Wstęp: Więcej niż las
[...] wypowiadając się z praktycznego i obywatelskiego punktu widzenia, a nie z pozycji tak zwanych przeciwników rządu, nie proszę o to, aby natychmiast rząd zlikwidować, lecz o to, aby go natychmiast ulepszyć
Thoreau, Obywatelskie nieposłuszeństwo[1]
Pomysł książki zrodził się w trakcie konfliktu o Puszczę - na przełomie 2017 i 2018 roku. Był to moment, gdy władza posunęła się "o jeden las za daleko". Jednak od samego początku, od chwili, gdy poprosiliśmy pierwszych autorów o napisanie tekstów, wiedzieliśmy, że książka nie będzie dotyczyła wyłącznie ścinanych drzew[2].
Bio-Polska
Historia ostatnich trzydziestu lat to nie tylko spory o miejsca pracy, o godziwe płace, o ochronę przed czyścicielami kamienic, o czytelny rozdział Kościoła od państwa. To także coraz gwałtowniejsze konflikty o naturę.
Protesty ekologiczne pojawiały się od samego początku nowego okresu, ale większą skalę przybrały dopiero przy okazji budowy obwodnicy augustowskiej. Od 1998 roku[3] społeczne organizacje pozarządowe, organizacje ekologiczne, a także indywidualni i zgrupowani obrońcy natury byli już stałym - choć wytrwale lekceważonym - kontrpartnerem rządów i urzędów. Oddana w 2014 roku obwodnica, która pierwotnie miała biec przez Dolinę Rospudy, ostatecznie ominęła rezerwat[4]. Potrzeba było piętnastu lat, aby doprowadzono do kompromisu między dwiema stronami mającymi rację, czyli między mieszkańcami Augustowa słusznie domagającymi się obwodnicy, i organizacjami ekologicznymi słusznie domagającymi się poszanowania natury.
W roku 2017 wybuchł konflikt o Puszczę Białowieską: wiosną tamtego roku na polecenie ministra pracownicy Lasów Państwowych rozpoczęli intensywną wycinkę drzew, mającą rzekomo zapobiec rozprzestrzenianiu się kornika drukarza. W lipcu 2017 Komisja Europejska wystąpiła przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, określając wycinkę jako zagrożenie dla integralności obszaru Natura 2000 i jako działanie niezgodne z ochroną Puszczy. Trybunał nakazał wstrzymanie wycinki do czasu rozstrzygnięcia sporu. Mimo nakazu, a także mimo podjętej przez UNESCO uchwały wzywającej Polskę do niezwłocznego zaprzestania wycinki, działań nie wstrzymano. Choć egzekucja postanowień Trybunału Sprawiedliwości i uchwały UNESCO nie nastąpiła, to jednak liczba ścinanych drzew zmalała. Stało się tak dzięki bezpośrednio zaangażowanym w protest ludziom - tym, którzy przywiązywali się do drzew i do harwesterów, tym, którzy blokowali maszyny i podejmowali ryzykowne spacery. A także ludziom, którzy wspierali akcję finansowo, pisali teksty czy organizowali pikiety w miastach rozsianych po całej Polsce.
Dopiero w listopadzie 2017 roku postanowienie Trybunału Sprawiedliwości UE nakazujące Polsce wstrzymanie wycinki (pod groźbą wysokich kar finansowych) doprowadziło do zawieszenia pił[5].
Kolejny rok dowiódł, że zawieszone narzędzie może ulec zmianie, metoda - nie. W listopadzie roku 2018 w związku z rozszerzaniem się wśród trzody chlewnej afrykańskiego pomoru świń, którego nosicielami są dziki, Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi postanowił zwalczyć chorobę metodą strzelecką: podpisał rozporządzenie, które określało wysokość "zryczałtowanego zwrotu kosztów" - 650 złotych za odstrzeloną samicę dzika i 300 złotych za osobnika innego niż "wymieniony w punkcie pierwszym"[6]. Wyższa kwota za samicę oznaczała, że myśliwych zachęcono, aby zabijali przede wszystkim lochy - nawet, a może zwłaszcza w ciąży. A zatem zamiast środków faktycznie pomocnych w zatrzymaniu choroby wybrano metodę eksterminacyjną[7] - paniczną, okrutną, kompletnie nieskuteczną[8]. Natychmiastowe protesty - liczne petycje, gromadne spacery po lasach na obszarach wyznaczonych do polowania, teksty w gazetach - zablokowały pomysł ostatecznego rozwiązania kwestii dzików[9]. Znowu na chwilę. W lutym 2019 wybito ponad 200 tysięcy osobników.
