Nowe opowiadania imć pana Wita Narwoja rotmistrza konnej gwardii koronnej 1764-1773 - Władysław Łoziński

Kup ebooka

12.30 zł
9.38 zł (9,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SZLACHCIC ZAKUTA

I.

 

Chodzą losy ludzkie wolą Bożą po świecie, a tak dziwnie chodzą, że kiedy człowiek, co dużo widział, dużo bywał, z wielu pieców jadał, z przygody jakiej opowieść czyni, słuchający nie wierzy, a zmyślenie człeku zadaje... A kto się cały swój żywot u pani matki przy fartuchu trzymał, za ciepłym piecem siedział, a tyle świata widział, co go z nad domowego komina widno, ten o takowych losach dziwnych słucha jak o wilku żelaznym.

Dwaj bracia szlachta, co o jaką milę od siebie mieszkają, o powiat, o województwo jedno, gdy się znali przedtem a po kilku leciech zejdą się gdzie przy okazji jakiej - nuż się dziwować, a głową trząść, a gwałt czynić, że się niespodzianie spotkali, jakby to czyste było miraculum. Góra z górą! - wołają owo z wielką admiracją takiego przypadku, zaleją czuby, wycałują się, wypłaczą - a cóż to dopiero w domu potem opowieści: A tegom widział, a tegom spotkał, ano patrz, a zdrów i żyw jest, i zaraz mnie poznał!... Owo tymczasem od pana Kacpra do pana Jacka tyle drogi, że słoneczko z rana wstawszy jednego do drugiego łacno zawiedzie, i jeszcze dalej długo pójdzie, nim za lasami zgaśnie.

Cóż dopiero mówić, kiedy się człowiekowi przytrafi takie dziwne spotkanie, że ktoś, kogo w dalekich latach i w dalekich krajach, a w takim zamęcie widział, że tyle po nim śladu szukać, co po psie na jarmarku; jeśli oto ni stąd ni zowąd spadnie ten człowiek przed tobą, jak z nieba, zaglądnie ci w oczy, jak dzień wczorajszy, że ci się zdaje, jakoby się przeszłość do ciebie wróciła, tak że chyba oczy przetrzeć a losom ludzkim dziwować się trzeba...

Miły Boże, ile to takich trafunków zdarzyło mi się w życiu! Przewinął się jakiś człowiek koło ciebie, jak wóz koło woza na krzyżowej drodze, stanął poprzek w złej lub dobrej przygodzie - a kto tam myślał, że go ujrzy jeszcze; aż tu nagle w chwili i w miejscu, kiedyś go się najmniej spodziewał, stawa przed tobą, jakby cię szukał umyślnie.

HOSPODARSKA GŁOWA

I.

 

Z wielką żałością opuszczałem z dragonią moją Lwów w onym pamiętnym roku 1773, a gdyby mi kto był powiedział, że w cztery lata po własnych śladach tam wrócę, skąd żem żyw wychodził, głowy po żołniersku nie położywszy, za wstyd niepoczciwy sobie miałem - nigdy bym temu dać wiary nie chciał... Jaka to zaś była ze Lwowem waleta moja, i jaki smutny marsz do Warszawy, na innym miejscu to się położy - tu zaś jeno napomknę, że kiedy za perswazją pana starosty Kickiego i księdza arcybiskupa Sierakowskiego, a na argumenty życzliwe grafa d'Alton, generał-lejtnanta Cesarzowej Jej Mości rzymskiej ustąpiłem z moją chorągwią, miałem już w sercu determinację stateczną, kolet rzucić, szpadę na zawsze odpasać, a przy panu ojcu staruszku osiąść, poza miedzę wsi rodzinnej stopy nie wychylając...

