O Inkach uwagi prawdziwe - Inca Garcilaso de la Vega

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (29,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Uwagi o powszechnym języku Indian peruwiańskich

Aby lepiej rozumiano to, co z Łaską Bożą powinniśmy w tych Uwagach opisać, ponieważ musimy w nich przytoczyć wiele słów powszechnego języka Indian peruwiańskich, słuszne będzie podać o nim nieco wiadomości.

Pierwszą niechaj będzie to, że ma trzy różne rodzaje wymowy pewnych sylab, całkiem odmienne od wymowy języka hiszpańskiego, od których to sposobów wymowy zależą różne znaczenia tego samego słowa; jedne sylaby wymawia się na wargach, drugie na podniebieniu, inne w głębi gardła, na co podamy przykłady, gdy się nadarzą.

Aby akcentować wyrazy, niechaj się zauważy, że akcent pada prawie zawsze na przedostatnią sylabę, a czasami na trzecią od końca, nigdy zaś na ostatnią; nie przeczy to utrzymującym, że wyrazy barbarzyńskie należy akcentować na ostatniej, twierdzą tak, bo nie znają języka.

Trzeba również pamiętać, że w powszechnym języku Cozco (o którym mówić zamierzam, a nie o odrębnych językach każdej prowincji, jakich bez liku) brak następujących liter: "b", "d", "f", "g", "j" (jota), "l" prostego nie ma, tylko "ll" podwojone; i przeciwnie, nie ma wymowy "rr" podwojonego na początku słowa ani w środku wyrazu, tylko zawsze należy wymawiać proste. Również "x" nie ma; a zatem brak w sumie sześciu liter abecadła hiszpańskiego czy też kastylijskiego; wolno nam twierdzić, że brak ośmiu wraz z "l" prostym i "rr" podwojonym. Hiszpanie dodają te litery na szkodę i zepsucie języka, a Indianie, ponieważ ich nie mają, powszechnie źle wymawiają te wyrazy hiszpańskie, które je zawierają.

Dla powstrzymania takiego zepsucia niechaj mi będzie wolno, ponieważ jestem Indianinem, abym w tych dziejach pisał jak Indianin tymi właśnie literami, którymi należy pisać owe wyrazy; i niechże się nie gniewają Czytelnicy, widząc niniejszą nowinkę niezgodną z ustalonym, acz niewłaściwym obyczajem, skoro powinna raczej zadowalać lektura owych imion w czystości formy. Ponieważ godzi mi się przytoczyć wiele rzeczy, które powiadają historycy hiszpańscy, dla potwierdzenia tych, które sam opowiem, ponieważ również muszę je cytować literalnie wraz z błędami, z jakimi je piszą, pragnę się zastrzec, by się nie zdawało, że sam sobie przeczę pisząc literami, o których twierdzę, iż ich w owej mowie nie ma, że postępuję tak jedynie po to, aby wiernie przytoczyć, co Hiszpan pisze2.

Wiedzieć też trzeba, że w owej powszechnej mowie nie ma liczby mnogiej, choć są cząstki mnogość oznaczające. W obu liczbach używają pojedynczej. Jeślibym jakie słowo indiańskie położył w liczbie mnogiej, to dlatego, że Hiszpan popsuł, albo żeby zgodę z przymiotnikami zachować, bo źle by brzmiało, gdybyśmy pisali wyrazy indiańskie w liczbie pojedynczej, a przymiotniki i zaimki kastylijskie w mnogiej.

Ma ów język wiele innych właściwości bardzo różnych od kastylijskiego, włoskiego i łaciny, które badacze metyscy i kreolscy muszą zauważyć, bo w ich mowie istnieją; ja dość czynię, wytykając im palcem z Hiszpanii zasady ich własnej mowy, aby ją w czystości zachowali, szkodą bowiem byłoby niewątpliwą, by zginęła lub się popsuła, skoro to język tak wykwintny, nad którym wiele pracowali ojcowie świętego Towarzystwa Jezusowego i innych Zakonów, by dobrze umieć nim władać; biorąc z nich dobry przykład - co najważniejsze - użyto go z wielkim pożytkiem w nauczaniu Indian.

Należy też pamiętać, że słowo sąsiad3 znaczy w Peru Hiszpanów, którzy mieli nadział Indian, i w tym znaczeniu będziemy się nim posługiwać, gdy zajdzie potrzeba. Trzeba również pamiętać, że ani w moich czasach, to jest do roku 1560, ani dwadzieścia lat później w mojej ojczyźnie nie było monety bitej: zamiast niej dogadywali się Hiszpanie w kupnie i sprzedaży, ważąc srebro i złoto na grzywny i uncje; a tak jak w Hiszpanii mówią o dukatach, w Peru zwykli byli mówić o pesach i castellanach, każde peso srebrne i złote, liczone według wysokiej próby, warte było 450 maravedich, w ten sposób w przeliczeniu pesów na dukaty kastylijskie, pięć pesów to sześć dukatów. Mówimy to, aby liczenie w tych Uwagach na pesa i dukaty nie powodowało zamieszania. Różnica między pesem srebrnym a złotym ilościowo była bardzo wielka, taka jaka jest także w Hiszpanii, ale wartość każdego była taka sama. Zamieniając złoto na srebro, dawali jakiś procent. Również zamiana srebra znaczonego4 na srebro zwane pospolitym, to jest przeznaczonym do nacechowania, była oprocentowana.

Rzeczownik galpón5 nie pochodzi z powszechnej mowy peruwiańskiej, pewnie jest z Wysp Zawietrznych: Hiszpanie zapożyczyli je do swego języka wraz z wielu innymi słowami, które zaznaczymy w Uwagach. Znaczy ono wielką salę. Królowie Inków mieli je tak wielkie, że za plac służyły, by w nich świętowali, gdy deszczowa pogoda nie pozwalała świętować na dworze; niechże starczy tych uwag.

Przedmowa do Czytelnika

Choć istnieją hiszpańscy badacze, którzy opisali rzeczypospolite Nowego Świata, jako to meksykańską i peruwiańską, oraz inne królestwa owych pogan, nie uczynili tej opowieści tak pełną, jak można, co spostrzegłem zwłaszcza w rzeczach, które widziałem napisane o Peru; o sprawach tych, jako obywatel miasta Cozco, które było jakby Rzymem owego Imperium, mam obszerniejsze i jaśniejsze wiadomości od dostarczonych dotąd przez pisarzy. Prawdą jest, że zajmują się wielu sprawami z najważniejszych, które się w owej rzeczypospolitej działy, lecz opisują je tak zwięźle, że nawet dobrze mi znanych nie rozumiem ze względu na sposób wykładu.

Dlatego, przymuszony przyrodzoną miłością ojczyzny, podjąłem zadanie spisania tych oto Uwag, gdzie jasno i wyraźnie zostaną przedstawione rzeczy, które w owej rzeczypospolitej istniały przed Hiszpanami, dotyczące zarówno rytuałów ich próżnej religii, jak i władzy ich Królów czasu wojny i pokoju, a także wszystko inne, co o owych Indianach rzec można, od najdrobniejszych czynności poddanych po najwznioślejsze sprawy korony królewskiej.

Piszemy jedynie o Imperium Inków, nie wchodząc w sprawy innych monarchii, bowiem o nich nie mamy takich wiadomości jak o tej. Oświadczamy, że w wykładzie historii trzymamy się prawdy i nie powiemy nic istotnego, czego byśmy nie potwierdzili pracami tych samych hiszpańskich dziejopisów, którzy to właśnie opisali całkowicie lub częściowo; nie jest bowiem moim zamiarem przeczyć im, a tylko służyć im komentarzem i wyjaśnieniem oraz za tłumacza wielu słów indiańskich, które zrozumieli niezgodnie z właściwościami owej mowy jako jej obcy, co się wielokrotnie okaże w toku wykładu dziejów, które powierzam miłosierdziu Czytelnika z jedynym pragnieniem usłużenia chrześcijańskiej społeczności, w podzięce Panu Naszemu Jezusowi Chrystusowi i Maryi Pannie, Matce Jego, gdyż za Ich wstawiennictwem i za Ich zasługi raczył Wiekuisty Majestat wyrwać z otchłani barbarzyństwa tyle tak wielkich ludów i wprowadzić je do owczarni Kościoła Swego Rzymskokatolickiego, Matki i Pani Naszej. Mam nadzieję, że dzieło to z taką samą zostanie przyjęte intencją, z jaką je ofiaruję, ponieważ moja dobra wola na taką wzajemność zasługuje, choćby samo dzieło na nią nie zasłużyło.

Dwie inne księgi piszę o wydarzeniach, które miały miejsce wśród Hiszpanów w Ojczyźnie mojej aż po rok 1560, kiedy ją opuściłem: pragniemy ujrzeć je już ukończone, aby złożyć z nich taką samą ofiarę, co z tych. Pan Nasz &c.

KSIĘGA PIERWSZA UWAG PRAWDZIWYCH O INKACH,w której się rozprawia o odkryciu Nowego Świata, wywodzie imienia Peru, bałwochwalstwie i sposobie życia przed Królami Inkami, ich pochodzeniu, żywocie pierwszego Inki i co uczynił ze swymi pierwszymi poddanymi oraz znaczeniu imion Królewskich.Zawiera 26 rozdziałów.

Rozdział ICzy wiele jest światów. Rozważania o pięciu strefach

Skoro mamy rozprawiać o Nowym Świecie, a raczej o jego najlepszej i najważniejszej części, którą są Królestwa i prowincje imperium zwanego Peru - o jego to starożytnościach i pochodzeniu Królów pisać zamierzamy - wydaje się słuszne i zgodne z powszechnym obyczajem pisarskim rozważyć tu pierwej, czy świat jest jeden, czy też wiele jest światów; czy płaski jest, czy okrągły, i czy niebo również jest okrągłe, czy płaskie; czy cała ziemia nadaje się do zamieszkania, czy też - prócz stref umiarkowanych - nie nadaje się; czy istnieje przejście z jednej strefy umiarkowanej do drugiej; czy są antypody, i które antypody których są antypodami; o tych i o tym podobnych sprawach starożytni filozofowie długo i dociekliwie rozprawiali, a teraźniejsi nie zaniechali dyskusji i pisania, przy czym każdy trzyma się własnego zdania, bo milsze.

Jednakże skoro nie to jest moim głównym zadaniem, ani też siłami jednego Indianina nie można na tyle się ważyć, a także dlatego, że doświadczenie po odkryciu tak zwanego Nowego Świata rozproszyło większość tych wątpliwości, zajmiemy się nimi pokrótce, aby przejść do innych spraw, których - obawiam się - nie zdołam wyczerpać; ufając jednak nieskończonemu Miłosierdziu, powiadam, że w pierwszej z tych spraw stwierdzić można, iż świat jest tylko jeden, a choć nazywamy je Starym Światem i Nowym Światem, to dlatego, że ten drugi jawi nam się jako nowy, a nie dlatego, by były dwa, bo jest jeden. Wszystkim zaś, którzy by sobie jeszcze wyobrażali, że wiele jest światów, odpowiadać nie ma po co, niech sobie trwają w swoich heretyckich majaczeniach, aż się w piekle do nich rozczarują.

Wątpiących natomiast, jeśli jest, kto by wątpił, czy płaski jest, czy okrągły, zadowolić można świadectwem tych, którzy go okrążyli, albo cały świat, albo jego większą część, jak żeglarze Victorii i inni, którzy później go opłynęli aż dotąd. A co do nieba, czy również jest płaskie, czy okrągłe, odpowiedzieć można słowami Króla Proroka: "Extendens coelum, sicut pellem"12, w których chciał nam pokazać formę i budowę stworzenia, dając jedno za przykład drugiego, mówiąc, że "rozciągnąłeś niebo tak jak skórę", to znaczy okrywając niebem to wielkie ciało z czterech żywiołów dookoła, tak jak "pokryłeś skórą dookoła ciało zwierzęce", nie tylko jego części najważniejsze, a wszystkie, choćby najmniejsze.

Twierdzącym, że z pięciu części świata, zwanych strefami, mieszkalne są jedynie obie umiarkowane, a środkowa z nadmiaru gorąca, dwie zaś skrajne z nadmiaru zimna nie nadają się do zamieszkania, oraz że z jednej strefy mieszkalnej do drugiej mieszkalnej przejść nie sposób, a to z powodu nadmiaru gorąca, które je rozdziela, odrzec mogę, pominąwszy to, co powszechnie wiadomo, że urodziłem się w strefie gorącej, w której leży Cozco, wychowałem się w niej do dwudziestego roku życia, i byłem w drugiej strefie umiarkowanej po drugiej stronie zwrotnika Koziorożca na południu na kresach Charca-jan13, to jest u Chicha-jan; aby zaś przybyć tu do drugiej strefy umiarkowanej położonej na północy, gdzie to piszę, przebyłem strefę gorącą, przeciąłem ją całą i przez trzy pełne dni byłem na równiku, gdzie - jak mówią - przechodzi prostopadle, to jest na przylądku Passau; ze względu na to wszystko twierdzę, że strefa gorąca równie mieszkalna jest jak umiarkowane.

O strefach zimnych chciałbym mówić tak, jak o trzech pozostałych, z naocznego doświadczenia. Zdaję się na tych, którzy więcej ode mnie wiedzą. Na twierdzenie, że dla wielkiego zimna nie są mieszkalne, ośmielam się odpowiedzieć wraz ze zwolennikami przeciwnego sądu, że są równie zdatne do zamieszkania jak pozostałe; na zdrowy rozum nie należy sobie wyobrażać ani tym bardziej wierzyć, aby Bóg stworzył nieużytecznymi tak wielkie części świata, skoro go stworzył całym, aby ludzie go zasiedlili; mylą się więc starożytni w tym, co o dwu strefach zimnych twierdzą, tak jak się omylili w tym, co powiedzieli o strefie gorącej, że się do życia nie nadaje, bo zbyt gorąca. Raczej wierzyć trzeba, że Pan, jako ojciec mądry i potężny, a Natura, jako matka wszystkim litościwa, zapobiegliby niewygodom zimna, ciepłem je powstrzymując, tak samo jak zapobiegli nadmiernemu ciepłu strefy gorącej tak wielkimi śniegami, źródłami, rzekami i jeziorami jak te, które znajdują się w Peru i czynią zeń strefę umiarkowaną z wielką ilością klimatów; w jednych częściach stają się gorące i coraz gorętsze, aż w okolicach bardzo nisko położonych staje się tak upalnie, że z nadmiaru gorąca prawie nie można tam mieszkać, zgodnie z twierdzeniami starożytnych. Inne okolice są chłodne i coraz zimniejsze, aż na bardzo wielkich wysokościach również stają się niezdatne do życia z nadmiaru zimna od wiecznych śniegów, które tam leżą niezgodnie z tym, co o strefie gorącej orzekli filozofowie, którzy nigdy sobie nie wyobrażali, że mogą się w niej zdarzyć śniegi, a są, i to wieczne, na samym równiku, i nigdy nie topnieją, nawet trochę, przynajmniej w Wielkiej Kordylierze, chyba że na zboczach lub w wąwozach.

Wiedzieć też trzeba, że w tej części Peru, która leży w strefie gorącej, ciepło i zimno nie zależą od oddalenia miejscowości dalej, czy bliżej równika, tylko od tego, czy leży wyżej, czy niżej w tej samej okolicy, a w bardzo małej odległości po ziemi, jak o tym dalej szerzej opowiemy. Powiadam więc, że można wierzyć temu na podobieństwo, iż strefy zimne również są umiarkowane i zdatne do zamieszkania, jak to utrzymuje wielu poważnych autorów, choć nie z naocznego doświadczenia; wystarczy przecież, że sam Bóg dał to do zrozumienia, gdy stworzywszy człowieka, rzekł mu:

Rośćcie i mnóżcie się, i napełniajcie ziemię, a czyńcie ją sobie poddaną14, z czego wynika, że mieszkalna jest, bo jak by nie była, to by jej nie było można poddać sobie ni napełnić siedzibami. Ja ufam Jego wszechmocy, że we właściwym czasie ujawni te tajemnice, tak jak ujawnił Nowy Świat, ku większej konfuzji i poniżeniu śmiałków, którzy swoimi filozofiami przyrody i ludzkim rozumem ocenić chcą moc i mądrość Bożą, że niby nie mógł dzieł swych uczynić większymi, niż oni sobie wyobrażają, mimo że taka jest różnica między jedną a drugą wiedzą, jaka między skończonym a nieskończonym &c.

Rozdział IICzy istnieją antypody

Na pytanie, czy są antypody, czy ich nie ma, odrzec można, że bez wątpienia są, skoro - jak to powszechnie wiadomo - świat jest okrągły. Ja jednak utrzymuję, ponieważ nie całą tę niższą część świata odkryto, iż nie można wiedzieć na pewno, które prowincje których są antypodami, choć niektórzy twierdzą, że można; łatwiej to stwierdzić w stosunku do nieba niż ziemi, zatem bieguny względem siebie, wschód względem zachodu wszędzie są swoimi antypodami z uwagi na równik.

Którędy przywędrowało tyle owych ludów o tak odmiennych językach i obyczajach, jak ludy napotkane w Nowym Świecie, również nic pewnego nie wiadomo; jeśli bowiem mówią, że morzem na statkach, to rodzą się wątpliwości co do zwierząt, które się tam znajdują, w związku z pytaniem: jak albo po co je załadowano, skoro niektóre z nich są raczej szkodliwe niż pożyteczne?

Z twierdzenia, że ludy lądem przyjść mogły, też się rodzą wątpliwości inne i większe, mianowicie, skoro zabrały ze sobą te zwierzęta, które tam za domowe mają, to czemuż nie zabrały tych, które się tu zostały i tu później istniały? A jeśli się tak stało, bo nie mogli ludzie tylu zabrać, to dlaczego nie zostało się tu nic po tych, które zabrali? I to samo rzec można o zbożach, warzywach i owocach tak różnych tu i tam, że zasadnie Nowym Światem go nazwano; przecież pod każdym względem nowy jest: zarówno w zwierzętach domowych i dzikich, jak i w jadłach oraz ludziach, którzy zwykle zarostu nie mają i brody im nie rosną, że zaś w sprawach tak niejasnych daremny jest wysiłek stracony na pragnieniu ich poznania, więc je porzucę, skoro mniej od innych mam podstaw do dociekań.

Zajmę się jedynie pochodzeniem Królów Inków, ich sukcesją, podbojami, prawami i formą rządu czasu wojny i pokoju, a zanim o nich będziemy rozprawiać, właściwie będzie, abyśmy opowiedzieli, jak odkryto ten Nowy Świat, a potem zajmiemy się Peru szczegółowo.

Rozdział IIIJak odkryto Nowy Świat

Mniej więcej około roku 1484 pewien pilot rodem z miasta Huelua w hrabstwie Niebla, zwany Alonso Sánchez de Huelua, miał mały statek, którym handlował po morzu i woził z Hiszpanii na Wyspy Kanaryjskie jakieś towary, które z zyskiem sprzedawał; na Wyspach Kanaryjskich natomiast ładował owoce owych wysp i wiózł je na wyspę Maderę, a stamtąd wracał do Hiszpanii z ładunkiem cukru i konserw.

W takiej trójkątnej podróży, w drodze z Wysp Kanaryjskich na Maderę, burza go dopadła tak gwałtowna i straszna, że oprzeć się jej nie mógł i dał się ponieść nawałnicy, płynął więc 28 czy 29 dni, nie wiedząc którędy ni dokąd; przez cały bowiem ów czas nie mógł zmierzyć położenia ani względem Słońca, ani też północy. Straszne męki na statku od burzy znosili, która ani im jeść, ani spać nie dawała. Na koniec po tak długim czasie wiatr ucichł i znaleźli się koło jakiejś wyspy; nie wiadomo dokładnie, która to była, ale przypuszcza się, że była to ta, którą teraz zwą Świętym Dominikiem, i zasługuje na uwagę to, że wiatr, który w gwałtownej burzy uniósł ów statek, musiał to być gorący wiatr właśnie, wschodnim nazywany, gdyż Wyspa Świętego Dominika leży na zachód od Wysp Kanaryjskich; wiatr ten w owych podróżach raczej burze łagodzi niż wznieca. Ale Pan Wszechmogący, gdy miłosierdzie chce okazać, tworzy rzeczy najbardziej tajemnicze, a konieczne z ich przeciwieństw, tak jak stworzył wodę z krzemienia, a wzrok ślepca z błota, którym mu oczy zakrył, aby było oczywiste i widome, że dzieła to są miłosierdzia i dobroci Bożej; także użył swej litości, by zesłać Ewangelię i światło prawdy całemu Nowemu Światu, który tak bardzo jej potrzebował; żyli przecież, czy też, by lepiej rzec, ginęli w mrokach pogaństwa i bałwochwalstwa tak barbarzyńskiego i dzikiego, jak to w wykładzie Dziejów zobaczymy.