Nie ma powodu, by sądzić, że podobne "projekty" - w odniesieniu do lasów lub zwierząt - przestaną się pojawiać[10]. Są to strategie neurotycznie powtarzane przez rządy państw nowoczesnych XX wieku. Neuroza podpowiadała ciągle ten sam schemat: prawnie wyznaczyć wyjątek nie podlegający ochronie prawnej, skoncentrować "wyjątek" na niewielkim obszarze, wyciąć/wybić. Działania podejmowano tu w odpowiedzi na (urojone bądź realne) problemy, które postrzegano oczyma wyobraźni zmilitaryzowanej. Wyobraźnia taka każe patrzeć na naturę jako "przeciwnika", "wroga", "zagrażającą nam siłę", z którą trzeba "walczyć"[11]. Ale w XXI wieku widać, że totalitarne rozwiązania w odniesieniu do natury pogłębiają kryzys. Zamiast likwidacji zagrożenia prowadzą do wzrostu ryzyka. Natura brana pod kontrolę wymyka się i powraca pod postacią zwielokrotnioną i spotworniałą. Choroba wściekłych krów (ptasia grypa, afrykański pomór świń), smog, katastrofa klimatyczna to nie przypadki przez człowieka niezawinione, lecz rewersy wściekłej konsumpcji, epidemicznej hodowli zwierząt, chorobliwego gospodarowania naturą. Nie da się rozwiązać problemu metodami, które problem pogłębiają.
Dlatego można się spodziewać, że konflikty o naturę w Polsce powrócą. Rośnie bowiem lista zaniechań, a razem z nimi wysokość długu, od którego nie będzie abolicji. Na dynamikę konfrontacji wpływają też rosnąca świadomość ekologiczna i społeczny aktywizm[12]. Wkrótce nadejdą więc spory o powietrze zatrute smogiem, o wodę, której cena zacznie wzrastać, o węgiel i odnawialne źródła energii. I podobnie jak w poprzednich przypadkach, spór będzie toczył się o coś więcej niż rezerwat czy pojedynczy gatunek zwierząt.
Dlatego kiedy władza posunęła się "o jeden las za daleko", protesty ujawniły, że chodzi o "więcej niż las". Każdy z dotychczasowych sporów ogniskował przecież kluczowe problemy polskiego współżycia, czyli relacji łączących ludzi z naturą, ludzi z ludźmi, społeczeństwa z władzą, a także Polski z Europą. W trakcie konfliktu powracały pytania podstawowe: czym jest natura? Kto ma prawo ją definiować? Czy państwo jest dzisiaj ostatecznym właścicielem natury - ziem, wód, istot żywych, kopalin, powietrza - na swoim terytorium? Czy państwo jako "właściciel" nie jest niczym ograniczone w działaniach obejmujących naturę? Jak społeczeństwo może wpływać na zmianę niesprawiedliwego (i nonsensownego) prawa stosowanego wobec natury? Jak unikać konfliktu między potrzebami człowieka i prawami natury?
Do pytań tych odsyła formuła "więcej niż las". Jeśli przyjrzymy się owemu "więcej", zauważymy, że polskie spory o las czy o zagrożony gatunek zwierząt zawsze dotyczą polityki natury, a więc sposobów włączania natury w demokrację. Włączenie takie wymaga ponownego zdefiniowania relacji między władzą i życiem.
Władza suwerenna[13] i definicje
Czyż nie mógłby powstać taki rząd, w którym rzeczywista decyzja o tym, co dobre, a co złe, nie będzie zależała od rządzącej większości, ale od sumienia?
