ROZMOWY "NOWYCH KSIĄŻEK"
W każdym z nas jest nieskażone źródełko
Z Józefem Baranem rozmawia Ireneusz Staroń
Od prawie pół wieku, czyli od wydania debiutanckich Naszych najszczerszych rozmów (1974), wyróżnionych Nagrodą im. Andrzeja Bursy (1975), utrzymuje się pan, używając sportowego określenia, w ekstraklasie poetyckiej. Co pan robił i dalej robi, żeby podtrzymywać dobrą kondycję przez ten szmat czasu i nie notować spadków formy (a może takowe bywały)?
Mojemu powojennemu pokoleniu sprzyjały też pewne szczęśliwie okoliczności. Zachowaliśmy przez ponad pół wieku ciągłość w pisaniu i wydawaniu. Nie żyliśmy w czasach zaborów, powstań, pierwszej i drugiej wojny światowej czy w ogłupiających latach realizmu socjalistycznego, a przecież to wszystko uderzało w poprzednie generacje poetyckie; zrywało ciągłość. Co zaś do mojego "futrowania" Pegaza, żeby nie zeszkapił się, nie ochwacił i nie okulał, nie zdechł po prostu... Każdy poeta ma inną metodę spinania go ostrogami.
A jaką pan ma?
Zacznijmy od tego, że wydałem dotąd piętnaście oryginalnych tomików poetyckich (i około piętnastu wyborów i wyborków wierszy). Jeśli te moje pięćdziesiąt pięć lat pisania podzielić przez piętnaście, wyjdzie średnia: jeden tomik na trzy, cztery lata. A jak się żyje stosunkowo długo, wyjdzie z tego bogaty dorobek i wydaje się, że dużo piszę. Wcale nie. Dawałem tylko do zbiorów "odleżane" już "produkty" natchnienia. Współautorką mojej twórczości (a może suflerką) było zawsze samo życie dostarczające czasem sensacyjnych przeżyć w rodzaju operacji na nowotwór złośliwy (dwukrotnej) czy niezbyt miłych uniesień chemioterapeutycznych, ale i wielu ekscytujących chwil. Mój Pegaz towarzyszył życiu - raz frunął (w chwilach radosnych, miłosnych, podróżnych), innym razem kulał (w chwilach szpitalnych, w nudnej codzienności, a nuda jest najlepszym nawozem dla sztuki). Życie wciąż toczyło się w blaskach i cieniach, prowokowało i nawoływało do nazwania go.
Istotną rolę dla podtrzymywania weny miały dzienniki. Od 1996 roku prowadzę z mniejszą czy większą regularnością notatki, zanoty, które wydawałem w oficynach "Zysk i S-ka" (trzy tomy) i ostatnio w PIW-ie. Te dziennikowe zapisy bywają niekiedy zalążkami pomysłów na wiersze. Utrzymują mnie w uważności obserwatora. Jeśli więc nie pisałem wierszy, oddawałem się cyzelowaniu tych zapisków. Ważną pożywką dla rozwijania talentu stawały się również wojaże zagraniczne, odrywanie się od rutyny codziennej, wyłamywanie się z niej. Te podróże - prywatne, poetyckie czy dziennikarskie - do Singapuru, Brazylii, Australii, Ameryki, Afryki, ale też do Szwecji i innych krajów europejskich, nawet jeśli niedługie - wzbogacały o inne optyki, pozwalały trwać w różnych poetyckich epifaniach. Po powrocie patrzyło się znów świeżo na polskie sprawy. Nigdy nie traciłem też z oczu rodzinnego Borzęcina, stolicy dzieciństwa, jako punktu odniesienia. I jeszcze jedno, jeśli mowa o ostrogach: dobrze jest być - co zabrzmi paradoksalnie - skłóconym ze sobą, ze światem, z własną epoką, z "salonami", mieć adoratorów, ale i przeciwników, bo dopóki żyje ostatni przeciwnik, żyje w nas chęć udowadniania, że się jest znakomitym.
Długa to droga z tymi ostrogami. Debiutował pan w 1969 roku na łamach tygodnika "Życie Literackie". W wierszu Po burzy - pochodzącym z tamtego czasu - widzimy piękny obraz kraju lat dziecinnych i młodzieńczych, obraz mężnych ojców, którzy "uzbrojeni w kosy / wyruszali na podboje dzikich krain łąk // ujeżdżanych jedynie przez koniki polne". Co dziś powiedziałby pan tamtemu młodemu poecie, gdyby spotkał go pan na swojej drodze? Czy młody Józef Baran czasami pana odwiedza? Jeśli tak, to o czym panowie rozmawiają?
Pewnie nie powiedziałbym tego, co Jan Nowicki - filut i cynik - gdy zapytawszy o wiek młodego adepta aktorstwa, dowiedział się, że liczy sobie on dwadzieścia wiosen. Nowicki na to: "Oj, biedaku, tyle jeszcze przed tobą". Oj, biedaku-bogaczu, tyle jeszcze przed tobą - powiedziałbym Józkowi Baranowi. Zabiegań, trosk, chorób, rozczarowań, kombinacji, kalkulacji, by jakoś wyjść na swoje. W dodatku poeci działają często, częściej niż na przykład piosenkarze, w pustce, a ich ambicje i aspiracje sięgają wierzchołków Giewontu. Mimo wszystko jednak, summa summarum, czarna szala nie przeważyła chyba we mnie białej szali: z radościami, dobrymi czy bardzo dobrymi chwilami, małymi czy większymi uniesieniami, a niekiedy nawet dużymi satysfakcjami, choć starość - wiadomo - nie udała się Panu Bogu i na końcu cierpienie podsuwa człowiekowi biblijne westchnienie: "wszystko to marność i pogoń za wiatrem".
Nie odpowiedział pan na pytanie o odwiedziny młodego Józefa Barana, a więc czy lubi pan swoje dawne wiersze?
O dziwo tak. Lubię młode wiersze Józka Barana. Udało mu się fuksem - bez długich błędnych błądzeń - trafić na siebie, na własną, polną ścieżkę, która doprowadziła go wprost do źródła pod łopianem, skąd wypłynęły potem z latami potoki, strumienie, rzeki...
W każdym z nas jest nieskażone źródełko, niepodobne do innych źródełek, jedyne, niepowtarzalne. Tylko trzeba je w sobie odkryć i nauczyć się czerpać stamtąd. U wielu ludzi i twórców to źródełko jest zasypane i zamulone. Myślą cudzymi myślami, mówią i piszą cudzymi słowami, nie są oryginałami, nie wykorzystują tej szansy. Stają się kopistami innych. Bywa, że nigdy nie dotrą do siebie, do swojego źródełka, bo może nie mają odwagi czy cierpliwości. Mój pierwszy tomik, Nasze najszczersze rozmowy, to właśnie docieranie do tych źródełek: do matecznika dzieciństwa, Borzęcina; lepienie wierszy z gliny, z której zostałem ulepiony, z prochu, z którego powstałem. Te wczesne wiersze charakteryzują się świeżością, zmysłowością, wrażliwością na szczegół, naiwną może czystością obrazowania, która, co zrozumiałe, bywa odmówiona takim "poetyckim prykom", do jakich się zaliczam teraz.
Kochanowski opiewał Czarnolas, Mickiewicz - Soplicowo, Przyboś - Gwoźnicę, Piętak - Wielowieś, Nowak - Sikorzyce, a Baran - Borzęcin...
Mateczniki są w każdym z nas i w każdym prawie człowieku istnieje tęsknota do krain utraconych, do dzieciństwa utraconego, jakie by ono nie było, do aury domu rodzinnego, Arkadii, czy jak to nazwać. W pierwszym tomiku udało mi się nieświadomie zagrać na tych właśnie strunach serca, utrafić w żyłę wspólną dla wielu ludzi, stąd może tomik miał bardzo dobry odbiór u krytyków i czytelników.