Il. 1. Karta tytułowa Historii Naturalnej i Moralnej Indii Iosepha de Acosty, wielokrotnie cytowanej przez autora

HISTORIA NATURALNA I MORALNA INDII,

W KTÓREJ ROZPRAWIA SIĘ O SPRAWACH

uwagi godnych w niebiosach, elementów, metali, roślin, i zwierząt tamtejszych, oraz o rytuałach, ceremoniach, prawach rządzie i wojnach indiańskich.

Ułożona przez Ojca Iosepha de Acostę, zakonnika Towarzystwa Jezusowego.

DEDYKOWANA NAJJAŚNIEJSZEJ Infantce Do?i Izabeli Klarze Eugenii Austriackiej.

Z PRZYWILEJEM

Drukowane w Sewilli w domu Juana de Leon.

Rok 1590

Pilot na ląd zeskoczył, pomierzył położenie i drobiazgowo opisał wszystko, co zobaczył i co mu się wydarzyło na morzu w drodze tam i z powrotem; nabrawszy wody i chrustu wrócił na ślepo, nie znając drogi ani w jedną, ani w drugą stronę, przez co stracił więcej czasu niż należało. A dla rozwlekłości drogi zabrakło mu wody i zapasów, z którego to powodu oraz z wielkiego utrudzenia, które w drodze tam i z powrotem byli znieśli, zaczęli chorować i umierać tak, że z siedemnastu chłopa, którzy wyruszyli z Hiszpanii, na Tercerę dotarło zaledwie pięciu, a wśród nich pilot, Alonso Sánchez de Huelua.

Zatrzymali się w domu słynnego Krzysztofa Kolumba, Genueńczyka, gdyż wiedzieli, że wielki to pilot i kosmograf, autor map żeglarskich, który ich przyjął bardzo miło i dał im wszelakich podarunków, aby się dowiedzieć, co się wydarzyło w tak osobliwej i długotrwałej katastrofie jak ta, o której opowiadali, że od niej ucierpieli. A ponieważ przybyli tak wyniszczeni przebytymi trudami, to choć Krzysztof Kolumb wielce się o nich troszczył, nie mogli przyjść do siebie i wszyscy w jego domu pomarli, zostawiwszy mu w spadku trudy, które ich o śmierć przyprawiły; przyjął je wielki Kolumb z takim zapałem i wysiłkiem, że wycierpiawszy drugie tyle i jeszcze więcej (bo dłużej to trwało) podołał przedsięwzięciu obdarowania Hiszpanii Nowym Światem i jego bogactwami, jak to umieścił w haśle swego godła, powiadając:

Kastylię i León

Nowym Światem obdarzył Colón15.

Kto by chciał przyjrzeć się wielkim czynom tego męża, niech weźmie Powszechną Historię Indii pióra Francisca Lópeza de Gómary, bo tam je znajdzie, choć w skrócie; to jednak, co najbardziej wychwala i wywyższa tego sławnego męża ponad innych sławnych, to samo dokonanie podboju i odkrycia.

Ja dodać chciałem tę drobnostkę, której zabrakło w relacji dawnego dziejopisa, gdyż pisał z dala od miejsca wydarzeń, a relacje zdawali mu przyjeżdżający i odjeżdżający, opowiedzieli mu o wielu zdarzeniach, ale nieściśle, ja zaś w swoim kraju słyszałem o nich od ojca i jemu współczesnych, bo w owych czasach najczęstszą i najzwyklejszą rozmową, jaką wiedli, było opowiadanie o najdzielniejszych i najwybitniejszych zdarzeniach czasu podbojów; opowiadali więc i to, cośmy przytoczyli, i inne, które później opowiemy, skoro bowiem poznali wielu spośród pierwszych odkrywców i zdobywców Nowego Świata, mieli od nich dokładne relacje o tych i tym podobnych sprawach, a ja, jak powiedziałem, słyszałem je od rodziców - choć nieuważnie, jak to chłopiec - gdybym wówczas uważał, mógłbym dziś opisać wiele innych rzeczy wielkiego podziwu godnych a koniecznych w tych Dziejach. Opowiem o tych, które się w pamięci zachowały, z żalem po tych, co przepadły.

Wielce czcigodny ojciec Ioseph de Acosta również zajmuje się dziejami odkrycia Nowego Świata z żalem, że jej całej przedstawić nie może, gdyż Jego Wielebności również zabrakło części relacji o tych chwilach, a także o innych bliższych, ponieważ powymierali już byli dawni zdobywcy, gdy Jego Wielebność dotarł w owe strony, o czym takimi słowy rzecze w rozdziale XIX księgi pierwszej:

Pokazawszy, iż donikąd prowadzi mniemanie, że pierwsi mieszkańcy Indii przybyli tam na statkach w tym celu sporządzonych, poprawnie wnioskuje się, że - jeśli morzem przybyli - to przypadkiem się to stało i za sprawą silnych burz, że dotarli do Indii; chociaż Ocean morzem jest ogromnym, to nie jest to rzeczą niewiarygodną. Tak przecież zdarzyło się z odkryciem w naszych czasach, gdy ów marynarz, którego imienia nadal nie znamy, ażeby tak wielkiego przedsięwzięcia nie przypisywano innemu sprawcy, a jedynie Bogu, odkrywszy Nowy Świat w skutek straszliwej, a niespodzianej burzy, jako zapłatę za dobrą gościnę zostawił Krzysztofowi Kolumbowi wiadomość o rzeczy tak wielkiej. Tak być mogło &c.

Tyle ojciec magister Acosta, przytoczony dosłownie, co dowodzi, że Wielebny Ojciec napotkał w Peru część naszej opowieści, choć niecałą, przecież jednak jej część najistotniejszą.

Taki był sam początek i pochodzenie odkrycia Nowego Świata, którą to wspaniałością szczycić się może miasteczko Huelua, że tak wielkiego wydało syna; Krzysztof Kolumb, jego relacją upewniony, upierał się tak dalece w swych żądaniach (obiecując rzeczy niesłychane i nigdy niewidziane, jako człowiek roztropny zachowywał je w sekrecie, choć w zaufaniu złożył o nich relację pewnym wysoko postawionym osobom z otoczenia Królów Katolickich, które pomogły mu rozpocząć jego przedsięwzięcie), atoli bez owej wiadomości, której mu był dostarczył Alonso Sánchez de Huelua, nie mógłby na podstawie swych własnych wyobrażeń kosmograficznych obiecywać tyle ani tak pewnie, jak obiecywał, i nie powiodłoby mu się tak szybko w odkryciach; zdaniem owego autora Kolumb w zaledwie 68 dni dotarł do wyspy Guanatianico, zatrzymawszy się kilka dni na Gomerze dla odpoczynku; gdyby bowiem nie wiedział z relacji Alonsa Sáncheza, jaki obrać kierunek na tak ogromnym morzu, to byłoby prawie cudem, że dopłynął tam w tak krótkim czasie.

Rozdział IVWywód imienia Peru

Skoro mamy rozprawiać o Peru, stosownie będzie tu opowiedzieć, skąd się to imię wzięło, skoro Indianie nie mają go we własnym języku; w tym celu wiedzieć trzeba, że gdy w roku 1513 Basco Nú?ez de Balboa, rycerz rodem z Xerez Badajozkiego, odkrył Morze Południowe, to był on pierwszym Hiszpanem, który je ujrzał i odkrył; Królowie Katoliccy nadali mu tytuł adelantada owych mórz z prawem podboju i zarządzania Królestwami, które by za nimi odkrył. On przez te kilka lat (które, otrzymawszy owo nadanie, przeżył aż do chwili, gdy jego własny teść, gubernator Pedro Arias de Auila, w miejsce wielu należnych łask czynami zasłużonych, głowę mu uciął) starał się dowiedzieć i odkryć, co to za ziemia i jak się nazywa owa, która się ciągnie dalej na południe od Panamy. W tym celu zbudował trzy czy cztery statki, które wysyłał - każdy z osobna - o różnych porach roku, aby badały owo wybrzeże, podczas gdy sam szykował rzeczy niezbędne do odkrycia i podboju owej ziemi. Statki, wykonawszy takie zadania, jakie zdołały, wracały z wiadomościami o wielu krajach leżących na owym wybrzeżu.

Jeden z tych statków popłynął dalej od innych, przeciął równik na południe i - blisko niego płynąc wzdłuż brzegu, jak wówczas pływali na owej trasie - ujrzał Indianina łowiącego ryby u ujścia jednej z wielu rzek, które z całego owego kraju spływają do morza. Hiszpanie ze wszelką możliwą ostrożnością na ląd z dala od miejsca, gdzie się znajdował ów Indianin, wysadzili ze statku czterech Hiszpanów, świetnych biegaczy i pływaków, aby nie uszedł lądem lub wodą. Zrobiwszy to, podpłynęli statkiem przed Indianina, aby ten, utkwiwszy w nim oczy, nie ustrzegł się zasadzki, którą mu zgotowali.

Indianin, ujrzawszy na morzu rzecz tak osobliwą, nigdy przy owym brzegu niewidzianą, jaką był statek żeglujący pod pełnymi żaglami, zdumiał się wielce, osłupiał i zgłupiał, zastanawiając się nad tym, czym być może to, co widzi przed sobą na morzu; tak go ta myśl ogłupiła i pochłonęła, że ci, co go poszli złapać, pierwej go chwycili w ramiona, nim on poczuł, że nadchodzą; tak go zabrali na statek ku wielkiej ich wszystkich radości i uciesze. Hiszpanie, ugłaskawszy go, by wyzbył się strachu, którego się najadł, gdy ich ujrzał brodatych i w stroju od własnego odmiennym, zapytali go znakami i słowem, co to za kraj i jak się nazywa. Indianin z min i gestów, które jak niememu czynili rękoma i obliczem, pojął, że go pytają, ale nie rozumiał, o co go pytają; spiesznie im odpowiadał, aby go nie skrzywdzili, i wymienił własne imię mówiąc: "Berú", i dodał drugie, i rzekł: "Pelú". Chciał dać do zrozumienia: jeśli mnie pytacie, jak się nazywam, to zwę się Berú, a jeśli mnie pytacie, gdziem był, to mówię, że w rzece; trzeba wiedzieć, że słowo Pelú w języku owej prowincji jest rzeczownikiem pospolitym i zwyczajnie znaczy rzekę, jak to ujrzymy później u poważnego autora.

Na inne podobne pytanie Indianin z naszej Florydy odpowiedział imieniem swego pana, mówiąc Breços czy Bredos; umieściłem był ten fragment w związku z innym w rozdziale XV księgi VI, ale go stamtąd zabrałem, aby go teraz wstawić na właściwe miejsce.

Chrześcijanie zrozumieli, co chcieli, wyobrażając sobie, że Indianin ich był zrozumiał i odpowiadał dorzecznie, jak gdyby on i oni rozmawiali byli po kastylijsku; potem od owych czasów, a działo się to w roku 1515 czy 1516, nazywali Peru, to bardzo bogate i ogromne Imperium, psując oba imiona, jak zwykli Hiszpanie psuć prawie wszystkie słowa wzięte z mowy Indian owego kraju; jeśli bowiem wzięli imię Indianina Berú, to "B" przekręcili w "P", jeśli zaś słowo Pelu, znaczące rzekę, to "L" zamienili w "r" i tak czy owak rzekli: "Perú".

Inni, którzy się mają za wielce wykształconych, a są to współcześni, psują dwie zgłoski i w swoich powieściach mówią Piru. Najdawniejsi historycy, to jest Pedro de Cieça de León, rachmistrz16 Agustín de Çárate, Francisco López de Gómara i Diego Fernández rodem z Palencji, a nawet czcigodny ojciec fray Gerónimo Román, choć zalicza się do współczesnych, wszyscy nazywają ów kraj Peru, a nie Pirú; ponieważ okolica, gdzie się to zdarzyło, uważana jest za kresy ziem podbitych w owych stronach przez Królów Inków i poddanych ich imperium, nazwano potem Peru wszystko to, co od tamtego miejsca leży dalej, to jest ziemie od prowincji Quitu aż po prowincję Charca, co było najważniejszą częścią ich państwa, a jest tego ponad 700 legw długości, mimo że imperium sięgało aż po Chile, to znaczy jeszcze następne 500 legw i jest to inne Królestwo bardzo bogate i żyzne.

Rozdział VPowagi potwierdzające nazwę Peru

Taki jest początek i pochodzenie imienia Peru tak sławnego w świecie, a nie bez powodu, skoro cały świat wypełniło złotem, srebrem, perłami i szlachetnymi kamieniami; ponieważ imię to tak zostało narzucone, to choć od podboju Peru minęły 72 lata, Indianie, jego mieszkańcy, w usta go nie biorą, bo nie przez nich nadane; wskutek porozumiewania się z Hiszpanami rozumieją już, co znaczy, ale go nie używają, ponieważ w swoim języku nie mieli imienia własnego, które by nazywało ogół Królestw i prowincji pod panowaniem ich przyrodzonych Królów tak, jak się mówi Hiszpania, Włochy lub Francja, z których każde zawiera w sobie wiele prowincji. Umieli nazwać każdą prowincję własnym imieniem, jak się to wielokrotnie okaże w wykładzie Dziejów, ale nie mieli imienia własnego oznaczającego całe Królestwo; nazywali je Tawantin-suyu, co znaczy cztery części świata.

Imię Berú, jak widać, było imieniem własnym Indianina i należy do słów używanych przez Indian Yunca-jan z Równin i brzegów morskich, a nie do słów znanych góralom, ani też do języka powszechnego; tak bowiem jak w Hiszpanii są imiona i nazwiska, co same z siebie mówią, z jakiej są prowincji, tak samo było wśród Indian peruwiańskich. Że było to imię narzucone przez Hiszpanów, nieistniejące we wspólnej mowie Indian, Pedro de Cieça de León w trzech miejscach dowodzi17; w rozdziale III, rozprawiając o wyspie zwanej Gorgona, rzecze:

Tu był Markiz don Francisco Piçarro wraz z trzynastoma Chrześcijanami, Hiszpanami, towarzyszami swoimi, którzy byli odkrywcami tej ziemi, którą nazywamy Peru &c.

W rozdziale XIII powiada:

Z powyższych względów trzeba będzie, aby od Quitu, gdzie rzeczywiście zaczyna się Peru tak przez nas nazwane &c.

W rozdziale XVIII rzecze18:

Z relacji udzielonych nam przez Indian Cuzco-jańskich wynika, iż dawniej wielki panował nieład we wszystkich prowincjach tego Królestwa, które my nazywamy Peru &c.

Tylekroć powiedzieć tymi samymi słowami, że nazwane przez nas, to dać do zrozumienia, że Hiszpanie je tak nazywają, przecież powiada to w rozmowie z nimi, że Indianie nie mieli takiego wyrazu w swojej mowie powszechnej; ja to poświadczam jako Indianin i Inka. To samo i wiele więcej rzecze ojciec magister Acosta w rozdziale XIII księgi pierwszej Historii Naturalnej Indii, gdzie rozprawiając na ten sam temat, powiada:

Jest bardzo pospolitym zwyczajem podczas odkrywania Nowego Świata nadawać ziemiom i portom imiona według wydarzenia, które zaszło; sądzi się zatem, iż tak się stało podczas nazywania tego Królestwa Piru. Panuje tu mniemanie, że od rzeki, na którą na początku natrafili Hiszpanie, zwanej przez tubylców Piru, cały ten kraj przemianowali na Peru; a potwierdza to fakt, że Indianie rodem z Piru nie używają takiego imienia swej ziemi ani go nie znają &c.

Starczy powagi takiego męża, aby kres położyć nowinkom powynajdywanym tu później o tym właśnie imieniu, niektórymi z nich zajmiemy się dalej.

Ponieważ rzeka zwana przez Hiszpanów Peru znajduje się w tej samej okolicy i bardzo blisko równika, odważę się twierdzić, że schwytanie Indianina na niej się zdarzyło i że albo tak rzeka, jak i kraj korzystają z imienia własnego Indianina Berú, albo imię pospolite Pelú, pospołu wszystkim rzekom nadawane, zamieniło się w imię własne, szczególne, którym później Hiszpanie nazwali tę właśnie rzekę, mówiąc o rzece Peru.

Francisco López de Gómara w swej Powszechnej Historii Indii w rozdziale XLII, opowiadając o odkryciu Jukatanu, umieścił dwa wywody nazw bardzo podobne do tego, cośmy opowiedzieli o Peru; że aż tak podobne, przytaczam je tu za nim, jak następuje:

Wyruszył zatem Francisco Hernández de Córdoua i z powodu pogody, która mu ku innemu celowi udać się nie dała, czy też dzięki woli odkrywcy, jaką miał, trafił na ziemię nieznaną, przez naszych nietkniętą, gdzie na przylądku są saliny, nazwał go Przylądkiem Kobiet, ponieważ były tam wieże kamienne ze stopniami i kaplicami krytymi drewnem i strzechą, gdzie w układnym porządku wiele bałwanów stało, co wydawały się kobietami. Zdumieli się Hiszpanie ujrzawszy budowle kamienne, jakich dotąd nie byli widzieli, i że ludzie ubierali się tak bogato i wytwornie, gdyż mieli koszule i płaszcze bawełniane, białe lub barwne, pióropusze, kolczyki, brosze i klejnoty złote i srebrne, a kobiety z głową i piersią zakrytą.

Nie zatrzymał się tam, tylko udał się na inny przylądek, który nazwał Przylądkiem Cotoche, gdzie płynęli jacyś rybacy, którzy ze strachu czy przerażenia wycofali się na ląd, odpowiadali oni: "cotohe, cotohe", co znaczy dom, myśląc, że ich pytali o miejsce, aby tam pójść. Stąd się wzięło i tak zostało imieniem cypla owej ziemi.

Trochę dalej znaleźli pewnych ludzi, którzy zapytani o nazwę wielkiego pobliskiego miasta, rzekli: "tectetán, tectetán", co stoi za "nie rozumiem cię". Hiszpanie pomyśleli, że tak się nazywało i, przekręcając słowo, na zawsze nazwali Jukatanem, a nigdy nie powinno mu było przypaść takie przezwisko.

Tyle Francisco López de Gómara przytoczony literalnie; a zatem w wielu innych częściach Indii zdarzyło się to, co w Peru, że ziemiom odkrywanym nadawali jako imię pierwsze zasłyszane od Indian słowa, gdy ich zagadywali i pytali o nazwy tychże krajów, nie rozumiejąc znaczenia słów i wyobrażając sobie, że Indianin odpowiada dorzecznie na pytania, jak gdyby wszyscy jednym mówili językiem. Ten sam błąd powtarzał się w wielu innych sprawach owego Nowego Świata, a szczególnie w naszym imperium Peru, co można dostrzec w wielu wydarzeniach zawartych w Dziejach.

Rozdział VICo pewien autor twierdzi o imieniu Peru

Prócz tego, co o nazwie Peru powiadają Pedro de Cieça, ojciec Ioseph de Acosta i Gómara, narzuca mi się powaga innego wybitnego męża, zakonnika świętego Towarzystwa Jezusowego, nazwiskiem ojciec Blas Valera, który opisał dzieje owego Imperium łaciną bardzo wytworną, a mógłby je opisać w wielu językach, miał bowiem do nich talent; na nieszczęście mego kraju, który nie zasłużył, by jego społeczeństwo takim zostało opisane piórem, przepadły jego papiery podczas zniszczenia i złupienia Kadyksu dokonanego przez Anglików w roku 1596, a on sam zaraz potem zmarł. Po złupieniu wpadły mi w ręce szczątki z jego papierów pozostałe, abym bardziej żałował i bolał nad przepadłymi, z odnalezionych bowiem wynika, iż tak zostały zniszczone, że brak największej i najlepszej części; udostępnił mi je łaskawie ojciec magister Pedro Maldonado de Saauedra rodem z Sewilli, z tego samego zakonu, on to w bieżącym roku 1600 uczy Pisma Świętego tu w mieście Kordobie. Ojciec Valera swą ozdobną łaciną opowiada o nazwaniu i imieniu Peru (ja, Indianinem będąc, przełożyłem to chropawą hiszpańszczyzną), co następuje:

Królestwo Peru jest słynne, sławne i ogromne, wiele tam złota, srebra i innych drogich metali, z których obfitości zrodziło się przysłowie: mówią, że ktoś posiadł Peru, aby powiedzieć, że to człowiek bogaty. Imię to zostało niedawno nadane przez Hiszpanów owemu imperium Inków, imię przypadkowe i nie własne, a zatem Indianom przedtem nieznane; ponieważ barbarzyńskie, to tak im wstrętne, że nikt z nich nie chce go użyć; tylko Hiszpanie się nim posługują. Niedawno narzucone, nie oznacza ani bogactw, ani żadnej rzeczy wielkiej; jak nowa była nadana nazwa, tak nowe było też znaczenie bogactw, które poszło od szczęśliwego zbiegu okoliczności.