Thoreau 1997: 3
W formule "więcej niż las" las nie znika. "Więcej niż" nie oznacza, że sam las jest czymś mniejszym; oznacza, że właśnie w konkretnej Puszczy odsłania się kłopotliwy nadmiar spraw, których bez lasu nie można byłoby zobaczyć. Autorzy esejów pomieszczonych w książce patrzą więc spoza lasu do jego środka i ze środka lasu na zewnątrz - na polską demokrację (np. Dariusz Kosiński, Edwin Bendyk), rodzimy kapitalizm (Andrzej W. Nowak), macierzystą kulturę (Anna Barcz, Tomasz Samojlik, Waldemar Kuligowski, Tadeusz Sławek). Ta obrotowa optyka prowadzi do odkrycia oczywistości: nawet jeśli lasy (dziki, ptactwo) są chore, to metoda "leczenia" jest jeszcze bardziej chora. A wynika to ze sposobu definiowania natury.
Każda definicja opiera się na jakiejś wartości. Ponieważ jednak wartość nie broni się samoczynnie, więc ważne jest to, jaka siła egzekucyjna stoi na jej straży. Doniosłość aktualnego momentu historycznego w Polsce polega na tym, że doszło do zderzenia trzech sił broniących trzech różnych wartości.
Pierwszą z tych sił jest państwo, jego władze i formułowane przez nie prawo. Ustawiczne zmiany przepisów, a także krętactwa władz tylko na pozór utrudniają odpowiedź na pytanie, jak politycy definiują naturę i jakiej wartości bronią. Właśnie owa zmienność kodeksów i ustawiczne matactwa stanowią odpowiedź. Rządzący pragną mianowicie natury dysponowalnej, plastycznej, pozwalającej im samodzielnie i doraźnie określać reguły ochrony bądź eksploatacji. Wskazuje to na drugą z sił wchodzących do gry o naturę - rynek. Kapitalizm nie formułuje samodzielnie praw, ale na tysięczne sposoby podpowiada ich zawartość. Rynek również chciałby natury dysponowalnej, ale do eksploatacji wprowadza istotne ograniczenia; dążenie do przekształcenia natury w obszary systemowej produkcji (zwierząt, ryb, drewna, owoców...) jest limitowane przez prawo własności, przez rachunek ekonomiczny i konkurencję.
Być może państwo do spółki z rynkiem wycięłyby w pień całą naturę, gdyby nie korzyści, które społeczeństwo czerpie z trwania natury. Niezatrute wody, niewycięte lasy, czyste powietrze stały się dobrem chronionym, ponieważ odkryto, że są to bogactwa wyczerpywalne, a zarazem kluczowe dla życia. Właśnie dlatego przez cały wiek XX rozwija się eksploatacja konserwacyjna natury. Polega ona na zakładaniu rezerwatów i parków narodowych, tworzeniu ośrodków wypoczynkowych i wytyczaniu tras turystycznych, a więc podejmowaniu działań na rzecz utrzymania krajobrazów, jezior, szlaków, lasów czy plaż w stanie dostatecznie atrakcyjnym dla konsumentów. W ten sposób wartość czysto rynkową uzupełniła wartość społecznie-użytkowa. Od czasu założenia pierwszych rezerwatów (na terenie Polski: rok 1827) i parków narodowych (1932), a także w związku z rozwojem turystyki i sektora rekreacyjnego państwo i rynek dzielą między siebie obszary wpływu, zyski i troski.
Obie wartości - gospodarcza i użytkowa - wynikają z przekonania, że natura zasadniczo powinna przynosić korzyści ludziom. Jest rzeczą drugorzędną, czy będą to pieniądze, profity polityczne czy korzyści zdrowotne. Jeśli społeczeństwo będzie syte, owca natury ocaleje.
Tymczasem w ostatnich latach, między innymi za sprawą sporu o Puszczę, coraz wyraźniejszy staje się głos trzeciej strony - społecznej. Określa ona naturę przede wszystkim jako wartość samoistną - ani produkcyjną, ani społecznie-użytkową. Cel produkcyjny w miarę precyzyjnie wskazuje na praktykę, czyli metody włączania natury w system gospodarczy. W przypadku wartości społecznie-użytkowej sprawa przedstawia się również stosunkowo jasno: konieczne są działania ochronne, choć zarazem interesowne, przypominające opiekuńczą eksploatację. Nie jest jednak rzeczą łatwą określić poprawne postępowanie względem natury pojmowanej jako wartość samoistna.