Kawalerski sentyment w każdym rycerskim człowieku znajdzie zrozumienie, a żołnierz żołnierza najłacniej zgadnie - toż choć hardo grafowi d'Alton się stawiłem, obrazy do mnie nie miał, ale przeciwnie zezwolił na to, abym garść moich dragonów, bo już to chorągwią zwać nie można było, z trąbą i kotłem wywiódł z miasta, honory żołnierskie biorąc jakby po uczciwej kapitulacji w twierdzy... Kiedym minął ulice miasta, w którym pięć przeszło lat to przelotną gościną to garnizonem spędziłem, i kiedy na trakt żółkiewski zjechałem z dragonią moją, a wieżyce lwowskie zniknęły z widoku, i cały gród ów staroruski w dolinie swej zatonął, jakby ziemia go nagle zakryła, łzy mi się z oczu puściły, a oficera moja także od rzewności wstrzymać się nie mogła. Wtedy to żałością przejęty, silnie to sobie obiecałem, że bylebym z garstką moją w Warszawie stanął, zaraz abszyt biorę i z oną mizerią się rozstanę, za jaką sobie służbę żołnierską miałem, w której siła frasunku a mało szczęścia, nazbyt upokorzenia a nic tryumfu nie zaznałem...

Ale owo od zamiaru do skutku taki dystans niepewny, jak od oka lichego strzelca do celu na tarczy. Mierz sobie i przyłóż się jako chcesz, a przecie spudłujesz! Ledwiem się z determinacją moją słyszeć dał, że rangę rzucam, na kupca nawet nie czekając, by mi za chorągiew to dał, com na nią sam łożyć musiał, ledwie o tem w sztabie pogłoska była i pan szef Jego Mość to zasłyszał - a już mię wzięto w obroty, a kłaść mi poczęto w uszy różne perswazje i argumenty, abym nie czynił tego, a dalej służył Królowi Jego Mości i Rzeczypospolitej, jako iż rzecz nie ładna i nie po kawalersku by było, abym w onej opresji i ciężkiej potrzebie tronu odbiegał, szpadę rzucał i za piec się salwował, do fartucha pani matki powracając.

- Po ciemku Waćpan służyłeś - mówią mi - a kiedy świta, ano iść sobie chcesz. Źle było, bo źle; najadłeś się bracie biedy i goryczy w tej mizernej ruchawce na krew własną, w onych nieszczęsnych podjazdach na konfederatów; wszystko to prawda, ale od tegoś ty i żołnierz.

PETYHORZEC

I.

 

Kiedy z chorągwią moją stałem we Lwowie, przyjeżdżał do mnie i do oficerów moich bardzo często niejaki Rafał Kryszpin, towarzysz petyhorski, młody człek jeszcze, z poczciwej rodziny szlacheckiej, gdzieś na Litwie osiadłej, urodziwy, grzeczny i wesołej bardzo fantazji. Był on naufragus w tych stronach, bo rzuciły go tu na Ruś owe nieszczęśliwe przygody publiczne, które Bóg zesłał w owych czasach na tę mizerną ojczyznę naszą. Nie wiem, czy miał więcej lat dwudziestu kilku; dziwnej przyjemności był brat i towarzysz, do uciesznych żartów, figlów i bombansów szczególnie sprawny, a już to ciężka musiała być melancholia, której by konceptami swymi nie potrafił odpędzić.