Wśród indiańskich barbarzyńców mieszkających między Panamą a Huayaquilem imię to jest imieniem pospolitym oznaczającym rzekę. Jest również imieniem własnym pewnej wyspy, zwanej Pelua lub Peru, gdyż pierwsi zdobywcy hiszpańscy, żeglując z Panamy, wpierw dotarli do owych miejsc niż do innych, to owo imię Peru czy Pelua tak im się spodobało, jak gdyby oznaczało coś wielkiego i wybitnego, że je wzięli, aby nim nazywać cokolwiek, co znaleźli, i tak postąpili, nazywając Peru całe owo wielkie imperium Inków.

Wielu było takich, co się nazwą Peru nie zadowolili, i w końcu przezwali je Nową Kastylią. Te dwie nazwy narzucili owemu wielkiemu Królestwu; zazwyczaj posługują się nimi pisarze Królewscy19 i notariusze kościelni; natomiast w Europie i w innych Królestwach przedkładają imię Peru nad to drugie.

Wielu też twierdzi, że Peru wywodzi się z imienia pirwa, które to słowo pochodzi z Cozco, od Quechua-janów, a oznacza spichrz, w którym plony zamykają; tych zdanie bardzo chętnie aprobuję, ponieważ w owym królestwie Indianie mają bardzo wiele spichrzy do przechowywania plonów; z tej przyczyny łatwo było Hiszpanom użyć obcej nazwy i mówić Piru, odejmując ostatnią samogłoskę i przenosząc akcent na ostatnią sylabę. Słowo to, dwojako imię pospolite, pierwsi zdobywcy imperium, które podbili, nadali za imię własne, i ja będę go używał, bez żadnej różnicy mówiąc Peru albo Piru.

Nie należy odrzucać wprowadzenia tej nowej nazwy, twierdząc, że Hiszpanie ją uzurpowali fałszywie i bez zgody, przecież nie znaleźli żadnej nazwy własnej, rodowej, którą by mogli nadać całej owej krainie, albowiem przed panowaniem Inków każda prowincja własne miała imię, jako to: Charca, Colla, Cozco, Rimac, Quitu i wiele innych, bez uwagi i odniesienia do innych krain, ale później, gdy Inkowie poddali swej władzy całe owo Królestwo, nazywali je podług kolejności podbojów i poddawania się poddanych i zdawania się na łaskę; aż w końcu nazwali je Tawantin-suyu, to jest cztery części Królestwa, lub Inqap Runan, co znaczy poddani Inki. Hiszpanie, ujrzawszy rozmaitość i pomieszanie imion, roztropnie i rozsądnie nazwali je sobie Peru albo Nową Kastylią &c.

Tyle ojciec Blas Valera, który też tak jak ojciec Acosta powiada, że imię zostało nadane przez Hiszpanów, a Indianie go w swoim języku nie mieli. Ja powiadam, objaśniając twierdzenia ojca Blasa Valery, że prawdopodobniejsze jest, aby nadanie nazwy Peru zrodziło się z imienia własnego Beru lub pospolitego Pelu, co w mowie owej prowincji znaczy rzekę, niż z imienia pirwa20, które spichrz znaczy; albowiem - jako się rzekło - nadali je ludzie Basca Nú?eza de Balboy, którzy nie weszli w głąb kraju, by mogli posiąść wiadomości o słowie pirwa, a nie zdobywcy Peru, ponieważ piętnaście lat wcześniej zanim oni wyruszyli na podbój, już Hiszpanie mieszkający w Panamie nazywali Peru cały ów kraj położony na południe od równika, co poświadcza także Francisco López de Gómara w rozdziale CX swej Powszechnej Historii Indii, gdzie w te słowa rzecze:

Niektórzy powiadają, jakoby Balboa miał wiadomości o tym, że ów kraj, Peru, zawiera złoto i szmaragdy; czy tak było, czy nie było, pewne jest, że w Panamie głośno było o Peru, gdy Piçarro i Almagro szykowali się, by tam wyruszyć &c.

Tyle Gómary, z czego jasno wynika, iż nadanie imienia Peru miało miejsce o wiele wcześniej niż wyprawa zdobywców, którzy owo Imperium podbili.

Rozdział VIIInne wywody nowych nazw

Aby wywód imienia Peru nie stał osamotniony, opowiedzmy o innych podobnych, które miały miejsce wcześniej lub później; nawet jeśli je przedstawimy przedwcześnie, nie stanie się zło, jeśli zostaną opowiedziane, zanim nadejdzie ich pora; pierwszym niechaj będzie nazwanie Starego Portu, gdyż zdarzyło się to w pobliżu miejsca, gdzie nazwano Peru. W tym celu wiedzieć należy, że z Panamy do Miasta Trzech Króli żeglowało się z wielkim trudem z powodu silnych prądów morskich i południowego wiatru, który zawsze dmie wzdłuż owego wybrzeża, dlatego w owej podróży statki wyszedłszy z portu musiały pójść w morze na 30 lub 40 legw na jedną burtę, a na drugą wracać do lądu, żeglując zawsze z bocznym wiatrem, i wielokroć się zdarzało, gdy statek nie był dobrym żaglowcem pod wiatr, że trafiał na ląd na północ od punktu wyjścia, aż do czasu gdy Francisco Drac, Anglik, wszedłszy przez Cieśninę Magellana w roku 1579, nauczył lepszego sposobu żeglowania, wychodząc w morze na jedną burtę na 200, a nawet 300 legw, na co wcześniej nie odważali się piloci, ponieważ nie wiedzieć, jak ni skąd, tylko z własnej wyobraźni wierzyli i bali się, że w odległości 100 legw od lądu okrywają morze obszary wielkiej ciszy, aby więc na nie się nie natknąć, nie ośmielali się zapuszczać w głąb. Z takiego strachu zginąłby nasz okręt, gdy podróżowałem do Hiszpanii, bo z bryzą utknął przy wyspie zwanej Gorgoną, gdzie baliśmy się, że zginiemy, gdyśmy nie mogli wypłynąć z owej złej zatoki.

W opisany sposób żeglując więc pewnym statkiem u początków podboju Peru i wyszedłszy z owego portu w morze na burtę 6 czy 7 razy, wracali zawsze do tego samego portu, ponieważ statek nie zdołał podczas żeglowania posunąć się naprzód; jeden z żeglarzy, rozgniewany, że się nie posuwają naprzód, rzekł: "Dla nas to już jest stary port." Odtąd więc nazywał się Starym Portem.

Przylądek Świętej Heleny nazywa się tak, bo go w jej dzień ujrzeli.

Inne nadanie imienia zdarzyło się o wiele wcześniej niż to, o których opowiedzieliśmy; jest do nich podobne, a było to tak, że w roku 1500 żeglował pewien statek, o którym nie wiadomo, czyj był, czy Vincenta Yá?eza Pinçona, czy Iuana de Solísa - obaj to kapitanowie, szczęśliwi odkrywcy nowych ziem; gdy więc statek żeglował na poszukiwania nowych krain, bo niczym innym Hiszpanie się wówczas nie zajmowali, i pragnąc napotkać ląd stały - ponieważ ziemie odkryte do owej chwili wszystko to wyspy dziś zwane Zawietrznymi - marynarz jeden, który się znajdował na marsrei, ujrzawszy wysoki szczyt zwany Capira położony ponad Miastem Imienia Bożego, domagając się nagrody za dobrą nowinę, rzekł tym na okręcie: "W Imię Boże, towarzysze, chyba widzę ląd stały".

I tak nazwano Imieniem Bożym miasto tam później założone, a wybrzeże nazwano Lądem Stałym, żadnego innego brzegu nie nazywają stałym lądem, choćby nawet nim był, jak tylko miejsce Imienia Bożego, i tak stało się imieniem własnym.

Dziesięć lat później nazwali ową prowincję Złotą Kastylią od dużych ilości złota, które w niej znaleźli, i od zamku, który tam zbudował Diego de Nicuessa w roku 1510.

Wyspa, która nosi imię Trójcy, położona wśród słodkich wód, została tak nazwana, bo ją odkryto w dzień Trójcy Przenajświętszej.

Miasto Cartagenę nazwali tak od dobrego portu, że podobny jest bardzo do portu Cartageny hiszpańskiej. Ci, którzy go ujrzeli, rzekli: "Ten port tak dobry jest jak port Cartageny".

Il. 2. Okładka egzemplarza Powszechnej Historii Indii Francisca Lópeza de Gómary, w którym znajdują się odręczne notatki Inki Garcilassa de la VegiHISTORIA POWSZECHNA INDII I NOWEGO JEST: ŚWIATA WRAZ Z PODBOJEM PERU I MEKSYKU

teraz ponownie poszerzona i poprawiona przez samego autora z najpełniejszym spisem rozdziałów tudzież z licznymi figurami, jakie w innych wydaniach zawiera.

Sprzedaje się w Zaragossie w domu Miguela de Gapssa, księgarza.

Roku 1555.

Wyspa Serrana, położona po drodze z Cartageny do Hauany, tak się nazywa od pewnego Hiszpana nazwiskiem Pedro Serrano, którego statek zatonął w pobliżu, a on sam uratował się płynąc, bo świetnym był pływakiem, i dotarł do owej wyspy, która jest bezludna i do zamieszkania niezdatna, bez wody i opału, gdzie przeżył 7 lat własnym przemysłem i zdolnościami, dzięki którym miał chrust i wodę, i ogień krzesał (przypadek ten historyczny, wielkiego podziwu godzien, opowiemy gdzie indziej); od jego nazwiska nazwano ową wyspę Serraną, a drugą, w pobliżu, by jedną od drugiej odróżnić, przezwali Serranillą.

Miasto Świętego Dominika, od którego całą wyspę tak samo nazwano, zostało założone i nazwane tak, jak to opisuje Gómara w rozdziale XXXV słowami literalnie tu przytoczonymi:

Najszlachetniejszym osiedlem jest Święty Dominik, które założył Bartłomiej Kolumb na brzegu rzeki Ozamy. Nadał mu owo imię, ponieważ dotarł tam pewnej niedzieli w święto świętego Dominika, i dlatego, że ojcu jego było Dominik. Zbiegły się więc trzy powody, by je tak nazwać &c.

Tyle Gómary.

W podobny sposób zostały nadane wszystkie inne nazwy słynnych portów, wielkich rzek, prowincji i Królestw w Nowym Świecie odkrytych, nadawali im imię świętego czy świętej, w czyj dzień zostały odkryte, lub imię kapitana, żołnierza, pilota czy marynarza, który je odkrył; coś z tego opowiedzieliśmy w naszej Florydzie, gdy rozprawialiśmy o jej wyglądzie i o tych, którzy do niej dotarli; a w księdze szóstej po rozdziale XV w związku z opowieścią, którą zawiera, umieściłem te wywody nazw wraz z wywodem nazwy Peru w obawie, że żywota mi nie starczy, zanim zdołam się tym zająć; skoro jednak Bóg w swym miłosierdziu życie mi przedłużył, wydało mi się właściwe wyjąć je stamtąd i umieścić we właściwym miejscu. Czego się teraz obawiam, to żeby mi ich nie podkradł jakiś historyk, gdyż owa księga z powodu moich zajęć sama powędrowała starać się o ocenę, i wiem, że przez wiele rąk przeszła; nawet bez tego wielu mnie pytało, czy wiem, skąd pochodzi imię Peru, choć więc chciałem ów wywód na później zachować, niektórym z moich panów nie mogłem odmówić.

Il. 3. Strona z Powszechnej Historii Indii Francisca Lópeza de Gómary. U dołu odręczne notatki Inki Garcilassa de la Vegi

Rozdział VIIIOpis Peru

W czasie gdy Hiszpanie doń wtargnęli, cztery krańce Imperium Inków były następujące. Na północy sięgało do rzeki Ancas-mayu, która płynie na pograniczu Quitu i Pastu, a w powszechnej mowie peruwiańskiej znaczy błękitna rzeka; znajduje się prawie pionowo na północ od równika. Na południu miało za granicę rzekę zwaną Mauli21, która biegnie od wschodu na zachód za Królestwem Chili22, zanim się dotrze do Araukanów, a leży o ponad 40 stopni na południe od równika. Między tymi rzekami liczą lądem niecałe 1300 legw. To, co nazywają Peru, z północy na południe mierzy 750 legw wzdłuż lądem od rzeki Ancas-mayu do prowincji Chicha, ostatniej z prowincji Charca-jan z północy na południe; to zaś, co nazywają Królestwem Chile, mierzy około 550 legw, również z północy na południe, licząc od krańca prowincji Chicha-jan do rzeki Maulli.

Na wschodzie jest mu krańcem nietknięty stopą ludzką ni łapą zwierzęcą czy ptasią niedostępny łańcuch Gór Śnieżnych, który się rozciąga od Świętej Marty do Cieśniny Magellana, przez Indian zwany Rit'i-suyu, to jest Śnieżną Stroną. Na zachodzie graniczy z Morzem Południowym, które rozciąga się wzdłuż całego brzegu; granica Imperium zaczyna się na wybrzeżu od przylądka Passau, przez który przebiega równik, aż po wspomnianą rzekę Maulli, która także wpada do Morza Południowego. Ze wschodu na zachód całe owo Królestwo jest wąskie. W najszerszym miejscu, to jest idąc w poprzek od prowincji Muyu-pampy przez prowincję Chacha-puya aż do miasta Trugillo, położonego na brzegu morskim, mierzy 120 legw szerokości, a w najwęższym miejscu, to jest od portu w Arice do prowincji zwanej Llaricossa, ma 70 legw szerokości. Takie są cztery granice tego, nad czym panowali Królowie Inkowie, których dzieje zamierzamy z pomocą Boską opisać.

Lepiej będzie, zanim przejdziemy do innych spraw, abyśmy tu opowiedzieli o przypadku Pedra Serrana, który wcześniej zapowiedzieliśmy, żeby się nie znalazł z dala od właściwego miejsca, a także dlatego, aby ten rozdział nie wyszedł za krótki.

Pedro Serrano dotrał wpław do owej wyspy pustej, która przed nim nie miała imienia; wyspa, jak opowiadał, miała dwie legwy obwodu. Prawie to samo powiada mapa żeglarska, przedstawia bowiem trzy bardzo małe wysepki z wieloma mieliznami wokół, i taki sam kształt nadaje tej, którą nazywają Serranilla, to znaczy pięciu małym wysepkom z jeszcze większą liczbą mielizn niż Serrana. Wiele ich jest w całej okolicy, dlatego statki od nich uciekają, żeby się nie narazić na niebezpieczeństwo.

Przypadło w losie Pedrowi Serranie zgubić się wśród nich i wpław dopłynąć do wyspy, gdzie się znalazł niepocieszony, bo nie było na niej ani wody, ani chrustu, ani nawet ziół, którymi można się pożywić, ani niczego innego do podtrzymania życia, aż przepłynie jakiś statek, który by go stamtąd zabrał, aby nie zginął z głodu i pragnienia; śmierć taka zdała mu się okrutniejszą od śmierci przez utopienie, bo ono krótsze. Tak spędził pierwszą noc, opłakując swą niedolę, zrozpaczony, jak tylko można sobie wyobrazić, że musi być człowiek w takiej ostateczności.

Gdy zaświtało, ponownie zaczął obchodzić wyspę, znajdował jakieś morskie stwory wychodzące z morza, jako to raki, kraby i inne paskudztwa, które łapał, jakie mógł, i zjadał surowe, bo nie było węgli, by je upiekł czy ugotował. Tak przetrzymał, aż zobaczył nadchodzące żółwie; ujrzawszy je z dala od morza, napadł jednego z nich i przewrócił go na grzbiet. To samo zrobił ze wszystkimi, z którymi zdołał, ponieważ nie umieją ponownie stanąć na nogi; wyjąwszy nóż, który zawsze zwykł nosić za pasem - był to sposób ratowania się od śmierci - zarżnął żółwia, a krew wypił zamiast wody, tak samo z pozostałymi postąpił; mięso położył na słońcu, żeby je zjeść suszone i żeby mieć puste skorupy do zbierania deszczówki, bo cała owa okolica jak powszechnie wiadomo jest dżdżysta. Tym przemysłem utrzymywał się przez pierwsze dni, zabijając wszystkie żółwie, jakie zdołał, a niektóre były ogromne, większe od największych tarczy, inne jak puklerze lub pawęże, były więc wszelkich rozmiarów. Z największymi nie mógł się zmierzyć, by je przewrócić na grzbiet, bo mu sił nie starczało, a choć właził na nie, żeby je zmęczyć i pokonać, nic nie zyskiwał, bo z nim na grzbiecie uchodziły w morze; doświadczenie zatem mówiło mu, które żółwie napadać, a których poniechać. W skorupach zgromadził wiele wody, w niektórych mieściły się dwie arroby, a w reszcie mniej.

Pedro Serrano, ujrzawszy się z zapasami jadła i napoju, uznał, że niczego więcej nie będzie mu brakować, jeśli zdoła rozniecić ogień, by choć upiec jadło i znaki dymem dawać, kiedy ujrzy przepływający statek. Z tym zamiarem, jako człek na morzu bywały - a pewne jest, że tacy w każdej pracy mają dużą przewagę nad innymi - ruszył na poszukiwanie kilku otoczaków, które by mu posłużyły za krzemień, bo krzesiwo zamierzył zrobić z noża. W tym celu, nie znalazłszy ich na wyspie całej pokrytej wapiennym piaskiem, płynął w morze i nurkował, i na dnie tam pilnie szukał, czego potrzebował. Tak zawzięcie się trudził, że znalazł otoczaki, wyłowił, które zdołał, i wybrał z nich dwa najlepsze, po czym rozkruszywszy jeden o drugi, aby miały krawędzie, w które można uderzyć nożem, wypróbował swój wynalazek, a ujrzawszy, że niecił iskry, podarł na bardzo drobne strzępy kawałek koszuli, aż wyglądały jak bawełniane zgrzebie, które mu posłużyły za hubkę, wreszcie własnym przemysłem i zmyślnością po wielu usiłowaniach rozniecił ogień. Gdy ujrzał, że go ma, uznał, że dobrze mu się wiedzie; aby zaś go podtrzymać, zbierał śmieci, które morze wyrzucało na ląd, godzinami je zbierał i znajdywał tam wiele roślin zwanych glonami morskimi i drewno statków zaginionych w morzu, muszle i rybie ości, i inne rzeczy, którymi podsycał ogień. Aby ulewy mu go nie zgasiły, zbudował chatkę z największych posiadanych skorup żółwi, które był zabił, i z najwyższą czujnością dokładał do ognia, by mu się z rąk nie wymknął.

W ciągu dwu miesięcy, a nawet wcześniej, ujrzał się takim, jakim się urodził, bo od miejscowych wód, upałów i wilgoci zgniła ta reszta odzieży, jaką miał. Słońce męczyło go bardzo wielkim żarem, ponieważ nie miał ani ubrania, którym by się bronił, ani cienia, w którym by się schronił. Kiedy się czuł bardzo zmęczony, wchodził do wody, by się nią okryć. Wśród takich trudów i trosk przeżył trzy lata, a choć w tym czasie widział kilka przepływających statków i kłęby dymu puszczał, co na morzu znaczy rozbitka, nie zauważały ich albo nie ośmielały się zapuścić w miejsce, gdzie się znajdował, i przepływały z daleka. Od tego Pedro Serrano stawał się tak niepocieszony, że ogarniało go pragnienie śmierci i natychmiastowego końca. Z niełaski nieba porósł na całym ciele sierścią tak gęstą, że wydawała się futrem zwierzęcym, i to nie byle jakim, a dziczym; włosy i broda sięgały mu niżej pasa.

Po trzech latach pewnego wieczora Pedro Serrano nieoczekiwanie zobaczył na swej wyspie człowieka, który rozbiwszy się wśród okolicznych mielizn poprzedniej nocy, zdołał się był utrzymać deski ze statku, a później o świtaniu, gdy zobaczył dym ogniska Pedra Serrana, zgadując, co to być może, podążył ku niemu, pomagając sobie deską i tym, że dobrze pływał. Gdy się obaj ujrzeli, nie podobna stwierdzić, kto komu bardziej się dziwił. Serrano myślał, że to szatan przyszedł w ludzkiej postaci kusić go do desperackich czynów. Gość zrozumiał, że Serrano to sam diabeł we własnej postaci, ujrzawszy go okrytego włosami, brodą i sierścią.

Jeden uciekał od drugiego, a Pedro Serrano uciekał, wołając: "Jezu, Jezu! Uwolnij mnie, Panie, od czarta".