Żyj i pozwól umrzeć
Śmierć - podpowiedziana już w tytule części pierwszej - przewija się niemal przez całą książkę. Przybiera jednak różne postaci: jest charakteryzowana w odniesieniu do naturalnego cyklu życia, lecz także w związku z wycinaniem drzew, trzebieniem lasów, zabijaniem zwierząt, zatruwaniem powietrza. Przeciwstawiając sobie dwa rodzaje umierania autorzy wyraźnie bronią pierwszego z nich. Mówią: chrońmy las, aby mógł umierać wedle własnego rytmu. To oswajanie ze śmiercią wynika stąd, że umieranie lasu jest warunkiem jego życia. "W Puszczy śmierć nie przeraża", pisze Adam Wajrak. I dodaje: "[...] na ciałach przodków pojawiają się ich następcy. Świerki uwielbiają wyrastać na cielskach poprzedników, graby i lipy obok nich. I tak Puszcza umiera i znów się odradza"[14].
Wiatrołom, brudnica mniszka, kornik - las poradzi sobie z każdą "katastrofą" i każdym "szkodnikiem" ("Z całą odpowiedzialnością twierdzę - pisze Dorota Sumińska - że w przyrodzie nie istnieje pojęcie szkodnik[15]). Nawet wielkie umieranie Puszcza potrafi przerobić na wielkie życie. Pod warunkiem jednak, że szkodnikiem nie będzie człowiek, który osłabia lasy nawet wtedy, gdy je sadzi. Najczęstsze przeczenie, jakie pojawia się w naszej książce, brzmi: "Las to nie wielki magazyn drewna"[16]. Wyrzeczenie się korzyści materialnych wynika z nowej bioświadomości: dalsze życie ludzi w skali planetarnej jest zależne nie tylko od wody i powietrza, ale i od lasów. Zmniejszanie powierzchni lasów powoduje, że woda szybciej paruje z gleby i zbiorników wodnych, a gazy zanieczyszczające atmosferę utrzymują się w niej dłużej. W rezultacie życie na planecie jest coraz bardziej spocone - jeszcze oddychamy, ale do płuc dociera zbyt mało tlenu. Potrzebne byłoby obniżenie temperatury, ale do tego niezbędne jest oczyszczenie atmosfery z nadmiaru CO2. Koło się zamyka, a pętelka zaciska.
Czym zatem jest las, jeśli nie sumą drzew, magazynem drewna, zbiorem przyszłych mebli i książek? "Skomplikowany organizm", "miasto", "wspólnota", "społeczeństwo", "samowystarczalny system" - to umowne, metaforyczne, przybliżone określenia, jakie pojawiają się w tekstach. Wszystkie wyrażają wspólną treść, która mówi, że las jest autonomicznym życiem, któremu najbardziej zagraża człowiek. Samoistna wartość jest tu zatem słabsza i zależna od człowieka, choć zarazem - jako warunek dalszego życia planety - silniejsza i determinująca. Problem polega na tym, że szczególną pozycję słabego siłacza las może potwierdzić wyłącznie w długim czasie, którego on i my już prawie nie mamy. W tej sytuacji siła przysługująca człowiekowi powinna zostać obrócona na rzecz ochrony lasów. W imię czego? Dariusz Gzyra pisze:
Mam poczucie, że las trzeba chronić ze względu na jego użyteczność dla odczuwających zwierząt, które spędzają w nim życie, uznając go za swoje miejsce. Dla tych, którzy nie mogąc być gdzie indziej, są tam u siebie. Poszerzam więc - dotychczasowo podejrzane - pojęcie walorów użytkowych lasu o pozaludzką perspektywę i to mi daje wystarczającą podstawę jego ochrony[17].
