Nowa Zelandia. Tam, gdzie Kiwi tańczy hakę - Violetta Zdulska

Kup ebooka

54.99 zł
45.09 zł (48,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Auc­kland. Za­chod­nie wy­brzeże

Wstęp

Dla­czego po­sta­no­wi­łam wy­je­chać?

Po­wie­trze. Chcę od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem, bo ja­kiego in­nego ar­gu­mentu mo­głam użyć, od­po­wia­da­jąc na py­ta­nia mo­jej mamy, dla­czego chcę je­chać na ko­niec świata. Prze­cież nic wię­cej wtedy o tym kraju nie wie­dzia­łam. Nie mia­łam po­ję­cia, co tam za­stanę, jak się żyje, jak długo tam będę i czy mi się spodoba. A dla­czego aż tak da­leko? Po­nie­waż to jedno z nie­wielu po­za­eu­ro­pej­skich państw ofe­ru­ją­cych wizę typu wor­king ho­li­day, czyli "zwie­dzaj i pra­cuj".

Sko­rzy­sta­łam już z wizy do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Ka­nady, póki co, nie było na mo­jej li­ście ma­rzeń, Ja­po­nia wy­da­wała się zbyt od­mienna kul­tu­rowo, do Au­stra­lii trzeba zro­bić cer­ty­fi­kat ję­zyka an­giel­skiego, a to pra­wie do­dat­kowy ty­siąc zło­tych i bar­dziej skom­pli­ko­wany, w tam­tym cza­sie, spo­sób apli­ka­cji. Zo­stała Nowa Ze­lan­dia.

Wtedy, w 2018 r., Po­la­kom przy­pa­dało równe sto wiz rocz­nie, a ja za­mie­rza­łam zdo­być dwie z nich - jedną dla sie­bie, drugą dla Mi­chała, który wy­jąt­kowo nie­chęt­nie pod­cho­dził do mo­jego po­my­słu wy­jazdu typu "rzu­cić wszystko i spę­dzić rok na końcu świata". Wspo­mi­nał coś o ruj­no­wa­niu mu uło­żo­nego, spo­koj­nego ży­cia i ta­kie tam... Na szczę­ście ja nie wi­dzia­łam re­al­nego po­wodu, dla któ­rego wy­jazd do No­wej Ze­lan­dii mógłby bez­pow­rot­nie zmie­nić na­sze do­tych­cza­sowe ży­cie, a już na pewno nie na gor­sze. Wy­cho­dzi­łam z za­ło­że­nia, że prze­cież nic w Pol­sce nie za­myka się za nami bez­pow­rot­nie, nic nam nie uciek­nie, a je­śli wró­cimy, za­czniemy wszystko od miej­sca, w któ­rym skoń­czy­li­śmy.

Je­zioro Te­kapo

Ży­cie naj­czę­ściej kom­pli­kuje nam się we wła­snych gło­wach i to tam po­ja­wia się wiele py­tań i wąt­pli­wo­ści, któ­rych można się wy­stra­szyć i zre­zy­gno­wać z dzia­ła­nia, i speł­nia­nia ma­rzeń. Ide­al­nie by­łoby po­sta­rać się ich nie two­rzyć i mie­rzyć się je­dy­nie z pro­ble­mami, gdy już ja­kieś fak­tycz­nie się po­ja­wią, za­miast mar­no­wać ener­gię na te miesz­ka­jące w na­szych gło­wach. Pa­trząc sta­ty­stycz­nie, więk­szość na­szych obaw i złych sce­na­riu­szy się nie speł­nia (ba­da­nia te prze­pro­wa­dzi­łam na sa­mej so­bie, więc nie pro­po­nuję się na nie po­wo­ły­wać; na­to­miast bar­dzo po­le­cam roz­wa­żyć to we wła­snej prze­strzeni).

Oczy­wi­ście, za­mknię­cie obec­nego ży­cia, zo­bo­wią­zań, for­mal­no­ści, a szcze­gól­nie myśl o roz­łące z bli­skimi może two­rzyć blo­kadę stra­chu, nie­po­koju i nie­pew­no­ści, jed­nak wtedy dużo o tym nie my­śla­łam. Sta­ra­łam się dzia­łać za­da­niowo i po ko­lei skre­ślać z li­sty sprawy ko­nieczne do zro­bie­nia przed wy­jaz­dem.

Uży­łam więc wszyst­kich zna­nych mi tech­nik mo­ty­wa­cyj­nych, żon­glo­wa­łam ar­gu­men­tami, przed­sta­wia­łam po­zy­tywne wi­zje i dzie­siątki róż­nych moż­li­wo­ści, które mogą tam na nas cze­kać. Udało się!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki