gest, bez lawiny
pytań rozrywających jej myśli. Dlatego dopiero po nacieszeniu się tą
chwilą ona też wcisnęła TPC, by wrócić do siebie.
Sama.
Jej dom wznosił się w górzystym Hakone. Typowy japoński dom, miał
spadzisty dach, drewniane ściany, a wewnętrzne ścianki z papieru i stał
w sadzie wiśniowym. Szukała go miesiącami, błądząc samotnie po wyspie
Honsiu, od jej północnego cypla po południowy. Choć dorastała w domu
matki, na wysokim normandzkim klifie, już jako nastolatka marzyła
właśnie o tym - zamieszkać w Japonii, w domu jak ze starych kreskówek
Miyazaki, Mój sąsiad Totoro czy Podróż Chihiro. Teraz zapominała tu
o niepokojach i nie odczuwała potrzeby przemieszczania się dokądkolwiek
(oczywiście - poza godzinami pracy w szkole). Mogła spacerować, czytać i marzyć.
Sama.
Jej przestrzeń prywatna była śmiesznie mała - niespełna pięćdziesiąt
metrów kwadratowych - ale nikt nie teleportował się nigdy w pobliże domu
tak odległego od brzegów jeziora Ashi i cienia góry Fudżi. Prawie cała
populacja tłoczyła się nad morzem, a najbliższe siedziby znajdowały się
trzy kilometry stąd.
Czasami Cléo kochała ciszę.
Czasami uwielbiała muzykę - głośną, bardzo głośną, płoszącą łakome
ptaki, które obsiadały gałęzie wiśni. To nic, ptaki wracały.
Było ciepło. Cléo otworzyła drzwi, okna, okiennice, które zablokowała
oparciami dwóch wiklinowych krzeseł stojących przed domem. Włączyła
muzykę.
Akordy Supermacy Muse wybuchły z taką mocą, że daleko, bardzo daleko z Fudżi osypał się śnieg.
Szczęście! Cléo najchętniej zrzuciłaby z siebie ubranie, zatańczyła nago
na polach różowych od shibazakura1 albo nad brzegiem
miniaturowego basenu z nenufarami, który zrobiła przed domem. Właściwie,
dlaczego nie? Była sama! Była wolna! Nic jej nie mogło powstrzymać.
Weszła do sypialni, z przyjemnością zatrzymała spojrzenie na ciemnych
jedwabnych kakemono na papierowych ściankach i już wyciągnęła rękę, by
zdjąć przez głowę bluzkę, nawet jej nie rozpinając.
- Co ty wyprawiasz?
Głos dobiegał spomiędzy łóżka i szafy, potem ugodził ją w plecy.
Wystraszona Cléo aż podskoczyła. Przed sekundą w sypialni nikogo nie
było!
Jej serce biło bardzo szybko, w pierwszej chwili ze strachu, potem się
uspokoiło, ale wtedy ogarnął ją gniew i zaczęła się galopada myśli.
- Mama?
- Owszem, a któż by inny? Dałaś dostęp do swojej przestrzeni prywatnej
jeszcze komuś? Mężczyźnie? Powiedziałabyś mi, gdyby...
- Co ty tu robisz?
- Właściwie... nic szczególnego. Odwiedzam córkę. Córkę, która nie
odpowiada na moje wiadomości.
- Mamo, byłam w pracy.
- Przecież dlatego odwiedzam cię dopiero teraz.
Cléo przez chwilę przyglądała się matce. Surowa szarość jej kostiumu
kontrastowała z kolorową bluzką córki. Pięćdziesięciodwuletnia Myl?ne
Loiselle była nadal piękną kobietą, za którą niewątpliwie oglądało się
wielu panów w jej wieku. Byli w jej życiu przez chwilę, by zaraz potem
zniknąć. Cléo nie potrafiła zrozumieć, dlaczego matka nie zdołała
utrzymać przy sobie żadnego faceta dłużej niż pół roku. Nawet jej ojca.
Zbyt zaborcza? Zbyt dominująca?
Nie mogąc matkować mężczyźnie, mściła się na zbyt dobrej córce. Chociaż
Cléo starała się nie być już za dobra.
- Mamo, mówiłam ci setki razy, że nie chcę, byś teleportowała się do
mnie bez uprzedzenia! Mam dwadzieścia dziewięć lat, mam prawo wiedzieć,
że nie wpadniesz do mojej łazienki, kiedy biorę prysznic, i nie
usiądziesz na moim łóżku, kiedy się budzę. Jeżeli nie przestaniesz,
odetnę dostęp twojego TPC do mojej przestrzeni prywatnej!
- Nie zrobisz czegoś takiego swojej matce!
- Owszem, zrobię.
Myl?ne wybuchnęła śmiechem, okazując, że nie bierze tych pogróżek do
serca.
- Najpierw wyłącz tę zwariowaną muzykę.
Zdenerwowana Cléo usłuchała. Zresztą czar i tak prysł. Wyłączyła muzykę,
ale włączyła telewizor. Musiała pokazać matce, że nie zamierza spędzić
wieczoru na rozmowie z nią. Ekran zajął całą ścianę na wprost łóżka.
- Coś takiego, nie wiedziałam, że interesują cię wiadomości, Cléophée?
- Mamo, proszę cię, nie mów do mnie Cléophée. Wystarczy Cléo! Doskonale
wiesz, że nie znoszę mojego imienia w pełnym brzmieniu. Szczerze mówiąc,
mogłaś wybrać coś mniej...
Matka podeszła do okna i popatrzyła na trawnik zasypany płatkami kwiatu
wiśni.
- Cléo... Wróżka... Leśna czarodziejka. Uważam, że to imię doskonale do
ciebie pasuje. Jesteś piękna, masz fantazję, brakuje ci tylko miłego...
Cléo natychmiast pogłośniła telewizor. Prezenter, na którego twarzy
malował się smutek, z powagą mówił o zamachu. O liczbie ofiar, jakiej
nie było od lat. Dziesięcioro zabitych. Na ekranie nie pokazywały się
żadne obrazy, tylko dziennikarz, który wyjaśniał, że nikt poza służbami
bezpieczeństwa nie może teleportować się na miejsce tragedii.
Przewodniczący Światowej Organizacji Podróży, Galileo Nemrod, miał lada
chwila rozpocząć konferencję prasową.
Matka Cléo usiłowała zagłuszyć telewizję. Najwyraźniej nie obchodzili
jej ci tragicznie zmarli z drugiego końca świata.
- Córeczko, zakłóciłam ci spokój, ponieważ mam dobrą wiadomość.
Doskonałą wiadomość!
Otworzyła szafę w sypialni, a potem powiedziała:
- Dziś wieczorem musisz wyglądać olśniewająco!
- Słucham?
- Zostałaś zaproszona... przez Eliasa, twojego narzeczonego.
- Nie jest moim narzeczonym.
- Ależ jest... Szaleje za tobą! Nie mam pojęcia, dlaczego, ale ten chłopak
za tobą szaleje. Pospiesz się, kochanie. Elias jest przystojny, ma
doskonałą posadę, interesuje się tobą, więc nie postępuj jak twoja
matka, nie marnuj szansy. Widzisz, mężczyźni są jak ryby, które nie
płyną rzeką pod prąd, trzeba je łowić, kiedy przepływają obok nas.
Jeżeli ty nie złapiesz największej, zrobi to jakaś inna.
- Mamo! Elias jest czarujący, inteligentny i na pewno ma mnóstwo innych
zalet, ale on mi się nie podoba.
Matka westchnęła.
Na ekranie pojawił się przewodniczący Nemrod. Kamera filmowała
wystarczająco szeroki plan, by dało się rozpoznać za jego plecami Pomnik
Pokoju w Hiroszimie. Pierwsze piętro Genbaku oraz dół krawatu
przewodniczącego zasłaniał pasek, na którym wyświetlały się w czasie
realnym ostatnie pytania zadane Ekklesji.
- Cléophée, stałaś się naprawdę zbyt poważna! Nie widujesz się już z nikim poza tymi dzieciakami i wiśniami w sadzie. Kochanie, co się z tobą
stało? Przedtem byłaś taka szalona! Pamiętasz ten wieczór, kiedy
pożyczałaś TPC chłopcu z liceum, żeby mógł przyjść do twojego pokoju?
- Miałam wtedy piętnaście lat!
- A teraz masz dwadzieścia dziewięć! Jeżeli dalej tak pójdzie, skończysz
jako stara panna. Ale obiecałam ci dobrą wiadomość, więc pogadajmy o przystojnym Eliasie. Ponieważ nigdy nie odpowiadasz, kiedy do ciebie
pisze i nie reagujesz na jego zaproszenia, uroczy chłopak, który ma
dobrze poukładane w głowie, co jest kolejną jego zaletą, postanowił
zwrócić się bezpośrednio do twojej mamy.
Elias był przyjacielem Cléo z dzieciństwa. Chodzili do tej samej szkoły
w Normandii. Jego rodzice przyjaźnili się z jej matką, ale potem
przeprowadzili się do Montevideo. Z tego, co wiedziała Cléo, Elias
został architektem i pracował w dużej firmie Budownictwa i Robót
Światowych.
- Dobrze mamo, czego ode mnie chce?
- Chce się ożenić!
- Słucham?!
- Nie natychmiast, masz czas, chce się ożenić w 2118. Dokładnie 31 maja.
Cléo osunęła się na łóżko, nie zwracając uwagi na matkę, która oglądała
kolejne ubrania córki wiszące w szafie.