Ten drugi słysząc to, pewniej się poczuł i odwróciwszy się, rzekł: "Nie uciekajcie, bracie, ode mnie, bo jestem Chrześcijaninem jako wy".

Aby go więc przekonać, gdyż dalej uciekał, głośno odmówił Credo; usłyszawszy to, Pedro Serrano zawrócił ku niemu i z wielkim uczuciem padli sobie w ramiona ze łzami i płaczem, ujrzawszy się obaj w równie nieszczęsnym położeniu i bez nadziei na wyjście. Jeden drugiemu po krótce opowiedział o swym dotychczasowym życiu. Pedro Serrano, domyślając się potrzeb gościa, dał mu jeść i pić z tego, co miał, czym go trochę pocieszył, i znów rozmawiali o swoim nieszczęściu.

Życie sobie urządzili, jak umieli najlepiej, dzieląc godziny dnia i nocy podług potrzeb szukania skorupiaków do jedzenia, glonów, drewna, rybich ości i wszelkich innych rzeczy przez morze wyrzucanych do podtrzymania ognia, a przede wszystkim czuwając godzinami, by im nie zgasł. Tak przeżyli kilka dni, ale mało ich upłynęło bez kłótni, aż podzielili gospodarstwo, bo niewiele brakło, żeby do rękoczynów doszło, przez co niech będzie wiadomo, jak wielka jest nędza naszych namiętności; powodem sporu stało się, że jeden drugiemu powiedział, iż nie dba o to, co trzeba, tak jak należy; ten więc gniew i słowa w nim wyrzeczone rozdzieliły ich i oddaliły. Obaj jednak, popadłszy w taką niedorzeczność, sami prosili przebaczenia i zostawszy przyjaciółmi zaczęli sobie dotrzymywać towarzystwa, tak przeżyli pospołu następne cztery lata. W tym czasie widzieli kilka przepływających statków i znaki dymem dawali, lecz im nie pomogły, od czego tak rozpaczali, że jedynie śmierci im brakowało.

Na koniec zdarzyło się, że przepływał statek tak blisko nich, aż dym ujrzał i spuścił łódź, aby ich zabrać. Pedro Serrano i jego towarzysz, taką samą obrosły sierścią, widząc, że łódź blisko, by marynarze, którzy po nich przypływali, nie pomyśleli, że są diabłami, i od nich nie uciekli, zaczęli odmawiać Credo i głośno wzywać imienia Naszego Odkupiciela; opłaciła im się ta ostrożność, gdyż inaczej marynarze niewątpliwie by uciekli, skoro nie mieli ludzkiej, człowieczej postaci. Zabrali ich więc na statek, gdzie wszyscy, którzy ich widzieli i słyszeli o przebytych mękach, dziwili się.

Towarzysz zmarł na morzu w drodze do Hiszpanii. Pedro Serrano dotarł tu i pojechał do Niemiec, gdzie wtedy przebywał Cesarz; nosił swe futro takie, jakim było, by służyło dowodem rozbicia statku i jego cierpień. Gdyby chciał się pokazywać po wszystkich siołach, przez które przejeżdżał, wiele by zarobił pieniędzy (za sam widok). Pewni panowie i wielcy rycerze, którym się spodobało obejrzeć jego postać, pomogli mu ponieść koszty podróży, a Jego Cesarska Mość, ujrzawszy go i wysłuchawszy, nadał mu w Peru 4000 pesów dochodu, to jest 4800 dukatów. Aby je otrzymać, wyruszył w drogę, jednak nie zobaczył ich, gdyż umarł w Panamie, nim dotarł do celu podróży.

Całą tę opowieść, tak jak ją przytoczyłem, opowiadał pewien rycerz, który powiadał się Garcisanchesem de Figueroą; od niego ją usłyszałem, on znał Pedra Serrana i zapewniał, że od niego samego ją był słyszał, a także, iż Serrano, ujrzawszy Cesarza, ściął włosy i brodę, którą zostawił niesięgającą pasa; na noc do spania zaplatał ją był w warkocz, bo niezapleciona rozłaziła się po całym łóżku i spać przeszkadzała.

Rozdział IXBałwochwalstwo i bogowie, których czcili przed Inkami

Aby lepiej zrozumieć bałwochwalstwo, życie i obyczaje Indian peruwiańskich, konieczne będzie, byśmy podzielili owe wieki na dwie epoki: opowiemy, jak żyli przed Inkami, a potem opowiemy, jak rządzili owi Królowie, aby się jedno z drugim nie myliło tudzież by nie przypisywano tym drugim zwyczajów i bogów tych pierwszych.

W tym celu wiedzieć należy, że w pierwszej z owych epok, w starodawnych czasach pogańskich, zdarzali się Indianie niewiele lepsi od bydląt obłaskawionych i inni dużo gorsi od najdzikszego zwierza. Zaczynając zatem od ich bogów, powiadamy, że bogów mieli na miarę innych prostactw i głupstw, które praktykowali. Dotyczy to tak samo wielości, marności i podłości rzeczy, które czcili, bowiem każda prowincja, każdy naród, każda wieś, każda dzielnica, każdy ród i każdy dom miał bogów odmiennych od innych, ponieważ mniemali, że cudzy bóg, kim innym zajęty, nie może im pomóc, chyba tylko własny. W ten sposób doszli do posiadania tylu i takiej rozmaitości bogów, że byli niepoliczalni; dlatego, że nie umieli jak pogańscy Rzymianie robić sobie bogów wymyślonych takich jak Nadzieja, Zwycięstwo, Pokój i tym podobnych, skoro myślą nie sięgali rzeczy niewidzialnych, czcili to, co widzieli, każdy co innego, nie zastanowiwszy się, czy to, co czczą, zasługuje na cześć, i sobie samym nie okazując szacunku, czcząc coś, co od nich samych gorsze. Zwracali uwagę tylko na to, aby się różnili jedni od drugich, a każdy od wszystkich innych; czcili zatem zioła, rośliny, kwiaty, drzewa wszelkiego gatunku, szczyty wysokie, wielkie skały, szczeliny skalne, głębokie pieczary, otoczaki i kamyki znajdowane w rzekach i strumieniach, różnobarwne jak jaspis. Czcili szmaragdy, zwłaszcza w prowincji dziś zwanej Starym Portem; diamentów i rubinów nie czcili, bo ich w owej ziemi nie ma. Zamiast nich czcili różne zwierzęta, jedne dla ich dzikości, jako to tygrysa23, lwa24 i niedźwiedzia; a ponieważ je mieli za bogów, gdy się na nie przypadkiem natknęli, nie uciekali, tylko rzucali się na ziemię, cześć im oddać, i dawali się zabijać i zjadać, nie próbując ani uciekać, ani się bronić.

Czcili też inne zwierzęta za chytrość, jak lisa i małpy. Psa czcili za wierność i szlachetność, a serwala25 za szybkość. Niektóre narody za wielkość czciły ptaka, którego zwą kunturem, i orły, ponieważ szczycą się pochodzeniem od nich i od kuntura. Inne narody oddawały cześć sokołom za wielką szybkość i przemyślność w łapaniu łapami tego, co mają zjeść; czcili sowę za piękne oczy i głowę, a nietoperza za wzrok doskonały, bo bardzo się dziwili, że nocą widzi; czcili też wiele innych ptaków, jak ich naszła chętka. Wielkie węże za potworność i dzikość, bo w kraju Anti-jan zdarzają się długości mniej więcej 25 do 30 stóp, a często grubsze od uda. Za bogów mieli też różne mniejsze żmije tam, gdzie tak wielkich jak u Anti-jan nie było; czcili jaszczurki, ropuchy i płazy. W końcu nie było zwierzęcia tak podłego i brudnego, którego by nie mieli za boga tylko po to, by się jedni od drugich odróżnili swoimi bogami, nie czcząc w nich żadnej boskości czy pożytku, którego by mogli się od nich spodziewać.

W każdej sprawie byli bardzo prostaccy, niczym owce bez pasterza. Nie mamy się co dziwić, że ludzie niepiśmienni i bez żadnego wykształcenia popadli w tak wielkie głupstwa, powszechnie przecież wiadomo, że Grecy i Rzymianie, tak szczycący się swą nauką, mieli podczas największego rozkwitu swego imperium 30 000 bogów.

Rozdział XO innych rozmaitych bogach, jakich mieli

W owej pierwszej epoce było wielu innych Indian z różnych narodów, którzy wybrali sobie bogów z większą niż poprzedni rozwagą, ponieważ czcili pewne rzeczy, z których płynął jakiś pożytek, jako to ci, którzy czcili obfite źródła i wielkie rzeki, ponieważ powiadali, że dostarczają wody do podlewania pól.

Inni czcili ziemię i nazywali ją Matką, gdyż dawała im plony, jeszcze inni - powietrze ze względu na oddychanie, ponieważ uważali, że dzięki niemu ludzie żyją, następni - ogień, bo ich ogrzewał i jadło na nim warzyli, kolejni - barana26, dlatego że na ich ziemiach rodziło się wiele bydła. Jedni czcili wielki łańcuch górski Gór Śnieżnych dla wysokości i wielkości podziwu godnej i dlatego, że wypływają zeń liczne rzeki służące do nawadniania, drudzy - kukurydzę, czyli jak sami ją nazywają - zarę, bo była im chlebem powszednim, trzeci - inne zboża i warzywa, podług tego, co się obficiej w każdej prowincji rodziło.

Ci z wybrzeża morskiego, prócz mnóstwa innych bogów, których mieli, może tych samych, których wyliczyliśmy, powszechnie czcili morze, a nazywali je Mama-qucha, co znaczy matka morze, dając do zrozumienia, że wobec nich pełniło funkcję matki, utrzymując ich swoimi rybami. Pospolicie też czcili wieloryba za wielkość i potworność. Prócz tych kultów powszechnych, praktykowanych na całym wybrzeżu, w różnych prowincjach i okolicach czcili te ryby, których najwięcej zabijali w takim czy innym miejscu; uważali bowiem, że pierwsza ryba znajdująca się w górnym świecie - tak niebo nazywają - od której pochodzą wszystkie inne ryby owego gatunku, jakim się żywili, baczy, aby im zesłać we właściwym czasie obfitość swych dzieci, by ów naród miał z czego żyć, dlatego w niektórych prowincjach czcili sardynkę, ponieważ jej zabijali więcej niż innych ryb, a gdzie indziej lizy, tollo27; w jednych za piękność czcili doradę, w innych - kraba albo inne zwierzęta morskie z braku lepszych ryb, bo ich w owym morzu nie było albo nie umieli ich złowić i zabić. W sumie czcili i mieli za boga każdą rybę, która im była użyteczniejsza od innych. Takim sposobem uważali za bogów nie tylko cztery żywioły, każdy z osobna, ale również wszystkie złożone i stworzone z tych pierwszych, choćby najpodlejsze i nieczyste.

Były też inne narody, jak na przykład Chirihuana-janie oraz ci z przylądka Passau - z północy na południe te dwie prowincje są kresami Peru - którzy nie mieli i nie mają żadnej skłonności, aby czcić jakąkolwiek rzecz podłą czy wzniosłą dla korzyści czy ze strachu, tylko żyli i dziś żyją całkiem jak bydlęta, albo jeszcze gorzej, ponieważ nie dotarła do nich doktryna nauczana przez Królów Inków.

Rozdział XIRodzaje składanych ofiar

Podłości i ohydzie ich bogów odpowiadało też okrutne barbarzyństwo ofiar ich starodawnego bałwochwalstwa, gdyż prócz innych rzeczy zwykłych, jak zboża i zwierzęta, ofiarowywali mężczyzn i kobiety wszelkiego wieku, złowionych w wojnach, które jedni z drugimi urządzali. Wśród pewnych narodów okrucieństwo to było tak nieludzkie, że przewyższało zwierzęce, ponieważ nie zadowoliło się ofiarami z wrogów - jeńców, tylko ofiarowywali własne dzieci w takiej czy innej potrzebie. Sposób składania ofiary z mężczyzn, kobiet, chłopców i dzieci był taki, że żywcem otwierali im pierś i wyrywali serce wraz z płucami, a ich krwią jeszcze nie ostygłą skrapiali bałwana nakazującego takie ofiary, a potem w tych samych płucach i sercu wypatrywali wróżb, by zobaczyć, czy ofiara została przyjęta, czy nie; a czy została, czy nie została, spalali doszczętnie bałwanowi w ofierze serce i płuca, natomiast ofiarowanego Indianina zjadali z wielką przyjemnością i smakiem, i nie mniejszą zabawą i radością, choćby to był własny syn.

Ojciec Blas Valera - jak to wynika z wielu części jego zniszczonych papierów - z tym samym co my nosił się zamiarem w wielu sprawach, o których pisał, a mianowicie by oddzielić czasy, epoki i prowincje dla lepszego zrozumienia obyczajów każdego narodu; a zatem w jednym ze swych podartych na strzępy zeszytów powiada, co następuje, i mówi to w czasie teraźniejszym, bo wśród owych ludów dziś też się tak nieludzko postępuje:

Ci, którzy żyją w krajach Anti-jańskich, jedzą mięso ludzkie, dziksi są od tygrysów, Boga ni prawa nie znają, nie wiedzą, co to cnota; nie mają również bałwanów ani nic podobnego, diabła czczą, gdy się im objawia w postaci jakiegoś zwierzęcia albo węża i do nich przemawia.

Gdy złapią kogoś na wojnie albo jakimś innym sposobem, wiedząc, że to plebejusz niskiego rodu, ćwiartują go i oddają przyjaciołom i sługom, aby go zjedli albo w jatce sprzedali. Jednakże jeśli to człowiek szlachetny, schodzą się naczelnicy z żonami i dziećmi i jako poplecznicy diabła obnażają go, żywego wiążą do słupa i krzemiennymi nożami i kozikami tną go na kawałki nie ćwiartując, a tylko wycinając mięso z części, gdzie go najwięcej: z łydek, ud, pośladków i ramion; mężczyźni, kobiety i dzieci skrapiają się krwią i pospołu zjadają mięso bardzo pospiesznie, ani go dobrze nie ugotują, ani upieką, ani nawet nie zżują; połykają je kęsami tak, że nieszczęśnik widzi, jak go żywcem pożerają i grzebią we własnych brzuchach. Kobiety, od mężczyzn okrutniejsze, smarują sobie sutki krwią pechowca, aby ją ich dzieciątka wypiły ssąc mleko. Wszystko to czynią w miejsce ofiary z wielką uciechą i radością, aż ów człowiek umrze. Wówczas dojadają mięso wraz z całym wnętrznościami, już bez święta i rozkoszy, tylko jako rzecz wielkiej boskości, gdyż odtąd traktują je z najwyższą czcią i zjadają jako rzecz świętą.

Jeśli biedak, gdy go męczyli, okazał znak uczuć na twarzy lub ciele czy też wydał z siebie jęk lub westchnienie, to pożarłszy mięso, podroby i flaki, łamią mu kości na kawałki i z wielką pogardą wyrzucają na pole lub do rzeki; jeśli jednak podczas mąk okazał się silny, wytrwały i straszny, to zjadłszy ciało i wnętrzności suszą kości i ścięgna na słońcu i składają je na szczytach górskich, gdzie czczą je i składają im ofiary, uważając za bogów.

Takie są bożki owych bestii, ponieważ nie dotarła do nich ani władza Inków, ani też do dziś władza Hiszpanów; tacy więc są dzisiaj. Owo pokolenie ludzi tak straszliwie okrutnych pochodzi z ziem meksykańskich i zasiedliło okolice Panamy i Dariena, i wszystkie wielkie góry, które się ciągną aż po Królestwo Nowej Granady, a z drugiej strony aż po Świętą Martę.

Wszystko to ojca Blasa Valery, który, opowiadając o diabelstwach z większą przesadą, tym bardziej pomaga nam opowiedzieć, co się wówczas w owym pierwszym wieku działo i dziś się dzieje.

Inni Indianie tak okrutni w swych ofiarach nie byli, chociaż bowiem mieszali w nie krew ludzką, działo się to bez niczyjej śmierci, krwi utaczali z ramion lub nóg podług solenności ofiary; przy największych uroczystościach puszczali ją z nasady nosa, gdzie brwi się schodzą, i krwawienie takie zwyczajne było wśród Indian peruwiańskich także za czasów Inków zarówno w ofierze, zwłaszcza jednej, o której dalej opowiemy, jak i w chorobie, szczególnie gdy bardzo głowa bolała.

Inne ofiary składali wszyscy Indianie tak samo; te, o których opowiedzieliśmy, praktykowano wśród narodów pewnych prowincji, a wśród innych - nie; ofiary powszechnie przyjęte były ze zwierząt, to jest baranów, owiec28, jagniąt29, królików30, przepiórek i innych ptaków, sadła, ziela, które tak bardzo cenią, zwanego kuka, kukurydzy i innych ziaren, warzyw, drewna pachnącego i tym podobnych rzeczy, zależnie od tego, jakie mieli plony, i od tego, co każdy naród uważał za ofiarę milszą bogom, zgodną z ich naturą, zwłaszcza jeśli ich bogowie byli ptakami lub zwierzętami mięsożernymi, albo jeśli nie byli, każdemu ofiarowywali to, o czym wiedzieli, że zwykle jada, i to, o czym sądzili, że im smaczniejsze; tyle niech starczy tego, co można opowiedzieć o ofiarach owych starodawnych pogan.

Rozdział XIISiedziby i rząd starożytnych oraz co jedli

W urządzeniu swych mieszkań i wsi owi poganie trzymali się równie barbarzyńskiego obyczaju, co w bogach i ofiarach; najbardziej ogładzeni zasiedlali wsie bez rynku, bez porządnych ulic i domów, niczym siedliska zwierzęce. Inni z powodu wojen między sobą toczonych zaludniali szczyty i wysokie skały niby fortece, gdzie mniej im zagrażali wrogowie. Jeszcze inni - w chatkach rozsypanych wśród pól, dolin i wąwozów, zależnie od tego, jakie jadło i siedlisko każdy sobie zapewniał. Jedni żyli w pieczarach pod ziemią, w szczelinach skalnych, w dziuplach drzew, każdy w takim domu, jaki sobie znalazł, bo stawiać ich jeszcze nie umieli; tacy się jeszcze trafiają, na przykład ci z przylądka Passau i Chirihuana-janie, i inne narody przez Królów Inków niepodbite, które dziś trwają w owym starodawnym nieokrzesaniu; tacy zresztą najtrudniej poddają się służbie Hiszpanom i religii chrześcijańskiej, bo są bezrozumni, że nigdy nie uczeni, i ledwie język mają, by się wśród własnego narodu jedni z drugimi rozumieli; żyją więc tak jak zwierzęta różnych gatunków, nie łącząc się ani nie porozumiewając i nie utrzymując stosunków z nikim poza samymi sobą.

W owych wsiach i siedzibach ten rządził, co się ośmielił i ducha mu starczyło, żeby pozostałym rozkazywać; a jak już panował, to poddanych traktował tyrańsko i okrutnie, wysługując się nimi niczym niewolnikami, używając jak chciał ich żon i córek, i wojując jeden z drugim. W niektórych prowincjach obdzierali jeńców ze skóry, a skórami pokrywali pudła bębnów na postrach wrogom, twierdzili bowiem, że wrogowie usłyszawszy skóry swoich krewniaków zaraz uciekają. Żyli wśród rabunków, kradzieży, zabójstw, pożarów wsi i tak wielu porobiło się panami i Królikami, że zdarzali się wśród nich także zacni, którzy dobrze traktowali swoich i utrzymywali ich w pokoju i sprawiedliwości; takich za ich dobroć i szlachetność Indianie w swej prostocie czcili jako bogów, widząc, że odmienni od mnóstwa tyranów i im przeciwni. Gdzie indziej żyli bez panów, którzy by im rozkazywali i rządzili, ani sami nie umieli urządzić społeczeństwa tak, by zapewnić życiu ład i zgodę; żyli jak owce, w swej prostocie nie wyrządzając sobie ani zła, ani dobra; a było tak raczej z niewiedzy i braku złości niż z nadmiaru cnoty.

W sposobie ubierania się i okrywania ciała w wielu prowincjach Indianie byli tak naiwni i głupi, że ich strój do śmiechu pobudza. W innych tak byli dzicy i barbarzyńscy w swym jadle i przysmakach, że taka dzikość budzi podziw, a na wielu innych bardzo rozległych terenach byli i tacy, i owacy.