To subtelne wyznanie rozumieć można tak, że winni jesteśmy ochronę lasowi, ponieważ żyje on dla innych. Nie dla innych ludzi - Polaków, Mazowszan, Podlasian - lecz dla wszystkich istot, które go zamieszkują. Ujmując rzecz radykalniej: powinniśmy chronić las tak, aby mógł on umierać wedle własnego rytmu. Postawę człowieka wobec lasu - a szerzej wobec natury - winna określać maksyma: "Żyj i pozwól umrzeć". Mimo pozorów okrucieństwa zdanie to zawiera w sobie treść wymierzoną we władzę suwerenną, którą państwo chciałoby sprawować nad naturą i którą wręcza w coraz większym stopniu kapitalizmowi. Najwyższym i zarazem najokrutniejszym przejawem władzy suwerennej w stosunku do natury nie jest uśmiercenie zwierzęcia czy drzewa, lecz odebranie prawa do samodzielnego umierania. Władza suwerenna to ta, która może nakazać żyć - jak czyni to zwierzętom hodowlanym, zamkniętym w klatkach, karmionym siłą i siłą trzymanym przy życiu. Albo jak czyni to lasom, sadząc je wedle określonego wzoru i skazując na życie w monokulturze. W tym kontekście chronić las to właśnie zwrócić mu prawo do samodzielnego umierania.
Jest jasne, że człowiek nie postąpi tak wobec całej natury. Ani nawet wobec jej połowy. Jedyne, na co można dziś liczyć, to uznanie, że istnieje ona już nie wyłącznie dla nas, lecz jako wiązka wartości. Nigdy - dopóki żyć będą ludzie - nie będzie w całości samoistna. Krystalizacja bioświadomości w Polsce nie polega na tym, że coraz więcej ludzi broni autonomii natury, lecz na tym, że postulują oni wielorelacyjność[18], a więc prowadzenie polityki natury uwzględniającej zróżnicowane podmioty. Można wyobrazić sobie politykę, która uzgadnia potrzeby ekosystemu, mieszkańców danego regionu, lokalnych władz i inwestorów. Byłaby to polityka pilnująca, aby ochrona natury nie pozbawiła bezpieczeństwa społecznego osób najbardziej z naturą związanych i od niej zależnych. I zarazem pilnująca, by zapewnienie bezpieczeństwa społecznego ludziom nie odbywało się kosztem natury.
Natura to najszerszy z możliwych zewnętrznych kontekstów życia ludzi i zarazem najbardziej wewnętrzna jego treść. Jej katastrofa będzie katastrofą ludzkości. Nigdy nie przestanie być problemem ani źródłem konfliktów. Czy można zacząć inaczej te konflikty rozstrzygać?
Nieposłuszeństwo ekologiczne
Skoro prawo ma taką naturę, że wymaga od człowieka, aby stał się narzędziem niesprawiedliwości wobec drugiego człowieka, wówczas, powiadam, należy prawo naruszać
Thoreau 1997: 7
Przekonanie, że znaleźliśmy się w czasach kryzysu jest wspólnym mianownikiem wszystkich pomieszczonych w książce tekstów. Kryzys nie jest jednak wyłącznie kwestią wycinki lasu - nie jest także problemem brudnego powietrza, zaśmieconych wód, ginących gatunków zwierząt czy topnienia lodowców. Kryzys ekologiczny nie rozgrywa się wewnątrz systemu - jest kryzysem samego systemu.
Wraz z rozpoznawaniem zmian klimatycznych zmieniają się nadzieje. Najpierw była nadzieja na to, że kryzys można odwrócić, potem - że da się go zatrzymać. Jako ostatnia umierać będzie nadzieja na to, że można go złagodzić, odraczając katastrofę. Urealnić tę nadzieję mógłby tylko system zdolny sprzeciwiać się kryzysowi - oparty na samoograniczeniu, na powszechnej partycypacji ekologicznej, na solidarnym (a więc proporcjonalnym) ponoszeniu kosztów. W takim systemie wspólnotowy wysiłek samoograniczenia obywateli (zmniejszanie zużycia energii, rezygnacja z jedzenia mięsa etc.) przekłada się na konkretną politykę państw i sposoby zarządzania firm: my zakręcamy grzejniki, a rząd podejmuje decyzję o zamknięciu kopalni węglowej; rząd wprowadza ograniczenie używalności opakowań plastykowych, a my nabywamy lniane torby na zakupy.