Cieszę się, że wspomniał pan o tych strunach, bo i w moim sercu na dźwięk pańskich utworów coś gra. I właśnie sfery uczuciowej będzie dotyczyć moje kolejne pytanie. Jednak zanim je zadam, przytoczę pewną pogłoskę. Nie tylko po Krakowie krążą słuchy, że znalazłszy swoją książkę w księgarni, podpisuje pan ją swoim imieniem i nazwiskiem. Ale czy każdą i zawsze? Z autorem którego z pańskich tomików mógłby się pan dzisiaj najbardziej zaprzyjaźnić? A z którym z nich byłoby panu zupełnie nie po drodze?
Nie bardzo rozumiem skąd te słuchy? Po pierwsze nigdy - poza jednym wyjątkiem - o którym na końcu - nie rwałem się do podpisywania książek, chyba że miałem w którejś księgarni spotkanie autorskie. Sam fakt byłby niemożliwy do sfinalizowania. W dawnych latach wydawałem tomiki w stosunkowo dużych - jak na dzisiejsze czasy - nakładach, na przykład Wiersze wybrane w 1984 roku wyszły w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy i zostały sprzedane w ciągu roku. W Krakowie też bardzo dużo się ich sprzedawało, a było tych księgarń o wiele więcej, musiałbym krążyć od jednej do drugiej jak komiwojażer. Śmieszne, tym bardziej że jestem (a raczej byłem) z natury osobnikiem nieśmiałym, nie narzucam się nikomu, a już szczególnie księgarzom... Natomiast w każdej plotce jest coś z prawdy. Otóż kiedyś, przez wiele lat, istniał stolik literacki w Matrasie w Krakowie, gdzie eksponowano książki podpisane przez autorów. Pamiętam, że w tej księgarni sprzedało się ponad sto pięćdziesiąt egzemplarzy mojego pierwszego tomu dzienników Koncert dla nosorożca, wydanego w 2005 roku. W jakimś sensie popyt na tę książkę był związany z faktem, że księgarz prosił mnie - i nie tylko mnie, bo wielu innych pisarzy krakowskich - o wpisywanie dedykacji. Książki z dedykacjami sprzedawały się lepiej. Kończyła się jedna partia, podpisywaliśmy drugą, trwało to dobrych parę, a może kilkanaście lat. Dziś Matras został zastąpiony Empikiem i tamten dobry obyczaj zniknął bez śladu.
Wróćmy jednak do relacji ze swoimi dawnymi poetyckimi ja. Wydaje się, że przyjaźń w tym kontekście to w ogóle złe słowo, bo "nasze najszczersze rozmowy" to "pękające szrapnele płaczu" (z wiersza Cmentarz z 1969). Ale już utożsamienie brzmi trafniej. Z którym z pańskich tomów utożsamia się pan najbardziej? Jak dużą rolę ogrywały tutaj zmienne koleje losu?
Transformacje ustrojowe nie wpłynęły zasadniczo na moje ponadczasowe refleksje. Myślę, że najbliżej mi do tomiku ostatniego, Pokój i wojna (2022), bo są w nim wiersze świeże jak bułeczki z piekarni. Ale przecież każdy tomik to dziecko, które powstawało w innych okolicznościach życia. Do każdego się przykładałem, cyzelowałem wiersze, każdy przywołuje inne wspomnienia przeżyć. Kilkanaście wczesnych wierszy dostało się po latach do podręczników i na egzaminy maturalne, co świadczy o ich długiej żywotności. Żaden nie powstawał pod presją ideologiczną, partyjną, na zamówienie. Przetrwały, choć świat wiejski uległ przeobrażeniu (pozostały jednak: dom, rodzina, potrzeba baśni). Nie użyłem nigdy metafory "służebnej", moje metafory rodziły się z wolności wewnętrznej. Na każdym etapie życia starałem się sprostać temu zamówieniu wewnętrznemu, być uczciwym wobec siebie samego.
Gdyby pan jednak miał wybrać jakąś grupę swoich wierszy, która byłaby dla pana szczególnie ważna?
Powiedziałbym, że chętniej powracam do swoich liryków afirmatywnych, krajobrazowych, przestrzennych, słonecznych, jakie piszę przeważnie latem. Mniej lubię swoje "skargi", wiersze zacienione, o pesymistycznym wydźwięku, najczęściej powstałe w zimie, w mieście ogołoconym z zieleni. Jest tyle trucizn, więc po co zatruwać świat spalinami i miazmatami poetyckimi? Choć i one domagają się swojego wyrazu. I im trzeba próbować sprostać.
POEZJA
Uśmiech Gajcego
Maciej Urbanowski
Tadeusz Gajcy
Opowieść z innego świata ; Widma
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy : Biblioteka Narodowa, 2022
Teka (159 ; 50 s) : il. ; 29 cm
Pięknie uczcili Państwowy Instytut Wydawniczy wraz z Biblioteką Narodową stulecie urodzin Tadeusza Gajcego. Album Tadeusza Gajcego Opowieść z innego świata. Widma to dzieło sztuki edytorskiej, które ze wzruszeniem, ale i przyjemnością bierze się do ręki.
Od razu trzeba pochwalić redaktora prowadzącego Pawła Orła oraz autorów koncepcji książki, Michała Wasilewskiego oraz Mimi Wasilewską. Ta ostatnia projektowała także obwoluty, okładkę i strony tytułowe, a niezwykłe i liczne fotografie pozyskała Ewa Mazur.
Na album składają się dwie książki złączone wspólną, beżową obwolutą. Beż dominuje zresztą w całości - jest elegancki, ale i skromny. Jak skromne od strony edytorskiej były konspiracyjne wydawnictwa, w które zaangażowany był Gajcy.
Z obwoluty wyciągamy najpierw faksymile Widm, które Gajcy wydał jako Karol Topornicki w 1943 roku. Poemat ukazał się konspiracyjnie, nakładem "Biblioteki Sztuki i Narodu". Na ostatniej, 25 stronie publikacji umieszczono informację, że Widma wydano na powielaczu w nakładzie 250 egzemplarzy, w tym 6 na papierze czerpanym. To ostatnie było chyba żartem i złośliwością wymierzoną w snobizm międzywojennych poetów.
Jest i tom drugi, znacznie obszerniejszy. Tytuł - Opowieść z innego świata - odnosi się do jednego z przedrukowanych w albumie wierszy, ale jest może dyskretną aluzją do arcydzieła Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i łączy doświadczenia tych niemal równolatków. Obaj pisarze doświadczyli wojennego i totalitarnego "innego świata" i - co również ważne - dali tych doświadczeń niezwykłe artystycznie świadectwa.
Opowieść z innego świata zawiera szkice o poecie autorstwa Rafała Brassego i Karola Samsela przeplatane wyborem czternastu jego wierszy. Jest jeszcze liryk prozą Wacława Bojarskiego Ranny różą i pięćdziesiąt ilustracji, czasem całostronicowych. Widzimy na nich Gajcego, jego rodzinę i przyjaciół. Są reprodukcje rękopisów i maszynopisów wierszy, dramatów, listów. Jedna tylko fotografia dotyczy bezpośrednio wojny - to obraz zniszczonego w czasie powstania warszawskiego na Placu Krasińskich niemieckiego transportera. Jest też słynna fotografia najdroższego przyjaciela Gajcego, Zdzisława Stroińskiego, wykonana tuż po uwolnieniu "Chmury" z Pawiaka.
To chyba celowy zabieg. Walka, konspiracja, okupacja są w tym albumie jakby na drugim planie. O tym już wiemy. Wiemy o pokoleniu Kolumbów i Gajcym jako jego reprezentancie. Tu raczej widzimy syna i brata, otoczonego czułą opieką matki akuszerki i ojca ślusarza, widzimy przyjaciela i narzeczonego. Gajcy pozuje do kolejnych zdjęć w eleganckim ubraniu, czasem samotny, czasem w towarzystwie rodziny. Często w słońcu, łagodnie uśmiechnięty. Twarz Gajcego się zmienia, niekiedy pojawia się na niej buńczuczny wąsik, ale uderza właśnie ów uśmiech. Na przykład na zdjęciu z kolegami z liceum wykonanym w 1940 albo na sąsiadującej z nim fotografii zrobionej nad Świdrem w 1943 roku. Było to zaiste annus horribilis, nic dziwnego, że w Widmach Bóg śni, a światem na opak włada szatan. Ale na fotografii ze strony 69 świeci słońce, lśni rzeka, a radosny Gajcy spaceruje w towarzystwie dwu pięknych dziewczyn, które przytula do siebie.