W ziemiach gorących, że żyźniejsze, niewiele albo i nic nie siali, żywili się ziołami, korzeniami, leśnymi owocami i innymi warzywami, które ziemia wydawała albo sama z siebie, albo z niewielkim nakładem pracy tubylców, którzy - jak to oni wszyscy - nie chcieli niczego więcej ponad podtrzymanie przyrodzonego żywota i na małym poprzestawali. W wielu prowincjach byli miłośnikami mięsa ludzkiego i tacy łakomi, że jeszcze nie umarł mordowany Indianin, a już pili krew z rany, którą zadali; tak samo postępowali podczas ćwiartowania, że wysysali krew i oblizywali sobie ręce, aby się nawet kropla nie zmarnowała. Mieli publiczne jatki z mięsem ludzkim: kiełbasy i wątrobianki wyrabiali z kiszek, napychając je mięsem, by się nie zmarnowały. Pedro de Cieça w rozdziale XXVI to samo opowiada, a widział to na własne oczy.

Tak się ta namiętność rozrosła, że nawet nie darowali własnym dzieciom, które spłodzili z cudzoziemkami, schwytanymi i wziętymi do niewoli na wojnie. Brali je za nałożnice i dzieci, które z nich mieli, chowali z wielką przyjemnością do lat dwunastu, trzynastu, poczem je zjadali, a matki - po nich, kiedy już nie rodziły. Robili coś więcej: wielu Indian jeńców oszczędzali i dawali im kobiety ze swego własnego narodu, mam na myśli z narodu zwycięzców, i dzieci, które zrodziły, chowali jak własne, a ujrzawszy, że podrosły, zjadali; tak więc zrobili sobie rozsadnik chłopców do zjedzenia i nie darowali im ani ze względu na pokrewieństwo, ani ze względu na wychowanie, co nawet u najodmienniejszych i przeciwnych sobie zwierząt zwykle wywołuje miłość, jak to moglibyśmy opowiedzieć o pewnych zwierzętach, któreśmy widzieli, i o innych, o których słyszeliśmy. Ale u tych barbarzyńców ani jedno, ani drugie nie wystarczało, zabijali synów przez siebie spłodzonych i krewnych przez siebie wychowanych, by zjeść; i tak samo postępowali z rodzicami, gdy już płodzić nie mogli, bo tak samo nie cenili pokrewieństwa przez powinowactwo.

Był nawet lud tak osobliwy w smakowaniu mięsa ludzkiego, że swych zmarłych grzebał we własnych żołądkach: ledwie nieboszczyk wyzionął ducha, zbierała się parentela i zjadali go gotowanego lub pieczonego zależnie od tego, czy mięsa zostało mało, czy dużo; gdy mało - gotowanego, gdy dużo - pieczonego, potem łączyli kości podług stawów i z wielkim płaczem urządzali im egzekwie, grzebali je w szczelinach skalnych i w dziuplach drzew; bogów nie mieli i nie wiedzieli, co to cześć oddawać i dziś tak trwają. Jadanie mięsa ludzkiego bardziej było w zwyczaju wśród Indian ziem gorących niż wśród tych z ziem zimnych.

Na ziemiach jałowych i zimnych, gdzie ziemia sama z siebie nie dawała owoców, korzeni i ziół, sadzili kukurydzę i inne warzywa, przymuszeni koniecznością, ale czynili to bez ładu ni składu. Korzystali z dziczyzny i ryb równie prostacko jak ze wszystkiego innego.

Rozdział XIIIJak się w owej starożytności ubierali

Strój, dla jego nieprzyzwoitości, raczej powinno się przemilczeć i pominąć, niż o nim opowiadać lub malowany pokazywać, ponieważ jednak historia mnie zmusza, bym ją przedstawiał całą i prawdziwie, proszę uszy uczciwe, by się zamknęły i w tej części mnie nie słuchały, niechaj mnie więc taką niełaską ukarzą, jaką ja i tak za słuszną przyjmę.

W owym pierwszym wieku Indianie ubierali się jak zwierzęta, gdyż nie nosili żadnego przyodziewku prócz skóry, którą im Natura dała. Wielu z nich przez pychę lub strojność nosiło opasany wokół ciała gruby sznur i zdawało im się, że starczał za ubranie; resztą się nie zajmiemy, bo nie wypada. W roku 1560 w drodze do Hiszpanii natknąłem się na jednej z ulic Cartageny na pięciu Indian bez żadnego odzienia i nie szli wszyscy razem, tylko jeden za drugim niczym żurawie, mimo że od tylu lat zadawali się z Hiszpanami.

Kobiety chodziły w takim samym stroju, we własnej skórze. Mężatki nosiły sznurek wokół ciała, z którego zwisała niczym fartuszek szmatka bawełniana, kwadratowa, na varę długa; gdzie nie chcieli czy nie umieli tkać ni prząść, nosiły ją z łyka drzewnego lub z liści, co służyły za okrycie dla skromności. Panienki też zamiast paska nosiły sznurek na gołe ciało, a zamiast fartuszka, na znak, że są panienkami, nosiły coś zupełnie innego. Ponieważ należy zachować względy należne słuchaczom, słuszniej będzie przemilczeć to, cośmy tu mieli powiedzieć; niech wystarczy, że taki był strój i ubiory w ziemiach gorących; tak więc co do skromności, to podobni byli dzikim zwierzętom; skąd tylko na podstawie zwierzęcości, jaką okazywali w zdobieniu własnych osób, pojąć można, jacy głupi byli Indianie we wszystkich innych sprawach w owych pogańskich czasach poprzedzających Imperium Inków.

W ziemiach chłodnych chodzili przyzwoiciej okryci, ale nie dla zachowania przyzwoitości, tylko z konieczności chłodem spowodowanej; okrywali się skórami zwierząt i czymś w rodzaju chust, które sporządzali z dzikich konopi i z trawy długiej, miękkiej i delikatnej, rosnącej po polach; tymi wynalazkami okrywali swe ciała jak umieli. Wśród innych narodów więcej było ogłady, nosili bowiem koce źle zrobione ze złej przędzy, jeszcze gorzej utkanej z wełny albo z dzikich konopi, które nazywają ch'awar, nosili je spięte pod szyją i opasane wokół ciała, chodzili więc znośnie okryci.

Stroi takich używano w owej pierwszej epoce, a te, o których rzekliśmy, że ich używali w ziemiach gorących, to powiadam, że Hiszpanie napotkali je w bardzo wielu prowincjach, których Królowie Inkowie nie byli podbili, i dziś także są używane w wielu krajach już zdobytych przez Hiszpanów, gdzie Indianie są tak głupi, że nie chcą się ubierać, wyjąwszy tych, którzy doszli do wielkiej zażyłości z Hiszpanami w ich własnych domach i ubierają się raczej z powodu hiszpańskich nalegań niż z własnej chęci i skromności, a kobiety odrzucają odzież tak samo jak mężczyźni. Hiszpanie wyzywają je od złych prządek i zupełnych bezwstydnic, i pytają je, czy nie chcą prząść, by się nie ubierać, czy nie chcą się ubierać, by nie prząść.

Rozdział XIVRodzaje małżeństw i rozmaitość języków. Trucizny używali i czarów

W pozostałych obyczajach, jako to w zawieraniu małżeństw i spółkowaniu, nie lepsi byli owi Indianie czasów pogańskich niż w ubieraniu się i jedzeniu; wiele bowiem narodów schodziło się na spółkowanie jak bydlęta, nie znając własnych żon, tylko jak się przypadkiem zeszli; a inni żenili się, jak im się zachciało, nie czyniąc wyjątków dla sióstr, córek czy matek. Wśród innych narodów oszczędzali matki, ale żadnej innej.

W niektórych prowincjach było dozwolone, a nawet chwalebne, żeby dziewczyny były nieskromne i upadłe, ile chciały, a najrozpustniejsze najpewniejsze były zamążpójścia, bo właśnie takie uważali za najlepsze; sądzili, że są przynajmniej robotne, a o skromnych mówili, że nikt ich nie chciał, bo leniwe.

W innych prowincjach mieli zwyczaj przeciwny, że matki strzegły córek w wielkiej skromności, a gdy postanowiły je wydać za mąż, wyprowadzały je w miejsce publiczne i w obecności krewnych, którzy trafili na uroczystość przekazania, rozdziewiczały je własnymi rękoma, okazując wszystkim, że dobrze pilnowały.

Gdzie indziej dziewicę idącą za mąż gwałcili najbliżsi krewni narzeczonego i jego najlepsi przyjaciele; był to warunek zawarcia małżeństwa i taką ją później dostawał mąż. Pedro de Cieça w rozdziale XXIV powiada to samo31.

W pewnych prowincjach zdarzali się sodomici, choć niezbyt jawnie i nie cały naród pospołu, tylko pojedyncze osoby i w tajemnicy. Gdzieniegdzie trzymali ich po świątyniach, bo im diabeł wmówił, że bogowie z takich mają wielką przyjemność, a pewnie zdrajca to zrobił, żeby zerwać zasłonę wstydu, którym poganie otaczali ów występek, aby wszyscy go praktykowali zbiorowo i publicznie.

Byli też ludzie, mężczyźni i kobiety, zadający trucizny, zarówno po to, aby nią zabić szybko albo powoli, jak i po to, aby rozumu pozbawić i ogłupić, kogo chcieli, albo po to, aby ich oszpecić na obliczu i ciele, co czyniło ich plamistymi w białe i czarne łaty o trędowatych i sparaliżowanych członkach.

Każda prowincja, każdy naród, a w wielu stronach każda wieś miała swój własny język różny od sąsiadów. Ci, którzy porozumiewali się jednym językiem, uważali się za krewnych, byli więc przyjaciółmi i sprzymierzeńcami. Ci, którzy się nie rozumieli dla różnicy języka, uważali się za wrogów i przeciwników, i toczyli ze sobą okrutne wojny, a nawet się zjadali, jak gdyby byli bydlętami różnych gatunków.

Istnieli też czarownicy i czarownice; rzemiosła tego częściej imały się Indianki niż Indianie; wielu się w nim ćwiczyło tylko po to, by się zadawać z diabłem, a zwłaszcza by zyskać sławę wśród ludzi pytając i uzyskując odpowiedzi o rzeczach przyszłych i stać się wielkimi kapłanami i kapłankami. Niektóre kobiety wykorzystywały ów zawód, by rzucać czary raczej na mężczyzn niż na kobiety z zazdrości lub ze złej woli, i uzyskiwały czarami te same skutki, co trucizną.

I niechaj starczy tych opowiadań o Indianach owej pierwszej epoki i starodawnym pogaństwie; w tym, co nie zostało opowiedziane tak dokładnie, jak się zdarzyło, zdaję się na to, co każdy zechce sobie wyobrazić i dodać do opowiedzianego, choćby bowiem jak najbardziej natężał umysł i tak nie zdoła się domyśleć, jak wielkie były bzdury owego pogaństwa. W końcu jako ludzie, którzy nie mieli innego przewodnika i nauczyciela prócz diabła, jedni z nich byli w swoim życiu, obyczajach, bogach i ofiarach ponad wszelką miarę wielce barbarzyńscy. Inni byli we wszystkim bardzo prostaccy, jak domowe zwierzęta albo jeszcze bardziej. Kolejni brali udział w obu skrajnościach, jak to zobaczymy dalej w naszym wykładzie Dziejów, zwłaszcza gdy szczegółowo opowiemy, które z wymienionych potworności występowały w każdej z osobna prowincji i narodzie.

Rozdział XVPochodzenie Inków, Królów Peruwiańskich

Gdy owe ludy żyły czy umierały w sposób przez nas przedstawiony, Bóg, Pan Nasz, pozwolił, ażeby spośród nich samych wyszła jutrzenka świtania, która by w owych najczarniejszych ciemnościach oświeciła ich odrobiną wiadomości o prawie natury i o grzeczności i szacunku, które ludzie jedni drugim winni, a także aby jej potomkowie, przechodząc od dobrego do lepszego, wychowali owe bestie i przemienili je w ludzi podatnych na dowody i każdą dobrą naukę, ażeby - gdy ten sam Bóg, słońce sprawiedliwości, uzna za właściwe zesłać światło swych boskich promieni owym bałwochwalcom - znalazło ich nie tak dzikimi, tylko podatniejszymi na przyjęcie wiary katolickiej, nauk i doktryny naszej świętej matki Kościoła rzymskiego, tak jak ją później przyjęli, zgodnie z tym, co z wykładu Dziejów wyniknie. Zauważono bowiem z bardzo wyraźnego doświadczenia, o ile szybsi i skłonniejsi do przyjęcia Ewangelii byli ci Indianie, których Królowie Inkowie podporządkowali sobie, którymi rządzili, których nauczali, od pozostałych sąsiednich narodów, do których nie dotarły były nauki Inków; wiele z tych ludów dziś jest równie barbarzyńskie i głupie jak dawniej, choć minęło już 71 lat od wkroczenia Hiszpanów do Peru. Skoro zatem stoimy u bram tej wielkiej tajemnicy, właściwe będzie postąpić dalej i dostarczyć o niej wiadomości.

Il. 4. Inka, rycina zamieszczona w rozdziale XXXVIII dzieła Pedra de Cieça de Leóna, gdzie autor wspomina Inkę Manco-Capaca, więc to zapewne on. Inka ma ogromny otwór w płatku ucha, a na głowie llawt'u, w ręce pręt, zapewne symbolizujący ten, którego utkwienie w ziemi wyznaczyło stolicę imperium, Cuzco

Gdy ułożyłem sobie wiele planów i przygotowałem mnóstwo sposobów, aby się zagłębić w opowieść o pochodzeniu i początkach Inków, przyrodzonych Królów Peruwiańskich, wydało mi się, że planem i sposobem najłatwiejszym i najprostszym będzie opowiedzenie tego, co w dzieciństwie wielokrotnie słyszałem od matki, od jej braci i wujów32, i od innych starszych krewnych o tym początku i pochodzeniu, wszystko bowiem, co z innych stron o nim słychać, sprowadza się do tego samego, co my powiemy, i lepiej będzie, aby stało się to znane podług takich właśnie słów, jakimi je opowiadają sami Inkowie, a nie podług twierdzeń obcych autorów.

Jest zaś tak, że gdy moja matka mieszkała w Cozco, swojej ojczyźnie, przychodzili w odwiedziny prawie co tydzień nieliczni krewni i krewne ocalali od okrucieństw i ucisku Atau-huallpy33, o czym w jego żywocie opowiemy. Podczas owych wizyt zawsze najzwyklejszą ich rozmową było rozprawianie o pochodzeniu ich Królów, o ich majestacie, o wielkości Imperium, o podbojach i czynach rządu, który sprawowali czasu pokoju i wojny, o prawach, które nadawali i ustanawiali ku tak wielkiemu pożytkowi poddanych. W rezultacie nie pomijali żadnej rzeczy im przychylnej, która się im zdarzyła, i każdą rozważali.

Od wspaniałości minionego powodzenia przechodzili do spraw bieżących: opłakiwali zabitych Królów, utracone Imperium i zniszczoną Rzeczpospolitą &c. Te i tym podobne rozmowy wiedli Inkowie i palle na wizytach, a wspominając dobra utracone, zawsze kończyli łzami i płaczem, powiadając: "Zamieniło się nam Królowanie w poddaństwo" &c.

W czasie tych rozmów ja, jak to chłopiec, wchodziłem i wychodziłem często tam, gdzie byli, i cieszyłem się słuchając ich, tak jak się cieszą dzieci bajek słuchające. Mijały więc dni, miesiące i lata; gdy miałem już 16 czy 17 lat, zdarzyło się pewnego dnia podczas rozmowy moich krewnych o Królach i dawnych czasach, że najstarszego z nich, to jest opowiadającego, zapytałem:

Inko, wuju! Skoro nie ma wśród was pisma, które przechowuje pamięć rzeczy minionych, to co wiecie o pochodzeniu i początku naszych Królów? Tam bowiem Hiszpanie i narody sąsiednie, ponieważ mają historie boskie i ludzkie, wiedzą z nich, kiedy zaczęli panować Królowie ich właśni lub obcy i jak jedna władza po drugiej następowała, a nawet wiedzą, ile tysięcy lat upłynęło od chwili, gdy Bóg stworzył niebo i ziemię, wszystko to i wiele więcej wiedzą z ksiąg. Ale wy, ich pozbawieni, co pamiętacie z waszych starożytności? Kto był pierwszym z naszych Inków? Jak się nazywał? Skąd wywodził swój ród? Jak zaczął panować? Z jakimi ludźmi, jaką bronią podbił to wielkie imperium? Skąd wzięły początek nasze dzieła?

Inka, ucieszony usłyszanymi pytaniami, bo sprawiało mu przyjemność na nie odpowiadać, zwrócił się do mnie, który chociaż już wiele go razy słyszałem był, przecież nigdy z taką jak wtedy uwagą, i rzekł:

Siostrzeńcze! Bardzo chętnie ci opowiem, przystoi, abyś usłyszał i w sercu zachował [Takiego zwrotu używają zamiast: w pamięci]. Masz wiedzieć, że w dawnych wiekach cała ta część świata, którą widzisz, była wielką puszczą i nieużytkami, a ówczesne ludy żyły jak zwierzęta, tępe bydlęta bez religii i ogłady, bez wsi i bez domów; nie uprawiały ani nie obsiewały ziemi, nie ubierały się i nie okrywały ciała, nie umiały bowiem przerobić bawełny ani wełny na odzież. Żyli dwójkami i trójkami, tak jak się przypadkiem zebrali w pieczarach, szczelinach skalnych i wykrotach, jadali jak bydlęta ziele polne, korzenie drzew i dzikie owoce, które drzewa same dawały, oraz mięso ludzkie. Okrywali ciało liśćmi, łykiem drzewnym, zwierzęcymi skórami, a inni chodzili nago. Krótko mówiąc, żyli jak jelenie i dzikie zwierzęta, nawet wobec kobiet zachowywali się jak bydlęta, bo nie umieli rozpoznać, która własna.

Należy uprzedzić, żeby nie drażniło ciągłe powtarzanie tych słów: ojciec nasz, Słońce; to dlatego, że taki był inkaski sposób mówienia i okazywania szacunku i posłuszeństwa zawsze, gdy wspominali Słońce, ponieważ szczycili się pochodzeniem od niego; temu zaś, kto Inką nie był, nie pozwalali ich wymówić, bo by bluźnił, więc by go ukamieniowali. Inka rzekł:

Ojciec nasz, Słońce, wejrzawszy, że ludzie są tacy, jakem ci opowiedział, zmiłował się i pożałował ich, i zesłał z nieba na ziemię jednego ze swoich synów i jedną ze swoich córek, aby ich nauczali wiedzy o naszym ojcu, Słońcu, by je czcili i mieli za boga, oraz po to, aby nadali im prawa i ustawy, by żyli jak ludzie rozumni i cywilizowani i mieszkali w ludnych domach i wsiach, aby umieli obrabiać ziemię, uprawiać rośliny i zboża, hodować bydło34 i korzystać z niego i z owoców ziemi jak ludzie rozumni, a nie jak bydlęta. Z takim poleceniem i rozkazem ojciec nasz, Słońce, postawił tę parę swoich dzieci na jeziorze Titi-cace, położonym o 80 legw stąd, i kazał im iść, którędy chcą, ale gdziekolwiek się zatrzymają, by spać lub jeść, niech się tam starają zagłębić w ziemi złoty pręt długości pół vary, i na dwa palce gruby, który im dał na znak i w dowód, że tam, gdzie się pręt zagłębi w ziemię od jednego uderzenia, jakie zadadzą, ojciec nasz, Słońce, życzy sobie, aby się zatrzymali i uczynili sobie siedzibę i dwór. Na koniec rzekł im:

"Gdy nakłonicie te ludy nam do służby, będziecie je utrzymywać w rozumnym i sprawiedliwym stanie miłosierdziem, łagodnością i dobrodusznością, we wszystkim będziecie się zachowywać jak litościwy ojciec wobec małych i kochanych dzieci na mój wzór i podobieństwo, ja bowiem całemu światu dobro czynię, dając mu moje światło i jasność, aby widzieli i obrządzali swoje gospodarstwa, i ogrzewam ich, gdy im zimno; sprawiam, że rosną ich pastwiska i uprawy, owocują drzewa i mnożą się stada; zsyłam deszcz i suszę o właściwej porze i baczę, abym codziennie okrążył świat i ujrzał, jakie potrzeby pojawiły się na ziemi, ażebym się nimi zajął i wspomógł, jako ludów żywiciel i dobrodziej; chcę, abyście wy naśladowali ten przykład jako moje dzieci zesłane na ziemię wyłącznie dla dobra tych ludzi i ich nauczania, bo żyją jak bydlęta. Odtąd więc czynię was i mianuję Królami i panami wszystkich ludów, byście je nauczali własnym zdrowym rozsądkiem, czynami i rządem".