Skuteczna polityka ekologiczna potrzebuje więcej demokracji, a demokracja większego udziału obywateli[19]. Problem rozpoczął się wówczas, gdy obywatele spostrzegli, że ich wysiłek niekoniecznie przekłada się na działania władzy. Wystarczyło posłuchać wiadomości, żeby zorientować się, że zamiast planetarnej solidarności mamy planetę egoizmów: USA wycofuje się z pakietu klimatycznego, a polski rząd - mimo konkretnych zobowiązań podjętych w ramach Unii - dąży za wszelką cenę do utrzymania gospodarki węglowej.
Jeśli projekt "demokratycznej" odpowiedzi na kryzys zakłada większą partycypację obywateli, to ostatnie działania rządu w Polsce wzmacniają suwerenność władzy i osłabiają sprawczość obywateli. Demokracja kruszy się na wielu poziomach: sądownictwa, wolności mediów, równouprawnienia kobiet. Ten sam proces objął naturę. Wraz z popychaniem państwa w stronę autorytaryzmu[20] wzmocnieniu ulega system, który z konieczności prowadzi do kryzysu ekologicznego - wszystkie działania rządu legitymizują bowiem kapitalistyczne pojmowanie przyrody. To wywołuje podwójną bezsilność: po pierwsze, atakowanie przez rządowe media obywatelskich działań zachęca do bierności; po drugie: narodowy kapitalizm zwiększa skalę operacji na naturze, a przez to rozmiar zniszczeń. Jednocześnie problemy ekologiczne są już zbyt wyraźne, by je zlekceważyć; przeniknęły tak bardzo do rzeczywistości, że stają się przedmiotem codziennych rozmów i sprawdzeń (jak np. poziom stężenia pyłów). Ale głos społeczny pozbawiony jest decyzyjności, zaś działania rządowe pozbawione są logiki: walka ze smogiem toczy się przy utrzymaniu gospodarki węglowej; chorobę dzików powstrzymuje się poprzez strzelanie, które rozprasza stada i rozprzestrzenia zarazę; plan powstrzymania kornika "zabijającego" drzewa w Puszczy realizuje się wycinając Puszczę. Wyrazistość problemów ekologicznych zderza się zatem z jaskrawością antyekologicznej strategii legitymizowanej przez stanowione prawo i torpedującej inicjatywy społeczne. Nadzieja partycypacji ekologicznej zamienia się w obywatelską bezsilność - odebranie narzędzi demokratycznego uczestnictwa wytwarza pustkę. Pustkę wypełnia gniew.
Gniew - być może afekt zawierający w sobie największy potencjał mobilizacyjny - stał się impulsem do artykulacji sprzeciwu i działań protestacyjnych. Formę, jaką przybrały owe protesty, określamy mianem nieposłuszeństwa ekologicznego. Jawne nawiązanie do pojęcia nieposłuszeństwa obywatelskiego jest tu nieprzypadkowe. Od samego początku istnienia demokracji w jej funkcjonowanie wpisana jest możliwość ostentacyjnego wystąpienia przeciw prawu w imię wyższej wartości. W gruncie rzeczy dla demokracji nieposłuszeństwo takie - wskazujące na jakąś wartość wykluczoną - stanowi wewnętrzny bufor bezpieczeństwa: dzięki "nieposłusznym" podstawowa metoda demaskowania niesprawiedliwości i walki z niesprawiedliwością zostaje umieszczona wewnątrz demokracji. Protest podejmuje się w imię dobra wspólnego przeciw prawu stanowionemu przez władzę i sprzeniewierzającemu się owemu dobru. Nie chodzi przy tym o obalenie całego systemu prawnego, ale zakwestionowanie legitymizacji konkretnych uregulowań i zatrzymanie ich egzekucji. Z tego względu "nieposłuszni" w pierwszej kolejności wykorzystują legalne (przewidziane przez prawo) sposoby działania, nie zarzucając ich nawet w czasie wszczętej akcji. (W konflikcie o Puszczę ów mechanizm uwyraźniał się za każdym razem, kiedy "nieposłuszni" aktywiści i spacerowicze w uzasadnieniu swoich działań powoływali się na konstytucję lub ekspertyzy prawne, a później na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE). Opowiedzenie się po stronie dobra wspólnego jest też równoznaczne z kolektywnością - nieposłuszeństwo powołuje do istnienia wspólnotę zdolną do działania. W imię wspólnoty "nieposłuszni" gotowi są ponieść konsekwencje czynu bezprawnego, a ich ofiarność służy podkreśleniu symboliczności gestu[21]. Ze względu na dynamikę ofiarnej odpowiedzialności "nieposłuszni" w swoich działaniach odżegnują się od użycia przemocy, świadomie i konsekwentnie wystawiając się na przemoc ze strony sił pilnujących obowiązującego prawa[22].