- Mamo - westchnęła nauczycielka - coś ty znowu wymyśliła?
Rozdział 1
1
Tetamanu, archipelag Tuamotu, Polinezja
Jak każdego ranka, Rupert Welt cieszył oczy widokiem długiej białej
plaży na Tetamanu. Gdyby nie wynaleziono teleportacji, byłoby dokładnie
tak samo - mógłby spędzić resztę życia na słonecznym przez cały rok
atolu, z dala od zamieszkanego lądu.
Przeszedł kilka kroków po piasku i przywołał psa. Owczarek niemiecki
biegł sto metrów przed nim, dla zabawy popychając pyskiem orzechy
kokosowe, które spadły z palm.
- Rolf!
Wodził wzrokiem po turkusowej lagunie, podziwiając zdumiewającą
różnorodność jej odcieni. Nigdzie na świecie nie ma tak czystego koloru
niebieskiego. Raj, pomyślał Rupert, mieszkam w raju! A jednak przez
tę cholerną teleportację, to i tak było za mało! Minna upierała się,
żeby wychodzili co najmniej raz dziennie, dokądkolwiek, byle tylko
odetchnąć innym powietrzem. Ruppy, tylko na półtorej godziny -
prosiła, to przecież ledwie garstka minut, kochanie, chwila na to,
żeby zachwycać się zachodem słońca na drugim końcu świata czy zaczerpnąć
tlenu na azjatyckim albo syberyjskim szczycie. Tak...
Rupert kopnął kokos, a Rolf natychmiast ruszył za nim w pościg i przyniósł go panu w rozdziawionym pysku.
Tak... Cóż więcej można było zobaczyć daleko stąd? Rupert miał już za sobą
pikniki na Kilimandżaro, szybkie spacery ulicami Rzymu, Paryża czy
Tokio, wędrówki po Nepalu i do wodospadów Tanganiki. Dlatego znalazł
sobie dobrą wymówkę, by siedzieć spokojnie na swoim atolu.
Rolfa!
Zdjął z głowy zieloną czapkę "Privado Laguna" i z odrazą przyglądał się
lepkiemu, na wpół zgniłemu kokosowi, który Rolf złożył mu u stóp.
Owczarek niemiecki znudził się już tą zabawką, teraz wpatrywał się w morze. Niespokojnie poruszał ogonem, nastawił uszu. Był wyraźnie
zaintrygowany! Rupert także zwrócił oczy na horyzont, przesmyk Tumakohua
na południu, w stronę Pacyfiku. Co Rolf mógł tam wypatrzyć? Co można
było zobaczyć na wodzie? Nic! Była szósta rano, na atolu wszyscy jeszcze
spali.
Rupert wzruszył ramionami i znów kopnął gnijący kokos. Rolf zawahał się,
a potem pobiegł za orzechem.
Tak, Rupert wrócił do swojego monologu (lubił tak stać na piasku, w samotności, i rozmyślać o tym i owym), Rolf to doskonała wymówka od
teleportowania się co pięć minut na drugi koniec świata. Pies ważył
pięćdziesiąt jeden kilo - duże zwierzę, większość owczarków nie
przekraczała czterdziestu. Rupert karmił go po królewsku, żeby osiągnąć
taki efekt. No i udało się! Odkąd Światowa Organizacja Podróży dodała
sławetny artykuł 19 do Konstytucji z roku 2058, nie wolno było
teleportować się z bagażem cięższym niż pięćdziesiąt kilogramów - czy to
z walizką, czy zwierzęciem do towarzystwa. Rupert był więc zmuszony
pozostać na wysepce Tetamanu, nie zamierzał skazywać Rolfa na dietę, a tym bardziej zostawiać go pod opieką sąsiadów. Toteż Minna uganiała się
po świecie sama albo z koleżankami i, jeśli miała na to ochotę, mogła to
robić choćby co piętnaście sekund - jemu to nie przeszkadzało.
Czekał na nią ze Stephanem, Hansem, Josephem i Miką, rozmawiając na
plaży albo śpiąc na słońcu. Żywot kraba. Wydali istną fortunę na prawo
do sprywatyzowania tej wysepki, więc teraz powinien się nią nacieszyć.
Pięć małżeństw kupiło atol. Stali się jego współwłaścicielami. Sami
emeryci, Niemcy, żadnego dziecka, tylko jeden pies i jeden kot. Wszyscy
zbili majątek jako wytwórcy elektryczności sprzedawanej na cały świat i wszyscy zgodzili się stosować drakoński regulamin prywatnych atoli
Tuamotu, obejmujący zarówno Rangiroę, jak i Anaę czy Mataivę: ścisłe
ograniczenie liczby gości, zakaz przekazywania swojego TPC nieznajomym,
obecność strażnika, by strzegł granic przestrzeni prywatnej za rafą
koralową.
Emeryt odruchowo szukał oczyma tej niewidocznej granicy na oceanie, za
najdalszymi ozorami piasku i palmami kokosowymi, które wyciągały szyje,
jakby chciały zanurzyć liście w wodzie. Ale gdzie właściwie był ten
leniwy strażnik? Powinien budzić się pierwszy, zrobić obchód wyspy o wschodzie słońca, posprzątać plażę. Rupert zobaczył, jak Rolf wypuszcza
z pyska pękniętego kokosa i znów stawia uszy, wpatrzony w morze.
Nieruchomy.
Rupert zwrócił oczy tam, gdzie patrzył jego pies. Zaniepokoiło go to
niewytłumaczalne poczucie zagrożenia. Spod daszku czapki obserwował
punkt widoczny w dali, tuż przed linią horyzontu. I wreszcie zobaczył to
wyraźnie.
Żagiel.
Biały żagiel.
Niemożliwe!
Oczywiście, zdarzało się, że jacyś wariaci teleportowali się na morze z deską surfingową albo kitesurfingową i dopływali aż do granicy wód ich
przestrzeni prywatnej. Właśnie z tego powodu płacili temu prymitywowi
Fischerowi, strażnikowi wyspy - miał ich pilnować. Na ogół amatorzy
silnych wrażeń bawili się tu przez chwilę, starając się utrzymać na
wodzie i pokonać kilka metrów, wykorzystując falę, a potem teleportowali
się w inne miejsce.
Jednak nikt już nie używał... żaglówek!
Tymczasem biały żagiel stawał się coraz większy, zbliżał się. Ktoś
wykorzystywał tę łódź jako... środek lokomocji.
Żałosne!
- Chodź Rolf.
Owczarek niemiecki z żalem porzucił zmaltretowany orzech kokosowy.
Rupert podjął decyzję: rozejrzy się po atolu, w końcu zajmie mu to tylko
dwadzieścia minut, a jeśli przyłapie Fischera na drzemce pod palmą,
potrząśnie nim i każe mu teleportować się z ważącą poniżej
pięćdziesięciu kilogramów łódką pneumatyczną w pobliże zadziwiającej
jednostki pływającej z zamierzchłych czasów, żeby zrobić z nią porządek.
Może wcale nie z takich zamierzchłych, pomyślał Rupert. Przesadził.
Przed teleportacją (Rupert zachował z tamtej epoki tylko mgliste
wspomnienia, miał zaledwie jedenaście lat, kiedy testowano pierwsze
teleportacje ludzi) podróżowano statkami, samochodami, rowerami albo
pieszo, a psy wyprowadzano na spacer w pobliżu domu, dokładnie tak, jak
on dziś na swojej wyspie. Kiedy Rolf był młody, kiedy ważył poniżej
pięćdziesięciu kilogramów, a poza tym nie istniał ten idiotyczny
przepis, Rupert bawił się z psem na setkach różnych plaż w najróżniejszych zakątkach świata i rzucał mu do wody kokosy, podczas gdy
Minna się opalała. W końcu jednak uświadomił sobie, że Rolfa nie
obchodzi, czy biega po plaży w Copacabanie, czy na Bora-Bora, że piasek
na Mauritiusie nie różni się dla niego niczym od piasku w Honolulu... tak
samo, jak dla Ruperta!
Biały żagiel wciąż się zbliżał. Sunął prosto na niego. Jasny trójkąt
odcinał się wyraźnie od różowawego porannego nieba.
A tego lenia Fischera nigdzie nie było.
Trudno. Rupert przystanął, wyjął z kieszeni okulary przeciwsłoneczne i ustawił maksymalny zoom. Powiększenie było tak silne, że zakręciło mu
się w głowie i o mało nie upadł. Kolejny wynalazek, który przyprawiał o dreszcz. Czy naprawdę ludziom były potrzebne okulary umożliwiające
widzenie z odległości kilometrów? Dysponując takim sprzętem, większość
przestawała dostrzegać to, co miała pod nosem.
Rupert osłupiał.
To rzeczywiście była żaglówka!
Widział ją bardzo dokładnie, w najdrobniejszych szczegółach. Widział też
człowieka, który nią sterował. Mężczyznę, blondyna o krótkich włosach,
jasnej cerze. Około czterdziestki.
To był marynarz!
Czy marynarze jeszcze istnieli? W życiu, nie tylko w książkach i starych
filmach o piratach? Rupert uważniej przyjrzał się dużej łodzi.
Jasnowłosy facet sterował nią, obracając czymś w rodzaju dużej
kierownicy. Wyglądał na odprężonego, jednak rzeczy leżące u jego stóp
przyprawiły emeryta o gęsią skórkę.
Broń!