Wyjawiwszy swą wolę obojgu swoim dzieciom, ojciec nasz, Słońce odprawił je od siebie. One zaś wyszły z Titi-caki i poszły na północ, a przez całą drogę, gdziekolwiek się zatrzymały, próbowały zagłębić pręt, lecz nigdy skutecznie. Tak doszli do pewnego schroniska, małego miejsca zdatnego do spania, położonego o 7 czy 8 legw na południe od tego miasta, które dziś nazywają Pacarec-Tampu, co znaczy gospoda, schronienie, co świta. Nadał to imię sam Inka, bo wyszedł z owego noclegu o świcie. Jest to jedna z wsi, które ów Książę później kazał zasiedlić, a jej mieszkańcy dziś pysznią się wielce tym imieniem, ponieważ nadał je nasz Inka. Stamtąd on i jego żona, nasza królowa, dotarli tu, do doliny Cozco, która cała była dzikimi zaroślami.

Rozdział XVIZałożenie stołecznego miasta Cozco

Pierwszy przystanek, który sobie w tej dolinie uczynili [rzekł Inka], był na szczycie zwanym Huana-cauri, na południe od miasta. Tam nasz Inka spróbował zagłębić w ziemię złoty pręt, który z wielką łatwością, od pierwszego zadanego uderzenia cały się schował i więcej go nie ujrzeli. Wówczas rzekł swej siostrze żonie:

"Ojciec nasz Słońce rozkazuje nam zatrzymać się w tej dolinie i uczynić sobie siedzibę i mieszkanie, aby wypełniła się jego wola. Dlatego, Królowo i siostro, trzeba, abyśmy, każdy z osobna, zwoływali i przyciągali lud, by go nauczać i czynić dobro zgodnie z rozkazem ojca naszego, Słońca".

Ze szczytu Huana-cauri wyszli nasi pierwsi Królowie, każdy z osobna, zwoływać ludy, a ponieważ owo miejsce jest pierwszym, o którym wiemy, że dotknęli go własnymi stopami, i stamtąd wyszli, aby czynić dobro ludziom, urządziliśmy tam - jak to powszechnie wiadomo - świątynię, aby czcić ojca naszego Słońce, dla upamiętniania łaski i dobrodziejstwa, jakie światu wyświadczył.

Książę poszedł na północ, a księżniczka na południe, przemawiali do wszystkich mężczyzn i kobiet napotkanych wśród zarośli i opowiadali, jak to ojciec ich, Słońce zesłał ich z nieba, aby byli nauczycielami i dobrodziejami całej owej ziemi, odwodzącymi ich od zwierzęcego żywota, jaki dotąd pędzili, i pokazującymi, jak żyć po ludzku; że zatem wypełniając rozkazy swego ojca, Słońca, będą ich zwoływać i wyprowadzać z owych pustkowi i nieużytków i nakłaniać do mieszkania w porządnych wsiach, i dawać im do jedzenia przysmaki ludzkie, nie bydlęce.

O tych i tym podobnych rzeczach nasi Królowie opowiadali pierwszym dzikusom, których napotkali wśród owych gór i pustkowi; owi, ujrzawszy te dwie osoby ubrane i przystrojone ozdobami otrzymanymi od naszego ojca, Słońca, w stroju całkiem różnym od tego, który sami nosili, z przedziurawionymi uszyma i z otworem tak wielkim, jak my, ich potomkowie, zwykliśmy nosić, ujrzawszy też, że słowami i obliczem dowodzili, iż są dziećmi Słońca oraz że przybyli do ludzi, aby im dać wsie, w których by żyli, i żywność, by jedli, z jednej strony zadziwieni tym, co widzieli, z drugiej upodobawszy sobie poczynione obietnice, uwierzyli im we wszystko, co mówili, i czcili ich i poważali jako synów Słońca, a słuchali ich jak Królów; sami dzicy zwoływali się wzajemnie - jeden drugiemu opowiadał cuda, które widział i o jakich słyszał - aż zgromadzili się w wielkiej liczbie mężczyźni i kobiety i wyszli z naszymi Królami, aby pójść za nimi, dokądkolwiek raczą ich zaprowadzić.

Nasi książęta, widząc, jak wielu ludzi do nich przystąpiło, rozkazali, aby jedni zajęli się zaopatrywaniem wszystkich w swoje wiejskie jadło, aby ich ponownie głód nie rozpędził po pustkowiach; Inka zarządził, aby inni pracowali nad budową chat i domów podług planu budowy, który sam im dał.

Tym sposobem zaczęło się zaludniać to miasto nasze, stolica, podzielone na dwie połowy nazwane Hanan-Cozco, co - jak wiesz - znaczy Górne Cozco, i Hurin-Cozco, to jest Dolne Cozco. Król życzył sobie, aby ci, których przyprowadził, zasiedlili Hanan-Cozco, i dlatego nazwano je Górnym, a ci, których zwołała Królowa, aby zaludnili Hurin-Cozco, i dlatego nazwano je Dolnym. Taki podział miasta nie po to był, żeby ci z jednej połowy mieli przewagę nad tymi z drugiej w przywilejach i godnościach, tylko po to, aby wszyscy byli równi jak bracia, dzieci jednego ojca i jednej matki. Inka chciał jedynie, by istniała różnica nazw Górnego i Dolnego na wieczną pamiątkę, iż jednych zwołał Król, a drugich Królowa, i rozkazał, aby była między nimi jedna tylko różnica, znak wyższości: by ci z Górnego Cozco byli szanowani i uważani za pierworodnych starszych braci, a ci z Dolnego by byli jak młodsi bracia, krótko mówiąc: aby byli jak prawica i lewica w każdym pierwszeństwie godności i urzędu, ponieważ ci z Górnego zostali sprowadzeni przez mężczyznę, a ci z Dolnego przez kobietę. Na wzór tego podziału, taki sam był we wszystkich małych i dużych miejscowościach naszego imperium, gdyż podzielili je na dzielnice czy rody, mówiąc hanan-ayllu i hurin-ayllu, to jest ród górny i dolny, i hanan-suyu i hurin-suyu, co znaczy okręg górny i okręg dolny.

Podczas zasiedlania miasta nasz Inka równocześnie uczył mężczyzn indiańskich umiejętności właściwych mężczyznom, a mianowicie orki, uprawy ziemi, siewu zbóż, nasion i warzyw, ponieważ im pokazał, że są jadalne i pożyteczne; w tym celu nauczył ich sporządzania pługów i innych niezbędnych narzędzi, nadał im porządek i sposób wyprowadzania kanałów nawadniających ze strumieni biegnących doliną Cozco, a nawet nauczył ich wyrabiania obuwia, jakie nosimy. Ze swej strony Królowa zatrudniała Indianki zajęciami właściwymi kobietom, przędzeniem, tkaniem bawełny i wełny, sporządzaniem ubrań dla siebie, mężów i dzieci; mówiła im, jak mają pełnić wszystkie inne domowe obowiązki. W sumie nasi książęta nie pominęli żadnej sprawy dotyczącej życia ludzkiego w naukach udzielanych swym pierwszym poddanym; Inka stał się Królem, nauczycielem mężczyzn, a quya Królową, nauczycielką kobiet.

Rozdział XVIICo sobie podporządkował pierwszy Inca-Manco-Capac

Ci sami Indianie, ledwie tak władzy podporządkowani, widząc swój nowy stan i uznając wyświadczone dobrodziejstwa, z wielkim zadowoleniem i radością zapuszczali się w góry, puszcze i pustkowia w poszukiwaniu Indian i dostarczali im wiadomości o owych synach Słońca i mówili im, że pojawili się na ziemi dla dobra wszystkich, opowiadali o wielkich dobrodziejstwach, jakie im wyświadczyli - aby im uwierzyli, pokazywali nowe szaty, które wdziewali, i nowe rodzaje jadła, które jedli - i że mieszkali w domach i wsiach. Dzikusi, usłyszawszy o tych rzeczach, tłumnie spieszyli ujrzeć cuda opowiadane i rozgłaszane o naszych prarodzicach, Królach i panach; a naocznie się o nich upewniwszy, zostawali posłusznie im służyć. Tym sposobem, zwołując jedni drugich i wzajemnie sobie przekazując wieści, zebrało się dużo ludzi, tyle, że po upływie pierwszych 6 czy 7 lat Inka miał wojowników zbrojnych i wyćwiczonych do obrony przed każdym, kto by go chciał znieważyć, a nawet po to, by siłą sprowadzić tych, co nie chcieli przyjść z dobrawoli. Nauczył ich sporządzać broń zaczepną, jako to łuki, strzały, dzidy, pałki i inną dziś używaną.

Powiadam ci, żeby streścić czyny naszego Inki, że na wschodzie narzucił swą wolę po rzekę zwaną Paucar-tampu, na zachodzie podbił 8 legw aż do wielkiej rzeki nazywanej Apu-rimac, na południu opanował 9 legw aż po Quequesanę. Wewnątrz tego okręgu nasz Inka kazał zasiedlić ponad 100 wsi, największe o 100 domach, inne mniejsze, zależnie od miejscowych możliwości. Takie były początki naszego miasta, nim stało się tak uporządkowane i zasiedlone, jakim je widzisz. Te same były też początkami naszego imperium, wielkiego, bogatego i sławnego, które nam odebrali twój ojciec i jego towarzysze. Tacy byli nasi pierwsi Inkowie i Królowie, od których pochodzą pozostali Królowie, jakich mieliśmy, i od nich właśnie pochodzimy my wszyscy.

Nie umiem ci powiedzieć dokładnie, ile lat temu ojciec nasz Słońce zesłał owe pierwsze dzieci swoje; tyle ich było, że pamięć nie zdołała ich zachować; sądzimy, że było to ponad 400 lat temu. Nasz Inka nazywał się Manco-Capac, a nasza quya - Mama-Ocllo-Huaco; byli - jak ci mówiłem - rodzeństwem, dziećmi Słońca i Księżyca, rodziców naszych.

Uważam, że obszernie opowiedziałem ci o tym, o co mnie prosiłeś, i odpowiedziałem na twoje pytania; nie lałem krwawych łez z oczu podczas recytacji tej historii, by cię do płaczu nie zmuszać, rozlewam je w sercu z bólu, który czuję, widząc, że skończyli się nasi Inkowie, a Imperium nasze przepadło.

Opowiedział mi tę długą opowieść o pochodzeniu swoich Królów ów Inka, stryj mojej matki, którego o nią poprosiłem. Starałem się wiernie ją przełożyć z mojej mowy ojczystej, to jest z języka Inki, na obcą, to znaczy na kastylijski, choć nie napisałem jej równie wspaniałymi słowami jak te, którymi Inka mówił; nie oddałem też pełni znaczeń zawartych w słowach owego języka, ponieważ są tak znaczące, że opowieść ciągnęłaby się o wiele dłużej niż się ciągnie; raczej ją skróciłem, opuszczając pewne rzeczy, które by ją mogły zohydzić, wystarczy jednak, że zachowałem ich prawdziwe znaczenie, co się naszym Dziejom należy. Tenże Inka opowiadał mi o innych, tym podobnych sprawach podczas wizyt i rozmów, które miały miejsce w domu mojej matki; dalej je przedstawię w należytych miejscach, przytaczając autora; żal mi, żem go nie zapytał o wiele innych; dziś o nich miałbym wiadomości z tak dobrego archiwum pochodzące i tu bym je spisał.

Rozdział XVIIIO legendarnych dziejach początku Inków

Pospolity lud peruwiański inną legendę opowiada o pochodzeniu swych Królów, Inków, a są to Indianie siedzący na południe od Cozco, zwani Colla-suyu, i na zachód, zwani Cunti-suyu.

Mówią, że po potopie, o którym nic ponad to, że był, powiedzieć nie umieją, i nie wiadomo, czy to potop powszechny czasów Noego, czy jakiś inny, osobny, dlatego pominiemy to, co mówią o nim i o podobnych sprawach, gdyż ze sposobu, w jaki o nich opowiadają, raczej zdają się snami lub źle ułożonymi bajkami niż wydarzeniami historycznymi.

Mówią więc, że po ustąpieniu wód pojawił się pewien człowiek w Tiahuanacu35, które leży na południe od Cozco, i taki był potężny, że podzielił świat na cztery części i nadał je czterem ludziom, których nazwał Królami: pierwszy zwał się Manco-Capac, drugi - Colla, trzeci - Tôcay, a czwarty - Pinahua. Opowiadają, że Manco-Capacowi dał część północną, a Colli - południową (od jego to imienia nazywała się Colla owa wielka prowincja), trzeciemu imieniem Tócay dał część wschodnią, a czwartemu zwanemu Pinahuą - zachodnią, i rozkazał im, aby każdy poszedł do swojej dzielnicy, podbił lud, jaki tam znajdzie, i władał nim; nawet nie umieją powiedzieć, czy potop ich był wytopił, czy też Indianie zmartwychwstali, by zostać podbitymi i nauczanymi, takie więc jest wszystko, co o owych czasach opowiadają. Mówią, że z tego podziału świata zrodził się później ten, którego używali Inkowie w swoim Królestwie zwanym Tawantin-suyu. Twierdzą, że Manco-Capac poszedł na północ, przybył do doliny Cozco, założył owo miasto, podporządkował sobie okolicznych mieszkańców i nauczał ich, a po takich początkach opowiadają o Manco-Capacu prawie to samo, cośmy o nim opowiedzieli, i że Królowie Inkowie od niego pochodzą, nie umieją zaś powiedzieć, co się stało z pozostałymi trzema Królami; taką to formę mają wszystkie historie o owej starożytności; nie mamy się czym zdumiewać, że lud liter nie znający, którymi by zachował pamięć swych dawnych dziejów, rozprawia o owych początkach w sposób tak zawikłany; przecież poganie Starego Świata, choć mieli pismo i tak wielkimi byli badaczami, wymyślili bajędy śmiechu warte tak samo albo i bardziej; jedną z nich jest opowieść o Pyrrze i Deukalionie, i inne, które moglibyśmy przytoczyć; można też porównać opowieści jednych pogan z opowieściami drugich, bo w wielu fragmentach jedne przypominają drugie i tak samo zawierają coś podobnego do dziejów Noego, jak raczyli stwierdzić pewni Hiszpanie, czemu się później przypatrzymy. Co ja sam czuję w związku z pochodzeniem Inków, opowiem na ostatku.

Indianie mieszkający na wschód i północ od Cozco przypisują Inkom innego rodzaju początki, choć podobne do poprzednich. Mówią, że na początku świata z otworów skał znajdujących się w pobliżu miasta, w miejscu zwanym Paucar-tampu, wyszli czterej mężczyźni i cztery kobiety, samo rodzeństwo, i wyszli środkowym otworem - bo są trzy - tym, który nazywano otworem Królewskim. Z powodu tej legendy wyłożyli ów otwór ze wszystkich stron wielkimi płytami ze złota i drogich kamieni; boczne otwory przybrali złotem, ale bez kamieni. Pierwszego z braci nazywają Manco-Capac, a jego żonę Mama-Ocllo; twierdzą, że to on założył miasto i nazwał je Cozco, co we własnym języku Inków znaczy pępek, oraz że to on podporządkował sobie owe narody i nauczył je, jak być ludźmi; od niego pochodzą wszyscy Inkowie. Drugiego brata nazywają Ayar-Cachi, trzeciego - Ayar-Vchu, a czwartego - Ayar-Sauca.

Słowo ayar nie ma znaczenia w powszechnym języku peruwiańskim, pewnie je ma we własnej mowie Inków; pozostałe wyrazy pochodzą z języka powszechnego. Kachi znaczy sól, którą jemy, uchu to przyprawa, której dodają do potraw, przez Hiszpanów przezywana pieprzem, Indianie peruwiańscy innych przypraw nie znali. Następne słowo, sawka, znaczy radość, zadowolenie i uciechę. Indianie, przyciskani pytaniem, czym stali się owi trzej bracia i siostry ich pierwszych Królów, opowiadają tysiące bredni, a nie znalazłszy lepszego wyjścia, zamieniają legendę w przenośnię, twierdząc, że przez sól, która jest jednym z imion, rozumieją naukę głoszoną przez Inkę o życiu zgodnym z naturą, a przez pieprz - przyjemność, jaką im sprawiła, przez słowo radość rozumieją zadowolenie i uciechę, w jakich potem żyli, ale nawet to mówią nie wprost, bez ładu i składu, tak że raczej z domniemań wynika, co powiedzieć chcieli, niż z ich wypowiedzi i porządku słów. Upierają się jednak, że Manco-Capac był pierwszym Królem, od którego pochodzą pozostali Królowie.

A zatem wszystkie trzy wersje mianują Manco-Capaca początkiem i założycielem Inków, a pozostałych trzech braci nie wspominają; raczej pozbywają się ich, stosując przenośnie, i zostawiają sobie samego Manco-Capaca; wydaje się, że tak było, żaden bowiem późniejszy Król ani żaden człowiek Królewskiego rodu nie nosił owych imion, nie było też narodu, który by się szczycił pochodzeniem od nich.

Pewni badacze hiszpańscy, wysłuchawszy tych opowieści, sądzą, że owi Indianie słyszeli o dziejach Noego, jego trzech synów, żony i synowych, razem czterech mężczyzn i czterech kobiet, których Bóg ustrzegł od potopu, i że to o nich opowiadają w legendzie, a zamiast o oknie w arce Noego Indianie mówią o otworze w Paucar-tampu, o mężu zaś potężnym, który podług pierwszej z legend pojawił się w Tiahuanacu i podzielił świat między owych czterech ludzi, badacze chcą wierzyć, że to Bóg, który rozkazał Noemu i jego trzem synom zasiedlić świat. Inne części obu legend chcą skojarzyć z fragmentami Historii Świętej, bo im się zdaje, że podobne. Ja się w sprawy tak głębokie nie mieszam, po prostu opowiadam legendy historyczne, które w dzieciństwie słyszałem od swoich, a niech je każdy traktuje, jak chce, i takie im nada znaczenie, jakie mu lepiej pasuje.

Na podobieństwo przytoczonych legend o Inkach pozostałe narody peruwiańskie wymyślają ich mnóstwo o pochodzeniu i początkach swoich prarodziców, a każdy inaczej, jak to zobaczymy w tym wykładzie Dziejów: Indianin nie ma się za godnego, jeśli nie pochodzi od źródła, rzeki, jeziora albo nawet morza, albo od dzikich zwierząt, na przykład od niedźwiedzia, lwa, tygrysa czy od orła lub od ptaka zwanego kunturem, czy też od innych ptaków drapieżnych, albo od pasm górskich, szczytów, skał lub grot, każdy - jak mu się zachce - dla większej swej chwały i czci; a co do legend, to niech wystarczy to, co opowiedziałem.

Rozdział XIXAutora oświadczenie o historii

Skorośmy położyli naszego budynku kamień węgielny, choć bajeczny, a mianowicie początek Inków, Królów peruwiańskich, rozumne będzie zająć się dalej podbojem i podporządkowaniem Indian, poszerzając trochę zwięzłą opowieść owego Inki relacjami wielu innych Inków oraz Indian, tubylców wsi, które ten pierwszy Inca-Manco-Capac kazał zasiedlić i poddał swej władzy. Z nimi wychowywałem się i zadawałem aż do dwudziestego roku życia. W tym czasie dowiedziałem się wszystkiego, co opisujemy, bo w dzieciństwie opowiadali mi swoje dzieje tak, jak się dzieciom bajki opowiada. Później, gdym podrósł, udzielili mi obszernych wiadomości o swoich prawach i rządzie, porównując nowy rząd hiszpański z inkaskim, rozróżniając drobiazgowo przestępstwa i kary oraz ich surowość; opowiadali mi, jak ich Królowie postępowali podczas pokoju i wojny, jak traktowali poddanych i jak im poddani służyli. Oprócz tego zwierzali mi się jak własnemu dziecku z całego swego bałwochwalstwa, mówili o świętach głównych i podrzędnych i jak je obchodzą, opowiadali o swych występkach i zabobonach, o dobrych i złych wróżbach, zarówno o wypatrywanych podczas ofiar, jak i poza ofiarami. W sumie powiadam, że udzielili mi informacji o wszystkim, co istniało w ich społeczeństwie; gdybym wtedy był to spisał, byłaby ta historia zasobniejszą.

Oprócz tego, co mi Indianie opowiedzieli, zdołałem własnymi oczyma obejrzeć większą część owego bałwochwalstwa, ich święta i zabobony, gdyż w moich czasach - zanim ukończyłem dwanaście czy trzynaście lat - jeszcze nie wygasły całkiem. Urodziłem się osiem lat po zdobyciu mej ojczyzny przez Hiszpanów i - jak wspomniałem - wychowywałem się w niej do dwudziestego roku życia, widziałem zatem wiele rzeczy, które czynili Indianie w swoim pogaństwie, opowiem o nich, zaznaczając, że je widziałem.