"Uśmiech dziwaczności"? Upominał się o ten rodzaj humoru Andrzej Trzebiński. O nim myśli się, oglądając fotografie Gajcego wojennego. O radości dwudziestolatka, który próbuje żyć na przekór niemieckiego innego, złego i smutnego świata. O humorze i radości, których manifestacją jest Curruculum vitae albo wiersze, w których świergota śnieg.
Ale myśli się też o literaturze, której się ta młodość poświęcała. Gajcy nie wierzył, że w czasie wojny muzy mają milczeć. Rękopisy jego najwcześniejszych wierszy pochodzą z 1938 roku. Wojna tylko wzmacniała wiarę w siłę i potrzebę literatury. Literatura jest narzędziem walki. Ale literatura inna od tej przedwojennej. I nienaiwnie tyrtejska, propagandowa.
Gajcy pisze bardzo dużo. Piórem i na maszynie. Czasem publikuje w "Sztuce i Narodzie" czy "Kulturze Jutra". W podziemiu, anonimowo, na kiepskim papierze. Najłatwiej drukować wiersze i krytykę. Dramaty (Misterium niedzielne albo Homer i orchidea) poczekają na druk po wojnie. Przeżyją autora, który zginie wraz ze Stroińskim jako żołnierz powstania warszawskiego. W albumie jednak nie ma zdjęcia grobu Gajcego czy odnalezionych w czasie ekshumacji przedmiotów. Jest jego pisanie. Jest jego życie.
Twórczość autora Widm nie od razu jednak trafiła po roku 1945 do czytelników. Pierwszy wybór jego wierszy wydał PAX w 1952 roku. Potem było już coraz lepiej i w roku 1992 wybór wierszy Gajcego wraz z Misterium... ukazał się w serii Biblioteki Narodowej. Pisarz został jakby kanonizowany. W ostatnich latach twórczość Topornickiego przeżywa renesans. Ukazały się biografia Stanisława Beresia i monografia Brassego, wznawiane są wiersze, a Muzeum Powstania Warszawskiego wydało w roku 2009 świetną płytę z muzycznymi interpretacjami liryki Gajcego. Za swego patrona uznali go Zbigniew Herbert i Jarosław Marek Rymkiewicz. Dzięki Kinderszenen karierę zrobiła makabryczna fraszka Święty kucharz do Hipciego.
Jak dzisiaj czyta się Gajcego? Szkice zamieszczone w Opowieści z innego świata kazałyby stwierdzić, iż jak klasyka, a więc z namaszczeniem, respektem i naukową powagą, czasem zadziwiającą erudycyjnymi paralelami i skojarzeniami. Myślę tu o mocno hermetycznym eseju Karola Samsela, w którym Gajcy łączony jest z Chestertonem, Kafką, Słowackim, Różewiczem, Norwidem, Wyspiańskim, Ibsenem, a nawet Szekspirem! Brasse jest znacznie skromniejszy (i zabawniejszy): zestawił wiersz Do potomnego z Chłopcami z Placu Broni Molnara. Trochę tu ginie osobność poety.
Ale Brasse podkreśla religijność Gajcego. Pisze o "głębokim humanizmie" jego utworów i zarazem obecności w nich "chrześcijańskich motywów i symboli". Stawia tezę, iż Do potomnego to "zwieńczenie drogi tego poety", co dość oczywiste, zważywszy, iż utwór powstał tuż przed wybuchem powstania. Dużo mniej oczywiste jest przyrównywanie tego wiersza do Prologu Dylana i Wydrążonych ludzi Eliota. Gajcy i jego pokolenie czytali raczej Francuzów, Rosjan i... Polaków, dla współczesnych ciekawsi - jako kontekst - są Anglosasi.
Kiedyś spory budził związek Gajcego ze "Sztuką i Narodem" i Konfederacją Narodu, a szerzej nacjonalizm, imperializm, a nawet - domniemany - antysemityzm. Autorów szkiców kwestia polityczności Gajcego właściwie nie ciekawi. Interesuje ich Gajcy metafizyczny, ironiczny oraz intertekstualny. Brasse pisze, że wprawdzie były u poety "tony apodyktyczne i partykularne", ale w sumie to "jawnie wyśmiewał postawy nacjonalistyczne" i jego postawa wyrastała "z ducha ponadnarodowego braterstwa". Dowodem Misterium niedzielne czytane - przez Brassego - jako groteska o narodowych mitach, których społeczeństwo stało się ofiarą, a przez Samsela jako "archetypowy obraz Warszawy 1943 roku". Ja czytałem to kiedyś jako satyrę na sanacyjną tromtadrację i zabawny atak na katastrofistów. Co pokazuje, jak niejednoznaczna i podatna na coraz to nowe, a więc też ahistoryczne i "światowe", odczytania jest ta twórczość.
Aktualne wydały mi się refleksje Brassego o znaczeniu męczeństwa w twórczości Gajcego i "sensie dźwigania żołnierskiego krzyża wraz z innymi". Z poruszeniem też po raz kolejny czytałem Widma, zwłaszcza sławne napomnienie:
Kochaj pocisk z niedobrego kruszcu,
gdy nad włosem ci leci prosty;
niejednego on przecież nauczył
miłości.
Arie obrazów, nokturny pejzażu
Ireneusz Staroń
Alicja Rosé
Morze nocą jest mięśniem serca
Warszawa : Państ. Instytut Wydawniczy, 2022
55 s. : il. ; 20 cm
Książki tej nie wypada nie określić mianem gratki dla estetów. Już sam tytuł - Morze nocą jest mięśniem serca - zapowiada, że mówi się tu pięknie i nostalgicznie, ze zgrozą, ale i uczciwe wobec katastrofy.
Ogólną linię kompozycyjną drugiego tomiku Alicji Rosé wyznaczają swoiste wiersze-mansjony, w których bohaterowie odgrywają zaledwie kilka gestów ze swojej biografii (realnej bądź literackiej, kulturowej), a to metonimiczne przybliżenie pozwala nadać tym wyimkom rangę alegorii życia świadków europejskiej współczesności czy szerzej - obrońców, rzadziej zaś zdrajców śródziemnomorskich etosów. To zatem korowód na poły poundowskich person, sławnych, ale i tragicznych postaci, takich jak Gottfried Benn, Käthe Kollwitz, Adam Zagajewski, Emil Cioran, Samuel Beckett czy Edith Södergran. Ich perypetie płynnie przechodzą w dzieje kulturowych ikon: Odyseusza, Telemacha, Orfeusza, Dafne czy Prospera. Ta równoległość dwóch poziomów narracji o pomnikowych postaciach ukazywanych w manierze dalekiej od koturnowej heroizacji (to herbertowskie) sytuuje drugi tomik Rosé w kręgu klasycyzującym. Ostatecznie Morze nocą jest mięśniem serca zmienia się - jak to często bywa u przedstawicieli programowo przegranego klasycyzmu - w ironiczno-ambiwalentny "postepos", w minimalistyczną epopeję o niemożliwości scalenia świata po piekle XX wieku, które nie zamierza się skończyć i przechodzi płynnie w kalendarzowy wiek XXI. To zatem historia o równoczesnej konstrukcji i dekonstrukcji narracji, o nieskończonym kręgu: życie - opowieść - legenda - mit (P.S.):
Świat, Adamie, jest czasami
prześmiewczy,
ma oczy sarny, lustra weneckie, czarne
morze.