Rupertowi nic się nie uroiło, ten marynarz, który przybył, nie wiedzieć
skąd, przewoził broń! I to nie żadne pistoleciki, ale strzelby i karabiny o długich lufach, dużego kalibru - takie, jakie mieli tylko
wojskowi. Te przedmioty na pewno ważyły ponad pięćdziesiąt kilo, co być
może wyjaśniało, dlaczego podróżował w tak staromodny sposób, zamiast
się teleportować.
Do stu komet, kim był ten człowiek? Policjantem? No i gdzie włóczył się
ten obibok Justus Fischer? Na Tetamanu tylko on jeden miał broń.
- Szybciej, Rolf.
Rupert przestawił okulary i ruszył prężnym krokiem. Nie zamierzał tu
stać i czekać, aż tamten przybije do brzegu. Musiał obudzić Minnę, potem
Hansa i Stephana, i wszystkich innych. Przed oczyma przemknęły mu
idiotyczne sceny ze starych filmów o piratach, którzy przypływali, żeby
grabić zagubione na oceanach wyspy. Odpędził je - blondyn nie miał
drewnianej nogi, a na maszcie żaglówki nie łopotała flaga z trupią
czaszką. No i przede wszystkim - na Tetamanu nie było zakopanego skarb,
było tu tylko dziesięcioro emerytów, którzy nikomu nie wadzili, a w zamian oczekiwali jedynie, że nikt nie będzie zawracał im tutaj głowy.
U nich.
Żałował, że zostawił TPC na stoliku nocnym. Mógłby błyskawicznie
teleportować się do Minny, byłoby mu znacznie łatwiej, niż brnąć po
piasku, w który zapadał się przy każdym kroku. Nie oglądaj się za
siebie!, nakazywał sobie Rupert, gdy mimowolnie skręcał ramiona, głowę
i szyję, i znów przybliżał obraz, uciskając okulary.
Do diabła!
Jasnowłosy marynarz także miał okulary. Okrągłe i czarne. I patrzył na
niego. Od brzegu dzielił go jeszcze kilometr, ale widział go równie
dobrze, jak Rupert jego.
Putamundo!
Rupert cisnął okulary na piasek.
- Biegnij, Rolf, biegnij!
Rupert pędził najszybciej, jak mógł, ale nie biegał od lat. Już od dawna
nie uprawiał żadnego sportu, okrążał tylko wyspę, spacerując wolno z Rolfem. Nie był gruby, chociaż miał lekką nadwagę, jak wszyscy
mieszkańcy atoli, którzy teleportowali się nawet po chleb do piekarni
albo z łóżka do kawiarnianego ogródka czy na stadion, żeby usiąść na
trybunie.
- Rusz ten gruby tyłek, Ruppy - dyszał, żeby się zmobilizować. - Za
szpalerem palm kokosowych ten świr nie będzie już mógł cię śledzić.
Przygotujemy się i zaczekamy na tego przeklętego żeglarza.
Jego ciało jakimś cudem słuchało poleceń, drgało, skrzypiało, ale
robiło, co trzeba. Nogi niosły go, podrywając w górę piasek, jakby
uśpione mięśnie obudziły się na komendę, doskonale wypoczęte i sprawne
jak nigdy.
Rolf pomyślał, że Rupert bawi się jak za dawnych czasów, kiedy biegali
po plażach na wszystkich kontynentach. Był tego pewny, kiedy Rupert
potknął się o orzech kokosowy, o mało nie upadł, ale biegł dalej, prawie
nie zwalniając. Rolf zboczył, żeby dogonić obracający się orzech.
Chwycił go w locie, przywarł brzuchem do ziemi, żeby go aportować.
Zepsuty owoc, za mocno ściśnięty zębami, roztrzaskał mu się w pysku,
wylewając z siebie białą i zieloną maź. Zdziwiony Rolf wypluł ją.
Panowała niezmącona cisza, którą zakłócał tylko szum fal.
Rolf spuścił uszy, zasmucony, że zepsuł zabawkę.
Przez ułamek sekundy śledził spojrzeniem ruch dziwnej zielonej kulki,
takiego samego koloru jak palmy kokosowe, do których Rupert prawie
dobiegł, trochę ciemniejszej od jego czapki i tańczącej po czubku głowy.
Zaraz potem, równie gwałtownie jak kokos w pysku psa, eksplodowała głowa
Ruperta.
Rozdział 2
2
Port w Hongkongu
- Dzieci, co świętujemy w tym roku?
Przed Cléo uniosło się dwadzieścia sześć małych rąk. Nauczycielka przez
moment zastanawiała się, który z paluszków w górze wybrać.
- Słuchamy, Kenny.
- Stulecie teleportacji, proszę pani.
- Dobrze, Kenny, bardzo dobrze.
Cléo celowo pozwoliła udzielić odpowiedzi jednemu z najbardziej
niesfornych uczniów. Umiałoby to zrobić każde z dwadzieściorga
sześciorga dzieci, chociaż były zaledwie dziewięciolatkami. Od tygodnia
przypominała im co rano o stuleciu. Bardzo starannie przygotowała tę
wycieczkę. W przeciwieństwie do wielu nauczycieli unikała oprowadzania
swojej klasy po wszystkich zakątkach świata. Zależało jej, żeby dzieci
nauczyły się siedzieć na krześle, skupić przez godzinę na lekcji
gramatyki. Chciała, żeby każde wspólne wyjście było wydarzeniem
niezwykłym, dopracowanym, logicznie powiązanym z długim i powolnym
programem nauczania i wychowania.
I to działało! Nawet taki Kenny, ruchliwy jak koliber, zrozumiał!
Natomiast Cléo nie podobało się, że chłopiec powiedział do niej "proszę
pani". Cléo, Kenny, mów do mnie Cléo.
Niektórzy uczniowie wciąż trzymali rękę w górze, inni spokojnie czekali,
aż zada następne pytanie.
- Doskonała odpowiedź - pochwaliła jeszcze raz chłopca i uśmiechnęła się
do niego. - Pierwsza teleportacja w dziejach, określona wówczas pełną
nazwą teleportacji kwantowej, została przeprowadzona dokładnie sto lat
temu, w 1997 roku w Innsbrucku, przez profesora Antona Zeilingera. Udało
mu się teleportować na odległość kilku centymetrów drobiny światła zwane
fotonami.
To dokonanie raczej nie zaimponowało jej uczniom.
- A teraz, dzieci - ciągnęła Cléo - kto może nam powiedzieć, gdzie w tej
chwili jesteśmy?
Uczniowie wodzili wzrokiem po okolicy, wyginali się, odwracali głowy,
ale i tak widzieli tylko to gigantyczne pomieszczenie, gdzie można by
zgromadzić tysiące ludzi. Ogromny magazyn z cegły i stali. Pusty. Zimny.
- Hmm...
Wszystkie dzieci stały z opuszczonymi rękami, żadne nie odważyło się
odezwać. Cléo zmarszczyła brwi. Wielokrotnie, wspierając się schematami,
starała się wytłumaczyć im, co to jest hub. Niczego nie zapamiętały!
Pojęcia usytuowania w przestrzeni, szerokości, długości, centrum,
peryferii pozostawały dla jej uczniów niezwykle skomplikowanym elementem
nauki, swego rodzaju matematyczną abstrakcją. Dla nich istniały tylko
miejsca, bez powiązań, bez odniesienia do siebie. Te miejsca zaliczały
się do dwóch kategorii: w domu i poza domem. Tu, w tym magazynie, dzieci
były poza domem. Daleko i brzydko!
- Dzieci, jesteśmy w Hongkongu - tłumaczyła cierpliwie. - Na południu
Chin. Był to jeden z największych hubów świata, powstał w latach
czterdziestych dwudziestego pierwszego wieku, kiedy zaczęto teleportować
największe przedmioty.
Wskazała palcem wymalowane na ścianach ideogramy, na wpół zatarte, ale
jeszcze widoczne. Dzieci wytrzeszczały oczy, zaciekawione dziwnymi
znakami.
- To pozostałości starego chińskiego alfabetu - tłumaczyła. - Alfabetu,
który potrafili odczytać tylko Chińczycy.
Uświadomiła sobie, że takie wyjaśnienie było zbyt abstrakcyjne - żaden
dziewięciolatek nie potrafił wyobrazić sobie, że niespełna sto lat temu
istoty ludzkie mówiły i pisały w różnych językach, nie mogąc się ze sobą
porozumieć. Nie mieszać wszystkiego, pomyślała Cléo. Starała się
skupić na pierwszym celu szkolnej wycieczki: dzieci miały zapamiętać ten
króciutki etap historii świata - hub, pojęcie zapomniane zresztą przez
lwią część dorosłych.
Dała dzieciom znak, by zebrały się przy niej.
- Dzieci, musiało minąć wiele lat, by po pierwszej teleportacji
niewidocznych cząstek światła sprzed stulecia można było przejść do
większych obiektów. Pierwsze udane eksperymenty odbyły się w latach
trzydziestych dwudziestego pierwszego wieku. Żeby łatwiej było wam
usytuować to w czasie, powiem, że wasi dziadkowie mieli wtedy mniej
więcej tyle lat, ile wy teraz. Tym razem szybko czyniono postępy. W ciągu niecałej dekady ludzie przeszli od teleportacji drobnych
przedmiotów - monet, długopisów, książek - do bardzo dużych, jak stoły,
łóżka, lodówki, i to na coraz większą odległość. Technika teleportacji
kwantowej nie zmieniała się, potrzeba było tylko znacznie większej
energii. Przede wszystkim jednak musicie zrozumieć, że teleportacja
kwantowa, odkąd stała się pewna, zastąpiła wszystkie inne wykorzystywane
środki transportu towarów z jednej części świata do innej: ciężarówki,
samoloty, a przede wszystkim statki. Czy wszyscy wiecie, co to jest
statek?