Na pewnym poziomie nieposłuszeństwo ekologiczne czerpie inspirację z pamiętnej koncepcji sformułowanej przez Henry'ego Davida Thoreau, a rozwijanej przez Emila Zolę, Lwa Tołstoja, Mahatmę Gandhiego, Martina Luthera Kinga, Hannah Arendt, Edwarda Abramowskiego czy Jacka Kuronia[23]. Między tą tradycją i postawą przez nas omawianą istnieje jednak poważna różnica. Nieposłuszeństwo ekologiczne nie postuluje zniesienia konkretnego przepisu prawnego, a więc ulepszenia demokracji. Nieposłuszeństwo ekologiczne, domagając się włączenia natury w demokrację, artykułuje sprawę dużo większą: konieczność przemodelowania samej demokracji. Z tego względu nie jest ono wariantem nieposłuszeństwa obywatelskiego ani nie jest z nim równoznaczne. O ile bowiem nieposłuszeństwo obywatelskie największą skuteczność osiąga w sprawnie działającej demokracji, o tyle nieposłuszeństwo ekologiczne rodzi się w warunkach demokracji wadliwej, wypaczonej, znieprawionej. Uruchamia przy tym grę o wysoką stawkę. Walczy o zatrzymanie autorytarnych dążeń polityki, o podważenie kapitalistycznego modelu państwa, o wymianę zbiorowych tożsamości, a także o wytworzenie innego pojęcia wspólnotowości, uwzględniającej lasy, wody i zwierzęta jako pozaludzkich uczestników parlamentu.
Odsłonięcie stawki prowadzi do pytania o skuteczność. W tym miejscu powrócić trzeba do gniewu - afektu fundacyjnego dla nieposłuszeństwa ekologicznego. Moment historyczny wydaje się niekorzystny: w aktualnym systemie gniew łatwo uwolnić, ale jak dotąd nie udało się nadać mu charakteru przewrotowego[24]. Zgodnie z diagnozami Petera Sloterdijka gniew został rozproszony: pojawia się lokalnie, ale w większej skali nie prowadzi do systemowych zmian. Gniew, opór i manifestowany sprzeciw mogą wpływać na poszczególne decyzje władzy, ale nie wytwarzają całościowego projektu[25]. Ludzie przystępujący do aktu nieposłuszeństwa ekologicznego robią to zatem ze świadomością, że są w stanie doraźnie zatrzymać egzekucję ustanawianego przez rząd prawa, ale nie zatrzymają samego mechanizmu stanowienia owego prawa: udało się powstrzymać wycinkę Puszczy Białowieskiej, ale prawo pozwoliło wpuścić harvestery do lasu na Mierzei Wiślanej[26]; zdołano spowolnić zabijanie dzików, ale nie podważono przepisu, który zabijanie legalizuje.
Szansą nieposłuszeństwa ekologicznego jest porozumienie ze wszystkimi innymi możliwymi "nieposłuszeństwami" generowanymi przez deformowaną demokrację i ekspansywny kapitalizm. Siłę takiego sojuszu powinny stanowić nie masowość i jedność, lecz wielość i różnorodność. A także - świadomość, że kryzys ekologiczny jest ściśle powiązany z ustrojem. Aby powstrzymać dewastację natury, trzeba zmienić demokrację. Aby zmienić demokrację, trzeba wpuścić reprezentantów natury do parlamentu[27].
Co stoi na przeszkodzie takiej polityce natury, a co mogłoby ją wesprzeć; dlaczego aktualne władze traktują naturę instrumentalnie, dlaczego lasy powinny trwać i dlaczego im się to nie uda bez politycznych przedstawicieli - to kwestie, które z kulturowego, politycznego i ekonomicznego punktu widzenia zostaną omówione w kolejnych częściach niniejszej książki.