Spadł na Ruś tutejszą, jak z muszkietu wystrzelony, głodny i goły jak Tatarzyn na stepie; w jednym kolecie i burce, na zbiedzonej szkapie przedarł się pod Lwów i w Żółkwi niespodziewane znalazł przytulenie. Rodzice jego byli szlachta słuszni i possesionati, ojciec wkupił go na regestr chorągwi petyhorskiej niegdyś imienia Jego Mości Królewicza Xawiera, a że był wielki przyjaciel i adherent księcia wojewody wileńskiego, więc kiedy ten pan przeciw Moskwie w pole ruszył, młody Kryszpin za konfederacją pod znaki Radziwiłłowskie pospieszył. Nie długa to była kampania; książę wojewoda niebawem placu ustąpić musiał; a kto z jego wojska zawczasu o sobie nie radził, temu kwaśno było. Kryszpin dostał się w ręce furwachtu rosyjskiego, ale że był zuchwałego animuszu, gdzieś na noclegu szabli się dorwał, kozaków dwóch zarąbał, trzeciego z konia zsadził i na kozackiej szkapie uciekł. Do pana ojca wracać i trudno było i niebezpieczno, zrezolwował się tedy iść za fortuną pana wojewody, tak sobie myśląc, że go kędyś jeszcze rysią dopędzi na popasie. Szukał Radziwiłła jak wiatru w polu, a że mu ktoś powiedział, że pan ten pewnie do swych dóbr żółkiewskich uszedł, wziął się w te strony, a kiedy po mnogich awanturach i dobrze zaznawszy biedy stanął w Żółkwi, bardzo mu było markotno, bo się przekonał nareszcie, że Radziwiłła tam nie masz, a za to jest rosyjska komenda białozerskiego pułku z korpusu generała Kreczetnikowa. Miał już drapnąć znowu, kiedy oto spotyka nagle dobrego znajomego Litwina także, a nawet krewniaka swego, JMpana Marchockiego, Cześnika czerwonogrodzkiego, chorążego petyhorskiego znaku, któremu to Marchockiemu książę wojewoda wileński oddał jurysdykcję zamkową, jako staroście. Ten go tedy wziął, ogarnął, przed rosyjskimi zwiadami uchował i u siebie chętnym sercem aż do dalszej jakiej mutacji rzeczy zatrzymał.

Kryszpin w Żółkwi srodze się nudził i na sukurs pieniężny od ojca czekał, a od czasu do czasu do Lwowa zaglądał, gdzie, że lubił wesołą i wojskową kompanię, do mnie i do oficerów moich się przypytał, nie bacząc na to, że my, dragonia cudzoziemskiego autoramentu, jako żołnierze Króla Jego Mości za inną szli partią.

SERENISSIMUS

I.

 

A miał JPan burgrabia lwowski Pohorecki, choć na pozór chudopachołek był i dość mizerny urząd trzymał, wina stare a przednie u siebie, bo na to smakosz wielki bywał, a gdzie się na lwowskim zamku loch jakowy chłodny a głęboki zdarzył, tedy on tam nie delikwenty i gwałtowniki, ale hungaricum stare i zawiesiste pod areszt sobie sadzał...

Rzecze tedy JPan burgrabia do wesołej kompanii:

- Owo teraz, panowie bracia i oficerowie, kiedyście już na mnie w ten dzień patrona mego łaskawi byli, znajcież, żem i ja z serca wam rad, gościowie mili... Mam ja tu pod jurysdykcją moją grassanta i rabownika setnego; drab to i siłacz okrutny, od zeszłego wieku in fundo siedzi, a teraz czas mu, aby tu gardło dał... Węgrzyn jest rodem Barabasz ten, w Krakowie żakiem był, ale nie w Jagellonicum jeno w piwnicach siedział, potem jako excessant po Rzeczypospolitej chadzał, wiele konfuzji i złości narobił, szlachtę wadził, rebelią wszczynał, braci rodzonych kłócił, senatorom głowę zawracał... teraz u mnie w lochu siedzi; niechże tu staje a sprawę zda; już ja go w ten dzień solenny Waćpanom pod krygsrecht oddawam...

Że kompania już ciepłe czupryny miała, tedy ten i ów myśli, że to naprawdę o delikwencie jakim mowa, którego poena laquei czeka - a wszyscy oczy szeroko otwierają, aż tu pachołek wchodzi i kosz wina stawi, a każda butelka stara, sędziwa, mchem brodata, czubatym łbem ciekawie wyziera, bo słonka bożego dawno nie oglądała...