Dzieci kiwały głowami na znak, że wiedzą, jednak Cléo nie była pewna,
czy wszystkie widziały już, jak wygląda kontenerowiec, statek pasażerski
albo żaglowiec. Większości pojęcie "statek" kojarzyło się z czymś, co
pływa po wodzie.
- Zanim wynaleziono teleportację - próbowała uściślić - przewożono
wszystko, co jest potrzebne do życia - żywność, ubrania, meble, zabawki
- w dużych skrzyniach, które ładowano na statki, ogromne statki, a te
płynęły przez morza i oceany do miast nazywanych portami, żeby następnie
wszystkie towary trafiły do fabryk, sklepów i do mieszkających wokół
ludzi. Rozumiecie?
Nadążała za nią zaledwie jedna trzecia uczniów. Uwagę innych już
straciła. Pierwszy wyłączył się Kenny. Dzieci stawały się coraz bardziej
ruchliwe i zdekoncentrowane. Dzielnie kontynuowała.
- Kiedy wynaleziono teleportację, te skrzynie, które nazywano
kontenerami, mogły być przekazywane bezpośrednio z jednego końca świata
na drugi i nie trzeba było już przewozić ich drogami lądowymi,
powietrznymi czy morskimi. Wysyłano je na przykład z Ameryki, by
pojawiły się w Azji albo Australii. Ale uwaga, dzieci, musicie wiedzieć,
że w tamtych czasach środki teleportacji nie były tak zminiaturyzowane
jak dziś. (Ostatni uczniowie, którzy jeszcze uważali, zwrócili oczy na
TPC, które mieli na nadgarstkach). Ośrodki teleportacji zajmowały całe
pomieszczenie, wymagały ogromnej energii, a przede wszystkim - wielkich
składów, żeby przyjmować i przesyłać miliony kontenerów. Od roku 2042 na
świecie wybudowano dwadzieścia takich dużych ośrodków, na ogół na
miejscu dawnych portów, jak tu, w Hongkongu. Nazwano je hubami (już
tylko najpilniejsze uczennice - Sarah i Dorothée, zapisały w pamięci to
słowo). Miasta portowe były gigantyczne nawet przed wynalezieniem
teleportacji, ale wciąż wyrastały jak grzyby po deszczu wokół hubów, a niektóre miały nawet po sto milionów mieszkańców. Dopiero w latach
pięćdziesiątych dwudziestego pierwszego wieku, czyli mniej więcej wtedy,
kiedy rodzili się wasi rodzice, zaczęto miniaturyzować teleportację, co
umożliwiło budowę hubów w mniejszych miastach.
Cléo zdawała sobie sprawę, że prawie cała klasa przestała zwracać na nią
uwagę. Tylko Sarah i Dorothée nadal słuchały. Inni bawili się na ziemi,
biegali od ściany do ściany, a kiedy byli już dość daleko, krzyczeli,
bawiąc się z echem w olbrzymim, pustym hangarze. Nauczycielka
westchnęła. Obecnie (według danych przedstawianych w raportach Światowej
Organizacji Edukacji) dziecko, które przebywało w tym samym miejscu
dłużej niż dziesięć minut, nie teleportując się, zaczynało się nudzić.
Cléo podniosła głos.
- Dzieci! Dzieci, rozejrzyjcie się wokół siebie! Zobaczcie, jak wysokie
są ściany i wyobraźcie sobie skrzynie ustawione jedna na drugiej, do
wysokości ponad stu metrów, pojawiające się i znikające przez cały
dzień.
Dzieci miały w nosie stosy kontenerów. Dla nich nie miały one żadnego
znaczenia. Zresztą dla Cléo też i musiała szczerze to sobie powiedzieć.
W roku 2050 nie było jej jeszcze na świecie. Te obrazy miast
wyciągających macki jak ośmiornice, kompletnie sparaliżowanych, widok
ciężarówek i samochodów osobowych czekających w korkach wokół hubów,
żeby zabrać towary konsumpcyjne i dostarczyć je do ludzi skupionych
możliwe najbliżej, przemieszczających się podziemną kolejką,
mieszkających w wysokich jak stosy kontenerów drapaczach chmur - tak, te
wszystkie apokaliptyczne sceny były zarówno dla niej, jak i dla jej
uczniów swego rodzaju prehistorią, bardzo odległą i... odstręczającą! Jak
ci ludzie mogli tak żyć?
Z zadumy wyrwały ją wibracje przy nadgarstku.
Wiadomość.
Odruchowo spojrzała na TPC.
Wiadomość od matki!
Tylko jej tu jeszcze brakowało! Jakby mama nie wiedziała, że o tej porze
córka prowadzi lekcję! Cléo próbowała ukryć irytację. Przeczyta
wiadomość, wychodząc ze szkoły. Jeżeli nie zapomni.
*
- Dzieci, ustawcie się.
Cléo kilkakrotnie klasnęła w dłonie i powtórzyła polecenie. W końcu
dwadzieścioro sześcioro uczniów, stojących wokół niej, znów potulnie
słuchało nauczycielki. Dzieci domyślały się, że nareszcie opuszczą ten
magazyn bez okien, bez światła. Nieciekawe miejsce.
- A kto wie, co wydarzyło się potem, po hubach?
Tym razem wyrósł przed nią las rąk. Zgłosili się wszyscy, nawet Kenny.
- Tak, Sarah...?
Cléo postanowiła nagrodzić jedną z dwóch uczennic, które uważnie
słuchały jej opowieści aż do końca. Jednak zanim biedna dziewczyna
zdążyła otworzyć usta, dziesięcioro jej kolegów zakrzyczało ją, podając
odpowiedź.
- Juki! Juki!
- Juki - szepnęła mimo wszystko Sarah. - Biała myszka. Juki była
pierwszym teleportowanym zwierzęciem. To wydarzyło się 29 września 2051
roku.
Kilku uczniów wtórowało jej, inni podskakiwali, rozemocjonowani. Wszyscy
znali tę historię, widzieli ją w telewizji, czytali o niej w książkach,
spali z pluszową Juki albo nosili jej różowy pyszczek na T-shirtach.
Juki była dziś równie popularna, jak w ubiegłym stuleciu Miki.
- Doskonale, dzieci. A teraz stójcie przy mnie, ustawię wasze TPC na
drugi etap naszej wycieczki. I patrzcie uważnie, bo przenosimy się
wszyscy do Muzeum Komunikacji.
Rozdział 3
3
Las Troodos, Cypr
Budzik komendanta Artema Akinisa - nie dzwonek, ale ostry riff Led
Zeppelin, rozbrzmiał punktualnie o siedemnastej.
Słońce ledwie wynurzało się zza horyzontu!
Teraz, żeby każdy mógł swobodnie przemieszczać się z jednego końca
świata na drugi, nie narażając na skomplikowane obliczanie różnicy
czasu, wszystkie zegary, zegarki i budziki na Ziemi wskazywały Czas
Uniwersalny. Dlatego zarówno w sercu Cypru, w lesie Troodos, jak i w każdym innym zakątku świata, czy był tam środek nocy, czy biały dzień,
zegary w tej chwili wskazywały siedemnastą.
Komendant Artem Akinis odrzucił kołdrę i na oślep wyciągnął rękę, żeby
przyciszyć muzykę. Trochę. Lubił budzić się przy dźwiękach poczciwego
starego rocka, słuchać rozkręconego na cały regulator budzika. To był
doskonały sposób, żeby szybko wstać i utrzymywać rytm od samego rana.
Zerwał się z łóżka i ruszył przez jedyne pomieszczenie domku. Było duże,
całe w boazerii, a pełniło jednocześnie funkcję sypialni, kuchni i łazienki. Otworzył szeroko oba skrzydła przeszklonych drzwi i wyszedł na
taras wykonany z takiego samego drewna, jak cała chata. Z cedru
cypryjskiego. Na wyspie było go pod dostatkiem.
Dźwięki gitary Led Zeppelin płynęły z sypialni, by zapuścić się do lasu
otaczającego chatę, a potem stopniowo rozlewać na dolinę Krios Potamos.
Artem przez długą chwilę napawał oczy pejzażem. Na pierwszym planie
potężne pinie lasu Troodos, na drugim jałowe zbocza Olimpu, a w tle
czerwone słońce nad Morzem Śródziemnym. Zupełnie nagi, pozwalał wiatrowi
od lasu rozbudzić wszystkie mięśnie. Jego nagość nie mogła przeszkadzać
sąsiadom, podobnie jak dzika muzyka - najbliższa chata, w której ktoś
mieszkał, była oddalona o ponad dwieście metrów i, jak u niego, ukryta
pośród dwudziestometrowych pinii i za bogactwem form skalnych łańcucha
cypryjskich gór.
Artem chętnie spędziłby kilka minut więcej, opalając się w promieniach
budzącego się słońca, lecz jego poranny rytuał, poprzedzający udanie się
na dziewiętnastą do pracy w Światowej Organizacji Podróży, był
niezmienny i zaplanowany co do minuty. Przynajmniej odkąd nie było już
nikogo, kto zatrzymywałby go w łóżku.