Tysiące świateł z drugiego brzegu
nadaje tajną
wiadomość, która mówi: "nie bądź nigdy
samotny, człowieku", czyli "zapomnij o
sobie". Świat ma prześwity piękna,
które wyławiałeś dla nas jakby z dna
morza
poławiacze pereł.
Stąd tak wiele tutaj nieodzownych toposów: życia jako błędnej wędrówki, świata jako lustrzanego mirażu, wojny jako jesieni czy zimy przeciwstawionej ekstazie wiosny. Nieprzypadkowo cytat pochodzi z wiersza dedykowanego Adamowi Zagajewskiemu, bo z polskich kontekstów ten wydaje się dla Rosé najistotniejszy jako klasyk na miarę wysokiego modernizmu. Wiele tu także estetyzacji istnienia (znów Zagajewski!), patrzenia na dookolne w kategoriach dzieła sztuki i tęsknoty za ocalającą mocą muzeum oraz katedry: "Więc miej to za sobą, idź do muzeum i patrz / na drzewa, symfonię gałęzi, arię liści" (Możliwość). Za tym podąża silnie obecna tradycja listu poetyckiego jako apelu do indywidualnego sumienia, któremu zagraża zarówno okrucieństwo katastrofizmu egzystencjalnego, jak i ciemność historii: "ciemne ptaki wojny polują na / moje myśli" (Dieu). Elementem spajającym te wszystkie pierwiastki charakterystyczne dla pewnego rodzaju "poezji gatunkowej", dykcji kulturowej (niech jej kolejnym emblematem będzie choćby Eliot) jest atrakcyjność poetyckiego obrazu jako czegoś płynnie i niemal niepostrzeżenie wplatanego w inne wątki wiersza. Obrazy Rosé są po prostu piękne jakimś dawnym pięknem, które nie wymaga eksplikacji oraz intelektualnego uzasadnienia. Takie oczywiście ma, lecz czuć tutaj, że autorka czerpie przyjemność z samej możliwości uplastycznienia języka (wszakże jest także ilustratorką!). Jej bohaterowie mówią pięknymi frazami jakby to był najnaturalniejszy kod kulturowy. Ot, taka - dla mnie perełka - opisująca esencję herbaty harmonijnie wypełniającą naczynie(P.S.):
Jej zielone skrzydła
uśpionych myśli rozwijały się powoli
w gorącej wodzie.
A po niej taka fraza - jakże na miejscu:
Czytaliśmy wiersz
Gottfrieda Benna, lekarza od chorób
skóry i miłości.
Eterycznie, cicho, ze smakiem detalu w tle, który aktywuje wielką symbolikę lotu. Patos i etos, przy tym jakże dyskretnie zabawny z całym tym latającym w wodzie herbacianym płynem. Albo ten obraz, jakby z mowy szekspirowskich postaci wzięty (Tulipany):
pod otwartym niebem
rano jedna główka tulipana odcięta
osobno w małym kieliszku po winie
Obrazowanie ma ściśle formalne znacznie. Ujęcie personalistyczne wzmacnia metaforyzowany rekwizyt, nadający opowieści rangę konkretu. Z kolei wysoki ton oraz samo imienne przywołanie znanego bohatera czynią z wiersza małą alegorię (nawet nie tyle symbol, bo to osłabiłoby walor archetypu). Obie te tendencje znakomicie widać w pierwszych dwóch strofach utworu Nocturn:
Myślę o tobie, Edith Södergran. W taką
noc, jak dziś, ciemna wełniana chmura
twojej duszy przegląda się w morzu.
Kot przynosi ci rano świeże ślady na
śniegu, zaparzasz kawę, spadają z nieba
ptaki, zostawiają na plaży skrzydła.
Alegoryczna jest Södergran i jej "ciemna wełniana chmura" duszy, wychylenie zaś z kultury ku egzystencji znamionuje kot ze swoimi śladami na śniegu. Dopiero zderzenie tych dwóch obrazowych metafor daje syntezę o szczególnej sile tragizmu. Jeśli już zaś mowa o wizualności, to warto dodać, że autorka samodzielnie zilustrowała swój tom, a oszczędna estetyka tych czarno-białych, celowo groteskowo prymityzowanych rysunków przypomina obrazy Grzegorza Bednarskiego do Łyżki ojca Jana Polkowskiego. Gdyby ktoś wyczytał we frazach Alicji Rosé nuty z poezji autora Oddychaj głęboko, nie byłby chyba w wielkim błędzie, choć mowa raczej o wymienionych wyżej pierwiastkach klasycyzujących, a nie o głębszym powinowactwie.
Autorka książki Morze nocą jest mięśniem serca należy do poetek lekkiego, niekiedy eterycznego pióra. Słowo w jej wierszach nie przegląda się tylko w słowach, bo poważnie odnosi się do rzeczy z gatunku najważniejszych, a więc do ocalających mitów, do historii, do postpamięci. Na równi z filozofią bierze na siebie odpowiedzialność za sprzeciw wobec zorganizowanej nienawiści, której rany nosimy podświadomie po dwóch wojnach światowych. Widzi także wojnę, która trwa, dostrzega Kijów, "gdzie złote / czapki cerkwi nie schowały się do schronu" (Słuchają na Zoomie, jak Ija Kiwa czyta wiersz o wojnie). Przy tym słowa wypowiada ostrożnie, barbarii przeciwstawia arię, zgiełkliwości mordu ściszony krystalicznie szept, który chroni temat przed łatwością, pozwala poezji pozostać poezją, a nie zrzędliwą płaczką, rozpisującą na wersy pianę gazet (Tiziano Terzani pisze list):
Idę w górę, gdy potok mojego
życia biegnie w dole w przeciwną stronę.
Słychać jego słodki szmer. Moje serce to chart,
który skacze historii do gardła, gdy czerwony
khmer karczuje las ludzkich rąk.
Na koniec: kosmos. Tytułowe nocne morze jako serce to wspaniały nokturn, niemal romantyczny. Zapowiada, że obraz historii i historia w obrazach w najnowszej poezji mają się całkiem dobrze.
POPULARYZACJA NAUKI I WIEDZY
Oceany - rozjaśnianie mroku
Andrzej Jerzmanowski
Helen Scales
Otchłań
Ukryte życie oceanów
i grożące mu niebezpieczeństwa
przeł. z ang. Rafał Śmietana
Kraków : Copernicus Center Press, 2022
334 s. : il. ; 22 cm
Amazonka, największa rzeka na Ziemi, w każdej sekundzie wlewa do Atlantyku dwieście dziesięć tysięcy metrów sześciennych wody. Gdyby miała zapełnić w tym tempie miejsce pozostałe po opróżnieniu z wody ziemskich oceanów, zajęłoby to ponad sto pięćdziesiąt tysięcy lat. Ten czysto teoretyczny przykład pokazuje, jak gigantyczną przestrzeń w strukturze powierzchni naszej planety wypełnia woda.
Jeszcze do niedawna o tym, co dzieje się w owym niezwykłym środowisku, nie wiedzieliśmy prawie nic, traktując je jako niewyczerpany rezerwuar zasobów nadających się do wykorzystania, w przyszłości być może jako podstawowe źródło wyżywienia wciąż się powiększającej ludzkiej populacji. Dziś, gdy dzięki postępowi w nauce i technologii wiemy więcej, z zaskoczeniem odkrywamy, że nasz gatunek w krótkim czasie, jaki upłynął od początku rewolucji przemysłowej, i temu środowisku zdołał poważnie zagrozić.
Otchłań jest kolejną ważną książką, która ma to uświadomić. Autorka, Helen Scales, stopień doktora w dziedzinie biologii morskiej uzyskała w 2005 roku na Uniwersytecie Cambridge w Anglii, obecnie wykłada na tej uczelni. Napisała już kilka książek popularnonaukowych poświęconych oceanom, pisze o nich także w publikacjach prasowych, zabiera głos w dyskusjach i występuje w mediach. Jak twierdzi, powoduje nią chęć przybliżenia czytelnikom i widzom fascynującego środowiska, które - choć znajduje się tuż obok - jest w istocie trudniejsze do penetracji niż oddalony o setki tysięcy kilometrów Księżyc lub leżący jeszcze dalej Mars.