- Owo comparens jest złoczyńca ów praedictus! Tedy bierzcie go, niech gardło da, ale i wy jemu gardła dajcie, bo jakem Pohorecki, wart tego cale...

Wszyscy tedy w śmiech serdeczny na to rozwiązane enigma, a JPan Pohorecki mówi dalej:

- Ale ze szkła podłego pić go nie będziecie, bo to by despekt był, aby na tak mizernym wózku taki pan jechał, jeno ze srebra szczerego, i to z tego oto świdra, aby ten likwor szlachetny do góry nie szedł, ale na dół, co znaczy: nie do głowy a do serca, i czoła nie chmurzył, jeno affekta braterskie rozgrzewał...

A był ten świder nie co innego, jeno puchar srebrny, złotem misternie pleciony, jak wąż kręcony, a takowym kształtem po staremu kuty, że figurę świdra prezentował, a zamiast podstawki wierutny nawet świderek miał, tak, że na stole postawić go nie sposób było, ale wświdrować go było potrzeba.

Pocznie się tedy admiracją i oblektament wielki, tak z wina, jak i z onego pucharu, każdy go rad oglądać, a każdemu zda się, że kiedy pełny, tedy piękniejszy.

JPan porucznik Zachariasz Łada Zawejda trzy razy go oglądał, zawsze przed lustracyą taką po brzeg go nalawszy, bo (mówił) "próżny kielich oglądać, i zdrożna i niebezpieczna jest, jako iż z tego głowa boli i od suchości takowej humory w człowieku rebelię szkodliwą czynią". Tak go z bliska i gruntownie spenetrowawszy, Zawejda rzecze:

- Wiele admiracji tu słyszałem, ale w admiracji nie było racji!... A chcecie wiedzieć, jakowa racja jest świdra tego, i po co go ów sztukmistrz tak mądrze urządził? Owoż wiedzieć macie, że ten świder nie tylko symbolem jest głębokiego sentymentu serc szlacheckich, ale taki w tem sekret leży, że ten tylko mistrz jest, kto trzy takie puchary wypiwszy, czwarty pełniusieńki świderkiem tym w stół zakręci, ani kropelki nawet nie uroniwszy z niego. 

Rzekłszy to Zawejda, ku podziwieniu kompanii całej puchar ten po same brzegi napełnił, dłonią go z góry ujął, na stół postawił i tak zręcznie świderkiem wkręcił, że się ani kropla wina nie przelała. Dopieroż ten i ów także próbować sobie, ale nikt sztuki nie dokazał, a JPan porucznik Zawejda nuż kompanię na przekwinty brać a strofować, aby wodą sztuki doświadczali a nie szlachetnym likworem, bo go już i tak sporo na stół wylali...

Szedł tedy świder ów koleją między biesiadniki ale już próżny, a każdy chwali i koncept zabawny i przedziwną robotę sztukmistrza, bo były na tym pucharze kowane rozmaite figury i floresy, a wszystko z misternością wielką...

Rzecze pan Zawejda do kompanii: - Kiedy ten kielich w podziwieniu sobie mamy, a każdy go chwali, to mi pozwólcie, panowie bracia i mili kamradowie, że wam tu pokrótce opowiem historię wierną jednego przedziwnego kielicha, a to z narracji śp. ojca mojego, namiestnika w husarskiej chorągwi JMPana Michała Potockiego, niegdy starosty Krasnostawskiego, i z tego, co sam później słyszałem i widziałem.

 

II.

 

Dużo ja już kielichów i pucharów widziałem, ale nie czyniąc despektu temu oto świdrowi JMPana Pohoreckiego, takiego z was żaden nie widział, jaki ja widziałem. Jaki pan taki kram, jaki jeździec taki koń, jaki rycerz taka i szabla, tedy nie dziw, że kędy szlachcic amator wina prawy i piwnica zasobna, tam i vitra gloriosa bywają, a przednich pucharów od święta i od wielkiej parady nie brak.