Kwadrans przeznaczał na śniadanie, kwadrans na przeglądanie wiadomości,
czterdzieści pięć minut na poranne bieganie i piętnaście na prysznic po
powrocie.
Wszedł do chaty, żeby zaparzyć kawę, kiedy densytograf zaproponował mu
pierwszy kierunek:
Overland Track, Tasmania, różnica poziomów 1300 metrów, temperatura
stała 21 stopni, wilgotność 33 procent, widok na morze - 37 procent
trasy oraz zachodzące słońce za dokładnie 13 minut. Aktualne
zagęszczenie: 39 wędrowców, czyli 2,76 na kilometr. Miejsca wolne: 11.
Podczas gdy kobiecy głos przedstawiał dalszą charakterystykę trasy,
densytograf wyświetlał w czasie realnym, na ścianie domu, obrazy z torbaczami drzemiącymi na dywanach mchu porastającego zbocza góry Ossa,
a także wszelkie zmiany warunków. Liczba wolnych miejsc wynosiła już
tylko 9 - dwóch nowych biegaczy teleportowało się zatem dosłownie przed
chwilą.
- Następny - polecił Artem, włączając ekspres do kawy.
Lubił przygotowywać kawę po staremu, odmierzając ją ręcznie, bez pomocy
programatorów. Na ścianie pojawił się nowy obraz, a żeński głos zaczął
kolejną wyliczankę.
Trasa Askja, Islandia, różnica poziomów 768 metrów, widok na kalderę
jeziora Öskjuvatn przez 78 procent trasy, temperatura stała 12 stopni,
23 procent wilgotności, słońce chylące się ku zachodowi, aktualnie 72
biegaczy na trasie, 28 miejsc wolnych.
Artem przez chwilę podziwiał zdumiewający wulkaniczny pejzaż - czarny
jak węgiel i ciemnoturkusowy. Upłynęło już prawie pięć lat, odkąd kupił
densytograf, a każdego ranka z niezmiennym zachwytem reagował na jakość
doboru miejsc proponowanych przez program. A przecież maszyna
selekcjonowała tylko dane z bazy według kryteriów określonych i wprowadzonych przez Artema: różnorodność krajobrazów, zmiana
kontynentów, stopnia trudności tras (zgodnie z rygorystycznym planem
treningu, uwzględniającym jego aktualną formę fizyczną, warunki
klimatyczne, a przede wszystkim liczbę obecnych w pobliżu). Artem, w przeciwieństwie do wielu osób, nie lubił biegać gęsiego po ścieżkach czy
modnych plażach i nieustannie wyprzedzać obcych ludzi, którzy spędzali
czas na pogawędkach z innymi nieznajomymi, a nie na uprawianiu sportu.
- Następny - powiedział, idąc w stronę kącika kąpielowego.
Co rano przeglądał cztery albo pięć miejsc wskazywanych w porządku
zgodnym z jego domniemanymi preferencjami, niezmiennie ciesząc się
rozkosznym stanem niezdecydowania, któremu pikanterii dodawała
frustracja wywołana niemożnością bycia wszędzie równocześnie - Tanzania
czy Finlandia, Himalaje czy kordyliera Andów?
Droga Inków, Peru - podpowiedział zmysłowy głos densytografu. Ruiny
Machu Picchu pojawiły się na ścianie łazienki. W miarę jak Artem
przemieszczał się po domu, cedrowe ścianki rozświetlały się albo gasły,
podążając za jego krokami i kierunkiem spojrzenia, przemieniając się w ekrany, na których wyświetlały się sugerowane pejzaże.
Pasma firnu na Kordylierze Andów kusiły go. Dlaczego nie Peru? Teraz
różne rejony świata symbolizowały jedna góra, wyspa, region, a czasem
dawna nazwa państwa - Peru, Finlandia, Tanzania..., choć granice
wytyczające niegdyś te kraje już nie istniały.
Czekał przed zamarłym obrazem. Czasami decydował się w ostatniej chwili,
choćby dlatego, że kamera uchwyciła stado kozic, jaków czy żyraf i trzeba było teleportować się natychmiast, żeby mieć szansę na bieg wśród
zwierząt.
Mimowolnie pomyślał o wędrówce szlakiem Machame po zboczach
Kilimandżaro, rok temu. Biegł kilometrami za Maryann, pośród zebr i impali. Niezapomniane sceny, które powinien wymazać z pamięci, zanim
wirus nostalgii zawładnie całym jego mózgiem.
Stojąc przy umywalce, puścił strumień zimnej wody i skropił sobie twarz
i tors. Z żalem odwrócił wzrok od andyjskich szczytów, żeby przejrzeć
się w lustrze. Szybko, palcami rozsuniętymi jak zęby grzebienia,
przeczesał długie czarne włosy. Podczas joggingu unieruchamiał je
bandaną, a dopiero potem, kiedy wziął już prysznic, wiązał katogan.
Zatrzymał wzrok na mięśniach klatki piersiowej, wyraźnie rysujących się
pod wilgotną skórą, na rzeźbie brzucha bez grama tłuszczu i na masywnych
udach. Silnik rakiety w każdej nodze. Podczas gdy co trzeci mieszkaniec
planety miał obecnie nadwagę, a trzy czwarte ludzi nie pokonywało
dziennie nawet kilometra, Artem należał do pokolenia urodzonego u zarania teleportacji, lubiącego jak najpełniej korzystać z jej zalet,
ale łączyć je z przyjemnością, jaką daje intensywny wysiłek fizyczny.
Wymarzona sylwetka w wymarzonym miejscu, głosiły reklamy.
Jednak Artem nie kierował się względami estetycznymi. Troska o ciało,
utrzymanie odpowiedniej wagi, codzienny trening - wszystko to miało
bardzo praktyczny cel. Jako szef WDK - Wydziału Dochodzeń Kryminalnych
Światowej Organizacji Podróży - miał obowiązek utrzymać dobrą kondycję.
- Poprzedni - powiedział Artem, zakręcając kran.
Dobrze połączyć przyjemne z pożytecznym. Ostatecznie skusiła go droga
Inków, gdzie zagęszczenie między Cuzco a Wi?ay Wayna, miejscami
oddalonymi o kilometry od pierwszych zamieszkiwanych domów, spadło do
trzech biegaczy. Ta liczba była za mała, żeby przeszkadzać
przysiadającym na szczytach kondorom.
Przeszedł kilka kroków do łóżka, chwycił obcisłe szorty i wciągnął je na
gołe ciało, ubrał się w luźny T-shirt, przewiązał na czole bandanę,
wskoczył w adidasy i dotknął palcem wskazującym TPC, które nosił jak
zegarek. Chciał połączyć urządzenie z densytografem. Nie musiał tracić
czasu na wprowadzenie współrzędnych geograficznych miejsca - program
liczył wszystko za niego.
Artem chciał jak najszybciej poczuć, jak rozrzedzone powietrze na
wysokości ponad czterech tysięcy metrów pali mu płuca. Zaczął wiązać
prawy but, zamierzając lewy zawiązać już w górach. Teleportacja stała
się tak banalna, że można było zacząć gdzieś ruch, a zakończyć już po
przemieszczeniu się, prawie nie zauważając zmiany scenerii, a czasem
nawet tego, że przemierzyło się cały świat.
Nic się nie wydarzyło.
Artem się nie teleportował.
Miał tylko sekundę, by zakląć w samotności domu, zastanawiając się, czy
szwankowało TPC, densytograf, czy może jakaś grupa turystów ubiegła go,
teleportując się na drogę Inków i wyczerpując Stopień Wypełnienia
Miejsca. Po sekundzie wszystkie ekrany na ścianach zaczęły migać, a gitarę Led Zeppelin zagłuszyło wycie syreny. Głos całkowicie pozbawiony
zmysłowości powtarzał w kółko tekst alertu.
- Sytuacja ekstremalna. Atak terrorystyczny. Archipelag Tuamotu. Atol
Tetamanu, południowy przesmyk Fakarava. 16°18' szer. geogr. płd.,
145°36' dł. geogr. zach. Wiele ofiar. Brak śladów naruszenia przestrzeni
prywatnej. Pełna mobilizacja. Wykonać natychmiast. Priorytet absolutny.
Wzrok Artema zatrzymał się na ścianie domu, gdzie znów pojawił się
kojący obraz kondorów unoszących się nad ruinami inkaskiej fortecy. Nie
będzie im przeszkadzał dziś rano. Wiedział, że Mi-Cha i Babu, dwoje jego
zastępców, także otrzymali tę wiadomość, jednak jako dowódca komórki
antyterrorystycznej chciał być na stanowisku pierwszy.
Rozdział 4
4
Muzeum Komunikacji, Amsterdam
- Oooo!
Zgodny okrzyk dzieci nasilił się, kiedy wszystkie pojawiły się w Muzeum
Komunikacji. Cléo od trzech lat zabierała uczniów na tę wycieczkę i za
każdym razem to miejsce ich fascynowało. Dwadzieścioro sześcioro dzieci
rozproszyło się po różnych salach, dziewczynki z zachwytem oglądały
dyliżanse, chłopcy rozdziawili buzie na widok lokomotyw parowych i samochodów - pastelowych cadillaców czy lśniących ferrari. Pięcioosobowa
grupka obległa rekonstrukcję naturalnych rozmiarów śmigłowca. Oczywiście
większość widziała już na filmach albo w książkach tego rodzaju dawne
środki transportu, ale żadne nigdy nie stało przed taką maszyną.
- Czy one są prawdziwe? Mogłyby działać?
- Myślę, że tak.
Prawdę mówiąc, Cléo nie miała pojęcia, do czego nadają się te eksponaty.
- Podejdźcie, dzieci.
Jej tablet znów wibrował w kieszeni. To na pewno mama. Czego mogła
chcieć? Musi poczekać godzinę, do końca lekcji.
Uczniowie, powłócząc nogami, podeszli do swojej nauczycielki. Poza
środkami lokomocji szczególnie pasjonującym eksponatem w tym muzeum była
myszka Juki. Na każdym kroku można było natknąć się na jej figurki,
portrety namalowane na ścianach, nalepki na szybach. Bo to właśnie ona
udzielała informacji i tłumaczyła wszystko na tablicach, a dzieci
stawały przed nimi i czytały.
- Dobrze - powiedziała Cléo, klaszcząc w dłonie, żeby skupić ich uwagę.
- Mówiliśmy już o myszce Juki, pierwszej w dziejach ludzkości istocie
żywej, którą teleportowano. Kto może wyjaśnić mi główne zasady
teleportacji?
Kenny odezwał się pierwszy, nawet nie podnosząc ręki.
- Ja wiem! To destrukcja, a potem rekonstrukcja, ale wszystko dzieje się
tak szybko, że nie da się tego zauważyć.
Rozległy się śmiechy, niektórych przeszedł dreszcz, ale Cléo szybko
uspokoiła sytuację.
- To mniej więcej to, Kenny. Brawo.
Niektórzy uczniowie mieli coraz bardziej przerażone buzie, toteż Cléo
czym prędzej dodała:
- Nie obawiajcie się, dzieci. Teleportacja jest znacznie mniej
niebezpieczna od wszystkich dawnych pojazdów.
Zastanawiała się, czy powiedzieć coś o grafice na tablicy informacyjnej
za nimi. Juki prezentowała ewolucję rocznej liczby ofiar śmiertelnych
wypadków komunikacyjnych: milion trzysta tysięcy w roku 2022, milion
osiemset tysięcy w 2040 i zaledwie sto osiemnaście w 2060!
Spektakularne, ale zbyt trudne dla jej uczniów.
- Wyjaśnię wam to. Widzicie ten samochód? (Wszystkie oczy zwróciły się
na pomarańczowego volkswagena Coccinelle). Otóż teleportacja kwantowa
jest jak zabawa w rozkładanie tego samochodu na części - bardzo
dokładnie, tak, żeby rozmontować każdy element, nawet najmniejszy - a potem w jego błyskawiczne składanie, ale w innym miejscu. Teleportacja
istot żywych prawie nie różni się od teleportacji rzeczy, jednak długo
ludziom trudno było zaakceptować jej zasadę, ponieważ myśleli, że trzeba
najpierw umrzeć, żeby zaraz potem ożyć gdzieś indziej.
- Tata mówi, że to prawda - wtrąciła Sarah - że umieramy, kiedy się
teleportujemy. A potem ożywamy...
Wiele dzieci, których wyjaśnienia nauczycielki wcale nie uspokoiły,
obserwowało z lękiem TPC na swoich nadgarstkach. Umierało się podczas
teleportacji? Najwyraźniej rodzice nigdy nie uczyli ich podstaw fizyki
kwantowej.
- To nie takie proste - zareagowała szybko Cléo. - Nie umiera się
naprawdę. Przeciwnie, to tak, jakbyśmy się rozdwajali. Zgodnie z fizyką
kwantową można być równocześnie tu i wszędzie indziej.
- Nie, nie wszędzie indziej - zaoponował klasowy mądrala Samuel. - Nie
można, jeżeli to przestrzeń prywatna!
- I nie można, kiedy już jest za dużo ludzi w miejscu, w które
chcielibyśmy się przenieść - dodał Jason, inny bystry uczeń.
- Pewnie, to jasne - wtrącił się Ben, klasowy komik. - Nie teleportuje
się do szkolnej ubikacji, kiedy ty tam już siedzisz i robisz kupę!
Cała klasa parsknęła śmiechem, wyzbywając się resztek strachu. Ben
doskonale zrozumiał zasadę kontrolowanego zagęszczenia.
- Słusznie, Ben - podjęła Cléo. - Zawsze zachowuje się wiele metrów
bezpieczeństwa między osobami, które się teleportują, i wyznacza się w każdej przestrzeni publicznej stopień zagęszczenia, nazywamy Stopniem
Wypełnienia, którego nie wolno przekraczać i który może się zmieniać
zależnie od chwili dnia, pory roku, a nawet kolejnych lat.
- Wcale tak bardzo się nie zmienia - jęknął Dylan. - Ja od urodzenia
chcę zobaczyć słonie na wolności w parku Addo, ale zawsze jest za dużo
ludzi na sawannie, tata za późno próbuje robić rezerwację i jestem
pewny, że nigdy tam nie dotrę!
- A ja - odparła Dorothée - byłam tam co najmniej trzy razy i widziałam
słonie. To nic trudnego, trzeba tylko...
- A mnie - przerwała jej Kirsty - rodzice wyświetlili w pokoju listę
tysiąca jeden najpiękniejszych zabytków świata, które trzeba zobaczyć.
Widziałam już sześćset dwanaście. Którejś niedzieli obejrzałam ich aż
siedemnaście! Zakazane Miasto w Pekinie, Operę w Sydney, Sagrada Familia
w Barcelonie, piramidę Cheopsa w Egipcie...
- Gadanie - zadrwiła Aurelia. - To bez znaczenia! Widzisz je, ale nie
wchodzisz! Ja latem w zeszłym roku byłam w szanghajskim Disneylandzie i...
- Wystarczy - ucięła Cléo. - Wszyscy macie rację. A musicie zapamiętać,
że dzięki teleportacji każdy robi, co chce. Może spędzić cały dzień w swojej przestrzeni prywatnej albo przenosić się co dziesięć sekund.
Ważne jest nie to, dokąd idziemy ani gdzie byliśmy, ale swoboda
przemieszczania się! To wolność stara jak świat. Popatrzcie!
Uczniowie odwrócili się i znowu podziwiali dyliżanse, a potem drewniane
pirogi, sanie na płozach, montgolfiery, których jedwabne balony dotykały
sufitu. Cléo odzyskała ich uwagę.
- Dzieci, poza Stopniem Wypełnienia i poszanowaniem przestrzeni
prywatnej, musimy zwracać uwagę na coś jeszcze, kiedy się teleportujemy.
Wiecie, na co?
Znowu w górze wyrósł las rąk, a odpowiedzi padały, zanim nauczycielka
wskazała dziecko.
- Jeżeli ma się mniej niż sześć lat, to nie wolno teleportować się bez
rodziców.
- Nie wolno teleportować się z za dużymi rzeczami, chyba takimi, które
ważą ponad pięćset kilo.
- Nie powinno się nikomu pożyczać swojego TPC.
- Trzeba sprawdzić, jaka jest pogoda, zanim się teleportujemy, żeby
wiedzieć, jak się ubrać.
- Trzeba teleportować się prosto do domu, jeżeli zaczepi nas ktoś obcy.
Na twarzy Cléo pojawił się uśmiech. Dzieci rosły z teleportacją i właściwie w pełni opanowały jej reguły. Wszystkie od szóstego roku życia
nosiły na ręce własne Tele Puerto Cuerpo, czyli TPC, zminiaturyzowane
urządzenie wielkości zegarka, pozwalające każdemu teleportować się,
dokąd chce, po wpisaniu poprawnych współrzędnych. Odetchnęła. Teraz
musiała przejść do najbardziej skomplikowanych kwestii. Poprosiła
uczniów, żeby usiedli przed dużym ekranem, na którym pojawiały się
kolejno wszystkie dawne środki lokomocji: gigantyczne korki w miastach,
zatłoczone metro, nieustannie lądujące i startujące samoloty na
lotniskach, sznury ciężarówek czekających przed granicą, grupy kolarzy w Amsterdamie, narciarzy w Sztokholmie, riksze w Pekinie.
Na ścianie na wprost, pod portretem prezydenta Nemroda, wygrawerowano
artykuł 1 Konstytucji światowej z 2058 roku.
Jedna Ziemia, jeden naród, jeden język.
W całym muzeum rozwieszono kolorowe kakemono, girlandy i kotyliony. Te
ozdoby, umieszczone tu zapewne na krótko, wiązały się z obchodami
stulecia.
- A teraz - Cléo znów skupiła się na dzieciach - zadam wam trudniejsze
pytanie. Kto może mi powiedzieć, co jest najważniejszym skutkiem
teleportacji człowieka po czasach hubów, kiedy potrafiono teleportować
tylko rzeczy?
- ...
Wszyscy uczniowie ze dziwieniem patrzyli na ekran, gdzie pokazywano
bezładny bieg mieszkańców ulicami starych miast. Prawdopodobnie ten
widok kojarzył im się z poruszeniem w mrowisku, gdy coś spłoszy mrówki.
Na innym ekranie, na lewo od nich, wyświetlano fragmenty starych filmów
science-fiction - Metropolis, Blade Runner, Piąty element. Cléo
podjęła próbę wyjaśnienia im tamtej rzeczywistości.
- Zanim przyszliście na świat - zaczęła - wszyscy, którzy wyobrażali
sobie przyszłość, myśleli, że ludzie będą mieszkać w ogromnych miastach
i poruszać się latającymi samochodami, że domy będą miały po sto pięter,
a wszelkie prace wykonywać będą roboty. Żaden pisarz ani filmowiec nie
odgadł, że świat będzie taki, jak dziś.