Słowo abyss (od gr. ábyssos - bezdenna głębia, otchłań) użyte w oryginalnej wersji tytułu, nawiązuje do strefy abisalnej czyli głębokościowej w oceanach. Zaczyna się ona poniżej czterech tysięcy metrów i schodzi w głąb aż do sześciu tysięcy metrów. Sięgająca jeszcze głębiej, miejscami aż jedenastu tysięcy metrów, jest już tylko strefa hadalna (wzięła nazwę od mitycznego Hadesu), obejmująca najgłębsze rowy oceaniczne. Dobrze zdawać sobie sprawę, że strefa abisalna występuje pod 83% powierzchni oceanów, co odpowiada 60% całkowitej powierzchni Ziemi. Panuje w niej wieczna ciemność, a temperatura wynosi 2-3°C. Na wszystko, co się tam znajduje, wywierane jest ciśnienie przewyższające, w zależności od głębokości, dwieście do sześciuset razy ciśnienie atmosferyczne.
Mimo wyjątkowo surowych warunków, w strefie abisalnej nie brakuje przejawów życia. Nie spotkamy tu roślin, brak światła uniemożliwia fotosyntezę. Możemy za to podziwiać osobliwe kształty i zaskakujące przystosowania umożliwiające występującym tam przedstawicielom zwierząt przetrwanie w ekstremalnym środowisku. Niewiele byśmy o tym wiedzieli, gdyby nie nowoczesne batyskafy, w których od czasu do czasu badacze zapuszczają się w głębiny, oraz coraz częściej używane podwodne roboty wyposażone w kamery i reflektory (ze względu na specyficzne przystosowania do życia w warunkach wysokiego ciśnienia organizmy wyłowione z dużych głębokości zazwyczaj pękają na powierzchni). Dotyczy to również większości strefy zwanej pelagialną, oddzielającej strefę abisalną od powierzchni oceanu.
Scales poświęca najobszerniejszą ze wszystkich, pierwszą część książki na szczegółowy i barwny opis szeregu niezwykłych organizmów zamieszkujących niedostępne dla człowieka strefy oceanów. Wiele to odkryte dopiero niedawno, nieznane wcześniej gatunki. Głębia kryje jeszcze dużo różnych tajemnic, ale już dziś wiemy, że odgrywa kluczową rolę w utrzymywaniu biologicznej równowagi całego oceanu. Warstwy wody na różnych głębokościach łączą skomplikowane zależności ekologiczne obejmujące produkcję energii, cyrkulację substancji odżywczych i sieci pokarmowe. Organizmy należące do tysięcy gatunków wykorzystują je do cyklicznych migracji związanych z przechodzeniem kolejnych stadiów rozwojowych.
W dwóch pozostałych częściach książki Scales konfrontuje tę wiedzę ze skutkami dokonującej się na coraz większą skalę eksploatacji oceanów przez człowieka. Chodzi przede wszystkim o przemysłowe metody połowu na głębinach, co stało się możliwe dzięki wykorzystaniu potężnych maszyn i nowoczesnych technologii. Jedną z nich jest ciągnięcie kilometrami po dnie włoków dennych, co powoduje nieodwracalną destrukcję unikatowych siedlisk dla żywych organizmów. Jeszcze większe włoki pelagiczne pozwalają na chwytanie za jednym zaciągiem dziesiątków, a nawet setek ton ryb. Łapią się w nie także organizmy należące do wielu "niekomercyjnych" gatunków. Warto dodać, że odławiane ryby nie mają tu żadnych szans, ich ławice są śledzone i lokalizowane za pomocą ultranowoczesnych i stale doskonalonych systemów hydroakustycznych. Scales fachowo i precyzyjnie opisuje tragiczne skutki stosowania tych metod, a także trudności, na jakie napotykają ich przeciwnicy w walce z potężnym lobby stojącym za połowowym biznesem. Przyszłość wcale nie rysuje się różowo, na horyzoncie pojawił się bowiem nowy intratny obszar eksploracji - przemysłowe metody pozyskiwania cennych metali i minerałów z dna oceanów, czyli oceaniczne kopalnictwo. Szkody w środowisku, wyrządzane przez coraz gęściej wyrastające platformy do wydobywania ropy i gazu spod dna morskiego, to zwiastun tego, co nas czeka, gdy zaczniemy wydobywać stamtąd setki innych surowców.
Książkę Helen Scales warto przeczytać choćby dlatego, by z pierwszej ręki się dowiedzieć, co się dzieje w bliskim, a zarazem słabo poznanym środowisku oceanów.
Z przyjemnością odnotowuję doskonałe pod każdym względem tłumaczenie, którego dokonał Rafał Śmietana.
KOŚCIÓŁ
Co po christianitas?
Karol Grabias
Tomáš Halík
Popołudnie chrześcijaństwa
Odwaga do zmiany
przeł. z czes. Tomasz Maćkowiak
Kraków : "WAM", 2022
319 s. ; 20 cm
Chyba niemal wszystkie bieżące dyskusje na temat kryzysu instytucjonalnego chrześcijaństwa - od kolejnych odsłon skandali pedofilskich, prób zdiagnozowania źródeł nowej fali sekularyzacji, po skonfliktowane wyobrażenia o roli świeckich w Kościele hierarchicznym - zbiegają się w tytułowym pytaniu.
Jaką formę może i powinna przybrać społeczność wiernych w czasach, gdy chrześcijaństwo - z całym jego aparatem kodów, wartości i struktur - z dominującej warstwy zbiorowej tożsamości staje się czymś na kształt archaicznego dialektu, języka pełnego nieczytelnych idiomów i słów, którego używa mniejszość, nierzadko sprawiająca wrażenie grupy rekonstrukcyjnej? O ile "śmierć Boga", upadek obrazu absolutu wsparty na przednowoczesnych metafizykach, jest zjawiskiem, któremu teologowie i filozofowie przyglądają się od stu lat, o tyle "śmierć Kościoła" - szczególnie w naszym regionie - jest procesem, który oglądamy od środka, na pełnym morzu zmian. Czy ostatnie książki Tomáša Halíka - jednego z poczytniejszych współczesnych teologów - dają nam jasną odpowiedź na tytułowe pytanie?
Czas pustych kościołów to zapis siedemnastu kazań, które w okresie pierwszej pandemicznej Wielkanocy czeski teolog wygłosił do obiektywu kamery w pustym kościele św. Salwatora, duszpasterskim ośrodku, z którym Halík związany jest od lat. Czy sprawia to, że wartość tej lektury sprowadza się jedynie do dokumentalnego zapisu tego czasu, który wybudził nas z "historycznej drzemki" i o którym staramy się powoli zapomnieć? Byłaby to zdecydowanie niesprawiedliwa ocena. Bez wątpienia pandemiczna blizna jest widoczna na powierzchni niemal każdego ze zgromadzonych w książce kazań, w których fragmenty Pisma Świętego swobodnie przechodzą w eseistyczny styl czeskiego teologia: wizja mściwego Boga, karzącego ludzkość plagą, jest poskromiona nawiązaniami do Księgi Hioba (fałszywa teologia przyjaciół Hioba), a nakaz zamknięcia kościołów, zamiast oburzać, przywodzi intymne wspomnienia z tajnych mszy, odprawianych w czeskich mieszkaniach przez "kościół podziemny" - stanowi też wezwanie do poszukiwania dróg wiary poza kościelnymi murami. Praski teolog z łatwością przekuwa materię czasu pandemii w refleksję obejmującą szerszy horyzont i na nim odmalowuje przemiany globalnego stanu ducha, dla których zaraza stanowi tylko jedno z paliw. Oczywiście znajdziemy tu krytyczne przemyślenia na temat "konsumowania" transmisji mszy świętych czy wezwania do postaw solidarności względem osób chorujących i zagrożonych chorobą. To jednak zaledwie powierzchnia Halikowego myślenia.