Prócz opowieści moich krewnych o wspomnianych sprawach i prócz tego, com sam widział, posiadłem wiele wiadomości o podbojach i czynach owych Królów, po tym bowiem, gdy zamierzyłem napisać te Dzieje, napisałem do współtowarzyszy nauki w szkole i w nauce łaciny z prośbą, aby każdy mnie wspomógł wiadomościami tak drobiazgowymi, jak zdobyć zdoła, o podboju przez Inków prowincji, z których pochodzą ich matki; każda prowincja ma swoje rachunki i węzły z własnymi dziejami, rocznikami i tradycją, dlatego lepiej zachowuje to, co się w niej samej zdarzyło, niż to, co gdzie indziej miało miejsce. Współuczniowie poważnie potraktowali moją prośbę; każdy z nich powiadomił o moim zamiarze swoją matkę i krewnych, którzy wiedząc, że Indianin, syn ich ziemi, chce opisać jej dzieje, wyjęli ze swych archiwów posiadane relacje o dziejach i mi je wysłali; tak dowiedziałem się o czynach i podbojach każdego Inki, które to wiadomości są te same, co historyków hiszpańskich, choć obszerniejsze, jakeśmy to zaznaczyli w wielu miejscach.

Ponieważ zaś wszystkie czyny owego pierwszego Inki są początkiem i podstawą dziejów, które mamy spisać, warto o nich opowiedzieć tutaj, przynajmniej o ważniejszych, aby tego później nie powtarzać wśród żywotów i czynów każdego z Inków, jego potomków; wszyscy oni bowiem, tak samo Królowie i ci, którzy nimi nie byli, cenili sobie naśladowanie we wszystkim i na wszelkie sposoby stanu, dzieł i obyczajów tego pierwszego władcy, Manco-Capaca; opowiedziawszy o jego sprawach, opowiemy zarazem o sprawach ich wszystkich.

Zaczniemy opowiadając uważnie o czynach dla historii najważniejszych i opuszczając wiele innych, że niestosowne i rozwlekłe; chociaż pewne z rzeczy opowiedzianych i tych, które zostaną opowiedziane, mogą się wydać baśniami, uznałem, że ich nie opuszczę i spiszę, aby nie pominąć podstaw, na których wspierają się Indianie, gdy opowiadają o swoim imperium rzeczy większe i lepsze; ostatecznie z tych bajecznych początków wywodzą się wspaniałości, które dziś w rzeczywistości i na prawdę posiada Hiszpania; dlatego niech mi będzie wolno powiedzieć co trzeba, aby udzielić najlepszych wiadomości, jakich tylko można dostarczyć o początkach, środkach i celach owej monarchii; ja zaś oświadczam, że po prostu opowiadam wiadomości z mlekiem matki wyssane i takie, które zdobyłem tu, poprosiwszy moich bliskich, i obiecuję, że moje uczucia wobec nich nie sprawią, abym przestał mówić prawdę o faktach, ujmując co złe, i dodając, co w nich było dobre. Wiem przecież dobrze, że pogaństwo jest morzem błędów i nie będę opisywał niesłychanych nowinek, tylko te same rzeczy, które historycy hiszpańscy napisali o owej ziemi i jej królach; przytoczę, gdzie trzeba, ich własne słowa, aby było wiadomo, że nie łudzę zmyśleniami na rzecz własnych krewnych, tylko opowiadam to samo, co opowiedzieli Hiszpanie; służyć będę wyłącznie komentarzem, aby wyjaśnić wiele rzeczy, o których oni zaczęli opowiadać, ale je zostawili niedokończone, bo im zabrakło pełnych informacji. Wiele innych rzeczy dodam, których brak w ich opowieściach, a rzeczywiście zaszły, niektóre zaś pominę, że zbędne z uwagi na fałszywe informacje, które Hiszpan uzyskał, nie umiejąc o nie zapytać z rozróżnieniem wieków i epok, prowincji i narodów, dlatego że nie zrozumiał Indianina, który ich udzielał, albo też dlatego, że się wzajemnie nie rozumieli z powodu trudności z językiem, bo Hiszpan myślący, że dobrze nim włada, nie ma pojęcia o dziewięciu dziesiątych, a to dlatego, że każde słowo ma wiele różnych znaczeń i ten sam wyraz rozmaicie się wymawia zależnie od odmienności znaczenia, jak to się dalej okaże z pewnymi słowami, które koniecznie trzeba będzie przytoczyć.

Ponadto we wszystkim, co powiem o tym społeczeństwie pierwej zniszczonym niż poznanym, opowiem wprost o niegdyś istniejącym bałwochwalstwie, rytuałach, ofiarach i ceremoniach, o rządzie, prawach, o obyczajach podczas pokoju i wojny, nie porównując żadnej z tych rzeczy z podobnymi, które się znajdują w dziejach Bożych i ludzkich, ani z rządem w naszych czasach, bo nienawistne jest wszelkie porównywanie. Czytelnik porównywać może wedle woli i znajdzie wiele podobieństw do rzeczy starożytnych, zarówno z Pisma Świętego, jak i z pism świeckich oraz do legend starożytnych pogan; ujrzy wiele praw i obyczajów wyglądających jak prawa i obyczaje naszego wieku; usłyszy o wielu innych we wszystkim odmiennych. Ze swej strony uczyniłem, co mogłem, nie mogąc tego, czego pragnę. Proszę wnikliwego czytelnika, aby przyjął mój zamiar, którym jest dostarczyć mu przyjemności i zadowolenia, choć siły i zdolności Indianina urodzonego wśród Indian i wychowanego wśród oręża i koni na tyle nie starczą.

Rozdział XXWsie, które kazał zasiedlić pierwszy Inka

Wracając do Inca-Manco-Capaca, powiadamy, że po założeniu miasta Cozco, złożonego z dwu dzielnic, o których uprzednio była mowa, rozkazał założyć wiele innych wsi; i było zatem tak, że na wschód od miasta ludźmi, których z owej strony zgromadził, na przestrzeni aż po rzekę Paucar-tampu, kazał zasiedlić 13 wsi po obu stronach drogi Królewskiej36 do Anti-suyu; by uniknąć rozwlekłości, nie będziemy ich wyliczać; prawie wszystkie czy też wszystkie należą do ludu zwanego Poques-janami. Na zachód od miasta, na obszarze 8 legw wzdłuż, a 9 czy 10 wszerz kazał zasiedlić 30 wsi rozsypanych po obu stronach Królewskiej drogi do Cunti-suyu. Były to wsie trzech narodów o odmiennych nazwaniach, a mianowicie: Masca-janie, Chillqui-janie, Papri-janie. Na północ od miasta osiedlili w 20 wsiach cztery ludy zwane: Mayu-janami, Çancu-janami, Chincha-pucyu-janami, Rimac-tampu-janami. Większość tych wsi leży w pięknej dolinie Sacsa-huanie, gdzie miała miejsce bitwa z Gonçalem Piçarrem i jego uwięzienie. Najodleglejsza z tych wsi znajduje się o 7 legw od miasta, a pozostałe rozrzucone są po obu stronach Królewskiej drogi do Chincha-suyu.

Na południe od miasta zasiedlili 38 czy 40 wsi; 18 - narodu Ayar-maca-jan, rozsypanych po obu stronach Królewskiej drogi do Colla-suyu na przestrzeni trzech legw, zaczynając od miejsca, w którym znajdują się Saliny, położone o niecałą legwę od miasta, gdzie stoczyli pożałowania godną bitwę don Diego de Almagro starszy i Hernando Piçarro. Pozostałe wsie zasiedla pięć czy sześć ludów o rozmaitych nazwaniach: Quispi-cancha-janie, Muyna-janie, Urcos-janie, Quehuar-janie, Huaruc-janie, Caui?a-janie.

Ów naród Caui?a-jan szczycił się fałszywą wiarą, że jego praojcowie wyszli z pewnego jeziora, do którego - jak mówili - wracały dusze zmarłych i wychodziły z niego ponownie, by wejść w ciała nowo narodzonych; mieli bałwana okropnej postaci, któremu składali ofiary wielce barbarzyńskie. Inca-Manco-Capac pozbawił ich bałwana, zakazał ofiar i rozkazał, tak jak wszystkim poddanym, oddawać cześć Słońcu.

Wsie te - u owych początków ponad 100 - były małe, największe nie liczyły więcej niż 100 domów, a mniejsze miały ich od 25 do 30; później, dzięki łaskom i przywilejom, które im sam Manco-Capac ponadawał, jak o tym dalej, wzrosła liczba mieszkańców, aż w wielu z nich mieszkało 1000 sąsiadów, a w mniejszych 300 lub 400. Potem, o wiele później, właśnie z powodu tych przywilejów i łask, które im był okazał pierwszy Inka i jego potomkowie, Ata-huallpa, wielki tyran, zniszczył je, jedne bardziej, inne mniej, a wiele całkiem spustoszył.

Teraz w naszych czasach, od ponad mniej więcej 20 lat, owe wsie, które Inca-Manco-Capac kazał zasiedlić, i prawie wszystkie inne, jakie w Peru istniały, nie leżą już na swoich dawnych miejscach, tylko w różnych całkiem innych, ponieważ pewien wicekról - jak o tym opowiemy we właściwym momencie - kazał je wysiedlić do dużych osiedli, łącząc pięć czy sześć w jednym, a siedem czy osiem w drugim, mniej lub bardziej zależnie od tego, na jakie natrafili wioseczki, które przesiedlali, z tego wynikło wiele niedogodności, które pominę, bo okropne37.

Rozdział XXINauki przez Inkę poddanym udzielane

Inca-Manco-Capac, kolejno wsie poddanymi zasiedlając, uczył ich równocześnie jak uprawiać ziemię, budować domy, wyprowadzać kanały nawadniające i robić wszystkie inne rzeczy niezbędne do życia po ludzku; udzielał im wskazówek co do uprzejmości, towarzystwa i braterstwa, jakiego mieli sobie dochowywać zgodnie z tym, co rozum i prawo natury im dyktowało, perswadując bardzo skutecznie - jeśli ma wśród nich panować pokój i wieczysta zgoda - aby postępowali ze wszystkimi tak, jak by sami chcieli, by inni z nimi postępowali; nie wolno było jednego prawa chcieć dla siebie, a drugiego dla innych.

W szczególności przykazał, by się wzajemnie szanowali, szanując żony i córki, bo wobec kobiet obyczaje mieli bardziej barbarzyńskie niż we wszelkiej innej namiętności; ustanowił karę śmierci dla cudzołożników, mężobójców i złodziei. Zakazał im mieć więcej niż jedną żonę; aby uniknąć pomieszania rodów, kazał im się żenić po ukończeniu lat dwudziestu, pośród krewnych, aby mogli rządzić we własnym domu i pracować na własnym gospodarstwie.

Rozkazał zebrać bydło domowe, co bezpańskie chodziło po polach; w jego wełnę odział ich wszystkich dzięki pilnym naukom przędzenia i tkania, których Królowa Mama-Ocllo-Huaco udzielała Indiankom. Nauczył ich sporządzać do dziś noszone obuwie zwane usuta.

Każdemu ludowi czy narodowi spośród tych, które sobie podporządkował, wyznaczył kurakę, co znaczy to samo co kacyk w języku Kuby i Świętego Dominika, a mianowicie pana nad poddanymi; wybierał ich podług zasług, tych właśnie, co się więcej napracowali nad podporządkowaniem Indian i okazali się uleglejszymi, łagodniejszymi i pobożniejszymi, większymi miłośnikami wspólnego dobra; ich więc uczynił panami pozostałych, aby ich nauczali niczym ojciec synów; Indianom rozkazał, by ich słuchali jak synowie ojca.

Nakazał przechowywać razem owoce, zbierane w każdej wsi, aby każdemu dać, czego będzie potrzebował, aż do chwili nadzielenia ziemią każdego z osobna Indianina.

Wraz z tymi przepisami i zarządzeniami uczył ich czci Bożej w swoim bałwochwalstwie: wyznaczył miejsce na świątynię Słońca, aby mu tam składali ofiary, i przekonywał ich, by je uważali za naczelnego boga, aby je czcili i dzięki mu składali za dobra natury, jakimi ich obdarza to jest swoim światłem i ciepłem, widzieli przecież i to, że przysparzało im na polach, mnożyło im stada, i inne łaski, które co dzień otrzymywali. Szczególnie zaś mieli czcić i służyć Słońcu i Księżycowi za to, że zesłały im dwoje swoich dzieci, aby - odwodząc ich do bydlęcego żywota, jaki dotąd pędzili - nakłoniły ich do życia po ludzku, jak teraz żyją. Kazał im zbudować dom żon Słońca, aby w nim zamieszkały, gdy dość już będzie kobiet krwi Królewskiej. Wszystko to kazał im bacznie wypełniać jako ludowi wdzięcznemu za doznane dobrodziejstwa, którym zaprzeczyć nie mogli; w imieniu swego ojca Słońca obiecał im wiele innych dóbr, jeśli tak będą postępować; niechaj zatem ufają, że nie mówi tych rzeczy sam z siebie, tylko Słońce mu je objawia i rozkazuje, by w jego imieniu opowiadał o nich Indianom; ono, jako ojciec, jest mu przewodnikiem i kieruje nim we wszystkim, co czyni i mówi.

Indianie w prostocie okazywanej wówczas i zawsze aż po nasze czasy uwierzyli we wszystko, co im Inka mówił, a szczególnie w to, co im powiedział, iż jest synem Słońca; także bowiem wśród nich są narody pyszniące się podobnie baśniowym pochodzeniem, o czym dalej opowiemy, choć tak dobrze jak Inka nie umiały wybrać, skoro wywodziły się od zwierząt i rzeczy podłych i przyziemnych. Indianie, porównując wtedy i później swój rodowód z inkaskim i widząc, że dobrodziejstwa, które im czynił, to potwierdzają, uwierzyli bardzo mocno, że jest synem Słońca i obiecali mu zachować i wypełnić, co im rozkazuje; a w końcu oddali mu cześć jako synowi Słońca, wyznając, iż żaden zwykły człowiek tego co on nie zdołałby z nimi dokonać i dlatego wierzą, że jest człowiekiem boskim z nieba przybyłym.

Rozdział XXIIZnaki łaski przez Inkę swoim nadane

Inca-Manco-Capac przez wiele lat poddanym na pożytek zajmował się sprawami opisanymi i tym podobnymi, a doświadczywszy wierności, miłości i szacunku, z jakimi poddani mu służyli, i czci, jaką go otaczali, aby ich silniej zobowiązać, raczył ich uszlachcić imionami i znakami spośród tych, które sam Inka na głowie nosił; a było to po tym, gdy ich przekonał, że jest synem Słońca, by je wszystkie jeszcze wyżej sobie cenili.

W tym celu wiedzieć trzeba, że Inca-Manco-Capac, a później jego potomkowie za jego przykładem chodzili ostrzyżeni i włosy nosili długie na palec; strzygli się kamiennymi brzytwami, osmyczali włos ku dołowi i zostawiali go wspomnianej długości. Używali kamiennych brzytew, bo nie wynaleźli nożyc; strzygli się w wielkim trudzie, jak to sobie każdy może wyobrazić; dlatego później ujrzawszy, jak łatwo i miło ciąć nożycami, rzekł pewien Inka naszemu towarzyszowi nauki czytania i pisania:

Najjaśniejszej królewnie, do?i Catalinie Portugalskiej, księżnie de Bragança &c.

Powszechny obyczaj pisarzów dawnych i współczesnych (którzy zawsze starają się dedykować dzieła swoje, pierwociny swych zdolności, szczodrym władcom, potężnym Królom i Książętom, aby pod ich osłoną i opieką żyli darzeni większymi względami mężów cnotliwych i od oszczerstw potwarców swobodniejsi) natchnął mię śmiałością, Najjaśniejsza Pani, abym za ich przykładem ja też się ośmielił poświęcić Waszej Wysokości te Uwagi, ponieważ jest Wasza Wysokość tym, czym jest, i ze względu na to, czym jest dla wszystkich, którzy się pod opiekę Waszej Wysokości chronią.

Czym sama w sobie jest Wasza Wysokość to, że oczywiste, wszyscy wiedzą nie tylko w Europie, lecz nawet w najodleglejszych krajach Wschodu, Zachodu, Południa i Północy, gdzie sławni Książęta, przodkowie Waszej Wysokości, zatknęli znak swój dla naszego dobra, a własnej chwały, jak to powszechnie wiadomo.

Szczodrość Waszej Wysokości jak wielka jest, wszystkim wiadomo, skoro Wasza Wysokość jest córką rodu znakomitych Królów i Książąt Portugalskich, i choć Wasza Wysokość wcale się tym przejmować nie raczy, przecież wysoko należy cenić to, że tak wspaniałe złoto pokrywa blask tak bohaterskich cnót.

Przecież ujrzawszy stan Łaski, którą Bóg, Pan Nasz, wzbogacił duszę Waszej Wysokości, pojmiemy, iż lepszy on od przyrodzonego (choćby nawet Wasza Wysokość jak najbardziej to skrywała); o Waszej Wysokości cnocie i świątobliwości wszyscy z podziwem rozprawiają, a ja bym także opowiedział bez śladu pochlebstwa krztynę z tego mnóstwa, co rzec należy, gdyby Waszej Wysokości pochwały nie były równie wstrętne, jak upragnione ich przemilczenie.

Czym jest i będzie Wasza Wysokość dla wszystkich w Swoim Królestwie i państwach ościennych, którzy pragną skorzystać z opieki Waszej Królewskiej Mości, tyle języków głosi, że nie masz liczby ani ich, ani tych, których Waszej Królewskiej Mości ręka raczyła obdarzyć; pod wpływem ich doświadczeń spodziewam się, że tym większej opieki Waszej Królewskiej Mości doznają te oto moje Księgi, którym więcej trzeba opieki i łaski, im mniej one i ja, sami z siebie, na nią zasługujemy.

Przyznaję, że śmiałość moja jest wielka, a zasługa całkiem mała, co najwyżej wola dobra, którą również ofiaruję, służyć gotową, jeśliby zasłużyła na służbę Waszej Królewskiej Mości, której Osobę i Dom oby Pan Nasz raczył strzec i zachować. Amen. Amen.