Oczy dzieci wędrowały między ekranami a nauczycielką.
- Czy któreś z was wie, do czego służą miasta?
- ...
Cléo kontynuowała wykład, nie chcąc, by uczniowie rozmyślali nad
błędnymi odpowiedziami.
- Do skrócenia odległości! Cel miasta jest bardzo prosty - chodzi o to,
żeby umieścić jak najwięcej rzeczy w jednym miejscu: ludzi, fabryki,
biura, mieszkania, sklepy, zabawki, kina, sale koncertowe, kościoły, aby
ludzie mogli robić jak najwięcej różnych rzeczy, jak najmniej się
przemieszczając. Można powiedzieć, że miasto jest dążeniem do odległości
zero. Ale co się stało, kiedy nauczyliśmy się teleportacji?
- ...
Żeby nie znużyć dzieci pytaniami, Cléo zamilkła na ułamek sekundy, a potem powiedziała:
- Miasta przestały być potrzebne! Odległość zero nie była już ważna, bo
odległość przestała istnieć. Można się teleportować dosłownie wszędzie.
I chociaż obecnie Ziemię zamieszkuje nieco ponad dziesięć miliardów
istot ludzkich, jest jeszcze dużo miejsca: średnia wynosi ponad dziesięć
tysięcy metrów kwadratowych na mieszkańca, czyli prawie dwa boiska
piłkarskie. Gdy teleportacja istot żywych stała się faktem, ludzie
zadali sobie banalne pytanie: po co tłoczyć się w miastach, skoro poza
nimi jest miejsce dla wszystkich? Dlaczego nie zamieszkać pośród
pięknego krajobrazu, w górach, nad morzem, w sercu lasu i teleportować
się w niespełna sekundę, żeby spotkać z przyjaciółmi czy pracować? Po
kilku latach miasta nie służyły już do niczego. Zachowano oczywiście
pomniki, budynki, stadiony - nie warto było wszystkiego budować od nowa.
Ale ludzie odeszli, osiedlili się w różnych punktach planety, tam, gdzie
im się podobało. Użyto mądrego słowa, by nazwać ten okres:
dezurbanizacja. Była bardzo szybka, doszło do niej niespełna
czterdzieści lat temu. Według analiz Światowej Organizacji Lokalowej
prawie wszyscy są zadowoleni z miejsca, w którym mieszkają. Jestem
pewna, że i wy, dzieci, nie chciałybyście przenosić się do nowego domu.
Tym razem uczniowie, sfrustrowani poprzednimi trudnymi pytaniami,
zaczęli odpowiadać jedno przez drugie.
- Ode mnie - zaczęła Sarah - na plażę jest dwieście metrów. Chodzę tam
piechotą.
- Bez sensu. - Wzruszył ramionami Ben. - Wolę się teleportować głową do
przodu do morza, a mieszkać w górach, żeby lepiej widzieć ptaki!
- A ja - odezwał się Dylan - mieszkam na wielkiej łące, wszędzie widać
tylko trawę, bo moi rodzice nie mają dość pieniędzy.
- A ja mam kilka domów - pochwaliła się Dorothée - jeden w Montrealu, na
Mont Royal, jeden na słonecznym wybrzeżu i...
- A ja...
Cléo klasnęła w dłonie.
- No właśnie, dzieci, skoro mowa o domach... Czas wracać. Na dziś to
koniec lekcji. Wszyscy ustawicie TPC na swoje domy. Nie zapomnijcie
odrobić lekcji. Do zobaczenia jutro rano.
Po sekundzie Muzeum Komunikacji opustoszało.
Cléo została sama.
Jej tablet znów wibrował. Mama!
Rozdział 5
5
Tetamanu, Archipelag Tuamotu, Polinezja
- Artem, ile mamy ofiar?
- Dziesięć. Pięć małżeństw. Sami emeryci. Razem kupili ten kawałek
atolu, żeby spokojnie się starzeć. Większość zabito w łóżku, we śnie.
Mi-Cha zagryzła wargi, patrząc na pustą plażę na Tetamanu.
- Cholera... Ja... Chyba nigdy nie widziałam tylu trupów.
Mimo to kapitan Mi-Cha Kim ruszyła prężnym krokiem w stronę pięciu chat
wznoszących się za szpalerem palm kokosowych. Artem podziwiał jej
determinację. Zaledwie dwudziestosześcioletnia dziewczyna była już
jednym z najlepszych funkcjonariuszy Wydziału Dochodzeń Kryminalnych.
Ukończyła szkołę jako prymuska rocznika trzy lata temu, a Artem od razu
zdecydował, że musi mieć tę młodą Koreankę w swojej ekipie. Od tego
czasu zdążył się przekonać, że opinia o niej jako wybitnie utalentowanej
była w pełni zasłużona. Niezmordowana w pracy, obdarzona zdolnością
dedukcji przerastającą mózg elektroniczny, bardzo wysportowana, kochała
- co w oczach Artema było jej największą zaletą - swoją epokę!
Dziewczynka z Seulu urodziła się z Tele Puerto Cuerpo i bawiła nim od
kołyski, trudno więc było jej zrozumieć, jak ludzie mogli żyć przez
wieki, nie mogąc przenosić się w sekundę w dowolny punkt globu.
Majsterkowanie z elektroniką było jej żywiołem, a umiejętnością wnikania
w arkana PANGAI biła innych na głowę. PANGAJA - baza danych -
koordynowała i rejestrowała wszystkie światowe przemieszczenia przez
teleportację. Mi-Cha doskonale uzupełniała się z drugim zastępcą
komendanta WDK, porucznikiem Babu Diopem.
- Dziesięciu zabitych i pies - usłyszeli za sobą niski głos.
Porucznik Babu Diop właśnie teleportował się na plażę i próbował
utrzymać równowagę. Rosły Senegalczyk machał przez chwilę rękami, zanim
udało mu się uchronić studwudziestokilogramowe ciało przed upadkiem na
piasek.
- Słowo daję, chyba nigdy nie przywyknę do tej cholernej dezintegracji!
Mi-Cha z rozbawieniem patrzyła na sandały Babu, tak cienkie, że
nieustannie się w nich ślizgał. Do teleportacji znacznie bardziej
nadawało się solidne obuwie, takie jak jej eleganckie adidasy Trek Star,
i ubranie równocześnie wygodne i szykowne, w stylu jej spódniczki mini i topa Vivaldi, z izotermicznej tkaniny, która dostosowywała się do prawie
każdego klimatu. Superskuteczne, a jednocześnie superseksowne! I nie
szkodzi, że takie fatałaszki kosztowały majątek, połowę jej tygodniówki.
Babu popatrzył na owczarka niemieckiego, który leżał martwy u jego stóp.
Po teleportacji wylądował niespełna metr od zwierzęcia. Z oczu
porucznika wyzierały łagodność, spokój i mądrość, którą komendant Akinis
potrafił docenić. Babu, najstarszy policjant w Wydziale Dochodzeń
Kryminalnych, przekroczył już sześćdziesiątkę, a służbę zaczął na długo
przed Artemem Akinisem, nigdy jednak nie chciał zostać dowódcą. Nowe
technologie były mu zbyt obce, uzasadniał. Wolał śledztwa w starym
stylu, takie, jakie można było zobaczyć w serialach telewizyjnych sprzed
lat, miejsca zbrodni, gdzie zostawiało się wszystko, niczego nie
dotykając do przybycia ekipy techników kryminalistyki, i niekończące się
przesłuchania.
Babu ruszył za Mi-Chą w stronę chat. Artem szedł za nimi, spoglądając
jeszcze na Pacyfik. Miał pełne zaufanie do swoich zastępców, których
różniło wszystko i którzy dzięki temu - był o tym przekonany - tworzyli
najskuteczniejszy duet śledczy. Światowa Organizacja Podróży zawsze
mogła na nich polegać.
Dwa metry dalej, pod palmami, znaleźli pierwsze zwłoki. Starszy,
korpulentny mężczyzna zginął od strzału w głowę, prawdopodobnie w chwili, gdy biegł ostrzec pozostałych mieszkańców o ataku. Nie miał na
ręce TPC. Jego zielona czapka leżała nieco dalej, a w niej połowa mózgu,
którego reszta wpadła między orzechy kokosowe.
- Dlaczego? - powiedziała Mi-Cha. - Dlaczego?
Łzy, których nie zdołały ukryć pasma czarnych, prostych włosów za ucho,
płynęły z dużych, umalowanych oczu, ściekały po upudrowanych policzkach,
rozmazując makijaż. Babu tulił ją w ramionach niczym wielkolud chroniący
ptaszynę.
- Już dobrze, mała Cha, już dobrze.
Babu widział niejedną masakrę, dawno temu, kiedy był dzieckiem, w epoce
triumfu populizmów lat czterdziestych dwudziestego pierwszego wieku,
przed teleportacją ludzi. Nigdy o tym nie mówił. Podjęli makabryczne
poszukiwania. W bambusowej chacie nazwanej Migdałowcem ujrzeli
małżeństwo zamordowane we śnie. Kula w głowie każdej z ofiar, strzał
przez moskitierę. Dwie ofiary w przejrzystym tiulu. Przez te otwory
wdarły się chmary komarów, które obsiadły zakrwawione rany.
Odrażający widok.
A jednak Mi-Cha zdołała go znieść. Dygocąc.