Jego centrum nie zajmuje pytanie o partykularne zjawisko pustych ławek jego parafii w trakcie zarazy, a głębszy, egzystencjalny wymiar czasu "pustych kościołów". Czasu, w którym większym zagrożeniem od niedostępności lub braku zainteresowania tradycyjnymi praktykami religijnymi jest zanikający zmysł wagi tajemnicy naszego istnienia - gdy miejsce żarliwego ateizmu nierzadko zajmuje obojętny apateizm - a ważniejsze od możliwości publicznego manifestowania wartości chrześcijańskich jest tworzenie atmosfery, w której zakiełkować może postawa otwartości na "rozbłyski świętości w naszym życiu". Halík z właściwą dla siebie manierą intelektualną dystansuje się wobec tradycyjnie definiowanych "zagrożeń chrześcijańskiej wiary" i mentalności oblężonej twierdzy, dla której największym wyzwaniem miałoby być odejście od tradycyjnego modelu społecznego, tzw. genderyzm czy skupienie na prawach rozmaitych mniejszości. Według Halíka żyjemy w czasach całkowitego kryzysu poczucia bezpieczeństwa, w którym próby rozpaczliwego utrzymania kulturowej biosfery tradycyjnego chrześcijaństwa są przedsięwzięciem skazanym na porażkę.
Lektura Czasu pustych kościołów może pozostawić czytelnika z lekkim poczuciem niedosytu: obcowaliśmy wszak z ograniczoną - choćby czasowo - formułą kazania, w której Halík dokonuje czasami akrobatycznych niemal skoków od Hioba do Heideggera czy od Getsemani do genderyzmu. Dla kogoś, kto z praskim myślicielem styka się po raz pierwszy, z pewnością dobrą rekomendacją będzie lektura obu dzieł jednym tchem. To, co Halík jedynie kreślił na marginesach Ewangelii w Czasie pustych kościołów, w Popołudniu chrześcijaństwa uwalnia się od formuły stricte liturgicznej medytacji i przyjmuje postać bardziej usystematyzowanej i jednocześnie oryginalnej myśli teologicznej. Czy wskazałbym w niej jedną, centralną ideę, która porządkuje wszystkie inne? Jeśli tak, to bardzo nieśmiało: jest nią wiara we wrodzoną chrześcijaństwu zdolność do samotranscendowania, dzięki któremu niczym statek Tezeusza przebudowuje się wciąż na wzburzonym, "popołudniowym" morzu dziejów, pozostając dalej wehikułem żywej, prawdziwej wiary.
Prowadzi to do kwestii kairologii - tak bowiem sam czeski autor proponuje nazwać dział teologii, który stanowi "teologiczną hermeneutykę doświadczenia wiary w historii, szczególnie w kryzysowych momentach zmian społecznych i kulturowych paradygmatów". Kairos to oczywiście czas wielkiej próby, chwila, w której dramat ludzkiego losu, a więc również dramat zbawienia, odsłaniają przed nami ciężar naszego ziemskiego bytowania. Jeśli Czas pustych kościołów można potraktować właśnie jako kairologiczny namysł nad możliwymi drogami transformacji wiary w obliczu głębokiego pęknięcia na powierzchni naszych systemów bezpieczeństwa, o tyle Popołudnie chrześcijaństwa stanowi już dojrzałą - choć otwartą w swojej strukturze i wzywającą nas do osobistego zaangażowania - propozycję teologiczną, w której kairologia chrześcijańskiego popołudnia (czasu po upadku teologicznych i metafizycznych pewników) splata się z wszystkimi kluczowymi wątkami myśli Halíka. By wymienić tylko kilka z nich: autor proponuje tu namysł nad postmetafizyczną filozofią wiary, teologią sekularyzacji, na nowo zinterpretowaną wizją ekumenizmu i katolickości czy choćby postulatem zwrotu w stronę duchowości, który ma stanowić właściwy modus dojrzałej wiary w warunkach kryzysu religii instytucjonalnej.
Klucz do diagnoz czeskiego teologia zdaje się niezwykle bliski myśli irlandzkiego filozofa Richarda Kearneya. Kearney nadaje osobną nazwę całej duchowej sferze, o której zachowanie i kultywację apeluje Halík. To anateizm, czyli powrót do pytania o możliwość teizmu po śmierci pierwszej, naiwnej wiary, która była dzieckiem czasów wielkich systemów metafizycznych. Fundamentem anateizmu jest zaś umiejętność przebywania wobec tego, co nie daje się nam intelektualnie podporządkować: to, co John Keats nazywa "zdolnością ujemną", a Paul Ricoeur "nasłuchiwaniem". Umiejętność, której towarzyszy zapominanie myślowych schematyzmów i odruchu sięgania po proste rozstrzygnięcia. W tej optyce egzystencjalny skandal zła ani nie falsyfikuje dojrzałej wizji Boga, ani nie stanowi dowodu boskiego interwencjonizmu w reakcji na rozpad moralnego ładu.
Co zatem po Christianitas? Według Halíka śmierć jednej formy chrześcijaństwa, w której krytyczny ateizm winien być traktowany jako sojusznik w dziele oczyszczania obrazu Boga z pojęciowej idolatrii, jest tylko kolejnym Wielkim Piątkiem. A chrześcijanie takiej śmierci nie powinni się przecież obawiać. Jak wskazuje czeski teolog, historia wiary to proces nieustającego zmartwychwstania, śmierci naszych przedwczesnych wyobrażeń o Bogu, który po długim oczekiwaniu Wielkiej Soboty powraca odmieniony. Czas pustych kościołów to właściwy moment, by - jak wcześniej czynili to Pseudo-Dionizy, Pascal czy Teresa z Lisieux - "z większą odwagą i zaufaniem wstąpić do obłoku tajemnicy i umieć żyć wśród paradoksów".
KONTRAPUNKT
O najgłębszych przyczynach inwazji
Juliusz Gałkowski
Piotr Skwieciński
Koniec ruskiego miru?
O ideowych źródłach rosyjskiej agresji
Warszawa : Fundacja Świętego Mikołaja. Redakcja "Teologii Politycznej", 2022
259 s. : il. kolor. ; 21 cm
(Życie Codzienne Idei ; t. 16)
Nad przyczynami inwazji, której w lutym 2022 roku dokonały wojska rosyjskie, wkraczając na terytorium Ukrainy, wciąż głowią się analitycy wojskowi i polityczni, a także publicyści wszelkiego rodzaju publikatorów.
Ukazało się na ten temat wiele tekstów, a możemy się spodziewać wielu kolejnych. Są i będą one najróżniejszej wartości. Omawiane są najrozmaitsze aspekty zagadnienia: wojskowe, polityczne czy ekonomiczne. Pojawiają się także próby wyjaśnienia kulturowych czy ideowych przyczyn kolejnych eskalacji konfliktu, który od wielu lat toczy się za naszą wschodnią granicą.
Wśród publikacji próbujących odpowiedzieć na pytanie o te najgłębsze przyczyny zdecydowanie wyróżnia się książka Piotra Skwiecińskiego Koniec ruskiego miru? Przy jej omawianiu należy na samym początku podkreślić trzy rzeczy. Pierwszą jest niewątpliwa wiarygodność autora jako eksperta od spraw rosyjskich. Nie jest to jego pierwsza publikacja na ten temat. Należy przypomnieć szereg publikacji prasowych o Rosji, m.in. wydaną pięć lat temu - także przez oficynę "Teologii Politycznej" - książkę Kompleks Rosji. Również droga zawodowa autora, nawet jeżeli nie skłoni nas do uznania słuszności jego opinii, to przynajmniej nie pozwoli zaprzeczyć faktowi, że doskonale zna on przedmiot swoich rozważań. Skwieciński był korespondentem w Moskwie i dyrektorem Instytutu Polskiego w stolicy Federacji Rosyjskiej.