Inca Garcilasso de la Vega

TABLICA ROZDZIAŁÓW zawartych w dziewięciu księgachCzęści Pierwszej Uwag Prawdziwych o Inkach, Królach Peruwiańskich

ROZDZIAŁY PIERWSZEJ KSIĘGI są następujące:

Czy wiele jest światów. Rozważania o pięciu strefach. Rozdział 1

Czy istnieją antypody. Rozdział 2

Jak odkryto Nowy Świat. Rozdział 3

Wywód imienia Peru. Rozdział 4

Powagi potwierdzające nazwę Peru. Rozdział 5

Co pewien autor twierdzi o imieniu Peru. Rozdział 6

Inne wywody nowych nazw. Rozdział 7

Opis Peru. Rozdział 8

Bałwochwalstwo i bogowie, których czcili przed Inkami. Rozdział 9

O innych rozmaitych bogach, jakich mieli. Rozdział 10

Rodzaje składanych ofiar. Rozdział 11

Siedziby i rząd starożytnych oraz co jedli. Rozdział 12

Jak się w owej starożytności ubierali. Rozdział 13

Rodzaje małżeństw i rozmaitość języków. Trucizny używali i czarów. Rozdział 14

Pochodzenie Inków, Królów Peruwiańskich. Rozdział 15

Założenie stołecznego miasta Cozco. Rozdział 16

Co sobie podporządkował pierwszy Inca-Manco-Capac. Rozdział 17

O legendarnych dziejach początku Inków. Rozdział 18

Autora oświadczenie o historii. Rozdział 19

Wsie, które kazał zasiedlić pierwszy Inka. Rozdział 20

Nauki przez Inkę poddanym udzielane. Rozdział 21

Znaki łaski przez Inkę swoim nadane. Rozdział 22

Inne znaki przychylności i miano Inków. Rozdział 23

Imiona i przydomki przez Indian swemu Królowi nadane. Rozdział 24

Testament i śmierć Inca-Manco-Capaca. Rozdział 25

Imiona Królewskie i ich znaczenia. Rozdział 26

ROZDZIAŁY KSIĘGI DRUGIEJ:

Drugiego Wieku bałwochwalstwo i jego pochodzenie. Rozdział 1

Inkowie domyślili się prawdziwego Boga, Pana Naszego. Rozdział 2

Inkowie ? mieli w miejscu świętym. Rozdział 3

O wielu bogach niesłusznie Indianom przypisanych przez historyków hiszpańskich. Rozdział 4

O wielu innych rzeczach, które oznacza słowo waqa. Rozdział 5

Co mówi pewien autor o bogach, jakich mieli. Rozdział 6

Domyślili się nieśmiertelności duszy i powszechnego zmartwychwstania. Rozdział 7

Rzeczy składane Słońcu w ofierze. Rozdział 8

Przypisują pierwszemu Ince kapłanów, rytuały, ceremonie i prawa. Rozdział 9

Autor, co sam powiedział, potwierdza historykami hiszpańskimi. Rozdział 10

Imperium podzielili na cztery okręgi. Rejestrowali poddanych. Rozdział 11

Dwa zadania przełożonych. Rozdział 12

O pewnych prawach stosowanych w rządach przez Inków. Rozdział 13

Dziesiętnicy donosili o urodzinach i zgonach. Rozdział 14

Indianie przeczą, jakoby jakiś Inka krwi królewskiej popełnił przestępstwo. Rozdział 15

Żywot i czyny Sinchi-Roki, drugiego Króla Inków. Rozdział 16

Lloque-Yupanqui, trzeci Król, i znaczenie jego imienia. Rozdział 17

Dwa podboje, których dokonał Inca Lloque-Yupanqui. Rozdział 18

Podbój Hatun-Colli i godła Colla-jan. Rozdział 19

Wielka prowincja Chucuytu poddaje się pokojowo; tak samo postępuje wiele innych prowincji. Rozdział 20

Nauki przez Inków osiągnięte. Wpierw rozważania o astrologii. Rozdział 21

Umieli obliczyć rok, przesilenia i równonoce. Rozdział 22

Obawiali się zaćmienia Słońca i co robili podczas zaćmień Księżyca. Rozdział 23

Zdobycze ich medycyny i sposoby leczenia. Rozdział 24

Jakie znali zioła lecznicze. Rozdział 25

O osiągnięciach w geometrii, geografii, arytmetyce i muzyce. Rozdział 26

Poezje Inków ama-utów, czyli filozofów, i harawiqów, czyli poetów. Rozdział 27

Nieliczne narzędzia rzemieślnicze przez Indian posiadane. Rozdział 28

ROZDZIAŁY KSIĘGI TRZECIEJ:

Mayta-Capac, czwarty Inka, zdobywa Tiahuanacu. O budowlach, które tam są. Rozdział 1

Podddaje się Hatun-Pacassa i podbijają Cac.yauiri. Rozdział 2

Wybaczają pokonanym i wyjaśnia się baśń. Rozdział 3

Poddają się trzy prowincje, inne zostają zdobyte, zakładają kolonie, karzą trucicieli. Rozdział 4

Inka zdobywa trzy prowincje; zwycięża w bitwie bardzo zawziętej. Rozdział 5

Poddają się Huaychu6-janie. Miłosiernie im przebacza. Rozdział 6

Poddaje się wiele ludów. Inka każe zbudować most z wikliny. Rozdział 7

Dzięki sławie mostu wiele narodów poddaje się z własnej woli. Rozdział 8

Inka zdobywa wiele innych wielkich prowincji i w spokoju umiera. Rozdział 9

Capac-Yupanqui, piąty Król, podbija wiele prowincji w Cunti-suyu. Rozdział 10

Podbój Aymarów; wybacza kurakom, ustawiają kopce graniczne. Rozdział 11

Inka wysyła na podbój Quechua-jan; oni z własnej woli się poddają. Rozdział 12

Wzdłuż brzegu morza nakłaniają do posłuszeństwa wiele prowincji; karzą sodomitów. Rozdział 13

Dwaj wielcy kurakowie zdają na sąd Inki swe spory i zostają jego poddanymi. Rozdział 14

Budują most z trawy, trzciny i sitowia na Odpływie. Poddaje się Chayanta. Rozdział 15

Różne wynalazki, których Indianie używali w przeprawach przez rzeki i w rybołówstwie. Rozdział 16

O poddaniu się pięciu wielkich prowincji, nie licząc innych mniejszych. Rozdział 17

Książę Inca-Roca podbija wiele różnych prowincji śródlądowych i nadmorskich. Rozdział 18

Zabierają Indian z wybrzeża do osad w głębi lądu. Umiera Inca-Capac-Yupanqui. Rozdział 19

Opis świątyni Słońca i jej wielkich bogactw. Rozdział 20

O krużganku świątynnym i o siedzibach Księżyca, Gwiazd, Gromu, Błyskawicy i Tęczy. Rozdział 21

Nazwa najwyższego kapłana i inne części domu. Rozdział 22

Miejsca składania ofiar i granica, od której boso szli do świątyni. Źródła wody, jakie tam mieli. Rozdział 23

O złotym ogrodzie i bogactwach świątyni, na której podobieństwo było wiele innych w owym Imperium. Rozdział 24

O słynnej świątyni Titi-cace, jej legendach i znaczeniach. Rozdział 25

ROZDZIAŁY KSIĘGI CZWARTEJ:

Dom dziewic Słońcu poświęconych. Rozdział 1

Statuty i zajęcia panien wybranek. Rozdział 2

Cześć, jaką otaczali wyroby wybranek, i prawo przeciw tym, którzy by je zgwałcili. Rozdział 3

O tym, że było wiele innych domów wybranek. Potwierdzenie surowego prawa. Rozdział 4

Służba i ozdoby wybranek, tudzież o tym, że ich nikomu za żony nie dawali. Rozdział 5

Jakie kobiety nadawał Inka. Rozdział 6

O innych kobietach zachowujących dziewictwo i o wdowach. Rozdział 7

Jak się wśród ludu żenili i zakładali dom. Rozdział 8

Księcia następcę tronu żenili z jego własną siostrą oraz powody, jakimi to uzasadniali. Rozdział 9

Rozmaite sposoby dziedziczenia państw. Rozdział 10

Odstawianie od piersi, postrzyżyny i nadawanie imienia dzieciom. Rozdział 11

Dzieci chowali bez żadnego rozpieszczania. Rozdział 12

Życie i zajęcia mężatek. Rozdział 13

Jak się kobiety odwiedzały, jak się zajmowały ubraniami oraz o tym, że były kobiety publiczne. Rozdział 14

Inca-Roca, szósty Król, podbija wiele narodów, a wśród nich Chanca-jan i Hanco-huallu-jan. Rozdział 15

Książę Yahuar-Huacac i wytłumaczenie jego imienia. Rozdział 16

Bożkowie Indian Anti-jan i podbój Charca-jan. Rozdział 17

Rozumowanie starców i o tym, jak Inkę przyjęli. Rozdział 18

O pewnych prawach ustanowionych przez Króla Inca-Rocę, o szkołach, które założył w Cozco, i o niektórych sentencjach, które wypowiedział. Rozdział 19

Inka Krwią Płaczący, siódmy Król, jego obawy i podboje, tudzież niełaska Księcia. Rozdział 20

O wiadomości, której pewna zjawa udzieliła Księciu, aby ją ojcu swemu przekazał. Rozdział 21

Narady Inków nad posłaniem widma. Rozdział 22

Bunt Chanca-jan i ich dawne czyny. Rozdział 23

Inka porzuca miasto, a Książę spieszy mu z odsieczą. Rozdział 24

ROZDZIAŁY KSIĘGI PIĄTEJ:

Jak pomnażali ziemię i dzielili ją między poddanych. Rozdział 1

Porządek, którego trzymali się podczas uprawiania ziem, oraz uroczystości, z jakimi obrabiali ziemie Inki i Słońca. Rozdział 2

Ziemia nadawana każdemu Indianinowi i jak ją użyźniali. Rozdział 3

Jak dzielili wodę do nawadniania, karali leniwych i niedbałych. Rozdział 4

Danina Ince składana i rachuba spichrzów. Rozdział 5

Wyrabiali odzież, broń i obuwie dla wojowników. Rozdział 6

Złoto, srebro i drogocenności nie daniną były, tylko darem. Rozdział 7

Przechowywanie i zużywanie zapasów. Rozdział 8

Dawali odzież poddanym, nie było żebrzących biedaków. Rozdział 9

Porządek i podział stad tudzież o zwierzętach osobliwych. Rozdział 10

Prawa i rozporządzenia Inków dla dobra poddanych. Rozdział 11

Jak podbijali i oswajali nowych poddanych. Rozdział 12

Jak zdobywali wykonawców wszelkich rzemiosł. Rozdział 13

Obliczanie i rachuba dóbr wspólnych i prywatnych. Rozdział 14

W czym składali daninę, jej wymiar i prawa. Rozdział 15

Porządek i rachuba poboru danin. Inka czynił kurakom łaskę drogocenności, które mu ofiarowywali. Rozdział 16

Inca-Vira-cocha otrzymuje wieści o wrogach i o odsieczy, która doń spieszy. Rozdział 17

Bitwa bardzo krwawa i podstęp, jakim została wygrana. Rozdział 18

Wielkoduszność Księcia Inca-Vira-cochy po zwycięstwie. Rozdział 19

Po dalszym pościgu Książę wraca do Cozco, widzi się z ojcem i pozbawia go władzy. Rozdział 20

O imieniu Vira-cocha i czemu nadali je Hiszpanom. Rozdział 21

Inca-Vira-cocha świątynię zbudować każe ku pamięci swego stryja widma. Rozdział 22

Słynne malowidło i nagroda dla tych, którzy przybyli z odsieczą. Rozdział 23

Nowe prowincje podbite przez Inkę i kanał nawadniający pastwiska. Rozdział 24

Inka lustruje swe Imperium; przybywają posłowie ofiarowujących się w poddaństwo. Rozdział 25

Ucieczka mężnego Hanco-hualla7 z Imperium Inków. Rozdział 26

Kolonie na ziemiach Hanco-hualla8, uświetnienie doliny Yucay9 . Rozdział 27

Pierworodnemu nadał imię, przepowiedział nadejście Hiszpanów. Rozdział 28

Śmierć Inca-Vira-cochy. Autor widział jego ciało. Rozdział 29

ROZDZIAŁY KSIĘGI SZÓSTEJ:

Budowa i zdobienie pałaców królewskich. Rozdział 1

W złocie i srebrze podrabiali wszystko, co służyło do ozdoby pałaców królewskich. Rozdział 2

Sługi pałacu królewskiego i nosiciele lektyki królewskiej. Rozdział 3

Sale służące za place i inne cechy pałaców królewskich. Rozdział 4

Jak grzebali Królów; żałoba trwała rok. Rozdział 5

Uroczyste łowy, jakie Królowie urządzali w całym Królestwie. Rozdział 6

Stacje pocztowe i gońcy oraz przesyłki przez nich roznoszone. Rozdział 7

Liczyli na niciach i węzłach, rachmistrzów mieli bardzo uczciwych. Rozdział 8

Co rejestrowali w swych rachunkach i jak się porozumiewali. Rozdział 9

Inca-Pacha-cutec lustruje swoje Imperium; podbija naród Huanca. Rozdział 10

O innych prowincjach, które Inka zdobył, o ich obyczajach, tudzież ukaraniu sodomstwa. Rozdział 11

Budowle, prawa i podboje, których dokonał Inca-Pacha-cutec. Rozdział 12

Inka zwycięża zbuntowane prowincje głodem i chytrością wojenną. Rozdział 13

O dobrym kurace Huama-chucu i jak się podporządkował. Rozdział 14

Opierają się Cassa-marca-janie, ale w końcu się poddają. Rozdział 15

Podbój Yauya, tryumf Inków, stryja i bratanka. Rozdział 16

Dwie doliny się poddają, a Chincha odpowiada z pychą. Rozdział 17

Upór Chinchy i jak się w końcu poddała. Rozdział 18

Dawne podboje i fałszywe przechwałki Chincha-jan. Rozdział 19

Główne święto Słońca i jak się doń przygotowywali. Rozdział 20

Czcili Słońce, udawali się do jego domu, składali w ofierze jagnię. Rozdział 21

Wróżby z ofiar i ogień ofiarny. Rozdział 22

Jak jedni do drugich przypijają i w jakim porządku. Rozdział 23

Pasowali Inków na rycerzy i jak ich egzaminowali. Rozdział 24

Musieli umieć sporządzić sobie broń i obuwie. Rozdział 25

Książę stawał do egzaminu i traktowali go surowiej od pozostałych. Rozdział 26

Inka wręczał główną odznakę, a krewniak pozostałe. Rozdział 27

Godła Królów i pozostałych Inków oraz nauczyciele młodzików. Rozdział 28

Poddaje się Chuqui-mancu, pan czterech dolin. Rozdział 29

Doliny Pacha-camac i Rimac tudzież ich bałwany. Rozdział 30

Żądają od Cuys-manca, jego odpowiedź i warunki umowy. Rozdział 31

Wyruszają na podbój Króla Chimu i toczą wojnę okrutną. Rozdział 32

Upór i żale wielkiego Chima i o tym, jak się poddał. Rozdział 33

Inka uświetnia swe Imperium, jego zajęcia aż do śmierci. Rozdział 34

Powiększył szkoły, ustanowił prawa dla dobrego zarządzania. Rozdział 35

Wiele innych praw Inca-Pacha-cuteca i jego przysłowiowe sentencje. Rozdział 36

ROZDZIAŁY KSIĘGI SIÓDMEJ:

Inkowie zakładali kolonie, mieli dwa języki. Rozdział 1

Następcy panów chowali się na dworze i po temu powody. Rozdział 2

O języku dworskim. Rozdział 3

O użyteczności języka dworskiego. Rozdział 4

Trzecie święto uroczyste, które Słońcu urządzali. Rozdział 5

Czwarte święto. Ich posty i oczyszczenie z chorób. Rozdział 6

Nocne święto wypędzania chorób z miasta. Rozdział 7

Opis miasta Cozco, stolicy Imperium. Rozdział 8

Miasto zawierało opis całego Imperium. Rozdział 9

Położenie szkół, trzech pałaców królewskich i domu wybranek. Rozdział 10

Dzielnice i domy leżące na zachód od strumienia. Rozdział 11

Dwie jałmużny, które miasto przeznaczyło na akty miłosierdzia. Rozdział 12

Nowy podbój, który zamierzył Król Inca-Yupanqui. Rozdział 13

Wydarzenia wyprawy na Musu-jan aż do jej zakończenia. Rozdział 14

Ślady owej wyprawy, jakie odnaleziono. Rozdział 15

O innych nieszczęsnych zdarzeniach, które w owej prowincji zaszły. Rozdział 16

Naród Chirihuana, jego życie i obyczaje. Rozdział 17

Przygotowania do podboju Chili. Rozdział 18

Inkowie zdobywają aż po dolinę zwaną Chili, tudzież poselstwa i odpowiedzi wymienione z innymi, nowymi narodami. Rozdział 19

Okrutna bitwa Inków z różnymi innymi narodami i pierwszy Hiszpan, który odkrył Chili. Rozdział 20

Bunt Chili przeciwko gubernatorowi Valdiuii. Rozdział 21

Bitwa w nowym szyku i podstęp wojenny starego indiańskiego wodza. Rozdział 22

Indianie zwyciężają dzięki wiadomości i zdradzie jednego z nich. Rozdział 23

Zabijają Valdiuię i od pięćdziesięciu lat toczą wojnę. Rozdział 24

Nowe nieszczęścia w Królestwie Chili. Rozdział 25

Spokojny żywot i zajęcia Króla Inca-Yupanquiego aż do śmierci. Rozdział 26

Twierdza w Cozco i ogrom jej głazów. Rozdział 27

Trzy mury obwarowań, najbardziej zdumiewająca część dzieła. Rozdział 28

Trzy wieże, naczelni mistrzowie i zmęczony kamień. Rozdział 29

ROZDZIAŁY KSIĘGI ÓSMEJ:

Podbój prowincji Huacra-chucu i jej nazwa. Rozdział 1

Podbój pierwszych wsi w prowincji Chacha-puya. Rozdział 2

Podbój następnych wsi i narodów barbarzyńskich. Rozdział 3

Podbój trzech prowincji wielkich, wojowniczych i upartych. Rozdział 4

Podbój prowincji Ca?ari, jej bogactwa i świątynia. Rozdział 5

Podbój wielu innych wielkich prowincji aż po kresy Quitu. Rozdział 6

Inka podbija Quitu, w podboju uczestniczy Książę Huayna-Capac. Rozdział 7

Trzy małżeństwa Huayna-Capaca, śmierć ojca i jego sentencje. Rozdział 8

O kukurydzy, o tym, co ryżem nazywają, i o innych ziarnach. Rozdział 9

O warzywach rosnących pod ziemią. Rozdział 10

O owocach drzew większych. Rozdział 11

O drzewie mulli i o papryce. Rozdział 12

O drzewie Magey10 i pożytkach z niego. Rozdział 13

O bananie, ananasie i innych owocach. Rozdział 14

O cennych liściach zwanych kuka i o tytoniu. Rozdział 15

O bydle domowym i stadach, jakie mieli. Rozdział 16

O dzikim bydle i o innych gadzinach. Rozdział 17

Lwy, niedźwiedzie, tygrysy, małpiszony i małpy. Rozdział 18

O ptactwie, dzikim i domowym, lądowym i wodnym. Rozdział 19

O kuropatwach, gołębiach i innym drobnym ptactwie. Rozdział 20

Rozmaitość papug i ich gadatliwość. Rozdział 21

O czterech sławnych rzekach i o rybach, jakie się w Peru rodzą. Rozdział 22

O szmaragdach, turkusach i perłach. Rozdział 23

O złocie i srebrze. Rozdział 24

O rtęci i o tym, jak poprzednio wytapiali metal. Rozdział 25

ROZDZIAŁY KSIĘGI DZIEWIĄTEJ SĄ NASTĘPUJĄCE:

Huayna-Capac rozkazuje sporządzić złoty łańcuch: dlaczego i po co. Rozdział 1

Z własnej woli podporządkowuje się dziesięć dolin wybrzeża, a Tumpiz się poddaje. Rozdział 2

Ukaranie tych, którzy zabili urzędników Tupac-Inca-Yupanquiego. Rozdział 3

Inka lustruje swe Imperium, radzi się wyroczni, zdobywa wyspę Punę. Rozdział 4

Puna-janie zabijają wodzów Huayna-Capaca. Rozdział 5

Kara wykonana na buntownikach. Rozdział 6

Powstanie Chacha-puya-jan i wielkoduszność Huayna-Capaca. Rozdział 7

Bogowie i obyczaje narodu Manta-jan oraz podporządkowanie jego i innych wielce barbarzyńskich. Rozdział 8

O olbrzymach, którzy w owej okolicy istnieli, i o ich śmierci. Rozdział 9

Co Huayna-Capac powiedział o Słońcu. Rozdział 10

Bunt Caranque-jan i ich ukaranie. Rozdział 11

Huayna-Capac Królem Quitu czyni syna swego Ata-huallpę. Rozdział 12

Dwie słynne drogi, co w Peru istniały. Rozdział 13

Huayna-Capac otrzymał wieści o Hiszpanach wędrujących po wybrzeżu. Rozdział 14

Testament i śmierć Huayna-Capaca, przepowiednia przybycia Hiszpanów. Rozdział 15

O klaczach i koniach oraz jak je na początku hodowali tudzież ile kosztowały. Rozdział 16

O krowach i wołach oraz o ich cenach niskich i wysokich. Rozdział 17

O wielbłądach, osłach, kozach, ich cenach i licznym przychówku. Rozdział 18

O świniach i wielkiej ich płodności. Rozdział 19

O owcach i kotach domowych. Rozdział 20

Króliki i psy rasowe. Rozdział 21

O szczurach i ich obfitości. Rozdział 22

O kurach i gołębiach. Rozdział 23

O pszenicy. Rozdział 24

O winogradzie i o tym, kto pierwszy winogrona sprowadził do Cozco. Rozdział 25

O winie, o pierwszym, kto wino w Cozco tłoczył, i o jego cenach. Rozdział 26

O oliwce i kto ją pierwszy sprowadził do Peru. Rozdział 27

O owocach hiszpańskich i trzcinie cukrowej. Rozdział 28

O jarzynach, ziołach i o ich wielkości. Rozdział 29

O lnie, szparagach, aminku egipskim i anyżku. Rozdział 30

Nowe nazwy dla nazwania różnych pokoleń. Rozdział 31

Huascar-Inca żąda od Ata-huallpy, swego brata, uznania poddaństwa. Rozdział 32

Podstępy Ata-huallpy dla odwrócenia uwagi brata. Rozdział 33

Powiadamiają Huascara, który powołuje ludzi pod broń. Rozdział 34

Bitwa między Inkami, zwycięstwo Ata-huallpy i jego okrucieństwa. Rozdział 35

Powody okrucieństw Ata-huallpy i ich straszliwe skutki. Rozdział 36

Okrucieństwo sięga kobiet i dzieci królewskiego rodu. Rozdział 37

Niektórzy ludzie krwi królewskiej ocaleli od okrucieństw Ata-huallpy. Rozdział 38

Okrucieństwo sięga sług pałacu królewskiego. Rozdział 39

Potomstwo królewskiego rodu Inków, jakie pozostało. Rozdział 40

KONIEC TABLICY11