Podobną makabrę zastali w dwóch kolejnych chatach. Dwie pary.
Zamordowane. We śnie. W kałuży krwi zżeranej przez chmary padlinożernego
robactwa.
W przedostatnim bungalowie o nazwie Hibiskus małżeństwa nie zgładzono we
śnie. Kobieta - zupełnie naga - leżała przy umywalce w łazience. Ślady
jej zakrwawionych palców na białej terrakocie dokładnie pokazywały
ostatnie chwile jej życia - upadek, kilka metrów, które zdołała pokonać,
czołgając się, zanim morderca dobił ją strzałem w potylicę. Mężowi
poderżnięto gardło w łóżku - czyste cięcie na szyi układało się w krwawy
uśmiech. Mężczyzna osunął się na berberyjski dywan, którego szary włos
zdumiewająco przypominał jego siwiznę. Czy się obudzili? Usłyszeli jakiś
hałas? Czy coś widzieli? Niestety, za mało, żeby się teleportować,
pomyślał Artem.
W epoce teleportacji ludzi liczba morderstw spadała z roku na rok i to
nie dlatego, że na świecie ubywało psychopatów, zazdrośników,
gwałcicieli czy włamywaczy, lecz dlatego, że potencjalne ofiary
stopniowo wyrabiały sobie instynkt teleportowania się w razie
zagrożenia. Większość TPC była zresztą wyposażona w specjalny przycisk
bezpieczeństwa. A jednak to małżeństwo, mimo że nie spało, nie
skorzystało z tej opcji. Dlaczego?
W ostatniej chacie, Bugenwilli, kobieta leżała w łóżku sama, a jej
długie siwe włosy przesiąkły krwią. To musiała być żona mężczyzny w zielonej czapce, zabitego pod palmami podczas spaceru z owczarkiem,
którego znaleźli na plaży. Artem popatrzył na TPC pozostawione na
stoliku nocnym, potem spojrzał na okrągły kosz u stóp łóżka, cały w sierści, i na trzy kokosy - zdobycze służące do zabawy.
- Dlaczego? - powtarzała Mi-Cha. - Dlaczego ktoś zamordował tych
emerytów? Co to za obłęd? Zamach? Przecież nie było żadnych żądań!
Zemsta? Porachunki? Kradzież? Ale co chcieli ukraść mordercy?
Wszyscy troje wyszli na ukwiecone podwórko pomiędzy pięcioma bambusowymi
domkami. Znacznie łatwiej się tu oddychało.
- Mi-Cha, możesz zadać jeszcze dużo pytań - powiedział półgłosem Babu. -
Ilu ich było, skoro zdołali dokonać takiej rzezi? Kim są, a przede
wszystkim - jak się tu dostali? Teleportacja do przestrzeni prywatnej
jest niemożliwa, jak więc znaleźli się tu zabójcy?
- A nawet jeśli się tu dostali - dodał Artem - to powinni zostać
wykryci. Każda przestrzeń sprywatyzowana przez zamożnych ludzi jest
strzeżona. Gdzie podział się strażnik? Czy on także został zabity?
- Nie - powiedziała Mi-Cha.
Artem i Babu ze zdumieniem patrzyli na białą twarz młodej policjantki i czarne smugi łez. Mi-Cha zawsze dokładała czwartą warstwę pudru, kiedy
miała się teleportować w tropiki.
- Nie - powtórzyła. - Strażnik Tetamanu czeka na nas na drugim końcu
wyspy. Bez obaw, zablokowałam jego TPC, nie ucieknie.
Babu tylko się uśmiechnął, przyzwyczajony do sztuczek koleżanki, ale
komendant Akinis wglądał na zdumionego.
- Pojawiłam się na atolu dwie minuty przed wami - wyjaśniła Mi-Cha. -
Justus Fischer, strażnik, siedział na plaży. Wstrząśnięty, zakrył twarz
rękami. To on znalazł zwłoki i wszczął alarm.
- Dobra - warknął Artem. - Najpierw go przesłuchamy. Siedzi na
południowym brzegu?
Mi-Cha pokiwała głową, kładąc rękę na TPC. Babu powstrzymał ją.
- Pójdziemy tam piechotą.
- Oszalałeś? To na drugim końcu wyspy. Droga zajmie nam przynajmniej
kwadrans!
- Sama powiedziałaś, że nam nie ucieknie - obstawał przy swoim
Senegalczyk. - Idąc tam, będziemy mogli zastanowić się nad dalszym
postępowaniem.
Babu ruszył. Mi-Cha stała nieruchomo, wahając się, jakby nie była w stanie zrozumieć, że ktoś chce marnować tyle minut na przejście wyspy,
skoro wystarczyłaby sekunda. Porucznik odwrócił się i popatrzył na nią z uśmiechem.
- Jeżeli nie przestaniesz robić z siebie pchły, która nie potrafi zrobić
paru kroków, to już niedługo będziesz grubsza ode mnie.
Mi-Cha podreptała za nim, niezadowolona, nie zamierzała jednak dać mu
ostatniego słowa.
- Nie martw się o mnie! Uprawiam więcej sportu niż ty. Idę o zakład, że
kiedy przejdziesz na emeryturę, osiądziesz w miejscu!
- O tym właśnie marzę! - przyznał Babu.
Osiadłymi nazywano tę część ludzi świata, która kategorycznie odrzucała
teleportację jako środek komunikacji człowieka. Na ogół takie jednostki
żyły w izolacji, samodzielnie wytwarzając wszystko, czego potrzebowały,
albo zaopatrując się u sprzedawców dowożących towary.
- Dobra - uciął Artem. - Miejcie szeroko otwarte oczy, żeby nie umknął
nam żaden ślad. Mam nadzieję, że ten twój strażnik nie zwiał stąd wpław!
Ale Justus Fischer, strażnik wyspy, nie wziął nóg za pas. Nadal siedział
na skale, przeżuwając anyżkowego batona. Miał około czterdziestki,
długie siwe włosy i muskularne ciało. Nosił szarozielone ubranie w stylu
dawnych mundurów wojskowych. Sprawiał wrażenie zdruzgotanego tym, co się
stało.
- Co za pech - zwrócił się do Artema. - Urwałem się tylko na kwadrans,
żeby wpaść na wyspę Krk w Chorwacji, gdzie mieszka moja siostra. Zjadłem
z nią śniadanie. Miałem na to zgodę Ruperta Welta, bo rano na ogół jest
tu spokojnie, a on jeden tak wcześnie wstaje. Kiedy wróciłem, oni
wszyscy... byli już martwi. Istna rzeź. Wszyscy zamordowani w niespełna
kwadrans.
Jego stalowoniebieskie oczy lśniły, pełne strachu. Gdyby tu był, gdyby
czuwał nad wyspą, czy i on leżałby teraz martwy, czy też zdołałby
ostrzec innych? Sekunda, tylko jedna sekunda przewagi nad mordercami
wystarczyłaby, żeby atol opustoszał i żeby nikt nie zginął.
- Nie mógł pan tego przewidzieć - usprawiedliwiła go Mi-Cha. - Czy
wcześniej, dziś rano albo wczoraj, coś zwróciło pana uwagę?
Fischer w milczeniu pokręcił głową. Artem nie zadowolił się taką
odpowiedzią, więc strażnik szczegółowo opisał im poprzednie dni,
powiedział, kto z mieszkańców opuszczał wyspę, ale nie było w tym
niczego nietypowego. Od ponad miesiąca nikt obcy nie teleportował się w pobliże Tetamanu. Jako ostatni pojawili się niedaleko brzegów młodzi
poławiacze żółwi, którzy śledzili ich migracje, przemieszczając się po
kilometrze.
- Dobrze - powiedział komendant Akinis. - Proszę pozostać w pobliżu.
Będziemy pana potrzebowali przy identyfikacji zwłok, kiedy przybędą tu
lekarze sądowi.
I odeszli w stronę plaży.
- Biedak - szepnęła Mi-Cha. - Będzie to sobie wyrzucał do końca życia.
- Kłamie - powiedział tylko Babu.
- Co takiego?
Artem nie wtrącał się, pozwalając mówić porucznikowi, i tylko skinieniem
głowy przyznał mu rację.
- Kłamie, to się rzuca w oczy. Nie wiem, czy maczał palce w tej rzezi,
ale widać jak na dłoni, że ma coś na sumieniu.
- Możesz podać jakieś dowody? - oburzyła się Mi-Cha. - Co ci daje
podstawy do rzucania takich oskarżeń?
- Doświadczenie, mała Cha. Wiesz, to nic trudnego. Trzeba zatrzymać się
na chwilę, usiąść, zamiast zapuszczać się na koniec świata, żeby kupić
chleb albo ucałować na dzień dobry chłopaka. Usiąść i obserwować
sąsiadów.
Mi-Cha wzruszyła ramionami i wcisnęła czubek Trek Stara w biały piasek.
- Mi-Cha połącz się z PANGAJĄ i zbierz dane o wszystkich teleportacjach
tego Justusa w ciągu ostatnich dwóch miesięcy aż do dziś rana - rozkazał
Artem.
Babu popatrzył na morze, uśmiechając się z satysfakcją.
- Tymczasem - ciągnął komendant - musimy znaleźć odpowiedzi na inne
pytania. Kim są ci łajdacy? Skąd przybyli? Czego chcą?
Babu wziął garść piasku i obserwował, jak ziarenka wysuwają mu się przez
palce. Potem oznajmił:
- Mam już przynajmniej jedną dobrą odpowiedź.