Drugą kwestią jest ogromna erudycja autora. Niestety Koniec ruskiego miru? nie został opatrzony przypisami ani bibliografią (chociaż zastanawiam się, o ile wtedy ta książka byłaby dłuższa). Widać jednak, że opinie autor opiera nie na wrażeniach, lecz na znajomości tekstów, jakie powstają w samej Rosji i na całym świecie. Są to artykuły publikowane nie tylko w mediach rosyjskich, ale także amerykańskich czy polskich, rozprawy naukowe, także historyczne, oraz teksty źródłowe z historii Rosji i podbijanego przez nią świata. I oczywiście literatura piękna. Właśnie owa, naprawdę robiąca wrażenie znajomość literatury przedmiotu (w rozmaitej formie) oraz, podkreślmy to, jej doskonałe zrozumienie, pozwalają na danie autorowi kredytu zaufania.
Wreszcie ogromne wrażenie robi język, jakim operuje Skwieciński. Ponieważ zdecydował się na krótką formę, to jego wprowadzenia do omawianych zagadnień, opisy wydarzeń czy prezentacja postaci muszą być nie tylko skrótowe, ale także dosadne i mięsiste. I tak Dugin jest "ezoteryczny". Władza odwołuje się do świadomości i podświadomości Rosjan, zaś oni sami kwestionują idealistyczne motywacje działania innych, widząc tylko interesy. Autor raczy nas też smakowitymi anegdotami, jak ta, w której rosyjski żołnierz mówi, że "Rosjan bić lżej". Wszystko to powoduje, że książkę Skwiecińskiego czyta się naprawdę znakomicie.
Omawiana praca jest zbiorem niemalże trzydziestu bardzo krótkich szkiców, które swoją treścią (i wspaniałą formą) uderzają w samo sedno. Co więcej, ułożone są one bynajmniej nieprzypadkowo, i chociaż można spokojnie czytać je na wyrywki, to zapoznając się z treścią wedle zaproponowanej przez autora kolejności, powoli odkrywamy, na czym polega ten tytułowy "ruski mir" i jakie są idee, które kierują "ruskim narodem" i jego władcami. Ten obraz, wielowątkowy i naprawdę zagmatwany, jest przewodnikiem po historii i po mapie.
Skwieciński tłumaczy nam w przystępnych słowach, na czym polega ciągłość pomiędzy Rosją carską, komunistyczną oraz putinowską, postkomunistyczną. Ale jednocześnie ukazuje, że każda z nich była inna, że wieloletnia dyktatura Putina bynajmniej nie gloryfikuje ani czasów Romanowów, ani pierwszych sekretarzy. Ale z drugiej strony nie odcina się od nich, bo odciąć się najzwyczajniej w świecie nie może. A jednocześnie dowiadujemy się, na ile to brak możności, a na ile brak chęci. I doskonale, że autor pisze po prostu dobrze, bo inaczej obraz byłby tak pogmatwany, że nic byśmy z niego nie zrozumieli.
Ale jest w tej książce coś jeszcze. Otóż stanowi ona - wyrażoną nie wprost - polemikę. Polemikę z wszystkimi prostymi wyjaśnieniami. Takimi, co jedną przyczyną starają się wytłumaczyć szalenie skomplikowany rosyjski świat. Monokauzalizm jest groźnym w skutkach błędem, a w szczególności, gdy zbywamy wszelkie problemy pogardliwym stwierdzeniem, że "kacapy po prostu takie są".
Rozprawia się też autor z pewnymi legendami, które tworzą obraz Rosji, legendami szczególnie silnymi w takich narodach jak nasz, gdyż Polacy odczuwają przed tym krajem (i jego mieszkańcami) lęk połączony z pogardą i poczuciem wyższości. Przykładem jest przekonanie, że cała kultura rosyjska to rezultat mongolskiego panowania, że owi "zepsuci krwią tatarską" Słowianie już nigdy nie wejdą do rodziny cywilizowanych ludzi. Jest i druga legenda - owej tajemniczej, ale wspaniałej Rosji, tej do której wiele narodów i państw Zachodu czuje pełen fascynacji pociąg. Wszystkie te legendy rozprysną się po zderzeniu z treścią Końca ruskiego miru?
Najważniejsze jest jednak pytanie, skąd się wzięła, jakie były najgłębsze przyczyny owej rosyjskiej agresji na Ukrainę oraz na inne narody i państwa. Czytelnik w książce znajdzie propozycję odpowiedzi, jaką podał Piotr Skwieciński, ale nawet jeżeli się z nią nie zgodzi, to i tak nie straci niczego, czytając tę książkę, bo sama jej lektura przyniesie mu wiele różnych korzyści.
Koniec rosyjskiego mitu
Paweł Rojek
Piotr Skwieciński w nowej książce argumentuje między innymi, że w Rosji od kilkunastu lat mamy do czynienia z powrotem ideologii imperialnej, która ostatecznie stała się inspiracją ataku na Ukrainę. Jego zdaniem rosyjskie elity zerwały z wcześniejszym pragmatyzmem i zaangażowały się w projekt realizacji ideologicznej wizji, znajdując w tym żywiołowe poparcie ludu. Najnowszą formą rosyjskiej ideologii imperialnej jest formuła "ruskiego miru". W ten sposób Skwieciński staje się kontynuatorem długiej tradycji polskiego sposobu interpretacji dziejów Rosji, która kładzie nacisk właśnie na ciągłość między dawnym imperium carskim, Związkiem Radzieckim i współczesną Rosją, prowadzącej od Jana Kucharzewskiego, przez Richarda Pipesa, aż do Andrzeja Nowaka.
W pierwszym okresie rządów Putina władza odżegnywała się od jakiejkolwiek ideologii. Celem rządzących miała być tylko modernizacja i utrzymanie silnej pozycji Rosji. Gdy jednak potem okazało się, że wysiłki modernizacyjne nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, a społeczeństwo domaga się realnej demokratyzacji, Putin postawił na ideologiczną mobilizację społeczeństwa. Skwieciński stwierdza, że dawny cyniczny pragmatyzm elit został zastąpiony przez wiarę w idee: "Rządzący Rosją, choć nową ideologię przyjęli początkowo przede wszystkim na zimno, z przyczyn politycznych i geopolitycznych, to potem naprawdę w nią uwierzyli". Jak powiada dalej, sam Putin "od kilku lat interesuje się tradycjonalistyczną rosyjską myślą przedrewolucyjną i emigracyjną". Dowodem tej przemiany jest rozpętanie i kontynuowanie wojny z Ukrainą, która nie ma najmniejszego sensu z punktu widzenia interesów elity.
Idea ruskiego miru ma ciekawą historię. Wygląda na to, że sformułowana została pierwotnie przez rosyjskich polittechnologów w latach dziewięćdziesiątych jako propozycja określenia rosyjskiej soft power, następnie została - zapewne niezależnie - rozwinięta przez patriarchę Cyryla, który tak właśnie określał zasięg swojej duchowej władzy w Rosji i najbliższej zagranicy. Po 2014 roku idea ta zaczęła być systematycznie wykorzystywana przez Kreml. Dziś ruski mir ma oznaczać wspólnotę kulturową mieszkańców Rosji i kilku sąsiednich krajów opartą na wspólnych wartościach, wspólnym języku i wspólnej religii. Po rozpadzie Związku Radzieckiego ruski mir został podzielony między różne państwa. Celem polityki Rosji jest przywrócenie jego jedności i ochrona przed zagrożeniem płynącym ze strony państw zachodnich.
Trzeba przyznać, że na tle bogatych tradycji imperialnych Rosji idea ruskiego miru jest wręcz żenująco mało ambitna. Jak powiada Skwieciński, jest to "ostatnia, nędzna resztka, ostatni rudyment ich pieszczonego przez wieki niejasnego, niemniej zawsze intensywnie przeżywanego i postrzeganego jako gigantyczne historyczno-religijno-politycznego przeznaczenia (...). Jest ostatnią linią obrony, rozumianą jako ostatnia rubież ich tożsamości jako bytu w jakikolwiek sposób różniącego się od wszystkich innych (...) narodów". Ideologia ruskiego miru obejmuje prócz Rosji, Białorusi i (części) Ukrainy co najwyżej fragmenty Kazachstanu i może Mołdawię. W żadnej interpretacji nie mieszczą się w niej na przykład dawne republiki bałtyckie czy azjatyckie, nie mówiąc już o krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Zasięg ruskiego miru przypomina więc Rosję z XVII wieku, może nawet jeszcze przed przyłączeniem lewobrzeżnej Ukrainy. Dawniej Rosja występowała w imieniu prawosławia, słowiańszczyzny czy światowego proletariatu, dziś działa właściwie w imieniu własnym oraz - bez pytania o zgodę - rosyjskojęzycznej ludności kilku sąsiednich krajów.
W istocie - jak wskazywałem w swojej książce Przekleństwo imperium. Źródła rosyjskiego zachowania z 2014 roku - idea ruskiego miru jest właściwie zaprzeczeniem rosyjskiego projektu imperialnego. Imperium jest bowiem z natury wspólnotą uniwersalną, otwartą na wiele różnych narodów. Ruski mir ma natomiast charakter wyraźnie nacjonalistyczny. Jawny nacjonalizm wyklucza jednak tworzenie jakichkolwiek trwałych projektów imperialnych. Co więcej, idea ta może w dłuższej perspektywie zagrażać integralności samej Federacji Rosyjskiej, która przecież nie należy w całości do ruskiego miru. Paradoksalnie władze rosyjskie wykorzystujące postimperialną traumę Rosjan realizują politykę, która w istocie zamyka imperialny okres dziejów Rosji.
Nawet jednak ta nędzna resztka rosyjskiej ideologii na naszych oczach ponosi spektakularną klęskę. Wojna w Ukrainie, nawet jeśli wciąż trwa w sensie militarnym, w sensie ideologicznym została już dawno zakończona. Idea ruskiego miru nie tylko nie wzbudziła zainteresowania w Ukrainie, ale wywołała zaciekły zbrojny opór tych, do których była adresowana. Rosyjskojęzyczni obywatele wschodniej Ukrainy, będący na dodatek często wiernymi Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego, a więc z pozoru idealni mieszkańcy rosyjskiego świata, zamiast witać swoich wyzwolicieli chlebem i solą, strzelali do nich z javelinów. To całkowita kompromitacja ideologii Kremla. To tak jakby Niemcy zajmujący w 1938 roku Sudety spotkali się z heroicznym oporem zamieszkujących je niemieckojęzycznych obywateli Czechosłowacji. Co więcej, w Ukrainie gwałtownie przyspieszyły procesy kulturowego oddzielania się od Rosji. Coraz więcej rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy zaczyna ostentacyjnie mówić po ukraińsku, coraz więcej prawosławnych wiernych Patriarchatu Moskiewskiego przechodzi do Ukraińskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Jakby tego było mało, doktryna ruskiego miru została w świecie prawosławnym potępiona jako herezja etnofiletyzmu. Projekt ideologiczny rosyjskiego świata po prostu nie wypalił. Piotr Skwieciński zupełnie niepotrzebnie opatrzył tytuł książki Koniec ruskiego miru? znakiem zapytania. Jak trafnie zauważył Hieronim Grala podczas dyskusji o jego książce na spotkaniu w warszawskiej siedzibie "Teologii Politycznej", powinien raczej zakończyć go wykrzyknikiem.
Klęska projektu ruskiego miru jest osinowym kołkiem wbitym w serce upiora rosyjskiego imperializmu. Podważa też jednak budowaną od stuleci na pragnieniu imperialnym rosyjską tożsamość, tak skwapliwie w ostatnich latach wzmacnianą przez rosyjską propagandę. W rezultacie, jak zauważa Skwieciński, "destrukcja "trójjedynego narodu" odbiera Rosjanom sens ich istnienia. Nigdy nie identyfikowali się oni bowiem jako kolejny, "zwykły" naród. Mieli pełnić misję ogólnoświatową, a w niedookreślony sposób uniwersalistycznie mesjańską. Te ambicje legły w gruzach". Niezgoda Ukrainy na ruski mir jest więc dla współczesnych Rosjan prawdziwą katastrofą egzystencjalną. Oznacza to, że walczą oni w Ukrainie nie tyle o nowe terytoria, co o zachowanie poczucia sensu swojego istnienia. To niestety wydaje się wyjaśniać ogromne poparcie, jakim w Rosji cieszy się wojna, a także narastającą brutalność rosyjskich wojsk. W końcu, jak zauważył Wojciech Stanisławski, "na zegarze rosyjskich emocji strzałka z pozycji "wyzwalamy braci" potrafi z niewiarygodną łatwością przesunąć się na pozycję "eksterminujemy zdrajców"". Jest czymś głęboko przejmującym, że ceną za sens życia Rosjan jest dziś odbieranie przez nich życia Ukraińcom.
nr 4/1246
MIESIĘCZNIK czasopismo wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zalecane do użytku w szkołach i innych placówkach oświatowo-wychowawczych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
ZESPÓŁ:
Grzegorz Filip redaktor naczelny
Anna Stypułkowska sekretarz redakcji
Małgorzata Borczak
Tomasz Kłusek Mikołaj Rajkowski
Andrzej Skalimowski
Maria Sokołowska
Piotr Szewc
Teresa Kurek oprac. techniczne
Natalia Tokarczyk-Jarocka sekretariat
PROJEKT TYPOGRAFICZNY: Piotr eL
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Krzysztof Rumowski
ZDJĘCIA: Krzysztof Dubiel
KOREKTA: Bogna Piotrowska
ADRES REDAKCJI: 00-052 Warszawa, ul. Mazowiecka 11, lok. 5
tel. red. nacz. 22 826 70 36, sekretariatu 22 826 62 60, tel./faks 22 826 62 35, e-mail: [email protected]
WYDAWCA: Instytut Książki 31-148 Kraków, ul. Z. Wróblewskiego 6
Dział Wydawnictw: 01-699 Warszawa, ul. J. Parandowskiego 19 tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34
NUMER INDEKSU 36682X PL, ISSN-0137-8562
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca,
w tekstach publikowanych zastrzega sobie prawo
skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistycznych.
CENNIK REKLAM WIELOBARWNYCH (OKŁADKI WEWNĘTRZNE)cała kolumna 205?285 mm (szerokość?wysokość) - 800 zł + VAT. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść reklam i not opracowanych przez wydawców.
WARUNKI PRENUMERATY REDAKCYJNEJ
KOSZT PRENUMERATY NA ROK 2023
półrocze 75 PLN, cały rok 150 PLN
Prenumeratorzy są zwolnieni z kosztów wysyłki,
która realizowana jest Pocztą Polską. Prenumeratę można zamówić na sklep.instytutksiazki.pl lub dokonując bezpośrednio wpłaty na konto.
Instytut Książki, ul. Z. Wróblewskiego 6, 31-148 Kraków Bank Gospodarstwa Krajowego
konto: 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001
KOSZT PRENUMERATY ZAGRANICZNEJ ROCZNEJ
? 60 lub $ 80 Bank Gospodarstwa Krajowego konto: PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 swift code: GOSKPLPW
WARUNKI PRENUMERATY POZAREDAKCYJNEJ
Prenumerata realizowana przez RUCH S.A.
Zamówienia na prenumeratę przyjmują Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta. www.prenumerata.ruch.com.pl
e-mail: [email protected]
Prenumerata i pojedyncze numery są dostępne w wersji elektronicznej na e-kiosk.pl, nexto.pl i virtualo.pl
Instytut Książki z siedzibą w Krakowie,
przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych
informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator
może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych,
ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie,
prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego,
tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia
na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - [email protected].